Powered By Blogger

poniedziałek, 31 maja 2021

Naukowcy wreszcie obliczyli prędkość grawitacji

 


Fani radzieckiej fantastyki naukowej z całą pewnością pamiętają kobylastą powieść Siergieja Sniegowa pt. „Dalekie szlaki”, w której wojny gwiezdne toczone są przy pomocy broni ukierunkowanych energii, broni anihilacyjnej i broni grawitacyjnej. O ile ziemska broń anihilacyjna mogła być używana przy prędkościach progowych i ponadprogowych, to dwie pozostałe mogły być używane tylko podprogowo, tzn. kiedy v ≤ c. I w tzw. null były one bezużyteczne. Cały problem polega na tym, jak to działa – czy prędkość fali grawitacyjnej jest równa prędkości światła i czy prędkość propagacji jest wyższa (a jeżeli tak, to o ile?) od prędkości światła.

 

W klasycznych teoriach grawitacji zmiany pola grawitacyjnego propagują z v = c. Zmiana rozkładu energii i pędu materii skutkuje późniejszą zmianą na odległość wytwarzanego przez nią pola grawitacyjnego. W sensie relatywistycznym „prędkość grawitacji” odnosi się do prędkości fali grawitacyjnej, która, zgodnie z przewidywaniami ogólnej teorii względności i potwierdzona obserwacjami połączenia gwiazd neutronowych GW170817, jest taka sama jak prędkość światła.[1]

Niedawno naukowcy dokonali przełomowych odkryć, które pozwoliły im stwierdzić, że grawitacja nie działa natychmiastowo, jak sądził Newton, lecz rozprzestrzenia się z prędkością światła.

Prędkość grawitacji, podobnie jak prędkość światła, jest jedną z podstawowych stałych we Wszechświecie. Do czasu pojawienia się astronomii fal grawitacyjnych nie mieliśmy możliwości bezpośredniego pomiaru prędkości grawitacji. (Neil Cornish, fizyk z Montana State University)

Naukowcy obserwowali gwiazdę neutronową, emitującą fale grawitacyjne i promieniowanie elektromagnetyczne, a także promieniowanie gamma. Jednoczesna emisja zarówno fal grawitacyjnych, jak i światła o tym samym pochodzeniu umożliwiła naukowcom ustalenie ograniczeń prędkości grawitacji, które są w wielu przypadkach bardziej rygorystyczne niż te, które można ustalić za pomocą samych fal grawitacyjnych.

Kiedy źródło emituje zarówno fale grawitacyjne, jak i światło, naukowcy mogą zmierzyć różnicę (jeśli istnieje) w czasach nadejścia dwóch różnych typów sygnałów za pomocą jednego detektora.

Później naukowcy porównali sygnały wykryte przez dwa detektory LIGO oddalone od siebie o 1800 mil/2880 km: jeden w Hanford, WA, a drugi w Livingston, LA.

Naukowcy zauważyli, że możliwe jest znaczne poprawienie pomiarów prędkości grawitacji przy użyciu źródeł, które emitują tylko fale grawitacyjne. Pomiary mogą poprawić się do 1% prędkości światła.

Cornish powiedział:

Wiele alternatywnych teorii grawitacji, w tym te, które zostały przywołane w celu wyjaśnienia przyspieszonej ekspansji Wszechświata, przewiduje, że prędkość grawitacji różni się od prędkości światła. Kilka z tych teorii zostało teraz wykluczonych, ograniczając w ten sposób sposoby, w jakie teoria Einsteina może być rozsądnie modyfikowana, i czyniąc ciemną energię bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem przyspieszonej ekspansji.

W tym filmie pokazuję, jaka jest prędkość grawitacji, a następnie pokazuję, co się stanie, jeśli słońce nagle zniknie. Co by się stało z orbitami planet? Następnie mówię o tym, dlaczego niektórzy ludzie mówią, że grawitacja jest natychmiastowa, a niektórzy twierdzą, że tak nie jest. Oprogramowanie, którego użyłem w filmie, nazywa się Universe Sandbox 2.

 

Źródło - http://webeducation.com/scientists-finally-calculated-the-speed-of-gravity/?fbclid=IwAR2i1FvPlQd04J2vi0y4PjBHmAZ-dg1ykyluWvYUPeoLeeoLlwrqf1tq7Rg

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

niedziela, 30 maja 2021

Na progu Nieznanego (6)

 


Duchy, widma i zaczarowane lasy

 

Z przyjemnością wracam do lat mojego dzieciństwa, i do tych zimowych wieczorów, kiedy schodziły się do nas ciotki i babcie na posiady na których opowiadały także historie o duchach, diabłach i kobietach, a my przysłuchiwaliśmy się im z wypiekami na twarzach, a potem w nocy wyobrażaliśmy sobie jakieś straszne i niesamowite historie. Te będą też w tym stylu, ale o duchach w innych krajach, które – jak się okazuje – wcale nie odstają za bardzo od naszych polskich…

Najpierw o tajemniczych istotach z rosyjskich lasów. Ten, kto często bywa w prawdziwie dziewiczym lesie, zgodzi się ze mną – czai się w nim jakaś tajemnicza siła. Las może zażartować. Las może przestraszyć. A może także prawdziwie nastraszyć. Wprawdzie duch lasu jest bezsilny wobec buldożerów i całej techniki, ale z pojedynczymi naruszycielami spokoju potrafi się rozprawić. Opowiem o kilku zdarzeniach, o których słyszałem od mojej znajomej o imieniu Swietłana.

Dzieciństwo Swietłany przebiegało w Rżewskim Rejonie Obwodu Swierdłowskiego (Syberia Zachodnia). Lasów tam dużo i miejscowa dzieciarnia przez całe lato bawiła się w Naturze. Zabłądzić się nie bały, a to dlatego, że wieśniacy od małego wiedzą jak dać sobie radę w lasach i okolice znają jak swoją własną kieszeń. Poza tym nigdy nie chodzili w pojedynkę.

Był, a jakże, pewien obszar lasu, który cieszył się złą sławą. Był tam gęsty podszyt i światła niewiele. No i krążyły różne plotki o ludziach, którzy tam zbłądzili.

Pewnego razu Swietłana z przyjaciółmi wracała do domu znad rzeczki. Szli przez las, po wąskiej ścieżce. Było już późno – już się ściemniało. Dźwięki lasu powoli cichły. Leśny narodek gotował się do nocnego życia.

Droga do wsi była niedaleka, ale jak raz przebiegała koło tego nieprzyjemnego obszaru lasu. Ale kompania była dość duża – sześcioro czy siedmioro dziewczynek i chłopców. Nie było bojno! Dzieci rozgadały się nie na żarty. Głośno krzyczały, śmiały się, skacząc wesoło po ścieżce. Uderzały kijami w rosnące obok niej krzaki wyrastające z trawy.

I tak hałasując grupka dzieci pokonała już połowę drogi. Biegnąca im pod nogami ścieżynka omijała stojący im na drodze krzak. Nie odróżniał się niczym od tych, których rosło tam bez liku. Ale kiedy dzieci zrównały się z nim, krzak naraz ożył!

Zamarłe z zaskoczenia, dzieciaki wytrzeszczyły oczy i ujrzały, jak liście zatrzęsły się naraz jednocześnie. Z takim dziwnym zjawiskiem, że liście zadzwoniły jak tysiące małych dzwoneczków, się jeszcze nie spotkały! I to w całkowicie bezwietrzny wieczór!

Kiedy opadło pierwsze wrażenie, cała kompania rzuciła się do ucieczki. Pełnym gazem i w milczeniu pognały do swej wioski. I chociaż w rzeczywistości nic strasznego tam nie ujrzały, ale hałasować przestały i wybiegły z lasu w mgnieniu oka. Być może to jakiś chochlik z lekka postraszył dzieci. Jak widać nie wolno zakłócać spokoju mieszkańców lasu i tak to się zdarzyło…

 

Drugie spotkanie z Niewyjaśnionym w tym samym lesie zdarzyło się Swietłanie o wiele później, kiedy ona już dorosła. Wracała ona z psem (mieszańcem boksera z dobermanem) ze spaceru po lesie. Naraz pies zaszczekał i rzucił się w stronę gęstwiny, w którą wpadł i zaczął głośno ujadać. Na wszelkie wołania Swietłany w ogóle nie reagował.

Tak więc przyszło jej iść za psem przedzierając się przez gęsty zagajnik. Naraz wyszła na niewielką polankę i stanęła w stuporze. Jej pies obszczekiwał stojącego na środku polanki… półnagiego olbrzyma!

Chłop miał ponad 2 metry wzrostu stał wyprostowany i nieruchomy. Z nieporuszoną twarzą patrzył wprost przed siebie nie zwracając najmniejszej uwagi na pojawiającą się z gęstwiny krzaków kobietę, ani na szczekającego u jego bosych stóp dużego psa. Nieznajomy olbrzym był odziany jedynie w rodzaj szerokich spodni, które dochodziły do kostek. Przezwyciężając strach, Swietłana powoli zbliżała się do nieruchomego jak jakaś figura mężczyzny. Złapała psa za obrożę i pociągnęła za sobą.

Nie wytrzymała i obejrzała się. Skamieniały mężczyzna stał jak stał na swoim miejscu. Nawet głową nie ruszył, jakby nie był żywym w ogóle… Swietłana nie spotkała kogoś takiego ani przed ani po tym spotkaniu w lesie. Jej znajomi także. Kimże on był? I czy to w ogóle był człowiek? Te pytania nadal pozostają bez odpowiedzi…

No cóż, wiele prawdy jest w powiedzeniu, że strach jest najgorszy wtedy, kiedy ma ludzkie oblicze… Nie dziwię się, że Swieta wystraszyła się w czasie tego spotkania.

 

Ale straszne lasy to nie tylko Rosja. To także lasy Nowej Anglii, gdzie zdarzają się również dziwne incydenty, jak choćby opisane poniżej:

Na zachodzie Kanady znajduje się zapomniany Las Czarownic, w którym można spotkać ducha czarownicy Shane. Shane zwodziła miejscowych mieszkańców swymi czarami, za co została zabita dwa wieki temu…

Niezbyt daleko od amerykańskiego miasteczka Sterling, CO, rozpościera się las Pachaug – na N 40°37’35” – W 103°12’21”, który już od kilku stuleci cieszy się paskudną sławą. A cały problem w tym, że pośród jego sosen i jodeł biegnie przesieka – Droga Czarownic – z którą jest związanych wiele złowieszczych historii. Według miejscowych, to właśnie tam w poszukiwaniu ofiar spacerują wiedźmy, od których uratować się jest niemożliwe…

Ta historia wydarzyła się w październiku 1999 roku. Mieszkaniec Sterling, kierowca Gerald Rolinson śpieszył się dostarczyć do miasteczka ładunek z gospodarstwa leśnego. Pogoda była wspaniała i dlatego, by skrócić sobie drogę, wjechał on na Drogę Czarownic, chociaż nie była ona za dobra do transportu tak ciężkiego ładunku – długich strzał ściętych drzew. Jak tylko samochód przejechał kilkadziesiąt metrów, niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami i zaczął padać gęsty śnieg. Widzialność błyskawicznie spadła więc Rolinsonowi przyszło jechać z minimalną prędkością, a i tak trudno było utrzymać się na drodze. I to uratowało mu życie. Tuż przed samym wyjazdem z lasu kierowca poprzez zasłonę śnieżnej krupy, zauważył stojącą przed nim na wprost szarą sylwetkę kobiety odzianej w długą bluzę z kapturem. Rolinson dał sygnał klaksonem, ale nieznajoma zachowywała się tak, jakby nie widziała ciężarówki. Dystans pomiędzy ciężarówką a kobietą powoli się skracał, i kiedy kierowca przyjrzał się „drogowej chuligance” to nie mógł on powstrzymać okrzyku strachu i zgrozy. Na ramionach kobiety nie było głowy, tylko trupia czaszka pożółkła od upływu czasu! Rolinson nacisnął na pedał hamulca i ciężarówkę zniosło z drogi do rowu, gdzie przewróciła się pod ciężarem ładunku. Na szczęście kierowcy udało się przeżyć, chociaż przyszło mu długo leżeć w miejscowym, szpitalu.

Trudno powiedzieć, którą z gospodyń leśnych lasu Pachaug spotkał Rolinson na leśnej zakazanej drodze. Wszak zgodnie z miejscowymi podaniami, tam właśnie wałęsają się cienie dwóch widmowych czarownic, a każda z nich ma swoją ponurą historię.

Gwoli sprawiedliwości należałoby odnotować, że pierwszą z dam – Indiankę o imieniu Cicha Woda – za życia nikt nie uważał za czarownicę. To była najzwyczajniejsza w świecie indiańska kobieta mająca męża i dzieci, która prowadziła normalne gospodarstwo i niczym się nie wyróżniała spośród swoich ziomków. Wszystko zmieniło się w czasie wojny Indian Colorado z białymi kolonistami. Pewngo dnia oddział angielskich żołnierzy wpadł do wioski Cichej Wody i na jej oczach rozstrzelali całą jej rodzinę. Ale kobieta się nie załamała: potężnym ciosem tomahawka rozwaliła czaszkę mordercy – ale została zabita przez jego towarzyszy.

Zabitą Indiankę pochowano w lesie Pachaug. A teraz miejscowi opowiadają, że niedaleko od Drogi Czarownic często można usłyszeć płacz i jęki zamordowanej kobiety, a od czasu do czasu można zobaczyć jej widmową sylwetkę w indiańskim ubraniu migającą pomiędzy drzewami i krzewami.

A oto „koleżanka” Cichej Wody – wiedźma Maud – to już zupełnie inna osobowość. Była ona zwyczajną wiejską czarownicą i mieszkała niedaleko od Sterling. Ta dama z kolei za życia sporo krzywd wyrządziła swoim sąsiadom. Mówi o tym następujący fakt: po śmierci Maud została ona pochowana w leśnym wąwozie (dzisiaj też nazywa się Czarodziejskim) wraz ze wszystkimi narzędziami do uprawiania czarów. Wśród tych narzędzi było sporo cennych, srebrnych naczyń kuchennych i stołowych, wśród których były masywne srebrne kubki, ale żaden człowiek nie odważył się je wykopać.

I tak więc do początku XX wieku las Pachaug jak i przecinająca go przesieka był cichym i spokojnym miejscem. Zagadkowe zjawiska stały się ukazywać po tym jak nieznani sprawcy rozkopali grób czarownicy Maud w poszukiwaniu skarbów. O tym, co znaleźli ci ludzie w jej grobie – historia milczy, ale ten akt wandalizmu dał początek całemu łańcuchowi tragicznych zdarzeń.

W latach 20-tych, w Sterling pojawił się piękniś, młodzieniec – drwal, który zaczął chodzić do dwóch miejscowych dziewczyn. Po pewnym czasie obie dziewuszki zaszły w ciążę ze swym kochankiem, po czym kawaler ten znikł bez śladu… A wkrótce obie biedulki zostały znalezione w lesie Pachaug, gdzie powiesiły się na sąsiednich drzewach.

Minęło jeszcze kilka lat i nieopodal miejsca pochowania Maud mieszkańcy miasta znaleźli ciało pięcioletniego chłopca – syna Warnera naczelnika stacji kolejowej w Sterling. Dochodzenie wykazało, że chłopiec wpadł do wąwozu i skręcił sobie kark. Ale co spowodowało, że malec odszedł tak daleko od domu – pozostało zagadką. Ale tragiczna śmierć dziecka nie stała się jedynym nieszczęściem rodziny Warnerów. Ojciec chłopca po stracie jedynego syna stracił rozum i umieszczono go w zakładzie dla obłąkanych.

Od tego czasu ilość ofiar fatalnego lasu wciąż rosła. W latach 30. – 50. ubiegłego wieku zaginęło tam bez wieści wielu ludzi, ale znaleźć się udało tylko ciała dwojga z nich. Szczątki nieszczęśników wyglądały tak, jakby je pogryzło jakieś wielkie, drapieżne zwierzę. I problem w tym, że nigdy nie widziano tam dużych drapieżników…

A w 1969 roku miała tam miejsce straszna tragedia, którą dzisiaj trwożnie wspominają miejscowi. W tym czasie w lesie, w niewielkiej gajówce mieszkał gajowy Ralf McNamara – wysoki i postawny mężczyzna. Do jego obowiązków należało m.in. śledzenie mieszkańców lasu Pachaug – łosi i lisów, aby nie rozmnażały się ponad ustalone normy. Jego dobrym pomocnikiem w tym czasie był ulubiony pies – owczarek Grey.

Pewnej nocy pies śpiący koło łóżka Ralfa naraz się obudził zawył i nijak nie mógł się uspokoić. Ralf założył, że koło jego domku kręcą się wilki i postanowił rankiem poszukać ich tropów. Ale kiedy otworzył tylko drzwi gajówki, Grey nie chciał wyjść i tylko stanowczy rozkaz przywołał go do porządku.

Gajowy i jego pies przeszli zaledwie kilkadziesiąt metrów, kiedy rozległ się głośny trzask łamanych krzewów, jakby przez nie przedzierało się jakieś wielkie zwierzę. Słysząc to, pies rzucił się w kierunku tych dźwięków nie reagując na krzyki swego pana. Od tego czasu tego psa już nikt nie zobaczył. 

Gajowy niewiele myśląc szukał swego wiernego przyjaciela w najgłębszych miejscach kniei, ale owczarek jakby pod ziemię się zapadł.

Od tego czasu Ralf McNamara bardzo się zmienił. Zrobił się ponury i odludkiem, a na wszystkie propozycje przyjaciół by sprawił sobie nowego psa odpowiadał nieuprzejmie. Zaś po pewnym czasie gajowy przepadł gdzieś. Jego zwłoki znaleziono po roku. Okaleczone ciało Ralfa leżało niedaleko od Drogi Czarownic, i od ciała odrąbano dłonie i stopy. dokładne śledztwo miejscowego szeryfa nie przyniosło rezultatów, bo któż mógł tak okaleczyć dużego i silnego mężczyznę, tego nie wiadomo do dziś dnia.

Dzisiaj Droga Czarownic jest zamknięta dla ruchu kołowego. Na początku lat 2000. władze Sterlingu zostały zmuszone do podjęcia takiego kroku po tym, jak w wypadkach zginęło tam kilku kierowców ciężarówek. Od automobilistów, którzy zdecydowali się na jazdę po zakazanym odcinku zdziera się solidne mandaty, ale to nie odstrasza ciekawych turystów zajmujących się mistyką.

Miejscowi mieszkańcy bez względu na stróżów prawa, starają się trzymać jak najdalej od przeklętego lasu, ale goście z innych stanów regularnie tu przyjeżdżają w nadziei spotkania czarownicy Maud i Indianki Cichej Wody… 

 

Oczywiście zainteresowała mnie ta historia i zacząłem ją sprawdzać. I co się okazało – faktycznie istnieje miasteczko Sterling w Kolorado, ale w jego sąsiedztwie nie ma żadnego kompleksu leśnego. Do najbliższego lasu dzieli je dystans 167 km na zachód, a to już są okolice Denver i  Ft. Collins. Nie ma tam też żadnego lasu o nazwie Pachaug. A zatem humbug?

Sprawdziłem dalej i okazało się, że las Pachaug istnieje, ale w innym stanie – a mianowicie w Connecticut. Istnieje tam także miejscowość o nazwie Sterling. A zatem tego miejsca należy szukać w Connecticut. Jest to teren parku leśnego Lasów Państwowych USA o powierzchni 110 km², który przylega do 6 miejscowości: Voluntown, Griswold, Plainfield, Sterling, North Stonington i Preston. Przebiega przezeń cała sieć szlaków turystycznych – pieszych i rowerowych.

Czy dowodzi to, że opowieści o widmach tam grasujących są też fałszywkami? Oczywiście nie. Każdy las ma swe duchy i widma i każdy ma swe tajemnica, u nas też! Takie historie znane są dosłownie WSZĘDZIE! Czy mają one związek z biocenozą i środowiskiem leśnym – zapewne tak. Las jest jednym wielkim organizmem i wszelkie zmiany są przezeń rejestrowane i być może odtwarzane w sprzyjających momentach, a my mając trochę szczęścia możemy zobaczyć te biologiczne rekordy.

NB, podobne historie przytacza znany Czytelnikom dr Miloš Jesenský, który badał dziwne wydarzenia związane ze słowackim górskim masywem Tribeča, co atoli stanowi już osobną i długą historię. 

 

Bywają jednak inne nawiedzone miejsca, które nie mają niczego wspólnego z dziką Przyrodą, ale są tworami człowieka, w których okolicy zdarzają się dziwne przypadki. Mówi świadek jednego z nich:

To wydarzyło się w noc Kupały (21.VI) jakieś dwadzieścia lat temu. Przyjechałem wtedy do swej wioski by odwiedzić staruszków i nieoczekiwanie spotkałem się z moimi szkolnymi kolegami z dzieciństwa. Nasza wioska niczym się nie wyróżnia. Kiedyś był tam kołchoz, ale padł. Teraz w wiosce mieszkają tylko staruszkowie, młodzi się porozjeżdżali…

Spotkanie z przyjaciółmi z dzieciństwa była niespodziewane i burzliwe. A że jeden z nas miał 6 lipca urodziny. Na obrzeżu wioski znajdował się porzucony szkolny sad, w którym zbieraliśmy się całą „bandą”. Tam też postanowiliśmy uczcić urodziny. Przytaszczyliśmy kocioł, zorganizowaliśmy stół, wino, no i się zaczęło…

Była już późna noc, kiedy skończyły się hałasy imprezki, i wraz z kumplem postanowiliśmy się przewietrzyć. Poszliśmy ku torom kolejowym i cicho podeszliśmy do mostu, pod którym płynęła głęboka rzeka o czystych wodach. Szliśmy sobie powoli, nie spiesząc się, gadając o tym i owym, wspominaliśmy dzieciństwo i o czymś tam spieraliśmy się.

Podeszliśmy do mostu i zwróciłem uwagę na niezwykłe zjawisko: rzeka było podświetlona od spodu. Na szlaku noc, a pod wodą bardzo dobrze widać dno z każdym kamuszkiem, z gęstą roślinnością kołyszącą się zgodnie z prądem wody. I całe to podwodne piękno tak nas mamiło, że pojawiła się u nas chętka wykąpania się.

No i to bajkowe widowisko naraz się skończyło, kiedy kolega przywrócił mnie do rzeczywistości kuksańcem i krzykami. Okazało się, że już wtedy przechodziłem przez ogrodzenie. Otrzeźwiałem i poczułem jakby chłodny wiatr. Kiedy próbowałem mu wyjaśnić i wskazałem mu wodę, to zamiast rozświetlonej wody i dna zobaczyłem tylko ciemność wionącą chłodem. Na powierzchni czarnej wody widziałem tylko złowieszczo kołyszący się szlak księżyca…

Zrobiło się strasznie. Błyskawicznie otrzeźwieliśmy i zeszliśmy z mostu. Co ze mną było – tego nie wiem. Może to było jakieś czasowe pomieszanie, chociaż z psychiką nigdy nie miałem problemów. A może to był jakiś wpływ nieczystych sił?

W dzieciństwie słyszałem od staruszków mnóstwo bajek o tym, że to jest niedobre miejsce. Wszak ten most budowali niemieccy jeńcy wojenni. Chodziły pogłoski, że zmarłych od chorób i głodu budowniczych po prostu zamurowywano w konstrukcji mostu, żeby nie tracić czasu na ich chowanie. W cuda nie wierzę, ale czy w słowach staruszków nie było części prawdy?

Straszne, nieprawdaż?

Mówi się, że duchy, to część naszej historycznej przeszłości, romantyczne wspomnienie czyjegoś dramatu. Takimi są np. widma w pociągach i pociągi widma, o których już pisałem. Są także i duchy, które zachowują się dziwnie i o tym mówi poniższa opowieść:

 

To wydarzyło się w latach 90-tych. Jechałem w swoich sprawach na majowe święta. Droga była daleka – 300 km poprzez wioski. No i skończyły mi się papierosy, a palić się chce! Zacząłem wypatrywać sklepu przy drodze. Zatrzymałem się przy najbliższym sklepie. Ledwie wyszedłem z samochodu, patrzę, a obok mnie stoi pięcioletnia dziewczynka. Chudzinka, sukienka na niej brudna i podziurawiona, trzyma za rękę chłopczyka, półtorarocznego dzieciaczka. Też był chudy i wyszmotruchany. I jedno, co mnie zdumiało, że oboje byli boso.

W latach 90-tych miastowym nie było lekko, a co dopiero mówić o prowincji. Wszędzie byli żebracy.

- Czego – pytam – nie macie pieniędzy?

Ale dziewczynka kręci głową i pokazuje na usta, że niby jest głodna. Zrobiło mi się ich żal – sam miałem dwoje, a tamte…

- No to chodźcie to kupię wam coś – powiedziałem i wszedłem do sklepu wpuściwszy dzieci przodem.

Zaraz za nami wszedł jakiś mężczyzna. Podszedłem do lady i zwróciłem się do starszej sprzedawczyni:

- Proszę o papierosy, kilka batonów i karton mleka.

A potem nie wytrzymałem i dodałem:

- Co to u was we wsi dzieci żebrzą? Głodne, nie ubrane i boso. Przecież mogą zachorować. A rodzice jak widać się nimi nie przejmują. Warto byłoby powiadomić o tym, kogo trzeba…

- Jakie dzieci? O kim pan mówi? – zapytała mnie zdziwiona kobieta.

- No przecież te – wskazałem ręką tam, gdzie stały, ale ku memu zdumieniu ich tam nie było!

Rozejrzałem się – dzieci tam nie było.

- Gdzie one są? Przecież przyszliśmy tu razem. Uciekły, czy co?

Tutaj do rozmowy włączył się mężczyzna, który stał za mną:

- Pan wszedł sam, żadnych dzieci nie było.

- No jak to nie było? – odparowałem. – Dziewczynka jakieś 5 lat w podartej sukieneczce i chłopczyk z nią. Spotkałem je koło samochodu, o jedzenie prosiły. Przecież nie zwariowałem?

Przepuściłem mężczyznę do lady, ten kupił, zapłacił i odszedł. A sprzedawczyni odezwała się w te słowa:

- Nie, nie zwariował pan. To znów Jegorowowie szaleją.

Ucieszyłem się z tego, że jednak jestem normalny:

- No, ale czemu wy im nie pomożecie, choćby zawiadamiając Opiekę Społeczną?

- A im to już nikt nie pomoże – odpowiedziała ze smutkiem. – Oni umarli pół wieku temu…

Zatkało mnie.

- Jakże to tak?

A tak. W czasie wojny we wsi był straszny głód. Kosił całe rodziny. U Jegorowych zmarła matka, a ojciec na froncie. Pozostało pięcioro dzieci i nikt nie mógł im pomóc. Ludzie puchli z głodu, swoich dzieci nie mogli uratować, a co dopiero cudze… Nie wiem dlaczego nie zabrano je do Domu Dziecka i tutaj je pochowano. A kiedy wojna się skończyła, ojciec wrócił do wsi i chodził na ich mogiłki do końca swych dni. Porządny chłop z niego był, ale już się nie ożenił po raz drugi i nie założył drugiej rodziny. Po 10 latach umarł samotnie. Potem młodszych Jegorowych zaczęto widzieć we wsi, ale miejscowym pokazują się rzadko, proszą najczęściej przyjezdnych. Wypadałoby mnie pójść na ich mogiłki i położyć im słodycze. A to już drugi tego rodzaju wypadek w tym tygodniu. Jak widać proszą o uczczenie ich pamięci.

Zabrałem swoje zakupy i wyszedłem. Wsiadłem do auta i przejechałem jakieś trzysta metrów. A potem wróciłem do sklepu.

- A proszę o 20 deko cukierków czekoladowych.

- Proszę bardzo.

Wziąłem torebkę i poprosiłem:

- Proszę zanieść to na cmentarz, na groby Jegorowych, jeżeli możecie.

Sprzedawczyni skinęła potakująco głową, a mnie na sercu zrobiło się jakoś lżej.

 

No cóż, autor tej relacji miał szczęście, bo o ile można wierzyć naszym babciom i ciotkom, to głodne duchy są jednymi z najgorszych istot z tamtego świata, które potrafią nękać żyjących, najczęściej – na szczęście – sprawców swej śmierci.

Ale to już temat z innej ballady.

 

Źródło – Tajny XX wieka

Zebrał i opracował – R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 29 maja 2021

Na progu Nieznanego (5)

 


Czarna księga


Chcę się z wami podzielić historią, którą usłyszałam w dzieciństwie od mojego dziadka Anatolija. Opowiadam więc w jego imieniu.

 

Duch pięknego młodzieńca

 

To wydarzyło się przy końcu 1976 roku. Po ukończeniu szkoły uczyłem się w Szkole Mechaniki Lotniczej, tak że ze szkolnymi kolegami się nie komunikowałem. Ale pod koniec 1977 roku zadzwoniła do mnie była koleżanka szkolna, z którą chodziłem do jednej klasy, Łarissa. Bardzo się tym zdziwiłem – nie przyjaźniłem się z nią, więc skąd dostała mój numer telefonu? Ojciec jako ważny pracownik zakładów chemicznych dopiero co dostał telefon.

Następnego dnia zapytałem Łarissę, kiedy nieoczekiwanie spotkałem ją na przystanku.

- Teraz wiem już dużo – roześmiała się ona. – Możesz nie wierzyć, ale ja mogłam zaprzyjaźnić się z duchem.

Pomyślałem, że ma coś nie w porządku z głową i powiedziałem jej to wprost, ale ona tylko zachichotała.

- Babcia zostawiła mi swoją czarną księgę i teraz ją czytam. Tam stoi napisane, że nam, całej naszej paczce pomaga duch wysokiego, pięknego młodzieńca!

Niczego nie rozumiałem, ale potem zadzwoniłem do naszego szkolnego starosty – Rinato. Ten powiedział, że Łarissa i jej przyjaciele chcą zostać aktorami i oto grają przed wszystkimi. Gdybym wiedział, czym to się wszystko zakończy…! 

 

Zatrucie gazem

 

W rok później, jakoś tak na początku nowego 1978 roku, znów zadzwoniła do mnie Łarissa. Jej głos był przepełniony nieopisanym strachem.

- To on, ten duch, on nas wszystkich zabije, powiedz… - i w słuchawce rozległ się sygnał końca połączenia.

Wezwałem milicję, chociaż obawiałem się, że Łara mnie rozgrywała. Ale w mieszkaniu Łarissy znaleźli czworo młodych ludzi – paczkę dziewczyn i chłopców marzących o aktorskiej sławie. Wszyscy oni zatruli się gazem. Czemu do tego doszło? – czy miało tam miejsce zbiorowe samobójstwo, czy też nieszczęśliwy wypadek? – nikt do tego nie doszedł.

Do dziś dnia z drżeniem wspominam tą historię. Być może Łarissa potrafiła wywołać ducha, i czy śmierć dziewczyny i jej przyjaciół była przezeń spowodowana? Ja zrozumiałem jedno: Jeżeli czegoś nie potrafisz wyjaśnić, to wcale nie oznacza, że czegoś takiego nie ma i być nie może.

Od tego czasu zupełnie przeszło mi zainteresowanie czarną magią. Za jej zajmowaniem się możemy słono zapłacić – śmiercią.


Walentyna A. Iwanowa

 

Źródło: Tajny XX wieka, nr 33/2019, s. 25

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

piątek, 28 maja 2021

Co to jest?

 


A oto kolejna tajemnica Wszechoceanu. Uchwycone na zdjęciach zwierzę (???) zaobserwowano i sfilmowano w dniu 20.III.2013 roku w Oceanie Indyjskim, na głębokości 1148 m. Zdjęcia i materiał filmowy pochodzi z ROV.  Jak widać, w wodach naszej planety jest wiele rzeczy, które pozostają nieznane odkrywcom głębinowych. Od czasu do czasu nieznany wyrzuca się na plaży lub zostaje złapany przez najnowocześniejsze kamery.


Podczas gdy wiele z nich okazuje się być znanymi gatunkami, niektórzy badacze i naukowcy wprawiają w zakłopotanie ich cechami fizycznymi i wyglądem.

Coś takiego widziano ostatnio przez kilka minut na Oceanie Indyjskim.

Materiał filmowy pokazuje dziwnie wyglądające stworzenie przekształcające się w głębi oceanu na 3700 stóp.

Klip zaczyna się od stworzenia wyglądającego jak potwór ze starej gry zręcznościowej, którą gracze zazwyczaj strzelają, lub ksenomorf (xenomorph - stwór z innego świata rozsławiony przez Jamesa Camerona i Ridleya Scotta z serii filmów „Obcy”).





Unosi się przez około 40 sekund, zanim nagle skurczy się do postaci małej czarnej kulki. Kilka sekund później otwiera się i staje się nieco wydłużony, przypominając górną część wyciskacza do cytryn.

Według doniesień wideo zostało zrobione przez ROV (pojazd zdalnie sterowany) na głębokości 3753 stóp na Oceanie Indyjskim. Ale pod koniec materiału można zobaczyć, jak stwór uwięziony jest w wyjściu z silników odrzutowych ROV.

Klip był rozpowszechniany w Internecie w 2013 roku, ale niedawno pojawił się ponownie na platformach mediów społecznościowych.

Film został ponownie udostępniony na kanale YouTube CaptainJRD z opisem: - Ten film został nagrany przez ROV (pojazd zdalnie sterowany) na głębokości 3753 stóp na Oceanie Indyjskim, w bliskiej odległości od głowicy wiertniczej. Pod koniec materiału filmowego możesz zobaczyć, jak stworzenie jest pochwycone odrzutem z silników ROV. Wideo nie zostało zmienione i zostało zabrane ze wschodniego wybrzeża Afryki.

Film uzyskał obecnie ponad 1,5 miliona wyświetleń na YouTube, a użytkownicy starają się jak najlepiej zidentyfikować stworzenie.[1]

 

Tajemnicza meduza

 

Inne tajemniczo wyglądające stworzenie zostało uchwycone kamerą w głębinach Oceanu Indyjskiego przez naukowców, którzy twierdzą, że gatunek ten nigdy wcześniej nie został udokumentowany.

Film przedstawiający zwierzę podobne do meduzy został nakręcony z załogowej łodzi podwodnej w najgłębszym punkcie Rowu Jawajskiego na Oceanie Indyjskim, około 7192 m poniżej poziomu morza, zgodnie z komunikatem prasowym z ekspedycji Five Deeps.

- Nieczęsto widzimy coś tak niezwykłego, że zaniemówimy - powiedział w oświadczeniu dr Alan Jamieson, główny naukowiec ekspedycji Five Deeps. - W tym momencie nie jesteśmy do końca pewni, jaki to był gatunek, ale dowiemy się w odpowiednim czasie - dodał.

Według ekspedycji wyprawa na Ocean Indyjski była trzecim razem, gdy zespół z powodzeniem zabrał swoją łódź podwodną na wcześniej nieodwiedzone dno jednego z pięciu oceanów świata.[2] 

 


I jeszcze jedna informacja na ten temat:

 

W najgłębszych przepaściach Oceanu Indyjskiego zauważono nowe, tajemnicze stworzenie, potencjalnie po raz pierwszy.

Nurek Victor Vescovo odbył pionierską podróż na dno rowu Java - uważanego za najgłębszy punkt Oceanu Indyjskiego - w ramach ekspedycji Five Deeps, która jest kręcona dla Discovery Channel.

W mrocznych głębinach rowu Vescovo i jego zespół zauważyli coś, co ich zdaniem jest niewidocznym wcześniej gatunkiem meduz.

Nakręcili materiał filmowy przedstawiający stworzenie, które zespół opisuje jako „niezwykłe galaretowate zwierzę”, które „nie przypomina niczego, co widziano wcześniej”.

Alan Jamieson, główny naukowiec ekspedycji, rozmawiał z CNN Travel o niesamowitym znalezisku.

- Zwykle mam całkiem niezłe wyobrażenie o tym, co zobaczymy - ale od czasu do czasu rzuca się tą krzywą - mówi Jamieson. - To naprawdę wygląda sztucznie - wypuszcza atrament i nagle się obraca, a ty mówisz: 'Jezu, to jest jakaś dziwna meduza'.

Zespół zebrał się wokół obiektywu i powtarzał nagranie, próbując ustalić, co znaleźli. W swoim pokoju hotelowym na Bali Jamieson przeglądał Internet w poszukiwaniu wskazówek. Natknął się na grupę japońskich naukowców, którzy zauważyli coś podobnego i porozmawiali z nimi o znalezisku.

- Doszliśmy do wniosku, że nazywa się to płaszczem, który jest tryskaczem morskim. Ten konkretny nazywa się, jak sądzimy, ascidianem - wyjaśnia. - To tak naprawdę nie ma wspólnej nazwy, ponieważ nie jesteśmy do końca pewni, co to jest. Ale wygląda na to, że jest to tunika, która normalnie byłaby zakotwiczona do dna morskiego - używając tej dużej, długiej macki, naturalnie byłaby fizycznie zakotwiczone. I z jakiegoś powodu podnosi swoje ciało ponad dno, aby mógł filtrować żywność z wody.

Jamieson doszedł do wniosku, że stworzenie przystosowało się do szczególnych warunków panujących w Rowie Jawajskim.

- Rowy są dość sejsmiczne - i normalnie takie istoty byłyby przymocowane do dna morskiego. A teraz, jeśli jest to dość sejsmiczne środowisko, istnieje ryzyko, że zostaniesz zakopany - więc przystosowanie się do destrukcyjnego środowiska polega na podniesieniu się z dno morskie iw tym przypadku używając tej wielkiej, długiej macki ”.[3]

 

Moje 3 grosze

 

Powyższe informacje pokazują nam, jak mało wiemy o Wszechoceanie i jego mieszkańcach. I nic byśmy nie wiedzieli, gdyby nie przypadek. Wystarczy przypomnieć wydarzenia z grudnia 2004 roku, kiedy to tsunami wyrzuciło na brzegi Jawy nieznane nauce stworzenia morskie. Dlatego nie ma się co dziwić, że takie istoty żywe są znajdywane.

Niestety nigdzie nie udało mi się znaleźć dokładnego miejsca, gdzie zaobserwowano to „coś”. A szkoda, bo możemy tylko przypuszczać, że chodzi o Komory albo/i Madagaskar. Nie zapominajmy, że Madagaskar to wyspa, na której czas ewolucji poszedł zupełnie innym torem i dziś znajduje się tam wiele unikatowych roślin i zwierząt. Z kolei w wodach Komorów zamieszkują gatunki reliktowe ryb, jak np. Latimeria chalumne, która nie zmieniła się od setek milionów lat…Tak więc mamy tu do czynienia z jakimś zwierzęciem reliktowym sprzed wielu milionów lat, a kto wie czy nie z czasów Ziemi – Śnieżki?  A może wcześniejsze?

Jest jeszcze inna możliwość, że jest to jakiś mutant stanowiący krzyżówkę głowonoga i żebropława, bowiem wykazuje ono cechy i jednych i drugich zwierząt. Czy w Naturze coś takiego jest możliwe? Raczej nie, ale w jakimś laboratorium genetycznym, to czemużby nie? Może ktoś już nie poprzestaje na modyfikacjach wirusów i bakterii, i zabrał się za większe zwierzęta?

Jest wreszcie jeszcze trzecia możliwość – ta najfantastyczniejsza, a mianowicie – biologiczny robot-zwiadowca. Podpłynął do ROV-a, obejrzał go sobie i odpłynął w głębiny Indyka. Tylko pozostało pytanie: kto i w jakim celu tego robota wyhodował? I kto go używa?

Co do dziwnej „meduzy” to można powiedzieć tylko tyle, że nie jest to ostatnie odkrycie tego rodzaju. Wszak o dnie Wszechoceanu wiemy mniej, niż powierzchni Księżyca czy Marsa – zmapowano i zbadano około 10-15% powierzchni dna. Tylko tyle!

czwartek, 27 maja 2021

Na progu Nieznanego (4)

 


Widmo w cytadeli Iwana Groźnego

 

Siergiej Kowalenkow

 

Ta tajemnicza historia, którą chcę wam opowiedzieć, przydarzyła się mi w Aleksandrowskiej Słobodzie. Miejsce to było świadkiem wielu wydarzeń historycznych i do dziś dnia chroni nieodkryte tajemnice. Większość z nich ma związek z postacią cara Iwana IV Groźnego.

 

Zejście do sali tortur

 

W swoim czasie Iwan Groźny przyjechał z Moskwy do Aleksandrowa i zrobił to miasto na pewien czas stolicą imperium. To właśnie tutaj car powołał do życia opriczninę[1] i także wydał rozkaz do krwawego rajdu na wolny Wielki Nowogród. W piwnicach i kazamatach znaleźli się nieprzyjaciele cara, gdzie trwały przesłuchania z torturami i wykonywano wyroki śmierci…

Do Aleksandrowa wraz z innymi przyjechaliśmy w 2012 roku zamierzaliśmy zwiedzić wszystkie tutejsze atrakcje, zabytki i inne ciekawe miejsca. Miasteczko okazało się niezbyt duże i nieco zapuszczone. Aleksandrowskaja Słoboda jest niewielką twierdzą, miejscowym Kremlem.

Obejrzawszy ekspozycje i po przymierzeniu kostiumów z XVI wieku do sesji fotograficznej, nasza wesoła kompania zdecydowała się zejść do podwala, czy jak tutaj mówią – sali tortur. Wiodły do niej kręte, kamienne schody z wysokimi stopniami. We wnętrzu było ponuro i tak jakoś nieprzyjemnie, chociaż narzędzia tortur tam wystawione, były tylko ich replikami i rekwizytami. Zrobiłem wiele zdjęć na pamiątkę, w tym także tych schodów, którymi zeszliśmy na dół…

 



Sylwetka kobiety

 

W pewnym momencie powiał słaby wiaterek. Pomyślałem, że to wentylacja, ale potem przeglądając zdjęcia zdumiałem się. Na jednym ze zdjęć, koło schodów znajduje się kobieca sylwetka, przypominająca widmo. W tej części pomieszczenia nie było wtedy nikogo – żadnych ludzi czy manekinów, które mogły znaleźć się w kadrze. Ale obraz kobiety jest widoczny wyraźnie. Kimże ona była? Czy była to jakaś ofiara okrutnego cara?

Z Aleksandrowską Słobodą jest związanych wiele legend. To tutaj należałoby szukać zaginionej biblioteki Iwana Groźnego, to tutaj został zabity lub zmarł śmiercią naturalną jego syn.[2] To tutaj z dzwonnicy cerkwi próbował wzlecieć w niebiosa na sporządzonych przez siebie skrzydłach miejscowy wynalazca Nikita. Wielu ludzi zamęczono w salach tortur. Iwan Groźny po śmierci syna wyjechał stąd i już nigdy tu nie powrócił…

A ja do dziś dnia trzymam to zdjęcie. To, czego nie dostrzega wzrok – zapisała technika!

 

Źródło: Tajny XX wieka, nr 52/2019, s. 25

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

 



[1] Polityka Iwana IV dążąca do ograniczenia władzy bojarów i spacyfikowania opozycji wrogiej carowi, której głównym i jedynym narzędziem był terror stosowany właściwie w sposób nieograniczony. Słynnym oprycznikiem był Maluta Skuratow wspomniany m.in. w Mistrzu i Małgorzacie Michaiła Bułchakowa.

[2] Chodzi o księcia Iwana Iwanowicza, który został zamordowany przez swego ojca w czasie kłótni domowej, albo  Dymitra, który zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w Ugliczu, co stało się potem przyczyną wielkiej smuty i tzw. dymitriady – zob. Tadeusz RojekXIII tajemnic historii, Warszawa 1987.

środa, 26 maja 2021

Na progu Nieznanego (3)



 Nierozmienialny „tysiak”

 

Rusłana Kowskaja

 

Pamiętacie epizod z kultowej powieści braci Strugackich Poniedziałek zaczyna się w sobotę, w którym bohater popada w kłopoty z milicją dzięki nierozmienialnej kopiejce? Na pewno wielu z was słyszało legendę o tzw. nierozmienialnym rublu. Mnie w życiu udało się zetknąć się z czymś podobnym!

 

Rzadkie imię

 

Cztery lata temu (2015 r.), ja – studentka V roku nauki w Instytucie Języków Obcych wracałam po wykładach do domu. Szłam i głęboko się zamyśliłam patrząc pod nogi. I naraz zauważyłam jak wśród jesiennych liści błysnął zielenią banknot. Podniosłam go i zaczęłam oglądać. Tysiącrublówka. Na jego skraju, równym pismem, czerwonym tuszem napisano: Dla Rusłany.

Rzecz w tym, że mam na imię Rusłana i bardzo zdziwił mnie taki zbieg okoliczności, bo może imię jest bardzo rzadkie. Pomyślałam: może ktoś postanowił mnie rozbawić? Rozejrzałam się wokół siebie w poszukiwaniu znajomej twarzy, ale nic podejrzanego nie zauważyłam. Zaczęło padać, ludzie się spieszyli, i nikt nie zwracał na mnie uwagi.

Zatrzymałam tego tysiaka dla siebie. Pomyślałam – A co mi tam, czemu miałby przepaść? Kupiłam sobie za niego w kosmetycznym wodę toaletową, o której dawno marzyłam, ale nie mogłam sobie na nią pozwolić z powodu braku finansów. Wtedy wynajmowałam mieszkanie i na wszystkim oszczędzałam, by mieć na czynsz – tak więc rzadko pozwalałam sobie na wydatki.

 

Poprzez 1000 km

 

Wiosną świętowałam swe urodziny. Dostałam od gości prezenty, w tym kopertówki. Jakież to było moje zdziwienie, kiedy w jednej z kopert znalazłam tą samą tysiącrublówkę.

- Dostałam ją jako resztę w supermarkecie i od razu zdecydowałam, że podaruję ją tobie – powiedziała przyjaciółka, od której dostałam tą kopertę.

- No i wróciła do mnie – pomyślałam wtedy.

Tym razem moją cenną imienną tysiącrublówkę wydałam w czasie letniego wyjazdu do Soczi, gdzie pracowałam w dziecięcym wakacyjnym obozie. Wydałam i zapomniałam, a zimą znów w niepojęty sposób wróciła do mnie! Dorabiałam sobie jako korepetytorka języka angielskiego z uczniami w ich domach. i oto pewnego razu ojciec jednego z moich podopiecznych rozliczył się ze mną przy pomocy takiego właśnie, „mojego” tysiaka! Byłam skrajnie zdumiona i zainteresowana, czy nie odpoczywał on w lecie z rodzina na południu. Pokręcił przecząco głową i powiedział, że już od dawna nigdzie nie jeździł. Przyjrzałam się dokładnie banknotowi: nie było żadnych wątpliwości – to była dokładnie ta sama tysiącrublówka! Po prostu niewiarygodne! Ona wróciła do mnie pokonując tysiąc kilometrów! Wtedy zdecydowałam, że nie będę jej wydawać i pozostawię ją sobie na pamiątkę.

 

Na przedniej szybie

 

Upłynął rok, kiedy byłam odwiedzić przyjaciółkę, do mieszkania, które zajmowałam włamali się złodzieje. Oni zabrali stareńki laptop, aparat fotograficzny i nawet kuchenkę mikrofalową. Rzecz jasna zabrali też wszystkie pieniądze, jakie miałam, i oczywiście mojego tysiaka. Niestety, nie udało się złapać tych złoczyńców.

Wkrótce zdecydowałam się pojechać do Moskwy. Mieszkała tam moja siostra-bliźniaczka, która od dawna zapraszała mnie do siebie. Pomogła mi zaczepić się w biurze tłumaczeń. Pracy było dużo, płacili za nią całkiem przyzwoicie, dlatego też w ciągu roku spełniłam swoje marzenie i wzięłam kredyt na zakup samochodu. I tak oto, zupełnie niedawno, po pełnym pracy dniu, siadam za kierownicę i widzę – na szybie, pod wycieraczką znajduje się jakiś papierek. Okazało się, że była to znajoma tysiącrublówka z podpisem Dla Rusłany. Nie wierzyłam własnym oczom!

Ciekawa jestem, jak długo nie będzie się ze mną rozstawać mój nierozmienialny tysiak? Chociaż jestem pewna, że jak jego kiedyś tam wydam, to on i tak do mnie wróci…

 

Źródło: Niewydumannyje Istorii, nr 52/2019, s.18

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz