Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 sierpnia 2025

TOWARZYSZE CZARODZIEJE

  


Są filmy, do których chętnie wracam. Jednym z nich jest u nas niemal zapomniana i pamiętana chyba tylko przez miłośników science-fiction radziecka komedia pt. „Czarodzieje” z okresu końcowego Breżniewa, a dokładniej z 1982 roku, w reżyserii Konstantina Bromberga i jego ekipy z Odesskiej Kinematografii. A szkoda, boż radziecka szkoła komedii w niczym nie ustępuje najlepszej produkcji światowego kina, ale ten film jest filmem szczególnym, a to ze względu na osoby autorów scenariusza – braci Arkadego i Borysa Strugackich.

Scenariusz filmu nawiązuje do ich powieści „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”, ale jego akcja toczy się w Kitieżgradzie – tajemniczym mieście, które dla Rosjan jest tym, czym dla nas Vineta, Atlantyda czy Avalon – a w którym znajduje się NUINU – Naukowego Uniwersalnego Instytutu Nietypowych Usług, który z kolei jest głównym kooperantem Instytutu Badań Czarów i Magii – sołowieckiego INBADCZAM-u. Głównymi bohaterami jest para zakochanych: ona – Alena (Aleksandra Jakowlewa) jest pracownikiem naukowym NUINU, czyli po prostu wiedźmą, on – Iwan (Aleksander Abdułow) pracuje w Moskiewskiej Eksperymentalnej Fabryce Instrumentów Muzycznych. I wszystko byłoby OK., gdyby nie to, że w pięknej Alenie kocha się do szaleństwa się demoniczny administrator Instytutu – Sataniejew (Walentin Gaft), który namawia do rzucenia czaru na Alenę dyrektorkę Instytutu – potężnego (dzięki nowoczesnej czarodziejskiej pałeczce w kształcie grubego ołówka) czarownicę Szmachanską (Jekaterina Wasiliewa), dzięki czemu Alena zapomina o Iwanie i skłania się ku niemu... Z kolei we wszechpotężnej dyrektorce kocha się pracownik naukowy Instytutu niejaki Kiwrin (Walerij Zołotuchin), który też ma swój udział w intrydze. Sytuacja się komplikuje, kiedy przyjeżdża komisja z Moskwy w celu zatwierdzenia magicznej pałeczki do masowej produkcji, a po Instytucie pałęta się tajemniczy Gość z Południa (Siemen Farada), który tam wszedł w celu jej zakupu i nie potrafi wyjść...  Zmianę zachowania pięknej Aleny dostrzegają przyjaciele i interweniują. Magistrowie magii Kowrow (Jemmanuił Witorgan) i Bril (Michaił Swietin) ściągają w alarmowym reżimie Iwana z Moskwy i wtajemniczają go w intrygę Sataniejewa. Oczywiście wszystko kończy się happy endem i... oficjalnym wystąpieniem publicznym kota, który tymczasem nauczył się mówić w ramach eksperymentu magotechnicznego. A wszystko to staje się w szczególnie magiczną dla Rosjan noc noworoczną. I co najciekawsze – nie ma tam ani słowa o przewodniej roli partii!

Oczywiście śmiejemy się, bo w radzieckich realiach coś takiego, jak Kitieżgrad, instytuty zajmujące się magią, muzea czarów i magii – w których znajdowały się miecze-samosiecze, homunkulusy, stoliczek-nakryj się i inne gadżety znane młodszemu pokoleniu z filmów i książek o Harrym Potterze i Sabrinie Spellman – wyglądały tak, jak Mozart w klubie rock’n’rolla. Ale nie zapominajmy, że scenariusz pisali mistrzowie, tytani-koryfeusze radzieckiej fantastyki naukowej, których wielkość polegała nie tyle na śmiałości wizji – jak w fantastyce zachodniej – ale na miażdżącej krytyce radzieckiej rzeczywistości z lat breżniewowskiej stagnacji. Książki braci Strugackich były chyba najbardziej zjadliwymi paszkwilami na Związek Radziecki i komunizm, jakie napisano w ZSRR. A cała ich magia (i perfidia) polegała na tym, że nie było cenzury, która mogłaby się do nich przyczepić, bo wszystko było napisane pomiędzy wierszami!

Wiecie jeszcze dlaczego tak bardzo podoba mi się ten film? Dlatego, bo nie ma w nim chamstwa, mordobicia, przemocy i strzelaniny, które zdominowały komedie Zachodu. Ten film przypomina mi czasy wielkości i sławy Izaaka Dunajewskiego – wszak jest to komedia muzyczna z piosenkami skomponowanymi przez Jewgienija Kryłatowa do słów Leonida Dierbieniewa. Poza tym autorzy scenariusza – w przeciwieństwie do Joan Rowling – twierdzą, że każdy człowiek może stać się magiem, bowiem magia – to tylko naturalne możliwości człowieka, które można rozwinąć tak, że wyglądają na nadprzyrodzone dla laików i ignorantów – i niech wszyscy odejdą szczęśliwi! To właśnie dlatego tak bardzo lubię ten film i polecam go tym, którym przejadła się ziejąca z ekranów miałka hollywoodzka szmira i pospolite polskie chamstwo.

"Nieznany Świat" 2005

sobota, 5 lutego 2022

Nawiedzone mieszkanie

 


Olga J. Samarskaja

 

Przeczytałam historię O. Rokotowej pt. „Coś w mieszkaniu” i przypomniało mi się zdarzenie, które przydarzyło się naszej rodzinie.

 

Nocne hałasy

 

W 2002 roku nasza córka wyszła za mąż. Młodzi póki co nie mieli swego mieszkania, a mieszkać z rodzicami młodzi nie chcieli. Zaczęliśmy zatem poszukiwać dla nich jakiegoś mieszkania.

Podpowiedziano nam pewien adres. Tam mieszkała ongi rodzina mojej znajomej. Ale gospodarze wybudowali ładny dom i dawno się wyprowadzili. Sprzedali mieszkanie, tylko że w niej nikt nie mieszkał. Znaleźliśmy gospodynię, dogadaliśmy się co do ceny i dzieci się wprowadziły.

Wkrótce w młodej rodzinie pojawiło się dziecko i oczywiście oboje z mężem przychodziliśmy by spotkać się z nim. Z pewnym zdumieniem zauważyłam, że w domu naszych dzieci a to woda się rozlała, a to coś się rozsypało… Potem córka zaczęła opowiadać, że nocami u nich w kuchni coś łomocze, podłogi skrzypią, rozlegają się jakieś szurania. Zdecydowaliśmy się obejść całe mieszkanie z modlitwą i kropiąc wodą święconą. Nocne hałasy ucichły, dzieci przestały się skarżyć. Ale pewnego przepięknego dnia, oni przyszli i powiedzieli, że znaleźli inne mieszkanie – bo w tamtej żyć się nie dało. Okazało się, że ich telewizor sam się włączał i wyłączał, podobnie jak wieża hi-fi stereo. A już jak same z siebie zaczęły się przemieszczać kapcie – wszystko zaczęło się od nowa.

 

Zasada bumerangu

 

Rozmawiałam z pewną kobietą z tej dzielnicy i ona opowiedziała, że w mieszkaniu vis-à-vis nich mieszka sąsiadka, która zajmuje się „ciemną sztuką”. Wszyscy boją się z nią przyjaźnić. Ona nie chce, żeby obok niej szumieli sąsiedzi. I jak ktoś zasiedlił mieszkanie obok, to nie wytrzymywał w nim nawet pół roku.

Minęło już kilka lat, a mieszkanie to nadal nie zostało sprzedane, i nikt w nim nie mieszka. I jak widać, jest w nim jakaś nieczysta siła. Oto i cała historia.

A sąsiadka żyje do dziś dnia, ale ma problemy ze zdrowiem. Prawdę mówią, że tej zasady bumerangu nikt nie jest w stanie zmienić…

 

Źródło – „Niewydumannyje Istorii” nr 35/2021, s. 17.

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz   

piątek, 4 lutego 2022

Magiczny dar



Iwan Gawriłow

 

Kiedy miało miejsce to wydarzenia, mój dziadek Stiepan miał pięć lat.

 

Miejscowa czarownica

 

W ich wsi mieszkała babka Serafima. Była to niepokaźna staruszka, ale wszyscy o niej wiedzieli jedno, że była to wiedźma – a to znaczy tyle, co wiedząca. Do babki Serafimy często zwracali się ludzie z różnymi sprawami: a to podleczyć się, a to pomóc ze zwierzętami gospodarskimi, a to pogadać, a to zdjąć urok, i tak dalej. Często przyjeżdżali do niej mieszkańcy sąsiednich wsi i osiedli – jej sława sięgała daleko od miejsca jej zamieszkania. Babka Serafima nikomu nie odmawiała, leczyła ludowymi sposobami, odprawiała magiczne rytuały. Często ją widziano za wsią, jak zbierała jakieś ziółka i korzenie.

I tak jak babci Serafimie stuknęła dziewięćdziesiąta, to ona zległa. Stało się jasne, że miejscowa czarownica już długo nie pociągnie – śmierć była bliska. Biedna staruszka męczyła się, jęczała a nawet krzyczała, a jakoś umrzeć nie mogła. Jest takie przekonanie, że wiedźma nie może tak sobie łatwo umrzeć – on musi komuś przekazać swój magiczny dar.

 

Umarła z uśmiechem

 

Dzieci babka Serafima nie miała, ale za to mnóstwo rodziny: kuzynki i kuzyni a także ich dzieci. Jednakże oni bali się podejść do łoża umierającej, nie chcieli, by komukolwiek z nich dostał się ten magiczny dar. I chociaż babka Serafima prosiła bardzo, nikt nie miał odwagi pomóc jej przejść do tamtego świata. A potem stało się nieoczekiwane. Kiedy krewni przyszli odwiedzić staruszkę, to zobaczyli, ze ona już nie żyje, i co więcej – umarła z uśmiechem na ustach.

Długo dla mieszkańców wsi pozostawało sekretem to, dlaczego tak się stało. A w rok później okazała się przyczyna. Jakoś tak w rodzinie mojego dziadka zachorowała krowa. Miejscowy weterynarz niczego nie mógł zrobić. I naraz do krowy podeszła moja babcia Masza – starsza siostra dziadka Stiepana, któremu w tym czasie była lat 12.

- Wiem, co trzeba zrobić – powiedziała ona. Potem poszła do lasu i wróciła z jakimiś ziołami, coś tam z nich przygotowała, dała krowie, a tej zrobiło się lepiej.

 

„Chcę być czarownicą!”

 

Rodzice wypytywali Marinę, kto ją tego nauczył, a ona w końcu się przyznała. Okazało się, że dowiedziawszy się o tym, że nikt nie chciał przyjąć magicznego daru babki Serafimowej, dziewczynka bardzo się dziwiła.

- Przecież to jest bardzo dobrze stać się taką czarodziejką – myślała ona. I tak po cichu poszła do umierającej. Ta wzięła Maszę za rękę, uśmiechnęła się i umarła.

I od tej pory Masza stała się miejscową wiedźmą. Ona sama nie mogła wyjaśnić, jak potrafi leczyć, szeptać, odprawiać magiczne rytuały, to wszystko wychodziło jakby samo z siebie – rodzaj subwiedzy – dosłownie ona zawsze wiedziała, co trzeba robić w danym przypadku.

No, ale dar ten miał swoje ciemne strony – Marina do końca swych dni była samotną. Być może było to przekleństwo magicznego daru, a być może i dlatego, że od dzieciństwa ludzie trzymali się od niej z daleka z powodu tegoż daru…?

I znów, Marina umierała bardzo ciężko, ale swego daru już nikomu nie przekazała. Ona przemęczyła się kilkanaście dni, a potem miejscowi chłopi wyrąbali dziurę w dachu jej domu by – zgodnie z wierzeniami – dusza wiedźmy może spokojnie opuścić jej ciało.

 

Źródło – „Niewydumannyje Istorii”, nr 35/2021, s.16.

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz  

sobota, 29 maja 2021

Na progu Nieznanego (5)

 


Czarna księga


Chcę się z wami podzielić historią, którą usłyszałam w dzieciństwie od mojego dziadka Anatolija. Opowiadam więc w jego imieniu.

 

Duch pięknego młodzieńca

 

To wydarzyło się przy końcu 1976 roku. Po ukończeniu szkoły uczyłem się w Szkole Mechaniki Lotniczej, tak że ze szkolnymi kolegami się nie komunikowałem. Ale pod koniec 1977 roku zadzwoniła do mnie była koleżanka szkolna, z którą chodziłem do jednej klasy, Łarissa. Bardzo się tym zdziwiłem – nie przyjaźniłem się z nią, więc skąd dostała mój numer telefonu? Ojciec jako ważny pracownik zakładów chemicznych dopiero co dostał telefon.

Następnego dnia zapytałem Łarissę, kiedy nieoczekiwanie spotkałem ją na przystanku.

- Teraz wiem już dużo – roześmiała się ona. – Możesz nie wierzyć, ale ja mogłam zaprzyjaźnić się z duchem.

Pomyślałem, że ma coś nie w porządku z głową i powiedziałem jej to wprost, ale ona tylko zachichotała.

- Babcia zostawiła mi swoją czarną księgę i teraz ją czytam. Tam stoi napisane, że nam, całej naszej paczce pomaga duch wysokiego, pięknego młodzieńca!

Niczego nie rozumiałem, ale potem zadzwoniłem do naszego szkolnego starosty – Rinato. Ten powiedział, że Łarissa i jej przyjaciele chcą zostać aktorami i oto grają przed wszystkimi. Gdybym wiedział, czym to się wszystko zakończy…! 

 

Zatrucie gazem

 

W rok później, jakoś tak na początku nowego 1978 roku, znów zadzwoniła do mnie Łarissa. Jej głos był przepełniony nieopisanym strachem.

- To on, ten duch, on nas wszystkich zabije, powiedz… - i w słuchawce rozległ się sygnał końca połączenia.

Wezwałem milicję, chociaż obawiałem się, że Łara mnie rozgrywała. Ale w mieszkaniu Łarissy znaleźli czworo młodych ludzi – paczkę dziewczyn i chłopców marzących o aktorskiej sławie. Wszyscy oni zatruli się gazem. Czemu do tego doszło? – czy miało tam miejsce zbiorowe samobójstwo, czy też nieszczęśliwy wypadek? – nikt do tego nie doszedł.

Do dziś dnia z drżeniem wspominam tą historię. Być może Łarissa potrafiła wywołać ducha, i czy śmierć dziewczyny i jej przyjaciół była przezeń spowodowana? Ja zrozumiałem jedno: Jeżeli czegoś nie potrafisz wyjaśnić, to wcale nie oznacza, że czegoś takiego nie ma i być nie może.

Od tego czasu zupełnie przeszło mi zainteresowanie czarną magią. Za jej zajmowaniem się możemy słono zapłacić – śmiercią.


Walentyna A. Iwanowa

 

Źródło: Tajny XX wieka, nr 33/2019, s. 25

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

środa, 26 maja 2021

Na progu Nieznanego (3)



 Nierozmienialny „tysiak”

 

Rusłana Kowskaja

 

Pamiętacie epizod z kultowej powieści braci Strugackich Poniedziałek zaczyna się w sobotę, w którym bohater popada w kłopoty z milicją dzięki nierozmienialnej kopiejce? Na pewno wielu z was słyszało legendę o tzw. nierozmienialnym rublu. Mnie w życiu udało się zetknąć się z czymś podobnym!

 

Rzadkie imię

 

Cztery lata temu (2015 r.), ja – studentka V roku nauki w Instytucie Języków Obcych wracałam po wykładach do domu. Szłam i głęboko się zamyśliłam patrząc pod nogi. I naraz zauważyłam jak wśród jesiennych liści błysnął zielenią banknot. Podniosłam go i zaczęłam oglądać. Tysiącrublówka. Na jego skraju, równym pismem, czerwonym tuszem napisano: Dla Rusłany.

Rzecz w tym, że mam na imię Rusłana i bardzo zdziwił mnie taki zbieg okoliczności, bo może imię jest bardzo rzadkie. Pomyślałam: może ktoś postanowił mnie rozbawić? Rozejrzałam się wokół siebie w poszukiwaniu znajomej twarzy, ale nic podejrzanego nie zauważyłam. Zaczęło padać, ludzie się spieszyli, i nikt nie zwracał na mnie uwagi.

Zatrzymałam tego tysiaka dla siebie. Pomyślałam – A co mi tam, czemu miałby przepaść? Kupiłam sobie za niego w kosmetycznym wodę toaletową, o której dawno marzyłam, ale nie mogłam sobie na nią pozwolić z powodu braku finansów. Wtedy wynajmowałam mieszkanie i na wszystkim oszczędzałam, by mieć na czynsz – tak więc rzadko pozwalałam sobie na wydatki.

 

Poprzez 1000 km

 

Wiosną świętowałam swe urodziny. Dostałam od gości prezenty, w tym kopertówki. Jakież to było moje zdziwienie, kiedy w jednej z kopert znalazłam tą samą tysiącrublówkę.

- Dostałam ją jako resztę w supermarkecie i od razu zdecydowałam, że podaruję ją tobie – powiedziała przyjaciółka, od której dostałam tą kopertę.

- No i wróciła do mnie – pomyślałam wtedy.

Tym razem moją cenną imienną tysiącrublówkę wydałam w czasie letniego wyjazdu do Soczi, gdzie pracowałam w dziecięcym wakacyjnym obozie. Wydałam i zapomniałam, a zimą znów w niepojęty sposób wróciła do mnie! Dorabiałam sobie jako korepetytorka języka angielskiego z uczniami w ich domach. i oto pewnego razu ojciec jednego z moich podopiecznych rozliczył się ze mną przy pomocy takiego właśnie, „mojego” tysiaka! Byłam skrajnie zdumiona i zainteresowana, czy nie odpoczywał on w lecie z rodzina na południu. Pokręcił przecząco głową i powiedział, że już od dawna nigdzie nie jeździł. Przyjrzałam się dokładnie banknotowi: nie było żadnych wątpliwości – to była dokładnie ta sama tysiącrublówka! Po prostu niewiarygodne! Ona wróciła do mnie pokonując tysiąc kilometrów! Wtedy zdecydowałam, że nie będę jej wydawać i pozostawię ją sobie na pamiątkę.

 

Na przedniej szybie

 

Upłynął rok, kiedy byłam odwiedzić przyjaciółkę, do mieszkania, które zajmowałam włamali się złodzieje. Oni zabrali stareńki laptop, aparat fotograficzny i nawet kuchenkę mikrofalową. Rzecz jasna zabrali też wszystkie pieniądze, jakie miałam, i oczywiście mojego tysiaka. Niestety, nie udało się złapać tych złoczyńców.

Wkrótce zdecydowałam się pojechać do Moskwy. Mieszkała tam moja siostra-bliźniaczka, która od dawna zapraszała mnie do siebie. Pomogła mi zaczepić się w biurze tłumaczeń. Pracy było dużo, płacili za nią całkiem przyzwoicie, dlatego też w ciągu roku spełniłam swoje marzenie i wzięłam kredyt na zakup samochodu. I tak oto, zupełnie niedawno, po pełnym pracy dniu, siadam za kierownicę i widzę – na szybie, pod wycieraczką znajduje się jakiś papierek. Okazało się, że była to znajoma tysiącrublówka z podpisem Dla Rusłany. Nie wierzyłam własnym oczom!

Ciekawa jestem, jak długo nie będzie się ze mną rozstawać mój nierozmienialny tysiak? Chociaż jestem pewna, że jak jego kiedyś tam wydam, to on i tak do mnie wróci…

 

Źródło: Niewydumannyje Istorii, nr 52/2019, s.18

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

poniedziałek, 11 marca 2013

Nazistowski Hogwart: Obiekt Königsberg-13




Konstantin Kariełow


Po II Wojnie Światowej na miejscu ruin zamku królewskiego w Królewcu (dzisiaj Kaliningrad, dawniej Königsberg) przeprowadzono wykopaliska, ale w 1967 roku decyzją I sekretarza Obkomu (komitetu obwodowego) KPZR Nikołaja Konowałowa ruinę zamku wysadzono w powietrze.

Cztery średniowieczne budowle rozmieszczone w centrum Starego Miasta na wyspie Kneiphof miały jeden adres: Königsberg 13. Jakiś wiek temu znajdowało się tam jedno z najbardziej zagadkowych laboratoriów świata. Czym się tam zajmowano i nad jakimi zagadnieniami pracowano, a przede wszystkim po co je tam założono?



Mistyczna stolica Europy


Od czasu swego założenia i aż do naszych dni Królewiec jest miastem mistycznych zagadek i zadziwiających tajemnic. Poczynając od XIV wieku w nim czują się najzupełniej pewnie i bezpiecznie zamieszkali tam magowie i czarnoksiężnicy, których sława rozprzestrzeniła się daleko poza granice ówczesnych Niemiec. Na wyspie Kneiphof istniały całe szkoły okultystyczne, które zajmowały się zbieraniem i badaniem czarnoksięskiej wiedzy i niewyjaśnionych zjawisk.

Przez całe długie stulecia mistyczne szkoły i uczelnie nie interesowały nigdy państwa. Wszystko się zmieniło po dojściu do władzy Adolfa Hitlera, który bardzo poważnie odnosił się do nauk okultystycznych. To właśnie wtedy, w czasie istnienia III Rzeszy powstało i osiągnęło największy rozkwit laboratorium Königsberg-13.

Zasadnicze zadania tego laboratorium były następujące:
v Skrupulatne badania nad astrologią;
v Badania nad magią;
v Badania nad hipnozą;
v Badania dawnych czarnoksięskich praktyk…
v …i na tej zasadzie skonstruowanie potężnej „cudownej” broni…

…a wszystko na pohybel wrogom Tysiącletniej Trzeciej Rzeszy.  Niestety – żadnych dokumentów mówiących o utworzeniu takiej placówki naukowej na terytorium dawnego ZSRR nie znaleziono – wszystkie archiwa Königsbergu-13, które wpadły w ręce radzieckiego dowództwa zostały przekazane Amerykanom w zamian za maszyny i ich wyposażenie. W rezultacie czego relacje o laboratorium są nieskładne i urywane. Wiadomo tylko, że zaczęło ono swą pracę na długo przed początkiem II Wojny Światowej i było ono GANZE GEHEIM – tak  że w samym Królewcu nikt nie wiedział o jej istnieniu.



Ofiary czarnej nauki


Jedno z wydarzeń, przypisywane działaniami pracowników laboratorium Königsberg-13 miało miejsce w 1929 roku na oczach wielu naocznych świadków. Hitler właśnie szedł do władzy i niektórzy niemieccy dziennikarze mogli sobie jeszcze pozwolić na nie traktowanie na serio przyszłego Führera III Rzeszy. W czasie swej wizyty w Prusach Wschodnich Hitler się przeziębił i ochrypł – i mowa, z którą wystąpił w największej Sali Królewca – Stadhalle – delikatnie mówiąc była do niczego. Swoje wystąpienie lider nazistów zakończył patetyczną frazą: Przyjechałem tutaj zdobyć Königsberg! Później jedna z popularnych miejskich dziennikarek napisała krytyczny artykuł, w którym zdrowo przejechała się po fizycznych niedoskonałościach oratora i jego chorych marzeniach.

Po kilku dniach od opublikowania artykułu, do redakcji gazety przyszedł młody człowiek i na znak swego głębokiego uznania wręczył dziennikarce bukiet kwiatów i dużą tabliczkę czekolady. W czasie przerwy obiadowej, wszyscy pracownicy wydawnictwa, w tym dama o ostrym języku, udali się do kawiarni i tam stali się świadkami strasznej sceny. Kiedy kobieta rozpakowała tabliczkę czekolady i ugryzła jej kawałek, rozległ się  nieestetyczny i niezwykły dla czekolady odgłos rozgryzanego szkła. Z jej ust pociekła krew, ale kobieta z nieprzytomnym błyskiem w oku nie przestawała jeść szklaną płytkę. Kiedy widzowie otrząsnęli się z szoku, to udało się im jej odebrać ostatni kęs grubego szkła. Kobietę hospitalizowano – miała straszne rany jamy ustnej i przełyku i przez długi okres czasu nie mogła mówić, nie mówiąc już o tym, że nie rozumiała, gdzie się w ogóle znajdowała.



Czarodzieje czy szarlatani?


Co się właściwie działo w ultra-tajnych pomieszczeniach laboratoriów Königsberg-13? W pamiętniku jednego z mieszkańców Królewca znaleziono wpis datowany na lipiec 1943 roku: idąc raz na wieczorny spacer po Kneiphopf spotkał on buddyjskich mnichów w białych i czerwonych szatach, co bardzo go zdumiało. Rzecz w tym, ze Hitler zabronił działalności wszelkim mistyczno-okultystycznym organizacjom, a badania okultystyczne mogły być prowadzone tylko za zezwoleniem i pod kontrolą Führera.

Wnętrze laboratorium, jak już się powiedziało, było rozmieszczone w czterech jednopiętrowych blokach, i wyglądało dostatecznie dziwnie. Na parterach znajdowała się ogromna ilość przedmiotów kultowych ze wszystkich kultur, narodów i czasów – były tam prawosławne ikony, maski i tanki z Tybetu oraz dawne bronie Wikingów. Była tam także ogromna lodówka z wielką ilością wanien, w których znajdował się lód i wycięte oczy najrozmaitszych zwierząt przywiezione z kombinatów mięsnych.

W laboratorium istniał oddział, którego pracownicy zajmowali się rzucaniem uroków ze szkoły „Laleczek starej Magdy” założonej w Królewcu jeszcze w XV wieku. Ci ludzie robili woskowe lalki podobne toczka w toczkę do polityków niechętnych czy wrogich Hitlerowi i Rzeszy. W otwory oczne wkładali oczy zwierząt. Potem ludzie, którzy posiadali możliwości wpływania na drugich, w odpowiedni dzień i godzinę wbijali w lalki grube, srebrne igły zakończone bursztynowymi kuleczkami. Trudno powiedzieć, czy w ten sposób szkodzono ofiarom magów, jednak kiedy w 1942 roku powiadomiono sir Winstona Churchilla, że jego lalka jest nakłuwana przez nazistów, to on się mocno tym zdenerwował.

Wiadomo, że jeden z pracowników Königsberg-13 jasnowidz i astrolog Hans Schurr stworzył przepowiednię zagłady III Rzeszy jeszcze na początku lat 40. On także przewidział dokładnie, że Königsberg padnie po trzech dniach w kwietniu 1945 roku. Oczywiście mu nie uwierzono i nie zwrócono uwagi na jego przepowiednie. Jednak kiedy w marcu 1945 roku, Armia Czerwona podeszła do Königsbergu to wtedy hitlerowcy zamordowali Hansa Schurra za nieszczęśliwe proroctwo.



Wiatr-morderca


Oprócz wszelkiej maści okultystycznych nauk, laboratorium Königsberg-13 zajmowało się badaniem takich trywialnych na pierwszy rzut oka rzeczy, jak… przeciągi.

Ruch potoków powietrza na wąskich średniowiecznych ulicach Królewca ukazują zadziwiające proces. Wystarczy powiedzieć, że wiatrowskazy na domach umieszcza się na dwóch poziomach: pierwsze – na dachu – pokazują ogólny kierunek wiejącego wiatru, zaś drugie umocowane niżej – przemieszczanie się powietrza na ulicach. Siła wiatru czasami bywa taka, że przyciska ona ludzi do ścian domów i musza mocno się natrudzić, żeby poruszać się z obranym kierunku!

Poznanie kierunku wiatru dawało niemało korzyści i pozwalało wykorzystać tą wiedzę w różnych celach, np. dla zastraszania: postawiło się koło odpowiedniego okna metalową konstrukcję, która uderzana wiatrem wydziela tajemnicze dźwięki i głosy. Wiatr wykorzystywano do zabijania ludzi. Specjaliści z Königsberg-13 opracowali cienkie, mocne, lekkie stalowe pióra, które puszczone na wiatr mogły zabić człowieka w dowolnie dużej odległości przenikając do wnętrza jego uszu.

Przeciągi podpowiedziały jeszcze bardziej wyrafinowane sposoby zabijania. I tak np. człowieka, którego chciano uśmiercić regularnie zapraszano w gości i nieodmiennie sadzano na tzw. gościnnym fotelu z wieloma dziurkami w oparciu. Fotel stawiano tak, że on znajdował się na przeciągu, pod ciągłym wpływem chłodnego powietrza. Po kilku takich wizytach płuca człowieka czerniały, a on sam umierał na zapalenie płuc.

I to jest wszystko, co wiemy – niestety – na temat Königsberg-13 i jego złowrogiej działalności. Tym, którzy się tym zainteresowali proponuje wyjazd do Kaliningradu i zobaczyć wszystko na własne oczy, chociaż po laboratorium pozostał jedynie fundament, tym niemniej Królewiec jest nadal bardzo zagadkowym i interesującym miastem.


Moje 3 grosze


Ten pierwszy człon tytułu dodałem sam, boż przekładając ten artykuł przypomniały mi się znane z literatury sci-fi instytucje zajmujące się czarami: rosyjski INBADCZAM w Sołowcu i Zakład Magotechniki INUINU w Kitieżgradzie z powieści braci Strugackich, Hogwart, Drumstrang i Beau Baton z powieści Pani Rowling, Czar-Tech z filmów Disneya… W nich wszystkich, poza funkcjami dydaktycznymi, były to placówki naukowe, w których magowie prowadzili badania nad czarami i je wciąż ulepszali oraz wymyślali nowe. A tutaj proszę – Niemcy jak się okazuje też mieli (i to bynajmniej nie jeden!) swój Czar-Tech na wzór Cal-Techu czy MIT, w którym pracowało się nad tym, by mordować ludzi, a nie im pomagać… - co zresztą wynikało z samej pseudofilozofii hitleryzmu zawartej w „Mein Kampf”.

Zdumiewa fakt, że Rosjanie tak po prostu przekazali Amerykanom dokumenty dotyczące Königsberg-13. Teza ta wydaje się być niewiarygodną, bowiem trudno przypuścić, by w GRU nie zrobiono chociaż ich fotokopii, tym bardziej, że istniał w nim wydział zajmujący się podobną problematyką, co podaję na odpowiedzialność red. Bogusława Wołoszańskiego. Idę o zakład, że fotokopie tych dokumentów „kiszą” się gdzieś na Chodynce na dnie archiwum GRU.

Jestem absolutnie przekonany, że te wszystkie czary-mary, hokus-pokus i smęty-rymęty są niczym innym, jak echami konkretnej wiedzy. Bardzo dawnej wiedzy, która z biegiem wieków coraz bardziej była niezrozumiała dla coraz bardziej prymitywnych mieszkańców Ziemi, aż wreszcie stała się religią lub systemem wierzeń w grupach i związkach w rodzaju np. masonerii. Przypominam: od katastrofy Atlantydy upłynęło sto dwadzieścia jeden wieków! – 363 pokolenia! Tylko najprostsze i najbardziej przyswajalne informacje miały możliwość przetrwać ten gigantyczny szmat czasu. Pozostałe treści stały się niezrozumiałe i dzięki temu przetrwały w formie religii, bo tylko tak mogły dotrwać do naszych czasów. To zresztą uchroniło tą wiedzę od zapomnienia, ale nie od niezrozumienia. I dopiero teraz zaczynamy rozumieć jej sens – kiedy nauka znów zaczyna osiągać poziom umożliwiający dostrzec coś znajomego w magicznych zaklęciach, rytuałach czy artefaktach. O tym doskonale wiedzieli Hitler, Göring, Himmler i inni zbrodniczy kapłani Czarnego Zakonu SS. Nad tym samym pracuje się po cichu na całym świecie. Po prostu zaczynamy powoli dochodzić do poziomu technicznego dawnych Supercywilizacji: Atlantydy, Mu, Lanki i posiadanych przez nie środków zniszczenia…

I tylko obyśmy nie powtórzyli ich losu.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 49/2012, ss. 4-5
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©       

piątek, 23 grudnia 2011

SPRAWA NR 007/H - TAJEMNICE POLSKICH ALCHEMIKÓW (1)

Referat na XIV Festiwal Ezoteryczny, 

Bratysława 10.10.2004


Szesnaste i siedemnaste stulecia, to czasy genialnych alchemików i równie genialnych hochsztaplerów. To wieki tworzenia się i krzepnięcia struktur wielu tajnych stowarzyszeń, w tym Masonerii i Różokrzyżowców. To wieki prześladowań religijnych, płonących stosów i zarazem wiek pierwocin naukowych poszukiwań, które zaczęły dawać rezultaty w XIX wieku, kiedy to zaczęła tworzyć się cywilizacja maszyn, pary i elektryczności, a w końcu rozbitego atomu, statków kosmicznych i komputerów...
Po całej Europie krążyli rozmaici ludzie, którzy parali się alchemią. Alchemia, to – według encyklopedii – pseudonauka, której celem było dokonanie Wielkiego Dzieła – transmutacji jednych pierwiastków i substancji w drugie. Konkretnie chodziło o wyprodukowanie złota z każdego innego dowolnego pierwiastka chemicznego – mówiąc językiem współczesnego chemika.

COSMOPOLITA POLONUS i Wielkie Dzieło...


Jako się rzekło, alchemików było w owym czasie wielu. Ale niewielu mogło osiągnąć najwyższe zaszczyty i dostąpić zaszczytu otrzymania Korony Adeptów – to taki szesnastowieczny odpowiednik dzisiejszej Nagrody Nobla. Jednym z najznamienitszych był polski alchemik, filozof i dyplomata – baron Michał Sędziwój zwany także Sendivogius Polonus czy Polnus, posługujący się także zlatynizowanym pseudonimem Cosmopolita (1566-1636). Jego inne pseudonimy, to: Sendivog, Sensophax, Helicantharus, Borentius, Borealis  oraz zanagramowane Divi Leschi genius amo i Angelus doce mihi ius.  Był synem Jakuba Sędzimir-Sędziwoja i Katarzyny Pielsz-Rogowskiej, pieczętował się herbem Ostoja. Dr Roman Bugaj w swej pracy pt. „Nauki tajemne w dawnej Polsce. Mistrz Twardowski” (Warszawa 1986, op. cit. ss. 88-129) twierdzi że początkowo studiował w Krakowie, potem w Lipsku, Wiedniu, Altdorfie (Szwajcaria), Cambridge, Ingolsztadt, Rostocku i Wittenberdze. Podróżował wiele po ówczesnym świecie i był w Rosji, Szwecji, Anglii, Hiszpanii, Portugalii, Niemczech, Czechach i innych krajach. Po ukończeniu studiów pracował na dworze cesarza Rudolfa II Habsburga (1552-1612) w Pradze Czeskiej. Nie zapominajmy, że szesnastowieczna Praga w której skupiły się najwybitniejsze umysły ówczesnych czasów była tym, czym dla nas jest dzisiaj Silicon Valley – Dolina Krzemowa! W roku 1559 powrócił do Polski i dostał się na dwór króla Zygmunta III Wazy (1566-1632), który wyprawiał go z poselstwami do cesarza i książąt Rzeszy Niemieckiej, co nie przeszkadzało mu prowadzić prace badawcze w podkrakowskich Krzepicach. Po odejściu ze służby królewskiej, Sędziwój powrócił do prac alchemicznych na dworach cesarzy Macieja (1557-1619) i Ferdynanda II Habsburgów (1578-1637), gdzie napisał swe bardzo poczytne i popularne traktaty alchemiczne „[Cosmopolitani] novum lumen chymicum” (1604, wyd. polskie w 1971), które przetłumaczono na wiele języków i „Tractatus de lapide philosophorum” (1604) znane jako „De lapide philosophorum tractatus duodecim”. W 1607 roku ukazało się jego kolejne dzieło pt. „Dialogus Mercurii, Alchymistae et Naturae”, zaś w 1613 roku wydał on „Tractatus de Sulphure”. Sędziwój pisał także po polsku i już w 1586 roku ukazał się jego traktat „Operatiae Elixiris Philosophici tak starydz iako y teraznieyszych philosophow” znany z odpisów Hieronima Pinocciego, zaś w roku 1598 ukazał się jego „Traktat o soli”, który w przekładzie na niemiecki wydano we Frankfurcie n/M. w roku 1682.
Współczesna nauka zrobiła z Sędziwoja szarlatana i zręcznego hochsztaplera, który przy pomocy intryg i oszukańczych machinacji dorobił się tytułu barona von Sereskau i ogromnego majątku. Gmin widział w nim czaromistrza, podobnie jak w Twardowskim czy Fauście, i przypisywał mu posiadanie nadprzyrodzonych mocy, co upamiętniają legendy i podania o Czarodzieju z Polski w Niemczech i oczywiście w Polsce, a konkretnie na Śląsku, gdzie najczęściej można go było spotkać. (W tym czasie Śląsk obejmował także część dzisiejszej Republiki Czeskiej i Słowacji.) Sam cesarz zachwycony transmutacją, którą dokonał na jego oczach, upamiętnił jego wyczyn tablicą, na której widnieje napis:

Faciat hoc quispiam alius
quod fecit Sendivogius Polonus

Co w przekładzie oznacza: Niech ktokolwiek inny uczyni to, co uczynił Sędziwój Polak. Czy był rzeczywiście oszustem? Na pewno dokonywał różnych – jakbyśmy to dzisiaj nazwali – przekrętów wobec głupich i chciwych złota władców, którzy wykładali ogromne sumy na jego badania. A przecież gdyby nie tacy alchemicy, to nie byłoby nowoczesnej chemii, tak jak bez astrologii nie byłoby współczesnej astronomii. Dlatego bezkrytyczne opluwanie alchemii i astrologii oraz innych para-nauk przez współczesnych racjonalistów wydaje mi się czymś niegodnym uczonego. Uważam, że tacy uczeni, jak Sędziwój czy Twardowski zasługują na swe pomniki, a to dlatego, że oni byli prekursorami. Mieli odwagę postawić pytania i szukać na nie odpowiedzi. A że różnymi sposobami wyciągali pieniądze na swe badania? – no cóż, a jakie mieli wyjście? Tylko poprzez wykorzystywanie naiwności i chciwości tych, którzy mieli pieniądze i byli na tyle głupi, że dali się oszukać... NB, sytuacja zmieniła się niewiele od czasów Sędziwoja i jest czymś haniebnym, że polska nauka nie ma pieniędzy na podstawowe badania, a polscy uczeni muszą szukać dobrych warunków do pracy i odnoszą sukcesy głównie za granicą!
Sędziwój nie działał w próżni, bo obok niego działały takie znakomitości świata alchemicznego, jak Aleksander Seton-Kosmopolita, od którego przejął w dramatycznych okolicznościach kilka uncji kamienia filozoficznego w postaci czerwonego, krystalicznego proszku, przy pomocy którego dokonywał Wielkiej Przemiany... Dzięki innej znajomości z Ludwikiem Koralkiem z Cieszyna udało mu się wkręcić na dwór cesarski i dzięki temu odbyć kilka podróży na Wschód – rzekomo w celu poszukiwań alchemicznych. W rzeczywistości były to misje ściśle szpiegowskie.
Na pewno w Pradze zetknął się z rabbim Löve (Jehudi) Ben-Bezalelem (1525-1609) – twórcą glinianego potwora – a w gruncie rzeczy pierwszego androida – Golema. Później został on Naczelnym Rabinem Polski w Poznaniu, które to stanowisko objął w 1592 roku. (Zob. Zdzisław Zwoźniak – „Alchemia”, Warszawa 1978, op. cit. ss. 92-104) Poza tym musiał się on tamże zetknąć z tajemnicą praskiego Orloja – zagadkowego zegara astronomicznego i astrologicznego, o którym mówią, że odlicza czas do przyjścia Antychrysta... (Zob. Miloš Jesenský – „Tajemnica praskiego Orloja” – referat na XII Festiwal Ezoteryczny, Bratysława 2002.)
Jeszcze w czasie pobytu w kraju spotka się z dwoma Anglikami: dr Johnem Dee (1527-1608) zwanego Merlinem Królowej Elżbiety i Edwardem Kelley’em. Był on pod silnym wpływem prac Philippusa Aureolusa Teophrastusa Bombastusa von Hochenheima alias Paracelsusa (1493-1541) z którym najprawdopodobniej spotkał się także w Bratysławie lub w Bańskiej Szczawnicy (w tym czasie Schemnitz) na Słowacji, gdzie ten ostatni prowadził prace alchemiczne nad produkcją złota z tamtejszych rud miedzi. NB, w 1520 roku Paracelsus przebywał w Krakowie oraz Gdańsku i Wilnie. Niestety, nie upamiętnia tego żadna tablica pamiątkowa w Polsce, a szkoda – czyżby Polacy tak bardzo wstydzili się swej historii tajemnej?... W Krakowie miał on wielu przyjaciół w tym dworzanina królewskiego Jana Bonera. Z terenami Moraw Sędziwój związał się, kiedy otrzymał od Rudolfa II dobra: dom w Ołomuńcu oraz majątki ziemskie w Chlebicach, Koutach i Zlamanym Ujezdie.

Wielkie Dzieło w Polsce i Europie Środkowej.

Jeszcze za czasów krakowskich zapewne spotkał się niejednokrotnie z Georgem Joachimem von Lauchenem vel Retykiem (1514-1574), który podobnie jak Sędziwój był pod wpływem prac Paracelsusa i doktryny jatrochemicznej. Prowadził on intensywną wymianę korespondencji z dr Tadeášem Hájkiem zwanym Hagecius(z)em, który był nadwornym medykiem Rudolfa II. Musiał się spotkać także z Janem Wawrzyńcem Twardowskim (NB, „Encyklopedia Millenium Edycja 2001” podaje lata jego życia: 1515-1573), który był najsłynniejszym z polskich alchemików i lekarzy tego okresu...
Wszyscy ci ludzie są związani ze sobą już to poprzez kontakty osobiste, już to poprzez prace, które piszą i wydają. To normalne. Wiąże ich także tajemnica Wielkiego Dzieła. A w pojęciach alchemicznych owo Wielkie Dzieło zawierało się w zasadniczych celach, które chcieli oni osiągnąć:

1.      Uzyskanie  alkathestu, – czyli uniwersalnego rozpuszczalnika;
2.    Rafinacja tzw. spiritus mundi, – czyli substancji nasyconej wszelkimi planetarnymi wpływami;
3.    Uzyskanie quinta essentia – substancji ekstrahowanej ze wszystkich minerałów, ciał roślinnych i zwierzęcych, która miała być pomocna do życia człowieka;
4.    Uzyskanie aurum potabile – płynnego złota, leku, który miałby uodparniać człowieka przeciw wszystkim chorobom;
5.     Uzyskanie eliksiru wiecznej młodości i wiecznego życia;
6.    Uzyskanie arcanum, – czyli cudownego składnika wszystkich leków, czegoś w rodzaju katalizatora;
7.     Opracowanie metody paligenezy – czyli zregenerowania lub zrekonstruowania żywych organizmów z popiołu – à la Feniks;
8.    Uzyskanie homunculusa, – czyli wytworzenie nienaturalnymi metodami żywej istoty lub człowieka.

O ile mi wiadomo, podobny program mieli Różokrzyżowcy i niektóre odłamy masonerii, ale zredukowali oni swą problematykę badawczą do czterech punktów:

1.                          Uzyskanie lapis philosophum – kamienia filozoficznego do transmutacji metali w złoto;
2.                        Uzyskanie panaceum, – czyli leku na wszystkie możliwe choroby;
3.                        Uzyskanie metody paligenezy i;
4.                        Wyprodukowanie homunculusa.

Wielkie Dzieło można było osiągnąć poprzez odpowiednie operacje magiczne i procesy chemiczne. Idea zupełnie poroniona, ale...
Nie zapominajmy jeszcze o innym drobiazgu, a mianowicie o tym, że w dwa wieki potem na terenach południowej Polski i Słowacji powstają loże masońskie i ansamblee (ansamblea jest różokrzyżowskim odpowiednikiem loży wolnomularskiej) różokrzyżowe: w Krakowie (loża B’nei Brith – wolnomularstwo żydowskie), Bielsku-Białej (loża B’nei Brith i kółko wolnomularskie), Lwowie (loża B’nei Brith i kółko wolnomularskie założone dopiero w XIX wieku), Bratysławie, Preszowie (loża polskiego wolnomularstwa założona przez emigrantów politycznych z Polski loża aux vertueux Voyageur. i ansamblea Różokrzyżowców. Zob. Ludwik Hass – „Wolnomularstwo w Europie Środkowo-Wschodniej w XVIII i XIX wieku”, Wrocław 1982, s. 119), Bańskiej Szczawnicy, Bańskiej Bystrzycy i Koszycach. To wszystko na Słowacji odbywa się w latach 1744-1777, zaś w latach późniejszych dochodzą jeszcze loże wolnomularskie w Spiskiej Nowej Wsi, Luczeńcu i Żylinie. W Bańskiej Szczawnicy uprawia się intensywnie alchemię – wszak jest tam wyższa szkoła górnicza i tutaj działał Paracelsus! (L. Hass - ibidem s. 74) I zapewne także i Sędziwój... Ten ostatni miał dom w Ołomuńcu i tamże powstaje pierwsza loża masońska na Morawach w roku 1743, zaledwie w dwa lata po powstaniu pierwszej loży w Pradze Czeskiej. Czy to przypadek? Nie, nie ma takich przypadków – Wolnomularze i Różokrzyżowcy   m u s i e l i   założyć swe placówki tam, gdzie krzyżowały się drogi Wielkich Wtajemniczonych! (L. Hass – ibidem, ss. 72-74, 504-505)

Alchemicy w Rzeczpospolitej Szlacheckiej i ich wpływ na historię.

Innym Wielkim Wtajemniczonym w Królestwie Polskim i Wielkim Księstwie Litewskim – czyli Rzeczpospolitej Obojga Narodów był wspomniany tutaj już mistrz Twardowski, o którym mówiłem na tym forum dwa lata temu. (Zob. Robert K. Leśniakiewicz – „Tajemnica Mistrza Twardowskiego” – referat na XII Festiwal Ezoteryki, Bratysława 2002.)
Wielce tajemniczą postacią jest śląski uczony Witelo zwany z łaciny Vitello czy Witelionem (1230-1280), który był przyrodnikiem, matematykiem, filozofem i oczywiście alchemikiem. Miał on staranne wykształcenie – studiował bowiem w Paryżu i Padwie, gdzie wykładał na katedrze nauk wyzwolonych. Ważki wpływ nań mieli m.in. Euklides, Klaudiusz Ptolemeusz, Arystoteles, al-Hazena, Awicenna, Grosseteste i Bacon. Nie muszę przypominać, że wszyscy ci filozofowie parali się także alchemią... (Tu i dalej: Z. Zwoźniak – op. cit. ss. 74-104.)
Witelo napisał 10-tomowy traktat o świetle i jego właściwościach pt. „Perspectiva” (1270-1273) znane później pod tytułem „Optyka” i wydane w 1535 roku, w którym ustanowił kanon tej nauki, a który obowiązywał aż do XVII wieku! Jego filozoficzne zainteresowania skupiały się wokół pojęcia demonów i naukowej – racjonalnej próbie ich interpretacji, za co został wyklęty przez Kościół rzymskokatolicki, jak każdy niezależny umysł tej epoki... Dziś znalazł swe należne mu miejsce w panteonie uczonych i jego imieniem nazwano jeden z księżycowych kraterów.
Także w XIII wieku działał niejaki Mikołaj z Polski, dominikanin, o którym niewiele wiadomo. Podobnie jak Witelo przebywał 20 lat w Montpellier (Francja), gdzie zdobył zawód lekarza i wymieniał doświadczenia ze słynnym już wtedy Arnaldo de Villanovą (1235-1311), zaś w roku 1278 pojawił się na dworze księcia małopolskiego Leszka Czarnego (1240-1288) jako nadworny medyk. Jego dalsze losy nie są znane.
Kolejnym alchemikiem polskim był Wincenty Kowski vel Vincent Koffski (?-1488), dominikanin, działający w Gdańsku. Jest on autorem traktatu alchemicznego pt. „Tractatus de prima materia veterum lapidis philosophorum” wydanego w roku 1608. Badania niektórych historyków wykazują jednak, że Wincenty Kowski nigdy nie istniał, a jest to jedynie pseudonim grupy autorów hermetycznych związanych z gdańską ansambleą Różokrzyżowców, i został napisany na krótko przed jego wydaniem. Tajemnica ta nie została nigdy rozwikłana i potrzeba tutaj przenikliwości Pana Samochodzika z powieści Zbigniewa Nienackiego, który byłby w stanie dojść prawdy o powstaniu tego dzieła i tożsamości o. Wincentego...
W roku 1491, niejaki bakałarz Kacper z kościoła p.w. Marii Magdaleny w Poznaniu został skazany przez sąd grodzki za „palenie złota” po 15-letnim procesie na całkowity zakaz zajmowania się „królewską sztuką”. Wyrok ten zapadł w roku Pańskim 1506! Jak wskazują na to dokumenty procesowe, był on wcale biegły w alchemicznej sztuce rozpuszczania złota w wodzie królewskiej i pozłacania metalowych przedmiotów.
Jednym z najchciwszych polskich alchemików był krakowski lekarz i adept „czarnej sztuki” Baliński z Balina zwany Setnikiem, który podawał się za Greka z rodu Laskarisów. Alchemią ponoć zajmował się potajemnie. Zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach ścigany przez wierzycieli i posądzony o otrucie króla polskiego i wielkiego księcia litewskiego Aleksandra Jagiellończyka (1461-1506). NB, dalsze panowanie tego króla mogłoby doprowadzić Rzeczpospolitą do szybkiego upadku, wskutek błędnych i nieprzemyślanych decyzji tego władcy...
Jak pisze Zdzisław Zwoźniak – w XV wieku alchemię nie wykładano na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, ale wielu profesorów tej uczelni ją uprawiało. Byli to m.in. Piotr Gaszowiec, Andrzej Grzymała, Adam z Bochynia i Maciej z Miechowa – Miechowita.
Wiek XVI, to Renesans także i w Polsce. Alchemii nie wykładano nadal oficjalnie – była ona ars prohibita, ale jej elementy pojawiały się na wydziale lekarskim Akademii Krakowskiej – Alma Mater Jagiellonica. To właśnie w Krakowie przebywał słynny niemiecki alchemik dr Johannes Faust(us) (1480-1540). W roku 1520 przebywał w Krakowie, Gdańsku i Wilnie słynny Paracelsus. Miał on tutaj przyjaciół: wspomnianego już tutaj Jana Bonera, Wojciecha Bazę i Dawida Meyera. W drugiej połowie XVI wieku w Krakowie powstał krąg literacko-naukowy, do którego należeli m.in. Andrzej Dudycz i znany nam z historii czaromistrza Jana Twardowskiego i mistrza Mikołaja KopernikaJerzy Joachim von Lauchen vel Retyk - Rhaeticus! NB, ten ostatni był gorącym zwolennikiem doktryny jatrochemicznej i pozostawił po sobie 7 traktatów alchemicznych. Niestety, nie ukazały się drukiem i znikły bez śladu...
Potężnym przyjacielem tych alchemików i aktywnym alchemikiem był Olbracht Łaski (1536-1603) – magnat i wojewoda sandomierski. Swe prace alchemiczne prowadził w swym zamku w Kieżmarku na Słowacji, gdzie znajdowały się jego dobra. Nawiasem mówiąc z Łaskimi wiąże się pewien doniosły epizod z historii eksploracji Tatr, a mianowicie – pierwszą kobietą, która wybrała się w Tatry turystycznie – była Beata Kościelecka-Łaska, co stało się 11 czerwca 1565 roku, co podaje Jacek Kolbuszewski w książce „Skarby króla Gregoriusa” (Katowice 1972, ss.29-30). Była to pierwsza turystka w Tatrach w ogóle! Czy w Tatry pognała ją li tylko ciekawość? – tego nie dowiemy się już nigdy. Olbrachtowi Łaskiemu zawdzięczamy przełożenie z niemieckiego na łacinę przez Adama Schröttera z Nysy dzieł Paracelsusa: „De praeparationiubus” oraz „Archidoxae libri X”, z których korzystali alchemicy wymienieni w poprzednim akapicie. Łaski był też potężnym protektorem angielskiego maga dr Johna Dee. Nawiasem mówiąc, Devius i Kelley najprawdopodobniej zrobili z niego swego agenta wpływu na dworze polskim, co pomogło im m.in. uzyskać dla Elżbiety I Tudor wspaniałe perły Barbary Radziwiłłównej i zamordowanie króla Stefana Batorego, o czym jeszcze tu będzie mówione... 
W 1517 roku została powołana do życia przez króla Zygmunta I Starego (1467-1548) Komora Górnicza i związana z nią Camera Separatoria, w której oddzielano złoto od srebra. Było to pierwsze państwowe laboratorium chemiczne (i oczywiście alchemiczne – sic!), w którym produkowano kwas azotowy – HNO3, kwas siarkowy– H2SO4 i wodę królewską – HCl + HNO w stosunku 3 : 1. Oczyszczano także siarkę, rtęć, antymon, glejtę (tlenek ołowiu – PbO) i ołów. Rudę do przerobu dostarczano z kopalni w Rabsztynie i Tarnowskich Górach oraz Olkusza. Dyrektorem Camera Separatoria w Mogile był krakowski mieszczanin Kasper Ber, który studiował we Florencji i Wenecji, gdzie znajdowały się szkoły metalurgiczne i probiercze oraz... alchemiczne.
Jego syn Marcin Berowicz alias Martin Kasperberovič wstąpił do klasztoru Kartuzów i zamieszkał w Czerwonym Klasztorze w słowackich Pieninach (!!!) – złota nie wyprodukował, ale pozostawił po sobie „Alchemiczny testament” na kartach traktatu alchemicznego z 1535 roku. Dowodzi on, że Berowicz znał się doskonale na alchemii i wykonał on wiele ciekawych doświadczeń. Inne źródła twierdzą, że uciekał on z Ołomuńca przed prześladowaniami protestantów w 1563, skąd zabrał swe całe laboratorium alchemiczne. (Zob. M. Jesenský – „Prawda i legenda brata Cypriana” na łamach „Nieznanego Świata”) NB, w klasztorze tym niemal dwa wieki potem zamieszkał słynny brat Cyprian, którego unieśmiertelniły pierwsze eksperymenty z lotnią i eksperymenty medyczno-alchemiczne, które pomogły mu wyleczyć wielu ludzi...
W tym samym czasie w Krakowie działają dr Kasper Skarbimir – filozof i medyk, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – autor zaginionych, niestety, „Listów alchemicznych”. Alchemikami byli także Jan Polak – autor wykładu o ekstraktach z ziół i kwiatów oraz dr Mikołaj Husman – alchemik i profesor Jagiellonki.
Oczywiście najsłynniejszym był Jan Wawrzyniec Twardowski zwany także pod zlatynizowanym imieniem Lorenzo Dhur alias Duran, Durranus vel  Laurentius Durranovius...
Alchemią interesowali się także królowie: Zygmunt II August (1520-1572), Stefan Batory (1533-1586) i Zygmunt III Waza (1566-1632). Poza nimi magnaci: Mikołaj Wolski (1553-1630), wspomniany tutaj Olbracht Łaski, bp. Franciszek Krasiński (był ponoć przyjacielem Twardowskiego!!!) oraz Mikołaj i Jerzy Mniszchowie.
Szczególnie na dworze Zygmunta Augusta – gdzie bywał Twardowski, który został odsunięty odeń po aferze z duchem Barbary Radziwiłłównej (1520-1551) – znajdowała się również druga osobliwa postać, której poświęcę nieco czasu. Jest nią Stanisław Dewojna vel Dewojno (?-1566) – lekarz, alchemik, mag i astrolog. Nie lubiany przez dworzan, którzy nazywali go borsukiem – stał się Dewojna dla historyków „tajemniczym”, „kontrowersyjnym” czy „osobliwszym wzorem dworaka” – dworaka – nie dworzanina, co ma zawsze zabarwienie ujemne. Z królem wiązały go jakieś osobliwe więzy – Zdzisław Zwoźniak twierdzi, że to właśnie on uczył króla alchemii i astrologii, zaś Tadeusz Rojek w swej książce pt. „XIII tajemnic historii” (Warszawa 1989, op. cit. ss. 83-94 ) twierdzi, że poza tym był on jednym z największych zaufanych zauszników króla – jego szarą eminencją – i pośrednikiem pomiędzy nim, a rodem Radziwiłłów oraz faktycznym „konstruktorem” jego małżeństwa z Barbarą Radziwiłłówną. Postać ta jest dowodem na to, jak wielki wpływ na politykę mocarstwa, jakim była Polska w epoce Renesansu, mieli m.in. alchemicy.
Historia Dewojny powtórzyła się w sto lat później, kiedy to na dworze Zygmunta III Wazy pojawiła się królewska ochmistrzyni – niejaka Urszula Meierin vel Gienger, Gänger czy może Giengerin (?-1635). Nikt nie znał jej prawdziwego nazwiska, a podane tutaj są jeno domysłami uczonych. Słowo „meierin” znaczy tyle, co „ochmistrzyni” i zastąpiło jej prawdziwe nazwisko... Nie zachował się żaden portret tej damy, zaś jedyny obraz, na którym uwieczniono ją w otoczeniu rodziny królewskiej znikł w niewyjaśnionych okolicznościach. Jej przeszłość otacza nieprzenikniona tajemnica i nie wiadomo właściwie nawet tego, skąd pochodzi i kim byli jej rodzice. A wpływ na króla i jego otoczenie miała potężny, dość wspomnieć, że jej pogrzeb w Warszawie (w kościele Karmelitanek Bosych lub oo. Jezuitów) odbył się z pompą godną samego króla... Być może była ona agentką właśnie Towarzystwa Jezusowego i stanowiła element strategii Kościoła katolickiego walczącego o swe wpływy w Europie, co jest o tyle prawdopodobne, że była niezmiernie pobożną panną do końca swego życia i swój testament poświęciła właśnie oo. Jezuitom. Byłaby z niej doskonała agentka wpływu – miała dojścia, koneksje i... pieniądze. Ogromne pieniądze. I chyba de facto była agentką wpływu, bowiem żadna ważna decyzja państwowa nie miała prawa zapaść bez jej akceptacji... (T. Rojek – op. cit. ss. 139-152.)
Wracając jeszcze do Zygmunta Augusta, to trzecim jego magiem i alchemikiem był dr Baltazar Smosarski vel Wawrzyszewski. Współpracował on w tym zakresie z Mikołajem Wolskim. Podejrzewano go o otrucie dwóch ostatnich książąt mazowieckich – Stanisława i Janusza, ponoć na polecenie wojewodzianki i ich ... narzeczonej Katarzyny Radziejowskiej.
Król Stefan Batory także interesował się magią i alchemią. Miał on na dworze alchemika i lekarza dr Ruperta Fincka i swego spowiednika – też alchemika – prof. Hannibala Roselli’ego! Kto wie, czy tajemnicza śmierć tego władcy Polski, która nastąpiła po krótkiej, bo zaledwie pięciodniowej chorobie w dniu 12 grudnia 1586 roku, nie była spowodowana przez podanie trucizny przez któregoś z zaufanych lekarzy-alchemików: dr Simona Simoniusa i dr Niccolo Brucellego. Zamach ten zmienił losy Europy, bowiem Stefan Batory zamierzał zlikwidować trzy nie-katolickie państwa europejskie: protestancką Anglię, prawosławną Rosję i muzułmańską Turcję poprzez stworzenie ligi państw katolickich. Marzyła mu się V Krucjata, którą gorąco popierał papież Sykstus V. Pierwszym jej celem byłaby Moskwa, a potem Turcja. Anglia i zapewne Niemcy byłyby na deser. Kto wie, czy Batoremu nie marzył się tron Cesarstwa Europejskiej Unii Katolickiej - takiej Zjednoczonej Katolickiej Europy??? Zatem być może został on zamordowany przez innego lekarza i alchemika – Leonarda Thurneissera (1530-1595), do którego zwrócił się on z prośbą o jakąś odtrutkę. Król panicznie obawiał się trucizny po zamachu innego  alchemika – niejakiego Wawrzyńca Gradowskiego z Gradowa, który w 1578 roku usiłował otruć Batorego. Czyżby miał jakieś dane po temu, by się obawiać nowego tego rodzaju zamachu na swe życie? Czy ze strony Anglików? – to jest bardzo możliwe. Nie zapominajmy, że Devius i Kelley przebywali w Polsce od 5 lutego do sierpnia 1584 roku w Łasku i Krakowie, skąd udali się do Pragi. Tam potraktowano ich niemal wrogo i 12 kwietnia 1585 roku powrócili oni do Krakowa.  Devius uzyskał audiencję na zamku królewskim w dniu 17 kwietnia 1585 roku. Batory – już poważnie chory (o czym wiedzieli tylko jego zaufani ludzie) przyjął Łaskiego, Dee i Kelleya jeszcze raz 23 maja tegoż roku. 28 maja nastąpiło zerwanie serdecznej przyjaźni, kiedy Dee w czasie „akcji” zasugerował królowi stworzenie ligi anty-francuskiej i anty-tureckiej, która miałaby zaszachować ligę francusko-turecką, zaś bezpośrednia korzyść przypadłaby Rzeszy Niemieckiej i Anglii. Batory przejrzał grę – gdyż miał swoje plany – i odprawił magów z 800 florenami w ręce. W półtora roku później zamordowano go. Elżbieta I nie pozwoliłaby sobie na zmontowanie ligi katolickiej wymierzonej w jej imperium i zapewne usunęłaby bez skrupułów każde zagrożenie z tej strony, a była piekielnie konsekwentna w swych poczynaniach. Dowodem na to, że był to jednak zamach jest chociażby to, że królewskie archiwum zostało dokładnie wyczyszczone z wielu kluczowych dokumentów. Olbracht Łaski miał wszelkie możliwości, by to zrobić – wszak sprzeciwiał się elekcji Batorego i chciał zostać królem Polski! Czy mógł posunąć się aż tak daleko? Bardzo możliwe – wszak miał motyw, możliwości i środki, a poza tym poparcie (a raczej naciski – wszak poczynił w Anglii ogromne długi!!!) ze strony Anglików, którzy potrafili grać na chorych i wybujałych ambicjach swych przyjaciół i wrogów. To też jedna z trzynastu tajemnic polskiej historii.
Na temat Zygmunta III Wazy i jego dworu Zdzisław Zwoźniak pisze, że interesował się alchemią bardzo poważnie, ale z pozycji amatora. Sam wykonywał w Krakowie i Warszawie doświadczenia alchemiczne. Znajdował się pod wpływem Mikołaja Wolskiego, który alchemią zajmował się bardzo poważnie i traktował ją na całkowicie serio. Król interesował się żywo farmacją i włączył ją do cechu złotników. Wtedy też powstał termin „alchemista” odpowiadający dzisiejszemu „farmaceuta”. Królewska apteka była kierowana przez dwóch alchemistów: Mikołaja Marianiego (?-1609) oraz prof. Bartłomieja Morkowica. Ich obowiązkami było m.in. dostarczaniem królowi specyfików do doświadczeń alchemicznych, które król traktował bardziej jako rozrywkę, niż naukę, boż był już pod znacznym wpływem jezuitów, którzy zajadle atakowali alchemików w swych wystąpieniach – szczególnie ks. Stanisław z Gór Poklatecki SJ i ks. Fabian Birkowski SJ, podobnie jak i całe duchowieństwo, bowiem alchemia w szesnasto- i siedemnastowiecznej Polsce była niezmiernie popularna, co powodowało wzrost ilości fałszerstw złota, monet i innych walorów pieniężnych, na czym poważnie cierpiał Kościół i państwo.

Wiek XVIII stanowi oświeceniowy przełom, w czasie którego alchemia stopniowo traci na znaczeniu i jest wypierana przez chemię i farmację. Jest ona uprawiana jedynie w lożach masońskich i ansambleach różokrzyżowskich, w których pojawili się pseudo-alchemicy pracujący nad transmutacją do dziś dnia – szczególnie w USA i niektórych krajach Europy. Rzeczpospolita Szlachecka rozdarta pomiędzy trzy mocarstwa miała inne zmartwienia, niż bezpłodne rozważania nad produkcją złota. II Rzeczpospolita zajęta obroną swych granic także nie zajmowała się paranaukami, a badania alchemiczne zeszły na margines i uprawiana była tylko w lożach tajnych stowarzyszeń. Pewien renesans przeżyła ona w III Rzeszy, gdzie w latach 1933-1945 zajmowano się nią w celu m.in. wynalezienia „cudownej broni”. Nie pomogła ona jednak hitlerowskim ludobójcom i została zepchnięta ponownie na margines paranauk.                         

Wiedza z głębi Czasu?
    
Czy dojdziemy kiedykolwiek do prawdy o przeklętym albo świętym głodzie złota i jego produkcji?
Popatrzmy na to ze strony człowieka XXI wieku. Fizyka jądrowa twierdzi, że możliwe jest wyprodukowanie złota w reaktorze jądrowym. Jak? – zainteresowanych odsyłamy do książki Klausa Hoffmanna pt. „Sztuczne złoto” (Warszawa 1985), w którym autor zawarł wyczerpujący opis robienia sztucznego złota z innych pierwiastków, a którą Czytelnikowi polecamy. NB, opisy te zrodziły w nas paskudne podejrzenia, że hitlerowcy pracowali nad uzyskaniem sztucznego złota w tajnych laboratoriach III Rzeszy na terenach Dolnego Śląska w latach 1933-45, aż do zajęcia tych terenów przez Rosjan... (Zob. M. Jesenský i R. K. Leśniakiewicz – „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy”, Warszawa 2001.)
Alkathest i panaceum, to odwieczne marzenia Ludzkości. Jak na razie zupełnie nieosiągalne... Były one pochodnymi kamienia filozoficznego, stacjami do osiągnięcia tego właśnie celu.
Homunculus – o! – to było coś! Wyprodukowanie sztucznego człowieka jest niczym innym, jak po prostu współczesnym klonowaniem!
I tutaj rodzi się kolejne pytanie – kto i jak wpadł na pomysł stworzenia całej gałęzi wiedzy nakierowanej na przemiany pierwiastków i tworzenie klonów?
Alchemia pochodzi ze Wschodu – konkretnie z Egiptu, o czym mówi jej nazwa wywodząca się ze słów al-khemeja – z Khem. A krajem Khem był starożytny Egipt... Egipt, który wedle tradycji przejął dziedzictwo i spuściznę Atlantydy.
Idea transmutacji pierwiastków jest zatem stara jak świat, a przynajmniej starsza od cywilizacji europejskiej. Skąd Starożytni wiedzieli o tym, że możliwa jest przemiana jednych pierwiastków w drugie? Przemiana taka odbywa się nieprzerwanie od co najmniej 6 mld lat nad naszymi głowami – w jądrze Słońca i innych gwiazd, gdzie pod straszliwym ciśnieniem i w niewyobrażalnych temperaturach jądra wodoru łączą się w jądra helu, te zaś dalej łączą się w jądra węgla, tlenu i cięższych pierwiastków, aż do uranu o liczbie protonów w jądrze równej 92. Ludzie potrafią zsyntetyzować chociaż w minimalnych ilościach pierwiastki o liczbie protonów w jądrze wynoszącej 118 i ogólnej liczbie nukleonów 293 (proponowana nazwa ununoctium – Uuo – dane z października 2002 roku, pierwiastek ununoctium zsyntetyzowano w Berkley /USA/), zaś ostatnio zsyntetyzowali hiperciężki wodór – H-5 (5H*) z pięcioma nukleonami w jądrze! Kto im powiedział, że coś takiego jest możliwe, i że przemiany te zachodzą tylko w ogniu? Oczywiście nie chodziło o zwyczajny ogień, ale ogień jądrowych i termojądrowych przemian zachodzących w środku gwiazd. Skąd Starożytni to wiedzieli nie znając budowy materii?
Skąd Starożytni wiedzieli, że można sklonować żywy organizm nie wiedząc niczego o genach, chromosomach, itp. niuansach budowy komórek. Ba! – nie mieli pojęcia o komórkach jako takich, a co dopiero o ich budowie wewnętrznej. Zatem ponawiam pytanie – kto im to powiedział?

I znowu – próba udzielenia odpowiedzi na te pytania prowadzi do poprzedzającej nas Supercywilizacji Atlantydy, która runęła w gruzy, ale odpryski jej mądrości pozostały na ocalałych lądach dając inspirację ludziom do poznania Prawdy o otaczającym ich Wszechświecie. Alchemia, astrologia, geomancja, kartomancja, krystalomancja i inne nauki hermetyczne są w świetle tej hipotezy niczym innym, jak wykoślawionymi, wykrzywionymi i wypaczonymi teoriami naukowymi, które dawno, dawno temu były obowiązującymi na Ziemi, które niemal zapomniano, a teraz odkrywa się na nowo. Po których pozostały niepokojące artefakty i legendy, które trzeba będzie na nowo odczytać i zinterpretować. Traktują o tym prace napisane przez dr Miloša Jesenský’ego – „Bogowie atomowych wojen”, nasza wspólna – „Tajemnica Księżycowej Jaskini” i mój „Projekt Tatry”, w których przedstawiliśmy niektóre aspekty tej hipotezy.


CDN.