Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naziści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naziści. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 września 2013

Ślady hitlerowców wiodą do Patagonii

Hitler i jego partyjni bonzowie z NSDAP na posiedzeniu Reichstagu


Iwan Barykin


Do 1942 roku, amerykańskie dzieci składały przysięgę na wierność fladze, przykładając dłoń do piersi, a potem energicznie wyrzucały rękę do góry. Ale kiedy stwierdzono, że ten gest przypominał hitlerowskie powitanie, został on odrzucony.

- Panie redaktorze, jestem w Wołgogradzie. Przyjechałem odwiedzić grób wujka Helmuta. On już 70 lat leży w waszej ziemi. Wiem, że interesuje się Pan hitlerowską organizacja ODESSA. Ja zajmuję się tą tematyka już od pół wieku. Jeżeli pan chce, proszę przyjechać do hotelu Inturist, to wiele panu opowiem…


Ultratajna kolonia


Ten telefon bardzo mnie uradował. Nie sądziłem, że znów spotkam się z Walterem Schulke. W artykule pt. „NLO nad Stalingradem” (w „Tajny XX wieka” nr 45/2011, zob. także http://wszechocean.blogspot.com/2012/02/nlo-nad-stalingradem.html oraz http://wszechocean.blogspot.com/2013/03/kod-antarktydy.html) opowiadałem o tym, jak poznałem go w czasie podróży służbowej do Berlina. W podzięce za pomoc w odnalezieniu w Rosji grobu poległego tutaj członka rodziny, zapoznał mnie z tajemnicami, które skrywał od lat wojny.

Herr Schulke spotkał się ze mną w hallu hotelowym. Był już w podeszłym wieku, ale nie można było po nim powiedzieć, że miał już 90 lat. Tylko jego włosy stały się zupełnie białe. Wymieniliśmy uściski dłoni i udaliśmy się do numeru, gdzie Schulke zaczął swoją opowieść:

Pod koniec kwietnia 1945 roku zostałem ewakuowany z poligonu rakietowego w Peenemünde, gdzie nasz batalion SS pełnił służbę ochronną. Wraz z konstruktorami rakiet i oficerami SS okrętem podwodnym dostarczono nas do brzegów Patagonii – terytorium na południowym-wschodzie Argentyny. Do niemieckiej kolonii, w której znalazłem przystań na początku lat 50., nieoczekiwanie przyjechał Martin Bormann. Do tego czasu zrobił on sobie operację plastyczną. Parteigenosse obrał sobie wygląd i tożsamość żydowskiego komiwojażera Eliezara Goldsteina. Był on wtedy bardzo mało podobny do wszechmogącego nazistę nr 2, ale poznał go jeden z kolonistów.
- Reichsleiter? – zdziwił się on.
Bormann żachnął się i szepnął coś swemu ochroniarzowi. I od tego dnia nie widziałem ani Parteigenosse ani tego, który go rozpoznał. Reichsleiter natychmiast zmienił swe miejsce pobytu, chociaż nie musiał się niczego obawiać. Kolonia – dzięki pomocy ówczesnego prezydenta tego kraju gen. Juana Perona – żyła wedle swych prawach i nikt nie mógł mieszać się w jej sprawy.

Mieliśmy tam swoją służbę bezpieczeństwa, sklepy, szpital, pocztę, cmentarz garaże i nawet lotnisko. W pokojach wisiały portrety Hitlera i hitlerowskie flagi ze swastykami. Koloniści pozdrawiali się wyrzuceniem ręki do góry w nazistowskim powitaniu, a w dzień urodzin Führera (20.IV) ubierali się w esesowskie mundury i śpiewali hitlerowskie pieśni i hymny.

Kolonia to były setki hektarów ziemi ogrodzona drutem kolczastym i starannie strzeżona. Ciekawscy, którzy próbowali do nas przeniknąć – znikali. Kolonia była całkowicie samowystarczalna. Mieliśmy sady, plantacje, ptaszarnie, na fermach hodowano bydło. Mieliśmy nawet winnice! W warsztatach składano automaty uzi. Na zapewnienie nam spokoju szły pieniądze z funduszu partyjnego.

Juan Peron wspierał nazistowskich zbrodniarzy zbiegłych z Europy 



ODESSA


- Przywiozłem panu magazyn „Stern”. Znajdzie pan w nim wiele odpowiedzi na pytania dotyczące organizacji ODESSA – mówił dalej Schulke. – To właśnie dzięki niej znalazłem się w Argentynie. Chociaż nigdy nie byłem nazistą, proszę mi wierzyć. W tym batalionie SS pełniłem tylko służbę wartowniczą.[1] Idee Hitlera zawsze uważałem i uważam za nonsensy. A teraz chciałbym panu opowiedzieć o tym tajnym stowarzyszeniu byłych członków SS.

ODESSA – czyli Organization der Ehmaligen SS-Angehörigen – została założona w 1946 roku w Madrycie. U jej źródeł stał SS-Sturmbannführer[2] Otto Skorzenny – dywersant nr 1 Trzeciej Rzeszy; płk pil. Hans-Ulrich Rudel – as Luftwaffe; SS-Standartenführer[3] [Friedrich][4] Schwendt i zbrodniarz wojenny gen. Allen[5] (???) Celem założenia tej faszystowskiej organizacji było ewakuowanie byłych funkcjonariuszy SS i SD z Niemiec do innych krajów przy pomocy U-bootów, samolotów, pomoc w ucieczce z z więzień i aresztów, rehabilitacja, przeniknięcie do władz i partii politycznych.

Końcowym celem powstania tej organizacji jej twórcy widzieli w zjednoczeniu Europy pod egidą Niemiec, powstania IV Rzeszy, opanowanie świata i utworzenia nowego imperium. Hitlerowcy zamierzali rozpętać III Wojnę Światową z użyciem wszystkich rodzajów triady BMR – atomowej, biologicznej i chemicznej. Pod koniec II Wojny Światowej, Niemcy byli bliscy skonstruowania bomby A. Prace nad tą bronią toczyły się w supertajnej bazie zwanej Nowa Szwabia. Podstawą tego szalonego planu wojennego stanowiły wskazania Führera, które opracował on wraz z kręgiem swych współpracowników w 1944 roku.
- W przyszłej wojnie – powiedział Hitler – Europa zostanie zniszczona w jeden dzień. Jeżeli nasz naród ocaleje, to będzie można mu powierzyć kwiat cywilizacji i to on stworzy zachodnią elitę. Chcę pozostawić bogate dziedzictwo dla przyszłego, wielkiego państwa!

On mówił o Złocie Rzeszy.

- Skarby zagrabione we wszystkich okupowanych przez Niemców krajach, zostały przewiezione do bezpiecznych miejsc jeszcze pod koniec 1944 roku, kiedy stało się jasne, że wojna jest przegrana – powiedział mój rozmówca. – Główną masę złota przewieziono do szwajcarskich banków, część była ukryta w szybach wykutych w pogórzach Alp. Złote monety przeznaczono na ochronę nazistów ukrywających się w Niemczech. 10 mld dolarów wywieziono okrętami podwodnymi i złożono w bankach Ameryki Południowej. Poza tym złote sztaby i kosztowności, ogromne sumy w walucie, dzieła sztuki przy końcu wojny w największej tajemnicy esesowcy zatopili w podziemnych jaskiniach na dnie jeziora Toplitz (Toplitzsee) w Alpach Austriackich.


Ucieczka


- Przepraszam, Herr Schulke – przerwałem opowiadanie Niemca – ale gdzie znikła ta cała armia morderców?  
- Ja, trochę się rozwlekłem. Jeszcze w 1944 roku zostało wytworzonych przez specjalistów z SS i Gestapo setki tysięcy podrobionych paszportów i specjaliści ci opracowali plan ewakuacji. Ponad 100.000 esesowców zostało przewiezionych wiosną 1945 roku przy pomocy U-bootów, które docelowo docierały do Argentyny, Brazylii, Paragwaju, Peru i Chile, w których panowały prohitlerowskie reżimy. Część esesmanów zaległo w ukryciu w RFN, we Włoszech, krajach skandynawskich, Hiszpanii. Dziesiątki tysięcy zbrodniarzy wojennych ukryło się w Egipcie, Syrii, Arabii Saudyjskiej, a także w RPA. Każdy z nich znalazł pracę: zorganizowanie dla panujących w tych krajach reżimów służb specjalnych na wzór Gestapo, przeorganizowanie armii, pomoc w przyswojeniu technologii samolotów odrzutowych… Na początku lat 50., kiedy to władze RFN przestały ścigać nazistów, zostali zrehabilitowani Alfred Krupp, feldmarszałek Leeb, gen. Milch, i setki im podobnych, którzy znów podnieśli głowy. Wspierał ich Watykan i stworzona przez Bormanna w 1952 roku organizacja Spinne (Pająk), która oplątała swoją siecią cały świat.
- Powiedział pan Watykan? – zapytałem pana Schulke.
- Tak, wszystkim głównym hitlerowcom zawsze pomagali ojcowie święci, którzy uważali bolszewicki ateizm za najgorsze zło tego świata. Najbardziej nieprzejednanym z nich był ojciec Alois [Luigi] Hudal. To właśnie on pomógł Bormannowi, Müllerowi[6] i innym uciec przed sprawiedliwością.[7]


Duch Martina Bormanna


- Pan się spotkał z Bormannem. Jak mu się udało uciec przed aresztowaniem?
- Zastępca Hitlera w partii NSDAP i jej sekretarz Martin Bormann posiadał diabelska intuicję i miał wszędzie tysiące oczu i uszu. On właśnie uciekł z bunkra Hitlera wraz z Arturem Axmanem – szefem Hitlerjugend, jednym z lekarzy Hitlera [Ludwigiem] Stumpfeggerem, pilotami Führera: [Hansem] Bauerem i [Gregorem] Betzem; SS-Oberscharführerem[8] Behrentzem, adiutantem Hitlera [Otto] Günsche i innymi. Według słów Axmana, oni uciekli w nocy 1/2.V.1945 roku pod osłoną czołgu i transportera opancerzonego. Nieopodal stacji Lehrter Bhf. pocisk uderzył w czołg, za którym oni się przekradali. Wszyscy sądzili, że Bormann zginął. Obok jego zwłok znaleziono zapisany notes Reichleitera. Po kilku latach urzędnicy kryminalni dokonali ekshumacji ciała na wniosek syna Bormanna – Waltera. I tutaj oświadczył on, że to nie jest jego ojciec!
- To nie jest mój ojciec! Przed wojną on złamał sobie obojczyk spadając z konia.
Żadnych śladów złamania ekspert sądowy nie znalazł. Dlatego właśnie Bormann kazał spalić swe akta medyczne, by utrudnić identyfikację.[9]

Z dziennika Bormanna znalezionego obok zwłok, okazało się, że Parteigenosse zamierzał uciec z Berlina już 30 kwietnia, po spaleniu zwłok Hitlera i Ewy Braun. Tegoż dnia wezwał do siebie kierowcę Hitlera [Ericha] Kempkę, który znał Berlin jak własną kieszeń i kazał mu wymyślić plan ucieczki z uczestnictwem swego sobowtóra. Wszystko szło według planu. Przy stacji kolejowej Lehrter sobowtóra Bormanna, którego przygotowywano do tej roli od roku, i lekarza Hitlera Stumpfeggera zabili esesmani i podrzucili tam inkryminowany notes. Ale na Kurfürsterdamm Bormanna zatrzymał patrol Feldgandarmerie, który miał za zadanie wyłapywać dezerterów z Volkssturmu. Dali mu spokój i Reichsführer kontynuował podróż na północ Niemiec, do Grossadmirala Karla Dönitza.

Potem Bormann uciekł do Danii, skąd okrężną drogą przedostał się do Włoch. Tam nazistowski bonza nr 2 był ochraniany przez katolickiego kardynała Aloisa Hudala. Potem przezimował on w Danii przeczekawszy, aż przestaną go poszukiwać tak intensywnie, a następnie udał się do Hiszpanii, do Madrytu, pod opiekuńcze skrzydła gen. [Francisco] Franco. Przez dwa lata kompletował on faszystowskie centrum, kontrolował potoki złota i przejął faktycznie w swe ręce organizację ODESSA. Kiedy znów zaczęto poszukiwać Bormanna (w latach 50. i 60. widziało go w wielu miejscach na całym świecie setki świadków) on uciekł do Argentyny, gdzie stworzył całe imperium finansowe. Potem jego ślady gdzieś zacierają się w Paragwaju, gdzie mieszkał – wedle słów jego syna – w miasteczku Puerto Hohenau w domu niejakiego Albano Kruegera.

W lutym 1961 roku, starszy syn Bormanna – Horst-Adolf na przesłuchaniu oświadczył, że niejednokrotnie rozmawiał ze swym ojcem w Ameryce Południowej. Na tej podstawie prokurator Landu Hesji – Fritz Bauer oświadczył, że Bormann żyje, ale miejsce jego pobytu pozostaje nieznane. W końcu 1962 roku Werner Nauman, uczestnik ucieczki z bunkra Hitlera w nocy 2.V.1945 roku, przypomniał sobie, że widział Bormanna wsiadającego do pociągu. Brat Bormanna – Richard w czasie przesłuchania w marcu 1964 roku stwierdził, że Martin mieszkał w brazylijskim stanie Mato Grosso pod nazwiskiem Ricardo Bauera. W związku z tym, że polował na niego izraelski MOSSAD, Bormann zrobił jeszcze jedną operacje plastyczną. W wersję głoszącą, że zmarł on w dniu 15.II.1959 roku, ja nie wierzę.


„Kania Frontu Wschodniego”


- W Argentynie udało mi się spotkać Hansa-Ulricha Rudla, bohatera Rzeszy – kontynuował swe opowiadanie Schulke. – Jego nieprzypadkowo nazywali „Kanią Frontu Wschodniego”. W pikującym Ju-87 Rudel zatopił w Kronsztadzie niejeden okręt Floty Bałtyckiej i dowodził na niebie nad Leningradem swoją eskadrą.

Pod koniec wojny uciekł on do Argentyny okrętem podwodnym, gdzie pojawił się rząd Rzeszy na uchodźstwie. Został on ciepło przyjęty przez ówczesnego prezydenta Argentyny Juana Perona. Rudel pomógł mu we wprowadzeniu do armii samolotów odrzutowych. Poza tym zrobił niemało dla ukrywających się hitlerowców. To właśnie dla nich utworzył on bojówki, które odstrzeliwały polujących na nazistów.
- Mam takie odczucie – przyznał się Schulke – że ODESSA istnieje i działa do dnia dzisiejszego.


* * *


Cóż, patrząc na to, co się dzieje w naszym kraju trudno zaprzeczyć temu ostatniemu zdaniu z artykułu. Neohitlerowska hydra podnosi coraz śmielej głowy rozzuchwalona nieudolnością, głupotą, zachłannością i sprzedajnością tzw. „demokratycznych” polityków i politykierów.

IV Rzesza realizuje swój plan podporządkowania sobie Europy pod przewodnictwem najsilniejszego gospodarczo państwa – Niemiec i ich agentury wpływu. Niemożliwe? – a jednak nie. Wystarczy spojrzeć na to, co stało się w Polsce po 1989 roku, kiedy do władzy powoli, ale bardzo skutecznie dorwali się ludzie z jakimiś dziwnymi rodowodami, rozmontowujący krok po kroku polski przemysł, szkolnictwo, armię, siły bezpieczeństwa wewnętrznego… - to wszystko daje do myślenia. A wnioski są przerażające. Pod rządami pseudodemokratycznych polityków Polska została rozbrojona i całkowicie uzależniona od NATO. Jej gospodarka została rozmontowana, młodzież wyrzucona za chlebem za granicę – bo stopa bezrobocia cały czas oscyluje wokół 15%, a w kraju pozostały jedynie dzieci i starcy. Przyrost naturalny spada, emeryci dzięki wielokrotnie zreformowanej służbie zdrowia – szybko wymierają, co martwi szczególnie Kościół katolicki z wiadomych powodów. Demografowie biją na alarm, a rządzący nie robią niczego, by poprawić istniejący, fatalny stan rzeczy. I oto chodzi – IV Rzesza pokonuje nas ekonomicznie – za parę lat Polska zostanie zawłaszczona za długi zrobione przez „światłe” i „profesjonalne” rządy religijnych oszołomów i pazerne mniejszości narodowe, które uzurpują sobie jakieś ulgi i przywileje szantażując Polaków „prawami człowieka” i innymi pomysłami, które mają obowiązywać tylko nas, i nie obowiązują naszych okupantów – pardon! – sojuszników i „przyjaciół”.

Oczywiście zaraz znajdą się „krytycy”, którzy zakrzykną, że jestem lewakiem, komuchem czy czymś tam jeszcze. Tym mogę powiedzieć jedno: albo są głupcami omamionymi przez propagandę IV Rzeszy, albo ludźmi o złej woli. I nie ma innej opcji…



Źródło – „Tajny XX wieka” nr 20/2013, ss.4-5
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©  



[1] Autor niekonsekwentnie podał w poprzednich materiałach, że Schulke był wtedy SS-Sturmbannführerem (pułkownikiem), a nie szeregowym esesmanem.
[2] Odpowiednik majora wojsk lądowych.
[3] Odpowiednik pułkownika wojsk lądowych.
[4] W nawiasach kwadratowych umieściłem imiona niektórych osób występujących w tym artykule.
[5] Prawdopodobnie może autorowi chodziło o gen. Reinharda Gehlena, ale nie mam co do tego pewności.
[6] SS-Gruppenführer i gen.-por. policji Heinrich Müller był szefem Gestapo (Urząd IV w RSHA) i zbrodniarzem wojennym.
[7] Po II Wojnie Światowej Hudal, jako wysoki urzędnik Watykanu, pomagał niemieckim zbrodniarzom nazistowskim w ucieczkach do Ameryki Południowej w ramach operacji „Szczurzy Korytarz” (tzw. ratlines), chroniąc ich w ten sposób przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym. W swoich pamiętnikach pisał: po roku 1945 cała moja działalność dobroczynna była nastawiona na pomoc dla byłych członków partii narodowo-socjalistycznej i faszystowskiej, zwłaszcza dla tak zwanych zbrodniarzy wojennych [...] podlegających prześladowaniom, którzy według Hudala często byli całkowicie niewinni. [...] dzięki fałszywym dokumentom wielu z nich uratowałem. Mogli się wymknąć prześladowcom i uciec do szczęśliwszych krajów. (Wikipedia)
[8] Starszy sierżant w wojskach lądowych.
[9] W grudniu 1972 roku, podczas prac budowlanych w centrum Berlina przy Invalidenstraße (w pobliżu Lehrter Bahnhof) odnaleziono szkielety dwóch mężczyzn. Na podstawie stanu uzębienia i innych cech anatomicznych zostały one formalnie zidentyfikowane przez niemiecki sąd jako szczątki Bormanna i Stumpfeggera. W czaszkach obu szkieletów znaleziono drobiny szkła po kapsułkach cyjanku, co oznaczałoby, iż obaj popełnili samobójstwo przez zażycie tej trucizny. Badania DNA wykonane w 1998 roku potwierdziły trafność orzeczenia sądu. Rodzina Bormanna nie pozwoliła na pochówek, nie chcąc, aby jego grób stał się obiektem pielgrzymek neonazistów. Kości poddano więc kremacji, a ich prochy zostały rozrzucone przez pierworodnego syna Bormanna na wodach Bałtyku. (Wikipedia)

poniedziałek, 25 marca 2013

Baza 211


Niemieckie UFO nad lodami Antarktyki - fakt czy mit?

Michaił Burlieszin


Pod koniec 1946 roku admirał Richard E. Byrd, doświadczony badacz polarny, otrzymał zadanie – kierować naukowo-badawczą ekspedycją na Antarktydę. Ekspedycja ta otrzymała kryptonim „High Jump” – wysoki skok... O jej dziwnych zadaniach autor pisze w "NLO" nr 51/2006.


Nowa Szwabia


Ziemia Królowej Maud

Zadaniem amerykańskiej ekspedycji było zbadanie jednej z krain Lodowego Kontynentu – Ziemi Królowej Maud – albo Neuschwabenlandu – Nowej Szwabii. Prawdą jest, że jej wyposażenie było dość dziwne, jak na pokojową ekspedycję. Ku brzegom Szóstego Kontynentu podążyło 13 okrętów różnych typów, 25 samolotów i helikopterów. W skład ekspedycji wchodziło tylko 25 pracowników naukowych, ale za to było w niej aż 4.100 żołnierzy USMC i marynarzy US Navy. Wkrótce w amerykańskich gazetach pojawiła się informacja o tym, że prawdziwym celem ekspedycji były poszukiwania należącej do hitlerowców tajnej «Bazy 211».

Utworzeniem bazy na Szóstym Kontynencie przywódcy III Rzeszy byli zainteresowani już w 1938 roku. Początkowo ku brzegom Antarktydy wysłano okręt zwiadowczy. Znajdujący się na jego pokładzie hydroplan sfotografował ¼ powierzchni kontynentu (inna wersja głosi, że był to sterowiec – przyp. tłum.) i zrzucił na lód metalowe plakietki ze swastyką. Niemcy ogłosili siebie władcami ogromnego terytorium Antarktydy Wschodniej i nazwali go Nową Szwabią.

A potem w kierunku Antarktydy skrycie pożeglowały U-booty z piratami (w oryginale: „wilkami morskimi”, ale pisząc o mordercach w U-bootach w ten sposób ubliżyłbym prawdziwym wilkom morskim, których wielu znam, cenię i szanuję – przyp. tłum.) admirała Karla Dönitza. Po zakończeniu II Wojny Światowej znaleziono dokumenty wskazujące na to, że badacze odkryli w Neuschwabenlandzie cały system połączonych ze sobą pieczar zawierających ciepłe powietrze. Odnosząc się do wyników tej ekspedycji adm. Dönitz powiedział: Moi podwodniacy odkryli prawdziwy raj na ziemi. Zaś w 1943 roku z jego ust zabrzmiało niezrozumiałe dla ludzi go słuchających zdanie: Niemiecka flota podwodna jest dumna z tego, że na drugim końcu świata stworzył dla Führera niezdobytą twierdzę! (W opracowaniu pt. „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy” [Usti nad Labem 1998, Warszawa 2001, 2006] wraz z dr Milosem Jesenskym założyłem, że chodziło tutaj nie tyle o Antarktydę, a o Grenlandię – przyp. tłum.)

Aby takie podziemne miasto na Antarktydzie mogło spokojnie istnieć w czasie II Wojny Światowej, niemiecka flota przedsiębrała bezprecedensowe środki ostrożności. Każdy statek, który miał pecha pojawić się w okolicach Ziemi Królowej Maud był bezapelacyjnie posyłany na dno...


Podziemne miasto i...


Już od roku 1939 zaczęło się systematyczne zasiedlanie Nowej Szwabii i stworzenie sekretnej hitlerowskiej «Bazy 211». Raz na trzy miesiące w Antarktykę płynął statek badawczy „Schwabenland”. W ciągu kilku lat na Antarktydę przewieziono ogromną ilość sprzętu technicznego, w tym urządzenia wiertnicze, tory i wagony kolejowe, itd. itp. urządzenia do budowy tuneli.

Niemcy do tego celu odetaszowali 35 największych okrętów podwodnych, które zostały rozbrojone i przystosowane do zadań transportowych. Poza tym – według słów amerykańskiego oficera wywiadu płk Wendelle Stevensa – Niemcy zbudowali dodatkowo 8 wielkich transportowych okrętów podwodnych. Wszystkie wodowano i przeznaczono tylko i wyłącznie do dostaw ładunków do tajnej «Bazy 211».

Pod koniec wojny Niemcy mieli 10 placówek, w których prowadzono badania nad latającymi dyskami. Zdaniem płk Witalija Sziełepowa, który zebrał ogromną ilość materiałów dotyczących osadnictwa niemieckiego na Antarktydzie w czasie II Wojny Światowej , co najmniej jedna z tych placówek została przewieziona na Antarktydę i tu zorganizowano dalsze badania i produkcję latających aparatów. W charakterze siły roboczej U-bootami przewieziono na Szósty Kontynent tysiące więźniów obozów koncentracyjnych, (to akurat stanowi najsłabszy punkt całej relacji, bowiem trudno jest sobie wyobrazić taki transport. Jeżeli więźniowie byli transportowani na Antarktydę, to raczej zwykłymi statkami eskortowanymi przez U-booty – przyp. tłum.), znanych uczonych z rodzinami, a także członków Hitlerjugend – banku genów „nowej czystej rasy panów”.


... eugenika pod lodami


W odizolowanym od świata zewnętrznego podziemnym mieści, hitlerowscy uczeni pracowali nad stworzeniem nadczłowieka – nazistowskiego wariantu Homo sapiens super – który powinien panować nad światem – i sporządzeniem broni, która zapewniłaby mu opanowanie Ziemi. Takimi broniami były dyskoloty. W niektórych zagranicznych gazetach pod koniec XX wieku pojawiły się artykuły, że niektórym niemieckim badaczom Tybetu udało się rozszyfrować tajemnice dawnych technologii. Zdobyte dane były wykorzystane przez Niemców w końcu II Wojny Światowej, do opracowania nowych typów latających aparatów w formie ogromnych dyskoplanów, które mogły oblecieć świat dookoła z prędkością 700 km/h.

A teraz powróćmy do ekspedycji adm. Byrda. Tylko w pierwszym miesiącu ekspedycji, amerykańskie samoloty wykonały około 49.000 zdjęć lotniczych Lodowego Kontynentu w okolicach Ziemi Królowej Maud. Pozostało już tylko zabrać się za przebadanie tego terenu przez ekipy naziemne. I naraz stało się coś niezrozumiałego. 3 marca 1947 roku, tylko co rozpoczęte badania zostały nagle przerwane, a okręty wzięły kurs do domu...

W ciągu roku, w maju 1948 roku, na łamach jednego z europejskich dzienników pojawił się sensacyjny artykuł. Okazało się, że prace ekspedycji zostały przerwane przez „twardą obronę przeciwnika”. W czasie starcia stracono jeden okręt, cztery samoloty bojowe i zginęły dziesiątki ludzi. Poza tym pozostawiono tam 10 samolotów, które nie nadawały się do dalszej eksploatacji. W artykule cytowano wspomnienia członków załóg samolotów. Lotnicy opowiadali o niewiarygodnych rzeczach: o wylatujących spod wody i atakujących ich latających dyskach, o dziwnych zjawiskach atmosferycznych, które wywoływały rozstrój psychiczny.


Tajemnicza lodowa baszta


Artykuł ten o starciu amerykańskiej ekspedycji z niemieckimi dyskoplanami był całkowicie niewiarygodnym, tak że większość czytelników potraktowała go jako kaczkę dziennikarską. Minęło kilkadziesiąt lat i okazało się, że dyskokształtne UFO są tam obserwowane znacznie częściej, niż w innych rejonach Ziemi.

Najbardziej znanym jest zdarzenie z 1976 roku. Japońscy badacze zaobserwowali na radarze 19 dużych obiektów, które wprost z Kosmosu „spadły” na Antarktydę i znikły z ekranów.

W roku 2001 solidny amerykański magazyn Weekly World News opublikował informację o tym, że norwescy uczeni odkryli w głębi kontynentu antarktycznego w odległości około 160 km od góry Mt. McClintock (Mt. McClintock jest najwyższą górą w australijskim sektorze Antarktydy, mierzy 3.492 m n.p.m., położona jest na 80º13’S - 157º26’E – przyp. tłum.) zagadkową wieżę! Jej wysokość wynosiła 28 metrów. Zbudowano ją z setek lodowych bloków i wedle słów badaczy przypomina ona wyglądem basztę obronnego zamku. Mając z pamięci zamiłowanie hitlerowców do symboliki, powoli naprasza się myśl, że zbudowali ją SS-mani uważający się za kontynuatorów i spadkobierców Krzyżaków.


Rozbity dyskolot


Nie tak dawno hipoteza o tym, że tajna «Baza 211» cały czas istnieje i działa otrzymała jeszcze jedno potwierdzenie. W jednym z ufologicznych magazynów pojawił się artykuł Olgi Bojarinej o dziwnym wydarzeniu, które miało miejsce na Antarktydzie w roku 2004. Kanadyjscy lotnicy znaleźli na lodzie szczątki jakiegoś aparatu latającego i sfotografowali je. Na zdjęciach widać było szeroki krater uderzeniowy, w centrum którego znajdował się rozbity dyskoplan. W celu dokładnego zbadania znaleziska, w rejon ten została skierowana specjalna ekspedycja, ale nie znalazła ona ani dyskoplanu ani jego szczątków!

A teraz będzie najciekawsze – po dwóch tygodniach, do redakcji Toronto Tribune, która opublikowała zdjęcia tego aparatu latającego, przyszedł 85-letni Lance Bailey. Opowiedział on dziennikarzom, ż jest naprawdę Rosjaninem i nazywa się Leonid Biełyj. W czasie wojny był on więźniem obozu koncentracyjnego, którego więźniowie pracowali w tajnej fabryce lotniczej w jednym z punktów Peenemünde.
- Jestem zaszokowany – powiedział on redaktorom – bowiem na zdjęciu widzę taki aparat, nad którym pracowaliśmy 60 lat temu!
... we wrześniu 1943 roku, na betonowy plac koło jednego z hangarów, czterech robotników wytoczyło okrągły obiekt z przezroczystą kabiną w środku. Był on podobny do odwróconego spodka na małych kółkach. Ten „blin” wydawał z siebie świszczący dźwięk, oderwał się od betonowego placu i zawisł w powietrzu na wysokości kilku metrów.


«Baza 211» wciąż działa?


Jeżeli informacja w kanadyjskiej gazecie nie była jeszcze jedną kaczką dziennikarską, to wyglądałoby na to, że na Antarktydzie wciąż działa tajna «Baza 211» i to właśnie z niej wylatywały dyskoplany. A sam fakt awarii jednego z takich latających aparatów i prędkości, z jaką jego szczątki zostały dosłownie sprzątnięte sprzed nosa Kanadyjczykom świadczy tylko o tym, że wciąż doskonale funkcjonuje!


Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

niedziela, 24 marca 2013

„Kod Antarktydy”


Baza 211 - miasto Nowy Berlin na Nowej Szwabii na Antarktydzie


Iwan Barykin

Wnętrze Antarktydy skrywa w sobie wiele pożytecznych kopalin: rudy żelaza, węgiel kamienny, miedź, nikiel, ołów, cynk, molibden, uran, grafit… W Antarktyce znajduje się 90% światowych zasobów słodkiej wody.


Położenie Nowej Szwabii na mapie Antarktydy i widok na Nowy Berlin

O tym, że na Antarktydzie, na Ziemi Królowej Maud znajduje się tajna hitlerowska Baza-211 dowiedziałem się, kiedy byłem służbowo w Niemczech. Opowiedział mi o tym 89-letni Walter Schulke – były SS-Obersturmbannführer (podpułkownik wojsk lądowych – przyp. tłum.). Pisałem już o tym człowieku w moim artykule „UFO nad Stalingradem” w „Tajny XX wieka” nr 45/2011. (Zob. http://wszechocean.blogspot.com/2012/02/nlo-nad-stalingradem.html, http://wszechocean.blogspot.com/2012/03/gdzie-szukac-nazistowskich-baz-na.html - przyp. tłum.) W swoim czasie pomogłem Schulkemu znaleźć mogiłę jego krewnego, który zginął pod Stalingradem, za co Niemiec z wdzięczności opowiedział mi to, co trzymał do tego czasu w tajemnicy.


Tajna baza


Kiedy ukończyłem Uniwersytet Berliński, mój ojciec – generał Reichswehry – skierował mnie do jednej z jednostek SS. Ona była dyslokowana na wybrzeżach Francji, nad Kanałem La Manche – rozpoczął swe opowiadanie Walter Schulke. – Tam zajmowałem się korygowaniem strzelań rakietami V-2 w kierunku Londynu. W roku 1944 przeniesiono mnie na poligon w Peenemünde, gdzie testowano najnowsze rakiety V-5 i jeszcze dyskoplany (dyskoloty), które były bardzo podobne do UFO. W 1945 roku, kiedy Rosjanie podeszli całkiem blisko, ewakuowano nas okrętami podwodnymi.

Wtedy nie wiedzieliśmy, że jeden z nich ma na swym pokładzie wysokich oficerów SS i partyjnych bonzów, i zmierza w kierunku brzegów Argentyny, do niemieckiej kolonii. Natomiast drugi U-boot – jak się potem dowiedziałem będąc w Argentynie – z uczonymi i konstruktorami na pokładzie zmierzała do bazy na Antarktydzie, gdzie zamieszkiwały już morskie wilki Grossadmirala Dönitza. Czy słyszał pan coś o tajnej bazie na Antarktydzie?

W odpowiedzi tylko wzruszyłem ramionami, bo i skąd? No i mój rozmówca opowiedział mi zadziwiającą historię.


SS Schwabenland - statek ekspedycji antarktycznych III Rzeszy...
Flaga Neuschwabenlandu - Nowej Szwabii


Zamaskowani ludzie


Baza 211, albo Nowa Szwabia, była zbudowana przez nazistów jeszcze w końcu lat 30., w czasie kilku ekspedycji na Ziemię Królowej Maud. Tam niedaleko od źródeł geotermalnych wód znaleziono duże terytorium bez lodu (tzw. oaza – przyp. tłum.) porosłe trawą. Pod antarktycznymi oazami zostały znalezione jaskinie z kopulastymi powałami, a pod nimi gejzery i podziemne jeziora o temperaturze wody +18°C. Tam także znajdowały się podwodne groty, idealne do bazowania okrętów podwodnych. To właśnie to terytorium naziści obwołali własnością Reichu.

Tam właśnie w końcu lat 30., na statku SS Schwabenland i okrętach podwodnych z tzw. „Konwoju Führera” dostarczano materiały budowlane, maszyny, zapasy, oprzyrządowanie dla laboratoriów, traktory, szyny, wagonetki, maszyny górnicze, a także ludzi – znanych uczonych, inżynierów i konstruktorów oraz tysiące więźniów z obozów koncentracyjnych. Oni to właśnie zbudowali podziemne miasto Nowy Berlin z laboratoriami, fabrykami i hangarami. Wedle słów Dönitza – Niemcy zbudowali tam dla Führera niezdobytą twierdzę, w której wyrośnie w przyszłości podziemna rasa Ariów. Do bazy zawieźli ochotników płci obojga z Hitlerjugend w celu ochrony rasy aryjskiej. Pod koniec wojny do Bazy 211 wywieziono wyższych urzędników Reichu, archiwum Hitlera i zagrabione skarby.

Dowódca okrętu podwodnego U-530, Heinz Scheffer odbył niejeden rejs do Nowej Szwabii opowiadał Schulkemu w Argentynie, że 10.VII.1945 roku w Kielu przyjął na burtę pięciu tajemniczych pasażerów. Ich twarze były zamaskowane.
- Przez całą drogę oni milczeli – opowiadał Scheffer – ale kiedy nas wykryli i okrętem zaczęło trząść od eksplozji bomb głębinowych, to dwóch pasażerów nie wytrzymało i zaczęli oni rozmawiać. Jednego z nich poznałem po głosie – to był Reichsleiter (naczelnik Rzeszy NSDAP – przyp. tłum.) [Martin] Bormann. Jestem pewien, że drugim był sam SS-Gruppenführer (i generał-porucznik Policji – przyp. tłum.) [Heinrich] Müller – szef Gestapo. Miałem rozkaz wysadzić ich w jednym z portów Argentyny i popłynąć do Bazy-211. Ale wraz z dowódcą drugiego U-boota zdecydowaliśmy się poddać władzom argentyńskim.

- Wierzę temu facetowi – powiedział Schulke – dlatego, że spotykał się w tej kolonii z Bormannem. Zrobili mu operację plastyczną i on upodobnił się do Żyda. Z kolei Müller nikogo się nie bał i zachowywał się dokładnie tak samo, jak w berlińskim Gestapo…


Prawdziwy raj na ziemi


W latach 60. spotkałem się z legendarną lotniczką, ulubienicą Führera kpt. pil. Hanną Reitsch w Hiszpanii, gdzie miała swoje centrum helikopterowe – opowiadał dalej Schulke. – Ona mi opowiedziała, że była na Antarktydzie w 1943 roku.
- W bazie – powiedziała ona – stworzono bronie psychotroniczne i laserowe oraz doprowadzili do pełnej gotowości dyskoloty.
Wedle jej słów, w podziemnych fabrykach wzbogacano pluton (chyba chodziło o uran – przyp. tłum.) dla ładunków jądrowych. Bogu dzięki, że ich nie użyto.

Kapitan-pilot Hanna Reitsch - ulubienica Hitlera i pierwszy pilot doświadczalny III Rzeszy


Amerykanie wyniuchali sekretną bazę, a ich obserwatorzy nieraz odnotowywali pojawienie się nad Antarktydą latających spodków. Pod koniec 1946 roku Pentagon wysłał ku wybrzeżom Antarktydy „naukową” wyprawę, pod dowództwem znanego polarnika, adm. Richarda Byrda. Wszystko to było szyte grubymi nićmi: w ekspedycji wziął udział 1 lotniskowiec, 13 innych okrętów, 25 samolotów i śmigłowców, tylko 25 uczonych za to aż B USMC czyli 4100 żołnierzy piechoty morskiej osławionych marines! Wkrótce w mediach pojawiły się oświadczenia, że prawdziwym celem misji Byrda było poszukiwanie i likwidacja faszystowskiej bazy na Ziemi Królowej Maud.

Zaraz po przybyciu na miejsce, Amerykanie przypuścili atak. W czasie walki stracili 1 okręt, 13 samolotów i wielu żołnierzy. Lotnicy opowiadali o wyskakujących z wody i atakujących ich latających dyskach, spalających wszystko promieniach i dziwnych zjawiskach masowego rozstroju psychicznego ludzi.
- Wiele lat później, kiedy powróciwszy z USA mieszkałem w Berlinie – mówi Schulke – opublikowano dziennik adm. Byrda, który prowadził w czasie ekspedycji. Przywiozę to panu, jak tylko przyjadę do Rosji.


Mapy Neuschwabenlandu i Pustej Ziemi w której Hitler spodziewał się znaleźć aryjskie plemiona dzięki którym mógłby wygrać II Wojnę Światową i zapanować nad narodami Ziemi...


Dziennik adm. Byrda


Schulke dotrzymał słowa i wkrótce przysłał mi streszczenie dziennika admirała, a jego opowiadanie przekazuję teraz Czytelnikom:

Kiedy Byrd już znajdował się na Antarktydzie, to obleciał on hydroplanem rejon w którym miała się znajdować baza nazistów. Naraz przestał działać kompas i przerwała się łączność, a wkrótce i sam samolot wyszedł spod kontroli pilota. Nad nim zawisł dziwny pojazd w kształcie dysku, przypominający brytyjski hełm i ze swastyką na burcie. Jak napisał admirał – samolot znalazł się w pułapce. Nieznani ludzie zwrócili się do lotników w języku angielskim – Zaraz was posadzimy. Uspokójcie się, nic wam nie grozi.

Po jakimś czasie samolot wylądował na placu wysypanym drobnym szutrem. Amerykanie wyszli z samolotu, a do admirała i radzisty podeszli jacyś ludzie – wysocy blondyni podobni jeden do drugiego. Zaprowadzili ich do ogromnego luku i kazali im wejść. Po kilku minutach wszyscy znaleźli się w podziemnym mieście przed jakąś budowlą. Admirała zaproszono do środka, a radzik pozostał na zewnątrz. Po przejściu podziemnego korytarza, Byrd znalazł się w przestronnym pomieszczeniu, gdzie za stołem siedział człowiek z wyrazistymi rysami twarzy.
- Witamy, admirale – powiedział on  - pozwoliliśmy panu znaleźć się tutaj, bo jest pan znanym człowiekiem. Powróci pan cały i zdrowy do Ameryki pod warunkiem, że natychmiast opuścicie naszą ziemię. Niech pan przekaże waszemu rządowi, że jakiekolwiek próby mieszania się w nasze sprawy, szczególnie z użyciem siły, a szczególnie broni jądrowej, spotka się z adekwatną odpowiedzią. Nie zatrzymujemy was zatem.

W tym samym czasie samoloty amerykańskiej ekspedycji wtargnęły na terytorium bazy. Jeden z lotników potem opowiedział:
- Naraz staliśmy się celem ataku jakichś dziwnych dyskoplanów, które dosłownie wyskakiwały spod wody. Jakieś nieznane, spopielające promienie uderzyły w niszczyciel USS Murdoch, który stanął w płomieniach jak pochodnia i poszedł na dno, promienie zrąbały pokładowe nadbudówki i startujące z lotniskowca samoloty. Po 20 minutach koszmar się skończył i dyskoloty naraz znikły. Niemcy mogli zetrzeć nas na proch, ale tego nie uczynili.

Lokalizacja niemieckich stacji naukowych na Antarktydzie w dniu dzisiejszym


Tajemnica bazy będzie ujawniona


Powróciwszy do Waszyngtonu, admirał przekazał słowo w słowo niemieckie ultimatum prezydentowi Trumanowi. Ten jednak nie uwierzył Byrdowi i obwinił go za klęskę operacji. Admirał poszedł w odstawkę i odizolowano go od mediów.
- Dziennik, który admirał Byrd prowadził sekretnie w czasie ekspedycji został opublikowany już po jego śmierci – stwierdził Schulke. – Jankesi posyłali ekspedycje na Antarktydę jeszcze nieraz i jakoby niczego nie znaleźli. Baza 211 istniała jeszcze długo. Sądząc po medialnych doniesieniach, u wybrzeży Chile obserwowano w latach 60., 70. i później pojawienia się latających talerzy – najwidoczniej z Bazy. W roku 2004 kanadyjscy uczeni zaobserwowali w czasie oblotu terytorium stojący na antarktycznym lodzie dyskolot, ale kiedy wrócili tam po jakimś czasie, to go już tam nie było.

Podejrzewam, że wielu mieszkańców podziemnego miasta umarło ze starości. Pozostali tam jedynie nieliczni członkowie HJ, którzy przybyli tutaj na wezwanie Führera, ale i oni w końcu opuścili Antarktydę niszcząc wszystko, co tam się znajdowało. Na tym miejscu znajduje się obecnie niemiecka antarktyczna stacja badawcza Neumeier-3 (niemiecka stacja antarktyczna położona na 70°37’ S - 008°22’ W, załoga letnia 22 osoby, załoga zimowa 9 osób – przyp. tłum.). Osób postronnych tam nie wpuszczają. Tak więc tajemnica Bazy będzie jednak odkryta…

Na tym się z Schulkem pożegnaliśmy. Wręczył mi swoja wizytówkę zrobiona jeszcze w USA, gdzie przyjechał z Argentyny. A po miesiącu w moim domu rozległ się dzwonek telefonu. Podniosłem słuchawkę i usłyszałem głos Waltera:
- Jestem właśnie w hotelu Wołgograd, czy nie moglibyśmy się zobaczyć?

W czasie spotkania Schulke powiedział, że znalazł grób swego wuja na niemieckim cmentarzu wojennym i poza tym przywiózł to, co obiecywał. Walter wręczył mi egzemplarz magazynu „Brisant” w którym znalazłem stronice z dziennika adm. Byrda (zob. „The Nazi Base 211 – UFO Factory” -  http://base211.ru/index.php?mn=otd&mns=uk2l9wi9txbee – przyp. tłum.) w artykule, w którym przeczytałem, że Admirał dowiedział się o tym, że Jankesi w trakcie tajnej operacji „Kod Antarktydy” nawiązali i kontakt z Bazą 211. Naziści przekazali im nowe technologie w zamian za azyl. Richard Byrd próbował powiedzieć o tym dziennikarzom, ale umieszczono go w „psychuszce”, skąd już nie wyszedł. Najwidoczniej Departament Stanu i CIA nie chcieli ujawniać tajemnic operacji „Kod Antarktydy”.


Moje 3 grosze


To wszystko brzmi naprawdę wiarygodnie, ale czy jest – oto pytanie! Nie komentuję tych sensacji, bo wypisano już morze atramentu, tuszu i farby drukarskiej na ten temat. Problem cały czas rozbija się o wiarygodność źródeł, które – mówiąc delikatnie – nie są zbyt wiarygodne, jak np. cytowany tu „Brisant” – typowy tabloid. Inna rzecz jest taka, że takie kontrowersyjne informacje biorą takie brukowce, bo żadna z tzw. „szanujących się” gazet nie opublikuje.

Czy możliwe było zbudowanie Bazy 211 na – a właściwie – we wnętrzu antarktycznego lądu? Na papierze owszem, tak. W rzeczywistości byłoby to bardzo trudne. Być może była to jakaś baza dla U-bootów operujących na południowych akwenach Atlantyku i Oceanu Indyjskiego, ale raczej nie było to miasto. No, chyba że to było w planach Führera i jego akolitów i te plany zamierzano zrealizować, ale – na szczęście – zabrakło im na to czasu. A teraz zastanów się Czytelniku – czy dysponując takimi dyskoplanami i takimi broniami, o jakich piszą wszyscy autorzy – Niemcy daliby się wykurzyć z Antarktydy? Poważnie w to wątpię. Gdyby tak było, to wyprawa Byrda w ogóle nie wróciłaby z Antarktydy, ani żadna inna. Dlatego możliwe jest, że Niemcy się po prostu poddali przekazując Amerykanom wszystko, co mieli. I nie były to żadne superbronie, bo w innym przypadku historia wojen po 1946 roku miałaby zupełnie inny przebieg. Owszem – rozwijano bronie jądrowe i termojądrowe, ale jakoś historia milczy o laserowe bronie radiacyjne – LBR, – o nich mówi się dopiero od czasu, kiedy pojawił się w nauce termin LASER – kwantowy wzmacniacz światła, a Ronald Reagan zamierzał na serio użyć LBR w programie SDI. Oczywiście pracowano wcześniej o LBR, ale fizyczne ograniczenia stawiane przez atmosferę były (i są) poważną przeszkodą w ich realizacji, za to LBR sprawdza się idealnie tam, gdzie atmosfery już nie ma – w przestrzeni kosmicznej.    

Inną rzeczą jest, że adm. Byrd jest mało wiarygodnym i dlatego boż jego relacje są – mówiąc bardzo delikatnie – fantastyczne. Z drugiej strony musiały być, bo Byrd zadłużył się poważnie i musiał skądś zdobyć pieniądze, stąd PR-owskie opowieści o Pustej Ziemi i Szamballi w jej wnętrzu... NB, powielał on tylko rojenia hitlerowskich ezoteryków i pseudonaukowców, ale to się dobrze sprzedawało i ułatwiało zdobycie funduszy na dalsze wyprawy.

Adm. Byrd poszedł w odstawkę dlatego, że jako polarnik doskonale znał warunki lotów nad Biegunami i został zaangażowany w ultratajnym planie o kryptonimie Pincher, pierwszym planie wojny atomowej z ZSRR. Dopiero drugim był plan Dropshot. Plan Pincher zakładał zadanie atomowego ciosu Sowietom poprzez Biegun Północny – dlatego też zaangażowano w to takich ludzi jak adm. Byrd, gen. Dolittle czy płk Balder, NB ci dwaj ostatni w lecie 1946 roku badali tajemnicze wydarzenia, które miały miejsce nad Skandynawią. Nie zapominajmy, że rakiety amerykańskie były w powijakach i atak nuklearny na ZSRR miał być przeprowadzony właśnie przez bombowce startujące z Maryland, Alaski i Nowego Meksyku. Dlatego jego planowaniem zajmowali się lotnicy z USAF i RAF oraz polarnicy. 

Reasumując – coś jest na rzeczy i jest to kolejna z wielu tajemnic Zimnej Wojny. Już Zimnej Wojny, bo to, co powiedział sir Winston Churchill w Fulton było tylko potwierdzeniem, zadeklarowaniem tego, co już się działo. Zimna Wojna zaczęła się już w 1944 roku, kiedy Alianci wylądowali w Normandii i rozpoczęli swe misje Alsos i Paperclip mające na celu przejecie niemieckich technologii i wykorzystania ich przeciwko ZSRR, który też realizował swoją wersję tych operacji. Bo jeszcze trwały salwy II Wojny Światowej, a już gotowano się do Trzeciej w myśl zasady si vis pacem – para bellum…


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 3/2013, ss. 4-5.
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©                  

poniedziałek, 11 marca 2013

Nazistowski Hogwart: Obiekt Königsberg-13




Konstantin Kariełow


Po II Wojnie Światowej na miejscu ruin zamku królewskiego w Królewcu (dzisiaj Kaliningrad, dawniej Königsberg) przeprowadzono wykopaliska, ale w 1967 roku decyzją I sekretarza Obkomu (komitetu obwodowego) KPZR Nikołaja Konowałowa ruinę zamku wysadzono w powietrze.

Cztery średniowieczne budowle rozmieszczone w centrum Starego Miasta na wyspie Kneiphof miały jeden adres: Königsberg 13. Jakiś wiek temu znajdowało się tam jedno z najbardziej zagadkowych laboratoriów świata. Czym się tam zajmowano i nad jakimi zagadnieniami pracowano, a przede wszystkim po co je tam założono?



Mistyczna stolica Europy


Od czasu swego założenia i aż do naszych dni Królewiec jest miastem mistycznych zagadek i zadziwiających tajemnic. Poczynając od XIV wieku w nim czują się najzupełniej pewnie i bezpiecznie zamieszkali tam magowie i czarnoksiężnicy, których sława rozprzestrzeniła się daleko poza granice ówczesnych Niemiec. Na wyspie Kneiphof istniały całe szkoły okultystyczne, które zajmowały się zbieraniem i badaniem czarnoksięskiej wiedzy i niewyjaśnionych zjawisk.

Przez całe długie stulecia mistyczne szkoły i uczelnie nie interesowały nigdy państwa. Wszystko się zmieniło po dojściu do władzy Adolfa Hitlera, który bardzo poważnie odnosił się do nauk okultystycznych. To właśnie wtedy, w czasie istnienia III Rzeszy powstało i osiągnęło największy rozkwit laboratorium Königsberg-13.

Zasadnicze zadania tego laboratorium były następujące:
v Skrupulatne badania nad astrologią;
v Badania nad magią;
v Badania nad hipnozą;
v Badania dawnych czarnoksięskich praktyk…
v …i na tej zasadzie skonstruowanie potężnej „cudownej” broni…

…a wszystko na pohybel wrogom Tysiącletniej Trzeciej Rzeszy.  Niestety – żadnych dokumentów mówiących o utworzeniu takiej placówki naukowej na terytorium dawnego ZSRR nie znaleziono – wszystkie archiwa Königsbergu-13, które wpadły w ręce radzieckiego dowództwa zostały przekazane Amerykanom w zamian za maszyny i ich wyposażenie. W rezultacie czego relacje o laboratorium są nieskładne i urywane. Wiadomo tylko, że zaczęło ono swą pracę na długo przed początkiem II Wojny Światowej i było ono GANZE GEHEIM – tak  że w samym Królewcu nikt nie wiedział o jej istnieniu.



Ofiary czarnej nauki


Jedno z wydarzeń, przypisywane działaniami pracowników laboratorium Königsberg-13 miało miejsce w 1929 roku na oczach wielu naocznych świadków. Hitler właśnie szedł do władzy i niektórzy niemieccy dziennikarze mogli sobie jeszcze pozwolić na nie traktowanie na serio przyszłego Führera III Rzeszy. W czasie swej wizyty w Prusach Wschodnich Hitler się przeziębił i ochrypł – i mowa, z którą wystąpił w największej Sali Królewca – Stadhalle – delikatnie mówiąc była do niczego. Swoje wystąpienie lider nazistów zakończył patetyczną frazą: Przyjechałem tutaj zdobyć Königsberg! Później jedna z popularnych miejskich dziennikarek napisała krytyczny artykuł, w którym zdrowo przejechała się po fizycznych niedoskonałościach oratora i jego chorych marzeniach.

Po kilku dniach od opublikowania artykułu, do redakcji gazety przyszedł młody człowiek i na znak swego głębokiego uznania wręczył dziennikarce bukiet kwiatów i dużą tabliczkę czekolady. W czasie przerwy obiadowej, wszyscy pracownicy wydawnictwa, w tym dama o ostrym języku, udali się do kawiarni i tam stali się świadkami strasznej sceny. Kiedy kobieta rozpakowała tabliczkę czekolady i ugryzła jej kawałek, rozległ się  nieestetyczny i niezwykły dla czekolady odgłos rozgryzanego szkła. Z jej ust pociekła krew, ale kobieta z nieprzytomnym błyskiem w oku nie przestawała jeść szklaną płytkę. Kiedy widzowie otrząsnęli się z szoku, to udało się im jej odebrać ostatni kęs grubego szkła. Kobietę hospitalizowano – miała straszne rany jamy ustnej i przełyku i przez długi okres czasu nie mogła mówić, nie mówiąc już o tym, że nie rozumiała, gdzie się w ogóle znajdowała.



Czarodzieje czy szarlatani?


Co się właściwie działo w ultra-tajnych pomieszczeniach laboratoriów Königsberg-13? W pamiętniku jednego z mieszkańców Królewca znaleziono wpis datowany na lipiec 1943 roku: idąc raz na wieczorny spacer po Kneiphopf spotkał on buddyjskich mnichów w białych i czerwonych szatach, co bardzo go zdumiało. Rzecz w tym, ze Hitler zabronił działalności wszelkim mistyczno-okultystycznym organizacjom, a badania okultystyczne mogły być prowadzone tylko za zezwoleniem i pod kontrolą Führera.

Wnętrze laboratorium, jak już się powiedziało, było rozmieszczone w czterech jednopiętrowych blokach, i wyglądało dostatecznie dziwnie. Na parterach znajdowała się ogromna ilość przedmiotów kultowych ze wszystkich kultur, narodów i czasów – były tam prawosławne ikony, maski i tanki z Tybetu oraz dawne bronie Wikingów. Była tam także ogromna lodówka z wielką ilością wanien, w których znajdował się lód i wycięte oczy najrozmaitszych zwierząt przywiezione z kombinatów mięsnych.

W laboratorium istniał oddział, którego pracownicy zajmowali się rzucaniem uroków ze szkoły „Laleczek starej Magdy” założonej w Królewcu jeszcze w XV wieku. Ci ludzie robili woskowe lalki podobne toczka w toczkę do polityków niechętnych czy wrogich Hitlerowi i Rzeszy. W otwory oczne wkładali oczy zwierząt. Potem ludzie, którzy posiadali możliwości wpływania na drugich, w odpowiedni dzień i godzinę wbijali w lalki grube, srebrne igły zakończone bursztynowymi kuleczkami. Trudno powiedzieć, czy w ten sposób szkodzono ofiarom magów, jednak kiedy w 1942 roku powiadomiono sir Winstona Churchilla, że jego lalka jest nakłuwana przez nazistów, to on się mocno tym zdenerwował.

Wiadomo, że jeden z pracowników Königsberg-13 jasnowidz i astrolog Hans Schurr stworzył przepowiednię zagłady III Rzeszy jeszcze na początku lat 40. On także przewidział dokładnie, że Königsberg padnie po trzech dniach w kwietniu 1945 roku. Oczywiście mu nie uwierzono i nie zwrócono uwagi na jego przepowiednie. Jednak kiedy w marcu 1945 roku, Armia Czerwona podeszła do Königsbergu to wtedy hitlerowcy zamordowali Hansa Schurra za nieszczęśliwe proroctwo.



Wiatr-morderca


Oprócz wszelkiej maści okultystycznych nauk, laboratorium Königsberg-13 zajmowało się badaniem takich trywialnych na pierwszy rzut oka rzeczy, jak… przeciągi.

Ruch potoków powietrza na wąskich średniowiecznych ulicach Królewca ukazują zadziwiające proces. Wystarczy powiedzieć, że wiatrowskazy na domach umieszcza się na dwóch poziomach: pierwsze – na dachu – pokazują ogólny kierunek wiejącego wiatru, zaś drugie umocowane niżej – przemieszczanie się powietrza na ulicach. Siła wiatru czasami bywa taka, że przyciska ona ludzi do ścian domów i musza mocno się natrudzić, żeby poruszać się z obranym kierunku!

Poznanie kierunku wiatru dawało niemało korzyści i pozwalało wykorzystać tą wiedzę w różnych celach, np. dla zastraszania: postawiło się koło odpowiedniego okna metalową konstrukcję, która uderzana wiatrem wydziela tajemnicze dźwięki i głosy. Wiatr wykorzystywano do zabijania ludzi. Specjaliści z Königsberg-13 opracowali cienkie, mocne, lekkie stalowe pióra, które puszczone na wiatr mogły zabić człowieka w dowolnie dużej odległości przenikając do wnętrza jego uszu.

Przeciągi podpowiedziały jeszcze bardziej wyrafinowane sposoby zabijania. I tak np. człowieka, którego chciano uśmiercić regularnie zapraszano w gości i nieodmiennie sadzano na tzw. gościnnym fotelu z wieloma dziurkami w oparciu. Fotel stawiano tak, że on znajdował się na przeciągu, pod ciągłym wpływem chłodnego powietrza. Po kilku takich wizytach płuca człowieka czerniały, a on sam umierał na zapalenie płuc.

I to jest wszystko, co wiemy – niestety – na temat Königsberg-13 i jego złowrogiej działalności. Tym, którzy się tym zainteresowali proponuje wyjazd do Kaliningradu i zobaczyć wszystko na własne oczy, chociaż po laboratorium pozostał jedynie fundament, tym niemniej Królewiec jest nadal bardzo zagadkowym i interesującym miastem.


Moje 3 grosze


Ten pierwszy człon tytułu dodałem sam, boż przekładając ten artykuł przypomniały mi się znane z literatury sci-fi instytucje zajmujące się czarami: rosyjski INBADCZAM w Sołowcu i Zakład Magotechniki INUINU w Kitieżgradzie z powieści braci Strugackich, Hogwart, Drumstrang i Beau Baton z powieści Pani Rowling, Czar-Tech z filmów Disneya… W nich wszystkich, poza funkcjami dydaktycznymi, były to placówki naukowe, w których magowie prowadzili badania nad czarami i je wciąż ulepszali oraz wymyślali nowe. A tutaj proszę – Niemcy jak się okazuje też mieli (i to bynajmniej nie jeden!) swój Czar-Tech na wzór Cal-Techu czy MIT, w którym pracowało się nad tym, by mordować ludzi, a nie im pomagać… - co zresztą wynikało z samej pseudofilozofii hitleryzmu zawartej w „Mein Kampf”.

Zdumiewa fakt, że Rosjanie tak po prostu przekazali Amerykanom dokumenty dotyczące Königsberg-13. Teza ta wydaje się być niewiarygodną, bowiem trudno przypuścić, by w GRU nie zrobiono chociaż ich fotokopii, tym bardziej, że istniał w nim wydział zajmujący się podobną problematyką, co podaję na odpowiedzialność red. Bogusława Wołoszańskiego. Idę o zakład, że fotokopie tych dokumentów „kiszą” się gdzieś na Chodynce na dnie archiwum GRU.

Jestem absolutnie przekonany, że te wszystkie czary-mary, hokus-pokus i smęty-rymęty są niczym innym, jak echami konkretnej wiedzy. Bardzo dawnej wiedzy, która z biegiem wieków coraz bardziej była niezrozumiała dla coraz bardziej prymitywnych mieszkańców Ziemi, aż wreszcie stała się religią lub systemem wierzeń w grupach i związkach w rodzaju np. masonerii. Przypominam: od katastrofy Atlantydy upłynęło sto dwadzieścia jeden wieków! – 363 pokolenia! Tylko najprostsze i najbardziej przyswajalne informacje miały możliwość przetrwać ten gigantyczny szmat czasu. Pozostałe treści stały się niezrozumiałe i dzięki temu przetrwały w formie religii, bo tylko tak mogły dotrwać do naszych czasów. To zresztą uchroniło tą wiedzę od zapomnienia, ale nie od niezrozumienia. I dopiero teraz zaczynamy rozumieć jej sens – kiedy nauka znów zaczyna osiągać poziom umożliwiający dostrzec coś znajomego w magicznych zaklęciach, rytuałach czy artefaktach. O tym doskonale wiedzieli Hitler, Göring, Himmler i inni zbrodniczy kapłani Czarnego Zakonu SS. Nad tym samym pracuje się po cichu na całym świecie. Po prostu zaczynamy powoli dochodzić do poziomu technicznego dawnych Supercywilizacji: Atlantydy, Mu, Lanki i posiadanych przez nie środków zniszczenia…

I tylko obyśmy nie powtórzyli ich losu.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 49/2012, ss. 4-5
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©