Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Byrd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Byrd. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 maja 2015

Demony lodowych pustkowi

Bohater narodowy, blagier czy chory psychicznie człowiek...?


Oleg Fajg


Na Antarktydzie, z Lodowca Taylora płynie Krwawy Wodospad. Woda w nim zawiera dwuwartościowe żelazo – Fe++, które w zetknięciu z powietrzem utlenia się i zamienia w rdzę. To właśnie nadaje wodospadowi barwę krwi…

Dnia 6.V.1926 roku, z wyspy Spitzbergen, wystartował trzysilnikowy Fokker F.VII/3m o imieniu własnym Josephine Ford, specjalnie przystosowany do dalekich lotów w warunkach Arktyki. Samolot był pilotowany przez Richarda Byrda, wraz z nim był mechanik pokładowy Floyd Bennet. Zgodnie z oficjalną kroniką z tego czasu Byrd i Bennet przelecieli nad Biegunem Północnym wyprzedziwszy o kilka dni ekspedycję Roalda Amundsena. Słynny norweski polarnik wraz z włoskim inżynierem-konstruktorem Umberto Nobile i innymi towarzyszami dolecieli do Bieguna Północnego 12 maja na pokładzie sterowca Norge. W USA Byrd i Bennet zostali bohaterami narodowymi i odznaczono ich Honorowym Medalem Kongresu USA.


Bohaterowie narodowi


Tymczasem już od maja 1926 roku, pomiędzy awiatorami (i nie tylko amerykańskimi) zaczęły krążyć pogłoski o tym, że Byrd nie doleciał do Bieguna Północnego i na dodatek po prostu sfałszował dziennik pokładowy.

Pod koniec ubiegłego wieku nowe analizy dziennika pokładowego wykazały ślady wielokrotnego wycierania i poprawek. To spowodowało kolejne dziennikarskie śledztwo z udziałem historyków awiacji i ekspertów. Okazało się, że ten rekordowy przelot nie mógł być zrealizowany technicznie z powodu nieszczelności zbiornika oleju prawego silnika. W takich warunkach przelecenie 1230 km było niemożliwością. Wychodzi na to, że Byrd po prostu w jakiś sposób „podkręcił licznik” by wyszło na to, że był szybszym od Amundsena… 

Do dziś dnia niejasna jest w tym rola mechanika Benneta. Sądząc z tego wszystkiego, na początku on nie rozumiał, o co w tym chodziło, bowiem rolę nawigatora pełnił sam Byrd. Jednakże podejrzliwe spojrzenia awiatorów i dziwne pytania dziennikarzy spowodowały u niego wątpliwości, i podzielił się nimi z żoną przed śmiercią, która miała miejsce w 1928 roku, na zapalenie płuc. W czasie pogrzebu męża wypowiedziała ona dziwne zdanie, które słyszeli jej najbliżsi:
- Śmierć Floyda jest idealnym prezentem losu dla Byrda…


Okładka książki adm. Byrda - "Samotny"


Zagadkowe dzienniki Byrda


Przelot nad Biegunem Północnym wiele znaczył tak dla kariery, jak i dla jego samopoczucia. Ale przyszły polarnik wywodził się z purytańskiej i arystokratycznej rodzinie. Dlatego też on nie mógł znieść wszystkich ataków na niego z powodu jego wielkiego kłamstwa.

W 1929 roku, Byrd uczestniczył w budowie pierwszej amerykańskiej stacji antarktycznej Little America na Szelfowym Lodowcu Rossa, odkrył górski grzbiet i nazwał terytorium za nim Ziemią Mary Byrd.

W 1930 roku, w szczytowym punkcie swej kariery, Kongres USA nadał mu stopień kontradmirała US Navy.

W tym czasie bliscy Byrda coraz częściej zaczynali zauważać u niego nastroje przygnębienia, które czasem przechodziły w stany „czarnej melancholii” i kończące się głęboką depresją.

Wszystko to zaważyło na jego heroicznym czynie, który omal nie zakończył życia „polarnego wilka”.  W zimie 1934 roku Byrd chciał samotnie spędzić kilka miesięcy w stacji meteo Bowling Advance Base. Oddzielony ponad dwoma setkami kilometrów od bazy Little America polarnik mężnie znosił 60-stopniowe mrozy, ale w ciągu 5 miesięcy podupadł na zdrowiu fizycznym i psychicznym.

[Adm. Byrd zachorował wskutek zatrucia tlenkiem węgla (czadem), który wydobywał się z piecyka, który ogrzewał stację. Został on uratowany dzięki czujności… radiotelegrafistów, którzy po zmianie stylu nadawania zorientowali się w sytuacji i podnieśli alarm, wskutek czego wysłano wyprawę ratunkową, która uratowała go. Zob. Alina i Czesław Centkiewiczowie – „Tajemnice Szóstego Kontynentu” (Warszawa 1960) – uwaga tłum.]

Leczenie admirała ciągnęło się latami, przy czym depresja stała się symptomem pogłębiającej się schizofrenii. Prowadzący lekarz-psychiatra polecił mu w ramach terapii pisanie pamiętników, by wyrwać go z zaklętego kręgu prześladujących go mrocznych obrazów. Admirał posłuchał zalecenia lekarza i tak powstały słynne „dzienniki Byrda”. W 1938 roku, na ich podstawie powstała książka pt. „Samotny” (w oryginale „Alone” – przyp. tłum.) W mniej nie było absolutnie niczego, co rzuciłoby światło na „zagadkę powietrznego pokonania Bieguna Północnego” i następującego po tym rozstroju psychiki Byrda.


Program opanowania Antarktydy


Po leczeniu w klinice psychiatrycznej, gdzie Byrd zaczął pisać memuary, wziął on udział w Trzeciej Ekspedycji Antarktycznej (1939-41). Wykonał on wiele lotów nad Białym Kontynentem i jego ekipa wykonała zwiad fotograficzny nad rejonami Antarktydy Zachodniej, przygotowując grunt dla słynnej ekspedycji z lat 1946-47.

W powojenne lata wielkie mocarstwa, twardo idące drogą Zimnej Wojny, zaczęły poświęcać więcej uwagi Szóstemu Kontynentowi i jego przybrzeżnym wodom. Wiosną 1946 roku, w Antarktykę udała się wielka rybacka ekspedycja, której podstawą była flotylla wielorybnicza „Sława”.

To wywołało wielkie zaniepokojenie Białego Domu i spowodowało przygotowania do wysłania niezwłocznej ekspedycji High Jump, pod dowództwem kontradmirała rezerwy Byrda. Ta nowa antarktyczna ekspedycja miała oficjalny tytuł „Program opanowania Antarktydy przez US Navy, 1946-1947”, który to program miał być czysto naukowym. I choć w niej partycypowała Narodowa Akademia Nauk i Narodowe Towarzystwo Geograficzne, to cała logistyka pochodziła z US Navy.

W Pentagonie misja Byrda znana była pod kryptonimem Task Force 68Oddział Specjalny 68 pod dowództwem kontradm. Richarda Cruzena. Operację zaczęto w dniu 26.VIII.1946 roku i zakończyła się w końcu lutego 1947 roku, na sześć miesięcy przed planowanym powrotem z powodu wcześniejszego przyjścia antarktycznej zimy. (Pory roku na półkuli południowej są odwrotnością pór roku na półkuli północnej – przyp. tłum.) Na stanie Task Force 68 było 4700 ludzi, 13 statków i okrętów oraz kilkanaście samolotów. Szczególnym celem naukowym było zbudowanie i uruchomienie antarktycznej stacji badawczej Little America IV.

Dnia 1.II.1947 roku, Amerykanie zdesantowali się na Antarktydzie w rejonie Ziemi Królowej Maud i zabrali się za badanie terenów przy wybrzeżach oceanu. W ciągu miesiąca wykonano 50.000 zdjęć. Sfotografowano 60% nowych terytoriów. Odkrywcy zlokalizowali i nanieśli na mapy kilka wcześniej nieznanych górskich plateau i założyli stacje polarną. W dniu 3.III.1947 roku przerwano wszystkie prace i ekspedycja powróciła do Ameryki.


Nowa Szwabia


Starcia Oddziału Specjalnego 68


W tym czasie kilka argentyńskich gazet opublikowało sensacyjne wieści o tym, że rząd USA dostały informacje o tym, że na Antarktydzie istnieje tajna baza hitlerowców nazwana NeuschwabenlandNowa Szwabia na terenie Ziemi Królowej Maud.  

W lipcu 1945 roku, kiedy od zakończenia wojny w Europie upłynęły dwa miesiące, u brzegów Argentyny wynurzył się niemiecki okręt podwodny U-530 dowodzony przez Oberleutnanta zur See Otto Wermutha. 10 lipca okręt poddał się w argentyńskim porcie Mar del Plata argentyńskiej flocie. W czasie długotrwałych przesłuchań załoga twierdziła, że została ona wysłana w końcu kwietnia na bojowy patrol u wybrzeży USA, potem nie było łączności, i jak tylko się dowiedzieli, że wojna się skończyła, dowództwo okrętu zdecydowało się poddać. 17 sierpnia tamże poddał się inny U-boot U-977 Oberleutnanta zur See Heinza Scheffera

Okazało się, że w wiezionych kontenerach znajdowały się duże i małe brylanty, szafiry, rubiny, a także liczne rysunki, zdjęcia i dzienniki Hitlera, który ukrył się na Antarktydzie w Bazie 211 na Nowej Szwabii. I to właśnie było powodem wysłania w kierunku Antarktydy silnie uzbrojonej „wyprawy naukowej” z US Navy.

Dzisiaj trudno jest ustalić, jak narodziła się konspiracyjna legenda o „tajnej misji Byrda”. Najczęściej o tym pisał belgijski magazyn popularno-naukowy „Frey”. Jego redaktor naczelny i zarazem znany ufolog Robert Fouche zdecydował się po swojemu przełożyć z hiszpańskiego artykuły argentyńskiego dziennikarza, który uczestniczył w ekspedycji. I szczególnie rozważania Byrda na temat przyszłych polarnych baz wojskowych i perspektywicznych samolotach pojawiły się w sensacyjnych doniesieniach o walkach Oddziału Specjalnego 68 z nieznanym przeciwnikiem.


Widma i miraże admirała


W tej właśnie publikacji magazynu „Frey” pisało się o tym, że po powrocie z Antarktydy kontradm. Byrd w kwietniu 1947 roku, składał obszerne wyjaśnienia na zamkniętych posiedzeniach prezydenckiej speckomisji w Waszyngtonie. W resumé tejże speckomisji znalazł się także i taki passus:

Okręty i samoloty IV Ekspedycji Antarktycznej stały się celem ataku ze strony dziwnych „latających talerzy”, które jakoby „wylatywały spod wody, poruszały się z ogromną prędkością i zadały ekspedycji znaczące straty”.

Wkrótce po śmierci Byrda w 1957 roku, zostały opublikowane niektóre strony z jego dziennika. Dopełnione o wspomnienia Bernta Balhena – towarzysza broni admirała, pomogły one odtworzyć prawdziwy obraz przedostatniej misji Byrda. Amerykański magazyn „Sun” zdecydował się opublikować pełną wersję wydarzeń z 1946-1947 roku, z której wynikało, że zanurzywszy się w znajomym świecie „widm białego pustkowia” psychika admirała po raz kolejny nie wytrzymała.

Byrda zaczęły nawiedzać widzenia: na brzegowych torosach pokazywała mu się figura Floyda Benneta, wynurzające się i wskakujące na ląd pingwiny zdały mu się być wrogimi latającymi aparatami, a odbicia światła na śnieżnych równinach – bazami nazistów i Pozaziemian…

Po tym, jak umysłowe zboczenie admirała stało się widoczne, a jeden z samolotów wysłany na poszukiwania baz nazistów i Pozaziemian wpadł w burzę śnieżną i rozbił się, kontradm. Richard Crusen podjął decyzję przerwać misję.

Wskutek tego Byrd po powrocie do domu znowu udał się do lekarzy i spędził kilka lat w zakładzie psychiatrycznym. Tym niemniej, w latach 1955-1957 jeszcze raz wszedł do kierownictwa kolejnej antarktycznej ekspedycji. Ten dziwny fakt mógłby wyjaśnić rodzony brat admirała – senator Harry Flood Byrd. To on domagał się nowego stanowiska dla swego brata po jego kolejnym leczeniu w psychiatryku.

Dnia 8.I.1956 roku, kontradm. Byrd w charakterze drugiego pilota-nawigatora po raz ostatni przeleciał nad Biegunem Południowym. W czasie całego lotu Byrd znajdował się w dziwnym stanie psychicznym, a kiedy samolot znalazł się nad Biegunem, zaczął wyrywać wolant pierwszemu pilotowi, krzycząc:
- Tam na dole jest Floyd! Za nim lecą dyski! Musimy mu pomóc!... 
Wielkim wysiłkiem udało się załodze opanować Byrda, który przespał całą powrotną drogę do bazy…

Kontradmirał w stanie spoczynku Richard Evelyn Byrd jr. zmarł we śnie na zawał serca w dniu 11.III.1957 roku nigdy nie pokazując nikomu szkieletów w szafie swej pamięci.

Pomnik adm. Byrda w Wellington, Nw. Zelandia


Moje 3 grosze


Tajemnica adm. Byrda jak się okazuje przestała nią być. Dla całego pokolenia ufologów była ona jednym z filarów ufologii. Trochę szkoda, że okazało się iż bohater antarktycznej sagi okazał się człowiekiem zżeranym przez paranoję, a jego sensacyjne opowieści – bredniami chorego mózgu. Ale czy na pewno?

Jedno jest pewne – kosztowne wyprawy polarne wpędziły go w długi, które musiał spłacić. Publikowałem już kilka materiałów na temat antarktycznej odysei Byrda - http://wszechocean.blogspot.com/2013/11/zbrojne-starcie-na-antarktydzie.html, http://wszechocean.blogspot.com/2013/03/kod-antarktydy.htmlhttp://wszechocean.blogspot.com/2014/04/pusta-ziemia.html, http://wszechocean.blogspot.com/2013/03/baza-211.html, w których roi się od strasznych wydarzeń, walk z UFO które należą już to do nazistów już to do Kosmitów.

Jest jeszcze jeden fakt. Otóż po powrocie z III Wyprawy Antarktycznej Byrd zaczął pisać swe memuary po to, by je sprzedać redakcjom kilku poczytnych gazet po to, by zebrać fundusze na kolejną wyprawę i spłacić zaciągnięte długi – o czym mówił wprost. No i właśnie to dlatego pojawiły się relacje o tajemnicach i „tajemnicach” Szóstego Kontynentu. To dlatego pojawił się w nich wątek Agharty i Pustej Ziemi a to dlatego, że rzecz była na topie – dzięki naszemu rodakowi Antoniemu Ferdynandowi Ossendowskiemu, którego bestseller „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów” (w anglojęzycznej wersji „Men, Beasts and Gods”) był doskonale znany w Stanach Zjednoczonych. A zatem w tym jego szaleństwie była metoda, a chodziło jak zwykle – o pieniądze.  
  

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 44/2014, ss. 16-17

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

poniedziałek, 25 marca 2013

Baza 211


Niemieckie UFO nad lodami Antarktyki - fakt czy mit?

Michaił Burlieszin


Pod koniec 1946 roku admirał Richard E. Byrd, doświadczony badacz polarny, otrzymał zadanie – kierować naukowo-badawczą ekspedycją na Antarktydę. Ekspedycja ta otrzymała kryptonim „High Jump” – wysoki skok... O jej dziwnych zadaniach autor pisze w "NLO" nr 51/2006.


Nowa Szwabia


Ziemia Królowej Maud

Zadaniem amerykańskiej ekspedycji było zbadanie jednej z krain Lodowego Kontynentu – Ziemi Królowej Maud – albo Neuschwabenlandu – Nowej Szwabii. Prawdą jest, że jej wyposażenie było dość dziwne, jak na pokojową ekspedycję. Ku brzegom Szóstego Kontynentu podążyło 13 okrętów różnych typów, 25 samolotów i helikopterów. W skład ekspedycji wchodziło tylko 25 pracowników naukowych, ale za to było w niej aż 4.100 żołnierzy USMC i marynarzy US Navy. Wkrótce w amerykańskich gazetach pojawiła się informacja o tym, że prawdziwym celem ekspedycji były poszukiwania należącej do hitlerowców tajnej «Bazy 211».

Utworzeniem bazy na Szóstym Kontynencie przywódcy III Rzeszy byli zainteresowani już w 1938 roku. Początkowo ku brzegom Antarktydy wysłano okręt zwiadowczy. Znajdujący się na jego pokładzie hydroplan sfotografował ¼ powierzchni kontynentu (inna wersja głosi, że był to sterowiec – przyp. tłum.) i zrzucił na lód metalowe plakietki ze swastyką. Niemcy ogłosili siebie władcami ogromnego terytorium Antarktydy Wschodniej i nazwali go Nową Szwabią.

A potem w kierunku Antarktydy skrycie pożeglowały U-booty z piratami (w oryginale: „wilkami morskimi”, ale pisząc o mordercach w U-bootach w ten sposób ubliżyłbym prawdziwym wilkom morskim, których wielu znam, cenię i szanuję – przyp. tłum.) admirała Karla Dönitza. Po zakończeniu II Wojny Światowej znaleziono dokumenty wskazujące na to, że badacze odkryli w Neuschwabenlandzie cały system połączonych ze sobą pieczar zawierających ciepłe powietrze. Odnosząc się do wyników tej ekspedycji adm. Dönitz powiedział: Moi podwodniacy odkryli prawdziwy raj na ziemi. Zaś w 1943 roku z jego ust zabrzmiało niezrozumiałe dla ludzi go słuchających zdanie: Niemiecka flota podwodna jest dumna z tego, że na drugim końcu świata stworzył dla Führera niezdobytą twierdzę! (W opracowaniu pt. „WUNDERLAND: Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy” [Usti nad Labem 1998, Warszawa 2001, 2006] wraz z dr Milosem Jesenskym założyłem, że chodziło tutaj nie tyle o Antarktydę, a o Grenlandię – przyp. tłum.)

Aby takie podziemne miasto na Antarktydzie mogło spokojnie istnieć w czasie II Wojny Światowej, niemiecka flota przedsiębrała bezprecedensowe środki ostrożności. Każdy statek, który miał pecha pojawić się w okolicach Ziemi Królowej Maud był bezapelacyjnie posyłany na dno...


Podziemne miasto i...


Już od roku 1939 zaczęło się systematyczne zasiedlanie Nowej Szwabii i stworzenie sekretnej hitlerowskiej «Bazy 211». Raz na trzy miesiące w Antarktykę płynął statek badawczy „Schwabenland”. W ciągu kilku lat na Antarktydę przewieziono ogromną ilość sprzętu technicznego, w tym urządzenia wiertnicze, tory i wagony kolejowe, itd. itp. urządzenia do budowy tuneli.

Niemcy do tego celu odetaszowali 35 największych okrętów podwodnych, które zostały rozbrojone i przystosowane do zadań transportowych. Poza tym – według słów amerykańskiego oficera wywiadu płk Wendelle Stevensa – Niemcy zbudowali dodatkowo 8 wielkich transportowych okrętów podwodnych. Wszystkie wodowano i przeznaczono tylko i wyłącznie do dostaw ładunków do tajnej «Bazy 211».

Pod koniec wojny Niemcy mieli 10 placówek, w których prowadzono badania nad latającymi dyskami. Zdaniem płk Witalija Sziełepowa, który zebrał ogromną ilość materiałów dotyczących osadnictwa niemieckiego na Antarktydzie w czasie II Wojny Światowej , co najmniej jedna z tych placówek została przewieziona na Antarktydę i tu zorganizowano dalsze badania i produkcję latających aparatów. W charakterze siły roboczej U-bootami przewieziono na Szósty Kontynent tysiące więźniów obozów koncentracyjnych, (to akurat stanowi najsłabszy punkt całej relacji, bowiem trudno jest sobie wyobrazić taki transport. Jeżeli więźniowie byli transportowani na Antarktydę, to raczej zwykłymi statkami eskortowanymi przez U-booty – przyp. tłum.), znanych uczonych z rodzinami, a także członków Hitlerjugend – banku genów „nowej czystej rasy panów”.


... eugenika pod lodami


W odizolowanym od świata zewnętrznego podziemnym mieści, hitlerowscy uczeni pracowali nad stworzeniem nadczłowieka – nazistowskiego wariantu Homo sapiens super – który powinien panować nad światem – i sporządzeniem broni, która zapewniłaby mu opanowanie Ziemi. Takimi broniami były dyskoloty. W niektórych zagranicznych gazetach pod koniec XX wieku pojawiły się artykuły, że niektórym niemieckim badaczom Tybetu udało się rozszyfrować tajemnice dawnych technologii. Zdobyte dane były wykorzystane przez Niemców w końcu II Wojny Światowej, do opracowania nowych typów latających aparatów w formie ogromnych dyskoplanów, które mogły oblecieć świat dookoła z prędkością 700 km/h.

A teraz powróćmy do ekspedycji adm. Byrda. Tylko w pierwszym miesiącu ekspedycji, amerykańskie samoloty wykonały około 49.000 zdjęć lotniczych Lodowego Kontynentu w okolicach Ziemi Królowej Maud. Pozostało już tylko zabrać się za przebadanie tego terenu przez ekipy naziemne. I naraz stało się coś niezrozumiałego. 3 marca 1947 roku, tylko co rozpoczęte badania zostały nagle przerwane, a okręty wzięły kurs do domu...

W ciągu roku, w maju 1948 roku, na łamach jednego z europejskich dzienników pojawił się sensacyjny artykuł. Okazało się, że prace ekspedycji zostały przerwane przez „twardą obronę przeciwnika”. W czasie starcia stracono jeden okręt, cztery samoloty bojowe i zginęły dziesiątki ludzi. Poza tym pozostawiono tam 10 samolotów, które nie nadawały się do dalszej eksploatacji. W artykule cytowano wspomnienia członków załóg samolotów. Lotnicy opowiadali o niewiarygodnych rzeczach: o wylatujących spod wody i atakujących ich latających dyskach, o dziwnych zjawiskach atmosferycznych, które wywoływały rozstrój psychiczny.


Tajemnicza lodowa baszta


Artykuł ten o starciu amerykańskiej ekspedycji z niemieckimi dyskoplanami był całkowicie niewiarygodnym, tak że większość czytelników potraktowała go jako kaczkę dziennikarską. Minęło kilkadziesiąt lat i okazało się, że dyskokształtne UFO są tam obserwowane znacznie częściej, niż w innych rejonach Ziemi.

Najbardziej znanym jest zdarzenie z 1976 roku. Japońscy badacze zaobserwowali na radarze 19 dużych obiektów, które wprost z Kosmosu „spadły” na Antarktydę i znikły z ekranów.

W roku 2001 solidny amerykański magazyn Weekly World News opublikował informację o tym, że norwescy uczeni odkryli w głębi kontynentu antarktycznego w odległości około 160 km od góry Mt. McClintock (Mt. McClintock jest najwyższą górą w australijskim sektorze Antarktydy, mierzy 3.492 m n.p.m., położona jest na 80º13’S - 157º26’E – przyp. tłum.) zagadkową wieżę! Jej wysokość wynosiła 28 metrów. Zbudowano ją z setek lodowych bloków i wedle słów badaczy przypomina ona wyglądem basztę obronnego zamku. Mając z pamięci zamiłowanie hitlerowców do symboliki, powoli naprasza się myśl, że zbudowali ją SS-mani uważający się za kontynuatorów i spadkobierców Krzyżaków.


Rozbity dyskolot


Nie tak dawno hipoteza o tym, że tajna «Baza 211» cały czas istnieje i działa otrzymała jeszcze jedno potwierdzenie. W jednym z ufologicznych magazynów pojawił się artykuł Olgi Bojarinej o dziwnym wydarzeniu, które miało miejsce na Antarktydzie w roku 2004. Kanadyjscy lotnicy znaleźli na lodzie szczątki jakiegoś aparatu latającego i sfotografowali je. Na zdjęciach widać było szeroki krater uderzeniowy, w centrum którego znajdował się rozbity dyskoplan. W celu dokładnego zbadania znaleziska, w rejon ten została skierowana specjalna ekspedycja, ale nie znalazła ona ani dyskoplanu ani jego szczątków!

A teraz będzie najciekawsze – po dwóch tygodniach, do redakcji Toronto Tribune, która opublikowała zdjęcia tego aparatu latającego, przyszedł 85-letni Lance Bailey. Opowiedział on dziennikarzom, ż jest naprawdę Rosjaninem i nazywa się Leonid Biełyj. W czasie wojny był on więźniem obozu koncentracyjnego, którego więźniowie pracowali w tajnej fabryce lotniczej w jednym z punktów Peenemünde.
- Jestem zaszokowany – powiedział on redaktorom – bowiem na zdjęciu widzę taki aparat, nad którym pracowaliśmy 60 lat temu!
... we wrześniu 1943 roku, na betonowy plac koło jednego z hangarów, czterech robotników wytoczyło okrągły obiekt z przezroczystą kabiną w środku. Był on podobny do odwróconego spodka na małych kółkach. Ten „blin” wydawał z siebie świszczący dźwięk, oderwał się od betonowego placu i zawisł w powietrzu na wysokości kilku metrów.


«Baza 211» wciąż działa?


Jeżeli informacja w kanadyjskiej gazecie nie była jeszcze jedną kaczką dziennikarską, to wyglądałoby na to, że na Antarktydzie wciąż działa tajna «Baza 211» i to właśnie z niej wylatywały dyskoplany. A sam fakt awarii jednego z takich latających aparatów i prędkości, z jaką jego szczątki zostały dosłownie sprzątnięte sprzed nosa Kanadyjczykom świadczy tylko o tym, że wciąż doskonale funkcjonuje!


Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

niedziela, 24 marca 2013

„Kod Antarktydy”


Baza 211 - miasto Nowy Berlin na Nowej Szwabii na Antarktydzie


Iwan Barykin

Wnętrze Antarktydy skrywa w sobie wiele pożytecznych kopalin: rudy żelaza, węgiel kamienny, miedź, nikiel, ołów, cynk, molibden, uran, grafit… W Antarktyce znajduje się 90% światowych zasobów słodkiej wody.


Położenie Nowej Szwabii na mapie Antarktydy i widok na Nowy Berlin

O tym, że na Antarktydzie, na Ziemi Królowej Maud znajduje się tajna hitlerowska Baza-211 dowiedziałem się, kiedy byłem służbowo w Niemczech. Opowiedział mi o tym 89-letni Walter Schulke – były SS-Obersturmbannführer (podpułkownik wojsk lądowych – przyp. tłum.). Pisałem już o tym człowieku w moim artykule „UFO nad Stalingradem” w „Tajny XX wieka” nr 45/2011. (Zob. http://wszechocean.blogspot.com/2012/02/nlo-nad-stalingradem.html, http://wszechocean.blogspot.com/2012/03/gdzie-szukac-nazistowskich-baz-na.html - przyp. tłum.) W swoim czasie pomogłem Schulkemu znaleźć mogiłę jego krewnego, który zginął pod Stalingradem, za co Niemiec z wdzięczności opowiedział mi to, co trzymał do tego czasu w tajemnicy.


Tajna baza


Kiedy ukończyłem Uniwersytet Berliński, mój ojciec – generał Reichswehry – skierował mnie do jednej z jednostek SS. Ona była dyslokowana na wybrzeżach Francji, nad Kanałem La Manche – rozpoczął swe opowiadanie Walter Schulke. – Tam zajmowałem się korygowaniem strzelań rakietami V-2 w kierunku Londynu. W roku 1944 przeniesiono mnie na poligon w Peenemünde, gdzie testowano najnowsze rakiety V-5 i jeszcze dyskoplany (dyskoloty), które były bardzo podobne do UFO. W 1945 roku, kiedy Rosjanie podeszli całkiem blisko, ewakuowano nas okrętami podwodnymi.

Wtedy nie wiedzieliśmy, że jeden z nich ma na swym pokładzie wysokich oficerów SS i partyjnych bonzów, i zmierza w kierunku brzegów Argentyny, do niemieckiej kolonii. Natomiast drugi U-boot – jak się potem dowiedziałem będąc w Argentynie – z uczonymi i konstruktorami na pokładzie zmierzała do bazy na Antarktydzie, gdzie zamieszkiwały już morskie wilki Grossadmirala Dönitza. Czy słyszał pan coś o tajnej bazie na Antarktydzie?

W odpowiedzi tylko wzruszyłem ramionami, bo i skąd? No i mój rozmówca opowiedział mi zadziwiającą historię.


SS Schwabenland - statek ekspedycji antarktycznych III Rzeszy...
Flaga Neuschwabenlandu - Nowej Szwabii


Zamaskowani ludzie


Baza 211, albo Nowa Szwabia, była zbudowana przez nazistów jeszcze w końcu lat 30., w czasie kilku ekspedycji na Ziemię Królowej Maud. Tam niedaleko od źródeł geotermalnych wód znaleziono duże terytorium bez lodu (tzw. oaza – przyp. tłum.) porosłe trawą. Pod antarktycznymi oazami zostały znalezione jaskinie z kopulastymi powałami, a pod nimi gejzery i podziemne jeziora o temperaturze wody +18°C. Tam także znajdowały się podwodne groty, idealne do bazowania okrętów podwodnych. To właśnie to terytorium naziści obwołali własnością Reichu.

Tam właśnie w końcu lat 30., na statku SS Schwabenland i okrętach podwodnych z tzw. „Konwoju Führera” dostarczano materiały budowlane, maszyny, zapasy, oprzyrządowanie dla laboratoriów, traktory, szyny, wagonetki, maszyny górnicze, a także ludzi – znanych uczonych, inżynierów i konstruktorów oraz tysiące więźniów z obozów koncentracyjnych. Oni to właśnie zbudowali podziemne miasto Nowy Berlin z laboratoriami, fabrykami i hangarami. Wedle słów Dönitza – Niemcy zbudowali tam dla Führera niezdobytą twierdzę, w której wyrośnie w przyszłości podziemna rasa Ariów. Do bazy zawieźli ochotników płci obojga z Hitlerjugend w celu ochrony rasy aryjskiej. Pod koniec wojny do Bazy 211 wywieziono wyższych urzędników Reichu, archiwum Hitlera i zagrabione skarby.

Dowódca okrętu podwodnego U-530, Heinz Scheffer odbył niejeden rejs do Nowej Szwabii opowiadał Schulkemu w Argentynie, że 10.VII.1945 roku w Kielu przyjął na burtę pięciu tajemniczych pasażerów. Ich twarze były zamaskowane.
- Przez całą drogę oni milczeli – opowiadał Scheffer – ale kiedy nas wykryli i okrętem zaczęło trząść od eksplozji bomb głębinowych, to dwóch pasażerów nie wytrzymało i zaczęli oni rozmawiać. Jednego z nich poznałem po głosie – to był Reichsleiter (naczelnik Rzeszy NSDAP – przyp. tłum.) [Martin] Bormann. Jestem pewien, że drugim był sam SS-Gruppenführer (i generał-porucznik Policji – przyp. tłum.) [Heinrich] Müller – szef Gestapo. Miałem rozkaz wysadzić ich w jednym z portów Argentyny i popłynąć do Bazy-211. Ale wraz z dowódcą drugiego U-boota zdecydowaliśmy się poddać władzom argentyńskim.

- Wierzę temu facetowi – powiedział Schulke – dlatego, że spotykał się w tej kolonii z Bormannem. Zrobili mu operację plastyczną i on upodobnił się do Żyda. Z kolei Müller nikogo się nie bał i zachowywał się dokładnie tak samo, jak w berlińskim Gestapo…


Prawdziwy raj na ziemi


W latach 60. spotkałem się z legendarną lotniczką, ulubienicą Führera kpt. pil. Hanną Reitsch w Hiszpanii, gdzie miała swoje centrum helikopterowe – opowiadał dalej Schulke. – Ona mi opowiedziała, że była na Antarktydzie w 1943 roku.
- W bazie – powiedziała ona – stworzono bronie psychotroniczne i laserowe oraz doprowadzili do pełnej gotowości dyskoloty.
Wedle jej słów, w podziemnych fabrykach wzbogacano pluton (chyba chodziło o uran – przyp. tłum.) dla ładunków jądrowych. Bogu dzięki, że ich nie użyto.

Kapitan-pilot Hanna Reitsch - ulubienica Hitlera i pierwszy pilot doświadczalny III Rzeszy


Amerykanie wyniuchali sekretną bazę, a ich obserwatorzy nieraz odnotowywali pojawienie się nad Antarktydą latających spodków. Pod koniec 1946 roku Pentagon wysłał ku wybrzeżom Antarktydy „naukową” wyprawę, pod dowództwem znanego polarnika, adm. Richarda Byrda. Wszystko to było szyte grubymi nićmi: w ekspedycji wziął udział 1 lotniskowiec, 13 innych okrętów, 25 samolotów i śmigłowców, tylko 25 uczonych za to aż B USMC czyli 4100 żołnierzy piechoty morskiej osławionych marines! Wkrótce w mediach pojawiły się oświadczenia, że prawdziwym celem misji Byrda było poszukiwanie i likwidacja faszystowskiej bazy na Ziemi Królowej Maud.

Zaraz po przybyciu na miejsce, Amerykanie przypuścili atak. W czasie walki stracili 1 okręt, 13 samolotów i wielu żołnierzy. Lotnicy opowiadali o wyskakujących z wody i atakujących ich latających dyskach, spalających wszystko promieniach i dziwnych zjawiskach masowego rozstroju psychicznego ludzi.
- Wiele lat później, kiedy powróciwszy z USA mieszkałem w Berlinie – mówi Schulke – opublikowano dziennik adm. Byrda, który prowadził w czasie ekspedycji. Przywiozę to panu, jak tylko przyjadę do Rosji.


Mapy Neuschwabenlandu i Pustej Ziemi w której Hitler spodziewał się znaleźć aryjskie plemiona dzięki którym mógłby wygrać II Wojnę Światową i zapanować nad narodami Ziemi...


Dziennik adm. Byrda


Schulke dotrzymał słowa i wkrótce przysłał mi streszczenie dziennika admirała, a jego opowiadanie przekazuję teraz Czytelnikom:

Kiedy Byrd już znajdował się na Antarktydzie, to obleciał on hydroplanem rejon w którym miała się znajdować baza nazistów. Naraz przestał działać kompas i przerwała się łączność, a wkrótce i sam samolot wyszedł spod kontroli pilota. Nad nim zawisł dziwny pojazd w kształcie dysku, przypominający brytyjski hełm i ze swastyką na burcie. Jak napisał admirał – samolot znalazł się w pułapce. Nieznani ludzie zwrócili się do lotników w języku angielskim – Zaraz was posadzimy. Uspokójcie się, nic wam nie grozi.

Po jakimś czasie samolot wylądował na placu wysypanym drobnym szutrem. Amerykanie wyszli z samolotu, a do admirała i radzisty podeszli jacyś ludzie – wysocy blondyni podobni jeden do drugiego. Zaprowadzili ich do ogromnego luku i kazali im wejść. Po kilku minutach wszyscy znaleźli się w podziemnym mieście przed jakąś budowlą. Admirała zaproszono do środka, a radzik pozostał na zewnątrz. Po przejściu podziemnego korytarza, Byrd znalazł się w przestronnym pomieszczeniu, gdzie za stołem siedział człowiek z wyrazistymi rysami twarzy.
- Witamy, admirale – powiedział on  - pozwoliliśmy panu znaleźć się tutaj, bo jest pan znanym człowiekiem. Powróci pan cały i zdrowy do Ameryki pod warunkiem, że natychmiast opuścicie naszą ziemię. Niech pan przekaże waszemu rządowi, że jakiekolwiek próby mieszania się w nasze sprawy, szczególnie z użyciem siły, a szczególnie broni jądrowej, spotka się z adekwatną odpowiedzią. Nie zatrzymujemy was zatem.

W tym samym czasie samoloty amerykańskiej ekspedycji wtargnęły na terytorium bazy. Jeden z lotników potem opowiedział:
- Naraz staliśmy się celem ataku jakichś dziwnych dyskoplanów, które dosłownie wyskakiwały spod wody. Jakieś nieznane, spopielające promienie uderzyły w niszczyciel USS Murdoch, który stanął w płomieniach jak pochodnia i poszedł na dno, promienie zrąbały pokładowe nadbudówki i startujące z lotniskowca samoloty. Po 20 minutach koszmar się skończył i dyskoloty naraz znikły. Niemcy mogli zetrzeć nas na proch, ale tego nie uczynili.

Lokalizacja niemieckich stacji naukowych na Antarktydzie w dniu dzisiejszym


Tajemnica bazy będzie ujawniona


Powróciwszy do Waszyngtonu, admirał przekazał słowo w słowo niemieckie ultimatum prezydentowi Trumanowi. Ten jednak nie uwierzył Byrdowi i obwinił go za klęskę operacji. Admirał poszedł w odstawkę i odizolowano go od mediów.
- Dziennik, który admirał Byrd prowadził sekretnie w czasie ekspedycji został opublikowany już po jego śmierci – stwierdził Schulke. – Jankesi posyłali ekspedycje na Antarktydę jeszcze nieraz i jakoby niczego nie znaleźli. Baza 211 istniała jeszcze długo. Sądząc po medialnych doniesieniach, u wybrzeży Chile obserwowano w latach 60., 70. i później pojawienia się latających talerzy – najwidoczniej z Bazy. W roku 2004 kanadyjscy uczeni zaobserwowali w czasie oblotu terytorium stojący na antarktycznym lodzie dyskolot, ale kiedy wrócili tam po jakimś czasie, to go już tam nie było.

Podejrzewam, że wielu mieszkańców podziemnego miasta umarło ze starości. Pozostali tam jedynie nieliczni członkowie HJ, którzy przybyli tutaj na wezwanie Führera, ale i oni w końcu opuścili Antarktydę niszcząc wszystko, co tam się znajdowało. Na tym miejscu znajduje się obecnie niemiecka antarktyczna stacja badawcza Neumeier-3 (niemiecka stacja antarktyczna położona na 70°37’ S - 008°22’ W, załoga letnia 22 osoby, załoga zimowa 9 osób – przyp. tłum.). Osób postronnych tam nie wpuszczają. Tak więc tajemnica Bazy będzie jednak odkryta…

Na tym się z Schulkem pożegnaliśmy. Wręczył mi swoja wizytówkę zrobiona jeszcze w USA, gdzie przyjechał z Argentyny. A po miesiącu w moim domu rozległ się dzwonek telefonu. Podniosłem słuchawkę i usłyszałem głos Waltera:
- Jestem właśnie w hotelu Wołgograd, czy nie moglibyśmy się zobaczyć?

W czasie spotkania Schulke powiedział, że znalazł grób swego wuja na niemieckim cmentarzu wojennym i poza tym przywiózł to, co obiecywał. Walter wręczył mi egzemplarz magazynu „Brisant” w którym znalazłem stronice z dziennika adm. Byrda (zob. „The Nazi Base 211 – UFO Factory” -  http://base211.ru/index.php?mn=otd&mns=uk2l9wi9txbee – przyp. tłum.) w artykule, w którym przeczytałem, że Admirał dowiedział się o tym, że Jankesi w trakcie tajnej operacji „Kod Antarktydy” nawiązali i kontakt z Bazą 211. Naziści przekazali im nowe technologie w zamian za azyl. Richard Byrd próbował powiedzieć o tym dziennikarzom, ale umieszczono go w „psychuszce”, skąd już nie wyszedł. Najwidoczniej Departament Stanu i CIA nie chcieli ujawniać tajemnic operacji „Kod Antarktydy”.


Moje 3 grosze


To wszystko brzmi naprawdę wiarygodnie, ale czy jest – oto pytanie! Nie komentuję tych sensacji, bo wypisano już morze atramentu, tuszu i farby drukarskiej na ten temat. Problem cały czas rozbija się o wiarygodność źródeł, które – mówiąc delikatnie – nie są zbyt wiarygodne, jak np. cytowany tu „Brisant” – typowy tabloid. Inna rzecz jest taka, że takie kontrowersyjne informacje biorą takie brukowce, bo żadna z tzw. „szanujących się” gazet nie opublikuje.

Czy możliwe było zbudowanie Bazy 211 na – a właściwie – we wnętrzu antarktycznego lądu? Na papierze owszem, tak. W rzeczywistości byłoby to bardzo trudne. Być może była to jakaś baza dla U-bootów operujących na południowych akwenach Atlantyku i Oceanu Indyjskiego, ale raczej nie było to miasto. No, chyba że to było w planach Führera i jego akolitów i te plany zamierzano zrealizować, ale – na szczęście – zabrakło im na to czasu. A teraz zastanów się Czytelniku – czy dysponując takimi dyskoplanami i takimi broniami, o jakich piszą wszyscy autorzy – Niemcy daliby się wykurzyć z Antarktydy? Poważnie w to wątpię. Gdyby tak było, to wyprawa Byrda w ogóle nie wróciłaby z Antarktydy, ani żadna inna. Dlatego możliwe jest, że Niemcy się po prostu poddali przekazując Amerykanom wszystko, co mieli. I nie były to żadne superbronie, bo w innym przypadku historia wojen po 1946 roku miałaby zupełnie inny przebieg. Owszem – rozwijano bronie jądrowe i termojądrowe, ale jakoś historia milczy o laserowe bronie radiacyjne – LBR, – o nich mówi się dopiero od czasu, kiedy pojawił się w nauce termin LASER – kwantowy wzmacniacz światła, a Ronald Reagan zamierzał na serio użyć LBR w programie SDI. Oczywiście pracowano wcześniej o LBR, ale fizyczne ograniczenia stawiane przez atmosferę były (i są) poważną przeszkodą w ich realizacji, za to LBR sprawdza się idealnie tam, gdzie atmosfery już nie ma – w przestrzeni kosmicznej.    

Inną rzeczą jest, że adm. Byrd jest mało wiarygodnym i dlatego boż jego relacje są – mówiąc bardzo delikatnie – fantastyczne. Z drugiej strony musiały być, bo Byrd zadłużył się poważnie i musiał skądś zdobyć pieniądze, stąd PR-owskie opowieści o Pustej Ziemi i Szamballi w jej wnętrzu... NB, powielał on tylko rojenia hitlerowskich ezoteryków i pseudonaukowców, ale to się dobrze sprzedawało i ułatwiało zdobycie funduszy na dalsze wyprawy.

Adm. Byrd poszedł w odstawkę dlatego, że jako polarnik doskonale znał warunki lotów nad Biegunami i został zaangażowany w ultratajnym planie o kryptonimie Pincher, pierwszym planie wojny atomowej z ZSRR. Dopiero drugim był plan Dropshot. Plan Pincher zakładał zadanie atomowego ciosu Sowietom poprzez Biegun Północny – dlatego też zaangażowano w to takich ludzi jak adm. Byrd, gen. Dolittle czy płk Balder, NB ci dwaj ostatni w lecie 1946 roku badali tajemnicze wydarzenia, które miały miejsce nad Skandynawią. Nie zapominajmy, że rakiety amerykańskie były w powijakach i atak nuklearny na ZSRR miał być przeprowadzony właśnie przez bombowce startujące z Maryland, Alaski i Nowego Meksyku. Dlatego jego planowaniem zajmowali się lotnicy z USAF i RAF oraz polarnicy. 

Reasumując – coś jest na rzeczy i jest to kolejna z wielu tajemnic Zimnej Wojny. Już Zimnej Wojny, bo to, co powiedział sir Winston Churchill w Fulton było tylko potwierdzeniem, zadeklarowaniem tego, co już się działo. Zimna Wojna zaczęła się już w 1944 roku, kiedy Alianci wylądowali w Normandii i rozpoczęli swe misje Alsos i Paperclip mające na celu przejecie niemieckich technologii i wykorzystania ich przeciwko ZSRR, który też realizował swoją wersję tych operacji. Bo jeszcze trwały salwy II Wojny Światowej, a już gotowano się do Trzeciej w myśl zasady si vis pacem – para bellum…


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 3/2013, ss. 4-5.
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©