Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III Rzesza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III Rzesza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Atomowy program Hitlera (2)

 


Drugą zagadką jest legenda o złocie Wrocławia. Otóż Gauleiter Dolnego Śląska – SS-Gruppenführer a późniejszy SS-Reichsführer Karl Hanke wydał polecenie zebrania wszelkich depozytów bankowych (7 ton!) i innych cennych rzeczy od mieszkańców Festung Breslau w budynku Prezydium Policji – dziś KWP – po czym skarb ten w postaci kilkudziesięciu skrzyń i skrzynek został wywieziony w niewiadomym kierunku i przepadł. Do dziś dnia. Skarb miał zostać zgromadzony w budynku prezydium policji przy Podwalu. Następnie przewieziony z Wrocławia w kierunku Jeleniej Góry. Po przejechaniu przez Złotoryję, po kilku kilometrach – w okolicy Nowego Kościoła, ślad miał się urwać… Według innych, konkretnie samego Herberta Klosego (oficera policji wrocławskiej i świadka koronnego), w ostatnich dniach grudnia wywieziono z miasta kilkanaście ciężkich metalowych i drewnianych skrzyń do dwóch metrów długości. Wwożono złoto Wrocławia na Śnieżkę, ale w czasie transportu Klose spadł z konia, uderzył się w głowę i nie pamięta dalszego ciągu wydarzeń. To dość mało prawdopodobna wersja. Trzej pozostali oficerowie zostali podobno rozstrzelani.

Klose wymienia siedem miejsc, gdzie może ukrywać się złoto Wrocławia – każde zostało przeczesane przez miłośników skarbów. Są to:

1.      Cieplice (dzielnica Jeleniej Góry),

2.     Ostrzyca Proboszowicka (najwyższy wulkan w Polsce na Pogórzu Kaczawskim między Złotoryją i Jelenią Górą),

3.     zamek Grodziec,

4.    góra Ślęża zwana śląskim Olimpem,

5.     podziemia Twierdzy Kłodzko,

6.    Śnieżka (która miała być zajęta przez Niemców i której dotyczy mało prawdopodobna historia o upadku z konia), a także…

7.     …góra Wielisławka.[1]    

Skarby Wrocławia miały być tam ukryte i czekać na powrót nazistów na Dolny Śląsk. Pięknie – tylko coś mi tu się nie zgadza. Skarby ukryto tak dobrze, że do dziś dnia ich nie znaleziono, a jeżeli nawet zlokalizowano, to nie da się ich wydobyć, bo są zasypane tysiącami ton ziemi i skał czy zalane tysiącami ton wody, a na dodatek zabezpieczone systemami min pułapek i/albo fugasami chemicznymi. Ich po prostu nie da się wydobyć. I kwita!

Jaki jest sens tak ukrywać skarby?

Prawda musi być inna.

Osobiście jestem zdania, że to, co zawierały skrzynie we wrocławskim Prezydium Policji nie miało nic wspólnego ze złotem i kosztownościami. To musiało być równie cenne i ważne jak złoto. To były maszyny i urządzenia z hitlerowskiego programu badawczego – wcale nie musiał to być program atomowy – prowadzonego w tych dwóch wieżach. Znając nazistowskie wariactwa można śmiało przypuszczać, że mogło to być coś innego – np. zderzacz cząstek, cyklotron, albo maszyna czasu…

Nie, nie żartuję. Maszyna czasu, czasolot, chronoskaf, chronopenetrator, chronobus… Takim chronomotem mógł być legendarny i przez niektórych obśmiany Die Glocke – Dzwon. Latało to-to słabo, ale za to przemieszczało się w Czasie. Ponoć jeden z nich wylądował w amerykańskim Kecksburgu, PA, w dniu 9.XII.1965 roku, a zatem w 20 lat po wojnie...

Badanie incydentu w Kecksburgu od początku stanowiło duży problem. Policja i wojsko zaprzeczały, by cokolwiek znaleziono a gazeta „Tribune-Review” z Greensburga, która opisała zdarzenie ze wszystkimi dziwnymi szczegółami, w kolejnym wydaniu opublikowała (prawdopodobnie wymuszone) dementi, stwierdzając, że w lesie upadł meteoryt.

Dziennikarz John Murphy intensywnie badał sprawę z zamiarem przedstawienia wyniku swoich ustaleń w radiowym reportażu „Obiekt w lesie”. Na krótko przed tym Murphy’ego odwiedzili funkcjonariusze służb specjalnych, którzy wymusili na nim zwrot najcenniejszych materiałów. Po wyemitowaniu ocenzurowanej i okrojonej wersji reportażu Murphy stracił zapał do dalszego badania sprawy i niechętnie o niej mówił. Zmarł w 1969 podczas wakacji w okolicach miasta Ventura w Kalifornii, potrącony przez niezidentyfikowanego kierowcę.

Ufolog Stan Gordon dotarł do oficjalnych dokumentów na temat incydentu w Kecksburgu, które były przechowywane przez Siły Powietrzne USA. Wynikało z nich, że zdarzeniem interesowały się różne ośrodki zaczynając od Dowództwa Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej (NORAD) na Centrum Kosmicznym Johna F. Kennedy’ego (KSC) kończąc, musiało więc mieć ono duże znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego. Z tych dokumentów wynika że o 2:00 w nocy odwołano poszukiwania, niczego nie znajdując i że forsowane przez wojsko i władze wytłumaczenie mówiło o obserwacji meteoroidu.

W 1966, a więc rok po incydencie, badacz zjawisk niezwykłych Ivan T. Sanderson, sporządził dokładną analizę obserwacji bolidu, które poprzedzały zdarzenie w Kecksburgu. Doszedł on do wniosku, że jasny obiekt, pozostawiający wyraźną smugę dymu, był widoczny aż przez sześć minut. Poruszał się wolniej niż spadająca gwiazda, ale zbyt szybko jak na samolot i bez wątpienia to on spadł do lasu koło farmy Frances Kalp. Na przestrzeni lat pojawiali się wojskowi oferujący różnego rodzaju przecieki. Jeden z nich twierdził, że widział „metalowy żołądź” w bazie lotniczej we wsi Lockbourne w stanie Ohio a drugi, że w bazie Wright-Patterson niedaleko Dayton również w Ohio.

Ekspert od technologii kosmicznej James Oberg zasugerował, że za incydent w Kecksburgu odpowiedzialne były szczątki radzieckiej sondy kosmicznej Kosmos 96, która wystartowała z zamiarem dotarcia do Wenus, ale nie zdołała opuścić orbity okołoziemskiej w wyniku usterki. Sonda miała kształt stożka, ale była znacznie mniejsza od tego z Pensylwanii. Zgodnie z raportem United States Space Command (USSPACECOM), szczątki radzieckiej sondy spadły w Kanadzie kilkanaście godzin przed incydentem w Kecksburgu. Specjalista NASA Nicholas L. Johnson zajmujący się między innymi kosmicznymi śmieciami wykluczył, by te dwie sprawy cokolwiek łączyło.

Dziennikarka Leslie Kean wygrała z NASA proces o udostępnienie informacji na temat incydentu w Kecksburgu. Poszukiwania dokumentów, nadzorowane przez sąd, zakończono w 2009, a wnioski Kean opisała w specjalnym raporcie w którym nie znalazły się żadne nowe ustalenia. NASA miała obowiązek badać przypadki katastrof zagranicznych statków kosmicznych na terytorium Stanów Zjednoczonych, ale w sprawie incydentu w Kecksburgu agencja miała niewiele do powiedzenia. Według Leslie Kean i innych ufologów w Kecksburgu nie rozbił się radziecki statek kosmiczny ale jakiś tajny pojazd amerykański generujący promieniowanie radioaktywne.[2]

Takie postawienie sprawy: nazi-UFO vel V-7 = czasolot wyjaśnia, czego tak naprawdę szukali niemieccy naukowcy w Tybecie, Skandynawii, Ameryce Pd. i Egipcie. Oczywiście szukali śladów dawnych Ariów i Atlantydów – co twierdzili wprost i jawnie. Tajną częścią ich misji było poszukiwanie śladów… hitlerowskich chrononautów w dalekiej Przeszłości. Dlatego tak uporczywie badali symbolikę i wierzenia dawnych ludów. Dlatego tak badali parametry fizyczne ciał ludzi zamieszkałych na tamtych terenach. Szukali po prostu śladów swych rodaków! A  że to wariactwo? – no cóż – w tym szaleństwie była metoda…

Ale wracajmy na ziemię. Obawiam się, że prawda wyglądała inaczej – skrzynie ze skarbem Wrocławia – czyli aparaturą z obu wież – zostały przewiezione na czekającą na nie barkę i spławione Odrą do Berlina czy Świnoujścia – i albo zostały przekazane Amerykanom w zamian za nietykalność, albo wywiezione do Ameryki Pd. NB., podobnie było z ucieczką Führera – co opisałem wcześniej.[3] Hitler po prostu uciekł z Berlina pod koniec kwietnia 1945 roku i też korzystał w drogi wodnej. Anglicy i Amerykanie okładali bombami drogi i koleje, zapominając o rzekach. Wystarczyła szybka łódź motorowa i Hitler bezpiecznie ląduje w Hamburgu, a stamtąd U-bootem udaje się do Ameryki Pd. Istnieją bardzo wyraźne poszlaki, że Hitler znalazł schronienie w Chile.[4]  

Ale to już temat z innej ballady.     

środa, 21 sierpnia 2019

Alchemik III Rzeszy




Dimitri Sokołow


W Imperium Rosyjskim poczynając od XVI wieku aż do rewolucji w 1917 roku, istniała oficjalna funkcja nadwornego alchemika. W swoim czasie pełnił ją Michaił Wasiliewicz Łomonosow.

Otrzymanie złota z ołowiu przez wieki było marzeniem mnóstwa alchemików, pośród których czasami trafiali się i monarchowie oświeconej Europy. Niestety, ich trud nie zwieńczył sukces. Jednakże w 1925 roku, w Niemczech pojawił się awanturnik twierdzący, że potrafi zrobić złoto z ołowiu. Dano mu wiarę…


Generator „genialnych” idei


Trudno powiedzieć, czy znano w Bawarii z pierwszej ćwierci XX wieku popularną bajkę o kaszy z topora. Tym niemniej, jeden z urodzonych tam Niemców – Franz Tausend – postanowił powtórzyć drogę życia pewnego rosyjskiego żołnierza i oświadczył, że zna sposób na uzyskanie złota z nieszlachetnych metali. Oczywiście mu nie uwierzono, chociaż w Europie istniało wiele średniowiecznych muzeów z alchemicznym złotem i nawet monetami wybitymi z niego. Ale nikt nie odnosił się poważnie do tych eksponatów. Przecież gdyby ktoś odkrył tajemnicę kamienia filozoficznego[1] to świat przewróciłby się do góry nogami. Ale Tausend nie poddawał się i twierdził, że przeprowadził wiele udanych eksperymentów otrzymując złoto z ołowiu w zwykłej pracowni pod Monachium. Ale żeby nadać sprawie bieg niezbędne mu były środki finansowe. Sponsorów jednak nie znaleziono. W rodzinnym mieście potraktowano go jak awanturnika.

Zanim pokazał im alchemiczny sposób robienia złota, Bawarczyk wydał skandaliczną książkę pt. „180 pierwiastków chemicznych, ich masy atomowe i włączenie ich do układu harmoniczno-okresowego pierwiastków”. Do tego, wedle słów samego autora, 100 pierwiastków zamierzał on dopiero odkryć. Oczywiście otoczenie odnosiło się do Tausenda z odpowiednio dużą dozą sceptycyzmu, ale jak wiadomo – guttae lapidem caveat – krople drążą skałę, i tak po pewnym czasie nasz awanturnik pozyskał swego pierwszego inwestora, który włożył w jego interes niebagatelną sumę – 100.000,- RM. Jednakże zamiast tego, by zacząć budowę fabryki do produkcji złota, Tausend… rzucił się do skupywania działek ziemi i spekulacje nimi, co przyniosło mu większy dochód, niż produkcja złota…


Franz Tausend

Alchemik z wielkiej drogi


Tak więc Tausend zapomniał o swoim „głównym celu”. Otrzymując wielkie pieniądze, a z nimi możliwości bywania w sferach, bawarski alchemik poznał kierownictwo, nabierającej coraz bardziej na znaczeniu w Niemczech partii nazistowskiej – NSDAP. Potrafiąc operować wielkim i pieniędzmi, rzutki Bawarczyk nie myśląc wiele barwnie opisał świetlaną przyszłość bonzom Trzeciej Rzeszy wynikającej z nieograniczonej produkcji złota na skalę przemysłową wedle jego recepty. Ziarno padło na podatny grunt. Naziści mający ciągotki do mistyki poszli na lep słów Tausenda. Jednakże okazali się być ludźmi praktycznymi, przez rozpoczęciem finansowania poprosili go o zademonstrowanie im metody otrzymania złota z ołowiu. Wypadałoby cwanemu Bawarczykowi obrócić wszystko w żart i nie pokazywać się na oczy nazistom. Ale nie! Tausend bez mrugnięcia okiem zgodził się na zademonstrowanie swej unikalnej metody w praktyce.

Alchemiczne Wielkie Dzieło miało mieć miejsce w łazience pokoju hotelowego. Aby wykluczyć oszustwo, naziści przyprowadzili ze sobą inżyniera-chemika, który miał za zadanie nadzorować czystość eksperymentu. Z ramienia NSDAP był tam gen. Erich Ludendorf, bliski przyjaciel Hitlera i także aktywny uczestnik Monachijskiego Puczu Piwnego.[2] Roztopiwszy ołów, alchemik dodał do niego trzy gramy tlenku żelaza (Fe2O3) i po szeregu manipulacji rzeczywiście otrzymał 0,3 g złota. Ekspert nie wierząc własnym oczom zwrócił się do Ludendorfa i ostrożnie stwierdził:
- Panie generale, to niewiarygodne, ale to jest złoto…


Włoska rezydencja Franza Tausenda


Zręczność rąk?


Po tym, jak kierownictwo NSDAP zawierzyło Franzowi Tausendowi, na jego ręce literalnie rzeką spłynęły wielkie inwestycje. Wkrótce pod naciskiem swoich nowych mocodawców, Tausend zarejestrował tzw. Spółkę 164, której zadaniem było uzyskiwanie złota z ołowiu. Generał Ludendorf jako kurator alchemika kontrolował finansowanie jego projektu, podpisał z Tausendem niewolniczą umowę, na mocy której wszelkie prawa do jego alchemicznej metody przechodziły na generała, a sam Tausend miał zadowolić się jedynie 5% udziałem w zyskach przedsiębiorstwa. Ku ogromnemu zdumieniu Ludendorfa, Bawarczyk przystał na to od razu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Tausend nie zamierzał produkować jakiegokolwiek złota, bowiem interesowały go pieniądze załatwiane przez generała i możliwość operowania nimi.

Zgodnie z podziałem pakietu akcji, dochód kompanii podzielono następująco: 12% szło do akcjonariuszy, 8% do asystentów, 5% dla Tausenda, a pozostałe 75% generał zabierał dla siebie i na potrzeby NSDAP. Bardzo szybko na kontach przedsiębiorstwa zgromadziło się ponad 1 mln RM, które rozporządzenie nimi powierzono Tausendowi. Inwestorzy i akcjonariusze z niecierpliwością oczekiwali, kiedyż to wreszcie zacznie się produkcja złota na skalę przemysłową. Na próżno. Tausend miał o wiele ważniejsze zadania. Jeździł on po całym kraju rejestrował kompanie, które dzisiaj nazwalibyśmy pralniami pieniędzy. Najczęściej organizacje te występowały pod nazwą Towarzystwo Badawcze Franza Tausenda. A do tego alchemik nie przestawał reklamować na prawo i na lewo swe odkrycie. Doszło do tego, że w inwestorach jego kompanii produkującej złoto z ołowiu znalazł się sam Benito Mussolini, a filie jego firmy pojawiły się we Włoszech.

Ale chciwość i samouwielbienie obróciły się w końcu przeciwko niemu i zgubiły bawarskiego alchemika. Włosi okazali się być niedostatecznie egzaltowanymi i łatwowiernymi jak Niemcy i potrzebowali dowodów na prawdziwość metody Tausenda. Licząc na to, że eksperyment podobnie jak w przypadku Ludendorfa przebiegnie pomyślnie, Tausend zaprosił Włochów do siebie do laboratorium. Był wielce zdziwiony, kiedy na progu swego laboratorium ujrzał nie paru ekspertów, nasłanych na niego przez Duce, ale znanego profesora chemii otoczonego wielką grupą uczonych. Uciec nie było dokąd i eksperyment się rozpoczął. Z początku wszystko szło jak po maśle, ale w najważniejszym momencie profesor dokładnie obserwujący „robienie złota” złapał Tausenda za rękę w chwili, w której awanturnik zamierzał wrzucić do tygla kawałek ołowiu z cząstkami wtopionego weń złota. Oszustwo zostało zdemaskowane. Powstał z tego ogromny skandal.

Franz Tausend na ławie oskarżonych


Krach aferzysty


Przeczuwając szybki koniec, w 1929 roku Tausend ogłosił bankructwo swego Towarzystwa Badawczego Franza Tausenda, oczyścił konta z miliona marek na zakup… działek ziemi i zapisał je na swe nazwisko. Wkrótce został on aresztowany za oszustwo. Od natychmiastowej rozprawy sądowej uratowało go tylko to, że naziści nie przejęli jeszcze pełni władzy w kraju[3], a świadkami w procesie byliby bardzo wysoko postawieni ludzie z NSDAP. Postanowił więc blefować do ostatka, Franz Tausend butnie oświadczył, że wszystkie oskarżenia są kłamliwe, a on rzeczywiście zna sposób „robienia złota” z ołowiu i zażądał przeprowadzenia eksperymentu śledczego. I choć brzmi to niewiarygodnie, sąd przychylił się do jego prośby. (!!!)

Kolejne, trzecie już z kolei, pokazowe „warzenie złota” miała miejsce w budynku monachijskiej mennicy. Aby wykluczyć możliwość oszustwa, Bawarczyka rozebrano i starannie zrewidowano. Dopiero potem dopuszczono go do przeprowadzenia eksperymentu. Następnie stało się coś niewiarygodnego. Tausend z ołowianej próbki o wadze 1,67 g uzyskał maleńką kuleczkę składającą się z 0,095 g złota i 0,025 g srebra.

Sąd był w zamieszaniu, a adwokaci natychmiast zażądali wypuszczenia swego klienta. Uratowali sprawę badacze, którzy przytomnie oświadczyli, że nie sądzi się go za możliwość robienia złota z ołowiu, ale za machinacje i oszustwa finansowe o wielkich rozmiarach. W 1931 roku fałszywego alchemika skazano na 3 lata i 8 miesięcy pozbawienia wolności.

Franz Tausend zmarł w 1942 roku, pozostawiając potomnym zagadkę, kimże on był w rzeczy samej: utalentowanym uczonym-samoukiem czy jednym z najbardziej cwanych awanturników w historii Niemiec.


Moje 3 grosze


Pomijając fakt, że Tausend był jednak tym drugim, wciąż pozostaje otwarte pytanie o robienie złota w III Rzeszy. Pisząc wraz z dr. Milošem Jesenským książkę na temat pozaziemskich technologii w III Rzeszy[4], zwróciliśmy uwagę na pewien dziwny aspekt istnienia tajemniczego kompleksu Der Riese w Górach Sowich.

Powszechnie uważa się, że Riese było częścią kompleksu dowódczo-sztabowego, fabryką broni i amunicji, kompleksem badań nad bronią jądrową, kompleksem badawczo-produkcyjnym broni odwetowych - w tym sławetnej V-7, itd. itp. Na ten temat powstało mnóstwo hipotez i snuto różne przypuszczenia o podobnym stopniu prawdopodobieństwa.

W naszej książce rzuciliśmy jeszcze jedną propozycję, a mianowicie: Riese miał być fabryką … złota. Hipoteza szaleńcza? No nie bardzo. III Rzesza potrzebowała złota na spłacenie przede wszystkim długów zaciągniętych w ramach wysiłku wojennego. Źródła złota znajdowały się poza zasięgiem nazistów, więc co było robić? Na szczęście Niemcy dowiedzieli się o możliwościach fizyki jądra atomowego i transmutacji jednych pierwiastków w drugie. Tak więc znów pojawiła się alchemia, ale ta współczesna – alchemia jądra atomowego.

Jednakże złoto jest metalem niezwykle odpornym i trudnym do syntezy. Oczywiście taka synteza jest możliwa, ale potrzeba do niej ogromnych ilości energii. Całość polega na tym, że np. irydowy target ostrzeliwuje się cząstkami alfa, które wnikając do jąder atomowych zmieniają iryd w złoto zgodnie z równaniem: 19577Ir + 42α => 19779Au. Innym sposobem jest rozpad jąder izotopów cięższych pierwiastków tak, by jednym z produktów rozpadu był ten upragniony, jedyny stabilny izotop 197Au. Dokładnie opisał to Klaus Hoffman w książce „Sztuczne złoto”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1985, którą polecam.

Wirówki i reaktory mogły zatem znajdować się w Riese, gdzie przygotowywano paliwo jądrowe i tarcze. Cyklotron(y) mógłby znajdować się w Ludwikowicach. Świadczy o tym tajemnicza „muchołapka” do której wiodły potężne kable energetyczne. Ich obecność nadaje sens tej hipotezie, bo takie urządzenie żre potworne ilości prądu.

NB, reaktory jądrowe znajdował się także we Wrocławiu, jak pisze Bogusław Wołoszański – przy pl. Strzegomskim i ul. Ołbińskiej, które są odpowiednikami obiektów w niemieckich miejscowościach Miersdorf pod Berlinem i Bad Saarow koło Frankfurtu n./Odrą. Tam też wybudowano podobne okrągłe bunkry z klatkami schodowymi w prostokątnych przybudówkach, choć dużo niższe i wpuszczone w ziemię na półtora metra. Co do ich przeznaczenia nie ma wątpliwości: były to obiekty hitlerowskiego programu nuklearnego. W Miersdorf działał cyklotron, zaś w Bad Saarow umieszczono prawdopodobnie elektromagnetyczny separator izotopów.[5] Na szczęście nazistom nie udało się ich wszystkich uruchomić i III Rzesza nie uzyskała maszynki do robienia złota. Może dlatego, że zabrali się do tego od niewłaściwej strony…?


Źródło - "Tajny XX wieka"nr 3/2019, ss. 14-15
Przekład z rosyjskiego - (C) R.K.F. Leśniakiewicz


[1] Lapis philosophorum znany jako xerion lub tinctura.
[2] Nieudana próba zamachu stanu i przejęcia władzy w Bawarii przez NSDAP w dniach 8-9.XI.1923 r.
[3] Nastąpiło to dopiero w 1933 roku.
[4] M. Jesenský, R. Leśniakiewicz – „Wunderland: Pozaziemskie technologie III Rzeszy”, WiS, Warszawa 2001.
[5] Wg Bogusław Wołoszański - „Ślady hitlerowskiego programu atomowego w Polsce” - w „Focus”  - https://www.focus.pl/artykul/slady-hitlerowskiego-programu-atomowego-w-polsce

wtorek, 22 sierpnia 2017

Hitlerowskie poligony broni A



Ostatnio w związku ze Złotym Pociągiem z Wałbrzycha pojawiło się wiele publikacji na temat hitlerowskich tajnych broni i możliwości Niemców w zakresie ich skonstruowania i wykorzystania.

Należy zacząć od podstawowego pytania: czy Niemcy posiadali w swym arsenale bronie masowego rażenia - BMR? Wiadomo, że na pewno posiadali broń C – broń chemiczną – gazy bojowe: tabun, sarin, Cyklon B, iperyt, iperyt luizytowy, adamsyt, itd. itp. – które po wojnie znalazły się m.in. w Bałtyku i straszą tam do dziś dnia. Któregoś dnia woda morska przeżre żelazne beczki i chemiczny diabeł wydostanie się z pudełka. Efekty tego możemy tylko przewidywać. Wydobycie i utylizacja tych BŚT jak na razie przekracza możliwości finansowe wielu krajów. Gdyby tak cała Unia Europejska ruszyła Bałtykowi na ratunek, to być może dałoby się coś z tym zrobić. Niestety, UE nie potrafi się dogadać ze sobą nawet w najprostszych kwestiach – np. tzw. „uchodźców” i „migrantów”, więc w kwestii BŚT na dnie Bałtyku nie ma o czym mówić…  

Nad bronią biologiczną - B pracowano zapewne w obozach zagłady pod kierownictwem takich zbrodniarzy wojennych jak SS-Haupsturmführer dr Josef Mengele i jemu podobnych. Jednak największe osiągnięcia miał japoński zbrodniarz wojenny gen. dr Ishii Shiro, który mordował wrogów Japonii przy pomocy hodowanych bakterii i pasożytów. Najprawdopodobniej wyniki badań zostały odtransportowane do tajnych laboratoriów na terytorium Stanów Zjednoczonych, a winni tej potworności uniknęli wymiaru sprawiedliwości i dożyli swych dni na garnuszku u Wuja Sama. 

A broń A? - ostatnio jej temat znów stał się modny po ujawnieniu części dokumentacji Aliantów, z której wyłania się następujący obraz: Amerykanie pracowali nad bronią atomową w Los Alamos w ramach Projektu Manhattan. Prace te były śledzone przez Rosjan, którzy przesyłali informacje na jej temat do centrali w Moskwie, gdzie w radzieckich laboratoriach dublowano postępy prac Amerykanów, tak więc oni ujawnili swoją bombę A w 1949 roku, bo mieli ją wcześniej – najprawdopodobniej już w 1946 roku. Nie zapominajmy, że to właśnie w tym roku na skandynawskim niebie pojawiły się tajemnicze spök raketer alias ghost rockets nadlatujące z kierunku ZSRR i krajów przezeń opanowanych. Pisałem o tym w opracowaniu pt. „Powojenne losy niemieckiej Wunderwaffe”, WiS2, Warszawa 2008. Do którego odsyłam Czytelnika.

Tymczasem Niemcy podsłuchiwali to, co Ambasada ZSRR w Waszyngtonie wysyłała do Moskwy i zgromadziła ogromną ilość depesz, których szyfry łamano w Zamku Czocha przy pomocy komputera lampowego o kryptonimie Schwertfisch. Rezultaty przesyłano do ośrodków zajmujących się bronią jądrową, a być może także termojądrową. Tak przynajmniej podaje to Bogusław Wołoszański w cyklu swych programów TV. Czy tak było? – tego nie wiem, ale wiele na to wskazuje, że tak być mogło…


Okolice Homla


Rezultatem tego było skonstruowanie bomby atomowej o małej mocy <10 kt TNT, a jej pierwszy egzemplarz został ponoć wypróbowany w okolicach Homla (Białoruś) już jesienią 1943 roku w ramach Projektu Lokki – zob. O. Fajg – „Uranowy Klub i atomowy fugas” - http://wszechocean.blogspot.com/2016/06/uranowy-klub-i-atomowy-fugas.html. Rzecz w tym, że nie ma relacji osób trzecich, ale za to są materialne ślady tego wybuchu – pozostałości po radioaktywnym obłoku peksplozyjnym.

Jednakowoż jest pewne małe, ale wredne „ale” – otóż skażenia te mogły powstać później w czasie atomowych testów przeprowadzonych w okolicach Orenburga i Orska, na stepach Kazachstanu czy Ukrainy w latach 50. i 60. ubiegłego stulecia. Tego niestety nie wiemy. Być może są jakieś dane na ten temat, ale jak na razie są one całkowicie nieosiągalne.

Jednego jestem pewien – jeżeli rzeczywiście doszło tam do eksplozji nuklearnej, to byłaby to pierwsza bomba A zdetonowana przez człowieka, albo przynajmniej pierwsza bomba A zdetonowana przez naszą cywilizację. Przypominam, że oficjalnie pierwsze urządzenie jądrowe o mocy 20 kt odpalono na Jordana de Muerte w dniu 16.VII.1945 roku, zaś pierwszą bojową bombę A o mocy <20 kt zrzucono na Hiroszimę w dniu 6.VIII.1945 roku, a oba te wydarzenia są dziełem Amerykanów.

Na temat bomby z Homla niewiele wiadomo. Białoruscy ekolodzy namierzyli coś, co nazwano HSG – Homelską Strefą Geopatogenną, w której panuje podwyższony poziom promieniowania, ale czy jest on związany z nazistowskim testem jądrowym – tego nie jestem pewien. Osobiście sądzę, że HSG powstała w kwietniu 1986 roku, kiedy na tamtejsze pola spadł radioaktywny fall-out po katastrofie w Czarnobylskiej EJ.


Wyspa Rugia


Według niektórych autorów, w marcu 1945 roku, na bałtyckiej wyspie Rugia została odpalona druga nazistowska bomba A o mocy 10 kt. Istnieje relacja niemieckiego lotnika, który lecąc w okolicach Lubeki ujrzał potężny błysk biało niebieskiego światła i po chwili na horyzoncie wyrósł potężny grzyb dymu. Żeby było ciekawiej, przyrządy w samolocie zwariowały i trudno było z nimi dojść do ładu. A zatem mamy do czynienia z niektórymi objawami wybuchu jądrowego: błysk kuli ognistej, grzyb powybuchowy i uderzenie pulsu elektromagnetycznego – PEM.

Niestety nie wiadomo dokładnie, gdzie dokładnie ów grzyb był widziany. Nie ma danych, na jakiej wysokości znajdował się świadek. Jest to o tyle ważne, że znając wysokość lotu można obliczyć czy mógł on w stanie go ujrzeć – zakładając, że wybuchu rzeczywiście dokonano na Rugii. Okazuje się, że mógłby to zobaczyć lecąc na wysokości ≥2500 m, na wschodnim horyzoncie, w odległości ok. 187 km dzielących Lubekę od centrum Rugii. A zatem ta część Legendy może być prawdziwa.

Skoro tak, to czy pozostały po tym jakieś ślady? W końcu eksplozja o równoważniku 10.000 ton TNT musiałaby pozostawić ślady fizyczne na powierzchni wyspy – np. krater, a także jakieś pozostałości chemiczne po wybuchu nuklearnym. Czy ich szukano? Nie wiem, ale obawiam się, że tak jak w przypadku Homla, wyniki pomiarów zostałyby zafałszowane przez wyziewy z pobliskiej Nord IV EJ w Lubminie, która była równie awaryjna jak ta w Czarnobylu... No i znajdowała się w odległości zaledwie 40 km na SE od centrum Rugii.

Wydaje mi się, że próby takie mogły być dokonywane na małych wyspach u wybrzeży Rzeszy: Rudden albo Greifswalder Oie/Oie. Niedaleko, bo na zachodnim wybrzeży wyspy Uznam/Usedom znajdował się Heeres Raketen VersuchenAnstallt czyli Wojskowy Instytut Badań Rakietowych – HRVA w Peenemünde (dziś znajduje się tam Muzeum Badań Rakietowych) pod kierownictwem gen. dr inż. dypl. Waltera Roberta Dornbergera i SS-Sturmbannführera dr Wernhera von Brauna. Obie wyspy znajdują się w niewielkiej odległości od HRVA Peenemünde: Rudden – 7,5 km zaś Oie – 15,7 km. Wydaje się zatem, że test ten miał miejsce na małej wysepce Greifswalder Oie, co zgadzałoby się z relacją niemieckiego lotnika i obserwatora naziemnego SS-Obersturmbannführera Waltera Schulkego.


W swych relacjach Schulke opowiada o eksperymencie z bombą o potwornej sile rażenia, który został przeprowadzony w okolicach Peenemünde. A zatem ten adres by się zgadzał. Wprawdzie Schulke mówił tam o Rugii, ale czy tak było na pewno, za to nie ręczę. Być może doszło do nieporozumienia, bowiem nazwy Rugia - po niemiecku Rügen i Rudden są do siebie fonetycznie podobne…


Poligon Ohrdruf


Trzeci poligon, na którym odpalono bombę A miał znajdować się w okolicy miejscowości Ohrdruf k./Gotha w Turyngii. To właśnie tam dokonano detonacji bomby A, w czasie której jako celu użyto ludzi – więźniów obozu koncentracyjnego i radzieckich jeńców wojennych. Wedle Legendy – wypróbowano na nich nową, śmiercionośną broń masowego rażenia – radgum. (zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2015/07/kod-apokalipsy-radgum.html; http://wszechocean.blogspot.com/2015/10/tajemnica-kopalni-kaiserode.html; http://wszechocean.blogspot.com/2014/10/der-riese-przeciwatomowy-schron-hitlera.html.)

Pojawiły się spekulacje, że była to bomba A, „zakisła” bomba H względnie bomba zawierająca antymaterię (broń D – od słowa „dezintegracja”)! Antymateria jako broń była od zawsze marzeniem wszelkich świrów marzących o władzy nad światem, więc dlaczego nie miałby się nią zainteresować Hitler i jego zbrodnicza banda?

Próba w Jonastal miała mieć miejsce w dniu 4.III.1945 roku, a jej ofiarami byli więźniowie KL Buchenwald i radzieccy jeńcy wojenni. Konstruktorami tej bomby mieli być członkowie Drugiego Towarzystwa Uranowego (Zweite Uranverein) pracujący pod kierownictwem: Waltera Bothego, Klausa Clusiusa, Kurta Diebnera, Otto Hahna, Paula Hartecka, Wernera Heisenberga, Hansa Kopfermanna, Nicolausa Riehla i Georga Sttetera.

W założeniach specjalistów i ministra Alberta Speera, bomba A miała być skonstruowana w 1942 roku. Na szczęście trudności gospodarcze, problemy związane z uzyskaniem rud uranu, ciężkiej wody (D2O) i separacją izotopów opóźniły prace o dwa lata…


Bomba „brudna” i termobaryczna


Zwolennicy poglądu, że III Rzesza nie posiadała broni jądrowej wysuwają hipotezę, że naziści pracowali nad tzw. „brudną” bombą atomową. „Brudna” bomba atomowa, to BMR stanowiąca marzenie dzisiejszych terrorystów: jest to mówiąc najogólniej ładunek wybuchowy w otulinie z radioizotopów w rodzaju 60Co*, 90Sr*, 137Cs*, itd., które po jej eksplozji skażają teren na kilkanaście lat. Nad tą BMR pracowano w III Rzeszy, ale jej nie użyto.

Bomba termobaryczna, czy jak kto woli, paliwowo-powietrzna jest bronią o dużej mocy rażenia – przede wszystkim falą uderzeniową, a jej moc jest porównywalna z mocą małego ładunku nuklearnego. Jej działanie sprowadza się przede wszystkim do wybuchu przestrzennego a nie punktowego, jak w przypadku ładunku zwykłego materiału wybuchowego. Wybuch inicjujący rozpyla w powietrzu jakiś środek łatwopalny (np. benzynę, alkohol czy naftę – stąd nazwa – bomba paliwowo-powietrzna), który zapalając się gwałtownie, wybuchowo, powoduje powstanie silnej fali uderzeniowej – jej czynnika rażącego. Jej działanie można było zobaczyć w czasie zdetonowania amerykańskiej MOAB czy rosyjskiej FOAB. Jedno jest pewne – nieszczęsny Tu-154M prezydenta Kaczyńskiego nie mogła być zniszczona eksplozją przestrzenną. Gdyby tak było, to moc eksplozji rozniosłaby samolot na atomy i nie byłoby z niego co zbierać.

Być może, jak uważają niektórzy historycy, to właśnie takie bomby były testowane na niemieckich poligonach. Ale czy są jakieś ślady w dokumentach pozostawionych przez nazistowskich uczonych? Tego nie wiem. Jeżeli nawet były jakieś ślady, to są ukryte głęboko archiwach w Waszyngtonie i/albo Moskwie. Nie zapominajmy, że mogło to wszystko wpaść w ręce Amerykanom w trakcie Misji ALSOS, Misji Paperclip czy innych akcjach wymierzonych w hitlerowskie tajne BMR – podobnie zresztą jak czynili to Rosjanie na zajętych przez siebie terenach. Pod koniec II Wojny Światowej nikt już nie miał złudzeń, co do nietrwałości koalicji antyhitlerowskiej, i każdy z jej uczestników chciał sobie wykroić jak najwięcej z tego tortu, jakim była złowroga spuścizna nazistowskich naukowców.


Co się stało 12.VIII.1945 roku?


Wracając do broni A należy wspomnieć także pewien zagadkowy incydent, który miał miejsce w sierpniu 1945 roku, na morzu w rejonie koreańskiego portu Hynnam/Hyngnam. Opisane to zostało w artykule Michaiła Burlieszina - http://wszechocean.blogspot.com/2011/09/prawdziwe-poczatki-zimnej-wojny-1.html i dalszy.

Dziwny to był incydent. Kiedy radzieckie wojska wchodziły do miasta, na horyzoncie pojawił się potężny błysk, a potem wzniósł się w niebo obłok przypominający w kształcie grzyba à la grzyb atomowy…

Pojawiła się hipoteza mówiąca, że była to eksplozja japońskiej bomby A, ale rzecz w tym, że Japończycy nie byli w stanie wyprodukować dostatecznej ilości materiału rozszczepialnego, który usiłowali dowieźć im Niemcy na pokładach U-bootów. Czyli co?

Istnieją dwie odpowiedzi. Pierwsza brzmi tak – w okolicach Hynnam doszło do upadku jakiegoś meteorytu, który – podobnie jak ten z Syberii – eksplodował w powietrzu z mocą małej bomby atomowej. Możliwe? – możliwe.

Jest jeszcze druga możliwość. Było to ostrzeżenie Wuja Sama pod adresem Wujaszka Joe. Po prostu Amerykanie chcąc pokazać Rosjanom, kto tu rządzi, urządzili im przedstawienie. Zrzucili bombę A do Morza Japońskiego koło Hynnam, gdzie akurat wmeldowały się wojska radzieckie. Widownia była na miejscu: wojska radzieckie 17 Frontu – 34 A i 59 A, a chodziło o to, by dowodzący siłami ZSRR marszałek Rodion J. Malinowskij przekazał informację o tym Josifowi Wissarionowiczowi… Przekaz był jasny: Rosjanie - nie wchodźcie do Japonii!

I o to właśnie chodziło. Niestety, obawiam się, że rzecz jest jeszcze tajna i nieprędko ujrzy światło dzienne.

Tak więc raczej nie była to japońska atomówka, którą zdetonowano bez sensu – wystarczyło zostawić ją w mieście, ustawić zegar i uciec. Byłoby duże bum i kilka tysięcy Rosjan i Koreańczyków zamieniłoby się w parę… - mogło to być takie amerykańskie ostrzeżenie. Odpowiedzią na nie była fala UFO nad Skandynawią - ot, takie rosyjskie ostrzeżenie.

A potem zaczęła się Zimna Wojna…


Opinie z KKK


W sumie to teraz tylko ciekawostka. Mamy już różne bomby mogące zniszczyć ludzkość. Jednakże zastanowić się należy, że gdyby II WŚ potrwała jeszcze ze dwa trzy lata to moglibyśmy mówić po niemiecku!?  Docenić chyba trzeba niemieckich naukowców i pseudo-naukowców, że w trakcie wojny tworzyli nowoczesną technologię z której całe garście wzięli sobie później Amerykanie i Rosjanie. Z pewnością Niemcom pomogli  w tym bardzo niewolnicy nie tylko z Europy, kosztem wielkich cierpień i milionów zamęczonych na śmierć. Także myślę, że teraz trudno będzie znaleźć dowody na eksperymenty z bronią, bo liczniki trzeszczą w wielu, wielu miejscach po różnych powojennych eksperymentach. Dobrze było by się zastanowić jak przebiegają badania na temat antymaterii, bo ostatnio coś cicho o tym, a jak cicho to podejrzane 😊 (K A ZE K)


Jestem pewien, że Niemcom coś się udało skonstruować. Ale to „coś” nie zdążyło wystrzelić, bo czule się tym zaopiekowali Amerykanie i Rosjanie. Teraz mamy tego skutki – loty kosmiczne, wojny gwiezdne i zagrożenie z Kosmosu, które w każdej chwili może zlecieć nam na głowy… 😲 (Daniel Laskowski


I jeszcze jedno: czy Niemcy budując Riese nie mieli zamiaru wybudować fabryki wzbogaconego uranu i ciężkiej wody – D2O? Czytając Twoją książkę natrafiłem na passus mówiący o tym, że Niemcy ze szczególną uwagą zabezpieczali cieki wodne twierdząc, że woda będzie im później potrzebna. No bo we Wrocławiu mógł być reaktor jądrowy albo cyklotron, czyli urządzenia do otrzymywania izotopów. No a do reaktora był potrzebny uran i ciężka woda, którą produkowano by właśnie w Górach Sowich – właśnie w Riese.  (Daniel Laskowski

czwartek, 28 stycznia 2016

Znaleziono tajną spiżarnię Hitlera



W 2007 roku, niemiecki restaurator Silvio Scheltzer przejął zamek Moritzburg w Saksonii, i kiedy zajął się jego rekonstrukcją, to odkrył ogromną zamaskowaną spiżarnię.

Pod parkiem przylegającym do zamku odkryto dokładnie zamaskowaną przed niepowołanymi oczami podziemną budowlę, składającą się z sześciu piwnic, wypełnionych po brzegi koniakiem, szampanem, serami, konserwami, pieczywem, wędlinami, czekoladą i papierosami.

Sądząc z zachowanych dokumentów, te niemieckie zapasy były zrobione w 1944 roku, na osobisty rozkaz Adolfa Hitlera, ale już się nimi posłużyć ani on, ani nikt z jego otoczenia nie był w stanie…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 28/2015, s. 10

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©  

niedziela, 12 lipca 2015

Kod Apokalipsy: Radgum

Nad czym Niemcy pracowali w Jonastal? Bombą atomową? Wodorową? Dezintegracyjną? 


Stanisław Danilin


Przed samym końcem II Wojny Światowej, w rejonie Ohrdrufu pracowała Komisja Energii Atomowej USA. Co takiego tam, znaleźli Amerykanie, nie wiemy na pewno: rezultaty prac Komisji zostały utajnione na minimum 100 lat.

Lokalizacja Jonastal w Turyngii

Dolina Jonastal znajdująca się w Turyngii, od dawna była uważana za jedną z najbardziej tajemniczych miejsc w Niemczech. W Średniowieczu dawała ona schronienie magom ściganym przez Świętą Inkwizycję. W czasach II Wojny Światowej właśnie tam, w podziemnych laboratoriach – pracowali pod nadzorem SS uczeni budujący dla III Rzeszy superbronie: od rakiet V nowej generacji do technologii stealth. Jednakże do dziś dnia nikt nie wie, co tam na podziemnym poligonie Ohrdruf powstawała na rozkaz Hitlera tajna broń odwetowa – Radgum. Nazwana ona została dzięki pewnemu tajemniczemu związkowi chemicznemu, którego kilka kilogramów wystarczy jakoby do zniszczenia całej planety i przyciąga do Jonastal całe grupy nie mniej tajemniczych badaczy. O tych, którzy dosłownie „ryją ziemię nosami” w Turyngii krążą różne plotki. Do dziś dnia wiadomo tylko jedno: tajemniczy poszukiwacze nie są obywatelami Niemiec.

SS-Obergruppenfuhrer dr Hans Kammler
(tutaj w mundurze SS-Brigadefuhrera)


Kiedy jedni nie wiedzą, a drudzy nie mogą


Dosłownie na samym końcu wojny, wywiad amerykański otrzymał informację od swego „kreta” uplasowanego w samym jądrze ośrodka badawczego w Ohrdrufie o tym, że: SS-Obergruppenführer dr Hans Kammler polecił przyspieszyć prace nad bronią Radgum, środkiem chemicznym, którego kilka kilogramów jest w stanie roznieść w pył i proch całe kontynenty. Sądząc wedle aktualnych danych, informacja ta kosztowała życie jakiegoś fizyka-antynazisty, a w te dni specjalne grupy działające pod patronatem OSS (wywiadu US Army) poszukujące niemieckiej superbroni, rozpoczęły regularne polowanie na Kammlera. Było to polowanie w pełnym tego słowa znaczeniu, ale nie dało ono zadowalających rezultatów. Zwiadowcy nie wiedząc, że ten wysoko postawiony esesman, zabezpieczył się całą brygadą swoich sobowtórów jeszcze w 1943 roku, początkowo upolowali jednego Kammlera, potem drugiego, trzeciego…  I nikt nie był w stanie rozwiązać zagadki tajemniczego i groźnego Radgumu.

Kiedy w 1949 roku ludzie z OSS aresztowali prawdziwego Kammlera ukrywającego się w Zonie Okupacyjnej Aliantów Zachodnich, dni jego sobowtórów okazały się policzone. Portret jednego z nich, który „zakończył swe życie samobójstwem” w maju 1945 roku, szybko obiegł wszystkie światowe media.

[Wedle Wikipedii – Kammler uciekł i w końcu kwietnia urywają się jego ślady. 23 kwietnia jego obecność jest jeszcze poświadczona w Ebensee, a 4 maja miał być obecny w Pradze ale jest to już wątpliwe. Ostatnią dość pewną informacją jest, że 24 kwietnia odmówił Göringowi przysłania mu olbrzymiego samolotu transportowo-bombowego Ju 390. W związku z tym istnieje domniemanie, że na pokładzie tego samolotu wywiózł on jeden z prototypów nowego myśliwca.
Zagadkowa jest zwłaszcza domniemana śmierć SS-Obergruppenführera Hansa Kammlera. W ciągu kilkunastu lat po zakończeniu wojny pojawiło się bowiem kilka wersji jego śmierci:
·        żona Kammlera, Jutta, w lipcu 1945 przytoczyła oświadczenie kierowcy męża, Kurta Preuka, jakoby ten widział zwłoki Kammlera 9 maja – taką datę przyjął też ostatecznie sąd okręgowy dla dzielnicy Berlin-Charlottenburg 7 września 1948;
·        we wrześniu 1965 inaczej zeznawał adiutant Kammlera, Heinz Zeuner, który przyznał że Kammler nie żył 7 maja 1945 i że by przy tym również Preuk; w tej wersji Kammler też miał umrzeć na skutek zażycia cyjanku potasu;
·        powyższa wersja kłoci się z wcześniejszym zeznaniem Zeunera, który twierdził że, na osobistą prośbę Kammlera, sam go zastrzelił. Sam Zeuner jest zaś mało wiarygodny bowiem prawdopodobnie już 2 maja został ujęty przez Amerykanów;
·        pojawiła się także wersja, że z Ebensee Kammler pojechał odwiedzić żonę, przebywającą gdzieś w Tyrolu. Stamtąd dopiero miał udać się do Pragi. Było to jednak niemożliwe, ponieważ 4 maja amerykańskie dywizje (44., 88. i 103.) opanowały rejon Tyrolu, a działania prowadziły tam już nieco wcześniej. W tej sytuacji prawdopodobnie Kammler dostałby się do niewoli;
·        w jeszcze innej wersji Kammler organizował obronę jednego z bunkrów w Pradze i aby nie dostać się w ręce Rosjan został zastrzelony przez SS-Sturmbannfuehrera Starcka;
·        równocześnie nie da się wykluczyć, że Kammler albo zrealizował swój plan i porozumiał się z Amerykanami, albo zdołał się przedostać do Ameryki Południowej – uwaga tłum.]

Wygląda na to, że sam ojciec hitlerowskiej superbroni został w tajemnicy wywieziony do USA. Znalezione przy nim papiery pomogły Amerykanom zbudować nowe rodzaje broni – w tym także „plecakowe”. Jednakże główną tajemnicę – zagadkowej superbroni RadgumHerr Kammler mógł opisać swym nowym panom tylko słowami. Esesman wyjaśnił, że cała dokumentacja Radgumu, a także doświadczalna działająca (!!!) próbka została ukryta na jego rozkaz w tajnych sztolniach Ohrdrufu. Amerykanom pozostało tylko złapać się za głowy: Turyngia w tym czasie już stała się częścią Niemieckiej Republiki Demokratycznej – NRD. (Utworzonej z Radzieckiej Strefy Okupacyjnej Niemiec w 1949 roku – przyp. tłum.)    

No i wyszła z tego paradoksalna sytuacja, w której zarówno Sowiety, jak i USA uganiające się za pracami hitlerowskich uczonych nie wiedzieli, za czym właściwie tak się uganiają – za skarbami niemieckiej myśli technicznej, zaś Amerykanie wiedząc, o co chodzi w tej grze, nie mieli możliwości wykopania ich spod ziemi. Oczywiście otrzymać dostęp do broni Apokalipsy zaoceaniczne specsłużby  próbowały i w następne lata. Jednakże mogło się to udać tajnie przed całym światem dopiero teraz.

Widok na Jonastal...


Zagadka wszech czasów


W latach 50., w rejonie rozmieszczenia tajnego ośrodka badań w Ohrdruf, wskutek opadów i różnych naturalnych kataklizmów osiadła ziemia. Najwidoczniej miejscowi niemieccy pionierzy, których wtedy w Zachodnich Niemczech nazywano nie inaczej jak „wschodnioniemiecką grupą Diatłowa” (jest to aluzja do słynnego wydarzenia z Uralu, gdzie w niewyjaśniony do dziś dnia zginęła grupa studentów kierowana przez Igora Diatłowa w lutym 1959 roku – przyp. tłum.) odkryli tajne wejścia do hitlerowskiego „skarbca Apokalipsy”: grupa młodych turystów zginęła tam w zagadkowych, niewyjaśnionych okolicznościach. Samo to „niedobre miejsce” Stasi (służba specjalna NRD, odpowiednik radzieckiego KGB – przyp. tłum.) wzięła pod dokładną ochronę. Jednak z niewiadomych przyczyn, wschodni Niemcy nie chcieli dobrać się do podziemnych laboratoriów SS. Albo nie mogli…

W latach 80., wysoko postawiony wschodnioniemiecki urzędnik – wedle innych danych inżynier górnictwa – pozostający na garnuszku CIA, był w stanie przekazać swym panom próbki gruntu pobrane w okolicach Ohrdrufu oraz zapis video z miejsc osunięcia ziemi. Nazwisko tego „kreta” jak i jego dalsze losy są nieznane. I tutaj zdumiewający fakt: cała dokumentacja dotycząca „kuźni superbroni Radgum” została utajniona w USA do 2049 roku. Do niej nie ma dostępu nawet rząd Niemiec.

W 2005 roku, znany berliński historyk, dr Reiner Karlsch, przedsięwziąwszy prywatne dochodzenie poszedł śladami oficerów OSS, którzy pracowali z „ojcem Radgumu” i opublikował wyniki swego śledztwa na temat zagadek doliny Jonastal (chyba chodziło o oficerów SS – przyp. tłum.) Po upływie kilku miesięcy od publikacji, jego renoma została zrujnowana: media nazwały odważnego naukowca „szarlatanem”, wskutek czego ten ostatni popadł w pijaństwo i – jak głosi oficjalna wersja – w pijanym widzie popełnił on samobójstwo.

Czy miejscowe tajemnice warte są życia? Czy ten cały niepojęcie apokaliptyczny Radgum wprost nie jest niczym innym jak mitem?

...i podziemia podobne do podziemi Gór Sowich...


Chcesz zachować tajemnicę? Krzycz o niej!


W końcu 2013 roku, kilku niemieckich uczonych, nazywających siebie kontynuatorami dr Karlscha, pozyskali sponsorów, załatwili sobie urządzenia wiertnicze i usiłowali zdobyć u władz Turyngii zezwolenia na prace wydobywcze w Jonastal. I nastąpiła logiczna odmowa: cała tamtejsza miejscowość znajduje się w „strefie ochronnej pozyskiwania wody pitnej” – dlatego jakiekolwiek wykopaliska są surowo wzbronione. (!!!)

Koniec 2014 roku. Jonastal z terenami doń przyległymi do Ohrdrufu i wioski Gossel otaczają „zielone ludziki” z prywatnej firmy ochroniarskiej, zarejestrowanej gdzieś poza Niemcami. Przywieziono maszyny wiertnicze. Według danych miejscowych mieszkańców, tajemniczy badacze w odróżnieniu od ich niemieckich kolegów, otrzymali zezwolenie na prace górnicze, rozmawiają po niemiecku, ale z jakimś koszmarnym akcentem. Same prace idą pełną parą. Od zapuszczenia w już wywiercone otwory specjalnych sond ultradźwiękowych, które pozwalają na dokładne zlokalizowanie podziemnych pustek.

A jak na te wszystkie niezwykłości reaguje niemiecka i światowa prasa? Czy milczy na ten temat? Wręcz odwrotnie. Gazety, magazyny, programy TV, internetowe fora, przepełnione są wersjami „naocznych świadków”. Jedna z nich brzmi: Amerykanie wspierani przez rząd niemiecki poszukują w Jonastalu… - Bursztynowej Komnaty! Odpowiadam: do dziś dnia nie istnieje ani jedno historyczne świadectwo, nie ma żadnego dokumentu, który choćby napomykał jednym słowem o tym, by Niemcy chcieli ukryć ją właśnie tam.

Druga wersja: prace poszukiwawcze w bezpośredniej bliskości supertajnego centrum naukowego nazistów w Ordruf prowadzą Izraelczycy – oni jakoby szukają dokumentacji o więźniach obozów koncentracyjnych ukrytej przez hitlerowców pod ziemią. I ponownie odpowiadam: nie ma ani pisemnych, ani ustnych świadectw świadczących na plus tej hipotezy. Tak, ale gdyby to była prawda, to na pewno niemieccy dziennikarze trąbiliby na cały świat i przeprowadzali wywiady z poszukiwaczami. A tu oni nawet nie próbują tego zrobić. Także ci „Izraelczycy” tak trąbiący o swych ofiarach wojny na cały świat, teraz nie zdradzają swego obywatelstwa i nazwisk.

Oczywiście solidna niemiecka prasa wyśmiewała domysły odnośnie Bursztynowej Komnaty i dokumentów dotyczących żydowskich więźniów. No i przedstawia swoje – niemniej apokaliptyczne rozwiązanie tajemnicy. Tam, w Jonastal przeprowadza się typowe roboty freakingowe – przygotowania do wydobycia szczelinowego gazu ziemnego. Tylko że znów wyszło głupio: dzięki temu, że kilka zdjęć z miejsca prowadzenia zagadkowych prac zostało udostępnione mediom, specjaliści mogli dojść do wniosku, że do takich prac freakingowych potrzebne są o wiele silniejsze i większe maszyny. Te, które są w Jonastal „biją” na głębokość 100-200 m pod ziemią. Jak raz na tą głębokość, na której – zgodnie z dokumentami – znajduje się ultrasekretne centrum naukowe SS.

A zatem co takiego jest ukryte w podziemiach jednego z najciekawszych miejsc z Niemczech? Kto chce dzisiaj dostać w swe ręce dokumentację ultra sekretnej, potężnej superbroni Radgum, czy choćby jej eksperymentalny model?

Czując ważność tego odkrycia dla całej Ludzkości, redakcja „Tajny XX wieka” obiecuje śledzić informacje na jego temat. Dowiecie się o nim jako pierwsi.


Komentarze z KKK


Kilka kilogramów, które obracają w proch całe kontynenty? Wychodzi na to, że mowa o wojennym kamieniu filozoficznym, albo o antymaterii.
Podobne pomysły już miano, jak wspomniałem powyżej, np. ten kamień filozoficzny, albo bomba Genesis ze Star Treka, która rekombinowała materię na poziomie subatomowym i zestalała ją na nowo według pożądanego wzoru macierzy tak, by życie powstawało samorzutnie.
Jeśli ów super-materia jest czymś technicznie wykonywalnym, to brakuje tu jeszcze tylko tajnych meta-spirytystycznych powiązań, np. z Thule, ponieważ taka technologia wymagałaby wiedzy albo Iluminatów, albo 'zaprzyjaźnionych' szaraków.
Nawiasem mówiąc, wydawnictwo „Tajny XX wieka” już któryś raz za bardzo poleciało w stronę „Faktu”. (Smok Ogniotrwały)

Zobaczymy, co powie Igor Witkowski. Osobiście stawiam na antymaterię… W jednej z moich prac napisałem, że Niemcy mogli opracować technologię przemysłowej produkcji antymaterii, przynajmniej na papierze. Coś takiego byłoby rewolucyjną zmianą przede wszystkim w astronautyce. Z drugiej strony rzeczywiście – parę kilogramów antymaterii stworzyłoby w procesie anihilacji tak potężny puls promieniowania gamma, że to wyjałowiłoby całe kontynenty… Pisał już o tym Daniel Laskowski w jednym ze swych opowiadań hyboryjskich. (Platon)

....z dzwonem Hitlera nie ma nic do śmiechu.....biorąc pod uwagę techniczne możliwości Niemców w zakresie budowy samolotów odrzutowych  ME 262 i ME 163 KOMET ,które wyprzedzały czas oraz  dziwny zbieg okoliczności, że dzwon działał na zasadzie budowy silnika Wankla z rotacyjnym tłokiem, którego Hitler skazał na "banicję ",  jest możliwe, że konstruktorzy niemieccy  przenieśli mechaniczną budowę silnika na silnik odrzutowy....
ponieważ silnik Wankla miał niezłe osiągi w przypadku angielskich motocykli, więc tym bardziej  metoda ta mogła zdrowo zamieszać w silnikach odrzutowych ........ problemem była precyzja wykonania i materiały .....
jeśli Niemcy nie uzyskali odpowiednich materiałów do budowy silników,.....bądź precyzja okazała się jeszcze nie wystarczająca - to kto wie ,... czy ktoś kto przejął po wojnie plany lub naukowców nie budował później po cichu modeli "UFO".......
być może największym  problemem przy takim odrzucie energii był problem sterowania pojazdem ......bo to że przy zastosowaniu tej metody w silniku odrzutowym miało to kopa nie pozostawia złudzeń.......
ten sam problem utrzymania kontroli,  równowagi ...panowania nad maszyną był przy ME 163 KOMET  ,gdzie z dumą o rozwój III Rzeszy zginęło wielu dobrych pilotów .......co później było zresztą przyczyną zaprzestania próbnych lotów ........... poza tym to co najważniejsze - my nie wiemy jak  naprawdę daleko zaszli naziści w swoich badaniach !
niewykluczone ,że zabrakło czasu na testowanie i budowę ciekawszych  prototypów .....
patrząc na plany gigantycznych czołgów strach pomyśleć co się rodziło na deskach kreślarskich samolotów ......
..niektórzy  historycy uważają ,że masowa produkcja ME 262 zmieniłaby całkowicie przebieg II wojny światowej ....ja osobiście również dopisuje się do listy tych wyznawców z uwzględnieniem również masowej produkcji ME 163 KOMET i rakiet V1 i V2 ......
Hitlera zgubił również przedwczesny atak na Rosję , ( tutaj wielu dopatruję się głównej klęski ) , ale niewykluczone, że Hitler bał się wcześniejszego ataku ze strony Rosji .......w efekcie stało  się co się stało ...........
jedno jest pewne - szybsze wprowadzenie nowinek technicznych III rzeszy do produkcji masowej  i świat wyglądałby inaczej ............ (Artur P.) 

A może ten cały "Radgum" to skrót od Radiergummi - guma do mazania? Że niby wymaże wrogów Hitlera jak gumka wymazuje ołówek? (Daniel Laskowski)

Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 3/2015, ss. 20-21
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©