Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skarby III Rzeszy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skarby III Rzeszy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 sierpnia 2024

Ludwikowice Kłodzkie: kosmodrom Führera?

 


Od kilku lat zastanawiam się nad zagadkami Dolnego Śląska. Oglądałem miejsca w Kotlinie Jeleniogórskiej i otaczających ją górach, gdzie miały być ukryte niemieckie skarby zagrabione w Polsce i innych krajach najechanych przez nazistowską barbarię. Oglądałem programy TV poświęcone temu tematowi i osiągnięciom naukowców pracujących dla Führera. I absolutnie zgadzam się z ich autorami – Niemcy, gdyby im dać więcej czasu, byliby w stanie zrealizować swe obłąkańcze plany – to oczywiste. Alianci zacisnęli im pętlę na szyi i przystawili bagnet do gardła. Ale nie zapominajmy, że niektóre problemy rozwiązywali teoretycznie, a stąd już tylko krok do rozwiązań technicznych.

A zatem ponawiam pytanie: czy w Ludwikowicach Kłodzkich miałby znajdować się kosmodrom Hitlera?

Nie zapominajmy, że Niemcy planowali użycie przestrzeni kosmicznej do prowadzenia wojny na całym świecie. I tak sławetny rakietowy bombowiec inż. Sängera byłby w stanie dosięgnąć każdego celu w USA i Kanadzie. Przy czym byłoby to bombardowanie nuklearne a nie konwencjonalne, bo Niemcy bombę atomową już mieli, czego dowodzą grzyby atomowe nad Ohrdruf i Rudden. Nie mieli tylko wektora broni A, który bałby w stanie zanieść ją dostatecznie daleko… NB, naziści pracowali nad wszystkimi rodzajami BMR ABC.

Niemieccy uczeni pracowali także nad promieniem śmierci – promieniami Słońca skupionymi i wycelowanymi w Ziemię przy pomocy zwierciadła wklęsłego o powierzchni 8 km². Warunkiem sine qua non było umieszczenie na orbicie wokółziemskiej stacji załogowej, która operowałaby tym zwierciadłem. Cały problem polegał na tym, by ją tam zbudować i umieścić. I tu dochodzimy do clou problemu.

Niemcy posiadali już pociski rakietowe A-4/V-2, które dolatywały do granic atmosfery ziemskiej i Kosmosu – tzw. linii Kármána, znajdującej się na wysokości 100 km nad powierzchnią Ziemi. niestety (a raczej na szczęście) ich payload wynosił ok. 1 tony, a zatem były one całkowicie nieopłacalne – no chyba żeby niosły głowice A, to wtedy byłoby zupełnie inaczej. Problem w tym, że ówczesna głowica A miała masę 4 ton i wymagała specjalnego wektora jakim były amerykańskie bombowce strategiczne B-29 Superfortess.

Jednakże i ten problem mógłby być usunięty, bowiem ekipa SS-Sturmbannführera dr. Wernhera von Brauna i gen. dr. Waltera Dornbergera planowała budowę większych i potężniejszych rakiet, które byłyby odpowiednikiem dzisiejszych ICBM i SLBM. Odpowiednie próby były dokonane na poligonie rakietowym w Łebie – Rąbce, i to z powodzeniem.

Jednakże rakiety von Brauna – Dornbergera były za słabe, by można je było wykorzystać do lotów orbitalnych. Bombowiec Sängera także. Dlatego też Niemcy zaczęli pracować równolegle nad dwoma zagadnieniami, a mianowicie – antygrawitacją i chronomocją. Jestem pewien, że oba te zagadnienia były rozpracowywane na Dolnym Śląsku – w Riese, ale i nie tylko.

Kiedyś rzuciłem myśl, że Niemcy chcieli wyprodukować – dosłownie  wyprodukować - syntetyczne złoto. W tym celu potrzebne były cyklotrony do napromieniowania elektronami atomów rtęci. Elektron wnikał do jądra rtęci, łączył się z jednym z protonów i wskutek czego przekształcał się on w atom złota. Niby proste, ale potwornie energochłonne. To było jednak coś, co się udało Japończykom, choć w mikroskali. Hitler jednak cierpiał na manię wielkości i wszystko co wielkie budziło jego respekt i zachwyt. Dlatego budowa wielkiego cyklotronu do produkcji złota mogła podziałać na jego wyobraźnię, i dał tej inwestycji zielone światło. Nie zapominajmy, że Niemcy chcieli pozyskiwać złoto z wody morskiej, ale że jest tam go tylko 0,01 mg/m³, to rzecz uznano za nieopłacalną – i słusznie. Tak więc poszukano innego źródła – i wzorem średniowiecznych alchemików zamierzano wyprodukować je z rtęci. Na szczęście rzecz okazała się tak droga, że aż nieopłacalna.

Ale wróćmy do lotów kosmicznych i antygrawitacji. Jak można uzyskać antygrawitację? Najprościej jest dysponować odpowiednio dużą anty-masą i przy jej pomocy wybić korytarz w grawitacyjnej studni Ziemi. opisał to już dokładnie H.G. Wells w swej powieści „Pierwsi ludzie na Księżycu”, w której bohaterowie lecą na Księżyc w antygrawitacyjnym pojeździe. Ale na Ziemi nie udało się wytworzyć cavoritu (fantastyczny materiał antygrawitacyjny) i tak się lecieć nie dało… - a zatem co?

Jest taka powieść sci-fi Stanisława Lema pt. „Astronauci” bodaj czy nie z 1951 roku, w której mieszkańcy Wenus mający straszną chrapkę na naszą Ziemię zamierzają zgładzić życie na niej przy pomocy radioaktywnych chmur wystrzelonych ciśnieniem promieniowania na nasz glob. Potem miała nastąpić druga faza – kolonizacja Ziemi. Znajdująca się nas Wenus wyrzutnia antygrawitacyjna miała miotać statki kosmiczne na Ziemię. I to mnie właśnie zastanawia – skąd Lem wytrzasnął ten pomysł? Czy nie było to czasem jakieś echo hitlerowskich prób z antygrawitacją?

U Lema wyrzutnia ta – tzw. Biała Kula – działa na zasadzie przyspieszania antycząstek do prędkości 0,99999 c w celu uzyskania antymasy i co za tym idzie – pola antygrawitacyjnego, które wybiłoby otwór w studni grawitacyjnej Wenus… Potem wystarczyłoby tylko rozpędzić statek kosmiczny do dowolnej prędkości ucieczki i voila! – Ziemia należałaby Wenusjan.

Na szczęście to nie jest takie proste, jako że antymateria ma przeciwny ładunek elektryczny, ale zwyczajną masę jak zwykła materia. Ta droga wiodła donikąd. Ale czy nazistowscy naukowcy o tym wiedzieli? W Ludwikowicach najprawdopodobniej budowano potężny cyklotron zdolny do rozpędzania cząstek i antycząstek do prędkości relatywistycznych. To, co teraz robi się w CERN przy pomocy GHC. Do tego potrzebne są ogromne ilości prądu elektrycznego – i dlatego cyklotron wzniesiono w okolicy potężnej elektrowni termicznej. Na to, że to był cyklotron wskazuje także masywne okablowanie zdolne do przewodzenia prądu o wysokim napięciu i natężeniu. Już to bardziej przemawia do mnie niż opowiastki o chłodni kominowej. Zresztą na co była tam potrzebna? Co miała chłodzić?

No i kolejne zagadnienie – naziści i Czas. Jest oczywistym, że niemieccy naukowcy pracowali także nad chronomocją, tj. przemieszczaniem się w Czasie. Oczywiście Hitler i jego sztabowcy doskonale zdawali sobie sprawę z możliwości, jakie dają podróże w Czasie. Pomysł nie jest mój, i o ile dobrze pamiętam ukazał go Gerd Burde w swym filmie „Tajemnice III Rzeszy”. W jego filmie latające spodki były przede wszystkim czasolotami, które mogłyby przenosić całe desanty SS-manów w inne czasy by przeprowadzać korekty w historii, oczywiście na korzyść Hitlera i jego akolitów. Szalone? Oczywiście, ale Hitler znajdując się w sytuacji bez wyjścia łapał się każdej możliwości. Trudno powiedzieć, na ile udało się im osiągnąć powodzenie. Być może sprawa chronomocji miała być rozpracowywana teoretycznie w Riese, a właściwie na pewno. Podobnie jak bomby A i ICBM z głowicami A przeciwko Ameryce i ZSRR.

I o to w tym wszystkim chodziło.

I na szczęście dla świata nie wyszło…


To, co tu napisałem, to jest jedynie hipotezą, którą udowodnić można badając rzecz in situ. Niestety, na to nie mam już ani środków, ani zdrowia. Mam nadzieję, że kogoś to zainspiruje i zacznie szukać niemieckich archiwów nazistowskich uczonych i pseudouczonych. Ja zaś tymczasem w najbliższym czasie wrzucę przekład kolejnego fragmentu książki A. Żelezniakowa na temat tego, co zostawiła nam III Rzesza i jak to wykorzystano. Lektura ciekawa, bo przedstawia rzecz z drugiej strony Żelaznej Kurtyny.   

                   

wtorek, 11 czerwca 2024

Sekret Luftmuny i złoto Wrocławia

 


Wszyscy w Polsce w większym czy mniejszym stopniu pasjonowali się Złotym Pociągiem i złotem Wrocławia, które stanowią jedną z największych zagadek II Wojny Światowej na Dolnym Śląsku.

W jednym z moich tekstów na temat hitlerowskich poligonów broni A zamieszczonym na blogu „Wszechocean”   https://wszechocean.blogspot.com/2017/08/hitlerowskie-poligony-broni-a.html napisałem, że odbyły się dwie (co najmniej) takie próby: pierwsza w miejscowości Ohrdruf zaś druga na wyspie Rugii. Oba wybuchy miały moc niewielką – jakieś 10 kt TNT i nie więcej. Trzecia próba koło Homla była prawdopodobnie zwykłą bombą paliwowo-powietrzną (termobaryczną) i z atomami nie miała niczego wspólnego.

Cztery amerykańskie eksplozje miały moc od 15 do 20 kt. Celowo napisałem „cztery”, bo poza „urządzeniem jądrowym” Trinity (plutonowy) zdetonowanym na Jordana de Muerte 16.VII.1945 roku były dwie bojowe bomby na Hiroszimę –Little Boy alias Thin Man (uranowa) i Nagasaki – Fat Man (plutonowa) była i czwarta, też plutonowa, o której się nie mówi, a która została zrzucona w okolicach koreańskiego miasta Hynnam w dniu 12.VIII.1945 r. to była demonstracja siły i zarazem ostrzeżenie dla Stalina. Ale powróćmy do III Rzeszy.

Chociaż to Amerykanie pierwsi skonstruowali bomby A, to jednak Niemcy byli w stanie zrobić to samo. Swe prace zaczęli wcześniej, bo już w roku 1938 i na szczęście nie mieli wystarczających sił i środków do ich prowadzenia. Powód prosty – większość uczonych prowadzących prace nad atomem było żydami, którzy uciekli przed prześladowaniami – do Wielkiej Brytanii i USA. Ale i na to znalazła się rada.

Według Bogusława Wołoszańskiego Niemcy zbudowali urządzenie zwane Aparatem pod kodową nazwą Ryba Miecz alias Miecznik (Schwertfisch), który zainstalowano już to w dworku w Piechowicach k./Jeleniej Góry już to w zamku Czocha (Tzschocha). Był to prymitywny komputer służący do łamania radzieckich szyfrów i odczytywania depesz dyplomatycznych, które stały się źródłem wiedzy nazistów o postępach nad amerykańską bronią jądrową. To właśnie dzięki niemu naziści mogli przeprowadzić własne badania nad bombą A w kompleksie Der Riese w Górach Sowich. Wygląda na to, że Olbrzym był niemieckim odpowiednikiem amerykańskiego Los Alamos, Oak Ridge i Hanford razem wziętych. Czy tak było? – nie wiadomo. Możemy dzisiaj tylko przypuszczać. Całe oprzyrządowanie i wszystkie maszyny zostały wywiezione do Niemiec i przekazane Amerykanom i/albo do ZSRR już po wojnie. Oczywiście Polakom pozostały tylko depozyty ukryte w zasypanych tunelach i szybach – dzisiaj nie do wydobycia. Dziś uważam, że w Riese mogła się znajdować rafineria izotopu uranu-235 (235U*) służącego za paliwo do produkcji bomb atomowych, wytwórnia „ciężkiej wody” 2-3H*2O albo po prostu D-T2O)do reaktorów jądrowych oraz cyklotrony służące do syntezy złota i platyny.

Niemożliwe? Ależ całkiem możliwe i wykonalne. W 1936 r. japoński chemik dr Hantaro Nagaoka bombardował elektronami jądra rtęci, wskutek czego udało mu się otrzymać złoto i platynę – zgodnie z reakcjami:

198Hg + e- => 197Au + n

198Hg + 2e- => 196Pt + 2n

Podobnie jest z próbami łączenia ze sobą jąder atomowych. Niestety, a może na szczęście – proces ten, choć technicznie możliwy, jest absolutnie nieopłacalny ze względu na pochłanianie ogromnej ilości energii elektrycznej. Dlatego też Niemcy postawili cyklotron, w którym można go było przeprowadzić, w pobliżu potężnej elektrowni termicznej w Ludwikowicach Kłodzkich…

Osobiście uważam, że tych skarbów nie wywieziono do Rzeszy koleją – to było niebezpieczne ze względu na radzieckie lotnictwo już wtedy panujące w powietrzu. Tak samo było z transportem drogowym. Cóż więc pozostało?

Transport wodny.  

To coś, co umownie nazywamy Złotem Wrocławia zostało wywiezione z miasta Odrą na barkach i to w dwóch możliwych kierunkach – do Szczecina i Świnoujścia, a dalej U-bootami np. do Ameryki Południowej, albo via kanał Odra – Sprewa do Berlina, a następnie do Hamburga i stamtąd do Ameryki Pd. Czy to było możliwe? 

Oczywiście. Barki płynęły nocami, a w dzień stały zamaskowane przy brzegach Odry. A jak opuściły Wrocław? – zwyczajnie. Stały podstawione w rejonie dzisiejszego Muzeum Archeologicznego. Wystarczyło przewieźć je z Komendy na nabrzeże i załadować. Załadowane barki spływały potem Odrą i nie upomniał się o nie pies z kulawą nogą. Wystarczyło potem puścić w kurs plotkę o tajemniczych pociągach, które wiozły skarby z Wrocławia do Zgorzelca czy Wałbrzycha i już mamy legendę osłonową. Wszyscy szukali potem w Reichu czy w Sudetach, tym czasem Złoto Wrocławia płynęło bezpiecznie – no względnie bezpiecznie do Ameryki Pd.

Nie zapominajmy, że na trasie znajduje się Lubiąż z jego klasztorem oo. Cystersów, Głogów, Nowa Sól i inne znane z programów red. Wołoszańskiego na temat skarbów Dolnego Śląska.    

A teraz o zagadce Luftmuny nr 4 w miejscowości Speck (dziś Mosty k./Goleniowa). Luftmuna to był magazyn amunicji Luftwaffe. Co musiało się tam znajdować, że uważa się go za kluczowy w rozwoju niemieckiej bomby A?

Na Zalewie Szczecińskim alianckie samoloty zatopiły statek SS Artushof, którego ładunek budzi zdziwienie: w ładowniach było m.in. 38 słupów grafitowo-węglowych oraz pół tony grafitu prasowanego w rolkach.

Czy mógł to być materiał dla reaktora atomowego? Czy statek miał je wyładować w niewielkiej przystani w pobliżu tajnego ośrodka Luftmuna 4 w miejscowości Speck (dzisiaj Mosty)? Na jego terenie jest okrągły basen o głębokości 7 metrów, łudząco podobny do basenu w Haigerloch, gdzie wojska amerykańskie odkryły niemiecki reaktor nuklearny.[1] No właśnie! Nie zapominajmy, że z Mostów to tylko 148 km do Rugii, gdzie nazistowscy naukowcy dokonali pierwszego testu słabej bomby atomowej. Tak więc według niektórych autorów, w marcu 1945 roku, na bałtyckiej wyspie Rugia została odpalona druga nazistowska bomba A o mocy 10 kt. Istnieje relacja niemieckiego lotnika, który lecąc w okolicach Lubeki ujrzał potężny błysk biało niebieskiego światła i po chwili na horyzoncie wyrósł potężny grzyb dymu. Żeby było ciekawiej, przyrządy w samolocie zwariowały i trudno było z nimi dojść do ładu. A zatem mamy do czynienia z niektórymi objawami wybuchu jądrowego: błysk kuli ognistej, grzyb powybuchowy i uderzenie pulsu elektromagnetycznego – PEM.

Niestety nie wiadomo dokładnie, gdzie dokładnie ów grzyb był widziany. Nie ma danych, na jakiej wysokości znajdował się świadek. Jest to o tyle ważne, że znając wysokość lotu można obliczyć czy mógł on w stanie go ujrzeć – zakładając, że wybuchu rzeczywiście dokonano na Rugii. Okazuje się, że mógłby to zobaczyć lecąc na wysokości ≥2500 m, na wschodnim horyzoncie, w odległości ok. 187 km dzielących Lubekę od centrum Rugii. A zatem ta część Legendy może być prawdziwa.

Skoro tak, to czy pozostały po tym jakieś ślady? W końcu eksplozja o równoważniku 10.000 ton TNT musiałaby pozostawić ślady fizyczne na powierzchni wyspy – np. krater, a także jakieś pozostałości chemiczne po wybuchu nuklearnym. Czy ich szukano? Nie wiem, ale obawiam się, że tak jak w przypadku Homla (gdzie zdetonowano najprawdopodobniej bombę termobaryczną), wyniki pomiarów zostałyby zafałszowane przez wyziewy z pobliskiej Nord IV EJ w Lubminie, która była równie awaryjna jak ta w Czarnobylu... No i znajdowała się w odległości zaledwie 40 km na SE od centrum Rugii.

Wydaje mi się, że próby takie mogły być dokonywane na małych wyspach u wybrzeży Rzeszy: Rudden (N 54°12’ – E 13°46’) albo Greifswalder Oie (N 54°14′48″ - E 013°55′01″). Niedaleko, bo na zachodnim wybrzeży wyspy Uznam/Usedom znajdował się Heeres Raketen VersuchenAnstallt czyli Wojskowy Instytut Badań Rakietowych – HRVA w Peenemünde (dziś znajduje się tam Muzeum Badań Rakietowych) pod kierownictwem gen. dr inż. dypl. Waltera Roberta Dornbergera i SS-Sturmbannführera dr Wernhera von Brauna. Obie wyspy znajdują się w niewielkiej odległości od HRVA Peenemünde: Rudden – 7,5 km zaś Oie – 15,7 km. Wydaje się zatem, że test ten miał miejsce na małej wysepce Greifswalder Oie, co zgadzałoby się z relacją niemieckiego lotnika i obserwatora naziemnego SS-Obersturmbannführera Waltera Schulkego, co podaje w swych artykułach Iwan Barykin.[2]

W swych relacjach Schulke opowiada o eksperymencie z bombą o potwornej sile rażenia, który został przeprowadzony w okolicach Peenemünde. A zatem ten adres by się zgadzał. Wprawdzie Schulke mówił tam o Rugii, ale czy tak było na pewno, za to nie ręczę. Być może doszło do nieporozumienia, bowiem nazwy Rugia - po niemiecku Rügen i Rudden (Ruden) są do siebie fonetycznie podobne, a spisywał te rewelacje Rosjanin, który też mógł się przesłyszeć i zniekształcić nazwę wyspy…

A co z innymi skarbami Dolnego Śląska? Dzieła sztuki. Nie zostało ich zbyt wiele. Rozkradzione, wywiezione są teraz gdzieś na Zachodzie – w Europie i Ameryce znajdują się do dziś dnia w prywatnych kolekcjach i nie ma siły, która je stamtąd zabierze i zwróci prawowitym właścicielom. Podobnie z precjozami i kamieniami. Gemy zostały sprzedane, a precjoza przetopione. Większość poszła do skarbca Banku Watykańskiego w zamian za pomoc i ochronę zbrodniarzy hitlerowskich, którzy uciekali przed wymiarem sprawiedliwości i musieli sobie jakoś ustawić życie na wolności. Część trafiła w ręce urzędników z różnych krajów jako łapówki. To, co zostało rozkradli osadnicy i autochtoni. Nie ma więc złotych pociągów czy złotych ciężarówek. Dlatego uważam, że poszukiwania na Dolnym Śląsku są próżną robotą i niezbyt sensownym uganianiem się za ignis fatuus nazistowskiego złota…   

środa, 6 marca 2024

Złoto Führera

 


Znów oglądam programy Bogusława Wołoszańskiego o dolnośląskich skarbach zdeponowanych tam przez nazistów i ciągle odnoszę wrażenie, że poza autentycznymi skarbami zrabowanymi w całej Europie, naziści usiłowali także otrzymać złoto na drodze transmutacji pierwiastków – podobnie jak robili to w swym czasie alchemicy.

Oczywiście nie chodziło o produkcję złota przy pomocy przemian chemicznych, bo jest to niemożliwe, ale o produkcję złota na drodze przemian jąder atomowych – w reaktorach jądrowych. Na szczęście dla Ludzkości, problem polega na tym, że złoto jest niezwykle odporne na manipulacje i nie jest tak łatwo je zsyntetyzować. Przypomnijmy jego właściwości:

Złoto jest ciężkim, miękkim i błyszczącym metalem, najbardziej kowalnym i ciągliwym spośród wszystkich znanych metali. Czyste złoto ma jasnożółty kolor i wyraźny połysk, nie utlenia się w wodzie czy powietrzu. Chemicznie złoto należy do metali przejściowych i pierwiastków grupy 11. Z wyjątkiem helowców (tzw. gazów szlachetnych) złoto jest najmniej reaktywnym pierwiastkiem. Złoto długo przed okresem spisanej historii było drogocennym i poszukiwanym metalem szlachetnym używanym w biciu monet, jubilerstwie, sztuce i zdobieniach.

Złoto jest odporne na poszczególne kwasy, ale roztwarza się w wodzie królewskiej (łac. aqua regia, nazwana tak ze względu na to, że rozpuszcza właśnie złoto – metal kojarzony z władzą królewską). Roztwarza się również w zasadowych roztworach cyjanków, które były używane do wydobywania złota. Złoto rozpuszcza się również w rtęci, tworząc amalgamat. Złoto jest nierozpuszczalne w kwasie azotowym, który roztwarza srebro i inne metale, co przez długi czas było wykorzystywane jako próba na obecność złota (np. w monetach).

Metal rodzimy występuje jako samorodki lub ziarna w skałach litych, żyłach i osadach aluwialnych. Mniej powszechnie występuje jako związki złota, zazwyczaj z tellurem. […]

Szacuje się, że do końca 2022 roku w całej historii zostały wydobyte 208 874 tony złota. Odpowiada to objętości 10.800 m³ lub sześcianowi o krawędzi nieco ponad 22 m. Światowe zasoby wydobytego złota w 46% zużyte zostały w jubilerstwie, w 39% w różnych inwestycjach, a 15% na inne cele (przemysł, elektronika). Złoża złota pozostałe pod ziemią, opłacalne do wydobycia, oceniane są na 52 tys. ton. Od 2015 roku światowe wydobycie złota co roku przekracza 3 tys. ton. Przy aktualnym poziomie wydobycia znane opłacalne złoża wystarczyłyby na ok. 17 lat. […]

Jednym z głównych celów alchemików było przekształcenie różnych substancji, głównie ołowiu, w złoto. Miało odbyć się to w wyniku kontaktu danej substancji z mityczną substancją zwaną kamieniem filozoficznym. Chociaż im nigdy się to nie udało, alchemicy rozpowszechnili zainteresowanie tym co można robić z substancjami, przez co położyli podwaliny pod naukę, którą dzisiaj nazywamy chemią. Alchemicznym symbolem złota był okrąg z punktem w środku (), który był również symbolem astrologicznym i starożytnym chińskim znakiem oznaczającym słońce. Obecnie otrzymywanie złota z innych substancji jest możliwe m.in. przez przekształcenie rtęci na drodze wychwytu neutronu przez 196Hg. […]

Atom złota zbudowany jest z 79 protonów i 90–126 neutronów tworzących jądro oraz 79 elektronów (w stanie podstawowym) o konfiguracji 1s22s22p63s23p63d104s24p64d104f145s25p65d106s1 (zapis skrócony: [Xe]4f145d106s1).

Złoto ma jeden trwały izotop, 197Au, będącym jednocześnie jedynym naturalnie występującym izotopem złota. Znanych jest kilkadziesiąt radioizotopów otrzymanych syntetycznie, których masy atomowe są w zakresie od 126 do 205. Najstabilniejszym spośród nich jest 195Au, który ma czas połowicznego rozpadu, T½ równy 186,1 dni. Najmniej stabilnym jest 171Au, o T½ = 30 µs, który rozpada się w wyniku emisji protonu. Większość radioizotopów złota o masach poniżej 197 u ulega rozpadowi w wyniku kombinacji emisji protonu, rozpadu α i rozpadu β+ (antymateria!). Wyjątkami od reguły są 195Au, który rozpada się przez wychwyt elektronu oraz 196Au, który w 93% rozpada się przez wychwyt elektronu oraz w 7% przez rozpad β+.

Zostały opisane przynajmniej 32 izomery jądrowe o zakresie mas atomowych 170 do 200. W przedziale tym tylko 178Au, 180Au, 181Au, 182Au i 188Au nie mają izomerów. Najstabilniejszym jest 198mAu o T½ = 2,27 dnia. Najmniej stabilnym jest 177mAu o T½ = 7 ns. 184mAu ma trzy ścieżki rozpadu; rozpad β+, przejście izomeryczne i rozpad α.

W Polsce wydobywa się złoto jedynie ze złóż rud miedzi (w których złoto stanowi niewielką domieszkę) w rejonie Lubina, Polkowic, Rudnej. Produkcja złota odbywa się w hucie miedzi w Głogowie. Wielkość produkcji w 2015 wyniosła 2,7 tony, w 2016 r. 3,54 tony, a w 2017 r. 3,649 tony.

Wystąpienia złota współcześnie nieeksploatowane:

·     Dolny Śląsk (dorzecza rzek: Izery, Kwisy, Bobru) – przyjmuje się, że na tym terenie wydobyto w latach 1175–1240 około 50 ton złota. Obecnie, szacunki mówią o łącznie 350 tonach złota pod Dolnym Śląskiem.

·     okolice Złotego Stoku – szacuje się, iż na tym terenie wydobyto ok. 16 ton złota

·     okolice Złotoryi i Lwówka Śląskiego

·     Wielisławki

·     Wlenia - Radomice, Klecza, Pilchowice

·     okolice Bolesławca

·     Czarnów koło Kamiennej Góry

·     Radzimowice koło Wojcieszowa

·     Międzyrzecze Dolne, k. Bielska-Białej.[1]

Być może część podziemnych instalacji kompleksu Riese miała być rafinerią złota i uranu wydobywanego na Dolnym Śląsku.

Ale czy tylko wydobywanego?

Jesteśmy zdania, że chodzić może także o złoto syntetyczne – otrzymane wskutek przemian jądrowych z innych metali.

W 1924 roku, znany japoński chemik dr Hantaro Nagaoka przeprowadził eksperyment wytworzenia złota z rtęci na drodze ostrzału jader atomów rtęci-180 elektronami i uzyskania w ten sposób złota-179 wedle magicznej formuły:

180Hg + e- => 179Au + n

Udało się mu to w wyniku zastosowania napięcia 150 kV w jednym z pierwszych akceleratorów cząstek. Rozpędzone elektrony wybiły jeden lub dwa protony z jąder rtęci, w wyniku czego powstały jądra złota i platyny (Pt). Jak widzimy, elektron wniknął w jeden z protonów i atom rtęci zmienił się w atom złota-179 – tego najtrwalszego izotopu oraz neutron. Eksperyment ten ponoć powiódł się o tyle, że Nagaoka otrzymał wprawdzie ułamek miligrama złota, ale niestety – ilość zużytej energii elektrycznej wielokrotnie przekraczała wartość uzyskanego w ten sposób złota i cała sprawa wzięła w łeb. Ale jako że tonący brzytwy się chwyta, Hitler łapał się każdej możliwości by ratować idącą na dno III Rzeszę.

Cały problem polegał na tym, że III Rzesza miała tylko jeden cyklotron a USA miały ich 30. Żeby rozwinąć prace nad produkcją złota trzeba było zbudować potężne cyklotrony, które mogłyby podołać temu zadaniu. No i wybudowano – a dokładniej dwa lub cztery (co do tego nie ma pełnej zgodności) w mieście Breslau – dziś Wrocław. Być może rację ma Bogusław Wołoszański, że były to wirówki do separacji izotopów uranu, z mieszaniny których otrzymywało się pożądany izotop 235U*, który nadawał się do bomb A.  i ta wersja jest najbardziej prawdopodobna.

I tutaj pojawia się tzw. „muchołapka” vel Stonehenge Hitlera z Ludwikowic Kłodzkich. Ta zadziwiająca konstrukcja z żelbetu składa się z dwunastobocznego wieńca wspartego na tyluż słupach. Ta konstrukcja nie daje spokoju wielu badaczom i jest ona źródłem wielu hipotez, czasem nader dziwnych. W kontekście tego, co napisałem powyżej, wydaje się iż jest to nie tyle separator izotopów ale ogromnym cyklotronem służącym do bombardowania targetów z różnych pierwiastków przez strumień cząstek elementarnych rozpędzanych do prędkości relatywistycznych. Coś à la współczesne synchrofazotrony czy GHC Wielki Zderzacz Hadronów używany przez CERN… I kto wie, czy celem finalnym prac nie miała być broń D – dezintegracyjna, czyli po prostu antymateria? Wszak uczeni wiedzieli już od 1924 roku, że antymaterię – w postaci antyelektronów czyli pozytronów można było uzyskać w toku przemian jądrowych, co w praktyce uzyskano w 1932 r. Na razie wiedzieli o szybkich antyelektronach – cząstkach β+ których kolizje z elektronami dają dużą ilość energii:

e- + e+ => 2γ (1,022 GeV)

Dzisiaj źródłem pozytronów są dwa izotopy: 22Na i 68Ge, a także inne, cięższe pierwiastki.

Na plus tego rozumowania świadczy fakt, że do „muchołapki” podłączono potężne kable energetyczne, które musiały transportować ogromne ilości energii elektrycznej do elektromagnesów tego super-cyklotronu. I jest jeszcze jedno, a mianowicie – w czasach III Rzeszy wierzono, że antycząstki poruszają się wstecz strumienia Czasu. Oznaczałoby to, że antymateria zachowuje się jak kontromot i porusza się z Przyszłości do Przeszłości. Gerd Burde w swym filmie o tajemnicach III Rzeszy twierdzi wprost, że nazistowskie UFO to w gruncie rzeczy były chronołazy, którymi mogli oni przedostać się do mitycznej Atlantydy i Hyperborei… Na szczęście okazało się, że to nieprawda i antymateria nie wytwarza ani antygrawitacji i nie cofa Czasu. Tym niemniej wciąż niejasna jest sprawa tajemniczego urządzenia jakim jest Die Glocke – Dzwon, a które mogłoby być takim chronoskafem… Przypominam, że to wszystko, o czym tu piszemy, było znane i badane w latach 30. i 40. XX wieku we wszystkich laboratoriach Niemiec, Japonii, UK i USA, a więc wiodących krajów świata.

Ale to już temat z innej ballady.



[1] Wikipedia.

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

KGB, naziści i „Pusta Ziemia”

 


Nataša Slánská

 

Z archiwów KGB wyciekły tajne nazistowskie mapy z miejscem, w którym należy wejść do „Pustej Ziemi”.

Teoria, że ​​Ziemia jest w rzeczywistości pusta, z małym słońcem w centrum, które pozwala na przyjemne życie pod warstwą minerałów, była powszechna w XVIII i XIX wieku. Jednak są konspiratorzy, którzy nadal się tego trzymają. Uważa się, że Adolf Hitler również wierzył w pustą Ziemię. Mówi się, że jego naukowcy odkryli nawet miejsce w pobliżu bieguna południowego, gdzie można wejść do środka Ziemi. Dowodem na to mają wyciekłe dokumenty z archiwów KGB.

Mapy nazistowskie nie przedstawiają Antarktydy jako lodowatego, niezamieszkanego obszaru, ale jako tętniący życiem kontynent podzielony na kilka stref politycznych, w których znajdują się miasta. Oczywiście taka rzecz nie mogła istnieć na powierzchni, więc logicznie musi być reprezentacją podziemnego kontynentu.

Antarktyczny krajobraz

Niemieccy naukowcy tak, ale nie naziści

 

Całe to odkrycie ma jeden wielki haczyk. Informacje na jego temat zostały przekazane przez amerykańskiego autora, zwolennika teorii spiskowych Rodneya Cluffa, który jest odnoszącym sukcesy autorem książek opisujących atrakcyjne teorie na temat pustej Ziemi i Kosmitów, ale nie jest traktowany poważnie w świecie naukowym. Jego krytycy twierdzą, że rzekome nazistowskie mapy zostały sporządzone dopiero w latach 60. XX wieku.

Hitler wysłał ekspedycję na Biegun Południowy, ale najprawdopodobniej nie powierzył jej poszukiwań Agharty. Gdyby Pusta Ziemia naprawdę go zainteresowała, prawdopodobnie zebrałby inny zespół do jej zbadania.

Jedyny człowiek na niemieckim statku, który latem 1938 r. płynął na Antarktydę, był jedynym nazistą. Pozostali załoganci byli naukowcami, którzy nie przyłączyli się do partii nazistowskiej. Kapitan statku, sam Alfred Ritscher, był nawet żonaty z żydowską artystką i wyruszył na dobrowolną ekspedycję, aby wydobyć „świeże powietrze” z dusznego środowiska opętanych rasizmem Niemiec. Ostatecznie naziści umieścili w zespole przynajmniej jednego ze swoich ludzi, który funkcjonował tu jako rodzaj ideologicznego urzędnika. Na przykład z jego powodu załoga musiała w Boże Narodzenie słuchać audycji radiowych Adolfa Hitlera.

 

SS Schwabenland

Czego szukali Niemcy na Antarktydzie?

 

Cel wyprawy Ritschera był czysto prozaiczny. Na Antarktydzie istniało terytorium między strefami brytyjską i norweską, które jeszcze do nikogo nie należało. Hitler uznał za stosowne wziąć go dla Niemiec i oznaczyć nową kolonię metalowymi proporcami ze swastykami. Górzysty teren został faktycznie zbadany przez niemieckie samoloty, a obszar ten został nazwany Neu-Schwabenland od statku, który przywieźli tutaj naukowcy. Ale wrzucili do morza pudło z nazistowskimi odznakami. W samolocie rzekomo skończyło się paliwo i musiał się pozbyć ładunku…

Ponadto Ritscher otrzymał zadanie zmapowania akwenów dla wielorybnictwa, bo tłuszcz z wielorybów był używany do produkcji margaryny w Niemczech. Do tej pory cesarski olej wielorybi był importowany z Norwegii, co było nie tylko drogie, ale i ryzykowne. A jeśli wraz z nadejściem wojny Norwegia nie chce handlować z Niemcami? Niemcy po prostu wpadli na pomysł polowania na wieloryby osobiście i szukali do tego odpowiednich mórz. Jednak po powrocie ekspedycji do ojczyzny, Hitler stracił zainteresowanie Antarktydą. W 1939 roku skierował swoją uwagę w innym kierunku.

 

Moje 3 grosze

 

Czy aby na pewno? Na Antarktydzie powstała jednak nazistowska baza Kriegsmarine, o czym mówi się już od dawna. W bazie tej miano ukryć Führera III Rzeszy, ale klimat mu nie odpowiadał, więc zabunkrował się w pobliskiej (i cieplejszej) Argentynie. Tym niemniej należałoby dokładnie przeszukać wybrzeża Nowej Szwabii (Ziemia królowej Maud), bo tam mogłyby się znaleźć składy skarbów zrabowanych w Europie. Nie na Dolnym Śląsku, nie w Niemczech, ale właśnie tam, najbardziej bezpiecznym miejscu świata, gdzie nikt by ich nie szukał.

I tam należałoby szukać złotych pociągów, a raczej złotych U-bootów Hitlera…    

 

Źródła: www.history.com,  www.u.osu.edu i https://www.msn.com/cs-cz/zpravy/historie/z-archiv%c5%af-kgb-unikly-tajn%c3%a9-nacistick%c3%a9-mapy-s-m%c3%adstem-pro-vstup-do-%e2%80%9edut%c3%a9-zem%c4%9b%e2%80%9c/ar-AANnfVH?ocid=sf

Przekład z czeskiego – ©R.K.F. Leśniakiewicz

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Atomowy program Hitlera (2)

 


Drugą zagadką jest legenda o złocie Wrocławia. Otóż Gauleiter Dolnego Śląska – SS-Gruppenführer a późniejszy SS-Reichsführer Karl Hanke wydał polecenie zebrania wszelkich depozytów bankowych (7 ton!) i innych cennych rzeczy od mieszkańców Festung Breslau w budynku Prezydium Policji – dziś KWP – po czym skarb ten w postaci kilkudziesięciu skrzyń i skrzynek został wywieziony w niewiadomym kierunku i przepadł. Do dziś dnia. Skarb miał zostać zgromadzony w budynku prezydium policji przy Podwalu. Następnie przewieziony z Wrocławia w kierunku Jeleniej Góry. Po przejechaniu przez Złotoryję, po kilku kilometrach – w okolicy Nowego Kościoła, ślad miał się urwać… Według innych, konkretnie samego Herberta Klosego (oficera policji wrocławskiej i świadka koronnego), w ostatnich dniach grudnia wywieziono z miasta kilkanaście ciężkich metalowych i drewnianych skrzyń do dwóch metrów długości. Wwożono złoto Wrocławia na Śnieżkę, ale w czasie transportu Klose spadł z konia, uderzył się w głowę i nie pamięta dalszego ciągu wydarzeń. To dość mało prawdopodobna wersja. Trzej pozostali oficerowie zostali podobno rozstrzelani.

Klose wymienia siedem miejsc, gdzie może ukrywać się złoto Wrocławia – każde zostało przeczesane przez miłośników skarbów. Są to:

1.      Cieplice (dzielnica Jeleniej Góry),

2.     Ostrzyca Proboszowicka (najwyższy wulkan w Polsce na Pogórzu Kaczawskim między Złotoryją i Jelenią Górą),

3.     zamek Grodziec,

4.    góra Ślęża zwana śląskim Olimpem,

5.     podziemia Twierdzy Kłodzko,

6.    Śnieżka (która miała być zajęta przez Niemców i której dotyczy mało prawdopodobna historia o upadku z konia), a także…

7.     …góra Wielisławka.[1]    

Skarby Wrocławia miały być tam ukryte i czekać na powrót nazistów na Dolny Śląsk. Pięknie – tylko coś mi tu się nie zgadza. Skarby ukryto tak dobrze, że do dziś dnia ich nie znaleziono, a jeżeli nawet zlokalizowano, to nie da się ich wydobyć, bo są zasypane tysiącami ton ziemi i skał czy zalane tysiącami ton wody, a na dodatek zabezpieczone systemami min pułapek i/albo fugasami chemicznymi. Ich po prostu nie da się wydobyć. I kwita!

Jaki jest sens tak ukrywać skarby?

Prawda musi być inna.

Osobiście jestem zdania, że to, co zawierały skrzynie we wrocławskim Prezydium Policji nie miało nic wspólnego ze złotem i kosztownościami. To musiało być równie cenne i ważne jak złoto. To były maszyny i urządzenia z hitlerowskiego programu badawczego – wcale nie musiał to być program atomowy – prowadzonego w tych dwóch wieżach. Znając nazistowskie wariactwa można śmiało przypuszczać, że mogło to być coś innego – np. zderzacz cząstek, cyklotron, albo maszyna czasu…

Nie, nie żartuję. Maszyna czasu, czasolot, chronoskaf, chronopenetrator, chronobus… Takim chronomotem mógł być legendarny i przez niektórych obśmiany Die Glocke – Dzwon. Latało to-to słabo, ale za to przemieszczało się w Czasie. Ponoć jeden z nich wylądował w amerykańskim Kecksburgu, PA, w dniu 9.XII.1965 roku, a zatem w 20 lat po wojnie...

Badanie incydentu w Kecksburgu od początku stanowiło duży problem. Policja i wojsko zaprzeczały, by cokolwiek znaleziono a gazeta „Tribune-Review” z Greensburga, która opisała zdarzenie ze wszystkimi dziwnymi szczegółami, w kolejnym wydaniu opublikowała (prawdopodobnie wymuszone) dementi, stwierdzając, że w lesie upadł meteoryt.

Dziennikarz John Murphy intensywnie badał sprawę z zamiarem przedstawienia wyniku swoich ustaleń w radiowym reportażu „Obiekt w lesie”. Na krótko przed tym Murphy’ego odwiedzili funkcjonariusze służb specjalnych, którzy wymusili na nim zwrot najcenniejszych materiałów. Po wyemitowaniu ocenzurowanej i okrojonej wersji reportażu Murphy stracił zapał do dalszego badania sprawy i niechętnie o niej mówił. Zmarł w 1969 podczas wakacji w okolicach miasta Ventura w Kalifornii, potrącony przez niezidentyfikowanego kierowcę.

Ufolog Stan Gordon dotarł do oficjalnych dokumentów na temat incydentu w Kecksburgu, które były przechowywane przez Siły Powietrzne USA. Wynikało z nich, że zdarzeniem interesowały się różne ośrodki zaczynając od Dowództwa Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej (NORAD) na Centrum Kosmicznym Johna F. Kennedy’ego (KSC) kończąc, musiało więc mieć ono duże znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego. Z tych dokumentów wynika że o 2:00 w nocy odwołano poszukiwania, niczego nie znajdując i że forsowane przez wojsko i władze wytłumaczenie mówiło o obserwacji meteoroidu.

W 1966, a więc rok po incydencie, badacz zjawisk niezwykłych Ivan T. Sanderson, sporządził dokładną analizę obserwacji bolidu, które poprzedzały zdarzenie w Kecksburgu. Doszedł on do wniosku, że jasny obiekt, pozostawiający wyraźną smugę dymu, był widoczny aż przez sześć minut. Poruszał się wolniej niż spadająca gwiazda, ale zbyt szybko jak na samolot i bez wątpienia to on spadł do lasu koło farmy Frances Kalp. Na przestrzeni lat pojawiali się wojskowi oferujący różnego rodzaju przecieki. Jeden z nich twierdził, że widział „metalowy żołądź” w bazie lotniczej we wsi Lockbourne w stanie Ohio a drugi, że w bazie Wright-Patterson niedaleko Dayton również w Ohio.

Ekspert od technologii kosmicznej James Oberg zasugerował, że za incydent w Kecksburgu odpowiedzialne były szczątki radzieckiej sondy kosmicznej Kosmos 96, która wystartowała z zamiarem dotarcia do Wenus, ale nie zdołała opuścić orbity okołoziemskiej w wyniku usterki. Sonda miała kształt stożka, ale była znacznie mniejsza od tego z Pensylwanii. Zgodnie z raportem United States Space Command (USSPACECOM), szczątki radzieckiej sondy spadły w Kanadzie kilkanaście godzin przed incydentem w Kecksburgu. Specjalista NASA Nicholas L. Johnson zajmujący się między innymi kosmicznymi śmieciami wykluczył, by te dwie sprawy cokolwiek łączyło.

Dziennikarka Leslie Kean wygrała z NASA proces o udostępnienie informacji na temat incydentu w Kecksburgu. Poszukiwania dokumentów, nadzorowane przez sąd, zakończono w 2009, a wnioski Kean opisała w specjalnym raporcie w którym nie znalazły się żadne nowe ustalenia. NASA miała obowiązek badać przypadki katastrof zagranicznych statków kosmicznych na terytorium Stanów Zjednoczonych, ale w sprawie incydentu w Kecksburgu agencja miała niewiele do powiedzenia. Według Leslie Kean i innych ufologów w Kecksburgu nie rozbił się radziecki statek kosmiczny ale jakiś tajny pojazd amerykański generujący promieniowanie radioaktywne.[2]

Takie postawienie sprawy: nazi-UFO vel V-7 = czasolot wyjaśnia, czego tak naprawdę szukali niemieccy naukowcy w Tybecie, Skandynawii, Ameryce Pd. i Egipcie. Oczywiście szukali śladów dawnych Ariów i Atlantydów – co twierdzili wprost i jawnie. Tajną częścią ich misji było poszukiwanie śladów… hitlerowskich chrononautów w dalekiej Przeszłości. Dlatego tak uporczywie badali symbolikę i wierzenia dawnych ludów. Dlatego tak badali parametry fizyczne ciał ludzi zamieszkałych na tamtych terenach. Szukali po prostu śladów swych rodaków! A  że to wariactwo? – no cóż – w tym szaleństwie była metoda…

Ale wracajmy na ziemię. Obawiam się, że prawda wyglądała inaczej – skrzynie ze skarbem Wrocławia – czyli aparaturą z obu wież – zostały przewiezione na czekającą na nie barkę i spławione Odrą do Berlina czy Świnoujścia – i albo zostały przekazane Amerykanom w zamian za nietykalność, albo wywiezione do Ameryki Pd. NB., podobnie było z ucieczką Führera – co opisałem wcześniej.[3] Hitler po prostu uciekł z Berlina pod koniec kwietnia 1945 roku i też korzystał w drogi wodnej. Anglicy i Amerykanie okładali bombami drogi i koleje, zapominając o rzekach. Wystarczyła szybka łódź motorowa i Hitler bezpiecznie ląduje w Hamburgu, a stamtąd U-bootem udaje się do Ameryki Pd. Istnieją bardzo wyraźne poszlaki, że Hitler znalazł schronienie w Chile.[4]  

Ale to już temat z innej ballady.