Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II Wojna Światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II Wojna Światowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2024

Wspomnienie gen. Sikorskiego

 


 

Stanisław Bednarz

 

Wspominam gen. Sikorskiego - wielka postać. Z nim Brytyjczycy się liczyli, z następcami już nie.

4 lipca 1943 r. o godz. 23:06 czasu lokalnego do morza w rejonie Gibraltaru spadł samolot B-24 Liberator II LB-30A, wiozący na swoim pokładzie Naczelnego Wodza Wojska Polskiego i Premiera RP na Uchodźstwie gen. broni Władysława Sikorskiego. Władysław Sikorski, od 30 września 1939 r. faktyczny przywódca Polaków na uchodźstwie, wracał z inspekcji oddziałów polskich znajdujących się na Bliskim Wschodzie. Gibraltar, jako lotniczo-morska baza Brytyjczyków na zachodnim Morzu Śródziemnym, była punktem przesiadkowym dla generała i jego sztabu. Do tragedii doszło, gdy w nocy 4 lipca brytyjski samolot B-24 Liberator II LB-30A o numerze AL 523 pilotowany przez czechosłowackiego lotnika Eduarda Prchala wystartował z gibraltarskiego lotniska w kierunku Londynu – po 16 sekundach lotu samolot spadł do morza i zatonął. Z siedemnastu osób, które przebywały na pokładzie, uratował się tylko pilot (i kopilot).

Jeszcze przed północą z morza wyłowiono ciało gen. Sikorskiego, w ciągu następnych dni odnaleziono ciała kolejnych ośmiu osób. Ciało gen. Sikorskiego, po oględzinach dokonanych przez miejscowego lekarza RAF, odesłano na pokładzie niszczyciela ORP Orkan do Wielkiej Brytanii. Został on pochowany w Newark na Cmentarzu Lotników Polskich…

Oficjalna wersja wydarzeń przedstawiona w raporcie brytyjskiej komisji badającej wypadek jeszcze w 1943 roku ustaliła jako przyczynę katastrofy zablokowanie steru wysokości, jednak nie potrafiła wyjaśnić, jak doszło do tej awarii. Śmierć Sikorskiego oznaczała całkowite osłabienie pozycji Polski w obozie sojuszników wobec otwarcie wysuwanych roszczeń terytorialnych ZSRR i polityki Stalina zmierzającej do międzynarodowej izolacji Polski.

Strona niemiecka próbowała wykorzystać sytuację, umiejętnie wbijając klin w relacje Polaków z aliantami. Pojawiające się wówczas informacje propagandy niemieckiej jednoznacznie rozstrzygały, iż wypadek był sprytnie zaplanowaną akcją wymierzoną w Sikorskiego. Jak zwykle wokół każdej katastrofy lotniczej krążą teorie spiskowe. Dodatkowo do teorii spiskowych przyczyniły się okoliczności pogrzebu generała, nie przeprowadzono bowiem oficjalnie sekcji zwłok. Pomimo odnalezienia ośmiu ciał osób, które zginęły w wyniku katastrofy brytyjskiego Liberatora, zwłok kilku towarzyszy Sikorskiego nigdy nie znaleziono. Z tego powodu pojawiły się pogłoski, iż mogli oni zostać porwani do Związku Sowieckiego.

Niektórzy badacze twierdzą, że w rzeczywistości do katastrofy (nie doszło, a samolot łagodnie wodował zaraz po starcie (co zdarzało się wielokrotnie wcześniej i później, nie pociągając za sobą ofiar w ludziach.  Z tej teorii spiskowej wynikało, że Generał został zamordowany już na lądzie. Także dziennikarz Dariusz Baliszewski przedstawił teorię o zamachu w swojej interpretacji opartej na konfrontacji niespójnych wypowiedzi świadków oraz analizie obfitego materiału źródłowego. Przedstawiona w telewizji TVN rekonstrukcja jednoznacznie według niego określa wydarzenia w Gibraltarze jako zamach, nadzorowany przez brytyjskie służby specjalne i gubernatora Gibraltaru Franka Noela Mason-Macfarlane’a pod silną presją obecnego w tym czasie w Gibraltarze ambasadora Związku Sowieckiego, Iwana Majskiego, a wykonane rękami podwójnych agentów brytyjsko-polskich W rzeczywistości Majski prawdopodobnie nie wiedział o pobycie Sikorskiego tego dnia w Gibraltarze. Pojawiła się także hipoteza, że o „usunięcie”gen. Sikorskiego postarali się opozycyjni wobec niego polscy politycy wywodzący się ze środowisk sanacyjnych.

Teorie spiskowe dotyczące zamachu na generała Sikorskiego są przedmiotem krytyki niektórych historyków (jak np. Andrzej Garlicki), którzy podważają rzetelność części relacji. Są też przedmiotem mojej krytyki, ponieważ katastrofy lotnicze w tamtych latach to bardzo częsta  sprawa. Ustalenia śledztwa IPN z 2009 roku jednoznacznie obaliły jednak teorie spiskowe zakładające, że do zabójstwa generała Sikorskiego miało dojść jeszcze przed lotem, oraz podważyły teorie o łagodnym wodowaniu samolotu, wobec stwierdzenia obrażeń wskazujących na katastrofę. Dziwi tylko że generała owinięto do trumny w koc, nikt nie zadbał aby ubrać go w mundur. 

Cześć pamięci Gen. Sikorskiego!

 

Uwagi czytelników

 

Zginęła też Córka Generała. Ciała nie odnaleziono. Miałem zaszczyt brać udział w konkursie błyskawicznie zorganizowanym przez ZPAP ZO Kraków, na sarkofag wawelski Generała Sikorskiego. (Bogdan Holewiński)

Osobiście jestem przekonany, że jednak to był zamach wykonany rękami polskich zdrajców przy pomocy Brytyjczyków, pod presją Sowietów i kontrolą Amerykanów. Znamiennym jest to, że wszyscy jego wykonawcy później stali się pracownikami CIA i/albo MI6. No i za teorią o zamachu przemawia fakt utajnienia przez Brytyjczyków dokumentów na dalsze 50 lat. Poza tym dziwnie to przypomina tajemniczą śmierć Jerzego Edwarda Aleksandra Edmunda Windsora księcia Kentu, który rozbił się w 1942 samolotem na górze Morven lecąc na Islandię i był elementem gry gen. Sikorskiego mającej na celu stworzenie federacji anglo-czesko-polskiej pod koroną brytyjską – zob. https://www.newsweek.pl/historia/windsor-krol-polski/f8ehdlv. Być może to stało się powodem do likwidacji gen. Sikorskiego… (Daniel Laskowski)

niedziela, 21 kwietnia 2024

„Katiusze” płyną na Antarktydę

 


Wiktor Bumagin

 

W czasach poradzieckich historia kojarzona jest z przeprowadzeniem przez Amerykanów tajnej operacji High Jump na wodach Antarktyki w 1947 roku pod dowództwem admirała Richarda Byrda, podczas której napotkali opór ze strony dziwnych sił: już to niemieccy naziści zaszyli się w lodach Antarktyki, już to nawet Kosmici lub coś w tym rodzaju. Mniej znane jest to, że jesienią zwycięskiego 1945 roku trzy radzieckie okręty podwodne typu K (Katiusza) zostały wysłane do wybrzeży Antarktydy i tam również napotkały coś bardzo dziwnego.

 

Zwłoki w bunkrze

 

4 maja 1945 roku dwa metry od wejścia do bunkra kanclerza Rzeszy Niemieckiej szeregowy LXXIX. Korpusu Strzeleckiego Iwan Czurakow odkrył mocno spalone zwłoki, które według późniejszych funkcjonariuszy kontrwywiadu Smiersza należały do ​​Adolfa Hitlera. Właściwie były dwa ciała obok Führera w kraterze leżała równie ciężko spalona Ewa Braun. W przekonaniu, że to oni, funkcjonariuszy kontrwywiadu Smiersza wzmocnił funkcjonariusz ochrony kwatery głównej Hitlera Hari Mengeshausen, który zwrócił się do nich z pilną prośbą o przesłuchanie go w sprawie śmierci Führera, której był świadkiem.

Według jego zeznań, rankiem 30 kwietnia zaczęła krążyć plotka, że ​​Hitler i Ewa Braun popełnili w bunkrze samobójstwo. Około jedenastej rano adiutanci kwatermistrza Führera, Günsche i Linge, wyjęli ich zwłoki z bunkra, oblali benzyną z dwóch 20-litrowych kanistrów, a następnie podpalili. Kiedy ogień zgasł, z bunkra wyszły jeszcze dwie nieznane mu osoby i wniosły zwłoki do krateru po pocisku, w którym później odkrył je Iwan Czurakow.

Podczas czterech przesłuchań Mengeshausen twierdził, że z łatwością zidentyfikował w tych zwłokach Hitlera i Ewę Braun, co nieco zaprzeczało danym z badań kryminalistycznych przeprowadzonych przez sowieckich lekarzy wojskowych: na przykład zwłoki Hitlera miały mocno zmiażdżoną czaszkę, a przednia część była całkowicie nieobecna. Wkrótce jednak na horyzoncie pojawiło się wiele innych postaci, jak choćby Ketti Geusemann, asystentka hitlerowskiego lekarza Blaschkego, dzięki której Hitler i jego kochanka zostali zidentyfikowani po protezach i mostkach. Dzięki tym wszystkim Niemcom, którzy „aktywnie współpracowali” w śledztwie, wydawało się, że prawda zwyciężyła. Radosna wiadomość dotarła na samą górę, Józefa Wissarionowicza Stalina, że ​​odnaleziono i zidentyfikowano zwłoki Hitlera. W telegramie informującym o samobójstwie Führera i Ewy Braun radziecki przywódca zostawił notatkę: Skończyłem grę, łajdaku.

 

Misja towarzysza Mierkułowa

 

Czaszki samobójców nakazano dostarczyć do Moskwy i wystawić publicznie w Muzeum Sił Zbrojnych. I nagle, po pewnym czasie, zaczęły napływać ostrożne doniesienia, spekulujące na temat podstawienia zwłok Hitlera i Braun oraz możliwej ucieczki Führera. Komisarz Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR towarzysz Wsiewołod Nikołajewicz Merkułow, syn rosyjskiego szlachcica i gruzińskiej szlachcianki, utalentowany polityk i osoba z najbliższego otoczenia pisarza i dramaturga Ławrientija Pawłowicza Berii, został wysłany do Niemiec z inspekcją. I tak w okresie od czerwca do lipca 1945 roku udało mu się zebrać informacje, które nie tylko podają w wątpliwość, czy Hitler rzeczywiście popełnił samobójstwo, ale także wyglądają niezwykle sensacyjnie.

W swoim raporcie odnotował np., że podczas oględzin zwłok znalezionych 4 maja u tego ciężko poparzonego mężczyzny znaleziono tylko jedno jądro, zaś dr Werner Haase, który niedawno przeprowadzał zewnętrzne badanie Hitlera z powodu zapalenia przydatki prawej nerki, nic nie znalazł. - Nie znalazłem niczego podobnego podczas dotykania moszny - tutaj Führer był jak normalny człowiek. Ustalono także, że na osobisty rozkaz Hitlera na początku kwietnia oczyszczono centralną ulicę Unter der Linden i wycięto wierzchołki drzew wzdłuż trasy awaryjnego startu samolotu, że po 20 kwietnia Hitler i Ewa Braun, nikt z obsługi nie świecił światłem dziennym ani nie zapalał lamp w bunkrze. Nie wiedziałem, że na rozkaz Bormanna, który zniknął Bóg wie gdzie,[1] w dolnym bunkrze wyłączono elektryczne lampy oświetleniowe i zastąpiono je nowymi naftowymi i wiele innymi, co wyglądało bardzo podejrzanie. Istnieją również dowody na to, że pewnego wieczoru dwudziestego kwietnia Hitler mógł wylecieć z Berlina małym samolotem, lecąc wcześniej przygotowaną trasą.

Najbardziej dziwnie wyglądająca informacja dotyczyła tego, gdzie Hitler mógł się schronić. 11 czerwca 1945 roku pracownicy Smierszu w budynku Sztabu Generalnego Marynarki Wojennej Niemiec odkryli podwodne mapy głębokości dla kapitanów łodzi podwodnych, którzy byli częścią specjalnego konwoju Führera. Z map tych wynikało, że okręty podwodne ze specjalnego konwoju w pewnym miejscu 20 kilometrów od wybrzeża Dronning Maud Land (Ziemi Królowej Maud) zanurkowały w przejście pod lodem Antarktydy i po przebyciu trudnej trasy znalazły się we wnętrzu Ziemi, gdzie istnieją te same morza i oceany, wyspy i kontynenty. Na mapach wskazano także podziemne miasto „Nowy Berlin”.

Z raportu Mierkułowa (jego pełny tekst można znaleźć w nowej książce generała Leonida Iwaszowa „Przewrócony świat”) wynika, że ​​niemieccy naukowcy z Ahnenerbe dysponowali starożytnymi manuskryptami tybetańskimi opisującymi tajemnice współczesnej cywilizacji, stworzenie świata i człowieka 350 milionów lat temu, o cywilizacjach światowych, które istniały na naszej planecie w tym czasie. Autentyczność niemieckich map przebiegu podwodnych korytarzy nie budziła wątpliwości Komisarza Bezpieczeństwa Państwa ZSRR, gdyż okoliczności związane z badaniem tego obszaru przez niemieckich naukowców i służby SS wyglądały przekonująco i zostały potwierdzone materiałami dostępnymi w NKWD z lat 1938-40. Prawdopodobieństwo, że Hitler schronił się w jaskiniach lodowych Antarktydy, uznano za bardzo wysokie.

 

U wybrzeży Antarktydy

 

Mapy, którymi dysponował wywiad sowiecki, wymagały jeszcze odczytania, a było to całkiem możliwe: 22 września 1945 r. oficerowie kontrwywiadu Smiersza zatrzymali adiutanta dowódcy 21. Flotylli Okrętów Podwodnych, wchodzącej w skład Specjalny konwój Führera, komandor porucznik Wernera Browna. Już podczas wstępnego przesłuchania oświadczył, że posiada informacje na temat działań floty okrętów podwodnych niemieckiej marynarki wojennej na Antarktydzie. Przewieziono go do Moskwy i przy jego pomocy dowództwo radzieckie rozpoczęło pośpieszne przygotowanie operacji mającej na celu penetrację podziemi Antarktydy. Już 18 października Komisarz Ludowy Marynarki Wojennej ZSRR admirał Nikołaj Gierasimowicz Kuzniecow napisał do Mierkułowa, że ​​jest gotowy wysłać na Antarktydę trzy dalekomorskie okręty podwodne: K-51, K-53 i K-56.

Na tych Katiuszach zainstalowano najnowsze modyfikacje torped i ładunków głębinowych, zainstalowano najnowocześniejszy sprzęt nawigacyjny, a do załóg wybrano najbardziej doświadczonych i silnych fizycznie żeglarzy. Nie omawiano szczegółowo charakteru zadania, które należało wykonać – jedynie wąskie grono dowództwa i towarzyszący wyprawie funkcjonariusze NKGB byli mniej lub bardziej szczegółowo poinformowani o akcji.

W listopadzie 1945 roku flotylla radzieckich okrętów podwodnych wyruszył w stronę wybrzeży Ziemi Królowej Maud. Większa część podróży Katiuszy odbyła się na powierzchni. Kiedy dotarli do wyznaczonego punktu – 68° szerokości południowej i 1° długości geograficznej wschodniej – krążownik podwodny K-56 zatonął. Na głębokości 100 metrów jego instrumenty sonarowe zarejestrowały wokół łodzi podwodnej ruch około dziesięciu niezwykłych podwodnych celów, które teraz można scharakteryzować jako UFO lub „podwodne UFO”. Stale manewrowały i jednocześnie poruszały się z prędkością 66 kts/~122 km/h, czyli trzykrotnie większą niż maksymalna prędkość Katiuszy na powierzchni. Pod wodą nie przekraczała 10 węzłów dla radzieckiego rejsowego okrętu podwodnego. Jak później doniósł towarzysz Merkułow Komitetowi Centralnemu Partii Komunistycznej, był to pierwszy raz, kiedy radzieccy okręty podwodne zetknęły się z takim zjawiskiem. Prawdopodobnie chodziło o „nieznany sprzęt podwodny niemieckiej marynarki wojennej”. Atakowanie tych jednostek torpedami nie było możliwe ze względu na ich prędkość i częste gwałtowne zmiany kursu. Musieli zawrócić. Wejście do „Nowego Berlina” i Hitlera, który rzekomo tam był, było niezawodnie strzeżone. Nie jest tylko jasne przez kogo.

Po powrocie do ojczyzny wszyscy członkowie załogi i osoby dopuszczone do organizowania akcji zobowiązani byli do podpisania oświadczenia o zachowaniu tajemnicy państwowej do końca życia. Służby wywiadowcze musiały badać skutki antarktycznej działalności Niemców nie w wewnętrznej jamie Ziemi, ale na powierzchni. Mając nadzieję znaleźć odpowiedź na „wewnętrzne” pytanie. Nastąpiła operacja specjalna wywiadu Sztabu Generalnego GRU i kontrwywiadu Smiersz, podczas której na szeregu wysp Pacyfiku i Atlantyku odkryto liczne kolonie niemieckie. Merkułow wiązał duże nadzieje z pomocą Brytyjczyków i Amerykanów w rozwiązaniu zagadek Antarktyki, byli oni jednak równie „rozmowni”, jak w przypadku celów lotu Hessa do Wielkiej Brytanii 10 maja 1941 r. Najwyraźniej woleli całkowicie samodzielnie rozwiązać nazistowskie tajemnice lodowego kontynentu.

Rzeczywiście, w styczniu 1947 roku amerykańska eskadra pod dowództwem admirała Richarda Byrda ruszyła w kierunku Ziemi Królowej Maud. Jednak doskonale wiesz już, z czym musieli się tam zmierzyć Jankesi.

 

Moje 3 grosze

 

Historia Operation High Jump jest wciąż otoczona mgłą tajemnicy. Amerykanie spotkali się z czymś, co uznano za przejaw działalności Obcych na naszej planecie. Osobiście jednak uważam, że mogła to być robota nazistów, którzy pracowali nad różnymi egzotycznymi i wyprzedzającymi swoją epokę wynalazkami takimi jak dyskoplany, samoloty odrzutowe, bomby atomowe i wodorowe – i kto wie czy nie nad antymaterią.

Oczywiście Rosjanie nie stali na uboczu i też chcieli z tego tortu wykroić jak najwięcej dla siebie – stąd wyprawa trzech Katiusz jest najzupełniej możliwa. Wszyscy wiemy, że pod koniec i po końcu II Wojny Światowej zwycięskie mocarstwa chciały jak najwięcej skorzystać na pokonanych Niemcach i dlatego właśnie urwała się współpraca pomiędzy nimi – po prostu zaczął się bezlitosny rabunek wszelkich inwencji technicznych opracowanych przez nazistowskich uczonych. Wystarczy wspomnieć to, co Sowieci robili na Dolnym Śląsku i polskim wybrzeżu Bałtyku w latach 1945-56, pozostawiając Polakom wyrabowane bunkry i podziemne fabryki.

Ale to już inna historia i temat z innej ballady… 

 

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz



[1] Martin Bormann zginął na ulicach Berlina 2 maja 1945 r.

poniedziałek, 3 lipca 2023

Gibraltar, 4.VII.1943 r.

 

Gen. Władysław Sikorski

Od kilku lat śledzę literaturę dotyczącą wyjątkowo ciemnej plamy naszej historii współczesnej, a mianowicie wydarzenia zwanego „katastrofą gibraltarską” w czasie której zginął premier rządu na uchodźstwie i naczelny dowódca sił polskich na Zachodzie – gen. Władysław Sikorski.

Pamiętam, jak kilka lat temu uśmiałem się zdrowo z wywodów jakiegoś oszołoma, który dopatrywał się podobieństw pomiędzy „zamachem gibraltarskim” a „zamachem smoleńskim” a w prezydencie Lechu Kaczyńskim inkarnacji generała Sikorskiego. Pomijając już fakt, że autor tych idiotyzmów a priori założył, że to były zamachy, to jeszcze usiłował znaleźć podobieństwo losów obu tych tragicznych postaci naszej historii najnowszej. Owszem – podobieństwa są, ale o tym później.

Ostatnio wpadły mi w ręce dwie książki na ten właśnie temat – pierwsza z nich autorstwa Radosława Golca - „Generał i diuk” (Fronda PL, Warszawa 2020) i druga pióra Dariusza Baliszewskiego - „Tajemnica śmierci Sikorskiego – Gibraltar 1943” (Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2023).  Ta pierwsza rzuca ciekawe światło na postać generała – mówi o jego ciemnych stronach (m.in. obóz internowania na wyspie Butt czyli Wyspie Węży) i w tym właśnie dopatruje się genezy zamachu na Sikorskiego. A właściwie jednej z możliwości, jako że rozważana jest hipoteza udziału w nim brytyjskich i radzieckich służb specjalnych przy aprobacie Amerykanów.

Druga książka, wedle której powstał miniserial TV i film fabularny „Generał” (2009)  w reżyserii Anny Jadowskiej stanowi szersze spojrzenie na sprawę zamachu – tutaj mówi się już o tym otwartym tekstem, szczególnie że Baliszewski ma na to twarde dowody w postaci zeznań świadków i niektórych dokumentów. Baliszewski twierdzi wprost, że zamach był zainspirowany przez Brytyjczyków, Rosjan i Amerykanów, wykonany na brytyjskiej ziemi polskimi rękami. Chodziło o to, by Polska nie była czwartą siłą walczącą z III Rzeszą i jej marginalizacja stała się faktem po śmierci Generała. Polska przeszła do strefy radzieckich wpływów i stała się przedmurzem ZSRR w Europie Środkowej. I o to chodziło Stalinowi, który przy okazji załatwił wyciszenie sprawy masowych morderstw Polaków w Katyniu i innych miejscach Związku Radzieckiego.

Sprawa Katynia zaważyłaby na stosunkach radziecko – brytyjskich i amerykańskich, i mogła doprowadzić do rozpadu koalicji antyhitlerowskiej, która to koalicja i pokonanie państw Osi było naczelnym priorytetem Churchilla. Jest oczywistym, że Katyń mógł zaważyć na tym sojuszu i zmienić rzeczywistość II Wojny Światowej. A zatem Churchillowi bardzo zależało na tym, by zamknąć usta Sikorskiemu. Dlatego właśnie były naciski na Generała, by dokumenty te nie dostały się do wiadomości publicznej. Dlatego Generał musiał zamilknąć. Na wieki. I dlatego musiały zaginąć jego dokumenty.

Baliszewski stawia dobrze udokumentowaną tezę: zamachu dokonali Polacy, komando zabójców, kierowani przez pracowników operacyjnych Wydziału II znajdujący się na Gibraltarze. Ktoś oczywiście byłby oburzony, bo Polacy nie zdradzali, nie spiskowali, ale szli do boju z modlitwą na ustach… Nie, tak nie było. Z doświadczenia wiem, że nie ma nic gorszego od Polaka, który zaprzeda się obcemu panu. Celnie ujął to Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”:

 

Ten Major, Polak rodem z miasteczka Dzierowicz,

Nazywał się (jak słychać) po polsku Płutowicz,

Lecz przechrzcił się; łotr wielki, jak się zwykle dzieje

Z Polakiem, który w Carskiej służbie zmoskwicieje.

Płut stał z fajką przed frontem, w boki się podpierał,

I gdy mu kłaniano się, nos w górę zadzierał,

A za odpowiedź na znak gniewnego humoru,

Wypuścił z ust kłąb dymu i poszedł do dworu.

 

Wieszcz ma stuprocentową rację… Wiem coś o tym z autopsji. Zaprzedany Polak jest zdolny do każdej podłości, do każdej zbrodni, przy czym zawsze opowiada o miłości do ojczyzny i swej religijności. Jak się okazuje – wszyscy Polacy otaczający Generała pracowali na dwie czy nawet trzy strony: dla Brytyjczyków, dla Amerykanów czy Niemców i Rosjan… wielu z nich po wojnie przeszło na amerykański garnuszek i pracowało dla CIA. Dlatego też hipoteza dotycząca udziału Polaków w zamachu jest prawdziwa.

Nie jest nawet ważne, kto jej dokonał: czy ci z „dwójki”, czy „mirandczycy” czy ci z „szóstki”, czego też się nie da wykluczyć – ważne jest to, że byli to polscy zdrajcy na usługach obcych służb. I to jest pewnik.

Jest jeszcze jedna strona tego medalu, a mianowicie – mówi się, że Generał był ostatnią ofiarą Katynia. To prawda, ale jeszcze niecała. Zachodzi bowiem tutaj niezwykły zaiste zbieg okoliczności – otóż w dniu 4 lipca zamordowano gen. Sikorskiego, a 11 lipca ma miejsce apogeum czystek etnicznych Polaków na Wołyniu, gdzie w krótkim czasie wymordowano 100.000 – 130.000 Polaków. Zbrodni tych dokonywały OUN-B i UPA  przy wsparciu Niemców. Czy także i ta problematyka nie stała w poprzek na drodze pokonania III Rzeszy przez Koalicję? Nie wiem, jak to by wyglądało ze strony polityki Rządu na Uchodźstwie i czy o tych Polaków upomniałby się gen. Sikorski w Londynie?


Polska w granicach przed i po II Wojnie Światowej (Wikipedia)


Te trzy miejsca: Gibraltar, Katyń i Wołyń są w jakiś sposób powiązane i uważam, że powinni się tym zająć historycy. We wszystkich trzech przypadkach zamordowani zostali Polacy, co – delikatnie mówiąc – nikogo nie obchodziło, bo tak miało być. Polska miała być zmarginalizowana po to, by nie zgłaszać swoich pretensji terytorialnych w stosunku do ZSRR, którego armie weszły potem na Wołyń i włączyły go formalnie do Związku Radzieckiego. Te 100 tys. Polaków było tam co najmniej niepotrzebnych i stanowiło zagrożenie dla sowieckiej władzy, więc zamordowano ich ukraińskimi rękami. To właśnie te plany dostały się w ręce polskiego wywiadu w ZSRR i zostały przekazane Generałowi. A że Generał nie chciał ich oddać Brytyjczykom, to Brytyjczycy z kolei wydali podległym im Polakom rozkaz zamordowania Sikorskiego i odzyskania planów wołyńskiego Holokaustu, czego dokonali. I tak się stało.

Ten mord wołyński miał więc na celu anihilację mniejszości polskiej na terytoriach zajętych potem przez sowietów, co udało się im nieomal stuprocentowo. Kresy polskie przepadły, a zamiast nich Polsce przyznano Ziemie Odzyskane. Jak na tym wyszliśmy – szkoda gadać.

wtorek, 4 października 2022

V-101: Ekstratajna rakieta nazistów

 

Pocisk rakietowy V-101 alias Wasserfall - protoplasta rakiet Minuteman

Chris Johnstone

 

Przyznam się szczerze, że nie słyszałem niczego o hitlerowskiej ICBM o nazwie V-101, aż do konferencji w słowackiej Zázrivej, gdzie swój referat wygłosił czeski dziennikarz, pisarz i badacz red. Jaroslav Mareš pt. „Wyjaśnione zagadki skarbu ze Štěchovic”. Jest on autorem znakomitej pracy pt. „Štěchovice koniec legend”, w której opisał on kompleks bunkrów i podziemnych fabryk w okolicach tego miasta. Przy okazji okazało się, że jest to tylko mały fragment obłędnych planów niemieckich uczonych pracujących dla Hitlera i jego sitwy. A oto co pisze się na temat V-101:

 

Rakiety dalekiego zasięgu

 

Użycie rakiet dalekiego zasięgu przez Niemcy pod koniec II wojny światowej w desperackiej, ale bezowocnej próbie odwrócenia losów wojny, jest dobrze znanym epizodem w historii. Podobnie jest z faktem, że wielu niemieckich ekspertów zostało powołanych przez zwycięzców do pomocy przy amerykańskim i sowieckim programie rakietowym. Ale późny czeski rozdział w próbie opracowania nowej super broni i rakiet jest mało znany i wciąż jest owiany pytaniami.

Nazistowskie Niemcy mogły sobie pogratulować, gdy wkroczyły do ​​tego, co pozostało z Republiki Czeskiej w marcu 1939 r. Oprócz dużego łupu broni i amunicji z jednej z najlepiej przygotowanych armii w Europie, naziści przejęli również niektóre imponujących producentów broni, zwłaszcza Škoda Plzeň i Zbrojovka Brno. Jednak, wykorzystując dostępne obecnie zdolności produkcyjne broni do nowych wojen na horyzoncie, naziści zwlekali z wykorzystaniem wiedzy technicznej i infrastruktury badawczej, która została rozwinięta w Czechach i na Morawach. Być może pewną rolę odegrała zwykła arogancja lub czynnik rasowy.

Ale gdy II wojna światowa zaczęła zwracać się przeciwko nazistom w kluczowym roku 1943, postanowili spróbować jak najlepiej wykorzystać czeskich badaczy, techników i naukowców, którzy mieli do dyspozycji, i postanowili zgrupować ich w nowym ośrodku badawczym, który miałby być ustawiony w Příbramie w budynkach, które były używane przez państwowy urząd górniczy.

Michal Plavec, kustosz kolekcji lotniczej w Narodowym Muzeum Techniki w Pradze, przeszukał archiwa w kilku krajach, aby poskładać historię ośrodka badawczego. Podejmuje opowieść. Niemcy uznali, że pozostawienie niewykorzystanych możliwości czeskich techników i naukowców może być bardzo złe i dlatego próbowali odnowić instytut badawczy, który był pod zarządem Škody Pilzno. I dlatego był to taki konglomerat trzech fabryk Škoda Plzeň i Zbrojovka Brno Explosia Semtín. Zajmowali się głównie badaniami rakietowymi, artylerią i produkcją pojazdów opancerzonych.

 

Współpraca

 

Trudno powiedzieć, na ile chętna była czeska współpraca w tej niewielkiej części rozległego imperium zbrojeniowego Hermanna Goeringa. Wydaje się prawdopodobne, że czescy technicy i badacze otrzymali do pracy niewielkie fragmenty większych projektów, aby nie mieli pełnego obrazu prac rozwojowych, nad którymi pracowali.

Według niektórych raportów jeden wybitny czeski matematyk, František Čuřík, popełnił samobójstwo w czerwcu 1944 r., ponieważ został poproszony o pracę w nowym instytucie nad obliczeniami balistycznymi pocisków V-2 dla nazistowskiego wysiłku wojennego. Przyjaciele i koledzy Čuříka powiedzieli, że nie widzi innego wyjścia, aby zapobiec temu, co uważał za zdradę. Inni kwestionowali tę interpretację śmierci Čuříka, twierdząc, że jest mało prawdopodobne, aby Niemcy powierzyli mu tak delikatną pracę i że mieli już wystarczającą liczbę własnych niemieckich ekspertów.

W każdym razie prawdziwa zmiana w zakładzie Waffen-Union Skoda-Brunn, jak to było znane w języku niemieckim, nastąpiła dopiero w sierpniu 1944 r., kiedy 38-osobowy zespół niemieckich naukowców i badaczy rakietowych został ewakuowany z Prus Zachodnich do Przybramu, aby zapobiec ich schwytaniu przez nacierającą Armię Czerwoną. Dołączyli do istniejącej kadry, która liczyła nieco ponad 300 osób.

Szefem niemieckiego zespołu był jeden z najlepszych niemieckich naukowców rakietowych, Rolf Engel, entuzjastyczny nazista, który również miał stopień SS-Hauptsturmführer (kapitan). Engel, wraz z młodym i ostatecznie bardziej znanym SS-Sturmbannfürerem (major) Wernerem Von Braunem, należał do małej grupy, która rozwijała niemiecką naukę o rakietach na początku lat 30. XX wieku. Jednym z jego najlepszych asystentów był Szwed Nils Werner Larsson, o którym więcej później.

Niemcy uznali, że pozostawienie niewykorzystanych możliwości czeskich techników i naukowców może być bardzo złe.

Koniec wojny zbliżał się wielkimi krokami, a Rosjanie już na początku 1945 r. opanowali główne niemieckie obiekty badawcze w Peenemünde i większość ich stałych miejsc startowych. Ale badania w Przybramie trwały. Michał Plavec kontynuuje: To było naprawdę pod koniec wojny i wiele projektów zostało tylko na papierze. Ale znaczenie było takie, że gdy wojna się skończy później, niektóre projekty na papierze będą mogły zostać wprowadzone w życie. Myślę, że jednym z najbardziej wpływowych projektów była tak zwana rakieta V101, rakieta długodystansowa ważąca 140 ton z czego 100 ton paliwa, z prędkością około 2000 kilometrów na godzinę przy wysokości około 200 kilometrów i zasięg 1800 kilometrów.

 

Pionierski nowator

 

Jakkolwiek megalomańskie projekty wydawały się w tle rozpadającej się i kurczącej Trzeciej Rzeszy, Niemcy zainwestowały ogromne środki w naukę rakietową szacuje się, że sumy znacznie przewyższyły wydatki USA na opracowanie bomby atomowej. A naukowcy stali się światowymi liderami w dziedzinie, której strategiczne znaczenie miało stać się aż nazbyt jasne wraz z nadejściem ery nuklearnej.

Sowieci i alianci pod koniec wojny gorączkowo starali się zdobyć wszystkie możliwe dokumenty, sprzęt badawczy i rakietowy. Większość niemieckich naukowców stanęła przed pytaniem, komu mają się poddać i ujawnić swoje sekrety. Jednym z szeroko rozpowszechnionych zmartwień było to, że fanatyczni naziści mogą nakazać zabicie wszystkich naukowców, aby ich sekrety umarły razem z nimi.

Michał Plavec mówi, że wiele pytań wciąż pozostaje bez odpowiedzi. Przypuszczam, że tyle jeszcze zostało (śmiech). Ale wiemy na pewno o dwóch czołowych osobach w Versuchsamstalt Pribrams. Rolf Engel, który współpracował z niemieckim profesorem Hermannem Oberthem, który był pionierem niemieckiej nauki o rakietach. Rolf Engel zajmował się nauką o rakietach po II wojnie światowej we Francji, a następnie w Egipcie. I jego zastępca Nils Werner Larsson, Szwed z narodowości. Prawdopodobnie był zaangażowany w rozwój radzieckiej rakiety kosmicznej, a jego życie jest dla nas nadal w dużej mierze nieznane.

Rolf Engel po wojnie cieszył się barwną karierą. Następnie został konsultantem francuskiego krajowego biura badań i badań lotniczych w latach 1946-1952. Następnie przez pięć lat pracował jako konsultant w egipskich siłach powietrznych. Następnie udał się do pracy w Rzymie, aby pomóc w rozwoju systemów rakiet kierowanych. Po 15 latach spędzonych za granicą wrócił do Niemiec Zachodnich, aby kierować nowym działem kosmicznym MBB, firmy utworzonej częściowo ze szczątków producenta samolotów Messerschmitt.

Był autorem książki o historii rakiet i pocisków i był zagorzałym krytykiem odprężenia, często ostrzegając przed sowieckimi planami przejęcia całej Europy, a konkretnie uzyskania przewagi w kosmosie dzięki budowie orbitującej stacji bojowej.

Nils Werner Larsson rzeczywiście wydaje się być postacią z powieści Grahama Greene'a. Został aresztowany przez szwedzką policję, kiedy wrócił do kraju, z którego zrezygnował w 1943 roku. Postawiono go przed sądem za pierwsze ujawnienie nazistom szwedzkich tajemnic, najwyraźniej projektów pistoletu maszynowego, aby zyskać wśród nich wiarygodność. Został też oskarżony o przekazanie aliantom nazistowskich tajemnic pod koniec wojny.

Larsson pojawił się ponownie w 1960 roku na konferencji prasowej w Hamburgu w Niemczech i powiedział, że w latach 1953-1959 pracował z sowieckimi i warszawskimi specjalistami w dziedzinie rakiet. Twierdził, że był podwójnym agentem dla Zachodu. Wkrótce potem zniknął.

A czescy naukowcy, którzy współpracowali przy oryginalnych niemieckich programach, jakkolwiek niechętnie? Cóż, Plavec mówi, że żaden z nich nie pojawił się przed sądami po wojnie, niezależnie od tego, jakie były pytania o ich współpracę, i nie wygląda na to, by byli tropieni, by pomóc w amerykańskiej czy sowieckiej rasie rakietowej. Prawdopodobnie byli szczęśliwi, że wrócili do swojej poprzedniej pracy i zamknęli bolesny rozdział swojej służby wojennej w Pribram.[1]

 

I jeszcze jeden głos w sprawie. Jest to fragment pracy Clausa Reutera pt. „The A-4 (V-2)and German, Soviet and American Rocket Program”. Poza tym wzmianki o V-101 znalazłem w pracy Henry Stevensa pt. „Hitler’s Suppressed and Still-Secret Weapons, Science and Technology”. A oto ten fragment:

 

SS-Obergruppenfuhrer Hans Friedrich Karl Franz Kammler

V-101

 

Coraz to więcej informacji pojawia się na świetle dziennym i mówią one o wystrzeleniu ICBM napędzanego paliwem stałym w okolicy Arnstadt[2] tuż przed końcem wojny. Można przypuszczać, że był to pocisk zdolny do przenoszenia ładunku jądrowego. Pocisk ten został skonstruowany w sekretnej instalacji przy fabryce Škody, pod dozorem SS-Obergruppenführera Kammlera.

W 1944 roku, dr Bödewaldt i dr Teichmann (dr Teichmann był ekspertem od paliw stałych) rozpoczęli prace nad wielkim pociskiem rakietowym na paliwo stałe w fabryce w czeskim Přibramie, należącej do koncernu Škody. Większość historyków i ekspertów mówi, że z powodu braków paliwa stałego, nie produkowano tych pocisków i że nie istniał żaden program nuklearny.  

Pojawiło się coraz więcej relacji naocznych świadków mówiących coś innego. Ich zeznania mówią, że te pociski odpalono  sukcesem. Także odnalezione zdjęcia ukazują ogromny pocisk rakietowy zbudowany w zakładach MAKO w Rudisleben (Turyngia). Ukazują one Sonderrakete A-4 (rakietę specjalną A-4) na paliwo stałe. Start miał miejsce nieopodal jednej z ultrasekretnych fabryk w Turyngii – Polte 2. Właścicielem MAKO był Max Kotzan. Nad fabryką miał pieczę SS-Obergruppenführer Kammler.

Zakłady MAKO specjalizowały się w konstrukcji zbiorników ciśnieniowych i produkowaniu wyposażenia dla Luftwaffe, w rodzaju zbiorników na paliwo ciekłe do latających bomb V-1 i przewoźnych zbiorników ciekłego tlenu dla baterii rakiet V-2. Posiadaczem MAKO był Max Kotzan, który w czasie I Wojny Światowej był lotnikiem i dzięki temu miał doskonałe relacje z Hermannem Goeringiem i Ernstem Udetem, którzy także byli lotnikami w I Wojnie Światowej. MAKO uzyskał kontrakt z Ministerstwa Uzbrojenia Rzeszy. Poza fabryką Polte 2, Kotzan postawił dwa lotnicze hangary i pas startowy obok nich.

To tutaj właśnie takie osoby jak SS-Obergruppenführer Kammler i SS-Sturmbannführer dr Wernher von Braun przybyli by zobaczyć te instalacje. W MAKO i Polten 2 testowano same najtajniejsze konstrukcje. To właśnie tam Amerykanie znaleźli najtajniejszą farbę lotniczą absorbującą fale radaru. Farba ta została ciupasem wysłana do USA.      

 

No cóż, w rozmowie ze mną red. Jaroslav Mareš stwierdził, że wiele wskazuje na to, że Engel z Kammlerem pracowali na poligonie broni rakietowej SS we Władysławowie właśnie nad ICBM takimi jak V-101 i innymi egzotycznymi broniami nazistów, a potem przenieśli się do Czech. Znany polski autor i badacz historii broni V Igor Witkowski twierdzi, że oni faktycznie tam byli. Być może gdzieś na ziemiach polskich znajdują się jakieś szczątki czy inne ślady tych rakiet – kto wie?

Jednego jestem pewien – na ziemiach polskich Niemcy pracowali nad broniami antyrakietowymi na poligonie w Łebie – Rąbce, bo mając miecz pragnęli również mieć tarczę. I nad tym pracowali…   

 

Opracowanie - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz