Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Tajemnice Zamku Šášov: Prolog do niewidzialnego życia zamku

 


František Kovár

 

Większość z Was zna zamek Šášov jako ładną ruinę, do której lubi się jeździć na niedzielne wycieczki. Wszystko co widzisz to stare mury, piękny widok zalany słońcem. Można by pomyśleć, że to tylko nieożywione, nieme kamienie.

A co jeśli powiem ci, że pod tą spokojną powierzchnią pulsuje coś głębokiego, ciemnego i racjonalnie niewytłumaczalnego? Że to miejsce żyje po swojemu, zupełnie niewidoczne dla zwykłych oczu?

Przez trzy lata pracowałem w Šášowie podczas jego renowacji i przebudowy. Dosłownie znałem tam każdy kamień. Ponieważ od wielu lat pracuję jako elektryk, patrzę na świat technicznie i logicznie, ale jednocześnie od dłuższego czasu zwracam uwagę na rzeczy nadprzyrodzone i wierzę w świat pomiędzy niebem a ziemią w stu procentach. To właśnie ta kombinacja pozwoliła mi połączyć wiedzę na temat energii i elektryczności ze zjawiskami, które napotkałem na zamku. To, co mnie tam uderzyło w ciągu ostatnich trzech lat, zdecydowanie utwierdziło mnie w tym, jak cienka jest granica pomiędzy naszym światem a światem Innych Istot. Dla mnie jako odkrywcy w okolicy było to fascynujące doświadczenie, które dawało mi ogromny szacunek dla sił, które dziś przebywają w zamku.

Zapomnij o filmowych opowieściach o zamkach nawiedzonych tylko o północy, kiedy księżyc świeci. Największe zimno i najsilniejsze anomalie dopadły mnie w biały dzień, w środku normalnej zmiany pracy, kiedy coś takiego się wcale nie spodziewa. Ta moc, która została odkryta na miejscu, po prostu nie potrzebuje ciemności, aby się manifestować.

Postanowiłem, że po latach opublikuję te moje doświadczenia z zamku w Šášowie. Moje prawdziwe doświadczenia i świadectwa przetworzyłem w ekskluzywną trzyczęściową trylogię, którą będę tu publikować stopniowo. Wejdziemy głęboko pod powierzchnię powszechnych broszur turystycznych i dotkniemy rzeczy, które przyprawiają o ciarki. W takiej solidnej formie nie zostały jeszcze opublikowane moje znaleziska z zamku Šášov, zawsze były tylko fragmenty.

Na co możecie się doczekać w najbliższych dniach?

* 1. odcinek: złowieszcze echa w zamkowych murach. Przyjrzyjmy się tragicznym plagowym losom rodziny urodzonej z XV stulecia i opiszę Wam moment kiedy duchy zamkowe same wysłały mi chłodzące ostrzeżenie przez aplikację. Zinterpretowali mi swój własny horror i powiedzieli mi, czego się boją w ciemności pod murami. 👥

* 2. odcinek: Kiedy technologia przemysłowa traci znaczenie. Jak nieznana siła może pochłonąć czystą energię? Opiszę Wam niewyjaśnione zachowanie elektroniki i zawalenie się potężnej elektrowni słonecznej 5000 W która pozostała całkowicie martwa w weekend, choć nie miała abonamentu a baterie miały być pełne.

* 3. odcinek: Wejście w ciemność i niewidzialne życie miejsca. Wspaniały punkt kulminacyjny historii w starej podziemnej piwnicy, która niegdyś służyła jako przerażające zamkowe więzienie. Dowiecie się dlaczego mój telefon wyssał z 57% do 3% w 50 sekund, dlaczego koleżance całkowicie padł telefon przed wejściem i czego doświadczyła moja koleżanka, której siła stanęła jej na drodze z grubymi szablonami black shadow i odmówiła wypuszczenia 🔋

To nie są fikcyjne bajki dla turystów. To są realne, fizycznie zmierzone i przeżyte wydarzenia, które widziałem na własne oczy, które na zawsze zmieniły moje spojrzenie na otaczający nas świat. Šášov ma po prostu dwie zupełnie inne oblicza.

@sledovatelia Śledźcie mój profil, jutro zaczynamy 1. część! Wierzę, że te teksty dadzą Wam zupełnie nowe spojrzenie na zamek i jego historię...

Tą trylogię będę publikować wyłącznie stopniowo dla wszystkich w pełnej wersji z mojej platformy HeroHero, gdzie jest już publikowana w całości i bez zakłóceń.

Oprócz tej historii można znaleźć również wiele więcej moich artykułów o tematyce: paranormalne, tajemnice, duchowe, tajemnice, legendy, historia czy Templariusze na Słowacji. Jeśli nie chcecie czekać na poszczególne części, cała trylogia i inne sekrety znajdziecie właśnie tam! Link znajdziecie w komentarzu pod postem.

 

Komentarze:

 

Erika Wahpía Jarkovská – A zatem...

Frantisek Kovar – włosy ci staną dęba 😉👻

Erika Wahpía Jarkovská – no zobaczymy. 😱

Luba Nedbalova - Ferko, gratuluję Ci!

Robert Leśniakiewicz – w Polsce też mamy wiele takich straszących miejsc…

sobota, 27 września 2025

Brinsley le Poer-Trench - OPERACJA ZIEMIA (19)

 

ROZDZIAŁ XXIII – Król Jacquerii

 

W książce tej ukazałem kilka niezwykłych aspektów zjawisk towarzyszących fenomenowi NOL-i. Przywodzi to na myśl mit puszki Pandory, z której wyszły na świat MiB, wrogie nam NOL-e i inne niezwykłości, żyjące w niewidzialnych światach, sąsiadujących z naszą planetą.

W roku 1966, większość autorów przyjęła za pewnik pozaziemskie pochodzenie NOL-i, i jest on zawsze brany pod uwagę przez szanujących się badaczy. Jednakowoż przyjęto równoległą hipotezę, innowymiarowego pochodzenia Przybyszów, którzy penetrują nasz 4-wymiarowy Wszechświat. [...]

We wcześniejszym rozdziale przedstawiłem pokrótce prace i przewidywania Edgara Cayce’a. Jednakże nie sposób ominąć tutaj drugiego proroka i jasnowidza z XVI stulecia – Michela de Nostre Dame zwanego Nostradamusem (1503-1566).[1] Ten zdumiewający człowiek przewidział – i to poprawnie – m.in. powstanie Cromwella, Rewolucję Francuską, podał dokładną datę upadku Linii Maginote’a w czasie II Wojny Światowej, rozbicie sił „Osi”, i inne wydarzenia, które miały miejsce w 400 lat po jego śmierci. Jest też wiele przepowiedni Sądu Ostatecznego. Proroctwa te się jakoś nie spełniły, mimo tego, że wielu ludzi wierzy w nie i niejednokrotnie prasa podawała fakty gromadzenia się ludzi na szczytach gór w oczekiwaniu na Armageddon.

Jednakże obaj: Cayce i Nostradamus są klasą samą dla siebie. Cała bowiem trudność prognozowania polega na przewidywaniu rozwoju łańcucha przyczyn i skutków. Im dłuższy jest ten łańcuch, tym bardziej niepewna jest przepowiednia. Kompilacja wielu czynników stwarza zasadniczą trudność w bardziej czy mniej trafnym przepowiadaniu przyszłości, więc na dobrą sprawę sytuacja przedstawia się tak: im dalej w przyszłość, tym stopień pewności sprawdzenia się danej prognozy asymptotycznie zbliża się do zera.

Przepowiednie Nostradamusa są tak fantastyczne, a w wielu przypadkach się sprawdziły. Tak czy owak – Nostradamus widział przyszłość, a to, co w niej dojrzał – zawarł w 900 czterowierszach. Jeden z nich jest bardzo ważny i mówi o wydarzeniach mających nastąpić w 1999 roku:

 

W roku 1999 i w siódmym miesiącu

Z nieba przybędzie potężny Król

Ponownie powstanie wielki Król Jacquerii

Przed nim i po nim będzie rządził Mars.[2]

 

Nostradamus nazywa go alarmująco potężnym królem i mówi, że przybędzie z nieba, a będzie potężnym przez swą wiedzę, możliwości i umiejętności. Samo słowo król może oznaczać również rząd, organizację czy coś podobnego, a idee przezeń reprezentowane będą rzeczywiście nie z tego świata, i nie będą one akceptowane przez ludzi pragnących zachować status quo ante, a zatem sytuację ekonomiczna i materialistyczno-hedonistyczny styl życia jak dawniej.[3] Ci ludzie nie pogodzą się z Jego przybyciem, ale ten Gość nie wprowadzi swych nowatorskich idei w życie.

Część ludzi pójdzie jednak za tymi ideami i zacznie żyć po nowemu, co jak określa Nostradamus – będzie powrotem Króla Jacquerii. Określenie Jacqueria – żakieria – jest bardzo ważne i symbolizuje dwie rzeczy: 1o – niezależność naszej planety, i 2o – stosunki kulturalne z innymi światami.

A cóż to właściwie znaczy – żakieria? Odpowiedź można znaleźć w „Encyclopaedie Britannica” wydanie 11, i brzmi ono tak:

Żakieria – rewolta chłopska, która wybuchła we Francji, w Île de France i Beauvais, w końcu maja 1358 roku. Powodem były znaczne straty poniesione przez chłopstwo w Wojnie Stuletniej, ucisk przez szlachtę oraz starcia pomiędzy chłopami, a uzbrojoną w piki milicję ze St. Leu, w dniu 28 maja 1358 roku. Zamieszki te przerodziły się w otwarty bunt. W wyniku rebelii zniszczono wiele zamków w okolicach Oise, Breche i Therain. Rebelia została zdławiona przez króla Nawarry – Karola Złego w bitwie pod Mello w dniu 10 czerwca 1358 roku, a szlachta wzięła straszliwy odwet na chłopstwie, dokonując krwawej masakry i prześladowań przywódców rewolty[4].[5]

Wydarzenia te miały miejsce jeszcze przed Nostradamusem, ale słowo żakieria oznaczające chłopstwo było wciąż w obiegu, w chwili, gdy pisał on swe proroctwa. Oczywiście nie miał on na myśli tego, że w roku 1999 Król z Nieba stanie się królem chłopstwa w którymś z departamentów Francji. Użyto tego słowa w znaczeniu wszystkich uciskanych ludzi na całym świecie. Można zatem powiedzieć, że wielki władca narodzi się właśnie wśród tych ludzi[6].[7]

 

a



[1] H. G. Roberts – „The Complete Prophecies of Nostradamus”, Londyn 1960; S. Robb – „Prophecies of World Events by Nostradamus”, Nowy Jork 1961.

[2] W „Astrologii i polityce” Leszek Szuman podaje ten czterowiersz następująco:

W 1999 i w siódmym miesiącu

Zejdzie z nieba wielki Król

Opanuje kraj terrorem

Lecz przed nim i po nim będą jeszcze wojny.

 

[3] Jak wiadomo, przepowiednia ta nie sprawdziła się, co do jakichś gwałtownych wydarzeń na świecie. Być może chodzi tutaj o rok 1999 według innego kalendarza, np. muzułmańskiego – zatem byłby to nasz rok 2621, co biorąc pod uwagę fakt, że islamski rok zaczyna się w dniu 16 lipca. Stanowiłoby kolejną wskazówkę, a zatem owo tajemnicze wydarzenie mogłoby się rozegrać w dniu 16 lipca 2621 roku i będzie miało ono związek ze światem islamu, no chyba że chodzi o aktualnie trwającą inwazję islamistów na Unię Europejską – uwaga tłum.

[4] „Encyklopedia Brytyjska”, wyd. 11, t. 15, s. 122.

[5] Polskie encyklopedie podają jeszcze, że termin żakieria został utworzony od pogardliwej nazwy francuskich chłopów – Jacques (Jakub, Kuba) – przyp. tłum.

[6] B. le Poer-Trench – „Men...”, ibidem.

[7] W połowie lat 90. XX wieku zwrócono uwagę na ten czterowiersz i interpretowano go, jako możliwość kolizji Ziemi z asteroidą, co spowodowałoby znaczne zmiany społeczno-gospodarcze i polityczne na naszej planecie – uwaga tłum.

piątek, 26 września 2025

Brinsley le Poer-Trench - OPERACJA ZIEMIA (18)

 

 

ROZDZIAŁ XX – Odniesienia.

 

Szekspir w „Hamlecie” wygłosił niepodważalną prawdę: Jest wiele rzeczy na niebie i ziemi, o których się nawet filozofom nie śniło. No cóż – mówi się, że poeta ponad wszystkich artystów jest bliższy Bogu. Może i tak jest... Szekspir nie był nie był tylko dramaturgiem, ale i natchnionym poetą. Być może poeci będący tak blisko Boga, są w stanie przechwycić przebłyski kosmicznych tajemnic, niedostępnych nam – zwykłym śmiertelnikom. Intuicyjnie wyczuwają istnienie innych światów i wymiarów, gdzie Inne Istoty pędzą swój żywot. [...][1]

 

a

 

ROZDZIAŁ XXI – Łączność.

 

Słowo „łączność” jest najprawdopodobniej najważniejszym słowem w Kosmosie. Gdybyśmy mogli i umieli porozumiewać się nawet pomiędzy sobą, to o ile mniej wojen, gwałtów i zbrodni byłoby na tej planecie. Prawdziwa łączność jest prawdziwym aktem Miłości, Przyjaźni i Braterstwa. Jest czymś oczywistym, że nasze sposoby komunikowania się nie są doskonałe, a system komunikowania się jest błędny w swych założeniach i metodach.

Żyd nie czuje się szczęśliwy na widok Araba i vice-versa. Biali nie cierpią czarnych i na odwrót. Podobnie ma Wschód z Zachodem, Północ z Południem, Rosja z Chinami. Jednym słowem nasz świat, to jeden potworny bałagan.[2] [...]

W roku 1968 opublikowano w „The Allende Letters” artykuł B. Steigera pt. „Found: A Language of Space”, w którym opisano fascynującą pracę dr W. Johna Weilgarta z zawodu psychoterapeuty o nauczaniu języka aUI – Języka Kosmosu.[3] Według Steigera: ... język aUI zawiera 30 dźwięków i odpowiadających im symboli. Można się go nauczyć w czasie godziny. Sam pomysł tego języka narodził mu się w wieku 5 lat, a potem opisał go w poemacie pt; >>Johnny’s Message<<. Piękno języka aUI leży w tym, że jest on miły dla ucha. Nie ma w nim synonimów, homonimów, podwójnych znaczeń i gry słów. Gdyby rozpowszechniono ten język, to nie byłoby wojen, ponieważ wtedy wszyscy mówilibyśmy językiem Miłości, w którym wrogość nie ma swego odpowiednika!

Wydaje mi się, że to jest ta właściwa odpowiedź. Tak prosta i łatwa do przyswojenia – jednakże pod warunkiem, że język aUI będzie uczony w szkołach na całym świecie, a także studiowany dogłębnie przez uczonych, polityków i wojskowych.

 

a

 

ROZDZIAŁ XXII – Droga do gwiazd.

 

Jak wcześniej powiedziano, astronomowie zgadzają się ze stwierdzeniem, że we Wszechświecie znajdują się miliardy gwiazd, a większość z nich ma zamieszkałe planety.[4]

Czynnikiem, który osłabia wiarę w pozaziemskie pochodzenie NOL-i jest ogrom odległości oddzielających gwiazdy od siebie. Naszym najbliższym kosmicznym sąsiadem gwiezdnym poza Słońcem jest gwiazda Proxima Centauri albo Toliman C[5] – odległa od nas o 4,27 ly. Zrozumiemy to bardziej, kiedy odległość tę wyrazimy w kilometrach – wynosi ona aż 41.000.000.000.000 – czyli 4,1 x 1013 km! Tyle właśnie wynosi odległość do najbliższej gwiazdy. A ile takich gwiazd znajduje się w Galaktyce? A ile galaktyk we Wszechświecie? Doprawdy, astronomowie liczby te nie bez kozery kojarzą z odległościami w Kosmosie!

A teraz popatrzmy na to z innej strony – nie ograniczonej naszym sposobem myślenia. Jest oczywistym, że na milionach planet rozwinęło się życie, i to rozumne. Jeżeli przyjmiemy ten pogląd, to dopuścimy także myśl o możliwości istnienia cywilizacji o wiele starszych i bardziej rozwiniętych, niż nasza własna – w sensie technicznym i duchowym.

Nasza ziemska cywilizacja liczy sobie około 2000 lat rozwoju technologicznego.[6] Przez tysiące lat byliśmy na poziomie konia i koła. Naraz pojawiła się maszyna parowa, potem samochód, kolej, laser, samoloty tłokowe i odrzutowe, radio, TV, radar, Telstar, Concorde, loty kosmiczne i rozwój całych gałęzi związanego z nimi przemysłu.[7] Te wszystkie wynalazki, które wymieniłem powyżej, to produkt ostatnich dwóch stuleci!

Jasne. A teraz wyobraźmy sobie, co mogą osiągnąć istoty rozumne, zamieszkujące światy w odległościach tysięcy lat świetlnych i wyprzedzające nas w rozwoju o 1000, 10.000, milion czy miliard lat. Czyż nie jest do przyjęcia fakt, wynalezienia przez Nich sposobów przebycia tych kosmicznych odległości?

Wielu uczonych twierdzi, że podróże takie w zasadzie są niemożliwe, a to z powodu ograniczonej prędkości, z jaką mógłby się poruszać statek kosmiczny, a która mogłaby wynosić znaczny ułamek prędkości światła – c. Ta prędkość jest największą i zarazem graniczną prędkością w Kosmosie, zgodnie z OTW i STW Alberta Einsteina. Ale to nie tak do końca, bowiem Einstein twierdził, że prędkość światła jest punktem, w którym masa obiektu wzrasta do nieskończoności.[8]

Kilku uczonych stwierdziło, że istnieje możliwość poruszania się z v > c, i kiedy przekroczymy barierę świetlną, to przekroczymy też granice naszej czasoprzestrzeni i wejdziemy w nieskończoną teraźniejszość, o której mówią mistycy.[9]

Po przekroczeniu progu c, znane nam pojęcie czasu przestanie istnieć, co spowoduje dziwne konsekwencje. Czas zatrzyma się w miejscu, a my sami przeniesiemy się w inny wszechświat, w inne continuum. Wygląda więc na to, że Oni używają jakiegoś paranormalnego rodzaju energii, jak np. siły myśli w celu przemieszczania się na tak wielkich dystansach.[10] Być może Oni są w stanie wytworzyć mentalne pole siłowe, które eliminuje grawitację. A kto wie, czy nie jest to jeszcze coś innego, o czym nie mamy jeszcze zielonego pojęcia? [...]

 

a



[1] Ze względu na to, że Autor roztrząsa w tym rozdziale problematykę społeczno-ekonomiczną Zachodu w latach 60. i 70. XX wieku, zdecydowałem się na podanie tylko głównej myśli przewodniej – przyp. tłum.

[2] T. Mundy – „Old Ugly Face”, Filadelfia, PE, 1950.

[3] B. Steiger – „Found: A Language of Space” w „The Allende Letters”, Londyn 1968.

[4] Dzięki metodzie opracowanej przez polskiego astronoma prof. dr Aleksandra Wolszczana, jemu i innym uczonym udało się odkryć do roku 2003 prawie 50 planet krążących wokół innych gwiazd (tzw. planet pozaukładowych). Tym samym został obalony pogląd sugerujący, że Układ Słoneczny jest czymś unikalnym w skali Kosmosu, a zatem jest to przewrót w myśleniu równy przewrotowi kopernikańskiemu – przyp. tłum.

[5] Proxima Centauri jest trzecim składnikiem układu gwiezdnego gwiazdy α Centaura (Toliman, Tolimak, Rigil Centaurus), który aktualnie znajduje się najbliżej Układu Słonecznego. Za około 0,5 mln lat najbliższym Ziemi będzie właśnie układ Toliman A i B – uwaga tłum.

[6] Jest to szacunek zbyt skromny i należałoby go powiększyć do co najmniej 5.000-8.000 lat, biorąc pod uwagę istnienie chociażby cywilizacji Egiptu, Indii czy Chin – uwaga tłum.

[7] Do tego należy dodać burzliwy rozwój informatyki i telekomunikacji, który stanowi signum temporis przełomu tysiącleci – uwaga tłum.

[8] Autor pominął tu jeszcze dwa efekty relatywistyczne wynikające z Teorii Względności: dylatację czasu i zmiany rozmiarów obiektu na wszystkich osiach współrzędnych – uwaga tłum.

[9] Jest to koncepcja nad- lub podprzestrzeni, w której nie ma wymiaru czasu (trójgeometria), którą swego czasu rozwinął  prof. J. Wheller – uwaga tłum.

[10] Nawiasem mówiąc myśl ta nie jest taka nowa, jak to się Autorowi wydaje, bowiem już w XIX wieku w ten sposób wyprawił swego bohatera francuski pisarz science-fiction Gustavo de la Rouge – „Więzień na Marsie” (Warszawa 1985), w podróż kosmiczną na Marsa statkiem kosmicznym napędzanych siłą woli hinduskich jogów – uwaga tłum.

środa, 7 lutego 2024

Św. Agata contra Etna

 


Stanisław Bednarz

 

Dziś wspomnienie św. Agaty, świętej związanej z wulkanem Etna, będzie więc o świętości i o wulkanie.

Święta Agata z Katanii (Sycylia) została zamęczona 5 lutego 251 r. w wieku 16 lat. Zgodnie z opisem męczeństwa, Agata urodziła się w Katanii na Sycylii u podnóża Etny. Gdy odrzuciła rękę namiestnika Sycylii oddano ją do domu rozpusty. Kiedy cesarz Decjusz rozpoczął prześladowania chrześcijan, Kwincjan namiestnik postawił przed sądem Agatę. Skazano ją na tortury, podczas których odcięto jej piersi. Z nastaniem niespodziewanego trzęsienia ziemi namiestnik nakazał zaprzestania tortur, dostrzegając w tym karę Bożą. Ostatecznie Agata poniosła śmierć rzucona na rozżarzone węgle.

W rok po jej śmierci nastąpił wielki wybuch Etny. Spływająca lawa nie zalała jednak miasta, a zatrzymała się tuż przed nim. To cudowne ocalenie nawet poganie przypisywali wstawiennictwu Agaty a dzień 5 lutego jest świętem państwowym w San Marino. Jest świętą, do której mieszkańcy Katanii zwracają się o ochronę przed wybuchami Etny. Patronuje zawodom kominiarzy, ludwisarzy. W ikonografii św. Agata przedstawiana jest, z kleszczami, którymi zadawano tortury.


Etna to stratowulkan powstał w późnym plejstocenie i holocenie, jest tym samym najstarszym stratowulkanem na Ziemi. Znajduje się nad strefą subdukcji euroazjatyckiej i afrykańskiej płyty tektonicznej na granicy podwodnej Maltańskiej Skarpy. Wulkan, jaki można zaobserwować obecnie, zaczął formować się ok. 34–30 tys. W miejscu kaldery starego wybuchu około 20 tys. lat temu rozpoczęło się tworzenie nowego stożka który dziś góruje nad Sycylią. Wulkan zbudowany jest głównie z trachitów i bazaltów. Wysokość Etny sięga ok. 3340 m n.p.m. Etna jest jednym z najbardziej aktywnych wulkanów na świecie i stanowi realne zagrożenie dla mieszkańców Katanii. Przez prawie cały czas można obserwować jego aktywność w postaci wydobywających się gazów i pary, a w czasie erupcji wyrzucanie materiałów piroklastycznych w tym bomb wulkanicznych czy popiołu.





Ogółem od 1400 r. p.n.e do dnia dzisiejszego doliczono się 125 erupcji. Erupcje od XVII wieku są łagodne. Największe erupcje związane z wiarą w cuda św. Agaty to 1–9 luty 252 n.e. oraz najpotężniejsza erupcja trwającą od 11 marca do 11 lipca 1669 roku, w trakcie której wulkan wyrzucił ogromne ilości lawy (pokryła ona powierzchnię około 37 km². Lawa pokonała ok. 16 km, niszcząc po drodze kilka wsi. Ostatecznie dotarła do morza uszkadzając tylko przedmieścia Katanii. Podczas tej erupcji próbowano zmienić bieg płynącej lawy poprzez wykopanie rowu i polewanie wodą; była to pierwsza taka próba na świecie - a to że lawa nie zalała Katanii przypisuje się św. Agacie, która  welonem zagrodziła drogę lawie.

wtorek, 19 grudnia 2023

Słowackie zagadki

 

dr Milos Jesensky

Jana Čavojská

 

Dr Miloš Jesenský rozwiązuje takie zagadki naszej historii, a mianowicie: Czy byli na Słowacji Templariusze i czy zakopali swój skarb wraz z tu pochowanym Wielkim Mistrzem? Czy alchemikom z Bratysławy udało się zrobić złoto? Zobaczcie wraz z nami miejsca największych słowackich zagadek.

Wojownicy, którzy byli także zakonnikami, Rycerze Czerwonego Krzyża, których zwano także Rycerzami Chrystusa ze Świątyni Salomona, skąd właśnie stali się słynni Templariusze. Czy prawdą jest, że uroczy kościółek w liptowskiej wsi Martinček jest dziełem ich rąk? I to, że kilka kilometrów dalej w krypcie kościoła w Ludrovej spoczywa ich Wielki Mistrz Johannes Gottfried von Herberstein, którego w czasie inspekcji na Węgrzech w roku 1230 zamordowali zbójcy lub jego właśni doradcy. Wraz z nim do jego grobu miał być włożony skarb o ogromnej wartości… 

 

Zabawa w muzeum

 

- Na badania archeologiczne w kościele nam niestety nie zezwolili – mówi dyrektor Kysuckiego Muzeum z Czadcy i badacz tajemnic dr Miloš Jesenský, który już od wielu lat rozwiązuje największe zagadki z przeszłości. Na koncie ma także co najmniej 40 książek i porównywany jest z Erichem von Dänikenem.  Dr Jesenský jest przekonany, że Templariusze przebywali na terytorium Słowacji. Wyczytał to z pisemnych źródeł i różnych historycznych relacji. Z wielu średniowiecznych twierdz zostały już tylko ruiny i trudno dziś powiedzieć, czy kryją one jakieś tajemnice.

- Ale dlaczego mielibyśmy się mylić, co do tego co dotyczy Templariuszy? – pyta dr Jesenský i oczy mu zaświeciły jak zawsze, gdy mówi o jakiejś zagadce.

Ten naczelny badacz tajemnic studiował – o dziwo! – weterynarię, ale weterynarzem nigdy nie był. Od dziecka interesowały go zagadki i tajemnice, nieodpowiedziane pytania o przeszłość, zjawiska paranormalne, polemiki o Kosmitach i Ich odwiedzinach na Ziemi. tematem jego dysertacji była historia alchemii. Według jego poglądów, na historię nie powinien spadać kurz zapomnienia. W muzeach nie ma prawa być nudnych, pachnących naftaliną eksponatów. Wręcz odwrotnie – powinny być miejscami spotkań z przeszłością, gdzie ukazuje ona swą autentyczną formę. Potwierdzeniem tego jest fakt, że wynalazki Leonarda da Vinci dzieci poznają w sklepach i centrach handlowych, a nie w muzeach. 

 

148 Ojczenaszów i banki

 

Wojskowy zakon Templariuszy został założony na przełomie lat 1118 i 1119 przez ośmiu francuskich rycerzy, członków I Krucjaty. Zakon miał chronić święte miejsca i pątników na drogach do Jerozolimy. Już w 10 lat później, ubodzy rycerze mieli swoją bazę w pobliżu Świątyni Salomona w Jerozolimie, 300 członków oraz ponad 1000 piechocińców.  Musieli też trzymać się reguł: nosić biały habit, odmówić 148 razy dziennie modlitwę „Ojcze nasz”, milczeć przy wspólnym posiłku, dobrze się obchodzić ze swą bronią i ekwipunkiem, mieszkać w skromnie wyposażonych przybytkach i utrzymywać ścisły celibat. Nie było własności prywatnej jako takiej – wszystko było społeczne. Ani także tajemnic – osobiste listy do każdego z nich były czytane na głos. Jeszcze bardziej dokładne były reguły walki. Nie mieli prawa się cofnąć, póki nad nimi łopotała ich chorągiew. Za jeńców zakon nie dawał okupu.

Ubodzy bracia stopniowo się bogacili. Byli wolni od płacenia kościelnych i świeckich podatków i danin. Mogli je pobierać dowolnie na swych ziemiach. Dokonali w tym czasie rewolucyjne transakcje finansowe, które były podobne do nowoczesnej bankowości. W tym czasie posiadanie gotówki w podróży było bardzo ryzykowne. Podróżujący mógł zostawić pieniądze w jednej templariuszowskiej twierdzy i pobrać w innej – w miejscu zamieszkania lub u celu podróży. Niektórzy jednak myśleli, że alchemicy Zakonu Templariuszy znaleźli sposób jak zamienić ołów w złoto i dlatego są oni tak bogaci.

 

Kościół Templariuszy w Martinczyku

Dokument potwierdzajacy bytność Templariuszy na Słowacji

Czerwoni mnisi i zagadkowa śmierć

 

Na górze w wiosce Martinček, kilka kilometrów od Różemberoka stoi średniowieczny kościółek ozdobiony przedziwnymi freskami. W starych źródłach góra ta nosi nazwę Mnich. Zaś ówcześni historycy z XIX wieku są zgodni co do tego, że stał tam templariuszowski klasztor. Historyk Damian Fauxhoffer w swym dziele „Monasteriologia Regni Hungariae” wydanym w Estergom (Ostrzygomiu) w 1803 roku pisze: Dokumenty potwierdzające ten fakt dostały się do naszych rąk z archiwum słynnego rodu Herbesteinów z rozkwitającej Austrii, a pisze tam dosłownie tak:

Johannes Gottfried Herberstein – wielki wizytator i przedstawiciel Zakonu Templariuszy zmarł w czasie inspekcji w 1230 roku na Węgrzech, na peryferii Liptowa, na górze mnich przy Świętym Marcinie.   

Śmierć wizytatora jest do dziś dnia owiana tajemnicą. Nie wiadomo, czy zginął w bitwie, kiedy przybył na pomoc kupcom, których napadli zbóje, albo zginął z ręki zdrajcy. W każdym razie skonał na szczycie Mnicha w klasztorze, kiedy kościół tam jeszcze nie stał (według dostępnych źródeł zbudowano go 300 lat później), pochowano w najbliższym kościele. Miał to być kościół pw. Wszystkich Świętych (w Ludrowej), w którym według Jána Kalinčaka: …z wyprawy przeciwko Turkom wracający Jan III Sobieski, król polski, służby Boże wykonał…

Skarb, czyli wóz załadowany skrzyniami ze skarbami, wspominają także opowieści. A także tajne przejście podziemne pomiędzy templariuszowskim kościółkiem na szczycie Mnicha a Likavským Hradem.

Historycy nie mogą dojść do zgody co do tego, czy czerwoni mnisi byli na naszych ziemiach czy nie. O ich obecności mówią bardziej legendy i podania ludowe niż papierowe dokumenty. Ale mimo wszystko…

 

Rzeźba alchemika w Bratysławie

Alchemik Kempelen

 

Szukali oni Kamienia Mędrców (Kamienia Filozoficznego), tynkturę potrzebną do zamiany zwykłych metali w złoto, usiłowali wytworzyć eliksir życia, odtwarzać żywe organizmy z ich własnego popiołu, czy stworzyć homunkulusa – żywą istotę w sposób laboratoryjny. Alchemicy działali także w Bratysławie. Stefan de Liszty ma nawet pomnik i tablicę pamiątkową na ul. Laurinskej na budynki jednej z restauracji, ale w rzeczywistości od początku XVII w. próbował on robić złoto nieco dalej, na ul. Uršulinskej 11. Najznamienitszy z bratysławskich alchemików i wynalazców był baron Ján Wolfgang Kempelen (1734-1804). Ten sekretarz i radca dworu zajmował się także fizyką i mechaniką. Studiował prawo i filozofię w Bratysławie, Gyor, Wiedniu i Rzymie, znał 6 języków. Jego dom rodzinny wciąż stoi na rogu ul. Dunajskiej i Klemensovej w Bratysławie. I chociaż jego fasadę przebudowano, to widać na nim ślady ówczesnej architektury do dziś dnia.

Wynalazca skonstruował wiele pomysłowych urządzeń, które nie przestawały zadziwiać jego współczesnych, w tym mówiąca maszyna czy maszyna do pisania dla niewidomych.

 

Turek, który wygrywał w szachy

 

Ale na całym świecie von Kempelena rozsławił inny wynalazek: legendarna maszyna grająca w szachy znana jako Turek. Figura ze skrzyżowanymi nogami miała wygląd Turka. Siedziała przed stołem na którym znajdowała się szachownica. Turek pokonał w szachowych meczach najlepszych szachistów swych czasów: Benjamina Franklina, Fryderyka II i Napoleona Bonapartego. Von Kempelen pokazał Turka na wiedeńskim królewskim dworze, a potem z nim pojechał na tournée po Europie. Potem tę dziwną maszynę sprzedał on Johannowi Nepomukowi Maelzenowi za 30.000 franków. Ten z nim występował w Paryżu, Londynie i USA. Turek przyniósł mu sławę i pieniądze. Niestety, legendarny automat skończył w zapomnieniu w jakimś muzeum osobliwości a następnie został zniszczony przez pożar.

Jaka była tajemnica tego ustrojstwa? W jego wnętrzu siedział szachista świecąc sobie świeczką a ruchy na wierzchniej szachownicy śledził dzięki magnesom w figurkach. I chociaż tą zagadkę wyjaśniło czasopismo „The Chess Monthly” w 1857 roku, to nikt już nie mógł tego zweryfikować, bowiem maszyna spaliła się 3 lata wcześniej.

Von Kempelen w Wiedniu zaznajomił się z włoskim anatomem Giovannim Spalanzanim i zaprzyjaźnił się z nim.  Spalanzani często odwiedzał przyjaciela w Bratysławie i w końcu postawił pałac na przedmieściu Zuckermandel. Tam właśnie oddawał się swoim doświadczeniom. Udało mu się stworzyć sztuczną krew z roślin. Hodował je w swym wielkim ogrodzie i w szklarniach, zaś uzyskane z nich specyfiki aplikował do żył zwierzętom doświadczalnym. Miejscowi zaczęli nazywać jego pałac Blutfabrik  - fabryka krwi. Krążyły o nim różne straszne historie.

 

Czy zainspirowaliśmy Juliusza Verne’a?

 

Czy słynny autor powieści sci-fi odwiedził Słowację i czerpał tu tematy swych powieści?  Miloš Jesenský jest przeświadczony, że tak. Twierdzi on, że podróż do Słowacji zainspirowała go do napisania książki „Tajemnica zamku w Karpatach” – podobnie jak Brama Stokera, kiedy napisał „Drakulę”. Według dr. Jesenský’ego Jules Verne przyjechał na Słowację w 1892 roku. Przebywał tu parę dni, a oprowadzał go student Janko – naprawdę Ján Maliarik, późniejszy ewangelicki ksiądz, filozof, pisarz i publicysta.

O podróży na Słowację Verne opowiedział pewnemu duńskiemu dziennikarzowi, któremu udzielił obszernego wywiadu.

- Kiedy zwiedziłem obie stolice c.k. Monarchii, pojechałem do znacznie mniejszego, ale bardzo starego miasta Prešporku (Bratysławy). Tam miałem się spotkać z pewnym węgierskim pisarzem, który miał mnie oprowadzać po karpackich wierchach. (Był to Mór Jókai de Ásva, także Maurns Jokay albo Maurycy Jokai). Z powodów rodzinnych nie mógł przyjechać do Bratysławy, tak że zostałem w hotelu zupełnie sam. Wszyscy koło mnie mówili po niemiecku, węgiersku i słowacku, a ja nie rozumiałem z tego ani słowa. Nadaremno prosiłem hotelarza, by mi załatwił jakiś przewodnik. Czegoś takiego tam nie mieli. Ale w jednej kawiarni napotkałem pewnego młodzieńca, który czytał francuską gazetę. Zagadałem do niego i poprosiłem, by mnie oprowadził po drogach. Zgodził się. Był to Słowak, student teologii. Miał na imię Ján , a jego przyjaciele mówili do niego Janko. Powiedział mi, że to jest zdrobnienie jego imienia, i gdybym był Słowakiem, to moje imię brzmiałoby Julko.

Wraz ze studentem Jankiem, Verne zwiedził zamek w Devinie, wędrował górami i dolinami. Poznał słowacki krajobraz. Książkę „Zamek w Karpatach” skończył zaraz po powrocie.

 

Źródło – „NotaBene”, lipiec 2014, ss. 7-10

Przekład ze słowackiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz             

środa, 16 sierpnia 2023

Dlaczego Kutuzow ratował Napoleona?

 

Julian Fałat - Odwrót przez Berezynę

Artiem Prokurorow

 

W listopadzie 1812 roku, resztki Wielkiej Armii Napoleona I zostały okrążone nad Berezyną, ale jakimś cudem udało im się wyrwać z okrążenia. Jednakże fakty nie mówią nic o cudzie, ale o prostym działaniu feldmarszałka[1] Michaiła Kutuzowa.

 

Pułapka się zatrzasnęła

 

Szkielet pozostałych wojsk Napoleona składał się z gwardii, w szeregach której w listopadzie 1812 roku znajdowało się nie więcej niż 900 gwardzistów. Poza tym jeszcze 10.000 żołnierzy stanowiło inne jednostki.

Od północy na spotkanie z głównymi siłami spieszyły korpusy Oudinota[2] i Victora[3] – razem ok. 20.000 żołnierzy. Ich z kolei szarpała rosyjska Północna Armia pod dowództwem Petera Wittensteina w sile 35.000 ludzi.

Poza tym Napoleon liczył na 40-tysięczną armię austriacką gen. Schwarzenberga, przez całą kampanię krążyła ona po Ukrainie uchylając się od starcia z rosyjską 60-tysięczną 3. Armią adm. Pawła Cziczagowa. Ale kiedy ostatni z 24.000 żołnierzy ruszył na Mińsk, Schwarzenberg zaktywizował się i zatrzymał Cziczagowa na całe 3 tygodnie. 

Dnia 21 listopada, wojska admirała wzięły Borisow, uniemożliwiając połączenie się Austriaków i Francuzów. Ponadto armia Napoleona – jak się okazało – została okrążona ze wszystkich stron, to jeszcze na dodatek obciążonej ogromnym obozem z rannymi, cywilami i tymi, co „zgubili broń”.

Pułapka się zatrzasnęła. Jednakże Kutuzow z głównymi siłami przyjąwszy meldunek o tym fakcie, zatrzymał się w odległości 130 km od miejsca zdarzeń.

Jeszcze 11 listopada on wydał rozkaz przedłużyć dniowe postoje i przerwać marsz. Wtedy to armia przebywała dziennie nie więcej niż 10 km. Feldmarszałek objaśnił to chęcią uchronienia życia żołnierzy i koniecznością podciągnięcia tyłów.

Zamiast tego, by śpieszyć się do miejsca wydarzeń, Kutuzow wysłał do Cziczagowa i Wittensteina rozkazy zatrzymania się. Dokładnie tak, jakby nie dostrzegał kierunku ruchu Francuzów. Wywiad doniósł, że Napoleon wybrał na miejsce przeprawy miasto Borisow. Wychodząc z tego założenia tak działali Cziczagow i Wittenstein. Ale Kutuzow naciskał na to, żeby główne siły skoncentrowały się 18 wiorst/ok. 19 km od Borisowa przy wiosce Igumien. W rezultacie kierunek głównego uderzenia Napoleona był obsadzony przez niewielki rosyjski oddziałek gen. Lamberta w sile 1500 bagnetów.  

 

Peter von Hess - Przejście przez Berezynę

Most dla imperatora

 

Zasadniczym celem operacji było zniszczenie Francuzów i ujęcie Napoleona do niewoli (dosłownie w rozkazie Aleksandra I wprost powiedziano: wykorzenienie do ostatniego człowieka), co Kutuzow polecił Cziczagowi. To była bardzo dziwna decyzja. Wittenstein po pierwsze – był starszy stopniem i miał zasłużoną reputację „zbawcy Petersburga”. Po drugie – Cziczagow był admirałem, a dowodzić na lądzie było lepiej lądowemu generałowi.

No i wreszcie zgrupowanie wojsk Wittensteina było silniejsze. No i podporządkować się „lądowemu admirałowi” wcale mu się nie spieszyło. W rezultacie 24-tysięczny korpus Cziczagowa stał się jedyną zaporą na drodze Napoleona.

21 listopada, przybyły na miejsce korpus Oudinota wybił Rosjan z Borisowa. Jedynym sukcesem Lamberta stało się zniszczenie mostu przez Berezynę. Cziczagowowi przyszło wycofać się na zachodni, zabagniony brzeg. Według niego, przerzucenie wojsk nawet na 18 wiorst przekształciło się w problem.

Napoleon stanął nad Berezyną w dniu 24 listopada i od razu ocenił sytuację. Pozostało mu dostatecznie dużo artylerii i znaczna ilość zdolnej do walki piechoty. A niemal połowę sił Cziczagowa stanowiła kawaleria, bardzo przydatna na przestrzeniach. Poza tym rosyjskie wojska musiały rozśrodkować się, by pilnować wszystkich przepraw.

Berezyna nie jest jakimś dużym dopływem Dniepru i w rejonie Borisowa mierzy 20-40 m szerokości, a przy niewielkiej głębokości można ją było pokonać w bród praktycznie w każdym miejscu. Wprawdzie tylko kawalerii nie robiło to problemu, bo taka kąpiel w zimnej wodzie wcale nie była przyjemna, ani bezpieczna.

Napoleon związał Cziczagowa manewrami swych wojsk i pokazał, że będzie się przeprawiał na południe od Borisowa, ale zrobił to na północ od miasta.

 

January Suchodolski - Odwrót znad Berezyny

Całkowita porażka

 

Przyjęto uważać, że Bonapartego przy przeprawie zgubił mróz. Jednakże francuscy oficerowie jak raz narzekali na … niedostatek zimna. Wycofując się ku Berezynie, Napoleon miał nadzieję, że będzie ona głęboko zamarznięta. Niestety – na rzece pojawiły się tylko nieliczne kry lodowe, które przeszkadzały w pracy pontonierom. Przyszło im budować most nie na 20, ale na 100 m. Zachodni brzeg był silnie zabagniony i grunt też nie był zmarzniętym.

26 listopada, przy postawionej przeprawie pojawił się Napoleon ze swoją (polską) gwardią. Przeprawiwszy się w bród, kawaleryjska brygada odgoniła Kozaków i na zachodni brzeg przeprawiły się jednostki piechoty. One szybko odrzuciły niewielki oddział gen. Czaplicy, zdobywszy kilka dział i kilkuset jeńców.

27 listopada przeprawił się Napoleon z gwardią i większa część zdolnych do boju wojsk. 12.000 żołnierzy pod dowództwem Oudinota zatrzymali Cziczagowa na południe od Borisowa, odpierając ataki na przeprawę, zaś Victor rozwinął osłonę przeciwko Wittensteinowi. Francuzi dostatecznie okrzepli by zacząć przeprawiać rannych.

Bonaparte na czele 10-12.000 żołnierzy zachowując sporą część artylerii, część obozu wojskowego i nawet kawalerię ruszył ku Niemenowi. 6 grudnia przekazał on dowodzenie nad ostatkiem wojsk marsz. Ney’owi i pojechał do Europy po nowe pułki.

Jeżeli oceniać straty Francuzów, to obraz rysuje się dla Napoleona katastroficznie. Mimo tego Bonapartemu niejednokrotnie udało się wymknąć z pułapek nań zastawionych. Straty rosyjskich armii w te dni były o wiele mniejsze, ale ta operacja w Petersburgu została oceniona jako kompletna porażka.

 

„Swoja gra” feldmarszałka

 

Główną przyczyną było to, że z pola walki uskoczył sam Napoleon. Wojny nie udało się zakończyć jednym uderzeniem. Natomiast za głównego winowajcę uznano unisono adm. Cziczagowa. Kryłow wyśmiał go w bajce „Szczupak i kot”, zaś Kutuzow napisał całą księgę na temat błędów admirała.

Ale pretensje do admirała: nie utrzymał Borisowa, rozproszył wojska i za późno zorientował się w położeniu przeprawy – można by było zarzucić samemu feldmarszałkowi, który zrobił wszystko, żeby operacja się nie udała.

W rzeczywistości bowiem Kutuzow ruszył swe wojska w ten dzień, w którym już było wiadomo, że Napoleon się przeprawił.

Pod koniec XIX wieku podniosły się głosy biorące w obronę adm. Cziczagowa. Kutuzowa obwiniono o to, że „jemu nie chciało się podejść za blisko do Berezyny”, po prostu chciał on „wystawić” admirała, którego on bardzo nie lubił. I tak to było naprawdę. Wiosną 1812 roku, Aleksander I niezadowolony z przebiegu rozmów z Turcją w Bukareszcie zmienił Kutuzowa na stanowisku głównodowodzącego Armii Dunaju właśnie na Cziczagowa.

Mówiło się, że feldmarszałek po prostu zażądał od osmańskich przedstawicieli łapówki, co zmieniłoby wygląd świata. Do tego jeszcze kancelaria imperatora była zawalona skargami na złodziejstwo i rozprzężenie w wojskach Kutuzowa. A Cziczagow na tym tle przedstawiał się jako przykład oficerskiej czci i honoru. Na niego właśnie Kutuzow ściągnął winę i spowodował iż poszedł on w odstawkę.

Mściwość starego feldmarszałka była także doskonale znaną. Ale czy mógł on przez nią szkodzić interesom Rosji? Od razu przychodzi na myśl, że Kutuzow nie tylko popełnił błąd przy Berezynie. Pod Wiaźmą i Krasnym on także nie wprowadził do boju główne siły i znajdował się poza głównym teatrem wydarzeń. A przecież okrążyć główne siły Napoleona i jego samego można było jeszcze tam także!

Powszechnie wiadomo, że Michaił Iłłarionowicz był anglofobem. Jego rozdrażniało wszystko, co brytyjskie – od wojskowości do polityki wewnętrznej.

Kutuzow uważał, że Rosja powinna wyjść z wojny natychmiast po dotarciu do granic z 1812 roku, nawet bez zawarcia pokoju. On ostro się sprzeciwiał wysyłaniem wojsk do zagranicy w 1813 roku i twierdził, że rozgromienie Napoleona rozwiąże ręce Brytyjczykom, którzy z kolei uderzą na Rosję.

Kutuzow był przekonany, że Bonaparte po 1812 roku już nigdy nie zaryzykuje pójść na Moskwę. Ale Francja zostałaby i tak wiodącą siłą w Europie, a Napoleon i tak by przeciągał walkę z Anglią. A tymczasem Rosja by korzystała tylko na ich konflikcie.

I jeżeli w rzeczy samej Kutuzow uratował Napoleona, to on nie działał wbrew interesom Rosji, tylko że widział je inaczej.

 

Źródło: „Russkaja Istoria” nr 3/2018, ss. 24-25

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas – Leśniakiewicz 



[1] Marszałek polny.

[2] Dowódca marszałek Nicolas Charles Oudinot.

[3] Dowódca marszałek Claude Victor Perrin.