Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peru. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 marca 2026

CE0X(?) z Syreną w Peru

 


Albert Rosales

 

Lokalizacja: Piuray, Cusco, Peru

Data: 2021

Godzina: noc

Młody kupiec z pobliskiej Vilcabamby przybył do Piuray, aby załatwić interesy z lokalnymi kupcami. Tego dnia, po skończeniu pracy, postanowił wrócić do hotelu, wypiwszy kilka piw. W drodze powrotnej szlakiem zobaczył mały „bardzo piękny dom” w pobliżu wodospadu. Była tam również piękna kobieta, która za pomocą czegoś w rodzaju bicza, który miała na ramionach, zaczęła ciągnąć świadka w kierunku „domu”. Świadek, pamiętając swoją rodzinę, stawiał opór i szybko opuścił teren, uciekając w kierunku pobliskiej dżungli. W zaroślach pełnych ran i przy zerowej widoczności, ponieważ zapadała już noc, wrócił do domu. Tam zastał żonę i szwagra w stanie głębokiego zaniepokojenia. Opowiedział im, co go spotkało, a oni powiedzieli mu, że spotkał „syrenę”, która próbowała go pojmać. Miejscowi potwierdzili, że zdarzały się również inne przypadki, w których podróżni lub miejscowi spotykali „syrenę” w pobliżu wodospadu. Według miejscowej legendy, za wodospadem znajduje się głęboka jaskinia, w której widziano coś, co określano mianem „czerwonego koguta”. Miejscowi twierdzą, że kogut jest duchem syreny.

Dodatek HC

Źródło: Victor Hugo Velasquez Zea, „Sirenas y Yakurunas: Mito y realidad de los espíritus del agua en Peru” (wydanie hiszpańskie) (s. 140). Wydanie Kindle. (w przybliżeniu przetłumaczone jako „Sirens and Yakurunas: Myth and reality of the water spirits of Peru”. Typ: E czy G?

Komentarze:

·        Próba porwania?

·        Seksualne bliskie spotkanie z Syreną lub istotą chtoniczną zamieszkującą jaskinię. Nie doszło do aktu seksualnego, ale intencja tej Istoty jest raczej oczywista. Takie „przygody” zdarzały się niejednokrotnie o czym Albert Rosales już pisał niejednokrotnie. Wydaje się, że takie krzyżowanie się ludzi z tymi Istotami ma na celu udoskonalenie zarówno Ich i nas.   

Tłumaczenie z hiszpańskiego: Albert S. Rosales

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

środa, 11 marca 2026

Dziura w czasie w Peru?

 


A oto dziwne wydarzenie z 1974 roku, które kojarzy się z dziurami w czasie i przestrzeni:

Miejsce zdarzenia: przedmieścia Lince, Lima, Peru

Data: 1974

Godzina: 17:00 PET

Opis incydentu:

Główna świadek, Glenda (relacjonująca zdarzenie), 11-letnia dziewczynka i jej matka, wraz z 9-letnią siostrą i matką szli Avenida Canevaro w dzielnicy Lince w Limie, bardzo ruchliwą arterią, zazwyczaj pełną pojazdów i pieszych. Jej matka szła w środku i zmierzały do ​​pobliskiego domu ciotki świadka. Naprzeciwko nich widać było kilka bardzo wysokich budynków mieszkalnych, wówczas nazywanych San Felipe. Został im tylko jeden blok do przejechania, zanim skręcili w ulicę Tupac Amaro (gdzie mieszkała jej ciotka), gdy nagle dziwna, „grobowa” cisza ogarnęła ich otoczenie i znaleźli się w czymś, co wyglądało na futurystyczny „park”, w którym aleja była bardzo szeroka, prawie trzy razy szersza niż „normalna”. Nie widzieli żadnych pojazdów, wszystko było opustoszałe, a po obu stronach rozciągało się pole pszenicy o krótkich łodygach, niemal na poziomie gruntu. Stali na poboczu czegoś, co wyglądało na bardzo szeroką aleję przypominającą asfalt. Niebo było różowe, wręcz liliowe, a zamiast dużego kompleksu apartamentowego w San Felipe widzieli ogromną, srebrzystą kopułę z ostrymi wypustkami na szczycie. Stali tam, podziwiając panoramę wokół siebie przez kilka sekund, nie wiedząc, co powiedzieć ani zrobić. Nagle ponownie usłyszeli odgłos ruchu ulicznego i normalny hałas uliczny na Avenida Canevaro i zdali sobie sprawę, że znów „wrócili” do Limy. Szli dalej, a młoda świadek i jej siostra zapytały matkę, co się stało. Nie miała żadnych wyjaśnień. Świadek zauważyła, że ​​nie odczuwali strachu, jedynie podziw i silne poczucie pokoju w miejscu, do którego zostali na krótko przeniesieni.

Dodatek HC

Źródło: http://www.kruela.ciberanika.com/experi.../PDlexpe1746.shtml

Typ: X

Komentarze:

v Data jest przybliżona. Tłumaczenie z hiszpańskiego: Albert S. Rosales.

v Sądzę, że świadkowie wpadli w dziurę w czasoprzestrzeni, co umożliwiło im ujrzeć fragment Przyszłości lub Przeszłości albo świata równoległej Rzeczywistości. W każdym bądź razie nie wiązałbym tej obserwacji w obecnością UAP.  

Opracował - ©R.K.Fr. Sas – Leśniakiewicz

piątek, 6 września 2013

Ślady hitlerowców wiodą do Patagonii

Hitler i jego partyjni bonzowie z NSDAP na posiedzeniu Reichstagu


Iwan Barykin


Do 1942 roku, amerykańskie dzieci składały przysięgę na wierność fladze, przykładając dłoń do piersi, a potem energicznie wyrzucały rękę do góry. Ale kiedy stwierdzono, że ten gest przypominał hitlerowskie powitanie, został on odrzucony.

- Panie redaktorze, jestem w Wołgogradzie. Przyjechałem odwiedzić grób wujka Helmuta. On już 70 lat leży w waszej ziemi. Wiem, że interesuje się Pan hitlerowską organizacja ODESSA. Ja zajmuję się tą tematyka już od pół wieku. Jeżeli pan chce, proszę przyjechać do hotelu Inturist, to wiele panu opowiem…


Ultratajna kolonia


Ten telefon bardzo mnie uradował. Nie sądziłem, że znów spotkam się z Walterem Schulke. W artykule pt. „NLO nad Stalingradem” (w „Tajny XX wieka” nr 45/2011, zob. także http://wszechocean.blogspot.com/2012/02/nlo-nad-stalingradem.html oraz http://wszechocean.blogspot.com/2013/03/kod-antarktydy.html) opowiadałem o tym, jak poznałem go w czasie podróży służbowej do Berlina. W podzięce za pomoc w odnalezieniu w Rosji grobu poległego tutaj członka rodziny, zapoznał mnie z tajemnicami, które skrywał od lat wojny.

Herr Schulke spotkał się ze mną w hallu hotelowym. Był już w podeszłym wieku, ale nie można było po nim powiedzieć, że miał już 90 lat. Tylko jego włosy stały się zupełnie białe. Wymieniliśmy uściski dłoni i udaliśmy się do numeru, gdzie Schulke zaczął swoją opowieść:

Pod koniec kwietnia 1945 roku zostałem ewakuowany z poligonu rakietowego w Peenemünde, gdzie nasz batalion SS pełnił służbę ochronną. Wraz z konstruktorami rakiet i oficerami SS okrętem podwodnym dostarczono nas do brzegów Patagonii – terytorium na południowym-wschodzie Argentyny. Do niemieckiej kolonii, w której znalazłem przystań na początku lat 50., nieoczekiwanie przyjechał Martin Bormann. Do tego czasu zrobił on sobie operację plastyczną. Parteigenosse obrał sobie wygląd i tożsamość żydowskiego komiwojażera Eliezara Goldsteina. Był on wtedy bardzo mało podobny do wszechmogącego nazistę nr 2, ale poznał go jeden z kolonistów.
- Reichsleiter? – zdziwił się on.
Bormann żachnął się i szepnął coś swemu ochroniarzowi. I od tego dnia nie widziałem ani Parteigenosse ani tego, który go rozpoznał. Reichsleiter natychmiast zmienił swe miejsce pobytu, chociaż nie musiał się niczego obawiać. Kolonia – dzięki pomocy ówczesnego prezydenta tego kraju gen. Juana Perona – żyła wedle swych prawach i nikt nie mógł mieszać się w jej sprawy.

Mieliśmy tam swoją służbę bezpieczeństwa, sklepy, szpital, pocztę, cmentarz garaże i nawet lotnisko. W pokojach wisiały portrety Hitlera i hitlerowskie flagi ze swastykami. Koloniści pozdrawiali się wyrzuceniem ręki do góry w nazistowskim powitaniu, a w dzień urodzin Führera (20.IV) ubierali się w esesowskie mundury i śpiewali hitlerowskie pieśni i hymny.

Kolonia to były setki hektarów ziemi ogrodzona drutem kolczastym i starannie strzeżona. Ciekawscy, którzy próbowali do nas przeniknąć – znikali. Kolonia była całkowicie samowystarczalna. Mieliśmy sady, plantacje, ptaszarnie, na fermach hodowano bydło. Mieliśmy nawet winnice! W warsztatach składano automaty uzi. Na zapewnienie nam spokoju szły pieniądze z funduszu partyjnego.

Juan Peron wspierał nazistowskich zbrodniarzy zbiegłych z Europy 



ODESSA


- Przywiozłem panu magazyn „Stern”. Znajdzie pan w nim wiele odpowiedzi na pytania dotyczące organizacji ODESSA – mówił dalej Schulke. – To właśnie dzięki niej znalazłem się w Argentynie. Chociaż nigdy nie byłem nazistą, proszę mi wierzyć. W tym batalionie SS pełniłem tylko służbę wartowniczą.[1] Idee Hitlera zawsze uważałem i uważam za nonsensy. A teraz chciałbym panu opowiedzieć o tym tajnym stowarzyszeniu byłych członków SS.

ODESSA – czyli Organization der Ehmaligen SS-Angehörigen – została założona w 1946 roku w Madrycie. U jej źródeł stał SS-Sturmbannführer[2] Otto Skorzenny – dywersant nr 1 Trzeciej Rzeszy; płk pil. Hans-Ulrich Rudel – as Luftwaffe; SS-Standartenführer[3] [Friedrich][4] Schwendt i zbrodniarz wojenny gen. Allen[5] (???) Celem założenia tej faszystowskiej organizacji było ewakuowanie byłych funkcjonariuszy SS i SD z Niemiec do innych krajów przy pomocy U-bootów, samolotów, pomoc w ucieczce z z więzień i aresztów, rehabilitacja, przeniknięcie do władz i partii politycznych.

Końcowym celem powstania tej organizacji jej twórcy widzieli w zjednoczeniu Europy pod egidą Niemiec, powstania IV Rzeszy, opanowanie świata i utworzenia nowego imperium. Hitlerowcy zamierzali rozpętać III Wojnę Światową z użyciem wszystkich rodzajów triady BMR – atomowej, biologicznej i chemicznej. Pod koniec II Wojny Światowej, Niemcy byli bliscy skonstruowania bomby A. Prace nad tą bronią toczyły się w supertajnej bazie zwanej Nowa Szwabia. Podstawą tego szalonego planu wojennego stanowiły wskazania Führera, które opracował on wraz z kręgiem swych współpracowników w 1944 roku.
- W przyszłej wojnie – powiedział Hitler – Europa zostanie zniszczona w jeden dzień. Jeżeli nasz naród ocaleje, to będzie można mu powierzyć kwiat cywilizacji i to on stworzy zachodnią elitę. Chcę pozostawić bogate dziedzictwo dla przyszłego, wielkiego państwa!

On mówił o Złocie Rzeszy.

- Skarby zagrabione we wszystkich okupowanych przez Niemców krajach, zostały przewiezione do bezpiecznych miejsc jeszcze pod koniec 1944 roku, kiedy stało się jasne, że wojna jest przegrana – powiedział mój rozmówca. – Główną masę złota przewieziono do szwajcarskich banków, część była ukryta w szybach wykutych w pogórzach Alp. Złote monety przeznaczono na ochronę nazistów ukrywających się w Niemczech. 10 mld dolarów wywieziono okrętami podwodnymi i złożono w bankach Ameryki Południowej. Poza tym złote sztaby i kosztowności, ogromne sumy w walucie, dzieła sztuki przy końcu wojny w największej tajemnicy esesowcy zatopili w podziemnych jaskiniach na dnie jeziora Toplitz (Toplitzsee) w Alpach Austriackich.


Ucieczka


- Przepraszam, Herr Schulke – przerwałem opowiadanie Niemca – ale gdzie znikła ta cała armia morderców?  
- Ja, trochę się rozwlekłem. Jeszcze w 1944 roku zostało wytworzonych przez specjalistów z SS i Gestapo setki tysięcy podrobionych paszportów i specjaliści ci opracowali plan ewakuacji. Ponad 100.000 esesowców zostało przewiezionych wiosną 1945 roku przy pomocy U-bootów, które docelowo docierały do Argentyny, Brazylii, Paragwaju, Peru i Chile, w których panowały prohitlerowskie reżimy. Część esesmanów zaległo w ukryciu w RFN, we Włoszech, krajach skandynawskich, Hiszpanii. Dziesiątki tysięcy zbrodniarzy wojennych ukryło się w Egipcie, Syrii, Arabii Saudyjskiej, a także w RPA. Każdy z nich znalazł pracę: zorganizowanie dla panujących w tych krajach reżimów służb specjalnych na wzór Gestapo, przeorganizowanie armii, pomoc w przyswojeniu technologii samolotów odrzutowych… Na początku lat 50., kiedy to władze RFN przestały ścigać nazistów, zostali zrehabilitowani Alfred Krupp, feldmarszałek Leeb, gen. Milch, i setki im podobnych, którzy znów podnieśli głowy. Wspierał ich Watykan i stworzona przez Bormanna w 1952 roku organizacja Spinne (Pająk), która oplątała swoją siecią cały świat.
- Powiedział pan Watykan? – zapytałem pana Schulke.
- Tak, wszystkim głównym hitlerowcom zawsze pomagali ojcowie święci, którzy uważali bolszewicki ateizm za najgorsze zło tego świata. Najbardziej nieprzejednanym z nich był ojciec Alois [Luigi] Hudal. To właśnie on pomógł Bormannowi, Müllerowi[6] i innym uciec przed sprawiedliwością.[7]


Duch Martina Bormanna


- Pan się spotkał z Bormannem. Jak mu się udało uciec przed aresztowaniem?
- Zastępca Hitlera w partii NSDAP i jej sekretarz Martin Bormann posiadał diabelska intuicję i miał wszędzie tysiące oczu i uszu. On właśnie uciekł z bunkra Hitlera wraz z Arturem Axmanem – szefem Hitlerjugend, jednym z lekarzy Hitlera [Ludwigiem] Stumpfeggerem, pilotami Führera: [Hansem] Bauerem i [Gregorem] Betzem; SS-Oberscharführerem[8] Behrentzem, adiutantem Hitlera [Otto] Günsche i innymi. Według słów Axmana, oni uciekli w nocy 1/2.V.1945 roku pod osłoną czołgu i transportera opancerzonego. Nieopodal stacji Lehrter Bhf. pocisk uderzył w czołg, za którym oni się przekradali. Wszyscy sądzili, że Bormann zginął. Obok jego zwłok znaleziono zapisany notes Reichleitera. Po kilku latach urzędnicy kryminalni dokonali ekshumacji ciała na wniosek syna Bormanna – Waltera. I tutaj oświadczył on, że to nie jest jego ojciec!
- To nie jest mój ojciec! Przed wojną on złamał sobie obojczyk spadając z konia.
Żadnych śladów złamania ekspert sądowy nie znalazł. Dlatego właśnie Bormann kazał spalić swe akta medyczne, by utrudnić identyfikację.[9]

Z dziennika Bormanna znalezionego obok zwłok, okazało się, że Parteigenosse zamierzał uciec z Berlina już 30 kwietnia, po spaleniu zwłok Hitlera i Ewy Braun. Tegoż dnia wezwał do siebie kierowcę Hitlera [Ericha] Kempkę, który znał Berlin jak własną kieszeń i kazał mu wymyślić plan ucieczki z uczestnictwem swego sobowtóra. Wszystko szło według planu. Przy stacji kolejowej Lehrter sobowtóra Bormanna, którego przygotowywano do tej roli od roku, i lekarza Hitlera Stumpfeggera zabili esesmani i podrzucili tam inkryminowany notes. Ale na Kurfürsterdamm Bormanna zatrzymał patrol Feldgandarmerie, który miał za zadanie wyłapywać dezerterów z Volkssturmu. Dali mu spokój i Reichsführer kontynuował podróż na północ Niemiec, do Grossadmirala Karla Dönitza.

Potem Bormann uciekł do Danii, skąd okrężną drogą przedostał się do Włoch. Tam nazistowski bonza nr 2 był ochraniany przez katolickiego kardynała Aloisa Hudala. Potem przezimował on w Danii przeczekawszy, aż przestaną go poszukiwać tak intensywnie, a następnie udał się do Hiszpanii, do Madrytu, pod opiekuńcze skrzydła gen. [Francisco] Franco. Przez dwa lata kompletował on faszystowskie centrum, kontrolował potoki złota i przejął faktycznie w swe ręce organizację ODESSA. Kiedy znów zaczęto poszukiwać Bormanna (w latach 50. i 60. widziało go w wielu miejscach na całym świecie setki świadków) on uciekł do Argentyny, gdzie stworzył całe imperium finansowe. Potem jego ślady gdzieś zacierają się w Paragwaju, gdzie mieszkał – wedle słów jego syna – w miasteczku Puerto Hohenau w domu niejakiego Albano Kruegera.

W lutym 1961 roku, starszy syn Bormanna – Horst-Adolf na przesłuchaniu oświadczył, że niejednokrotnie rozmawiał ze swym ojcem w Ameryce Południowej. Na tej podstawie prokurator Landu Hesji – Fritz Bauer oświadczył, że Bormann żyje, ale miejsce jego pobytu pozostaje nieznane. W końcu 1962 roku Werner Nauman, uczestnik ucieczki z bunkra Hitlera w nocy 2.V.1945 roku, przypomniał sobie, że widział Bormanna wsiadającego do pociągu. Brat Bormanna – Richard w czasie przesłuchania w marcu 1964 roku stwierdził, że Martin mieszkał w brazylijskim stanie Mato Grosso pod nazwiskiem Ricardo Bauera. W związku z tym, że polował na niego izraelski MOSSAD, Bormann zrobił jeszcze jedną operacje plastyczną. W wersję głoszącą, że zmarł on w dniu 15.II.1959 roku, ja nie wierzę.


„Kania Frontu Wschodniego”


- W Argentynie udało mi się spotkać Hansa-Ulricha Rudla, bohatera Rzeszy – kontynuował swe opowiadanie Schulke. – Jego nieprzypadkowo nazywali „Kanią Frontu Wschodniego”. W pikującym Ju-87 Rudel zatopił w Kronsztadzie niejeden okręt Floty Bałtyckiej i dowodził na niebie nad Leningradem swoją eskadrą.

Pod koniec wojny uciekł on do Argentyny okrętem podwodnym, gdzie pojawił się rząd Rzeszy na uchodźstwie. Został on ciepło przyjęty przez ówczesnego prezydenta Argentyny Juana Perona. Rudel pomógł mu we wprowadzeniu do armii samolotów odrzutowych. Poza tym zrobił niemało dla ukrywających się hitlerowców. To właśnie dla nich utworzył on bojówki, które odstrzeliwały polujących na nazistów.
- Mam takie odczucie – przyznał się Schulke – że ODESSA istnieje i działa do dnia dzisiejszego.


* * *


Cóż, patrząc na to, co się dzieje w naszym kraju trudno zaprzeczyć temu ostatniemu zdaniu z artykułu. Neohitlerowska hydra podnosi coraz śmielej głowy rozzuchwalona nieudolnością, głupotą, zachłannością i sprzedajnością tzw. „demokratycznych” polityków i politykierów.

IV Rzesza realizuje swój plan podporządkowania sobie Europy pod przewodnictwem najsilniejszego gospodarczo państwa – Niemiec i ich agentury wpływu. Niemożliwe? – a jednak nie. Wystarczy spojrzeć na to, co stało się w Polsce po 1989 roku, kiedy do władzy powoli, ale bardzo skutecznie dorwali się ludzie z jakimiś dziwnymi rodowodami, rozmontowujący krok po kroku polski przemysł, szkolnictwo, armię, siły bezpieczeństwa wewnętrznego… - to wszystko daje do myślenia. A wnioski są przerażające. Pod rządami pseudodemokratycznych polityków Polska została rozbrojona i całkowicie uzależniona od NATO. Jej gospodarka została rozmontowana, młodzież wyrzucona za chlebem za granicę – bo stopa bezrobocia cały czas oscyluje wokół 15%, a w kraju pozostały jedynie dzieci i starcy. Przyrost naturalny spada, emeryci dzięki wielokrotnie zreformowanej służbie zdrowia – szybko wymierają, co martwi szczególnie Kościół katolicki z wiadomych powodów. Demografowie biją na alarm, a rządzący nie robią niczego, by poprawić istniejący, fatalny stan rzeczy. I oto chodzi – IV Rzesza pokonuje nas ekonomicznie – za parę lat Polska zostanie zawłaszczona za długi zrobione przez „światłe” i „profesjonalne” rządy religijnych oszołomów i pazerne mniejszości narodowe, które uzurpują sobie jakieś ulgi i przywileje szantażując Polaków „prawami człowieka” i innymi pomysłami, które mają obowiązywać tylko nas, i nie obowiązują naszych okupantów – pardon! – sojuszników i „przyjaciół”.

Oczywiście zaraz znajdą się „krytycy”, którzy zakrzykną, że jestem lewakiem, komuchem czy czymś tam jeszcze. Tym mogę powiedzieć jedno: albo są głupcami omamionymi przez propagandę IV Rzeszy, albo ludźmi o złej woli. I nie ma innej opcji…



Źródło – „Tajny XX wieka” nr 20/2013, ss.4-5
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©  



[1] Autor niekonsekwentnie podał w poprzednich materiałach, że Schulke był wtedy SS-Sturmbannführerem (pułkownikiem), a nie szeregowym esesmanem.
[2] Odpowiednik majora wojsk lądowych.
[3] Odpowiednik pułkownika wojsk lądowych.
[4] W nawiasach kwadratowych umieściłem imiona niektórych osób występujących w tym artykule.
[5] Prawdopodobnie może autorowi chodziło o gen. Reinharda Gehlena, ale nie mam co do tego pewności.
[6] SS-Gruppenführer i gen.-por. policji Heinrich Müller był szefem Gestapo (Urząd IV w RSHA) i zbrodniarzem wojennym.
[7] Po II Wojnie Światowej Hudal, jako wysoki urzędnik Watykanu, pomagał niemieckim zbrodniarzom nazistowskim w ucieczkach do Ameryki Południowej w ramach operacji „Szczurzy Korytarz” (tzw. ratlines), chroniąc ich w ten sposób przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym. W swoich pamiętnikach pisał: po roku 1945 cała moja działalność dobroczynna była nastawiona na pomoc dla byłych członków partii narodowo-socjalistycznej i faszystowskiej, zwłaszcza dla tak zwanych zbrodniarzy wojennych [...] podlegających prześladowaniom, którzy według Hudala często byli całkowicie niewinni. [...] dzięki fałszywym dokumentom wielu z nich uratowałem. Mogli się wymknąć prześladowcom i uciec do szczęśliwszych krajów. (Wikipedia)
[8] Starszy sierżant w wojskach lądowych.
[9] W grudniu 1972 roku, podczas prac budowlanych w centrum Berlina przy Invalidenstraße (w pobliżu Lehrter Bahnhof) odnaleziono szkielety dwóch mężczyzn. Na podstawie stanu uzębienia i innych cech anatomicznych zostały one formalnie zidentyfikowane przez niemiecki sąd jako szczątki Bormanna i Stumpfeggera. W czaszkach obu szkieletów znaleziono drobiny szkła po kapsułkach cyjanku, co oznaczałoby, iż obaj popełnili samobójstwo przez zażycie tej trucizny. Badania DNA wykonane w 1998 roku potwierdziły trafność orzeczenia sądu. Rodzina Bormanna nie pozwoliła na pochówek, nie chcąc, aby jego grób stał się obiektem pielgrzymek neonazistów. Kości poddano więc kremacji, a ich prochy zostały rozrzucone przez pierworodnego syna Bormanna na wodach Bałtyku. (Wikipedia)

wtorek, 16 lipca 2013

Straszydła z podziemnych labiryntów



Okolice Cusco obfitują w fantastyczne skałki pomiedzy którymi znajduja sie wejścia do tajemniczych tuneli...


Valdis Pejpińš


W hiszpańskiej jaskini Altamira znaleziono rysunki zwierząt. Ich wiek wynosi ponad 10.000 lat. Szczególne kontury ścian jaskini były wykorzystywane przez dawnych malarzy dla uzyskania efektu 3D!

Trudno jest znaleźć naród, u którego nie byłoby bajek, legend, podań, opowieści o stworzeniach, które zamieszkują mroki podziemi. Czegóż tam nie było!? Byli tam nagowie z indyjskich mitów, cudaki i żmije z rosyjskich baśni, Fomorianie z podań irlandzkich… Wszyscy oni kiedyś tam musieli opuścić powierzchnię Ziemi i pójść w mroki planetarnego podziemia. Jaskiniowe trolle, gnomy, koboldy, gobliny – długo można by wyliczać mieszkańców podziemi. Wszystkie te tajemnicze istoty posiadały tajemną wiedzę i uprawiały dziwne rzemiosła. Odnoszenie się ich do ludzi było raczej wrogie.


Zagadkowe Chincanas


Całe systemy podziemnych tuneli znajdują się w różnych stronach świata: pod pustyniami Sahary, w Pakistanie, w Ałtaju i w Wyspie Wielkanocnej. Ale najwięcej opowieści o nich krąży w Ameryce Południowej. Jeszcze znany angielski podróżnik Percy Fawcett poświęciwszy swoje życie poszukiwaniom legendarnego Eldorado, wspominał w swych książkach o podziemnych tunelach w okolicach wulkanów Popocatepetl, Inlacuatl (Meksyk) i w rejonie góry Mt. Shasta (CA, USA). W Peru wiele mówi się o tajemniczych i mających najgorszą reputację jaskiniach Chincanas, które – jak się uważa – biorą swój początek w okolicach miasta Cusco.

Jeszcze w XVI wieku, wspominali o nich zakonnicy jezuici, przygotowujący miejscową ludność do przyjęcia chrześcijaństwa. Ojciec Martin de Moyia pisał:
Wielka jaskinia pod Cusco, przechodząca popod całym miastem, połączona jest z tunelami, które prowadzą w kierunku Sacsahuamanu (gigantyczny, megalityczny pomnik – przyp. aut.)[1] a potem podziemny system biegnie dalej spuszczając się w dół wzgórza poprzez Santo Christobal i dochodzi do miasta Santo Domingo. Tak więc być może w ten właśnie sposób Inkowie mieli drogę odwrotu i ucieczki w przypadku nagłego najazdu.

Podobnie o chinkanas donosi o. Garciaso de la Vega:
Labirynt składał się z ogromnych podziemnych ulic, a także pieczar z absolutnie jednakowymi wejściami. System ten okazuje się być tak złożonym, że nawet najodważniejsi poszukiwacze nie odważyli się wchodzić do niego bez zwoju liny, której koniec uwiązywano u głównego wejścia. Niektórzy twierdzą, że tunele wiodą w samo serce Andów, ale gdzie jest ich koniec – tego nie wie nikt.


Rezerwat Repiloidów?


Legendy peruwiańskich Indian głoszą, że w głębinach Chincanas mieszkają tajemnicze ludzie-gady, a także iż w tych jaskiniach składali swoje skarby Inkowie. W XX wieku zginęło tam kilkunastu awanturników. Wydostać się stamtąd udało się niewielu, a ci „szczęśliwcy” postradali rozum na zawsze… Z ich bezładnych opowieści można było zrozumieć, że w głębinach Ziemi oni spotkali się z dziwnymi stworzeniami podobnych jednocześnie do człowieka i jaszczura.

Kilka peruwiańskich ekspedycji na zawsze pozostały w głębinach Chincanas w latach 20. XX wieku. W roku 1952 chciała je zbadać międzynarodowa grupa naukowców złożona z amerykańskich i francuskich specjalistów. Archeolodzy nie zamierzali zatrzymywać się tam na długo i wzięli ze sobą żywność tylko na 5 dni. Jednak z 7 uczestników ekspedycji po 15 dniach pobytu w podziemiach wyszedł z nich tylko jeden Francuz – Philippe Lamonter. Był on bardzo wyczerpany i niemal niczego nie pamiętał, a na domiar złego stwierdzono u niego symptomy dżumy dymieniczej. Zeznał on, że jego towarzysze wpadli w bezdenną przepaść. Władze obawiając się epidemii dżumy, zablokowały wejście do podziemia żelbetową płytą. Lamonter zmarł po 10 dniach, ale został po nim znaleziony przez niego pod ziemią kaczan kukurydzy wykonany z czystego złota!

Kilka lat temu, dr Raul Rius Senteno – znany badacz kultury inkaskiej spróbował powtórzyć trasę zaginionej ekspedycji. Jego grupa wyposażona w najnowszą aparaturę badawczą weszła w podziemia z zapomnianej świątyni, położonej o kilka kilometrów od Cusco. Z początku natknęli się na kręty tunel podobny do ogromnego szybu wentylacyjnego. Jego ściany nie odbijały promieni IR, co mówiło o dużym stężeniu glinu w ich składzie chemicznym. Kiedy tunel zwęził się do średnicy 90 cm, archeolodzy zdecydowali się powrócić.

Z Chincanas są związane najdziwniejsze fantastyczne hipotezy, i tak np. niektórzy badacze w oparciu o opowiadania Indian o ludziach-jaszczurach sądzą, że ten rozgałęziony system podziemnych korytarzy stał się schronem dla rozumnych potomków dinozaurów – Dinozauroidów. Jakoby niewielki dinozaur – Stenonychozaur vel Troodon – żyjący na naszej planecie 70 MA temu, powoli przekształcił się w istotę rozumną, swą morfologią i intelektem przypominający ludzi współczesnych. Ów Dinozauroid mógł spokojnie przeżyć kilka epok lodowcowych właśnie znajdując się pod ziemią.[2] W rezultacie czego pojawiła się cywilizacja Dinozauroidów, co wyjaśnia wiele znalezisk w Chincanas, jak np. dziwne ślady w starych skałach. Wersje tą doskonale potwierdzają tzw. Kamienie z Ica na których narysowano ludzi w towarzystwie wielkich gadów.[3] Tak czy inaczej, podziemia budował ktoś poruszający się w postawie wyprostowanej – wszak tam występują schody!


Zagadkowe miasta


Coś równie zagadkowego występuje w Chile. W tym kraju, w 1972 roku pracowała grupa radzieckich geologów pod kierownictwem Nikołaja Popowa i Jefima Czubarina. Kiedy badali oni znajdującą się 40 km od miasta Chiquano[4] kopalnię miedzi, porzuconą w 1945 roku, to jakoby odkryli ogromną bramę przełamaną od środka. Wszedłszy do tunelu, geolodzy ujrzeli dziwny ślad – jakby ogromny wąż wpełznął w głąb ziemi. Przeszedłszy jeszcze jakieś 30-40 m geolodzy zobaczyli owalny otwór wysoki na 1,5 m, uchodzący gdzieś w głębiny ziemi. Ciekawe jest to, że jego powierzchnia była pokarbowana. Zszedłszy niżej po karbowanym spągu, radzieccy geolodzy znaleźli dziwne miedziane bryły w kształcie i rozmiarach strusich jaj. Nie chcąc kusić losu, powrócili na powierzchnię. Potem rozmawiając z miejscowymi usłyszeli oni opowieści o strasznych wężach z ludzkimi głowami, które czasami wypełzają z tego szybu.

Opowieści o takich stworzeniach krążą także po Australii. Tam Ludzie-węże zamieszkują w okolicach tzw. „czarnych gór”. Tak nazywają się wielkie nasypy z czarnych głazów. Według słów Aborygenów, wszyscy próbujący dostać się do środka „czarnych gór”, przepadali tam na zawsze. Nieszczęśnicy ci byli porywani do podziemnych miast Ludzie-węże.

Podania o podziemnych miastach, wybudowanych przez Ludzi-jaszczurów ponad 5000 lat temu, opowiada się wśród północnoamerykańskich Indian Hopi. Jedno z podziemnych miast Dinozauroidów znajduje się ponoć pod dzisiejszym Los Angeles. W 1934 roku pewien amerykański geofizyk odkrył pod miastem system jaskiń, w których – według wskazań przyrządów – znajdowały się niezmierne zasoby złota. Z początku władze dały uczonemu zezwolenie na wykopki, ale po przemyśleniu sprawy cofnięto mu zezwolenie, natomiast sam geofizyk znikł w tajemniczych okolicznościach…


Potwór z rostowskich katakumb


Do tego przez cały czas różni ludzie poszukują tajemniczych tuneli i zamieszkujących je istot. I wcale nie muszą szukać daleko. Istnieją stworzone sztucznie podziemia, w których mają miejsca straszne i dziwne zdarzenia i incydenty, np. w jaskiniach Kobiakowa – grodziska w okolicach Rostowa nad Donem i pod samym Rostowem. Tunele, groty i jaskinie biegną nie wiadomo dokąd na odległość wielu kilometrów, zaś na głębokości 400 m pod miastem znajduje się wielkie podziemne jezioro!

Krajoznawcy twierdzą, że jeszcze w przeszłości, mieszkańcy powstałego w czasach Cesarstwa Bosporskiego miasta Kobiakowa składali ofiary z ludzi jakiemuś smokowi, który wypełzł spod ziemi. W 1437 roku przebywała tam wyprawa kupców weneckich, którą dowodził Jozafat Barbaro – przedstawiciel starego rodu zajmującego się okultyzmem od pokoleń. Wenecjanin ten poszukiwał w tutejszych nekropoliach jakichś dawnych artefaktów albo śladów „krwawych świętych”, a zatem reptoida Lucyfera czy jakiegoś innego ducha nieczystego. A jeszcze 200-300 lat temu ziemię rostowską w tym samym celu odwiedził pewien „jezuicki zwiadowca” podający się za kupca. Czy ci „archeolodzy” znaleźli cokolwiek – tego nie wie nikt…

Jaskinie te do dziś dnia są uważane za niedobre miejsca. Miejscowi, kiedy mowa schodzi na te podziemia, odradzają ciekawskim wchodzenia do nich nawet pod groźbą utraty życia. Opowiadają oni o wielu dziwnych przypadkach zaginięcia czy śmierci ludzi, którzy próbowali badać te jaskinie. Niejednokrotnie u wejścia do jaskiń przepadały zwierzęta domowe i bydło. Czasami znajdowano po nich jedynie nagie kości. W 1949 roku, kiedy na miejscu dzisiejszej restauracji Okiean wojsko zapragnęło zbudować podziemne centrum dowodzenia Północno-Kaukaskiego Okręgu Wojskowego, w jaskiniach przepadło dwóch żołnierzy. Kiedy ratownicy znaleźli ich zwłoki, to stało się jasne, że tych ludzi dosłownie ktoś rozdarł na strzępy. Później w miejscowym zakładzie przetwórczym doszło do obwału podłogi, która została wchłonięta przez jakieś podziemne pustki. Oszołomieni tym wypadkiem robotnicy zauważyli w tym korytarzu coś jakby ciało ogromnego węża, które błyskawicznie znikło w głębi korytarza, przy czym słychać było diaboliczny ryk, zaś będące na miejscu akcji psy ratownicze ze strachu uciekły…

Już za czasów Jelcyna, wojskowi znów zainteresowali się rostowskimi katakumbami, chcieli oni zbudować w nich tajny bunkier na wypadek wojny jądrowej. Wykonano pomiary, zebrano próbki gruntu, przebadano cała miejscowość. I znów przerwano roboty, po zaginięciu kolejnych dwóch żołnierzy. Tym razem ciała tych ludzi były przecięte na dwoje czymś w rodzaju lasera. Po tym wypadku wejście do podziemia zostało założone płytami z żelbetu. Jednakże mimo tego, kopaczom udało się przeniknąć do jaskiń, gdzie znaleziono pojemniki i butle z BŚT – w postaci gazów trujących. Najwidoczniej wojskowi chcieli wykurzyć potwora, ale znów nie wiadomo, czy coś wskórali czy nie.[5]


Komentarz od tłumacza


Legendy o tunelach i podziemnych salach istnieją także w Polsce, że wspomnę tylko legendę o śpiących rycerzach w Tatrach, śpiącym wojsku w Czantorii w Beskidzie Śląskim, opowieści o tunelach pod górami Beskidu Wysokiego – a szczególnie Pasma Babiogórskiego, opowieść o tunelu w Babiej Górze, opowieść o sztucznie wyrąbanym przejściu podziemnym w masywie Beskidu pomiędzy Sidziną a Podwilkiem, o tunelach wykopanych przez poszukiwaczy złota i kryształów w Karkonoszach i innych górach Dolnego Śląska… W Górach Sowich ponoć więźniowie kopiący podziemne sale i tunele napotykali na bardzo stare chodniki wykute w skałach tysiące lat temu… Mieszkańcy Pomorza opowiadali mi o tunelach i jaskiniach mieszczących się pod Gdynią i innymi miejscowościami nad Zatoką Gdańską i Pucką. Tyle w tym prawdy, że mieszczą się tam jakieś podziemne budowle z czasów II Wojny Światowej, ale być może zostały one zbudowane na bazie już istniejących korytarzy i podziemnych sal, tego nie wiadomo. Planetarne podziemie istnieje i jest realnym faktem. Jak powiedział mi kiedyś red. Robert Jordan ze Szczecina – ludzka fantazja nie znosi próżni i zaludniła podziemia także różnymi dziwnymi istotami. Ale czy tylko?

Przypomina mi to legendę o Agharcie i jej kwitnącej od 61.000 lat cywilizacji, która być może była cywilizacją uciekinierów z powierzchni Ziemi po wybuchu superwulkanu Toba. Zadomowiła się w podziemiach i pobyt tam przypadł jej do gustu. Do czego zmierzam – być może jest właśnie tak, jak pisali średniowieczni i odrodzeniowi kosmografowie iż „Ziemia przypomina ogromny dom zawierający wielką ilość szczelin i szpar”. I tak właśnie jest. Przy czym Ziemia jest tak wielka, że mogą w niej mieszkać Dinozauroidzi, Agartyjczycy, Lemurejczycy i kto tam jeszcze, a nawet ogromne gady sprzed 64.800.033 lat, a także patogeny dżumy, cholery czarnej ospy, AIDS, Hanty, Eboli i czego tam jeszcze, przed czym ostrzegaliśmy podróżników udających się do Eldorado…


Źródło: „Tajny XX wieka” nr 14/2013, ss. 28-29
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©                       





[1] W rzeczywistości jest to potężna górska twierdza z czasów przed-inkaskich.
[2] Stąd właśnie poszły później literackie parantele tych opowieści i legend w postaci powieści i opowiadań Roberta E. Howarda i jego naśladowców o Valussii/Valusii/Valuzji (krainie Ludzi-węży).
[3] Podobnie jest w przypadku Figurek z Acambaro, wśród których znajdują się figurki ludzi z dinozaurami…
[4] Autorowi chodzi prawdopodobnie o miasto Chuquicamata ( Chuqui) na północy Chile znanego z kopalni rud miedzi.
[5] Jestem zdania, że raczej znaleziono doskonały pretekst do stworzenia składowiska przeterminowanej broni C, a przy okazji próbowano wykurzyć stamtąd te kryptydy, które tam zamieszkiwały. 

niedziela, 23 grudnia 2012

Przybysze z Kosmosu w górach Peru




Nina Isakowicz


Sądzono, że dawne greckie posągi zawsze miały kolor kamienia, z którego je wykuto. Ale to nieprawda, one były polichromowane – a z biegiem czasu farba z nich oblazła…


List do redakcji:
Szanowna Redakcjo! W prasie było wiele informacji o tym, że gdzieś w Peru znaleziono dwie mumie Przybyszów z Kosmosu, a badania genetyczne znalezionych materiałów wykonują hiszpańscy i rosyjscy uczeni. Bardzo proszę napisać coś więcej na ten temat.
Liza Samojłowa
m. Wielki Nowogród



Miasto wyższe od gór


Wraz z technicznym i naukowym postępem, kiedy to światu odkrywane są coraz to nowsze tajemnice wiedzy, Ludzkość spotyka się z zagadkowymi znaleziskami z Przeszłości, dla których nie ma żadnego wyjaśnienia. Loty kosmiczne stały się codziennością, i jak dotąd, to w przestrzeni kosmicznej nikt nie natknął się na przejawy życia rozumnego. Natomiast na Ziemi uczeni znajdują regularnie ślady istnienia nieziemskich cywilizacji.

Odpowiadając na listy, które napływają do naszej redakcji, opowiemy o sensacyjnym znalezisku w peruwiańskich Andach.

Parę lat temu w Peru znaleziono dwie mumie. Archeolodzy prowadzili wykopaliska w rejonie Viracocha znajdującego się nieopodal miasta Cusco – znanego centrum turystycznego, który uznawany jest także za centrum archeologii południowoamerykańskiej. Znaleziska dokonano na wysokości 3250 m n.p.m.

Cusco jest znane z tego, że jest ono stolicą dawnej cywilizacji Inków. Nazywają je „miastem wyższym od gór”, którego każdy kamień dyszy historią. Przyjeżdżają tutaj po to, by obejrzeć znane Machu Picchu – zagubione miasto Inków, które pozostawało w zapomnieniu przez całych 400 lat, dopóki nie odkryto go ponownie na początku XX wieku.

I oto właśnie tam, gdzie na górę Viracocha, wedle legend Inków, opuścił się z nieba biały bóg, który stworzył Słońce i Księżyc, a potem człowieka, i tam właśnie archeolodzy odkryli zawinięte w płótna mumie.

Archeolog Renato Davila Riquelme oświadczył, że jeden szkielet zachował się całkowicie i że jego wzrost wynosi tylko 50 cm, ma trójkątną dziwną czaszkę i niezwykle wielkie oczodoły. Druga mumia miała wzrost jedynie 30 cm. W tej chwili znaleziska te znajdują się w muzeum Andean Rituals Private Museum w Cusco. (Zob. film na - http://www.youtube.com/watch?v=FUZ_WiS9eok – przyp. tłum.)


Analiza szkieletów


W tym muzeum  – w którym znajduje się wszystko, co ma związek z zasiedleniem Andów – znajduje się niemało resztek kostnych i całe szkielety dawnych ludzi. Tak więc dlaczego dopiero teraz powiedziały one cos na temat pozaziemskiego pochodzenia tych człekopodobnych istot?

Kierownik Wydziału Kultury Urzędu Miasta Cusco David Vega Senteno powiedział:
- Aby rozstrzygnąć, dom kogo należą pozostałości kostne, należy zwołać odpowiednia komisję. Do niej wejdą uczeni z różnych krajów. Jak na razie możemy tylko przypuszczać, że te mumie nie są ludzkie.

Oficjalne oświadczenie wywołało burzliwą radość ufologów. Jednakże póki uczeni nie ustalą z całą pewnością miejsca pochodzenia szczątków, to pozostało im tylko tworzenie hipotez.

Ku wielkiej radości uczonych w prawej jamie oczodołowej znaleźli oni fragmenty gałki ocznej, co pozwoli na pobranie z nich próbek DNA. Archeolog Domingo Farfan Acuña pracujący w składzie komisji oświadczył, że w tej chwili zajmują się oni analizą szczątków, monitoringiem i sprawdzaniem kostnych pozostałości.

Antropolog Pablo Bayiabar, sądząc ze wszystkich dostępnych faktów wyciąga następujący wniosek:
- Szkielety jednoznacznie należą do osobników dorosłych, a ich głowy są nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do reszty ciała. A co najdziwniejsze, w czaszce znajdują się szczeliny, które znikają pomiędzy 12 a 18 miesiącem życia dziecka. W szczękach znajdują się zęby stałe człowieka dorosłego, które są rozmieszczone w ustach zupełnie inaczej, niż u człowieka.


Deformacja czaszki – ofiara dla bogów


Ale jak powiedział Somerset Maugham w swej książce pt. „The Razor’s Edge” – To, że w jakąś teorię wierzy wielu ludzi wcale nie oznacza jej wiarygodności. (Podkreślenie moje – tłumacz)

Istnieje drugie możliwe wytłumaczenie dziwnego stanu głów mumii. Rytualna deformacja czaszki była znana i stosowana w wielu narodach świata – a szczególnie u plemion Majów. Oni to właśnie prześcignęli wszystkich w zmienianiu kształtu głowy młodzieży.

Praktyka wydłużania czaszek jest znaną od dawna. Są świadectwa pochodzące z VII w. p.n.e. mówiące o podobnych rytuałach w celu zaznaczenia pozycji społecznej młodego człowieka. Mając taką wyróżniającą się osobliwość, można było manipulować ludźmi i podawać się za bożego posłańca albo boga-Kosmitę. Inna wersja głosi, że deformacja czaszki była wyróżnikiem dziecka poświęcanego na ofiarę bogom.

Pablo Bayiabar twierdzi, że czaszki te były deformowane w celu przebłagania górskich bogów. Jest to wiadome ze źródeł pisanych nazywanych capacocha. Inkowie prosili o deszcz modląc się o urodzaj i bezpieczeństwo dla swego kraju i ochronę narodu przed wrogami i chorobami. Szczególnie często modły takie odprawiano po jakichś katastrofach naturalnych: trzęsieniu ziemi czy suszy.

Na obrazie kanadyjskiego malarza Paula Caine’a (XIX w.) widzimy kobietę z plemienia Chinooków, która trzyma na rękach dziecko zamknięte w dziwnej konstrukcji. Dziecku golono głowę i wkładano ja w drewnianą prasę, którą codziennie ściskano coraz bardziej aż do uformowania się potrzebnego kształtu czaszki.


Inne znaleziska


Jak się nam udało wyjaśnić, znaleziska na górze Viracocha nie były pierwszymi w swoim rodzaju. Ponad 10 lat temu, antropolog Robert Connally z Uniwersytetu Liverpool opublikował zdjęcia wielu zdeformowanych czaszek. Badał on grobowiec faraona Tutenchamona i – wedle jego słów – znalazł on szkielety już to Pozaziemian, już to niedonoszonych dzieci. I czy nie przypominają nam znalezione czaszki faraonów egipskich, którzy zawsze nosili wydłużone nakrycia głowy właśnie dlatego, że ich czaszki też miały odmienne kształty? A nie mogło tak być, że wielcy magowie Starożytności próbowali przekształcić siebie na obraz i podobieństwo Pozaziemian, którzy przybywali na Ziemię?


3 grosze od tłumacza


Oczywiście, że tak być mogło, jednakowoż nie musiało chodzić o Przybyszów z Kosmosu, a o przedstawicieli jednej z Protocywilizacji na naszej planecie. Śladów istnienia tej Supercywilizacji na naszej planecie mamy – jak mawiają Rosjanie – skolko ugodno: Yonaguni, Baalbeck, Giza, Marcahuasi, Nan Madol, Okinawa, Wyspa Wielkanocna i przereklamowane Stonehenge – że wspomnę tylko te najsłynniejsze. Wszędzie tam znajdują się ogromne pomniki kultury świadczące o nieprawdopodobnej wprost wiedzy ich budowniczych! Co więcej – nawet dzisiaj, mimo naszej całej wiedzy i techniki – NIE POTRAFIMY powtórzyć tych wyczynów, które przetrwały tysiąclecia.

Czy byli to Kosmici – wątpię. Gdyby tak było, to pozostawiliby po sobie materialny, jasny i klarowny przekaz: BYLIŚMY TUTAJ I JESZCZE TU WRÓCIMY, a nie religijny bełkot, który i tak by został wykoślawiony i przeinaczony z biegiem czasów. I chociaż wszystkie religie świata mówią o bogach z nieba, to wcale nie muszą to być bogowie-Kosmici, ale bogowie-astronauci z poprzednich cywilizacji – jak przedstawili to Aleksander Mora czy dr Miloš Jesenský w swych pracach.

Choć prawdę powiedziawszy chciałbym, żeby Przybysze istnieli i kiedyś nas odwiedzili.


Źródło – Tajny XX wieka” nr 23/2012, ss. 22-23
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©