Powered By Blogger

niedziela, 4 marca 2012

Ko(s)miczna prawda o Eksperymencie Filadelfijskim

Niszczyciel eskortowy USS Eldridge (DE-173) bohater Eksperymentu Filadelfijskiego - 
albo Project Rainbow


Jedno jest absolutnie pewne – Niewidzialny Człowiek byłby ślepy!

J. Peterman – „Zajmująca fizyka”



Istnieją wydarzenia, które potrafią poderwać na nogi nawet najbardziej leniwego dziennikarza. Istnieją wydarzenia, które są otoczone mgłą tajemnicy, niedomówień i dezinformacji – wydarzenia, wokół których narastają powoli całe legendy. Wydarzenia, na temat których powstają reportaże, powieści i filmy. Wydarzenia, wokół których krzyżują się drogi służb specjalnych, ufologów, poszukiwaczy sensacji, badaczy osobliwości i wreszcie coraz częściej – uczonych.  Takim właśnie wydarzeniem jest Eksperyment Filadelfijski.

1

Eksperyment Filadelfijski (w ramach Project Rainbow projektu badawczego niewidzialnych samolotów i okrętów) miał odbyć się w październiku 1943 roku. Polegał on na wytworzeniu wokół okrętu silnego pola magnetycznego, które zapewniłoby mu całkowitą niewidzialność. I tak się ponoć stało – do zamontowanych na jego pokładzie generatorów magnetycznych podłączono prąd elektryczny o określonej częstotliwości i okręt otoczyła zielona, świetlista mgła – zjawisko jakże znane nam ze wszystkich akwenów Trójkąta Bermudzkiego!

Okręt wyprzejrzyściał i znikł, pozostawiając jeno na wodzie wgłębiony ślad swego kadłuba od kilu aż do linii wodnej. Okręt stał się niewidzialny! I wszystko byłoby OK., gdyby nie mały, ale wyjątkowo wredny drobiazg: okręt nie chciał powrócić do stanu widzialności, a kiedy powrócił, zaczął się przemieszczać w sposób zupełnie niekontrolowany – od Norfolku do Nowego Jorku i z powrotem.[1] Także jego załoga też dostała za swoje – jej członkowie materializowali się i dematerializowali w różnych punktach USA, kilku z nich zmarło, a niektórzy trwali w stanie „zamrożenia”, z którego to stanu można było ich wyrwać tylko poprzez nakładanie na nich rąk innych załogantów… Jednym słowem horror jak z powieści Lovecrafta czy Oszubskiego!

Lucjan Znicz-Sawicki w swej kobylastej biblii Ufologicznej „Goście z Kosmosu – NOL-e”[2] twierdzi, że z okrętem i załogą działy się jeszcze inne dziwne rzeczy, których tutaj z braku miejsca nie opiszę. A wszystko to było zrobione po to, by ośmieszyć ufologów i badaczy Trójkąta Bermudzkiego – konkluduje Mistrz i Nestor polskiej ufologii. Do tego jeszcze powrócę w tym materiale.

2

Jednakże Mistrz skupił się – jak i pozostali badacze – na fizycznej stronie Eksperymentu i jego rzekomych efektach z ich sensacyjnymi implikacjami. Nikt nie zainteresował się głównym bohaterem Eksperymentu Filadelfijskiego – niszczycielem eskortowym USS Eldridge – który stał się jego przedmiotem i ofiarą. Postaram się więc zapełnić lukę w naszej wiedzy.

USS Eldridge o numerze taktycznym DE-173 był okrętem klasy niszczyciel eskortowy, a nie niszczycielem, jak pisali to wszyscy autorzy zajmujący się tym tematem. Czy to sprawia jakąś różnicę? Tak, i to znaczącą, bowiem niszczyciele (oznaczenie DD) miały wyporność od 920 – typ Allen do 1620 BRT – typ Benson, i odpowiednio: prędkość od 29,5 do 37,5 kts, uzbrojenie od 4 dział kal. 102 mm do 5 dział kal. 127 mm, a do tego od 1 działa 76 mm i 2 działek 13 mm do 12 działek 13 mm, 4 działek 40 mm i 7 działek 20 mm.

Uzbrojenie torpedowe niszczycieli typu Allen to 12 wyrzutni torpedowych 533 mm, zaś typ Gridley miał aż 16 wyrzutni torpedowych, a typ Benson – 10, a do tego były one wyposażone w uzbrojenie ZOP: miotacze bomb głębinowych i wyrzutnie granatów głębinowych. Łącznie zbudowano ich dla US Navy 330 jednostek, które służyły na wszystkich morskich frontach II Wojny Światowej.

Poza nimi były jeszcze dwa typy niszczycieli przeciwlotniczych – DD – typu Fletcher i Allen M. Summer z silnym uzbrojeniem plot. i 10 wyrzutniami torpedowymi oraz miotaczami bomb i granatów głębinowych. Łącznie było ich 320 jednostek.

A teraz niszczyciele eskortowe – DE. Były ich cztery typy: Evarts – 71 jednostek, Buckley – 116 jednostek, Buckley/Cannon – 75 jednostek[3] oraz Buckley/Edsall – 200 jednostek.  Nas interesuje typ Buckley/Cannon, który miał 1240 ton wyporności, rozwijał prędkość 21 kts, jego uzbrojenie składało się z artylerii: 3 x 76 mm, 2 x 40 mm i 8 x 20 mm, a do tego 3 wyrzutnie torped 533 mm oraz 2 wyrzutnie bomb głębinowych, 8 miotaczy bomb głębinowych i 1 miotacz granatów głębinowych. Jak widać jego uzbrojenie ZOP było bardzo silne – równie silne jak niszczycieli DD, bowiem okręty te z założenia miały zapewniać ochronę konwojów przed okrętami podwodnymi.[4]

Z danych tu przytoczonych wynika niezbicie, że nasz USS Eldridge był okrętem eskortowym wyposażonym w doskonałe uzbrojenie plot. i ZOP, co znakomicie predestynowało go do wykonywania zadań w ochronie i obronie konwojów: niewielka prędkość ekonomiczna pozwalała na dozorowanie statków handlowych płynących z prędkością 8-10 kts, a jednocześnie pozwalała na dopadnięcie każdego U-boota i zatopienie go przy użyciu broni pokładowej ZOP lub po prostu taranem. Silne było także uzbrojenie plot., które było potrzebne do walki z niemieckimi samolotami torpedowymi i bombowcami nurkującymi, które nękały konwoje startując z norweskich baz. Bronią ofensywną były trzy wyrzutnie torpedowe – groźne nawet dla najcięższych okrętów (pancernik Bismarck został uszkodzony tylko jedną torpedą, co umożliwiło Brytyjczykom na dopadnięcie i zatopienie niemieckiego kolosa), ale przeznaczono je do walki w U-bootami i lżejszymi jednostkami.

Prędkość 21 kts nie dawała im Sans w starciu z niemieckimi niszczycielami typu Leberecht Mass czy Z… Ale niszczyciele niemieckie stanowiły asystę do ciężkich okrętów takich jak Printz Eugen czy Tirpitz albo pancerników kieszonkowych Graf von Spee, Gneisenau i Scharnhorst. Ten ostatni zresztą – podobnie jak Bismarck – słono zapłacił za brak osłony z niszczycieli w Bitwie koło Wyspy Niedźwiedziej, czyli bitwy konwojowej w obronie konwoju JW-51B i idącemu jemu naprzeciw konwoju RA-52A, w ostatnich dniach grudnia 1942 roku.

Nie wiem, skąd Mistrz Lucjan wytrzasnął wyporność USS Eldridge wynoszącą aż 1520 ton, chyba od kogoś, kto pomylił niszczyciele z niszczycielami eskortowymi. Te miały tylko 1240 ton wyporności – co plasuje je w kategorii lekkich niszczycieli, a nie niszczycieli – więc nie można powiedzieć o nim, że był to niszczyciel w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie był to także niszczyciel przeciwlotniczy, bo te miały wypór ponad 2000 ton i silne uzbrojenie plot. i torpedowe.

3

Kolejną obiekcją jest to, że ów eskortowiec zwodowano w dniu 25 czerwca 1943 roku.

Pomyśl na chwilę Czytelniku!

Nowiutki, pachnący jeszcze farbą i spawanym metalem okręt dowództwo US Navy oddaje do dyspozycji ONR, by dokonać na nim i jego załodze eksperymentu o wielce niepewnym wyniku! I to kiedy? W październiku 1943 roku, kiedy na Atlantyku trwa największa w historii bitwa z niemieckimi U-bootami! Jak można było oddać na zmarnowanie okręt, który idealnie przystosowano do walki z podwodnym wrogiem??? Nie było jakichś starych jednostek idących na złom? NB, okręt tego właśnie typu można było sobie obejrzeć na filmie Roberta Wise’a pt. „Podwodny wróg”. Po prostu trudno jest uwierzyć w to, by ktoś z dowództwa US Navy był na tyle głupi, by dać lekką ręką nowiutki okręt w czasie, kiedy liczyła się każda jednostka zdolna do obrony konwojów idących do Murmańska i Archangielska, Afryki, Anglii czy na Morze Śródziemne! Czegoś takiego nie zrobiłby żaden dowódca, tego jestem stuprocentowo pewien. Nie w sytuacji strategicznej na Atlantyku panującej w latach 1943-43!

4

Oczywiście, ktoś mógłby wysunąć obiekcję, że ten eskortowiec nadawał się idealnie jako przedmiot eksperymentu z niewidzialnością. Proszę, wyobraź sobie Czytelniku, że taki niewidzialny łowca zbliża się powoli do celu – leżącego spokojnie na długiej oceanicznej fali, ładującego akumulatory U-boota. Jego załoga ze zdumieniem dostrzega sunące w wodzie wgłębienie i naraz o kilka kabli od podwodnego pirata materializuje się dosłownie z powietrza eskortowiec, który zasypuje okręt lawiną pocisków!

Piękne, nieprawdaż? Piękne, ale od A do Zet nieprawdziwe. Rzecz w tym, że tak jak w motto do tego materiału, taki okręt byłby niewidzialny dla otoczenia i reszty świata, ale jego załoga byłaby także ślepa. Jego bowiem, niewidzialność polegała na tym, że promienie światła i inne fale elektromagnetyczne, w tym i radiowe oraz promienie radaru, uginałyby się na pęcherzu pola grawi-magnetycznego wytworzonego przez „degaussery”, a zatem nie dochodziłyby do oczu załogi. To samo byłoby z radarem i asdicem okrętu. Oczy załogi ten efekt odebrałyby jako niesamowitą ciemność, albo równomierną jasność, bo żaden promień światła nie byłby w stanie dotrzeć do okrętu i vice-versa.

Nie sądzę, by Albert Einstein – którego legenda Eksperymentu Filadelfijskiego zrobiła autorem tego pomysłu – był na tyle głupi, by nie mógł przewidzieć tego efektu. Nie mówiąc już o stronie etycznej tego projektu, bo on już wtedy przewidział to, co amerykańscy wojskowi i uczeniu zrobili z jego słynna formułą równoważności materii i energii:

E = mc²

- i czego później dokonali gen. Leslie Groves z dr Robertem Oppenheimerem w dniu 16 lipca 1945 roku na Jordana de Muerte, NM.[5] 

5

I jeszcze jedna strona tegoż medalu. Zakładając, że do zakrzywienia przestrzeni i zarazem zmuszenia promieni światła do ominięcia USS Eldridge potrzebna jest energia elektryczna, musimy zatem przyjąć, że energię tą okręt i jego „degaussery” musiałyby przyjmować z siłowni okrętowej, a nie z lądu – boż trudno jest przypuścić, by okręt w rejs bojowy targał ze sobą jakiś potężny kabel dosyłający mu prąd elektryczny z naziemnych elektrowni. Napisałem „elektrowni” w liczbie mnogiej celowo, bo musiałoby tutaj zachodzić zakrzywienie przestrzeni spowodowane potężnym polem magnetycznym o niewyobrażalnej mocy, a co za tym idzie – pochłaniającego ogromne ilości energii elektrycznej.

Na Słońcu obserwuje się pola magnetyczne o wartości tysięcy oerstedów – pole magnetyczne Ziemi to tylko 1/3 Oe, a mimo to Słońce nie znika z naszych oczu. Indukcja pola magnetycznego Ziemi wynosi około ½ gaussa, zaś a Słońcu zmierzono pola magnetyczne o indukcji wynoszącej 2900 Gs[6], a zatem nie tędy droga…

6

Eksperyment Filadelfijski – jak to wynika z powyższego – był zatem POBOŻNYM ŻYCZENIEM tych, którzy zorganizowali tą całą szopkę na użytek… - no właśnie: kto był celem tej całej mistyfikacji?

Odpowiedź jest oczywiste – celem był niemiecki wywiad Kriegsmarine oraz na pewno agenci NKWD i Rozwiedupru (czyli GRU) uplasowani w USA. Dopiero potem Legenda posłużyła amerykańskim tajnym służbom m.in. do wyeliminowania z gry o tajemnice astronoma Morrisa K. Jessupa, który mógł być źródłem informacji – tzw. OZI – pracującym dla radzickich specsłużb. A stawka w tej grze było nie tyle powodzenie wygranej ju8z przez Aliantów Bitwy o Atlantyk, ale zmasowanej operacji desantowej w Afryce a potem w Europie. Była to typowa, dezinformacyjna zagrywka w wojnie psychologicznej z III Rzeszą i potencjalnie wrogim po wojnie – Związkiem Radzieckim.

7

Powróćmy jeszcze do pytania: jak osiągnąć niewidzialność jakiegokolwiek obiektu? Istnieje kilka wariantów odpowiedzi na nie:
v    Spowodować, by promienie świetlne (fale radaru) przechodziły przezeń bez strat własnych energii – innymi słowy mówiąc, obiekt musi się dla nich stać PRZEŹROCZYSTY;
v    Spowodować, by obiekt stał się dla nich ciałem CAŁKOWICIE CZARNYM, tzn. pochłaniającym 100% energii fali elektromagnetycznej w całym jej diapazonie częstotliwości;
v    Spowodować, by obiekt stał się niewidzialnym dla oka ludzkiego dzięki jego właściwościom optycznym i fizjologicznym;
v    Spowodować zwinięcie przestrzeni wokół obiektu tak, by doszło do ugięcia biegu promieni świetlnych – właśnie jak w Eksperymencie Filadelfijskim.

Przebieg promieni świetlnych przez ciało przeźroczyste gwarantuje mu niewidzialność wtedy i tylko wtedy, gdy współczynnik załamania światła w ośrodku jest dokładnie TAKI SAM, jak współczynnik załamania danego ciała. Z zasady tej korzystają niektóre zwierzęta wodne, jak np. raczki planktonowe Leodoptora, których jedynymi widzialnymi częściami ciała są oczy. Niektóre relacje z akwenów Trójkąta Bermudzkiego mówią o obserwacjach przeźroczystych NOL-i, które latały nad nimi. Także w Tatrach udało mi się zaobserwować niemal przeźroczystego NOL-a w dniu 8 sierpnia 1988 roku.[7]

Niewidzialność ciała doskonale czarnego jest problematyczna, bowiem ciało to całkowicie pochłaniałoby wszelkie promieniowanie elektromagnetyczne. W takim przypadku obserwator zarejestruje brak fali zwrotnej – odbitej od obiektu – co zinterpretują jako trójwymiarową czarną plamę o konturach idealnie odpowiadającej konturom obiektu, na jaki patrzyli. Opisał to dość dokładnie Adam Wiśniowski-Snerg w swej kultowej powieści „Robot”.

Jest jeszcze inna szkoła głosząca, że obiekt doskonale czarny będzie niewidzialny dla obserwatora póty, póki nie stanie on pomiędzy nim, a źródłem światła. Będzie on jedynie rzucał czarny cień, samemu nie będąc widzialnym…

Podejrzewam, że NOL-e osiągnęły niewidzialność dzięki swym właściwościom optycznym i fizjologicznym, ułomnościom ludzkiego oka. Wyobraźmy sobie, ze na pancerzu NOL-a dochodzi do procesu pochłaniania promieniowania widzialnego, a w zamian jest emitowane promieniowanie niewidzialne dla naszych oczu: UV czy/i IR.[8] To tłumaczyłoby, dlaczego niekiedy udaje się złapać NOL-a na klisze/matryce światłoczułe. Być może to właśnie takiego NOL-a sfilmował Marian Książek w okolicach Alwerni, w czerwcu 1999 roku. NOL-e takie są niewidzialne dla nas, ale widzą je zwierzęta takie jak psy i koty, a co staje się powodem ich niepokoju, agresji czy paniki.

I wreszcie zwinięcie przestrzeni wokół obiektu. Cos takiego właśnie zaproponował w swej powieści pt. „Astronauci” Stanisław Lem. Tamtejsi Wenusjanie używali transmutacji energii w masę, a raczej w anty-masę, i dzięki uzyskanemu w taki sposób polu antygrawitacyjnemu mogli wyrzucać w przestrzeń kosmiczną statki kosmiczne i to od razu z VII!!![9]  Towarzyszyły temu efekty zakrzywienia przestrzeni wokół Białej Kuli – ogromnemu synchrofazotronowi – który przyspieszał antycząstki do prędkości relatywistycznych:

v = 0,9999… c.

Gra pól grawitacyjnych i antygrawitacyjnych powodowała lokalną niewidzialność tego przyspieszacza cząstek, co było powodem niesłychanych przygód i perypetii bohaterów powieści, ziemskich astronautów badających urządzenia obronne Wenusjan. Rzecz jest możliwa, ale – jak już tu powiedziałem – ogromnych ilości energii, i wątpię, by moc wszystkich elektrowni Ziemi była wystarczająca do zagięcia przestrzeni w stopniu umożliwiającym odchylenie biegu promieni świetlnych choć o 1 stopień…

Podobnie rzecz się ma z polami magnetycznymi.

8

Osobiście nie sądzę, by Albert Einstein sformułował Unitarną Teorię Pola. Może nie tak – może chodzi o to, że on tęże UTP sformułował, ale przeraził się konsekwencji tego, co z niej można zrobić. Jaka straszliwą broń można by przy jej pomocy wyprodukować! Dlatego najprawdopodobniej Einstein zabrał ją do grobu.[10]

9

Eksperyment Filadelfijski był zatem NIEMOŻLIWY do przeprowadzenia, bowiem nie było takich ilości energii, która umożliwiałaby dokonania zakrzywienia metryki czasoprzestrzeni wywołanego wzrostem wartości pola magnetycznego i/albo grawitacyjnego wokół USS Eldridge. Powstaje zatem uzasadnione pytanie: kto za tym stoi?

Odpowiedź jest zaskakująco prosta: za tym humbugiem – bo to był humbug i nic więcej – stoją ludzie odpowiedzialni za genialny numer, który wycięli oni w cztery lata później, w 1947 roku, a który to numer nosi tytuł Incydent z Roswell. Dokładnie tak. Obie afery skomponowali mistrzowie kłamstwa i wirtuozi półprawdy, a przeprowadzono je według IDENTYCZNEGO scenariusza, a obu maskaradom przyświecał jeden, jedyny cel – utwierdzenie świata w przekonaniu, że Stany Zjednoczone posiadają najlepszą technikę, której źródłami są genialni uczeni i Kosmici – czyli obca cywilizacja…

Eksperyment Filadelfijski był potrzebny po to, by wypalił Incydent w Roswell i kilka innych bzdur, które zaśmiecają ufologiczne dossiers…

I tak należałoby na to patrzeć.

10

Czy to wszystko – co napisałem powyżej – oznacza, że się wszyscy mylimy i ze sprawozdania o dziwnych wydarzeniach w Trójkącie bermudzkim, Morzu Diabelskim i innych zakazanych akwenach są li tylko bzdurą wyssana z palca, celowanym rykoszetem tajnych służb Stanów Zjednoczonych?  Ortodoksyjni uczeni oddaliby dusze diabłu, żeby tak właśnie było.

Ale nie, tak właśnie nie jest! Nie jest, bo rzeczywistość jest o całe niebo bardziej ciekawa, niż najbardziej nawet finezyjny humbug ONR, CIA czy jeszcze innej tajnej służby amerykańskiej!

Dla mnie przykład Eksperymentu Filadelfijskiego stanowi poważne ostrzeżenie przed siłami politycznymi, które pragnęłyby pogrążyć ufologię i wszystkie nauki „para” w niebycie, albo – co gorsze – wykorzystać je do swych niecnych celów, czemu już raz dałem wyraz w swych pracach.

Także w naszym kraju daje się coraz bardziej odczuć tarcia na linii ufologia – polityka, co objawia się wrogością w stosunku do ufologów ze strony m.in. Kościoła katolickiego, którego funkcjonariusze widzą w nas jeszcze jedną sektę (i mają po temu powody), którą trzeba mieć na oku, i w razie czego zwalczać wszystkimi sposobami, co już kiedyś odczuliśmy na własnej skórze.[11] Czyżby wracała średniowieczna ciemnota? Jaka szkoda!

Postscriptum

Słowa te napisałem w 2000 roku, kiedy jeszcze wierzyłem bezkrytycznie i  niemal bez zastrzeżeń we wszystko, co głosili wszyscy „papieże” polskiej i światowej ufologii. Jednakże rok ten stał się także rokiem przełomu, kiedy zrozumiałem, o co naprawdę chodzi w ufologii i że z jednej strony jest ona wygodna przykrywka dla różnych działań specsłużb, a z drugiej strony czysto komercyjnym przedsięwzięciem różnych dziennikarzy i pisarzy, którym do obiektywizmu są całe lata świetlne i którzy naginają i zaklinają rzeczywistość. Tak czy inaczej – nie sadziłem, ze jeszcze kiedys wrócę do Eksperymentu Filadelfijskiego.

Parę dni temu, Pani Zofia Piepiórka zwróciła moja uwagę na jedną z internetowych witryn, w której znalazłem taką oto informację:

W 1946 roku Rosjanie przeprowadzili na Bałtyku między Gdynią a Gdańskiem eksperymenty na wzór eksperymentu Filadelfia. Zdobyczny niszczyciel niemiecki z jeńcami na pokładzie miał zniknąć na 2-3 minuty po czym wyłonić się z oparów zielonej lub niebieskiej mgły. Technologia była przejęta przez Rosjan od Niemców, którzy prowadzili prace nad atramentyzacją rtęci. Niszczyciel zniknął. Co pozostało w Bałtyku?




Oczywiście jest to zbyt piękne, by było prawdziwe, choćby dlatego, że informacja o tym pojawiła się dopiero teraz? Pomijając już cały wątek o Jerzym Cerze i dokumentach, które raz są, raz nie ma… Znam Jerzego Cerę i wiem, że na pewno nie puściłby takiego fałszywca. Ta historia zalatuje mi humbugiem.  A jednak zakładając, że nie był to humbug, a wydarzenie realne można śmiało założyć, że Rosjanie powtórzyli Eksperyment Filadelfijski dlatego, że informacje o tym otrzymali od niemieckiego wywiadu, który z kolei śledził postępy amerykańskiej fizyki i... polskiej nauki. To by się nawet zgadzało.

Z drugiej strony Rosjanie na pewno mieli informacje o tym Eksperymencie, choćby dlatego że na terenie USA działało kilkuset agentów NKWD i GRU, w tym wielu w Programie Manhattan – najtajniejszym z tajnych programów badań nad atomem (i nie tylko)! A zatem być może Rosjanie przeprowadzili w Zatoce Gdańskiej taki sam eksperyment, o którym dowiedzieli się z dwóch źródeł i uznali, że dane są „pewne”. Pytanie tylko, czy ten eksperyment przeprowadzili naprawdę, czy tylko w czyjejś bujnej wyobraźni…? Dlaczego na Zatoce Gdańskiej, a nie gdzieś u siebie? – np. na Morzu Kaspijskim, które było (i nadal jest) poligonem morskim rosyjskiej floty? Nie zapominajmy, że była to sprawa ultratajna i jako taka nie powinna mieć świadków tych eksperymentów.

A tak by the way, czy ktoś może mi wyjaśnić, na czym polega atramentzacja rtęci? Zamianą rtęci w atrament? A może zamianą rtęci w czerwoną rtęć – RM-20/20? Niemcy niewątpliwie prowadzili tajne prace nad atomem i technologiami nuklearnymi, być może nad laserową bronią radiacyjną czy bronią cząstek wysokich energii – o których marzył Ronald Reagan dając zielone światło zbrojeniom w Kosmosie na początku lat 80. XX wieku. Być może Niemcy pracowali nad przemieszczaniem obiektów materialnych w przestrzeni i czasie, tego się nie da wykluczyć, ale to wszystko co osiągnęli, to było ładne na papierze, bo w praktyce nie byli w stanie już niczego zrobić. III Rzesza waliła się pod ciosami ofensywy z dwóch stron i jedyne, co Niemcy mogli zrobić, to ukryć lub wywieźć rezultaty swych obliczeń i badań. I z tym się zgodzę – na terenie Pomorza być może są ukryte jakieś archiwa je zawierające.  

I wreszcie po czwarte: gdyby to wszystko było prawdą, to konsekwencją tego byłoby, że okręty o konstrukcji stealth pojawiłyby się nie pod koniec lat 80., ale w połowie lat 50. XX wieku! Przypominam bowiem, że wszystko to działo się w okresie Zimnej Wojny, kiedy liczył się każdy punkt technologicznej przewagi nad przeciwnikami, co wyszło właśnie bardzo dokładnie w latach 1979-85, kiedy to zaostrzyła się rywalizacja naukowców obu supermocarstw w ramach planów gwiezdnych wojen. Od początku Zimnej Wojny było wiadomo, że kto panuje w kosmosie, panuje także na Ziemi – stąd zaciekły wyścig w zakresie lotów kosmicznych. Sam fakt, że 2/3 wszystkich aparatów kosmicznych ZSRR i USA to satelity wojskowe, mówi sam za siebie…   

A wracając do sprawy Eksperymentu Filadelfijskiego, to człowiek opanował – jak na razie – tylko jedno ekstremum reakcji nuklearnych – przemianę materii w energię, co ma miejsce w reaktorach czy bombach jądrowych. By spowodować efekt, o którym mowa w legendzie Eksperymentu Filadelfijskiego, musi dojść do procesu odwrotnego: przemiany energii w masę i tym samym spowodowanie pojawienia się pola grawitacyjnego zakrzywiającego przestrzeń, tego nie potrafimy – przynajmniej na razie…

A warto nad tym popracować, chociażby dlatego, że po opanowaniu tego procesu Wszechświat stanąłby przed nami otworem. Ale to już temat z innej ballady…

Jordanów, 2012-03-04  


[1] Legenda Eksperymentu Filadelfijskiego mówi, że w 1945 roku okręt poszedł „na żyletki”, bo nie można sobie z nim było dać rady. Ciekawe, dlaczego nie uciekł z pieca martenowskiego…?
[2] Dokładnie w tomie 2, Gdańsk 1986.
[3] Wybudowane i wodowane w latach 1943-44.
[4] J. Lipiński – „Druga wojna światowa na morzu”, Gdańsk 1976.
[5] Chodzi tutaj o pierwszy test urządzenia nuklearnego o kryptonimie Trinity.
[6] Rudolf Kippelhahn – „Na tropie tajemnic Słońca”, Warszawa 1998.
[7] Zob. R. Leśniakiewicz – „Projekt Tatry”, Kraków 2002.
[8] UV – ultrafiolet, IR – podczerwień.
[9] II prędkość kosmiczna, dla Ziemi wynosi ona 11,2 km/s.
[10] Fama głosi, że po śmierci mózg Alberta Einsteina został zabrany do badań i ewentualnego wyekstrahowania z niego wszelkich interesujących informacji, co jednak wydaje się być kolejną legendą Zimnej Wojny.
[11] Klinicznym przykładem ostracyzmu jest próba storpedowania imprezy ufologicznej zorganizowanej przez Małopolskie Centrum badań UFO i Zjawisk Anomalnych w Krakowie, w lipcu 1999 roku, kiedy to podpuszczeni przez oo. Dominikanów wierni zrywali lub zaklejali nasze afisze. Na szczęście dzięki wsparciu „Gazety Krakowskiej” nasza impreza się udała, mimo pobożnych życzeń oo. Dominikanów i ich owieczek… 

sobota, 3 marca 2012

Stonehenge – artefakt zaginionej Atlantydy!

Stonehenge - widok ogólny (Foto - Marzena Sieńska)

Zofia “Eleonora” Piepiórka

Czy cywilizacja Atlantydy pozostawiła jakieś materialne dowody w postaci artefaktów, co do których nie ma jakichkolwiek wątpliwości, że nie są falsyfikatami? Takie pytanie zadałam sobie po przeczytaniu art. „Reportaż z Atlantydy”  Wadima Ilin, w tłumaczeniu Roberta Leśniakiewicza. Tłumacz na końcu wyraża swój pogląd w komentarzu: „Najciekawszy jest jednak opis zagłady Atlantydy i budzi zdumienie fakt, że skoro znana była data i czas początku Wielkiego Początku, znano przyczynę tegoż kataklizmu, to nikt nie zrobił czegokolwiek, by uratować choć jakieś wspomnienie po Atlantydzie, a do naszych czasów dotrwała jedynie niejasna legenda, mit przekazany nam (i zapewne upiększony) przez Platona.” (…) „Osobiście jestem uprzedzony do wszelkiego rodzaju wizji, majaczeń i transowych relacji dotyczących zdarzeń i ludzi, którzy brali w nich udział. Swe obiekcje wyłożyłem już nieraz, więc nie będę się tu powtarzał. Powtórzę tylko jedno – mózg ludzki jest maszyną informatyczną zbyt złożoną i zbyt zróżnicowaną osobniczo, by wychwytywane jakieś telepatemy czy przekazy z innych wymiarów Czasu i Przestrzeni można było uznać za obiektywne na tyle, by stanowiły one pewne źródło informacji. Owszem – można by w ten sposób uzyskiwać informacje sygnalityczne czy naprowadzające, ale nie potwierdzające. Potwierdzające mogą być tylko i wyłącznie materialne dowody w postaci artefaktów, co do których nie ma jakiejkolwiek wątpliwości, że nie są falsyfikatami.”

Czy cywilizacja Atlantydy pozostawiła jakieś materialne dowody w postaci artefaktów, co do których nie ma jakichkolwiek wątpliwości, że nie są falsyfikatami?  Owszem… są w „zasięgu ręki” i stoją na widocznym miejscu… Patrzy na nie miliony ludzi oraz tysiące naukowców. Gdyby naukowcy poważnie traktowali legendę o Atlantydzie, to już dawno zauważyliby wielkie artefakty tamtej cywilizacji. Ale wg TEORII NAUKOWEJ pochodzimy od małp więc tak ważne dowody jak np. Stonehenge nie są brane pod uwagę i naukowcy na siłę szukają „naturalnych” tłumaczeń ich pochodzenia. W Wielkiej Brytanii fani Stonehenge już zbudowali nowe Stonehenge, które przetrwa kataklizm i będzie artefaktem naszej inteligentnej cywilizacji…
Jeden z intelektualnych filarów naszej kultury oraz cywilizacji, słynny filozof starożytny - Platon, w dwóch swoich dziełach "Timaios" i "Kritias" opisuje o dawno temu zaginionej cywilizacji.

Platon swój opis zaczerpnął od żyjącego wcześniej Solona, greckiego kupca i podróżnika, który w VI w. p.n.e. zawędrował do Egiptu i zasłyszał tę opowieść od kapłanów egipskich. Platon bezpośrednio historię tę odziedziczył po Sokratesie, którego był uczniem. Ten wiedział o niej z opowiadania Kritiasa i Timaiosa, które usłyszał w czasie jednej z dyskusyjnych debat w jego domu w Atenach. Sam Kritias znał tę "legendę" od swojego dziadka. Ten zaś usłyszał ją od jednego ze słynnych 7 mędrców antycznego świata - Solona. Solon wiele podróżował. Dotarł też do Egiptu, gdzie w Sais miejscowi kapłani opowiedzieli jemu niezwykłą historię o wielkiej cywilizacji zamieszkującej niegdyś potężny ląd na Atlantyku, który zaginął w wielkiej katastrofie ok. 10 000 lat temu. Stary kapłan egipski mówi do Solona: "Młode dusze macie wszyscy. Nie macie w nich żadnego dawnego mniemania, opartego na starych podaniach, ani żadnej wiedzy okrytej siwizną wieków. A przyczyna tego taka. Wiele razy i w różnym sposobie przychodziła zguba rodzaju ludzkiego i będzie przychodzić nie raz. Od ognia i od wody największa, a niezliczonych przyczyn inne, krócej trwające."
 W art. Wadima Ilin pt. „Reportaż z Atlantydy”  czytamy:

„Realność istnienia i zagłada Atlantydy jest wałkowana przez najtęższe ludzkie umysły już przez 25 wieków.  O tym hipotetycznym państwie pisze w swych dialogach „Timajos” i „Kritias” grecki filozof Aristokles vel Platon, który żył w V w. p.n.e.

„…Istniała wyspa, która znajdowała się przed wejściem do cieśniny, którą wy nazywacie Słupami Heraklesa. Nazywała się Atlantydą, a była większa od Libii i Azji razem wziętych… Władza sojuszu królów tej wyspy rozpościerała się na inne wyspy i na część leżącego po drugiej stronie oceanu kontynentu, a także po drugiej stronie cieśniny – w kierunku Egiptu i Tyrrenii (Italia). No, ale kiedy 9000 lat temu zdarzyły się niewidziane nigdy trzęsienia ziemi i powodzie, Atlantyda zginęła w ciągu jednej strasznej doby, pogrążając się w głębinach…”
Co rozumiemy z opisu Platona?
Z treści tego opisu wynika, że był sojusz władców cywilizacji Atlantydy na wzór UNII Europejskiej, który rozpościerał się na inne wyspy i kontynenty. Jakie kontynenty? Częściowo na Europę, Amerykę i Afrykę. Oznacza to, że centrum UNII cywilizacji Atlantydy znajdowało się na wyspie, która zaginęła w ciągu doby pogrążając się w głębinach Oceanu Atlantydzkiego. Skutki tego dla całej UNII Atlantydzkiej były straszne, gdyż nie dość, że znikła cała wyspa, to potężne fale tsunami o wysokości 100-150 m i więcej zalały kontynenty Europy, Ameryki i Afryki niszcząc doszczętnie całą cywilizację, kulturę i wiedzę. Wspomnienia tego kataklizmu pozostały w wielu legendach różnych kultur i religii na całej Ziemi. O Wielkim Potopie mówi również Biblia w opisie historii Arki Noego.

W „Kritiasie” Platon tak opisuje Atlantydę:

„Ziemia Atlantydy była żyzna, wyspa zdumiewała swym pięknem i bogactwem. Nawet żyły tam słonie w wielkiej ilości. Korzystając z darów ziemi, królowie Atlantydy pobudowali świątynie, pałace, drogi i miasta i podporządkowali sobie całą wyspę… Królowie wspierali rozwój rzemiosła, nauki i kultury, które na wyspie doszły do niespotykanie wysokiego poziomu.”

Co znaczy „niespotykanie wyskoki poziom nauki oraz kultury” oraz wiedzy cywilizacji Atlantydy? Czyżby był on zdecydowanie wyższy niż w czasach Platona? Dzisiaj - dwa i pół tysiąca lat później możemy zrozumieć znaczenie słów Platona mając niespotykanie wysoki poziom rozwoju kultury, nauki i technologii w XXI wieku. Czy to oznacza, że Cywilizacja Atlantydy wiedziała o zbliżającej się zagładzie cywilizacji i przy całej swojej inteligencji i wiedzy nic nie zrobiła, aby przekazać swoją wiedzę następnej cywilizacji? Na pewno to zrobili i to w taki sposób, na jaki nasza cywilizacja nigdy by nie wpadła, co potwierdzają dotychczasowe badania naukowe! O czym to świadczy? Ale o tym za chwilę…

Platon pisze dalej…

„Prawa na wyspie były ustanawianie zgodnie z wolą i prawem boga Posejdona i spisane one zostały na marmurowej steli (kolumnie), która stała pośrodku królestwa – we wnętrzu świątyni Posejdona.”

A więc istniała na Atlantydzie religia i wiara w boga Posejdona, która łączyła UNIĘ Atlantydy tak samo jak w naszej cywilizacji istnieje wiara i religia w Jezusa Chrystusa, czyli Chrześcijaństwo w UNII Europejskiej. A jednak ich bóg nie zapobiegł zagłady cywilizacji… Dlaczego? Czy o czymś zapomnieli i złamali prawa boga Posejdona, tak jak w naszych czasach zrobił to Kościół Katolicki? O tym dosadnie mówi proroctwo Apokalipsy rozdz. 17-18 w Biblii. W Biblii czytamy iż Bóg Jahwe przed Wielkim Potopem kazał zbudować Noemu Arkę dla swojej rodziny oraz zwierząt.  Co to znaczy? Znaczy to, że w poprzedniej cywilizacji był Bóg Jahwe, który został tak samo zlekceważony jak to jest w naszej cywilizacji. Wielki Potop trwał 40 dni i nocy… Potem wody opadły i Arka osiadła na górze… Tam Bóg Jahwe zawarł Pierwsze Przymierze z Noem o którym mówi Biblia oraz najstarsze księgi Sanskrytu w religii Wschodu. Drugie Przymierze Bóg Jahwe zawarł z Abrahamem i od jego potomka powstał Naród Izraela. Trzecie Przymierze Bóg Jahwe zawarł z Mojżeszem, który zbudował Arką Przymierza i otrzymał DEKALOG, który obowiązuje do dzisiaj… ale nie w Chrześcijaństwie! Czwarte Przymierze Bóg Jahwe zawarł z Jezusem Chrystusem, ale to Przymierze również zostało złamane… Czy będzie Piąte Przymierze? Czy to już koniec naszej cywilizacji? O tym pisze proroctwo Apokalipsy, ale kto czyta proroctwa biblijne? Ciekawsze są wizje Nostradamusa?

„Prawa na wyspie (Atlantydzie) były ustanawianie zgodnie z wolą i prawem boga Posejdona i spisane one zostały na marmurowej steli (kolumnie), która stała pośrodku królestwa – we wnętrzu świątyni Posejdona.” Prawa Boga Jahwe zostały spisane na kamiennych tablicach oraz w Biblii i dotyczą naszej cywilizacji oraz religii i kultury Chrześcijańskiej i Izraela.

Robert Leśniakiewicz w komentarzu na zakończenie pisze:

 „A jednak… - a jednak wiele rzeczy wskazuje na to, że jakieś 12 czy nawet 50 tys. lat temu na naszej planecie miały miejsce wydarzenia, które teraz stoją u podstaw naszych religii, mitów i innych podań o Złotym Wieku i czasach, kiedy ludzie latali do gwiazd, a katastrofa Atlantydy była tylko ostatnim aktem dramatu TAMTEJ cywilizacji, o której wspomnienia docierają do nas poprzez Przestrzeń i Czas…”       
Czy tragedia tamtej cywilizacji czegoś nas nauczyła? Czy nasza cywilizacja zniknie tak samo jak cywilizacja Atlantydy i wcześniejsze? Wszystko wskazuje na to, że nasza cywilizacja popełnia taki sam błąd. Naukowcy ostrzegają o zagrożeniu zagłady naszej wysoko rozwiniętej cywilizacji europejskiej i amerykańskiej na skutek skażenia środowiska, topnienia lodowców, dziur ozonowych, CO2, itd. Czy inteligentni ludzie nauki świadomi zbliżającej się zagłady pozostawią jakieś informacje o naszej cywilizacji, dla kolejnej cywilizacji, która odbuduje się za kilka tysięcy lat? Czy pozostaną tylko legendy o jeszcze jednej cywilizacji zatopionej w odmętach mórz i oceanów?  Jak chcą to zrobić inteligentni ludzie, wiedząc, że na skutek trzęsień ziemi i fal tsunami, a następnie zlodowacenia zniknie wszystko co stworzyli? Gdzie będzie w przyszłości centrum kolejnej cywilizacji?

Wadim Ilin pisze : „Z nastąpieniem epoki Średniowiecza wzmianki o Atlantydzie znikają. A po odkryciu kontynentu amerykańskiego w 1490 roku, Atlantyda znowu staje się przedmiotem sporów filozofów, historyków, kosmo- i geografów.” … a w naszych czasach również archeologów.

Na temat istnienia cywilizacji Atlantydy napisano tysiące artykułów w różnych językach i chyba dziesiątki jak nie setki książek. W Polsce w latach 70-tych ubiegłego wieku pisali na ten temat m.in.  archeolodzy - prof. Z. Krzak i dr. K. Kowalski  - „Echa Atlantydy”. Naukowcy postawili takie samo pytanie jakie zadał w swoim komentarzu Robert  Leśniakiewicz o artefaktach. Cyt. z pamięci: „Wszystko to pięknie brzmi, ale dobrze by było znaleźć chociaż jeden kamień z Atlantydy.”

Hmmm…. Szukacie chociażby jednego kamienia? Stoi ich tysiące na widocznym miejscu! To są właśnie materialne dowody istnienia Atlantydy, ale naukowcy mają swoje TEORIE NAUKOWE, dlatego nigdy nie wezmą pod uwagę legend o Atlantydzie… z tego samego względu o jakim pisze Robert Leśniakiewicz – cyt. „Osobiście jestem uprzedzony do wszelkiego rodzaju wizji, majaczeń i transowych relacji dotyczących zdarzeń i ludzi, którzy brali w nich udział. Swe obiekcje wyłożyłem już nieraz, więc nie będę się tu powtarzał. Powtórzę tylko jedno – mózg ludzki jest maszyną informatyczną zbyt złożoną i zbyt zróżnicowaną osobniczo, by wychwytywane jakieś telepatemy czy przekazy z innych wymiarów Czasu i Przestrzeni można było uznać za obiektywne na tyle, by stanowiły one pewne źródło informacji.”

Zgadzam się z Robertem pod warunkiem, że wizjonerzy i telepaci potrafią to udowodnić, ale jak do tej pory nikt z nich nie wiedział o istnieniu artefaktów i ich nie wskazał.

Od 1993 roku badam megality oraz… jestem wizjonerką, ale ja w przeciwieństwie do innych wizjonerów i telepatów nigdy nie miałam wizji o Atlantydzie. Moje wizje dotyczą głównie terenu Polski oraz megalitów. Wizje stały się dla mnie inspiracją do myślenia oraz poszukiwań dowodów i badań. Dlatego twierdzę, że jednym z wielu materialnych dowodów – artefaktów cywilizacji Atlantydy jest najsłynniejszy Wielki Krąg - STONEHEHGE w Wielkiej Brytanii. Jest on dosłownie w „zasięgu ręki” od miejsca legendarnej wyspy na Oceanie Atlantyckim. Im dalej od centrum cywilizacyjnego Atlantydy, tym kamienne kręgi są mniejsze. Czy jest to falsyfikat? Naukowcy zajmują się tajemniczym Wielkim Kamiennym Kręgiem w Anglii od dawna, ale nikomu z nich nie przyszło do głowy, że są to artefakty, które przygotowali nam mieszkańcy Atlantydy!

Dlaczego KAMIENNE KRĘGI??? Bo tylko kamienie mogą przetrwać kataklizm oraz zlodowacenie, potop, pożar, ale nie przetrwają jednego… głupoty ludzkiej! Te słowa powiedziałam w Sulęczynie  w kwietniu 1997 roku podczas sympozjum naukowego, które było poświęcone kamiennym kręgom w Polsce - oczywiście z udziałem archeologów, historyków, astronomów i fizyków, botaników oraz psychotroników, władz gminy i dziennikarzy. Mój referat znajduje się w materiałach naukowych opublikowanych w książce pt. „Na szlaku Gotów” pod redakcją prof. H. Panera dyr. Muzeum Archeologicznego w Gdańsku. Moje badania kamiennych kręgów w Odrach zostały uznane przez archeologów za majaki ponieważ wg ich TEORII NAUKOWYCH jest to tylko cmentarzysko Gotów. Na  szczęście archeolodzy w Wielkiej Brytanii już dawno odeszli od zacofanych teorii o Gotach, Celtach i innych tego typu nacjach na terenie Europy, w naszej cywilizacji. Więc kto tutaj majaczy – ja czy archeolodzy?

Wiedza zakodowana w symbolu w ustawieniu kamiennych kręgów jest ściśle naukowa i wymaga  od badaczy rozległej wiedzy z wielu dziedzin. Ja nie jestem naukowcem, ale podczas sympozjum wyjaśniłam, dlaczego kamienne kręgi w Odrach i wszystkie inne w Europie ustawione są z dokładnością astronomiczną. Dlaczego? Ponieważ zostały ustawione na pasmach kosmicznych, które otaczają Ziemię. Budowniczowie kamiennych kręgów wiedzieli o istnieniu tych pasm, dlatego ustawili je z dokładnością astronomiczną, ale dla archeologów żadne pasma kosmiczne nie istnieją! To jest wiedza, którą rozumieją fizycy, ale nie archeolodzy!!! Archeolodzy jednak wiedzą lepiej kto i po co ustawił kamienne kręgi! Wg nich mogli to zrobić tylko Goci… mała grupka ludzi, która przypłynęła z Gotlandii do ujścia Wisły na jednej łodzi, a potem znaleźli daleko w puszczy na Pomorzu miejsca gdzie ustawili kamienne kręgi z dokładnością satelity… ?! O tym, że na terenie Skandynawii jest również wiele kamiennych kręgów, których nie mogli zrobić Goci, to oczywiście również mało ważne. To, że w Polsce są kamienne kręgi np. w Leśnie, gdzie 30 lat prowadził wykopaliska  prof. K. Walenty z UŁ  i udowodnił iż liczą one co najmniej 5 tys. lat i to tylko na podstawie wykopalisk! To oczywiście oznacza, że w żadnym wypadku Goci nie byli twórcami kamiennych kręgów i nie jest to cmentarzysko Gotów! Więc kto nam to przygotował? Potomkowie małp nigdy tego nie zrozumieją, ale potomkowie inteligentnej cywilizacji owszem…

Z moich badań wynika, iż w kamiennych kręgach została zakodowana ścisła wiedza: matematyczna, fizyczna, astronomiczna, biologiczna, techniczna, informatyczna oraz  mistyczna. O swoich badaniach i odkryciach pisałam wielokrotnie, ale dla archeologów to wciąż nie ma znaczenia. Dla nich najważniejsza jest stara niemiecka teoria o Gotach z czasów, gdy Polska nie istniała na mapach Europy. Taki jest obecnie poziom wiedzy w Polsce na temat kamiennych kręgów.  Jaki mają w tym interes archeolodzy, aby od blisko 100 lat podtrzymywać zacofaną teorię niemiecką? Czy to co mówią i robią archeolodzy to postęp naukowy, czy celowe uwstecznianie naszego społeczeństwa? Wszystkie ich badania naukowe w kamiennych kręgach prowadzone są na koszt państwa czyli podatników i to od dziesięcioleci! Dokąd prowadzą ich zacofane – błędne TEORIE NAUKOWE i co z nich wynika? Ich badania potwierdzają inną TEORIĘ… o pochodzeniu człowieka od małp! Jednocześnie wyśmiewają się z psychotroników… ale pozwalają im na idiotyczne rytuały i obrzędy z czasów Gotów. Dlatego psychotronicy z różnych sekt mogą tam urządzać swoje idiotyczne obrzędy i rytuały, gdyż tym samym  podtrzymują równie bzdurne teorie naukowe o Gotach, a jest… XXI wiek! Nasuwa się wniosek… Kto jest większym idiotą – naukowcy czy psychotronicy? Mogą sobie podać łapę… Niczego mądrego nie wnoszą dla dobra nauki na temat kamiennych kręgów, jedynie dbają o swoje autorytety naukowe i to za wszelka cenę! Dla nich każdy „chwyt” jest dozwolony… co od wielu lat doświadczam!

 Jacy naukowcy takie społeczeństwo.

Całe szczęście, że Brytyjczycy, którzy badają Stonehenge wraz z inteligentnymi naukowcami z Europy, USA, Rosji, itd., ale nie z Polski - mówią zupełnie co innego. Ja swoje zdanie na ten temat wyraziłam m.in. w dwóch artykułach na Facebooku - „Klucz do tajemnicy Stonehenge jest w Polsce!”    https://www.facebook.com/notes/zofia-piepi%C3%B3rka/klucz-do-tajemnicy-stonehenge-jest-w-polsce/332759956749883 oraz „Czy legendarne Aleje Menhirów w Carnak to aleje głupców?”. https://www.facebook.com/notes/zofia-piepi%C3%B3rka/czy-legendarna-aleja-menhir%C3%B3w-w-carnac-to-aleja-g%C5%82upc%C3%B3w/349822571710288  

Artykuły przesłałam do wiadomości archeologów, CBK PAN w Warszawie, fizyków kilku uczelni, dziennikarzy w Polsce oraz dziennikarzy i naukowców Wielkiej Brytanii i USA.  Czy ktoś w Polsce interesuje się moimi badaniami? Jest cisza…

W art. „Klucz do tajemnicy Stonehenge jest w Polsce!” m.in. powołuję się na:
„The Independent”  05.11.11

„Aktualne badania sugerują, że Stonehenge było ważnym i świętym miejscem co najmniej 500 lat wcześniej zanim powstał kamienny krąg oraz że świętość jego lokalizacji może mieć kluczowe znaczenie w otaczającym go krajobrazie.  Co więcej, nowe badania prowadzone przez archeologów z uniwersytetów w Birmingham, Bradford i Wiedeń - skłaniają się do prehistorycznych przekonań religijnych łączonych ze Stonehenge. To zwiększa prawdopodobieństwo, że miejsce to było pierwotnie, a przede wszystkim związane z kultem słońca.” (…)

„45 lat temu, archeolodzy znaleźli miejsce rytuału sprzed 8000 p.n.e z czasów mezolitu (Wiek "Middle" Stone), czyli 10 tyś. lat temu - które obecnie znajduje się na terenie parkingu samochodów w pobliżu Stonehenge. Pięć tysięcy lat przerwy między okresem mezolitu i miejscem świętym Stonehenge spowodowało, że większość archeologów uważa, że jest mało prawdopodobne iż to "święte miejsce" istniało jako ciągłość. Ale z nowych odkryć, różnica czasu potencjalnie się zmniejsza. Nie wiadomo, jak długo w miejscu Stonehenge było „święte miejsce” przed budową Cursus. Tak bardzo długi okres, tradycje geograficzne świętości w stosunku do Wielkiej Brytanii oraz to, że jest to najbardziej znany zabytek starożytny na świecie, zmusza do tego, aby wziąć to pod uwagę.

University of Birmingham podjął badania powierzchni Stonehenge - największe tego typu, jakie kiedykolwiek przeprowadzono - zajmie kolejne dwa lata, mówi profesor Vince Gaffney, dyrektor projektu. Trwające odkrycia w okolicy „miejsca świętego” spowodują zmianę  myślenia uczonych w stosunku do znanego zabytku, jego pochodzenia, historii i znaczenia.

Jednak nawet dokładne datowanie powstania tego legendarnego miejsca nie rozwieje otaczającej go aury tajemniczości.”

"Miejsca Święte"...

Dawno temu E.v. Daniken napisał znamienne słowa w książce pt. „Kosmiczne miasta w epoce kamiennej” - „Prosiłbym uprzejmie, aby włączyć do akt stwierdzenie, że kamienne kręgi i inne megalityczne kurioza nie są zjawiskiem regionalnym... oraz że struktury te wiążą się z legendami mówiącymi, iż są  to budowle mistyczne lub święte.” Doszedł do wniosku, że tylko Bóg to wie, po co te wszystkie megality stoją od tysięcy lat! Czy się mylił? Nie, ponieważ brytyjscy i austriaccy archeolodzy właśnie to potwierdzają. Czy jako cywilizacja, a szczególnie kultura i religia chrześcijańska w Europie, jesteśmy na takim poziomie inteligencji i duchowości, aby „spojrzeć prawdzie w oczy” i odrzucić stare schematy myślowe?

Czym dla naszej religii i kultury są tego typu „miejsca święte” jak Stonehenge i co nam mówią? Cóż to było za niezwykłe miejsce kultu, które istniało już 10 tys. lat temu? Jeżeli te wzgórza już tysiące lat temu zamieszkiwały jakieś ludy, to jest oczywiste, że zamieszkiwały całą wyspę, a to oznacza, że istniała cywilizacja na całym kontynencie europejskim. Co takiego się zdarzyło, że na ok. 5 tys. lat kult tego miejsca zanikł? Wg Biblii, Platona, licznych legend oraz odkryć naukowców, nasz świat nawiedził globalny Potop - prawdopodobnie nie jeden.

Wg geologów nasz kontynent był czterokrotnie skuty lodem – ostatnie zlodowacenie miejscami. Czyżby w wyniku kataklizmów nasza cywilizacja o czymś zapomniała i dlatego przodkowie pozostawili  ważne informacje w kamieniach Stonehenge i nie tylko? Dlaczego w pamięci starożytnych mieszkańców Wielkiej Brytanii „miejsce święte” gdzie znajduje się Stonehenge miało tak wielkie znaczenie?  Dlaczego potomkowie zaginionej cywilizacji wznieśli w tym samym miejscu tak niezwykły pomnik? Dotychczasowe badania naukowe dowodzą niezwykłej inteligencji oraz wiedzy naszych przodków wbrew teoriom naukowym o historii Europy. Stawiając na widocznym miejscu Stonehenge, najwyraźniej chcieli abyśmy COŚ zrozumieli i we wskazanym miejscu szukali. Czy zrozumiemy co chcieli nam w ten niezwykły sposób przekazać inteligentni przodkowie?
Ostatnie badania brytyjskich archeologów potwierdzają moje wnioski dotyczące „miejsc świętych” w Polsce oraz znaczenia kamiennych kręgów jako Kamiennego Testamentu. Nie bez powodu są one zapisem astronomiczno-matematyczno-geometrycznym, czyli jest w nich zawarta ścisła wiedza. Dlatego są one największym dowodem na istnienie inteligentnej starożytnej cywilizacji na terenie Europy, co również potwierdzają moje badania i odkrycia w Polsce.” Opisałam to w książce pt. „Święta tajemnica Gdyni”.

Cywilizacja Atlantydy istniała i jej wpływy miały zasięg na cały teren Europy – wszędzie tam dokąd sięgają kamienne kręgi. Im dalej od centrum kultury i nauki, tym kamienne kręgi w Europie są mniejsze.

„Najwidoczniej nadszedł czas rozpoczynania wszystkiego od nowa”… dlatego koniec naszego świata  - naszej cywilizacji jest blisko! Mówią o tym sami naukowcy, dlatego nie oglądam się już na naukowców w Polsce oraz na psychotroników, gdyż są dla mnie mało wiarygodni w tym co robią, mówią i piszą. Dlatego mam odwagę mówić co myślę o takich naukowcach, psychotronikach oraz duchowieństwie naszej cywilizacji. Co zrobią w obliczu nadchodzącej zagłady tym razem naszej cywilizacji? Popatrzmy…

Jeżeli macie poczucie humoru archeologów to oczywiście… „kaplica” dla naszej cywilizacji! Jeżeli macie prawdziwe poczucie humoru, to dostrzeżecie ironię losu jaką zgotowała nam elita naukowców w Polsce. Doskonale odzwierciedla to stary amerykański film sprzed 30 laty pt. „Planeta małp”! Ci, którzy oglądali ten film wiedzą co mam na myśli! Czy w Polsce znajdzie się jakaś „naukowa małpa”, która zrozumie informacje pozostawione przez inteligentnych ludzi z poprzedniej cywilizacji w ustawieniu kamiennych kręgów w Polsce i całej Europie oraz w STONEHENGE? Myślący ludzie badają ten najsłynniejszy legendarny zabytek w Europie od dziesiątek lat…
W Polsce nie mam z kim o tym rozmawiać… no chyba, że są inteligentni ludzie tak samo zaszczuci jak ja do tej pory, ale w obliczu zagłady wyjdą ze swojej „nory” z podniosą głowę, aby zacząć badać kamienne kręgi zgodnie z procedurą naukową zakodowaną w symbolu w ustawieniu kamiennych kręgów i to natychmiast!

Robert… dziękuję za Twój komentarz, który zmusił mnie do napisania tego co myślę o naukowcach, psychotronikach i duchowieństwie.
Co robią psychotronicy w Polsce pisałam wielokrotnie, a ostatnio w art. pod takim samym tytułem - „Reportaż z Atlantydy…”  https://www.facebook.com/notes/zofia-piepi%C3%B3rka/reporta%C5%BC-z-atlantydy/391393214219890

Czy nadchodzi już chwila Nowego Początku? „Najwidoczniej nadszedł czas rozpoczynania wszystkiego od nowa”, gdyż są ludzie którym bardzo na tym zależy…  Każda zagłada cywilizacji degraduje naszą inteligencję i duchowość oraz pamięć o naszych przodkach na Ziemi. I w ten sposób staniemy się debilami, podobnymi do małp… Czy dlaczego TEORIE NAUKOWE wyprzedzają naszą rzeczywistość? Kto za tym stoi? Odpowiedź jest w Biblii oraz znają ją prawdziwi ufolodzy.

piątek, 2 marca 2012

Czy nową wojnę rozpęta… Atlantyda?

 Atlantyda na dnie Oceanu Atlantyckiego - czy jej urządzenia są wciąż czynne i znajdują się...
 ...gdzieś na dnie akwenu Trójkąta Bermudzkiego, w którym obserwuje się tyle dziwnych zdarzeń i zjawisk?
N. Roerich - Droga do Szamballi


Igor Wołozniew

Mit o Atlantydzie mógł być założony na bazie wydarzeń z VI tysiąclecia p.n.e., kiedy to poziom Morza Czarnego podniósł się o 60-80 m z powodu powstania cieśniny w masywie kontynentu tam, gdzie teraz znajduje się Morze Marmara, Dardanele i Bosfor.

Już od wielu stuleci miłośnicy historii zadają sobie pytanie: czy naprawdę istniała Atlantyda? Co się z nią stało? Skąd się pojawili i gdzie zniknęli jej mieszkańcy? Poważne źródła odrzucają realność istnienia tego mitycznego kontynentu. Natomiast odpowiedzi – co paradoksalne – podają jasnowidze, okultyści i badaczy paranormaliów.

Ognisty kamień w świątyni Posejdona

Znamienity, antyczny filozof Platon był pierwszym, który napisał o Atlantydzie, mówił o tym, że ziemia ta znajduje się po przeciwnej, zachodniej stronie Cieśniny Gibraltarskiej, pośrodku oceanu. Atlantydzi byli silni i wojowniczy. Wtargnięcie ich armii do Europy omal nie doprowadziło do jej zajęcia. Filozof pisze dalej, że Atlantydzi ściągnęli na siebie gniew bogów i ich kontynent zginął „w jeden dzień i jedną noc okropną”, pogrążając się w oceanie. Miało to miejsce w IX tysiącleciu p.n.e. Jednakże z relacji Platona nie wiadomo, czym się Atlantydzi bogom narazili – śmierć nie pozwoliła mu dokończyć swego dzieła.

Niektórzy dzisiejsi badacze uważają, że legendy o Przybyszach zza Morza, mądrych Bogach Nauczycielach przekazywanych przez wiele narodów świata zawierają w sobie echa historii Atlantów, którym udało się uratować z tonącej wyspy. Te legendy niedwuznacznie mówią o niezwykłych umiejętnościach i wiedzy, które posiadali mieszkańcy Atlantydy. I tak np. można dojść do wniosku, że pokonali oni ziemskie ciążenie i porozumiewali się przy pomocy telepatii.

Tajemnice Atlantydy przeniknął amerykański wizjoner Edgar Cayce. Zapadłszy kiedyś w kolejny trans, ujrzał pośrodku oceanu przepiękne miasto i jego mieszkańców. Przeanalizowawszy detale tego myślowego zewu Cayce założył, że to była Atlantyda. Później jeszcze niejednokrotnie miał takie widzenia. Według niego, Atlantydzi do swych rytualnych i praktycznych celów używali jakichś magicznych kryształów, podarowanych im przez jakąś pozaziemską cywilizację. Dzięki tym kryształom mieli oni ogromne możliwości, które mogli wciąż rozwijać.

Caycemu udało się rozejrzeć i ustalić, że główny kryształ – Tuaoi – co w przekładzie z języka Atlantydów oznacza „ognisty kamień” – znajduje się w głównym pomieszczeniu świątyni Posejdona. W Tuaoi znajdowała się ogromna moc. Dzięki niemu mieszkańcy Atlantydy mogli mieć również władzę nad Czasem.

Jasnowidz ten jest przekonany, że Atlantyda nie zginęła. Jej świątynie po katastrofie niejednokrotnie podnosiły się z dna, i wkrótce znów dojdzie do tego, przy czym one już na zawsze pozostaną na powierzchni…

Szklany dom i pułapki czasu

Nieoczekiwane potwierdzenie słów Cayce’go znaleziono w pracy… Gajusza Juliusza Cezara pt. „Commentarii rerum gestarum belli Gallici” albo w skrócie „De bello Gallico”. W dziele tym znakomity wódz opisuje swoje spotkanie z mędrcem-druidem, który opowiedział mu legendy jeszcze z czasów celtyckich. Wedle jego słów, celtyccy bogowie zbudowali na wyspie pośrodku oceanu szklany dom, ale każdy statek, który się doń zbliżył – znikał bez śladu. Legendę tą opowiadano jeszcze w Średniowieczu. Nie jest wykluczonym, że szklany dom mógł być podniesionym z dna Atlantyku atlantydzką świątynią, a statki, które tam się zaplatały mogły być przerzucane w inne wymiary czasu i pozostawać tam na zawsze… Nieznana siłą, która pochwytała statki, Celtowie nazywali „czarodziejską pajęczyną”. Nie zapominajmy, że byli oni doskonałymi żeglarzami dopływającymi do Islandii i Skandynawii na północy oraz do Wysp Kanaryjskich i wybrzeży Brazylii na południu. Jeden z celtyckich bohaterów przebywał w szklanym domu przez trzy dni, a kiedy udało mu się wydostać z niego okazało się, że upłynęło 30 lat!

Z legendą tą współbrzmi iście mistyczna historia, która miała miejsce już współcześnie – w 1993 roku. Jak podaje dziennik „News”, w czasie rejsu okrętu podwodnego na głębokości 70 m w akwenie Trójkąta Bermudzkiego (to jest tam, gdzie mogła znajdować się Atlantyda), jego załoga w czasie minuty słyszała za burtą dziwny świst i szeleszczące wibracje. Potem w czasie dosłownie jednej sekundy, wszyscy podwodniacy się postarzeli, a okręt podwodny znalazł się o tysiące mil od Trójkąta – na Oceanie Indyjskim!

Edgar Cayce uważa, że anomalie na akwenie Trójkąta Bermudzkiego są wynikiem działania magicznych mocy kryształów, które poszły na dno wraz z Atlantydą. To właśnie z ich przyczyny obserwuje się na tym akwenie złowrogie paradoksy czasoprzestrzenne.

Czy Atlantydzi się uratowali?

W 1991 roku na dnie Morza Sargassowego, w samym środku Trójkąta Bermudzkiego, dokonano sensacyjnego odkrycia. Odkryto tam gigantyczną piramidę, trzykrotnie większą od Piramidy Cheopsa. Jej gładkie ściany wykonano z materiału podobnego do szkła. Dalsze badania wykazały, że zbudowano ją stosunkowo niedawno – wszystkiego jakieś 50 lat temu. A na dodatek wyjaśniło się, że znajdują się tam jeszcze trzy inne, mniejsze.

Zgodnie z niektórymi poglądami, wzniesienie takich budowli było możliwe tylko za pomocą magicznych kryształów. Wygląda na to, że część Atlantydów uratowała się z tego kataklizmu, który pogrążył ich kontynent i znalazła schronienie w podziemiach pod dnem Atlantyku. Przez wszystkie wieki od czasów katastrofy, ta podziemna kolonia opracowywała plany podniesienia Atlantydy. Okultyści twierdzą, że „podziemnym” Atlantydom może się to powieść, jeżeli posłużą się Ognistym Kamieniem – Tuaoi. Małe kryształy nie maja takiej wielkiej mocy, ale połączywszy je Atlanci będą w stanie konkurować z naszą cywilizacją, bowiem wciąż są oni super-ludźmi. Nie jest wykluczone, że przedstawiciele tego narodu posiadający silne właściwości parapsychologiczne już przeniknęli w Ludzkość i w nasze społeczeństwo.

Planecie grozi poślizg czasowy

Szklany dom, który kiedyś tam widzieli na oceanie celtyccy żeglarze, zapadł się pod wodę. Najprawdopodobniej Atlantydzi ponownie zanurzyli go w oceanie, bo jego czas jeszcze nie nastał. A teraz szklane domy z dna oceanu podnoszą się ku powierzchni. Okultyści twierdzą, że z całą pewnością jest o zwiastun nadchodzącej katastrofy, którą przepowiadają planecie mędrcy i magowie z Atlantydy. Magiczne kryształy nagromadziły w czasie całych stuleci dostateczny zasób kej energii i w najbliższym czasie zademonstrują światu straszliwą, niszczycielską siłę. Zapewne Atlantydzi powtórzą swój dawny eksperyment ze zmieszaniem czasoprzestrzennego kontinuum planety, który skończył się dla nich opłakanie i dla ich własnego kontynentu. Ale tym razem eksperymentatorzy nie powtórzą dawnych błędów.

Celem Atlantydów jest światowe państwo. Przemieszczenie planety w inną czasoprzestrzeń spowoduje kataklizm, który zniszczy naszą technologiczną przewagę i zepchnie resztki rodu ludzkiego do stanu półdzikiego. W ten sposób Atlantydzi pokażą, kto tak naprawdę jest gospodarzem na tej planecie.

Cayce i inni jasnowidze nie raz zapewniali, że w najbliższym czasie Atlantyda podniesie się z dna. Być może szklane piramidy Trójkąta Bermudzkiego są tą sama „podnoszącą się Atlantydą”.

Szamballa – tybetańska Atlantyda

Wschodnie podania i legendy pozwalają przedkładać, że niektórzy najmądrzejsi Atlantydzi po zagładzie ich kontynentu znaleźli schronienie w Tybecie, gdzie założyli oni Szamballę i także zbudowali ogromne piramidy. Każda z tych piramid była uwieńczona magicznym kryształem uratowanym z tej katastrofy. Badacze sądzą, że kryształy znajdujące się na szczytach piramid do dziś dnia służą do odbioru kosmicznej energii dla mieszkańców Szamballi.

Uważa się, że przeciwstawić się złowrogim zamysłom „podziemnych” Atlantydów są w stanie tylko Atlantydzi zamieszkali w Tybecie. Mają oni także swoje magiczne kryształy i zapewne coś zrobią w odpowiedzi. Wiele zależy od tego, w czyich rekach znajduje się Ognisty Kamień. Według oświadczenia amerykańskiego jasnowidza Mike’a Gordona Sculliona, zrobiony przez nich w 2001 roku główny kryształ Atlantów znajduje się nie w Atlantyku, ale w Tybecie. Tym niemniej znaczna ilość małych kryształów znajduje się w starej, podwodnej Atlantydzie i ich niszcząca moc jest nadzwyczaj duża. Tak więc bez wielkiej bitwy o Ziemię się nie obejdzie. Być może ta bitwa już się zaczęła…

Atlantyda, Agharta, Mu…

Wszystko to brzmi nadzwyczaj atrakcyjnie i coś w tym niby jest, ale… Przypomina mi to powieść F. Montyherta pt. „Atlantyda i Agharta” napisana w międzywojniu, a przypomnianą na początku lat 80. XX wieku. Tam też, w tej powieści awanturniczej Montyherta, Ziemią rządziły dwie wrogie sobie siły – świetlistej, uduchowionej Atlantydy i przerażającej, podziemnej Agharty. Powieść ta powstała na bazie wspomnień F. A. Ossendowskiego, który przekazał w niej m.in. proroctwo Władcy Świata z roku 1890, na najbliższe 50 lat, czyli do roku 1940. No i faktycznie – Władca Świata w najczarniejszych barwach odmalował ówczesnym ich przyszłość. Wojny, rewolucje, przewroty, upadek wartości moralnych, odwrócenie się od Boga – itd. itp. – co zresztą nietrudne było do przewidzenia. Natomiast ciekawym jest to, że w 1940 roku miały powstać trzy wielkie państwa, co zgadzało się o tyle, że zaczęła tworzyć się koalicja antyhitlerowska trzech wielkich państw: Stanów Zjednoczonych, Zjednoczonego Królestwa i Związku Radzieckiego.

I teraz – pisze Ossendowski:

…Zjawią się trzy wielkie państwa, a będą istniały 71 lat od dnia zjawienia się. Później nastąpi 18 lat krwawych wojen, zguby i zdziczenia. Wtedy przyjdę ja z siłami Agharty…

Policzmy: 1890 + 50 = 1940 – powstają trzy wielkie mocarstwa.
I dalej: 1940 + 71 = 2011 – rozpad trzech supermocarstw. Jak dotąd, to w 1991 roku rozpadł się ZSRR – po którym pozostał iluzoryczny twór o nazwie Wspólnota Niepodległych Państw, a ze Zjednoczonego Królestwa powstał Commonwealth of Nations.
I liczmy dalej: 2011 + 18 = 2029 – dojście do władzy Agartyjczyków i koniec naszej cywilizacji. Czyli co? Czyli wychodzi na to, że żadnego końca świata w grudniu 2012 roku NIE BĘDZIE i BYĆ NIE MOŻE, bowiem pierwej muszą wypełnić się przepowiednie Brahytmy czyli Władcy Świata z Agharty…

A zatem koniec naszej cywilizacji nastąpi w roku 2029!

Przesąd przeciwko przesądowi – tak niezwykle trafnie określił taki stan znany norweski badacz Thor Heyerdahl. Nic dodać, nic ująć… Tylko że teraz tą informację dorwie jakiś czubek i puści w eter: koniec świata w 2029 roku!

A bezmyślny tłum przeżuwaczy hamburgerów mu przyklaśnie i będzie na to czekał.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 33/2011, ss.18-19

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©  

czwartek, 1 marca 2012

Tajemnica atomowych samolotów (3)

 Samolot atomowy Tu-119 - widoczny "garb" zawierający reaktor jądrowy
 Tu-95 Bear
Silnik NK-12 samolotu Tu-95 Bear

Tu-119: Atomowy samolot Chruszczowa

Alex Kierstein

Czy to właśnie ten eksplodujący atomowy toster w przestrzeni kosmicznej przyprawił cię o przerażenie? Weź swój ołowianą kurtkę ochronną i dozymetr – przeklęte komuchy włożyły reaktor jądrowy w kadłub bombowca Tupolewa w swingujących latach 60.! Wyłącz światła i przeczytaj tą mrożącą krew w żyłach historię o tym chorym epizodzie Zimnej Wojny.

Jest rok 1955. Stalin jest martwy od dwóch lat, zaś Sowieci szukają sposobu na uzyskanie przewagi nad Zachodem, a także trzymać w ukryciu wszystkie rozwiązania typu „naciśnij guzik”, których rozwój mógł doprowadzić do tego, że Ziemia mogłaby stać się niezamieszkała. Całkiem możliwe, że dowiedziawszy się o samolocie Convair X-6, o którego silnikach napiszę krótko, Sowieci szybko ogłosili rozpoczęcie swego programu budowy atomowego samolotu. Tupolewowi zlecono zadanie wykonania tego projektu, który on oszacował na 20 lat. Uzyskawszy dane z eksperymentów, Tupolew zdecydował się na zamonttowanie reaktora do samolotu.

Zdecydowano się wmontować reaktor do istniejącego już zdumiewającego bombowca Tupolewa – Tu-95 Bear – który zasługuje na to miano, ale bawi mnie to, że ten głośny turbośmigłowiec wciąż służy w rosyjskim lotnictwie i to aż do 2040 roku. To i tak nie był zły początek. Tak czy owak, Bear został zmodyfikowany przez Tupolewa i tak powstał Tu-119, który miał reaktor jądrowy w komorze bombowej – stąd nazwa w kodzie NATO – Atomic Pirogi… - oczywiście nieoficjalna i żartobliwa. Sto dziewiętnastka była długa i miała dodatkowy garb na grzbiecie, w którym mieściła się aparatura reaktora. Poza tym samolot musiał jeszcze unieść masywne osłony biologiczne, aparaturę chłodzenia reaktora i ogromną ilość stalowych płyt i mniejsze ilości ciekłego sodu, tlenku berylu, kadmu i wosku parafinowego. Było to całkiem zrozumiałe, bowiem zakładano, że jego załoga mogła latać 48 godzin non-stop póki się nie upiekła na frytki, albo nie ugotowała.

Ale są tutaj rzeczy, które przyprawiają o dreszcz: Tu-95 chociaż używał silników Kuzniecow NK-12 obracających w dwie strony dwa śmigła, to stworzono jeszcze mocniejszy silnik turbośmigłowy. Jego ostatnia wersja miała 15.000 KM mocy, ale to wcale nie był koniec. W samolocie Tu-119 dwa silniki NK-12 zostały zastąpione przez silniki NK-14, które były eksperymentalnymi silnikami atomowymi o „brudnym cyklu”, mającymi minimalne osłony biologiczne, zasilane bezpośrednio z reaktora. Porównując to z amerykańskim programem X-6 wygląda na to, że nuklearny silnik odrzutowy używa ciepła z reaktora via wymiennik ciepła do adiabatycznego rozprężania wpadającego doń powietrza, zamiast spalać w nim węglowodorowe paliwo dla osiągnięcia tego samego efektu. To wszystko było „ekstra!” i „ach!” i „ojej!”, jednakże samo to, ze silniki te pracowały w „brudnym cyklu” powodowało, że silniki te były zdumiewające i przerażające  - przerażająco nieodpowiedzialne.

Tu-119 wykonał 34 loty w 1961 roku, póki ktoś w odpowiednim ministerstwie nie doszedł do wniosku, że to jest przerażająca idea. I także ICBM wydawały się być o wiele tańszym, łatwiejszym i bardziej skutecznym sposobem zdmuchnięcia amerykańskich miast z powierzchni Ziemi. Tak więc program został anulowany i radzieccy piloci bombowi zostali mało napromieniowani wskutek tej decyzji. Teraz już znacie połowę prawdy o tej bitwie (w której na szczęście nie doszło do starcia!).


17 listopada 2010 r.

* * *

Przekład ten jest przybliżony, bowiem pisał to ktoś, dla kogo angielski nie jest językiem ojczystym. Ale tak czy inaczej, dane te są przerażające – chociaż z drugiej strony znając lekkomyślność radzieckich atomistów nie jest ona znów taka dziwna.

Kończąc ten przegląd materiałów chciałbym jeszcze raz wspomnieć o tym, że właśnie te wszystkie pomysły przelali na karty swej trylogii Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka, których kosmoloty i samoloty latały pędzone energią jądrową! Opisują oni ni mniej ni więcej, a właśnie rozwiniecie tych projektów – amerykańskich i radzieckich. Ta ich „trylogia proximiańska” pisana była we wczesnych latach 50., a więc w czasach, kiedy modna była „space opera” w fantastyce naukowej i autorzy skupiali się na technice, dzięki której bohaterowie mogli przeżywać różne przygody na innych światach.

Do pomysłu atomowych samolotów zapewne się powróci, jak już się nie powróciło. I tu jako mamut i dinozaur Zimnej Wojny zgodzę się z Andriejem Bystrowem – do tych pomysłów i idei się wróci choćby ze względu na coraz większy problem z paliwem do samolotów, które przecież pochłaniają tysiące hektolitrów węglowodorów. Jak długo jeszcze? – a zatem trzeba będzie poszukać czegoś bardziej efektywnego – a zaprzęgnięcie do latania w atmosferze i poza nią energii jądrowej jest wielką pokusą…

Oczywiście jest i ciemna strona tego zagadnienia. Katastrofa takiego samolotu byłaby jeszcze groźniejsza od katastrofy okrętu czy statku z napędem nuklearnym. Jej ekologiczne skutki – od wielkiej plamy radioaktywnie skażonego terenu czy akwenu do wybuchu jądrowego – stałyby się czymś na miarę Czarnobyla. Gdyby rzecz dotyczyła poligonu, to czort z tym. Ale te samoloty nie latały nad poligonami…?

Ciekawy jestem, czy pojawienie się tych konstrukcji wywołało falę UFO, czyli mówiąc prosto – czy doświadczalne loty samolotów atomowych nie spowodowały tego, że Obcy zainteresowali się nimi powodując zjawisko UFO-flap’u? Tego niestety nie wiem, i mogę tylko snuć przypuszczenia.  

Przekład z j. angielskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©