Powered By Blogger

czwartek, 8 marca 2012

SPRAWA NR 015/H – JULIUSZ VERNE W KARPATACH (1)

 Autorzy na tle Zamku Dunajec w Niedzicy
 Krzysztof Piechota, Ryszard Fiejtek i Robert Leśniakiewicz na tle ruin Zamku w Spiskim Podehradiu, który najprawdopodobniej zainspirował Brama Stockera do napisania "Drakuli"...
 Te same ruiny od strony południowej - jakże przypominają one opis Zamku Karpaty z powieści Julesa Verne'a!
Ruiny zamku w Plavcu. Także i te ruiny mogły stanowić inspirację autorów „Zamku Karpaty” i „Drakuli”... - i nie tylko, bo można do tego śmiało dodać lorda Byrona, Adama Mickiewicza, Josepha Sheridana le Fanu, Jana Potockiego i legion innych autorów romansów grozy! 

Miloš Jesenský,  Robert K. Leśniakiewicz

Historia ta nie jest wcale baśnią, jest ona jedynie romantyczna. Czyż jednak jej nieprawdopodobieństwo upoważnia do wyciągania wniosku, że jest równie nieprawdziwa? Nic bardziej błędnego. Żyjemy przecież w czasach, w których wszystko zdarzyć się może, nieledwie mamy prawo powiedzieć, że wszystko się już zdarzyło. Jeśli więc opowieść nasza dziś jest nieprawdopodobna, to dzięki możliwościom nauki jutro stanie się zupełnie wiarygodna i nikt nie ośmieli się zaliczyć ją do baśni.[1]

 Tymi słowy zaczyna się powieść słynnego francuskiego pisarza SF - Juliusza Verne’a (1828 - 1905) pt. „Tajemniczy zamek w Karpatach” (tytuł oryginału francuskiego: „Le château des Carpathes”, w wydaniu polskim „Tajemnica zamku Karpaty”, Łódź 1988), wedle której w 1981 roku została nakręcona czeska komedia filmowa w reżyserii Oldřicha Lipsky’ego pod tym samym tytułem z Michalem Dočolomanskym, Milošem Kopeckým i Rudolfem Hrušinským w rolach głównych. Przytoczony tutaj cytat posłużył mi jako motto dla moich badań tego, co było właściwa inspiracją autora tej nietypowej dla twórczości Juliusza Verne’a powieści, a który mnie zaprowadził dalej, niżbym sobie to śmiał wyobrazić!

Baron Gortz i hrabia Drakula

Akcja tej powieści zaczyna się w przedstawieniem w Operze San Carlo w Neapolu, gdzie śpiewa słynna diwa operowa o nazwisku La Stilla: kobieta niecodziennej urody, z długimi złocistymi włosami, głębokimi czarnymi oczyma płonącymi ogniem, a której postaci nie byłoby w stanie doskonalej oddać dłuto Praxitelesa. La Stilla ma dwóch zwaśnionych ze sobą wielbicieli: potężnego, demonicznego barona Rudolfa Gortza[2] i młodego hrabiego Franciszka Teleka[3], którzy siedzą na widowni w chwili, kiedy słynna śpiewaczka umiera na scenie, śpiewając: Innamorata, mio cuore tremante, voglio morire... Na zamku w sąsiedztwie należącej do barona Gortza wsi, dzieją się dziwne rzeczy. Wpółobłąkany uczony Orfanik sporządził swemu panu niezwykły przyrząd, przy pomocy, którego w bliżej nieokreślony sposób ukazywał baronowi postać i głos słynnej i (jakżeby inaczej) pięknej śpiewaczki w romantycznych ruinach zamku, gdzieś pośrodku karpackich lasów. Technologię tego „cudu” wyjaśniono w ostatnim rozdziale i chociaż bardzo narusza to konstrukcję tej gotyckiej powieści, to jednak robi z niej materiał godny pióra francuskiego wizjonera.

Mimo tego, dzieło Verne’a przez cały czas utrzymuje we wszystkich rozdziałach atmosferę mrocznego horroru odgrywającego się w średniowiecznych ruinach, i doszło do tego, że słynny czeski badacz rzeczy niezwykłych dr Ludvík Souček sformułował swego czasu hipotezę, wedle której ta powieść Verne’a w 1892 roku posłużyła Bramowi Stokerowi (1847 - 1912) za wzorzec do napisania słynnej powieści wampirycznej „Dracula”, którą wydał w pięć lat później.

Wynika z tego pierwsze pytanie - pisze dr Souček w studium „Draculova rehabilitacia sa zamieta” - czy jest stokerowy Dracula tylko wynikiem inspiracji dziełem Verne’a, w którym transsylwański magnat Rudolf Gortz i szalony naukowiec Orfanik stopili się w jedną postać atrakcyjniejszego hrabiego-wampira, a techniczne rekwizyty vernowskiej powieści na magiczne i wampiryczne artefakty - bliższe niskim gustom czytelniczym, zaś młody i stateczny Franciszek z Teckov na niemniej młodego i niemniej bohaterskiego Jonathana Harkera?...

Miejsce akcji powieści Verne’a pasowało jak ulał do akcji powieści Stokera, co czytamy w drugim rozdziale:
 Zamek opuszczony, zamek nawiedzany przez zjawy, zamek duchów. Żywa i rozpalona wyobraźnia zaludniła go wkrótce ukazującymi się upiorami, potępieńcami - duchami, które pojawiają się o północy. Takie rzeczy zdarzają się jeszcze w niektórych zabobonnych rejonach Europy, a Transylwania może pretendować do jednego z pierwszych wśród nich.

... Nigdy żaden zamek nie był takim przytulnym, miejscem spoczynku dla gości z zaświatów, jak Zamek Karpaty. Stał on na samotnej i niedostępnej skale, dojście możliwe było jedynie od przełęczy Vulkan, i musiały w nim mieszkać smoki, strzygi, wiły, upiory południce i jakaś dusza potępiona z rodu Gortzów. Te straszne opowieści szerzyły się, jak czarny mór. Wystarczyło podejść doń na pół kilometra, a człowiek zaczynał obawiać się o własne życie...

Podobnież Bram Stoker nie ryzykował spotkania z karpackimi upiorami, widmami i zagadkowymi wydarzeniami, które tak dokładnie opisuje w swej książce. To jest nieco dziwne, kiedy sobie uświadomimy, że podróż Jonathana Harkera z Monachium, którą odbył w dniach 1 - 5/6 maja, od hotelu „Złota Korona” do zamku Drakuli na Borgskiej przełęczy, opisuje dokładnie krok po kroku.

Opis podróży Harkera nie powstał w wyobraźni Stokera, czy według danych zawartych w turystycznych przewodnikach, a także nie wyjaśnia tego przyjaźń pisarza z budapeszteńskim orientalistą i historykiem Arminem Vamberym. I chociaż atmosfera powieści autentycznie oddaje genius loci tego miejsca, to rzecz w tym, że w okolicy Borgskiej Przełęczy nigdy nie było zamku Drakuli. Co więcej, wygląda na to, że Stoker użył tego samego materiału faktograficznego, jak Verne, albo po prostu „zrzynał” z jego karpackiej powieści.

Juliusz Verne na Słowacji


Chociaż większość badaczy literatury domniemywa, że zamku Gortzów należy szukać w miejscu akcji książki - w Rumunii - to od kilku lat skłaniam się ku hipotezie, wedle której Jules Verne dokończył pisanie swej powieści już po zwiedzeniu Prešporku (dziś Bratysławy[4]), a także dalszych ziem słowackich w 1892 roku, co jest faktem, który do dzisiejszego dnia przeszedł bez echa. Ten słowacki epizod z życia Vernego zainspirował także Brama Stokera do umieszczenia Słowaków w dzienniku podróży Harkera, w swej słynnej powieści, gdzie pod datą 3 maja powołanego dziennika, czytamy:

Słowacy sprawiają barbarzyńskie wrażenie: noszą wielkie pasterskie kapelusze, szerokie brudnobiałe spodnie, białe lniane koszule oraz olbrzymie, szerokie na piędź, skórzane pasy nabijane mosiężnymi ćwiekami. Na nogach mają wysokie buty, na głowie czarne włosy, a pod nosem długie, czarne i gęste wąsy.

Verne dostał się na Słowację w czasie podróży po K. und K.[5] Monarchii Austro - węgierskiej, której szczegóły podał do publicznej wiadomości pewien duński dziennikarz po wywiadzie, jaki uzyskał od słynnego pisarza:

Kiedy zwiedziłem obie stolice ck Monarchii[6], udałem się do mniejszego, ale równie starego miasta Prešpork, gdzie się miałem spotkać z pewnym węgierskim pisarzem, który mnie miał oprowadzać po karpackich wierchach. Z powodów rodzinnych nie mógł on tam przybyć, i tak pozostałem w hotelu całkiem sam.
Dzisiaj wiemy, że miał on tam zabezpieczony nocleg i przebywał pod innym nazwiskiem w hotelu Palugyay’ego „Pod Trzema Zielonymi Drzewami” - dzisiejszym „Carltonie”. Jego podróż po Słowacji nie zaczęła się łatwo i prosto, ale Verne zdecydował się skorzystać z okazji i zwiedzić nieznany mu kraj. Cytujemy dalej duńskiego publicystę:

Wszyscy wokół mnie mówili po węgiersku, niemiecku i słowacku, a ja z tego nie zrozumiałem ani słowa. Bezskutecznie prosiłem w recepcji, by mi załatwili jakiś  przewodnik - czegoś takiego tutaj w ogóle nie znali i nie mieli. Ale w pewnej kawiarni spotkałem jakiegoś młodzieńca, który czytał francuską gazetę. Pozdrowiłem go i zapytałem, czy za wynagrodzenie nie posłużył jako przewodnik w moich podróżach. Zgodził się. To był Słowak imieniem Janko. Naprawdę nazywał się Ján, ale jego przyjaciele wołali nań Janko. Powiedział mi, że to jest zdrobnienie jego imienia, a ja pomyślałem, że gdybym był Słowakiem, to moi przyjaciele nazywaliby mnie Julko.

No i co też robił i gdzie się wybrał Juliusz Verne na Słowacji?

Celem naszej pierwszej wycieczki była miejscowość w pobliżu Prešporka. Muszę dodać tutaj, że nie zapamiętałem tych wszystkich nazw słowackich i węgierskich miast, ale nazwa Devin pozostała mi w pamięci, bowiem to słowo miało takie greckie brzmienie. Miasteczko to leży w ostrym kącie, który tworzy rzeka Morawa wlewając się do Dunaju. Od pierwszej chwili byłem nim urzeczony. Cicha, niezbyt szeroka, płynąca spokojnie Morawa i szybko rwący Dunaj! Tam cichy, spokojny świat, a tutaj szybko rwąca rzeka, która w górę i w dół wiedzie do szerokiego, gwarnego świata!

Widok jednego z najsłynniejszych słowackich zamków musiał podziałać na wyobraźnię Verne’a i jego podziw dla Dunaju musiał zaowocować w postaci powieści „Dunajski pilot”, którą czytelnicy dostali do rąk w cztery lata po śmierci pisarza.

Tymczasem w ciągu dalszych dni verne’owskie wycieczki trwały nadal:
Mój miły młody przyjaciel Janko załatwił dobrze resorowany powozik. Dwa konie były mocne i szybkie. W każdy dzień o dwunastej czekałem na Janka przed skromną budowlą jego teologicznego uniwersytetu. Potem robiliśmy bliższe i dalsze wycieczki w okolice miasta. Chodziliśmy nie tylko po górach, ale także wpadaliśmy i w doliny. Wrażenia były mocne!

W wypowiedziach Verne’a  znajdujemy także emocjonalne wypowiedzi na temat słowackiej przyrody:

Te wspaniałe pola żyta, których pozazdrościć słowackim wieśniakom mogliby francuscy farmerzy! To żółtawe morze dojrzewającego żyta było tak piękne, że oczy me pokryły się wilgocią łez, jak to zawsze bywa, kiedy oglądam piękno przyrody. Janko dojrzał je i powiedział: C’est la Slovaquie, monsieur! I te nasycone barwy owoców! C’est la Slovaquie, monsieur! - powiada znowu Janko. Tu i ówdzie na popasie pod gołym niebem piliśmy stare wino w cieniu prastarych drzew, a mój przewodnik znów powtarzał swe C’est la Slovaquie, monsieur! Jego miłość do ojczyzny była tak dogłębna, że wzruszyła ona nawet mnie - cudzoziemca...[7]

64-letniego pisarza ujął także widok słowackich chłopów i ich tężyzna fizyczna oraz uroda Słowaczek:

Naturalnie, że przyjrzałem się także słowackim wieśniakom. W niejednej wsi, do której dostawałem się wraz z Jankiem miałem możność patrzeć w oczy słowackich chłopów i widzieć wysmagane wiatrem twarze słowackich kobiet. Rad bym zawołał tutaj naszych malarzy: Przybądźcie na Słowację, a tam znajdziecie najpiękniejsze modelki dla swych Madonn! Większość z nich nie uwierzyłaby mi, ale u nas nie znają ani tej krainy, ani tego narodu. A i w naszych encyklopediach poświęcono im tylko kilka linijek tekstu.

Swój wywiad z duńskim dziennikarzem Verne zakończył tymi oto słowami:

Kiedy udaję się w moje podróże naukowe, zawsze podaję w hotelach nieprawdziwe nazwisko. Jednakże kiedy powróciłem do Amiens, to posłałem temu młodemu studentowi Jankowi kilka moich książek z krótkimi dedykacjami.

Tego roku wydawnictwo Hetzela wydało powieść „Le château des Carpathes”. O ile wiadomo, to Autor pracował nad tą powieścią aż sześć lat i uznał swe dzieło za gotowe dopiero po wizycie na Słowacji w roku 1892. Akcja tej książki nie odgrywa się na słowackim Devinie u ujścia Morawy do Dunaju, ale gdzieś w tajemniczym Zamku w Karpatach. Jedno z możliwych wyjaśnień tej zagadki podaje dla Czytelników „Nieznanego Świata” badacz tajemnic słowackiej przeszłości inż. Ján Ducár.

CDN.


[1] W przekładzie Wacława Leszka Kobieli.
[2] W polskim wydaniu: Rudolf de Gortz.
[3] W polskim wydaniu: Franciszek de Télek.
[4] Węgierska nazwa Pozsony.
[5] K. und K. - Cesarsko-królewska.
[6] Wiedeń i Budapeszt.
[7] W tym czasie Słowacja, podobnie jak południowa część Polski - tzw. Galicja i Lodomeria, wchodziła w skład imperium austro-węgierskiego i wszelkie przejawy słowackiego patriotyzmu były tłumione, niejednokrotnie krwawo.

środa, 7 marca 2012

PRZECIWKO GMO!


Szanowni Państwo,

poniżej informacje i linki do filmów. ZAPRASZAMY SERDECZNIE

Jadwiga i Julian

1. JUŻ WIDAĆ I CZUĆ WIOSNĘ A WIĘC ZAPRASZAMY DO EKOCENTRUM ICPPC - Ekologiczne technologie
WIĘCEJ NA www.eko-cel.pl

2. Mamy kolejne małe zwycięstwo. Po pierwszym czytaniu propozycji ustawy o nasiennictwie przedstawionej przez Pana Prezydenta ustawa ta została skierowana do sejmowych komisji rolnictwa i środowiska do korekty. Konieczne jest wywieranie nacisku na posłów, szczególnie posłów z tych komisji, aby wprowadzili oczekiwane przez nas zmiany (http://www.icppc.pl/antygmo/2012/02/kolejny-apel-do-parlamentarzystow-w-sprawie-gmo/)
PROSIMY również o dalsze podpisywanie i nagłaśnianie PETYCJI NA:

3.ŻĄDŁEM w RZĄD! 15 marca o godzinie 12.00 rusza spod Kolumny Zygmunta w Warszawie "MARSZ W OBRONIE PSZCZÓŁ" organizowany przez polskich pszczelarzy. Koalicja POLSKA WOLNA OD GMO włącza się do MARSZU z hasłami: "ŻĄDŁEM w RZĄD! STOP AGROCHEMII! STOP GMO! NATYCHMIASTOWY ZAKAZ DLA MON 810 I AMFLORA! OCALIĆ TRADYCYJNE NASIONA." Chcemy wspólnie z pszczelarzami uświadomić społeczeństwu, że genetycznie zmodyfikowane uprawy (GMO) oraz dopuszczone przez Rząd RP środki chemiczne stosowane w rolnictwie powodują wymieranie pszczół, rujnują tradycyjne i ekologiczne rolnictwo, pszczelarstwo oraz zdrowie Polaków. http://chronmy.pszczoly.pl/

4. Francja wzywa Komisję Europejską do ogólnoeuropejskiego zakazu uprawy GMO MON810, która jest obecnie jedyną modyfikowaną genetyczne odmianą kukurydzy w Unii, ze względu na prawdopodobną szkodliwość dla środowiska. http://www.portalspozywczy.pl/zboza-oleiste/wiadomosci/francja-chce-zakazu-uprawy-w-ue-kukurydzy-gmo,66483.html

5. EKOCENTRUM ICPPC - Ogród ziołowy

==========================
ICPPC - International Coalition to Protect the Polish Countryside,
Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi
34-146 Stryszów 156, Poland tel./fax +48 33 8797114 biuro@icppc.pl   www.icppc.pl  www.gmo.icppc.pl  www.eko-cel.pl
Przeczytaj - "Zmieniając kurs na życie. Lokalne rozwiązania globalnych problemów", autor: Julian Rose www.renesans21.pl

Wodni Ludzie


A ka makani hema pa
Ka Manua o Kanoli Ikea
A kanaka ke kauahiwihoopii

Gdy wieje południowy wiatr
Góra Kanoli zdaje się być widoczna
A szczyt zda się być zaludniony

Clive Cussler – „Hawajski wir”



Na początku roku 2000, w pierwszym programie TVP wyemitowano zbiór kilku amatorskich filmów pod wspólnym tytułem „Nieujawnione tajemnice” wyprodukowany w koprodukcji francusko-niemieckiej. Jest to zestaw siedmiu filmów, traktujących o zniknięciach ludzi, których nijak nie da się wytłumaczyć za pomocą znanych praw fizyki.

Szczególnie interesującymi okazały się zapisy dokumentalne, które dotyczyły morza. Chodziło przede wszystkim o zagadkowe zniknięcia ludzi nad morzem, w strefie plaży albo z łodzi na otwartym oceanie, przy czym na temat paranormalnego charakteru niektórych zaprezentowanych przypadków można by dyskutować. Zniknięcie rozbitka z szalupy ratunkowej. Na filmie widzimy rozbitka z jakiegoś radzieckiego statku, który uległ awarii i zatonął na Oceanie Indyjskim. Widzimy rozbitka, który żyje przez wiele dni, w tropikalnym słońcu i w otwartej łodzi. Wreszcie kładzie kamerę na czymś i sam skacze w wodę odpływając w dal, by wreszcie zniknąć. Można wytłumaczyć od biedy dysfunkcją sił psychicznych ofiar po 40-dniowym pobycie w otwartej szalupie na pełnym morzu, bez wody i żywności (inna rzecz, że teoretycznie człowiek nie miał szans przeżycia w takim stanie psychofizycznym i w takich warunkach pogodowych tyle dni). Co on takiego widział? – tego nie wiadomo… Być może było to jakieś UFO albo USO?

Jeżeli idzie o płetwonurka z Zodiaku to został on porwany z otwartego pontonu w czasie ćwiczeń przez… - no właśnie, przez kogo?, Mogło tu wchodzić w grę działanie obcych (czytaj: radzieckich) służb specjalnych, które – znowu teoretycznie – porwały (po co?) płetwonurka sił zbrojnych NATO (nie takie rzeczy się zdarzały). Tylko po co? bezsporne jest natomiast, że owego płetwonurka odnaleziono na plaży PO TYGODNIU żywego, ale w takim stanie, że trzeba go było odwieźć do szpitala psychiatrycznego.

Prawdziwą sensacją w dobrym tego słowa znaczeniu okazał się film nakręcony przez anonimowego amerykańskiego żołnierza stacjonującego na Sycylii. O ile bowiem dwa wspomniane przypadki da się jakoś wytłumaczyć, ten stanowi prawdziwą zagadkę.
 Pierwszy kontakt wzrokowy z Wodnymi Ludźmi...
...podchodzącymi wodą do plaży...

Oto widzimy na jego filmie dwie istoty: młodą kobietę w kostiumie pływackim z lat 40. i chłopca w wieku 10-12 lat, które wynurzają się z fal , przez chwilę spacerują plażą, by następnie powoli wejść do wody i w postawie wyprostowanej skryć się pod jej powierzchnią. Co się dalej z nimi stało – tego nie wie nikt. Zapewne ów Amerykanin chciał się tego dowiedzieć, i… No właśnie – i zaczął działać irracjonalnie. Kładzie on bowiem notes i bluzę obok włączonej kamery filmowej, a potem w spodniach i butach na nogach – podobnie jak TAMCI wkracza do wody w postawie wyprostowanej – co rejestruje jego kamera filmowa… Dzięki niej widzimy, że młody mężczyzna idzie jak zahipnotyzowany w głąb Morza Śródziemnego… - i już z niego nie powraca – ani żywy, ani martwy.
 ...a potem odchodzące w kierunku otwartego morza
 Pozostawiły one ślady bosych ludzkich stóp
 Żołnierz zdjął bluzę i ustawił włączoną kamerę, po czym także ruszył w kierunku wody i... 
...po chwili także znikł w wodzie. Film trwa póki nie rozkręciła się sprężyna mechanizmu napędowego kamery. Żołnierza nigdy nie odnaleziono...

Cała ta sekwencja – co tu zaprzeczać – robi niezwykłe wrażenie. Chodzi zwłaszcza o nienormalność sytuacji; z jednej strony niesamowity spokój krajobrazu: rozsłoneczniona plaża, jasne morze, delikatne fale, a z drugiej ślady stóp na piasku powoli zmywane przez wodę. Normalne ślady normalnych ludzi…

Co więc zdarzyło się na sycylijskiej plaży w dniu 18 sierpnia 1943 roku? Kogo czy co zobaczył młody Amerykanin w wodzie nieopodal St. Antonio? Dlaczego zaprawiony w bojach żołnierz 7. Armii gen. Pattona nie sporządził żadnej notatki w swym notesie (zdając się tylko na kamerę filmową) – co powinien był zrobić, skoro cała sytuacja zainteresowała go do tego stopnia, że zdecydował się pójść z ślady Istot…? 

Odpowiedź na to pytanie dał swego czasu Clive Cussler, pisząc o sztucznie wyhodowanej rasie ludzkich istot przystosowanych do życia we Wszechoceanie. Podobnie Aleksandr Bielajew tworząc postać Ichtiandra wskazał na możliwość sztucznego zaadaptowania Homo sapiens sapiens do środowiska wodnego. Temat ten był ekspoatowany przez wielu autorów SF. Otwarte pozostaje jedynie pytanie, czy takie istoty występują tylko w powieściach SF?

Jeżeli tak, to za prekursora wszystkich tego rodzaju pisarzy-fantastów powinien zostać bez wątpienia Homer. To przecież on opisał w „Odysei” piękne Syreny, które wabiły śpiewem żeglarzy ku ich zgubie. Tylko przebiegły król Iraki – Ulisses zwany Odyseuszem zdołał je przechytrzyć stosunkowo prostym sposobem: zatkał swym towarzyszom uszy stoperami z wosku, a sam przywiązał się do grotmasztu… - i przeżył ten eksperyment. W świetle tego, co pisali później krytycy i badacze szlaków wędrówek Odyseusza, Syreny zamieszkiwały południowo-wschodnie wybrzeża Sycylii. Właśnie tam, gdzie latem 1943 roku operowała amerykańska 7. A i brytyjska 8. A, które wyparły stąd Niemców i Włochów od il Duce.

Ale i nie tylko, gdyż cała światowa mitologia zdaje się sugerować, że Wszechocean jest gęsto zaludniony różnymi morskimi boginkami, że wspomnę tutaj choćby córkę króla Bałtyku, którą zamordowano w Trzęsaczu i pochowano na przyfarnym cmentarzu. Bałtyk upomniał się o doczesne szczątki swej córki – Zielenicy – i rozmył klifowy brzeg z farą i cmentarzem tak, że została tam jedynie południowa ściana kościoła…

W Morzu Śródziemnym mieszkały Nereidy – córki Nereusa – starca mówiącego zawsze prawdę. Syreny miały także mieszkać w zimnych i niegościnnych morzach Północy, strasząc tamtejszych żeglarzy: Słowian, Normanów czy Wikingów.

A i współcześnie ludzie je widzą. I tak latem 1890 roku, pewien szkocki nauczyciel widział Syrenę w morzu przy Caithness. w 1403 roku w pobliżu Edam w Holandii, rybakom udało się pojmać Syrenę, która przeżyła potem 15 lat w Haarlem, a potem zmarła. Pogrzebano ja po chrześcijańsku, ale morze się o nią upomniało i zalało holenderskie niziny i depresje. Z kolei w dniu 15 czerwca 1625 roku, żeglarz Henry Hudson widział Syrenę gdzieś na Atlantyku. Jednym słowem, relacje o spotkaniach z dziwnymi istotami wodnymi odnotowuje się we wszystkich akwenach Wszechoceanu i na dobrą sprawę nie ma miejsca na Ziemi, gdzie by nie zaobserwowano ich pojawienia się… Bo są to stworzenia także słodkowodne!

A u nas? Oczywiście każdy zna legendę o warszawskiej Syrenie i córce króla Bałtyku i o Świetlanie z Zalewu Szczecińskiego. A przecież w wodach naszych rzek znajdują się także Utopce – które to, jak głoszą podania ludowe, wciągają ludzi w głębinę i topią…

Czyżby Utopce, Syreny, Nereidy oznaczały różne miana tego samego zjawiska? Cóż, głębiny wód, a szczególnie oceanów są w równym stopniu mało zbadane, mniej niż powierzchnia Księżyca! Nieprzypadkowo temat Wodnych Ludzi tak często powraca w rozmaitych kulturach i cywilizacjach. Co się za nimi kryje? Oto jest pytanie…

* * *
Te słowa napisałem w 2000 roku i ukazały się na łamach „Nieznanego Świata” nr 8/2000 ss. 16-17, kiedy to naiwnie wydawało mi się, że nauka pójdzie naprzód i ta zagadka zostanie rozwiązana w najbliższym czasie. Niestety, nic bardziej mylnego! Nauka obeszła problem bokiem, a znaki zapytania pozostały – ba! – jest ich jeszcze więcej!

Problem Wodnych Ludzi jest marginalizowany ale do czasu, bowiem w miarę coraz szerszej penetracji człowieka we Wszechoceanie czy prędzej czy później, ale nieuchronnie dojdzie do spotkania z tymi istotami i – czego obawiam się najbardziej – konfrontacji, której przedmiotem będą bogactwa dna Wszechoceanu: rudy metali, ropa naftowa i gaz ziemny, hydraty metanowe, zasoby biologiczne i inne. I nie chciałbym, by spełniło się ponure proroctwo i ostrzeżenie Franka Schätzinga, które zawarł on w swej kobylastej powieści „Odwet oceanu”, (Wrocław 2006), a którą polecam zainteresowanym tą problematyką. W każdym razie będąc w czasie wakacyjnych wędrówek nad morzem rozglądajmy się pilnie – a nuż może ujrzymy jakąś Pannę Wodną wygrzewającą się na słońcu? A nawet kiedy się nam to nie uda, to warto rozejrzeć się za bałtyckimi fokami i morświnami, których populacja jest odbudowywana z takim trudem!

Jordanów, 2012-03-07       

wtorek, 6 marca 2012

2012 DA14: Ostatnia godzina ludzkości czy kolejne ostrzeżenie z Kosmosu?



Ted Thornhill  

W piątek, 15 lutego 2013 roku, asteroid o średnicy 50 m o masie 120.000 ton, oznaczona 2012 DA14 podleci na niebezpieczną odległość od Ziemi wynoszącą 27.200 km. Asteroida ta przeleci w bliskiej odległości, że może zagrozić sztucznym satelitom Ziemi. Grozi nam bliskie zetknięcie się z tą asteroidą, jak twierdzą astronomowie.

Raport NASA w spawie ryzyka kolizji z asteroidami twierdzi, że możliwość zderzenia się asteroidy z Ziemią jest niewielka, ale 15 lutego przyszłego roku planetoida przeleci w odległości 27.200 km od naszej planety – bliżej niż geostacjonarne satelity. Gdyby doszło do impaktu asteroidy tych rozmiarów, o mogłoby to spowodować eksplozję równą mocy eksplozji nuklearnej.

Jakie są szanse na ten impakt?

Ostatnie doniesienia z NASA na temat możliwości impaktu mówią o użyciu systemu WISE, dzięki któremu uzyskano dwa skany nieba w podczerwieni w okresie pomiędzy styczniem 2010 a lutym 2011.

Skanowanie miało za zadanie wychwycenie asteroidy, komety w pobliżu Ziemi, w promieniu 120 mln mi (192 mln km). Skanowanie wykazało, że znajduje się tam 20.500 asteroidów i komet, których zderzenie z naszą planetą jest w stanie zniszczyć obszar wielkiego miasta. Poprzednio liczba tych obiektów wynosiła 36.000.

NASA twierdzi, że ryzyko trafienia ej planetoidy w Ziemię jest niższe, niż początkowo zakładano. Planetka wielkości góry w rodzaju asteroid Chicxulub zwana „asteroidą-zabójcą” o średnicy ok. 10 km wydaje się być bardziej możliwa, i zakłada się, że istnieje aż 981 takich obiektów w pobliżu Ziemi, a NASA wykryła już 911 z nich.

Dwóch astronomów z Obserwatorium Astronomicznego de la Sagra w Hiszpanii odkryło 2012 DA14 w lutym br. i wyliczono, że jej orbita znajduje się bardzo blisko orbity Ziemi.

Pewne doniesienia mówią o tym, że 15 lutego przyszłego roku będzie możliwe zderzenie tej asteroidy z Ziemią, ale amerykański astronom Phil Plait – kreator „Bad Astronomy Blog” odrzuca możliwość impaktu. Zob. http://blogs.discovermagazine.com/badastronomy/2012/03/04/no-asteroid-2012-da14-will-not-hit-us-next-year

Asteroida 2012 DA14 nie jest na kursie kolizyjnym z Ziemią i jest niemal pewne, że nie uderzy w nią w lutym 2013 roku. Pisząc „niemal pewne” twierdzę, że tak właśnie jest.  Możliwość zderzenia jest bardzo niska i wynosi niemal zero. Nie odrzucam możliwości zderzenia w przyszłości, ale teraz jesteśmy bezpieczni – pisze on.

Kosmiczna skała przeleci w odległości 17.000 mi od Ziemi, co stanowi odległość mniejszą od orbit niektórych satelitów, ale to nie oznacza, że trzeba się tym martwić. I dodaje:

Siedemnaście tysięcy mil to o wiele dalej, niż odległości do naszych orbitujących satelitów. O ile wiem, to będzie to najbliższy przelot asteroidy średniej wielkości jaka była zaobserwowana z tych, które przelatywały wcześniej koło Ziemi. Jednakże asteroida ta nie trafi w naszą planetę. W warunkach astronomicznych, 17.000 mi to całkiem blisko, ale jak na nasze warunki to jest bardzo daleko.

Po przelocie obok Ziemi w przyszłym roku, 2012 DA14 powróci w okolice naszej planety w roku 2020, ale Plait twierdzi, że możliwość impaktu będzie mniej więcej taka, jak możliwość trafienia nas piorunem w czasie naszego życia, czyli jak 1 : 100.000!

Ostatniej nocy (5/6.III) kosmiczna skała spowodowała panikę w Wielkiej Brytanii, policja odnotowała spadek meteoru, który mylono z płonącym samolotem. Policjanci przez całą noc odbierali telefony na temat ogromnej kuli ognistej, która była meteorem widocznym na nocnym niebie.

Doniesienia o „jaskrawym świetle” i „pomarańczowym świetle” były przyjmowane przez policję Szkocji i północnej Anglii, w dniu wczorajszym o godzinie 21:40 GMT. Meteorolodzy odpowiadali:
- Witamy wszystkich! Do wszystkich, którzy widzieli coś na nocnym niebie – jak sądzimy – to był meteor!

Także Obserwatorium Kiedlera także meldowało spostrzeżenie „wielkiej kuli ognistej” lecącej z południa na północ nad Northumberland. Obserwatorium odnotowało na Twisterze:
- Od 30 lat obserwuję niebo, i ta kula ognia była najlepszą rzeczą, jaką widziałem w tym czasie.


Przekład z j. angielskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©

poniedziałek, 5 marca 2012

Tajemnica Trójkąta Bermudzkiego: Wstęp do opracowania

 Mapa położenia największych złóż hydratu metanowego we Wszechoceanie (Źródło - USGS)

Nie mając najmniejszego pojęcia o futuryzmie Johansen prawie osiągnął tą wiedzę opisując miasto, bo zamiast mówić o jakiejś określonej strukturze czy budowli, rozwodzi się tylko nad niesamowitym wrażeniem, jakie robią olbrzymie kąty i kamienne powierzchnie – zbyt wielkie, by podlegały prawom czy właściwości tej Ziemi, świętokradcze z powodu ohydnych wizerunków i hieroglifów… Był to koszmar miasta R’lyeh, zbudowanego w niezmierzonych eonach…

Howard Philips Lovecraft – „Zew Cthulhu”


Niewielu Czytelników nie słyszało o Trójkącie Bermudzkim. Trójkąt bermudzki to legenda, mit, a jednocześnie dziennikarski evergreen – wiecznie zielona, wiecznie aktualna sensacja. To jest coś takiego, co powraca na łamy prasy w sezonie ogórkowym albo w bożonarodzeniowych/wielkanocnych wydaniach wysokonakładowych gazet i magazynów na obu półkulach.

Podobnie jak w kwestii UFO, w kwestii Trójkąta Bermudzkiego nie może być letnio – albo istnieje, albo nie istnieje – trzeciej opcji po prostu NIE MA!

Trójkątt Bermudzki zawiera się na płaszczyźnie Atlantyku pomiędzy punktami opisanymi przez miejscowości: Miami Beach na Florydzie, San Juan na Puerto Rico i Hamilton na Bermudach. Tak to wygląda w ujęciu klasycznym, bo meteorolodzy i funkcjonariusze amerykańskiej Straży Przybrzeżnej z VII Oddziału USCG z siedzibą w Miami  rozciągają obszar Trójkąta na cały basen Morza Karaibskiego, Zatoki Meksykańskiej i zachodniej części Atlantyku ograniczonego od wschodu linią łączącą przylądek Hatteras, Bermudy oraz Trynidad i Tobago. Niektórzy badacze zagadnienia rozszerzają ten obszar aż do akwenu Morza Sargassowego, a zatem do obszaru ograniczonego od wschodu 35°W, od zachodu lądem kontynentu północnoamerykańskiego, od północy 35°N i od południa 10°N.

Morze Sargassowe, to morze bez brzegów, to ogromna połać Atlantyku pokryta glonami morskimi sargaço – stąd jego nazwa. Jest to obszar stojących wód z trzech stron omywana przez gorący Prąd Zatokowy (Golfstrom) o temperaturach wahających się od +27°C aż do +32°C w Zatoce Meksykańskiej. Wody Morza Sargassowego są chłodniejsze o 3-5°C, co umożliwia rozrost alg brunatnic. Na akwenie Trójkąta Bermudzkiego znajduje się największa głębia Atlantyku  - Rów Puerto Rico o głębokości 9220 metrów. Ale nie to stanowi o osobliwości tego akwenu.

Osobliwością akwenów Trójkąta Bermudzkiego jest pewna liczba tajemniczych katastrof morskich i lotniczych, które z grubsza można podzielić na cztery kategorie:
A.   zaginięcie bez wieści statku wraz z załogą;
B.    zaginięcie bez wieści załogi ze statku (statek-widmo);
C.    zaginiecie bez wieści statków powietrznych wraz z załogą, i…
D.   …zaginięcia załóg i pasażerów statków powietrznych (tu pasowałby termin samolot-widmo???)

Charles Berlitz – amerykański pisarz i badacz osobliwości – w swych pracach  podaje listę niemal 200 przypadków tych dziwnych zdarzeń i incydentów dodając, że względu na tonie wszystkie przypadki są zgłaszane policji, USGC czy Ratownictwu Morskiemu z różnych względów – o czym dalej – liczbę tą można śmiało pomnożyć przez co najmniej trzy…!

Wbrew temu, co się powszechnie mówi, załoganci patrolowców USCG czy okrętów US Navy doskonale WIEDZĄ o istnieniu i WIERZĄ  w to, że dzieją się tam różne dziwne rzeczy, o czym przekonałem się osobiście rozmawiając z dziewczynami i chłopakami z załóg dwóch amerykańskich okrętów: USCGC Gallatin i krążownika przeciwlotniczego USS San Jacinto, które odwiedziły Gdańsk w czerwcu 1993 roku.

Na akwenach Trójkąta Bermudzkiego pojawiają się dziwne, świetliste fenomeny przypominające (i kojarzone) z UFO, latające półprzeźroczyste twory przypominające meduzy, na powierzchni wody ukazują się przedziwne „kalafiory” o średnicy co najmniej półtora kilometra, a z morza wydobywają się dźwięki „grzmotów niebieskich”, które Japończycy nazywają po swojemu uminari, podnosi się z morza tajemnicza mgła magnetyczna nie dość że świecąca, to jeszcze ogłupiająca wszystkie przyrządy nawigacyjne. W statki uderzają fale tsunami, sejsze i soliony, a fale radiowe wykonują przedziwne ewolucje zanim trafia z nadajnika do odbiornika… I nie dziwią one zbytnio ludzi z nimi obeznanych, boż występują one NA WSZYSTKICH akwenach Wszechoceanu, ale dziwi ich ZMASOWANIE na niewielkiej w sumie powierzchni morza i terenach wysp tam występujących.

Nie będę tu przypominał list katastrof morskich i lotniczych, bo są one powszechnie znane z książek Berlitza i Valentine’a, Grobickiego, Niekrasza, Znicza-Sawickiego i Mostowicza. Temat ten – tak popularny w latach 70. i 80. XX wieku jest jakby nieco zapomniany w natłoku wydarzeń i znajduje się dzisiaj na marginesie. Dlatego właśnie chcemy z dr Milošem Jesenským nieco do odkurzyć dla wchodzących w życie generacji badaczy Nieznanego.

Z tajemnicą Trójkąta Bermudzkiego prawem kaduka związano dwie inne słynne zagadki: Wydarzenie w Roswell i Eksperyment Filadelfijski. Na temat tego pierwszego pisałem już niejednokrotnie u przedstawiłem hipotezę, że był to zwyczajny humbug albo katastrofa bombowca B-29 z bombą A na pokładzie, a nie katastrofa UFO. Zaś Eksperyment Filadelfijski miał ponoć miejsce jeszcze wcześniej, bo w latach wojny – przeprowadzono go rzekomo w porcie Filadelfia, w 1943 roku. Przedmiotem eksperymentu był okręt US Navy eskortowiec USS Eldridge (DE-173), którego poddano działaniu supersilnego pola magnetycznego, w rezultacie czego okręt po prostu… znikł! Mało tego – zaczął się przemieszczać w czasie i przestrzeni. Część załogi wróciła potem doi rzeczywistości roku 1943. Część zmarła, zaś część znikła w niewyjaśnionych okolicznościach.  Wszystko to było eksperymentem mającym na celu udowodnienie Unitarnej Teorii Pola autorstwa Alberta Einsteina i wprowadzenia jej do praktycznego zastosowania – oczywiście militarnego! Eksperyment Filadelfijski pokazał, że za zniknięciami statków i samolotów w Trójkącie Bermudzkim stoją nieznane zjawiska elektryczne, magnetyczne i grawitacyjne.

Osobiście sądzę, że rzecz jest jeszcze jednym humbugiem sporządzonym przez amerykańskie służby specjalne w celu zastraszenia Niemców i… radzieckiego sojusznika! Ale to temat z innej ballady.

Co naprawdę dzieje się w trójkącie Bermudów? Rzeczywiście zachodzą tam dziwne zjawiska elektromagnetyczne i grawitacyjno-magnetyczne, co łatwo można sprawdzić przy pomocy zwyczajnego kompasu magnetycznego, który zachowuje się tam czasami bardzo dziwnie. Także ponoć sztuczne satelity Ziemi poruszają się szybciej na swych trajektoriach, kiedy przelatują nad tym obszarem kuli ziemskiej. Sugeruje to istnienie jakichś wielkich mas, a co za tym idzie silniejszego pola grawitacyjnego – czegoś na kształt księżycowego maskonu.

W Trójkącie zaobserwowano także zwiększoną aktywność UFO (vide artykuł Anny Milewskiej na początku blogu) – szczególnie nad Puerto Rico i w okolicach Gulf Breeze na Florydzie (choć ostatnio krążą słuchy, że jest to kolejny humbug made by CIA), co można wytłumaczyć obecnością baz wojskowych, amerykańskich, meksykańskich, puertorykańskich i najprawdopodobniej także kubańskich elektrowni jądrowych oraz portu kosmicznego na Cap Canaveral, FL, wraz z ośrodkami kosmicznymi w Houston, TX. To są wyjaśnienia supernaturalne, do których jeszcze należy dodać działalność Atlantydów i/albo ich techniki, Przedwiecznych Istot – o których pisał powołany tutaj H. P. Lovecraft i R. E. Howard i inni, i inne tego rodzaju.

Istnieje także wyjaśnienie naturalne tych fenomenów Trójkąta Bermudów – jest nim wylansowana na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia tzw. hipoteza hydratów metanowych. Zasadza się ona do tego, że na dużych głębokościach 4000-5000 m – a co za tym idzie – przy dużych ciśnieniach rzędu 400-500 atm/40-50 MPa, i temperaturze +4°C metan łączy się z wodą w hydrat/klatrat metanowy – CH4 · H2O oraz siarkowodoru – H2S. Z jednego litra klatratu metanowego można wydzielić 170 l gazu. Jak podaje Wikipedia, w 1992 kanał Channel 4 wyemitował film „Trójkąt Bermudzki” przedstawiający hydraty jako wyjaśnienie tajemnicy Trójkąta Bermudzkiego. Według autora ulatniający się w wyniku gwałtownego rozkładu metan miał tworzyć pianę wodno-metanową obniżając gęstość wody do bliskiej gęstości powietrza, natomiast samoloty miały spadać z powodu turbulencji. Jednak żadna stacja sejsmiczna nie zarejestrowała żadnego gwałtownego rozkładu złoża. Sam autor wycofał się ze swej teorii kilka lat po emisji filmu dochodząc do wniosku, że Trójkąt Bermudzki w istocie nie istnieje – częstotliwość wypadków w tym obszarze ma być według niego podobna do innych akwenów o podobnym natężeniu ruchu.

Obawiam się jednak, że był to poważny błąd. Pokład hydratów zalega na dnie i w osadach dennych. Każda zmiana – przede wszystkim temperatury – może doprowadzić do ulotnienia się metanu do wody. Naruszenie tej równowagi może także doprowadzić do wybuchowego uwolnienia się metanu, który uniesie się do góry powodując na powierzchni morza zjawisko „pienistego kalafiora”, na obszarze 1-2 mil kwadratowych. Biada statkowi, który wtedy znajdzie się na takim akwenie! Metan rozrzedza miliardami pęcherzyków wodę, i statek traci wyporność lecąc na dno jak kamień. I to w ułamkach sekund!

Wybuchowe uwolnienie metanu może spowodować powstanie fal tsunami, albo jeszcze gorszych solitonowych fal głębinowych, które mogą być niebezpieczne dla okrętów podwodnych – tak zginęły USS Scorpion (USS-589)[1] i USS Thresher (SSN-593).

Metan wyjaśnia także istnienie uminari – wszak zmieszany z tlenem atmosferycznym, kiedy jest jego 4,5 – 15% tworzy mieszaninę wybuchową, a powyżej 15% pali się płomieniowo. A teraz wyobraźmy sobie, że w taki skażony metanem obszar wlatuje samolot. Następuje eksplozja i samolot po prostu… znika!

Rzeczywiście, w ten sposób można wyjaśnić WIELE PRZYPADKÓW, ale nie WSZYSKIE… Częściowo winę za katastrofy lotnicze może ponosić tzw. CAT – turbulencja czystego nieba – zjawisko wodospadu powietrznego, który jest w stanie zbić lecący samolot z wysokiego pułapu do powierzchni oceanu czy nawet pod nią i to w ciągu kilku sekund… Ale nie wyjaśnia to znikania załóg statków, a tym bardziej samolotów!

A jednak wyjaśnienie istnieje, i to właśnie wyjaśnienie znikających załóg. Ma ono związek z obecnością metanu nad akwenami Trójkąta. Chodzi tutaj konkretnie o wpływ metanu na mózgi ssaków. A mianowicie stwierdzono, że niektóre węglowodory działają oszałamiająco i to mogłoby być przyczyną tego, ze delfiny i wieloryby wyrzucają się na brzeg i giną uduszone własnym ciężarem ciała, a ludzie wskakują do wody, gdzie padają ofiarą rekinów… Myślę, że to też jest jakieś wyjaśnienie.

Naprzeciwko Trójkąta Bermudzkiego, u wybrzeży Japonii znajduje się Morze Diabelskie, w którego otchłaniach odnotowano takie same zjawiska świetlne i akustyczne, jak w Trójkącie. Morze Diabelskie, a w szczególności akwen zwany Trójkątem Smoka, cieszy się równie paskudną sławą, jak Trójkąt Bermudów. Tutaj także giną statki i samoloty, a diabły porwały nawet statek badawczy, którego zadaniem było wyjaśnienie losów kilku innych statków, które zaginęły tamże – w okolicach archipelagu Bonin i Izu-Shotō rozciągniętych wzdłuż rowu oceanicznego Izu-Ogasawara, którego głębokość wynosi maksymalnie 10.340 m. I tutaj na dnie odkłada się metan. I tutaj może podnosić się metan w postaci „białych wód”, a złoża klatratów metanowych poruszonych trzęsieniem ziemi mogły wyzwolić się z dna oceanu potęgując fale tsunami. Tak najprawdopodobniej było pamiętnego dnia 11.III.2011 roku u wybrzeży Japonii! Wybuchowe uwolnienie się metanu mogło dać dodatkowego „dubla” głównej fali tsunami, lub spowodować jedną z kilku fal tsunami, które uderzyły w brzegi tego kraju. Nie pęknięcia osadów dennych, nie kumulacja czy soczewkowanie wstrząsów, ale właśnie eksplozja metanu…

Ale to jeszcze nie jest wyjaśnieniem wszystkich przypadków. Co pozostało? Ano pozostali piraci!

Oczywiście Karaiby, to tradycyjne centrum działania bukanierów, korsarzy, i innych „psów morskich”, którzy jeszcze w I połowie XX wieku byli groźni i dopiero energiczne działania rządu USA i innych z tego regionu. Nie na długo, bo w czasie obu wojen światowych pojawiły się tam niemieckie statki i U-booty, w czasie drugiej z nich w ramach Operation Paukenschlag, w trakcie której Niemcy topili amerykańskie i brytyjskie statki u wybrzeży USA od Nowego Orleanu po Halifax.

A po II Wojnie Światowej nastąpiła Zimna Wojna i… legenda Trójkąta Bermudzkiego zyskała nowy blask i ogólnoświatowy rozgłos dzięki mediom.

Ale czy tylko dzięki temu?

Po powstaniu Socjalistycznej Republiki Kuby na akwenach Trójkąta bermudzkiego pojawiły się okręty kubańskie i radzieckie. Były to w głównej mierze okręty szpiegowskie – mobilne jednostki rozpoznania radioelektronicznego. Na wody Zatoki Meksykańskiej i Morza Karaibskiego w latach 70. i 80. XX wieku wpłynęły miniaturowe okręty podwodne, wyprodukowane w ZSRR, których zadaniem była praca dla klanu Castro i jego komunistów oraz… szmugiel narkotyków z Kolumbii do USA.

Dowodem wprost na powyższe stał się proces sądowy generała Arnaldo Ochoa Sancheza – znany jako „Proces 8A”. Gen. Ochoa osądzono za przemyt narkotyków Kolumbii i Meksyku do USA, ale proces ten miał za zadanie osłonić kubańskie służby specjalne i ich moskiewskich mocodawców. Kilka lat temu przyznali to kubańscy dysydenci mieszkający w USA i niektórzy uciekinierzy z Kuby. A zatem za NEKTÓRYMI zniknięciami załóg jachtów stoi kubańskie DGI i radzieckie KGB? Ale czy za wszystkimi?

Nie. Nie, dlatego ze małe jednostki morskie gubiły załogi znacznie wcześniej, kiedy nie było jeszcze Castro. W latach 30. XX wieku FBI zlikwidowało siatki szpiegowsko-dywersyjne OGPU (KGB) i Rozwietupru (GRU) działające pod przykryciem Związku Zawodowego Robotników Rosyjskich w Ameryce, którego działacze przyznali się do zaminowania kilku amerykańskich statków kabotażowych pływających m.in. przez akweny Trójkąta Bermudzkiego, ale to jeszcze nie wyjaśnia wszystkiego… Zakładając, że powyższe wyjaśnia 75% wszystkich dziwnych wypadków, wciąż jeszcze pozostaje niewyjaśnione 25%...

PROJEKT BAŁTYK

Trójkąt Bermudzki, a sprawa polska. Także nasz Bałtyk i jego południowe sektory mają swe tajemnice i niewyjaśnione zagadki, których nie da się objaśnić działalnością wojskową Rosjan, Niemców, Polaków, Skandynawów czy Amerykanów. W roku 1999 słynny Bronisław Rzepecki rzucił pomysł powołania do życia PROJEKTU BAŁTYK, (analogicznego do PROJEKTU TATRY), którego celem było uzyskanie informacji na temat obserwacji UFO, USO i innych niezwykłych fenomenów na akwenach basenu Morza Bałtyckiego i terenach doń przyległych – a w tym:
v    Zaginięcia załóg statków morskich;
v    Uprowadzenia załóg statków przez UFO albo USO;
v    Niezwykłe katastrofy ziemskich statków wodnych i powietrznych;
v    Katastrofy UFO i USO;
v    Obserwacje i Bliskie Spotkania z UFO i USO
v    Inne tajemnicze wydarzenia mające związek z obcymi wpływami, technologiami, etc. etc.

Jak dotąd mamy kilkanaście doniesień o dziwnych wydarzeniach, które miały miejsce na akwenach Bałtyku w latach 1945-2000. Niektóre wydarzenia są o wiele ciekawsze od tych z Trójkąta Bermudzkiego czy Trójkąta Smoka.   


[1] USS Skorpion został najprawdopodobniej zatopiony salwą torpedową przez inny okręt podwodny.