Powered By Blogger

niedziela, 5 sierpnia 2012

GWIAZDA PIOŁUN





Robert K. Leśniakiewicz, Wiktoria Leśniakiewicz

26 kwietnia 1986 roku w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej (CzEJ) miał miejsce wybuch. Nasz kraj jako jeden z pierwszych wszedł w epokę, w której „pokojowy atom” zaczął zagrażać życiu wielu pokoleniom ludzi. Jednym z tych, którzy likwidowali następstwa awarii – dr Siergiej Charitonow – pracował wiele lat w Leningradzkiej EJ. Jego wspomnienia absolutnie nie są porównywalne z oficjalnymi oświadczeniami z Czarnobyla, które opublikowano w tamtym czasie – Siergiej przywiózł stamtąd kilkanaście numerów gazety „Trybuna Energetyka” – organu komitetu Komunistycznej Partii ZSRR, Komitetu Komsomołu i Dyrekcji Czarnobylskiej EJ. Drugim bohaterem jest prof. Jurij Bandażewskij, który opowiada o efektach tej katastrofy. Materiał poniższy stanowi kompilację sporządzoną z artykułów Tatiany Chmielnik i Ludmiły Proszak opublikowanych w rosyjskim czasopiśmie „Argumenty i Fakty” nr  nr 40/2001 i 18/2003. Tytułowa Gwiazda Piołun jest dygresją do tego, że po ukraińsku Czarnobyl oznacza właśnie piołun, zaś całość jest nawiązaniem do wersetów Apokalipsy wg św. Jana – Ap 8,10-11.

  
Wagony ze śmiercią.

Na jednym z włazów w Czarnobylu widnieje plakat z napisem: „Stoi za wami cały kraj!”

Z gazety „Trybuna Energetyka”


Tatiana Chmielnik: Czy od razu wiedział pan o wybuchu?
Siergiej Charitonow: Od razu, chociaż nikt nam niczego wprost nie powiedział, - ot, coś w rodzaju tego, że są jakieś problemy w elektrowni. No, ale kiedy nam do LEJ przyszły pierwsze wagony z przerobionym paliwem jądrowym, to dopiero wtedy dowiedzieliśmy się o skali katastrofy. To były wagony kontenerowe a w nich znajdowały się pojemniki z paliwem – wszystkie straszliwie „gorące” tzn. radioaktywne, poza wszystkimi dopuszczalnymi normami, wszystkie przyrządy pomiarowe „zatkały” się od wysokiej radioaktywności. Wtedy zrozumieliśmy, że w Czarnobylu powstały problemy z paliwem jądrowym, że trzeba je było szybko wyjmować z reaktorów, które zatrzymywano awaryjnie, zaś osłony biologiczne CzEJ były jeszcze niekompletnie zbudowane. To oznaczało, że nastąpił wyrzut i wychodziło na to, że tamta okolica stała się najbardziej skażonym rejonem na terytorium Związku Radzieckiego. My na terenie LEJ wyładowaliśmy to paliwo jądrowe i zajmowaliśmy się jego dezaktywacją. Nie miało to większego sensu, bowiem niektóre detale poodcinano, zaś na ich miejsce dospawano nowe, a potem przy pomocy szlifierki zdejmowaliśmy warstwę radioaktywnej szlaki z pojemników, koła czyściliśmy papierem ściernym, kwasami i zasadami.
T.Ch.: I to wszystko jechało do Sosnowego Boru przez cały kraj i miasto Leningrad?
S.Ch.: Tak. Nawet nasze specjalne wagony z Sosnowego Boru skażały miasto i to nie była sytuacja awaryjna. A każdy wagon z CzEJ wręcz rozsiewał śmierć dookoła.
T.Ch.: Kiedy pan pojechał do Czarnobyla?
S.Ch.: Ja i jeszcze dwóch pracowników z Cmentarzyska Przerobionego Paliwa Jądrowego (CPPJ) wysłano tam na początku października. I chociaż od kwietnia minęło sporo czasu, nie udało się opanować chaosu, jaki tam panował. Tam po prostu była kasza złożona z ludzi, metalu i techniki.
T.Ch.: Do czego to było podobne?
S.Ch.: Mogę tylko przywieść na myśl grawiury Gustawa Doré, obrazy Salvatora Dali – to taki surrealistyczny horror – czy z Piekłem Dantego – kiedy wstępuje weń potok ludzi. Takie psychologiczne, czy filozoficzne parantele – kiedy porusza się czereda robotopodobnych ludzi, odzianych w maski, okulary, skafandry, ta cała technika, która zagubiła swój normalny wygląd przykryta przeciwpromiennymi płytami ołowiu. Sam też jeździłem takimi opancerzonymi pojazdami. Mieszkaliśmy na statkach, które stały na rzece Prypeci, to nas i tak trzymali w lepszych warunkach, jako specjalistów...

Brak respiratorów.

Nasza Partia i rząd nie żałują ani środków ani maszyn do szybszej likwidacji skutków awarii.
„Trybuna Energetyka”

T.Ch.: Pan mieszkał na peryferiach tej 30-kilometrowej Strefy?
S.Ch.: Tak. Przyszło nam wstawać o piątej rano, przegryźć coś na szybko – przecież jechało się tam dwie godziny z wariacką prędkością i kilkoma przesiadkami, tak że nie mieliśmy czasu na obserwowanie przyrody, chociaż od razu rzucił nam się w oczy brak jakichkolwiek ptaków w lasach. Ostatnia przesiadka była na transporter opancerzony – TROP – albo na autobus całkowicie pokryty ołowiem i on nas dowoził na miejsce pracy – do bunkra. Tam myśmy szybko wyskakiwali na zewnątrz i pracowali. O ósmej kończyliśmy pracę, potem 2 godziny wariackiej jazdy i o dziesiątej przyjeżdżaliśmy z powrotem, a następnie zupełne przebieranie i dezaktywacja. I tak w koło Macieju przez miesiąc, mieliśmy podwójną normę pracy, grafik przewidywał pracę 6-godzinną, a my pracowaliśmy po 12 godzin na dobę. Mówienie jakiejś tam roboczej sytuacji w elektrowni straciło sens, cały czas była awaryjna sytuacja, co cały czas odbijało się na wszystkich technologiach robót. Normalnej pracy po prostu NIE BYŁO – tylko wariackie tempo i maksymalny wysiłek ludzi i maszyn, kompletny bardak, wszystko pomieszane.
T.Ch.: A czy te działania były jakoś koordynowane?
S.Ch.: Na oko – praktycznie nie. Niejednokrotnie miałem okazję widzieć, że ta robota była bezsensowna, bezsensowne straty, nakłady, ryzyko. Straszno było patrzyć na masy ludzi, którzy nie mieli żadnych, nawet elementarnych, środków ochronnych. Dobrze, że chociaż my wcześniej zaopatrzyliśmy się w respiratory, których był deficyt. Podchodziły do mnie moskiewskie dzieci i skarżyły się, że nie mają respiratorów. Dla nich to była śmierć, bo pierwszym, co należało chronić, to były drogi oddechowe. Było tam kilka rodzajów środków ochronnych – maski, respiratory, jodowane i zwykłe. Nawet zwykłych nie starczyło. Nawiasem mówiąc, chronienie się przed pyłem radioaktywnym też było bez sensu, bowiem był on wszędzie: sucha gleba, popioły, itd. itp., dlatego z przerażeniem patrzyłem na ludzi, którzy nie mieli zielonego pojęcia o promieniowaniu. Do tej roboty kaperowano ludzi bez pojęcia o elektrowniach jądrowych, oni mogli palić bez filtrów, jeść i pić brudnymi rękami.
T.Ch.: Ich wzięli po prostu z ulicy?
S.Ch.: Tak – zmobilizowano ich, my ich nazywaliśmy „partyzantami”. Profesjonaliści, jak my, starali się kontrolować siebie – zaczynając od tego, by nie wpaść pod traktor, TROP, BTR[1], żeby na głowę coś nam nie zleciało, a kończąc na środkach bezpieczeństwa. Po przejechaniu się w BTR można było wyrzucić odzież. Jaka tam norma – przeliczenia były na rentgeny, nasza cała piątka jeździła na terenie całej elektrowni, po błocku i wertepach.
T.Ch.: to dróg nie było?
S.Ch.: A skąd! A jeżeli nawet była, to rozjeżdżono ją tak ciężkimi maszynami, że nie można było jej nazwać drogą... Był taki bałagan, że niektóre służby pracowały tak, że nie tylko nie wykonywały swych zadań, ale jeszcze przeszkadzały innym. Bezhołowie.

Komu wojna, komu matka rodzona...

Nie ma żadnego zagrożenia dla zdrowia od skażenia promieniotwórczego po awarii w Czarnobylu.
„Trybuna Energetyka”

T.Ch.: Jak was tam karmili?
S.Ch.: Nas? – normalnie. Bez specjalnych przywilejów, ale nawet nieźle. W naszym położeniu ważną była woda, a z nią był problem. Przecież nie tylko była ona do picia i mycia, a w każdy wieczór i do kąpieli całego ciała z radioaktywnego pyłu, a pranie odzieży? Pewnego razu dali nam skażoną wodę i wszyscy dostali strasznej biegunki. Niech pani pomyśli – pracujemy 12 godzin na dobę, przeciskamy się przez ciasne przejścia i korytarze Sarkofagu w poszukiwaniu paliwa jądrowego, a w głowie tylko jedno: gdzie by odejść „na stronę” - tam nawet nie było gdzie pójść „za krzaczek”... Męczyliśmy się przez tydzień. Ja tam nie piję, ale inni próbowali leczyć się wódką, a niektórzy – samogonem.
T.Ch.: Samogon? – a skądże znowu, przecież wsie zostały wysiedlone?
S.Ch.: A stąd, że wielu „likwidatorów” mieszkało we wsiach w Strefie, u chłopów. A tam wszystko przecież rosło i dojrzewało: warzywa, jarzyny, owoce... No i pędzili bimber z buraków i ziemniaków. Z bimbrownikami walczono, ale niezbyt ochoczo. Wielu ludzi wierzyło i wierzy nadal w to, że wódka pomaga organizmowi w oczyszczaniu się z radioaktywnych pierwiastków. W rzeczy samej potrzebny był jod, a zatem zielona herbata i czerwone wino.[2] Ale kto ludziom o tym mówił? Teraz, to my jesteśmy mądrzy...
No i wszyscy robotnicy z CzEJ wysiedleni ze Strefy przebierali się w swych mieszkaniach, myli się w Prypeci i wieźli do Kijowa różne „skarby” w postaci owoców, jarzyn, warzyw, ryb i ptactwa wodnego. Doszło do tego, że ich nowe mieszkania trzeba było dezaktywować...
T.Ch.: Czy traktowano wszystkich równo, czy też istniał podział na kasty?
S.Ch.: Kastowość – to było pierwsze, poza oczywiście niesamowitym bałaganem, co człowieka porażało w Czarnobylu. Podrzędni naczelnicy mieli się jak udzielni książęta, mieli wszystkiego po dziurki w nosie, oni także siedzieli na magazynach i spekulowali. My mieliśmy niezrealizowane kartki i przed odjazdem natknęliśmy się na takie składy! Boże! – cośmy tam zobaczyli! Całe góry odzieży – markowej, którą potem widziałem w różnych sklepach w Kijowie i w innych miastach, a w tym samym czasie „partyzanci” chodzili w tych samych ubraniach, nie zmieniając ich przez kilka tygodni. (!!!) dalej – góry jedzenia – od kawioru do cukierków czekoladowych i cytryn w skórce - wszystko tam było. A „partyzanci” wcinali tuszonkę i tylko nią się żywili.
T.Ch.: Czy był pan zadowolony z rezultatów swej pracy?
S.Ch.: Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Ale nie mam siły, by zapomnieć ten cały horror, który tam miał miejsce. Pracowaliśmy tam uczciwie, ale daję słowo honoru, że była to praca bezsensowna. Zebraliśmy wierzchnią warstwę brudu, ale cała strefa pozostała i nadal żyje swym tajemniczym życiem. To jest właśnie biblijna katastrofa, i boję się, że Ludzkość niczego się z niej nie nauczyła...

Ściśle tajna mutacja.

„Ludzie w czerni” skończyli rewizję i zabrali ze sobą komputer żałując, że nie mogli zabrać ze sobą głowy profesora Jurija Bandażewskiego, w której dostrzegli niebezpieczne myśli.

Uczony wydostał maszynę do pisania i pogrążył się w pracy. Wiedział on, że jak nie dzisiaj to jutro mają go aresztować, więc śpieszył się napisać nową książkę pt. „Rozwijanie się zarodka” z serii „Objawy radiacyjnych patologii”. Nie wystarczyło materiału statystycznego, który znajdował się w komputerze, ale wystarczyła mu pamięć. I wreszcie maszynopis był gotowy – czy sądzone mu było zostać wydanym?

Po katastrofie w CzEJ, dr n. med. Jurij Bandażewski – najmłodszy w Związku Radzieckim, bo tylko 33-letni rektor homelskiego instytutu przygotowującego lekarzy spośród mieszkańców Czarnobyla dlatego, że żadnego lekarza, który odważyłby się jechać w Strefę nie było... Bandażewski patrzył na swych studentów oczami lekarza. Nie każdy wytrzymywał i po 4 latach ilość przyszłych lekarzy zmniejszyła się znacznie – wielu z nich zmarło na serce. Bandażewski tymczasem zagłębił się w badania naukowe, które miały odpowiedzieć na pytania: dlaczego tak wielu młodych ludzi zapadało na zawał serca? Może dlatego, że w mięśniu sercowym było za dużo cezu? Ale przecież przyjęto, że cez równomiernie rozmieszcza się w miękkich tkankach organizmu? Odpowiedzi on i jego koledzy szukali w kostnicy. 285 sekcji. Patologiczne zmiany w płucach, nerkach, serca zmarłych ludzi okazały się takimi, jak u zwierząt laboratoryjnych karmionych radioaktywnym ziarnem. Jeżeli w organizmach zmarłych ludzi stwierdzono 100 Bq[3] cezu na 1 kg, to w sercu było już 1.000 Bq/kg, a w nerkach nawet 3.000 Bq/kg i więcej! A zatem istnieje nierównomierność rozmieszczenia – istnieje!

Czarnobyl to nie Hiroszima.

Dzieciom Czarnobyla dostało się wielokrotnie więcej, niż dorosłym – mniejsza masa ciała, przyśpieszenie przemiany materii – a to oznacza, że należy je leczyć w pierwszej kolejności. Należy przejechać się po miastach i wsiach. A kto pojedzie, jeżeli państwo nie da ani kopiejki? On sam, jego żona Halina i jego uczniowie jeździli po Białorusi i przebadali w ciągu 9 lat kilka tysięcy dorosłych i dzieci. U większości z nich stwierdzili poziom skażenia cezem do 50 Bq/kg – to granica, za którą zaczynają się patologiczne efekty i zmiany żywotnie ważnych organów, a dochodziło tam do 500-800 Bq/kg i wyżej! 80% takich dzieci jest kardiologicznie chorych! Zmienia się ilość wapnia i mięsień sercowy pracuje z przerwami i wreszcie staje. Z wiadomym efektem – śmierć!

A jak w Hiroszimie? Dlaczego tam nie ma takich zgubnych następstw? Tam było inaczej – tam doszło do jednokrotnego rozbłysku promieniowania. Zginęło wielu ludzi po otrzymaniu potężnej dawki promieniowania, ale tam nie było długoletniego skażenia produktami reakcji łańcuchowej, jak to ma miejsce na Białorusi. To tak, jakby nad Czarnobylem eksplodowała bardzo „brudna bomba atomowa”...

On już wiedział, że powoli a bezlitośnie zbliża się do niego po asfaltowej drodze biurokratyczna, bezduszna, państwowa maszyna. No, ale Bandażewski o tym nawet nie myślał, on badał chomiki. Samiczkom w ciąży aplikował on 100 Bq cezu. I w 59% przypadków, chomiki rodziły się chrome. Każdego roku w Białorusi nie mniej, niż 2.500 dzieci rodzi się z genetycznymi wadami wrodzonymi: rozszczepienia, anomalia kostne, zamiast 5 palców – 6 – jak u Ufitów, uszkodzenia organów wewnętrznych, anencefalia – czyli brak mózgu w głowie, brak kończyn lub ich znaczna redukcja. W samym Homlu zbadano kilkaset dziewczynek i dziewczyn, i z niebotycznym zdumieniem stwierdzono, że ich żeńskie komórki płciowe są faktycznie męskimi!

Osiem lat za osiem książek.

Bandażewski nie liczył na to, że zajmując się badaniami radiacyjnych patologii, przerazi władze. Nie bardziej, niż można kogoś przestraszyć białym kitlem lekarza. Aby uchronić przyszłość narodu, należy przede wszystkim uchronić dzieci – wypłukując z nich radionuklidy, podając pektyny, sorbenty, odsyłając je wraz z kobietami w czyste ekologicznie strefy... Należy zrobić to, co się da zrobić dostępnymi ekonomicznie środkami.

Tego lata Bandażewskiego sądziła Wojskowa Izba Sądu Najwyższego Republiki Białorusi. (!!!) Oficjalnie oskarżono go o... łapówki. Prokurator domagał się kary 9 lat więzienia, przy czym powiedział, że po wyjściu na wolność uczonemu nie byłoby wolno podjąć badań naukowych przez okres lat 5. Ciekawe – nieprawdaż?

Autor donosu, od którego wszystko się zaczęło, powrócił do instytutu. Nowy rektor z miejsca postawił krzyżyk na naukowej szkole radiopatologii, zaś Bandażewski zajął swe miejsce w mińskim gułagu – obozie pracy o zaostrzonym reżimie...

---oooOooo---

Nie ciesz się Czytelniku, nie ciesz - bo u nas nie jest wcale lepiej. Wprawdzie nie zamyka się ludzi w gułagu, ale zamyka się im usta. Małe, ale wpływowe i hałaśliwe lobby polskich atomistów skutecznie zagłusza głosy ekologów protestujących przeciwko obłąkańczym projektom uszczęśliwienia Polaków na siłę 10 elektrowniami jądrowymi. Jak dotąd, to nie opublikowano – dlaczego!? – wyników badań skażeń po katastrofie w CzEJ. A ludziom ci „uczeni” opowiadają niestworzone bzdury o rzekomej nieszkodliwości radioaktywnego fall-out’u powstałego wskutek eksplozji i pożaru reaktora nr 4 w CzEJ. Całe szczęście tragiczna sytuacja ekonomiczna nie pozwala na realizację tego poronionego pomysłu postawienia 10 elektrowni atomowych w Polsce, ale na jak długo?

I jeszcze jedno pytanie do wszystkich tzw. obrońców praw człowieka – jakoś nie słyszeliśmy ani jednego głosu w sprawie obrony prof. Bandażewskiego, ale wiele w sprawie obrony jakichś bandziorów, malwersantów i złodziei, których miejsce jest na szubienicy. Może odezwałby się ktoś i w tej sprawie? Może ktoś wreszcie zebrałby się na odwagę, nie licząc na obrywy od bronionych przez siebie mafiosów, i wstawił się za nim do białoruskich urzędów? Czekamy na wasze głosy panie i panowie z różnych „fundacji” i „organizacji” ds. obrony praw człowieka i Przyrody, w tej właśnie sprawie. I wielu innych też, bowiem sprawa prof. Bandażewskiego, kpt. A. O. Nikitina i wielu innych ludzi broniących Przyrody i najsłabszych ludzi i zwierząt, to tylko wierzchołek góry lodowej, do której trzeba doróść, by mieć odwagę ją zobaczyć. A co dopiero roztopić?

A zatem czekamy.


---oooOooo---


Ten tekst został napisany w roku 2003 i opublikował go nieistniejący już miesięcznik „Eko Świat”. Teraz mamy sierpień 2012 roku. Czy coś się zmieniło? Niewiele - entuzjaści energetyki atomowej zostali przygłuszeni przez wypadki, które miały miejsce w marcu i kwietniu 2011 roku w Sendai, gdzie uderzenie fal tsunami zniszczyło 4 z 6 reaktorów jądrowych z Fukushima I EJ, ale atomowe lobby nie złożyło broni i za wszelką cenę usiłuje uszczęśliwić Polaków na razie dwoma elektrowniami jądrowymi: w Żarnowcu i Klempiczu.

W artykule mówi się wprost o zagrożeniach dla zdrowia, jakie niosą awarie elektrowni nuklearnych – czego nie ma w żadnych czasopismach naukowych (a powiadają, że nie ma cenzury – okazuje się, że jest i ma się dobrze!) i o czym nie mówią media. To oczywiste – entuzjaści atomu robią wszystko, co w ich mocy, by prawda nie wyszła na jaw, a oni sami nie stanęli przed sądem – chociaż znając meandry sprawiedliwości w III RP wiem, że do czegoś takiego nigdy nie dojdzie, bo wymiar sprawiedliwości jest zależny od aktualnie rządzących klik i sitw – i feruje wyroki zgodnie z ich wytycznymi…  

Jak na razie budowa tych elektrowni jest równie możliwa jak kwadratura koła, ale paru cwaniaków klepie na tym kapitał polityczny licząc na sukces w wyborach. No bo zawsze znajdzie się kilka tysięcy niedoinformowanych, którzy zagłosują na nich i dzięki temu znów przez cztery lata będą mieli łatwy chlebek i tłuste posadki w parlamencie. Bo głównie w tym cyrku o to chodzi.   


[1] BTR = Bojowy Transporter Rozpoznania.
[2] Oraz wszystkie frutti di mare, które zawierają naturalny jod.
[3] Bekereli.

sobota, 4 sierpnia 2012

„BAZA OBCYCH” POD SAAREMĄ – Próba rozwiązania




Przyznam, że z zainteresowaniem przeczytałem artykuł na temat tajemnic estońskiej wyspy Saaremaa (Ozylia), napisany przez Antoninę Wozniesieńską i zamieszczony przez „Kalejdoskop NLO” nr 23/2003. Temat był nienowy, pisała już o tym m.in. płk pil. Marina Popowicz w swej książce, w której stwierdziła wprost, że pod powierzchnią gruntu Saaremy spoczywa ni mniej ni więcej, ale statek kosmiczny Obcych. Sprawa ta narobiła sporo huku w ufologicznym świecie, z płk. Popowicz przeprowadzono kilkanaście wywiadów, udzielała się ona w TV kilku krajów, w tym Japonii, USA, Wielkiej Brytanii i Szwecji. Japończycy, Brytyjczycy i Amerykanie byli zachwyceni, za to Szwedzi od razu sprowadzili rzecz do właściwego wymiaru, i w świetle tego, co napisał o niej i o tym, co ona mówiła, red. Clas Svahn z „Dagens Nyheter” i „UFO Aktuellt” – mamy tutaj do czynienia z dość płytką, żądną sławy, pieniędzy i poklasku osobowością, która goni za tanią sensacją. Innymi słowy mówiąc – powtórzyła się wpadka Michaela Hessemanna z „UFO na Kaukazie” tym razem w wersji bałtyckiej pt. „UFO pod Saaremą”...

Nie znam płk Popowicz i trudno mi oceniać jej osobowość. Uważam jednak, że sprawę tego NOL-a czy też Bazy Obcych (jakaś kosmiczna al-Kaida???) pod Saaremą nie wolno zlekceważyć. Po prostu dlatego, że za zlekceważenie nawet drobnej poszlaki można gorzko zapłacić i kto wie, czy w tej dziwnej opowieści nie kryje się jakieś ziarnko prawdy?

Zacznę od tego, że sprawę podziemnej konstrukcji zagrzebanej w piaskach Saaremy można by wyjaśnić w sposób mniej efektowny, ale bliższy prawdy. Spójrzmy na tą wyspę z punktu widzenia wojskowego. Znajduje się ona u wejścia do Zatoki Ryskiej i zajmuje tym samym bardzo ważne miejsce – i jako punkt obrony i jako wysunięty przyczółek. Z tego też względu w czasie II Wojny Światowej interesowali się nią najpierw Niemcy, a potem Rosjanie. Być może znajdowały się tam jakieś ultra-sekretne konstrukcje tworzące podziemne Peenemünde-2, z którego Rosjanie później strzelali niemieckimi rakietami w kierunku Finlandii i Szwecji w czasie „rakietowego lata 1946 roku”? Po 1946 roku poligon ten porzucono, kierując rakiety do Karelii i Kazachstanu, zaś wody podziemne zatruwają teraz komponenty paliwa i inne chemikalia używane w technologiach rakietowych?

Wariantem tej wersji jest tajna podziemna i podwodna baza U-bootów, którą Niemcy mogli zbudować tam w czasie wojny, a która mogła służyć do obsługi tajnych U-bootów Hitlera. Całość opisał radziecki pisarz, autor wielu powieści sensacyjnych Leonid Płatow w powieści pt. „Tajemniczy okręt podwodny” (Warszawa 1977). Według niego, jedna z takich baz – tajemniczych Vinet – miała znajdować się w szkierach, w okolicach Wyborga. Niemcom byłoby trudno ją wybudować w czasie oblężenia Leningradu[1], a to ze względu na sytuację operacyjną w tym rejonie, a poza tym należałoby ją budować wwiercając się w twardy granit, ale mogli to spokojnie zrobić właśnie na głębokim zapleczu – jakim de facto była Saaremaa i sąsiednia Hiiumaa, Vormsi czy Muhu, gdzie znajduje się gruba warstwa piasku i twarda granitowa skała pod nią...

Ale co tam bazy U-bootów! Pod powierzchnią Saaremy można było spokojnie wybudować podziemną fabrykę czy przetwórnię, która mogła ekstrahować z nadmorskiego piasku niektóre rzadkie, i dlatego potrzebne Niemcom materiały do prowadzenia wojny – np. cyrkon. Pierwiastek ten jest niezbędny w technologiach atomowych, a uczeni nazistowscy byli o krok od uzyskania bomby atomowej, a może nawet już ją mieli?... Takie tajemnicze wielokondygnacyjne podziemne budowle znajdują się m.in. w Gdyni, a raczej pod Gdynią. Jest tam drugie podziemne miasto, które do dziś dnia nie zostało dobrze zbadane. I nikt nie wie, co tam właściwie było!

Podziemna fabryka również wyjaśnia to, co się działo na Saaremie. Być może mogłaby to być także rafineria uranu. Skąd uran nad Bałtykiem? Mało kto wie, że niewielkie złoża rud tego pierwiastka znajdują się w okolicach Ełku, Elbląga, Pasłęka i Nowej Karczmy na Mierzei Wiślanej! Bałtyk nie tylko bursztynem stoi – uranem też... Obecność rud tego pierwiastka doskonale tłumaczy wszelkie objawy chorób, które jako żywo przypominają porażenie promieniste i zatrucie związkami tego pierwiastka! Nie zapominajmy, że wszystkie związki uranu są toksyczne! To wyjaśnienie także nie musi uciekać się do rozbitych statków kosmicznych Obcych, czy Ich baz podziemnych i podwodnych. Aktywność UFO/USO w tych okolicach bierze się stąd, że Oni interesują się wszelkimi ziemskimi technologiami jądrowymi, o czym wiedzą wszyscy ufolodzy wiążący swą działalność z ekologią.

Ale po co podziemna fabryka czy rafineria uranu! Wystarczy, że już w czasach ZSRR jakiś biurokrata wymyślił sposób na utylizację odpadów radioaktywnych z reaktorów jądrowych. Robi się to „metodą radziecką” – pojemniki zakopuje do ziemi albo topi we Wszechoceanie. Ostatnio – w latach 80. i na początku lat 90. XX wieku – płynne odpady - radioaktywne jak wszyscy diabli - po prostu wlewano z pokładów statków wprost do Morza Ochockiego. I nikt się tym nie przejął, poza Japończykami i kilkoma ekologami z Greenpeace! No, a potem Rosjanie dziwią się, że w Morzu Ochockim obserwuje się podwyższoną aktywność USO, o czym czytałem m.in. na łamach „Kalejdoskopu NLO”...  

No i wreszcie wyjaśnienie „kosmiczne”:

Około 12.000 lat temu, na tereny Środkowej Europy spadł duży meteoryt. Pozostawił on po sobie kilka astroblemów (kraterów impaktowych) na terenie Polski: 7 (właściwie 8, ale jeden krater zaorano) w Morasku k./Poznania (52o29’N – 016o54’E), 1 niedawno odkryty w okolicach Fromborka (54o21’N – 019o41’E) i 7 właśnie w Estonii na wyspie Saaremaa... Jest to rezerwat Kaalijärv (58o24’N – 022o40’E) o powierzchni 4,8 ha, położony w środkowo-wschodniej części wyspy – patrz mapka, której największy astroblem ma 110 m średnicy i głębokość 16 m, zaś otoczony jest wałem o wysokości 6-7 m. Pozostałe kratery mają średnice 16-30 m i głębokość 4-5 m. Wszystkie one są wypełnione wodą.[2]

Meteoryt Morasko ma ciekawy skład chemiczny i zawiera on: żelazo Fe – 92,2%; nikiel Ni – 6,75-7,15%; kobalt Co – 0,53%, śladowo występują ponadto: fosfor P, miedź Cu, chrom Cr, siarka S, węgiel C, mangan Mn, glin Al, magnez Mg i molibden Mo. Jest to żelazny oktaedryt IA-Og.[3] Meteoryt z Saaremy też jest żelaznym oktaedrytem IA-Og... NB, nie zdziwiłbym się zbytnio, gdyby się okazało, że meteoryt z Fromborka też byłby żelaznym oktaedrytem IA-Og! Poza tym założę się, że na dnie Bałtyku leżą szczątki tego samego meteorytu...

Ta katastrofa wydarzyła się 12.000 lat temu, czyli około 10.000 r. p.n.e. Co nam mówi ta data? Atlantolodzy twierdzą, że jest to data zatopienia wyspy Atlantydy na Oceanie Atlantyckim. Dla geologów, paleontologów i klimatologów jest to zakończenie Czwartej Epoki Lodowej. To właśnie wtedy wydarzyło się coś, co zaważyło znacznie na rozwoju naszej cywilizacji. Atlantolodzy twierdzą, że był to impakt małej planetoidy – zwanej Planetoidą A[4], która uderzyła w Atlantyk mniej więcej na 30oN – czyli vis-à-vis Cieśniny Gibraltarskiej. Planetoidy nie latają solo – a zatem jakieś jej odłamki poleciały m.in. w kierunku Polski i Estonii wybijając astroblemy. Część z nich leży teraz na dnie Bałtyku, część spadła na Europę. Część śladów impaktów zatarł lodowiec, ale astroblemy Moraska, Fromborka czy estońskiego Kaali pozostały.

A może to nie był asteroid?

Może był to statek kosmiczny, czy stacja kosmiczna Atlantydów, która trafiona bryłą towarzyszącą Planetoidzie A spadła na Europę – dosłownie „rozsmarowując się” na przestrzeni tysiąca kilometrów? Bo zastanawiają mnie te złoża rud uranowych w północnej Polsce. Może to ładunek reaktora jądrowego tego hipotetycznego statku kosmicznego czy stacji orbitalnej, który spadł na Ziemię i literalnie wbił się w glebę i skały Pomorza, Warmii  Mazur, tworząc potem niewielkie skupiska rud uranowych?

Ślady tego kosmicznego kataklizmu, który dotknął Atlantydę widać także w Tatrach – ot, chociażby Wąwóz Kraków – który jest skolapsowaną jaskinią, czy rumowisko skalne, głazowisko Wantule. Obie te formacje powstały właśnie pod koniec Czwartej Epoki Lodowej i to w sposób niewyjaśniony do dziś dnia...[5]

Tajemnica Saaremy powinna być rozwikłana przez naukowców, a nie przez amatorów czy outsiderów. Jest to we własnym, dobrze pojętym interesie całej Ludzkości. Osobiście czuję, że – o ile relacje podane przez Antoninę Wozniesienską są chociaż trochę prawdziwe – to możemy się tam natknąć na jedno (lub kilka – tego nie da się wykluczyć) z wymienionych przez mnie rozwiązań. A może jeszcze na coś innego – włącznie z wrakiem gwiazdolotu z najodleglejszej galaktyki...


[1] Dzisiaj Sankt Petersburg.
[2] Tu i dalej wszystkie dane dot. Meteorytu Morasko i Saaremaa wg A. Dzięczkowski i H. Korpikiewicz – „Zagadka Meteorytu Morasko” (Poznań 1979) oraz M. Żbik – „Tajemnica kamieni z nieba” (Warszawa 1987).
[3] Dane ze stron internetowych: www.meteorite.fr oraz www.meteorite.ru.
[4] Zainteresowanych odsyłam do pracy prof. L. Zajdlera – „Atlantyda”, (Warszawa 1980).
[5] Zainteresowanych odsyłam do mojej pracy pt. „Projekt Tatry”, (Kraków 2002). 

czwartek, 2 sierpnia 2012

PODZIEMNA BAZA... – NA DNIE STUDNI? (1)




Antonina Wozniesienskaja


Na całej naszej planecie znajdowane są różne dziwne artefakty nie pasujące do naszej cywilizacji. O jednym z nich mówi właśnie ten artykuł zamieszczony w „Kalejdoskop NLO” nr 23(290) z dnia 2 czerwca 2003 roku.


Ta historia zaczęła się dwanaście lat temu na estońskiej wyspie Saaremaa. Pewien chłopiec, który tam mieszkał, zapewniał, że po nocach spotyka się z Kosmitami, i nawet narysował wszystko, co widział: nieznane latające aparaty o niezwykłych kształtach, wygląd wewnętrzny statków kosmicznych i podróżujących nimi biologicznych robotów – biorobotów, neuromatów. Wszystko to można by przypisać dziecięcej bujnej fantazji, gdyby nie jeden rysunek: zwyczajny wiejski dom, a obok niego – maszyny i narzędzia rolnicze. Ale to nie wszystko, bo obok domu znajduje się także coś, co przypomina dość dokładnie pojazd kosmiczny Kosmitów – latający dysk.
- To jest międzyplanetarny statek Kosmitów – twierdzi chłopiec. – On znajduje się niedaleko stąd – w Estonii...
I co najciekawsze – entuzjaści ufologii to miejsce znaleźli!!!
Od dłuższego czasu w domu jednego z mieszkańców wsi pod Tallinem – pana Virgo Mitta – dzieją się dziwne rzeczy: same z siebie fruwają gliniane garnki, słychać jakieś kroki i niepojęte stukania, zaś na strychu obserwowano świecenie się... nie włączonej lampki. I jego rodzina zwalałaby wszystko na niego i jego fantazję i roztargnienie, gdyby nie studnia. Zwyczajna studnia, którą ongiś Virgo Mitta kazał wykopać u siebie na podwórku.

Z początku wszystko szło dobrze. Po pewnym czasie łopata natrafiła na jakiś twardy przedmiot. Skarb!!! – pomyślał Virgo w pierwszej chwili, ale próby wykopania cennego znaleziska kończyły się fiaskiem. To była jakaś płyta, która nie kończyła się w każdym kierunku... Próbował ją skruszyć, ale nadaremnie. W ciągu kilku tygodni udało mu się wybić w tej opornej płycie otwór wystarczający do zrobienia studni. Studnia zaczęła się napełniać wodą. I na tym cała historia by się zakończyła, gdyby nie to, że Virgo zostawił sobie na pamiątkę kilka odłamków złotolitej płyty.
Opowiedział o tym swemu przyjacielowi, który przyjechał do niego w gości, chemikowi z wykształcenia, a ten zawiózł odłamki płyty do Tallińskiego Instytutu Politechnicznego. Po kilku latach do odłamków zabrał się jeden z naukowych pracowników TIP. W tej samej chwili poczuł on silny wstrząs, jakby elektryczny, i w stanie ciężkim odwieziono go do szpitala. Od tego dnia zaczęła się seria eksperymentów.
Ludzie różnie reagowali na zetknięcie z tymi kawałkami metalu: jeden nie czuł niczego specjalnego, drugi czuł porażenie prądem elektrycznym, trzeci odczuwał tylko wibrację, zaś inny poparzył się...
Nowoczesne metody analizy nieznanego metalu wykazały, że składa się on z 38 pierwiastków z Tablicy Mendelejewa, z których wiele nie spotyka się w Przyrodzie, a syntezuje się je w reaktorach jądrowych. I co więcej – przy poziomie współczesnej nauki i techniki na Ziemi nie da się otrzymać takiego stopu!!!...[1]

Na dobitkę, woda z „anormalnej” studni okazała się być wyjątkowo niesmaczną i przyszło studnię zasypać. No i zaczęło się dziać coś niezwykłego. Ze wszystkich stron wioski zaczęły się do tej studni zbiegać... koty! Przychodziły ze wszystkich stron i tam się tarzały, a przecież wiadomo, że na koty patogenne strefy[2] działają jak waleriana... Z ludźmi, którzy choć przez parę minut postali w epicentrum, zaczęły dziać się dziwne i groźne rzeczy: wypadały im włosy i zęby, pogarszał się wzrok, miesiącami odczuwali silne uczucie dziwnej słabości...
A najbardziej ucierpiał na tym sam pan domu. Odcięto mu nogi i kilka lat leżał nieruchomo, a w końcu zmarł w 1987 roku.
Wreszcie „latający talerz” czy też „sondę” – uczeni nie zgodzili się w materii, co to takiego jest – zostawiono w spokoju. Ale jak „to” znalazło się pod ziemią – co w przybliżeniu zdarzyło się gdzieś w okolicach X – XI wieku – i jak oddziałuje to na naszą współczesność? -  tego nie wie nikt.
W na pół zburzonym kościele znajdującym się w jednym z niedźwiedzich zakątków Estonii, gdzie diabeł powiedział dobranoc, znajduje się fresk, na którym widzimy przedstawiony latający talerz. Zaś wśród żyjących mieszkańców tej wsi podaje się z ust do ust legendę, w której mówi się o tym, że do tego przeklętego miejsca nie można podchodzić bliżej, niż na wiorstę[3], a już w ogóle budować tam domy. A jeżeli ten latający talerz wydobędzie się na świat Boży, to nastąpi nieobliczalna w skutkach katastrofa!...[4]
Ufolodzy oczywiście mają swoje wersje i hipotezy. Jedna z nich brzmi: ten i podobne temu, jeszcze nie odkryte „podziemne obiekty” są w stanie wytrzymać i neutralizować wokół siebie skutki wybuchów jądrowych. Jest i drugie wyjaśnienie: wiele obserwacji UFO i USO mówi, że mogą one przechodzić przez ciało stałe i temu podobne struktury, czym można wytłumaczyć fakt ich znikania w takich podziemnych bazach NOL-i. Kolejna hipoteza zakłada, że ta obca sonda międzyplanetarna gra rolę generatora korygującego ziemskie psi-pole.
... Znamienity estoński czarownik Enn po wszystkich „eksperymentach” także radził zasypać studnię, i nawet wskazał konkretną datę, kiedy należało to uczynić. Posłuchano czarownika, i kiedy pierwsze wiadro piasku poleciało do jamy, rozległ się ogłuszający wybuch. Próby wyjaśnienia jego przyczyn spaliły na panewce: w okolicy jamy nie znaleziono żadnych niewypałów. Wezwani na pomoc wojskowi rozwodzili tylko rękami nie rozumiejąc niczego...

Na początku lat 90. XX wieku, tą anomalną strefę próbowała zbadać grupa uczonych japońskich, ale wszystkie jamy, które oni wykopali, od razu wypełniały się wodą. I przy okazji wyjaśnił się ciekawy fakt: władze Estonii nie wydały im zezwolenia na prowadzenie prac ziemnych i Japończycy musieli wracać jak niepyszni do domu...
Ostatnimi czasy wrzawa wokół tego znaleziska nieco przycichła. No, ale nie można jeszcze stawiać kropki nad i. W każdy rok anomalna strefa zbiera swe śmiertelne żniwo. Tak zatem ta historia nie ma jeszcze końca...


Przekład z j. rosyjskiego i opracowanie –
Robert K. Leśniakiewicz ©


CDN.


[1] Sprawa ta kojarzy się z tzw. „artefaktem waszkijskim”, który został znaleziony nad rzeką Waszka w Republice Komi, w latach 70. ub. stulecia. W skład tego artefaktu wchodzą także pierwiastki, które nie występują w Naturze, a zatem zostały zsyntetyzowane w reaktorach jądrowych...
[2] W radiestezji takie patogenne strefy emitują wyjątkowo szkodliwe i kancerogenne promieniowanie tzw. „zieleni ujemnej” (V-) czy „szarości” (G). W tym przypadku kot (a raczej jego sierść) działa jak naturalny odpromiennik. Właściwości te były znane Starożytnym i tak np. Rzymianie nigdy nie rozkładali obozowisk czy budowali domów tam, gdzie wylegiwały się koty...  
[3] 1 wiorsta = 1.066,78 m.
[4] Podobną legendę słowaccy ufolodzy odkryli w Orawskich Beskidach, a najprawdopodobniej dotyczy ona spadku meteorytów na terytorium Słowacji w odległej przeszłości – zob. M. Jesenský, R. K. Leśniakiewicz – „Tajemnica Księzycowej Jaskini” i „Powrót do Księżycowej Jaskini”. 

środa, 1 sierpnia 2012

Dziwaczne chmury


 Tajemnicze chmury sfotografowane nad Poznaniem...
...i nad USA... (Twoja Pogoda)


Z portalu Twoja Pogoda:

Rano w rejonie Poznania pojawiły się chmury, które są uważane za pogodowy fenomen. Oficjalnie nie mają nazwy i nigdy ich nie sklasyfikowano. Co więc tak naprawdę zobaczyliśmy na niebie?
Bardzo nietypowe chmury udało się dzisiaj uwiecznić naszym czytelnikom, zmierzające znad Opalenicy w kierunku Poznania.
Nic dziwnego, że nie potrafili ich nazwać, ponieważ stanowią one prawdziwą zagadkę nawet dla zawodowych meteorologów.
Oficjalnie wyróżnia się 10 rodzajów chmur, przede wszystkim z uwagi na ich wygląd zewnętrzny.
Następnie każdy rodzaj dzieli się na podgrupy w których chmury otrzymują drugi człon nazwy wskazujący na dodatkowe elementy jakie się w nich pojawiają.
Wszystko wskazuje na to, że panujący od lat porządek w ogólnoświatowej klasyfikacji zostanie zachwiany po tym jak niezwykłą chmurę zaobserwował brytyjski badacz Gavin Pretor-Pinney.
Założył on specjalne stowarzyszenie i postanowił wprowadzić zmiany w oficjalnej klasyfikacji chmur. Obecnie obowiązująca klasyfikacja nie ulegała zmianie od 1953 roku.
Dlatego według badacza trzeba ją nieco zmodyfikować, zwłaszcza, że dziwacznego obłoku, który uwieczniony został na zdjęciu w Nowej Zelandii, nie można przyporządkować do żadnej z dotychczasowych grup.
Niezwykła chmura wygląda jak sfalowana powierzchnia morza. Pojawia się ona w różnych częściach świata i często jest zapowiedzią burzy.
Naukowcy jeszcze nie wyjaśnili szczegółowo jak powstaje, ale pewne jest, że charakterystyczne chmurowe fale są efektem działalności bardzo gwałtownych prądów powietrznych. Nowy rodzaj chmur wstępnie nazwano "undulatus asperatus" od łacińskiego czasownika "wzburzony".
Niewątpliwie chmura ta jest jedną z najbardziej malowniczych jakie mogą się pojawić na ziemskim niebie. A jak Wy nazwalibyście tą dziwaczną chmurę i czy warto dla niej zmieniać dotychczasową klasyfikację chmur?
Swoje propozycje podawajcie w komentarzach. Poniżej zamieszczamy omawiane zdjęcia dziwacznej chmury z rejonu Poznania, a także z ubiegłego roku z okolic Warszawy. www.twojapogoda.pl

* * *

U nas te chmury pojawiły się w dniu 20 lipca br., a zatem być może mają one związek ze zjawiskiem trąb powietrznych, które zapowiadano na ten dzień. Myślę, że ta nazwa jest uzasadniona i pasuje do obrazu zjawiska. No i mamy kolejny dowód na ocieplenie naszego klimatu – kolejne zjawisko, które nas zaskoczyło… A to było tak:

W oczekiwaniu na trąby…

Już od dnia wczorajszego media trąbią o trąbach, które mogą zwalić się na obszar m.in. naszego regionu:

Kolejne ostrzeżenie przed trąbami. Będzie niebezpiecznie?

Polscy Łowcy Burz ostrzegają przed kolejnymi niebezpiecznymi zjawiskami atmosferycznymi, do których może dojść dziś w Polsce. Już wczesnym popołudniem na pasie od Opolszczyzny, po Mazowsze i Podlasie wystąpią gwałtowne burze, a jeszcze groźniej będzie na południu kraju, gdzie superkomórki burzowe będą przyczyną silnych opadów gradu, a nawet trąb powietrznych.

O niebezpieczeństwie wystąpienia ogromnego gradu i trąb powietrznych w Polsce informowaliśmy już wczoraj, kiedy Łowcy Burz w swoim serwisie internetowym pisali o tym, że w czwartek dojdzie "do najniebezpieczniejszych dla zdrowia i życia ludzkiego" zjawisk pogodowych. Jak w rozmowie z Onetem przyznał Piotr Żurowski, członek polskich Łowców Burz, grupa prognozuje dwa przypadki trąb powietrznych w województwach świętokrzyskim oraz na granicy z województwem małopolskim.

Według Łowców Burz najniebezpieczniej będzie na południu i południowym-wschodzie kraju, ale gwałtowne zjawiska mogą pojawić się też w innych rejonach Polski. Głównym zagrożeniem będą nagłe burze, a także bardzo silne porywy wiatru. Jak informuje serwis lowcyburz.pl, z powodu silnych wiatrów w dolnych partiach troposfery, możliwe jest też wystąpienie trąb powietrznych.

Jak podają w najnowszym wpisie, pogoda nie będzie rozpieszczać Polaków również w pozostałej części Polski. Pogoda będzie zmienna, a lokalne burze mogą wystąpić w całym kraju.

Serwis polskich Łowców Burz jest tworzony przez kilkunastu miłośników burz i groźnych zjawisk pogodowych. Jak podawały media, kilka dni temu udało im się przewidzieć uderzenie trąby powietrznej na Pomorzu. Po tym sukcesie wojewoda pomorski zapowiedział, że zwróci się do Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej z prośbą, aby wykorzystywali ich badania przy ostrzeganiu mieszkańców przed groźnymi zjawiskami meteorologicznymi.

Nawałnice i trąby powietrzne, które przeszły kilka dni temu nad Polską, wywołały dyskusję nad zmianami klimatu nad Polską. Według klimatolog dr hab. Haliny Lorenc z IMiGW, "trąby powietrzne występujące obecnie w Polsce nie są niczym wyjątkowym, bo w naszym klimacie występują od zawsze". Podobnego zdania jest prof. Szymon Malinowski z Zakładu Fizyki Atmosfery Instytutu Geofizyki UW, który w rozmowie z TVN24 podkreślił, że "będziemy musieli się nauczyć z tym żyć".

- To, co wydarzyło się w sobotę w rejonie województwa kujawsko-pomorskiego można porównać z przypadkiem przejścia trąby powietrznej w Puszczy Piskiej w 2002 r. Przypomnijmy sobie, co tam się stało - zniszczonych zostało ok. 45 tys. hektarów lasów. Prawdopodobnie jest to to samo zjawisko - powiedziała Lorenc, komentując informację, że trąba powietrzna, która przeszła nad Borami Tucholskimi w woj. kujawsko-pomorskim, zniszczyła ok. 400 hektarów lasów. Meteorolożka  podkreśliła, że tak jak w Puszczy Piskiej, tak i w rejonie przejścia obecnych trąb powietrznych mógł wystąpić także bardzo silny wiatr szkwałowy. - Nie wiem jeszcze, jak wygląda obraz zniszczeń, ale jeżeli powalone drzewa leżą w jednym kierunku, tak jakby były skoszone w jedną stronę, to tam z pewnością wiał wiatr szkwałowy. Może on osiągać prędkość 40-50 metrów na sekundę - powiedziała Lorenc.

W jej ocenie, występowanie trąb powietrznych w klimacie Polski nie jest niczym nienormalnym. - Zjawiska ekstremalne, takie jak trąby powietrzne, występowały u nas od zawsze. Już w czasach historycznych zdarzało się, że miały charakter klęsk żywiołowych - powiedziała.

W podobnym tonie w TVN24 mówił dziś prof. Szymon Malinowski z UW, którego zdaniem w naszych szerokościach geograficznych powstawanie takich zjawisk jak trąby powietrzne nie jest niczym niezwykłym. Jego zdaniem Polacy muszą przyzwyczajać się do podobnej sytuacji, bo ze względu na zmiany klimatu będa one występowały coraz częściej. - Po prostu będziemy musieli nauczyć się z tym żyć - podkreślił naukowiec.

Zaznaczył też, że jeśli sytuacja będzie się powtarzać, to planowanie ochrony może pochłonąć wiele kosztów. - W miastach trzeba budować inne instalacje odprowadzające wodę po burzach niż do tej pory. Budynki powinny być trochę inne, nie powinno się ich budować w miejscach zagrożonych. Do tego musimy dorosnąć - stwierdził w rozmowie z TVN24 Malinowski.

Wczoraj nad południową-wschodnią częścią województwa pomorskiego i w województwie kujawsko-pomorskim przeszła trąba powietrzna, która zniszczyła dachy w kilkudziesięciu budynkach, powaliła setki tysięcy drzew, a także raniła sześć osób. W nawałnicach ucierpieli też mieszkańcy województwa wielkopolskiego. Straż pożarna interweniowała tam ponad 1000 razy. (Onep.pl)

* * *

Nie wierzę za bardzo w te wszystkie przepowiednie, które w przypadku Jordanowa sprawdzają się niezbyt dokładnie, albo na szczęście zgoła wcale. Tym niemniej przygotowujemy się na najgorsze. Zaczynam prowadzić notatki stanu pogody:

19.VII.2012 r.

v Godzina 05:23 CEST – nów Księżyca, który zwiastuje zmiany w układach pogodowych…
v 05:50 – zachmurzenie 1/5, temperatura +15,9°C, ciśnienie 1009 hPa, słonecznie. Wiatr umiarkowany z kierunku S-SW. Wilgotność powietrza 68%.
v 07:00 – ostrzeżenie o możliwości wystąpienia trąb powietrznych na południu kraju. Temperatura wzrasta do +18°C, ciśnienie zaczyna spadać. Wiatr BZ. Zaczynam stały nasłuch radiowy na częstotliwości 225 kHz. Brak zakłóceń na zakresie LF.
v 08:00 temperatura wzrasta do +20°C. Wiatr BZ.
v 09:40 – zachmurzenie całkowite, +24°C, 1007 hPa, wiatr bez zmian.
v 10:00 – temperatura +24,1°C, ciśnienie i wiatr BZ, wilgotność 45%.
v 10:30 – temperatura +25°C, ciśnienie BZ, wilgotność powietrza 42%, wiatr BZ.
v 11:00 – temperatura +26,1°C, ciśnienie i wiatr – BZ, wilgotność 41%. Brak zakłóceń na LF.
v 12:00 – temperatura +25,8°C, wilgotność 40%, wiatr z SW – wzmaga się.
v 13:30 – temperatura +28,1°C, wilgotność 37%, ciśnienie 1007 hPa.
v 14:00 – temperatura +27,6°C, pozostałe parametry BZ.
v 14:30 – wiatr wzmaga się, zachmurzenie całkowite.
v 14:55 – deszcz.
v 15:00 – słabe trzaski na 225 kHz, +25,6°C, 35% wilgotności i 1006 hPa.
v 16:10 – silny wiatr, +24,8°C, przerwa w dostawie prądu – ok. 1 minuty,  38% wilgotności, 1005 hPa, zachmurzenie całkowite, deszcz.
v 16:21 – pierwszy piorun, od Orawy nadchodzi złowieszcza ciemność…
v 16:30 – gęsty deszcz i silny wiatr, +21,7°C, 51% wilgotności, wiatr BZ, ciśnienie skok w górę i w dół o 1 hPa.
v 16:33 – chmury przemieszczają się w kierunku Rabki – cały czas słychać odległe grzmoty.
v 16:36 – deszcz ustał. Wiatr także się uspokoił. Na niebie widoczny Cumulonimbus mammatus oświetlony słońcem.
v 16:43 – od Babiej Góry idzie kolejna fala deszczu i wiatru. Od południa słychać nieustanny grzmot.
v 16:50 – burza odeszła na E-SE. Mamy +21°C, 1005 hPa, wilgotność 50% i zachmurzenie 9/10.
v 17:00 – deszcz, wiatr i zachmurzenie całkowite.
v 17:45 – deszcz ustaje, nadal pogrzmiewa i wieje. +18,3°C, 63% wilgotności powietrza i… WIELKIE ZNAKI NA NIEBIE!

...i nad Jordanowem

v 18:00 - +17,9°C, idzie kolejna chaja od SW-W.
v 18:37 – rozbłysło słońce!
v 20:00 – temperatura +17,3°C, wilgotność powietrza 70%, ciśnienie 1005 hPa, zachmurzenie 8/10, uspokojenie się wiatru…
v 20:30 – kolejny WIELKI ZNAK – niezwykle barwna zorza i padający deszcz… Ciekawe, bo nic mi nie wiadomo o jakimś wybuchu wulkanu czy pyle kosmicznym w górnych warstwach atmosfery, jak to miało miejsce w sierpniu i grudniu 2004 roku, kiedy to wybuchł Kasatochi i Kluczewska Sopka!
v 21:00 – temperatura +16,6°C, 76% wilgotności powietrza, wiatr, deszcz i 1006 hPa.

20.VII.2012 r.

v 03:45 – uspokojenie pogody, +12,5°C, 1007 hPa, wilgotność 83%, zachmurzenie 2/10.
v 06:30 – słonecznie, +15,1°C, 1009 hPa, suma opadów = 2,08 l/m2/24 h, wiatr słaby z kierunku SW.

Trąby powietrznej nie było, ale to wcale nie znaczy, że jej nie będzie. Trzeba będzie żyć przez te miesiące zgodnie z zasadą: „ostrzeżony – uzbrojony”.