Powered By Blogger

piątek, 8 listopada 2013

Agent Delmar z Moskwy



Iwan Barykin


D. Holtom wymyślił znak Pacyfik nałożywszy na siebie dwie początkowe litery słów Nuclear Disarmament (nuklearne rozbrojenie). W alfabecie semaforowym literę N wyrażają dwie chorągiewki opuszczone w dół po skosie, zaś literę D wyraża jedna chorągiewka opuszczona w dół, a druga wzniesiona nad głową. Całość przypomina krzyż z ramionami połamanymi ku dołowi…


Otrzymany polon wysyła się samolotem do stanu Nowy Meksyk, gdzie wykorzystuje się go do produkcji bomb atomowych. Polon produkuje się z bizmutu. Na dzień 1.IX.1945 roku, produkcja fabryki wynosi 300 Ci (kiurów) polonu na miesiąc, a teraz doprowadzono do 500 Ci… Krótki opis produkcji polonu przesyłam wam pocztą specjalną.


[Polon-210 otrzymuje się z rozpadu izotopu bizmutu-209, który po wyemitowaniu z jądra neutronu i kwantu gamma przechodzi w bizmut-210 a następnie po przemianie beta w polon-210 i szybki elektron. Można to zapisać wzorem:
209Bi*(n,γ) 210Bi* => 210Po* + β-
Wszystkie izotopy biorące udział w tej reakcji są radioaktywne – przyp. tłum.]


Takie lapidarne doniesienie napłynęło z GRU Sztabu Generalnego w dniu 22.XII.1945 roku. Zostało ono natychmiast dostarczone naczelnikowi Oddziału „S” NKWD – generałowi-porucznikowi Pawłowi Sudopłatowowi. Ten zaś przesłał to dossier I. W. Kurczatowowi. Nie podano rzecz jasna źródła tej informacji, było ono ściśle tajne. 

Ł. P. Beria


Od czego FBI boli głowa?


Dnia 13 lutego następnego roku, do odpowiadającego wraz z narkomem Berią (narkom – narodowy komisarz czyli radziecki odpowiednik ministra – przyp. tłum.) za atomowy projekt, skierowano pełny opis technologii produkcji polonu. Amerykanie, wedle słów wiarygodnego źródła, używali do zainicjowania eksplozji źródła neutronów. (Radioizotop polon-210 nadaje się do tego celu – przyp. tłum.)


Już po roku 2000 ujawniono, że tym wiarygodnym źródłem Delmar był radziecki wywiadowca tzw. nielegał Żorż (George) Kowal. Został on odtajniony w listopadzie 2007 roku po wyjściu dekretu o przyznaniu mu pośmiertnie tytułu Bohatera Rosji.


Do tego dnia w FBI łamią sobie głowy nad tym, kim on był ten Żorż Kowal, jakie tajemnice atomowe przekazał stronie radzieckiej, kiedy i gdzie się urodził? Tak więc FBI nie dowiedziało się, jak Kowal w latach 30. znalazł  się w ZSRR, a w latach 40. powrócił do USA, gdzie został powołany do wojska.


Człowiek z wyższym wykształceniem inżynierskim (ukończył on Moskiewski Chemiczno-Technologiczny Instytut im. D. Mendelejewa, czego Amerykanie nawet się nie domyślili), zaskoczył komisje poborową swym intelektem i skierowano go na specjalne kursy w CalTech-u, a po ich ukończeniu skierowano go do ultratajnych prac w ośrodku atomowym w Oak Ridge, TN.

Żorż Kowal


Jak zwerbowano aspiranta


W argusowe oczy radzieckiego wywiadu wojskowego, Żorż Kowal wpadł pod koniec lat 30. W GRU stało się oczywistym, że aspirant MChTI Kowal jest członkiem Komunistycznej Partii USA, święcie wierzy w ideały komunizmu i gotów jest oddać za nie życie. Mieszkając w USA, w mieście Sioux City, IA, nie ukrywał on przed innymi swych sympatii dla ZSRR. Uwagę GRU zwróciło także i to, że Kowal interesował się w ramach swych chemicznych badań także wszelkimi truciznami.


Na aspiranta MChTI zwrócono uwagę w 1938 roku, kiedy doszło do nagłej konieczności zamiany rezydenta Arthura Adamsa (ps. Achilles) w Nowym Jorku. Adams podpadł pod zainteresowanie kontrwywiadu NKWD po obwinieniu go o kontakty z trockistami. Poza tym nie był zamieszany w zakup dla ZSRR nowoczesnych silników lotniczych po zawyżonej cenie. Na jego miejsce planowano postawić aspiranta Kowala, na co on się zgodził.


Po zakończeniu kursów specjalistycznych, Żorża zaznajomiono z wszelkimi tajnikami tajnej pracy i nadano mu pseudonim operacyjny Delmar (po hiszpańsku „na morzu” – przyp. aut.) I tak zaczęły się operacje po uplasowaniu go w Stanach Zjednoczonych. Ale zdarzyło się coś n nieprzewidzianego: kierownictwo GRU chciało wykazać NKWD, że Adams jest niewinny i ze go wrobiono. Z Adamsa zdjęli wszystkie oskarżenia, przywrócono go do służby i skierowano do USA. Ale to nie stanęło na drodze Delmara. Jego zadaniem stało się zdobywanie tajnych informacji i pracach nad amerykańskimi bojowymi środkami trującymi - BŚT.


Kowal wyjechał za ocean i osiedlił się w Nowym Jorku, gdzie nawiązał łączność z Centralą i otrzymał zadanie przygotowania się do pracy, która była mu familiarna po profilu. Ale nie mógł on tego od razu wykonać. Fałszywe dokumenty i zmyślone nazwisko mogły ściągnąć nań uwagę FBI. W takim razie Moskwa poleciła mu posługiwać się swoimi zwykłymi, autentycznymi dokumentami, zgodnie z którymi Kowal jakoby cały czas zamieszkiwał w Sioux City. To była zupełnie inna sprawa. Kowal zatrudnił się w firmie sprzedającej przybory elektryczne komiwojażerom z prawem wyjazdów służbowych do Europy.


Ale w 1943 roku, nieoczekiwanie powiadomił on Centralę o tym, że wcielają go do armii. Ale wszystkie próby firmy „wymigania” go od wojska, zdolnego pracownika i członka rady dyrektorskiej nie dały rezultatu. USA były wciągnięte już w II Wojnę Światową i każdy żołnierz był potrzebny. Centrala poleciła Delmarowi zrobić wszystko, by nie pójść do wojska i wykorzystać każdą możliwość – np. słaby wzrok. Ale jak się nie dało tego uniknąć, trzeba było – jak poradził mu jego moskiewski nastawnik – pójść do wojska. W Centrali nawet nie pomyśleli nad tym, jaki to będzie szczęśliwy traf! Komisja skierowała go na specjalistyczne kursy, po ukończeniu których skierowano go do obiektu, gdzie pracowało się nad radioaktywnymi materiałami.


Polowanie na bombę


W sierpniu 1944 roku, szeregowy Kowal dostał się do ściśle tajnego obiektu do tajnego miasteczka Oak Ridge – pierwszego amerykańskiego miasta atomowego. Wokół niego gen. bryg. Leslie Groves utworzył martwą strefę, nie dopuszczając do niej nawet agentów FBI „wsadzających nos tam, gdzie nie trzeba”. Polegał on tylko i wyłącznie na kontrwywiadzie wojskowym. Jeszcze przed wyjazdem do Oak Ridge Delmar spotkał się z rezydentem i przekazał mu informację o swoim skierowaniu. Wywiadowcy opracowali sposoby łączności i przekazali tajne dokumenty. Jak wspominał później Gieorgij Abramowicz (jak przedstawił się przedstawiciel Centrali) wjazd do Oak Ridge był pilnie strzeżony. W zakładzie pracowało parę tysięcy uczonych, inżynierów i pracowników technicznych (a poza tym agenci FBI i kontrwywiadu wojskowego).


W Moskwie o mieście Oak Ridge i o tym, czym się tam zajmowano miano najgorsze wyobrażenie. W czasie półrocznej służby w laboratorium, jako dozymetrysta i radiometrysta, Kowal był w kursie dzieła wszystkiego, co się tam działo. W czasie pół roku, Delmar zrobił setki zdjęć ekstratajnych instalacji przy pomocy miniaturowego aparatu fotograficznego. W czasie spotkania z rezydentem, Kowal wręczył mu ogromny plik filmów fotograficznych, narysował z pamięci dokładne rozmieszczenie laboratoriów, poza tym nazwiska z ich dossier i inne dane wskazujące, jak będzie można ich wykorzystać. Do Moskwy poleciał potężny radiogram o produkowaniu w obiektach Oak Ridge wzbogaconego uranu, plutonu i polonu. Później Kowala przeniesiono do laboratorium X-10, gdzie znajdowały się urządzenia do produkcji plutonu.

Pierwsza radziecka bomba atomowa RDS-1


Wersja inż. Asmołowa


O Delmarze autor tego artykułu dowiedział się zwyczajnie, w czasie rozmowy z inżynierem-chemikiem W. I. Asmołowem. Wiktor Iwanowicz w latach 80. pracował wraz z Gieorgijem Abramowiczem w MChTI, był zaprzyjaźniony z nim i znał doskonale jego małżonkę.
- Żora był małomównym. Skąd więc mogliśmy wiedzieć, że pracuje dla wywiadu? Ja sam się o tym dowiedziałem, kiedy przyznano mu pośmiertnie tytuł Bohatera Rosji, i długo po tym dochodziłem do siebie. Żora – ulubieniec studentów, autor stu dużych prac naukowych, zapalony kibic Spartaka Moskwa i… pracownik wywiadu. Nijak się to nie mieściło w głowie. Pozostała po nim świetlana pamięć i zdjęcia.


Uprosiłem Wiktora Iwanowicza o zeskanowanie ich, wypytałem o ich rodziców, którzy przeprowadzali się do ZSRR i do Ameryki…
- Żora niewiele mówił o swoim życiu w USA. On urodził się tam po tym, jak w 1912 roku jego rodzina emigrowała z Białorusi do Stanów z powodu pogromów Żydów. W Sioux City jego dziadek zaprowadził go na zebranie komunistów i zaraził ich ideą. Opowiadał, jak dobrze się żyje w ZSRR prostym Żydom. Po powołaniu do życia Żydowskiego Okręgu Autonomicznego rodzina Kowalów wyjechała do Birobidżanu. Młody Żorż po ukończeniu szkoły średniej wyjechał na studia do Moskwy, gdzie bez problemów dostał się do MChTI i ukończył go z powodzeniem. Nie wiedziałem, że pod koniec lat 30. wyjechał  do USA i powrócił stamtąd w 1948. Poznałem do dopiero w latach 70., kiedy był już znanym uczonym.


W atomowym jarze


O jego życiu wywiadowcy dowiedziałem się z niedawno wydanej książki Nikołaja Dołgopołowa pt. „Główny przeciwnik. Tajna wojna ZSRR”. Okazało się, że w 1945 roku Żorż Kowal został awansowany na sierżanta w służbie sztabowej i przesunięty do pracy w tajnym laboratorium w Dayton, OH. Nowe miejsce rozszerzyło jego możliwości działania. Na kolejnym spotkaniu z rezydentem Delmar przekazał wszystkie dane o mieście, jego zakładach i laboratoriach oraz charakterze prowadzonych tam prac, kopie wyliczeń. Ale najcenniejszymi były dane na temat neutronowych zapalników , co pozwoliło na przyspieszenie prac nad radziecką bombą A.


Po tym, jak dokonano atomowych bombardowań Hiroszimy i Nagasaki, w laboratorium zaczęto kompletować ekipę do wyjazdu do Japonii w celu zebrania danych. Do tego specjalnego teamu załapał się także sierżant Kowal, ale przed wyjazdem nieoczekiwanie go zmieniono. Dlaczego tak zrobiono, tego Kowal nie wiedział, ale to był dla niego pierwszy dzwonek alarmowy. Tym bardziej, że przyszedł rozkaz o jego demobilizacji. Centrala rozkazała, by Kowal pozostał na rządowej posadzie, ale on nie posłuchał, czując za plecami odgłosy pogoni…


W tym właśnie czasie zaczęło się w USA „polowanie na czarownice”, skierowanego przeciwko Komunistycznej Partii USA. Delmar przeczuwał, że jeszcze trochę, a FBI dowie się o jego członkostwie w KPUSA. Agenci FBI znaleźli 20-letnie zdjęcie w jednym z radzieckich czasopism w artykule mówiącym o „szczęśliwym powrocie rodziny Kowalów do ZSRR”. Na pierwszym planie zdjęcia znajdował się 16-letni Żorż. W FBI od jednego z uciekinierów dowiedziano się, że ktoś przekazuje tajne informacje Rosjanom. (Chodzi o renegata GRU z ambasady w Ottawie – szyfranta Igora Guzienkę, który przekazał kanadyjskiej RCMP wiele materiałów dotyczących radzieckiej penetracji amerykańskiego programu atomowego. Zob. Peter Wright – „Łowca szpiegów”, Warszawa 1991 – przyp. tłum.) I to wystarczyło, by zainteresować się sierżantem rezerwy. Ale jego już w Nowym Jorku nie było…


Good-bye America…


Rok 1948 zastał Georgija Abramowicza w objęciach stęsknionej za nim żony. Jakimże był szczęśliwym chodząc po Arbacie! Same nogi zaniosły go do MChTI. Przecież już kiedyś pracował w tej Alma Mater. Wszystko układało się pomyślnie: pracował ze studentami, bronił pracy doktorskiej. Chmury pojawiły się nad nim nieoczekiwanie. Naczelnik 2. Głównego Wydziału Sztabu Generalnego – gen. armii Zacharow podpisał rozkaz: „Szeregowy G. I. Kowal , ur. 1913 roku, zostaje zdemobilizowany z szeregów Sił Zbrojnych ZSRR”.


Dowiedzieli się o tym z wydziału kadr Instytutu i to go wzburzyło: jak to jest, że absolwent MChTI, były aspirant MChTI, a obecnie kandydat nauk (doktor – przyp. tłum.), docent i nie dosłużył się nawet stopnia podporucznika??? Zaczęli szukać i istotnie znaleźli jakieś białe plamy w jego biografii. I w rezultacie tego, G. I. Kowal został bez pracy. Jak on to ciężko przeżył, o tym wiedziała tylko jego żona.


W marcu 1953 roku, Kowal nie zdzierżył i napisał list do GRU. Służba zwróciła się do ministra szkolnictwa wyższego Stolietowa:
W latach 1939-1948 szeregowy G. I. Kowal odbywał służbę wojskową. Zgodnie z podpisana przezeń lojalką o nierozgłaszaniu tajemnicy państwowej i służbowej nie może on złożyć wyjaśnień, co do jej szczegółów, która to służba miała szczególne znaczenie.

16.III.1953 roku, Kowal powrócił do pracy na poprzednim stanowisku w MChTI.


Do swych ostatnich dni Georgij Abramowicz wiernie służył nauce i odszedł w wieku 92 lat, pozostawiwszy spuściznę naukową w zakresie automatyzacji chemicznej produkcji.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 27/2013, ss. 8-9
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

czwartek, 7 listopada 2013

Radziecka odpowiedź na „gwiezdne wojny”



Walery Jerofiejew


W latach 70., Związek Radziecki zaczął prace nad projektem bojowej laserowej orbitalnej platformy Skif. Dnia 15.V.1987 roku, miało miejsce wystrzelenie kompleksu Energia-Skif-DM, ale przebiegło ono bez powodzenia i aparat kosmiczny runął do Oceanu Spokojnego.


W końcu lat 70. XX stulecia, międzynarodowa sytuacja naszego kraju zaostrzyła się, a główna przyczyną stała się ostra zmiana administracji USA i jej polityki zagranicznej. Po tym, jak w 1977 roku prezydentem Stanów Zjednoczonych został Jimi Carter, który od razu wziął kurs od głównych porozumień układu SALT-1 i na wzmocnienie amerykańskiej obecności wojskowej w kosmosie, co skończyło politykę détente pomiędzy ZSRR i USA.


[SALT-1 czyli Strategic Arms Limitation Treaty (SALT I) – według Wikipedii to pierwszy z układów o ograniczeniu zbrojeń strategicznych podpisany 26 maja 1972 roku między USA, a ZSRR podczas wizyty prezydenta USA Richarda Nixona w Moskwie. Podpisanie dokumentu poprzedziły dwustronne rokowania w latach 1969–1972. Układ ten stanowił element dialogu amerykańsko-radzieckiego podczas zimnej wojny. Dotyczył redukcji systemów obrony przeciwrakietowej – ograniczono liczbę wyrzutni rakietowych do stu, a do sześciu liczbę stacji radiolokacyjnych. Układ wszedł w życie 3 października 1972 r. SALT I był przełomem w stosunkach USA – ZSRR. W rzeczywistości układ ten stał się porażką USA, ponieważ naruszył równowagę strategiczną na korzyść ZSRR. Późniejszy marszałek Nikołaj Ogarkow przekonał Amerykanów, że nowy radziecki pocisk UR-100 (SS-11) jest bronią defensywną i jako taki nie podlega reżimowi tego traktatu (co mijało się z prawdą) – przyp. tłum.]

Trzecia Wojna Światowa może rozpocząć się w kosmosie...


„Sapfir” przeciwko SDI 


Jimiego Cartera zmienił w 1981 roku nowy prezydent Ronald Reagan i jeszcze bardziej zwiększył naprężenie pomiędzy naszymi krajami, wprowadzając program Inicjatywy Obrony Strategicznej – SDI, z elementami kosmicznego bazowania. W mediach ten plan otrzymał nazwę „gwiezdnych wojen”. Przyjęcie przez amerykańską administrację programu SDI faktycznie oznaczało, że konflikt pomiędzy dwoma Supermocarstwami weszło na nowy niebezpieczny, bo kosmiczny poziom, i tym samym zbliżył Ludzkość ku grozie nowej, III Wojny Światowej.


Szybko zmieniająca się sytuacja międzynarodowa pod koniec lat 70., zmusiła kierownictwo ZSRR do poszukiwań efektywnych sposobów przeciwdziałania zaoceanicznych „jastrzębi”.  W tym czasie, według wskazówek kierownictwa ZSRR na ściśle tajnym posiedzeniu w Centralnym Specjalistycznym Biurze Konstrukcyjnym – CSKB, które znajdowało się w zamkniętym dla cudzoziemców Kujbyszewie (dziś Samara – przyp. aut.) zaczęły się prace nad zasadniczo całkiem nowym rodzajem obiektów kosmicznych. Programy ich budowy były kierowane przez generalnego konstruktora tego przedsięwzięcia, dwukrotnego Bohatera Pracy Socjalistycznej – Dimitrija Kozłowa.


Zgodnie z odtajnionymi teraz dokumentami i planami, jedną z przeciwwag amerykańskich programów „gwiezdnych wojen” powinny być kilka perspektywicznych typów aparatów kosmicznych – tajnych kompleksów kosmicznych (KK) nowej generacji:
v Jantar-4K2 Cyrkon
v Jantar-4KS2 Beryl
v Jantar-K1FKT Siluet
v Jantar-5K Orliec
v Jednocześnie prowadzono lotniczo-kosmonautyczne próby już gotowych kompleksów Jantar-4K1 i Zenit-6 z polepszonymi charakterystykami – Zenit-6U. Trwały naziemne prace nad systemami całego szeregu innych obiektów.


Pod koniec 1981 roku, w CSKB została zapoczątkowana praca nad projektem KK o nazwie Cyrkon-2, przeznaczonego do fotografowania zachodnich rejonów powierzchni Ziemi kamerami o dużej rozdzielczości, wielkimi możliwościami przesyłania danych w zrzucanych kapsułach i okresem aktywnego działania 90 dni. Prace nad tym KK były realizacją Uchwały KC Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i Rady Ministrów ZSRR nr 645-188 z dnia 5.VII.1980 roku i wielu innych. Poza tym przyjęto także Uchwałę KC KPZR i Rady Ministrów ZSRR nr 915-272 z dnia 16.IX.1981 roku „O zaplanowaniu i wykonaniu rakietowo-kosmicznego kompleksu Orliec”.


W celu wyniesienia KK Cyrkon-2 na orbitę zaproponowano użycie rakiety nośnej 11K77 (modyfikacja Sojuza). Dostawa informacji fotograficznej na Ziemię odbywała się w 22 specjalnych kapsułach opracowanych w ramach KK Orliec. W przypadku niedogodności, KK Cyrkon-2 mógł wykonać manewr przejścia na orbitę o wysokości 140-160 km ze zmniejszeniem odcinka aktywnej działalności przy funkcjonowaniu na tej wysokości nad Ziemią.


Poza tym w jednym z oddziałów CSKB zaczęły się jeszcze w 1979 roku prace nad sporządzeniem schematu i bazy technicznej całkowicie nowego KK, który nazwano Sapfir. Jego zasadniczą cechą była modułowość konstrukcji, zasadniczo zwiększony resurs pracy szerokie spektrum zabezpieczających charakterystyk, wysoka operatywność wykonywania postawionych zadań i doskonale rozwinięta pokładowa energetyka.

Dimitrij Kozłow


Kosmiczne czołgi


W celu zaznajomienia się z pracami CSKB i w pierwszej kolejności z Sapfirem, w dniu 11.VIII.1981 roku, Kujbyszew odwiedziła duża delegacja partyjno-rządowa. W jej składzie znajdowali się członkowie Biura Politycznego KC KPZR: minister obrony ZSRR marszałek Związku Radzieckiego Dimitrij Ustinow, minister przemysłu budowy maszyn ZSRR Siergiej Afanasjew, naczelnik 3. Departamentu tegoż ministerstwa Jurij Koptiew oraz cały szereg innych pracowników administracji państwowej.


Wizytatorzy wysoko ocenili prace przedsiębiorstwa nad KK Sapfir-K, który w 1981 roku został dla CSKB jednym z głównych kierunków jego działalności. Jak teraz widzimy to z odtajnionych dokumentów CSKB, w celu wyniesienia na orbitę obiektów typu Sapfir przewidziano dwa typy środków transportowych: zunifikowaną rakietę nośną 11K77 i kosmiczny wahadłowiec Buran. Ten ostatni powinien nie tylko dostarczać na orbitę satelity obserwacyjne, ale także – w razie czego – przeprowadzać operacje ich naprawiania, tankowania, przestawiania aparatów kosmicznych na inne orbity, i wykonywanie wielu innych zadań. Do tego kosmicznego systemu zaproponowano włączenie kompleksu wielozadaniowego wywiadu Sapfir-B, w składzie którego miało być co najmniej trzy aparaty orbitalnego dozoru.


Praca tych obiektów powinna być uzupełniana przez kompleks szeroko-spektralnego rozpoznania Sapfir-C (co najmniej 6 satelitów) oraz eskadrę bojowych wielozadaniowych okrętów kosmicznych Strieliec, w składzie której – w zależności od sytuacji międzynarodowej – powinno znajdować się od 5 do 10 jednostek. One powinny się stać prawdziwymi kosmicznymi czołgami, z trzyosobową załogą, osłoniętą nieprzebijalnym pancerzem i dysponującą różnymi rodzajami broni, w tym także laserową bronią radiacyjną - LBR. Działalność całej tej grupy uderzeniowej miała być wspierana także poprzez satelity łączności, kosmicznych statków transportowych, a także naziemnych centrów przyjmowania i obróbki informacji.


System Sapfir-K już w końcu lat 80. powinien być szybko i skutecznie działającym wojskowo-politycznym argumentem w międzynarodowych rozgrywkach na świecie. Jego praca była możliwa w wariancie pilotażowym w pół-autonomicznym reżimie, a także w całkowicie automatycznym programie, który mógł być korygowany bezpośrednio z Ziemi. Dostawę informacji z pokładów satelitów załatwiano poprzez kanały łączności radiowej podłączone bezpośrednio do centrów wywiadu.


Co się zaś tyczy aparatów zwiadu kosmicznego, to mogłyby one funkcjonować w trzech trybach:
·        W trybie pasywnego orbitowania;
·        zwykłym trybie pracy i…
·        …w trybie odpierania ataku/ów.
Zakładano, że  satelity systemu Sapfir będą w swych normalnych trybach pracy poruszać się na eliptycznych, silnie wyciągniętych orbitach, pozwalających na obserwację niewielkich wycinków terenu na bliskich odcinkach orbity – 300 km oraz obserwacją dużych połaci Ziemi z odległości >1000 km.


Projekt utworzenia kosmicznego systemu Sapfir został zatwierdzony w dniu 20.XI.1981 roku, na spotkaniu sześciu ministrów: obrony, budowy maszyn, przemysłu obronnego, przemysłu elektronicznego, przemysłu łącznościowego i przemysłu chemicznego.

Prezydent USA - Jimi Carter


Koniec projektu


Głównym konstruktorom kosmicznego systemu Sapfir znów dano do dyspozycji CSKB. A tak o tym w wiele lat później wspominał generalny konstruktor przedsięwzięcia Dimitrij Kozłow:
- W celu zapoznania się z postępem robót nad najnowszymi kosmicznymi systemami w kwietniu 1986 roku, d o miasta przyjeżdżał sekretarz generalny KC KPZR Michaił Gorbaczow. Ale nie zdążył on obejrzeć wszystkich obiektów i dowiedzieć się czego o nich, on nie zdołał. Miał ważniejsze sprawy na głowie. Potem Gorbaczow aktywnie uczestniczył w powstawaniu i realizacji projektu Sapfir w czasie jego wizyty w Lenińsku (dziś Bajkonur) w maju 1987 roku obiecując ustanowić dla niego pierwszoplanowy sposób finansowania. Niestety, jego obietnica nie została wypełniona, i w rezultacie tego praca nad Sapfirem pozostała w stadium projektu. W państwowym wariancie projekt ten miał być przeciwwagą dla projektu SDI/NMD, tak więc nie został on zlikwidowany i pracowało się nad nim do końca istnienia ZSRR.


Chociaż pod koniec lat 80. wiele aparatów kosmicznych wchodzących w skład kompleksu Sapfir było już gotowych, to na jego losach zaważył kryzys finansów państwa, który uderzył w nasz kraj. Weterani naszego przemysłu kosmicznego do dziś dnia uważają, że nawet w tych warunkach można było doprowadzić prace projektu do końca. Niestety, w warunkach powszechnego deficytu wszystkiego, ówczesne kierownictwo państwa postanowiło oddać środki na bardziej efektywne i tańsze Orlecy i Cyrkony, na budowę których zostały rzucone wszystkie środki finansowe. I w rezultacie tego, w 1991 roku, program Sapfir został zamknięty.

Bojowa stacja kosmiczna i okręty kosmiczne zbudowane na bazie wahadłowca Buran (wizja artysty)


* * *


Przyznaję, że kiedy czytam i przekładam teksty na temat wojny w kosmosie, to czuję z jednej strony przerażenie, że ktoś chce nas zamordować w sposób, przed którym nie mamy żadnej obrony, z drugiej strony wściekłość, że największe marzenie Ludzkości zostało sprowadzone do narzędzia prowadzenia polityki dominacji i wojny.  Najgorsze jest to, że po spędzeniu niemal dwudziestu lat w okopach Zimnej Wojny jeszcze się z tym nie oswoiłem…


I właśnie tak à propos Zimnej Wojny, to przypomniał mi się pewien epizod z roku bodaj czy nie 1983. To było na jakimś szkoleniu czy odprawie w Pomorskiej Brygadzie WOP w Szczecinie, którą wówczas prowadził płk dr Władysław S., który mówił m.in. na temat niektórych aspektów reaganowskich gwiezdnych wojen i udziału wojsk Układu Warszawskiego w możliwych działaniach bojowych III Wojny Światowej. W przerwie na papierosa otoczyliśmy naszego wykładowcę i zasypaliśmy pytaniami. Wtedy zapytałem go o radziecką odpowiedź na SDI.
- Czy Rosjanie pracują też nad takimi systemami?
- Tak oczywiście – odpowiedział pułkownik S.
- I bronią laserową? – zapytał któryś z nas.
- Przede wszystkim nad nią – odparł ze spokojem pułkownik. – Ale nie znam żadnych szczegółów, więc musicie wierzyć mi na słowo.


Wierzyliśmy, bo pułkownik S. znany był ze swej solidności i dla wielu ludzi z branży stanowił prawdziwy autorytet. Był jednym z najbardziej i najstaranniej wykształconych zwiadowców w WOP. Jego znajomość wielu języków była legendarna. Ale zarazem słynął także z tego, że dobierał sobie ludzi wedle swoich kryteriów i nigdy się nie mylił. Byłem jednym z nich, co poczytuję sobie za zaszczyt. Więc i w tej kwestii można mu było dać wiarę. Dzisiaj wiem, że chodziło o próby z LBR na poligonie w Sary Szagan, w czasie których Rosjanie oświetlali i nawet oślepiali amerykańskie satelity szpiegowskie promieniami laserów. To było ostrzeżenie, bo wystarczyłoby zwiększyć moc impulsu świetlnego i satelita zamieniłby się w kupę rozżarzonego złomu martwo lecącego po orbicie… Zainteresowanych odsyłam do prac prof. dr inż. Zbigniewa Schneigerta.


No właśnie – satelitarny złom! Pisząc swoje opracowanie „Projekt Tatry” (Kraków 2002) zamieściłem tam niezwykle ciekawe spostrzeżenie, które dotyczy właśnie „satelitarnych czołgów”:


…I w nawiązaniu do poprzedniego appendyksu, nasz ukraiński korespondent - dr Anton A. Anfałow z Symferopola na Krymie przesłał nam materiał, który został zredagowany na podstawie raportu astronoma z WNP - dr Siergieja W. Archipowa - sporządzonego dla magazynu „Space Flight” nr 37 z marca 1995 roku, s. 94, który to raport cytuje niemal w całości:


Szanowny Panie!

Wielki biały bolid o średnicy co najmniej 7 metrów, przeleciał nad Kurskiem, Biełgorodem i Charkowskim Rejonem, z północy na południe, o godzinie 17:45 GMT, w dniu 15 maja 1994 roku. Lot bolidu obserwowano na przestrzeni co najmniej 300 km. Zjawisko to widziało wiele osób, w tym także ekipa astronomów z Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Charkowskiego, którzy meldowali przelot tego bolidu i ocenili czas przelotu na 10 sekund, co oznacza, że jego prędkość geocentryczna wynosiła co najmniej 30 km/s.

Miejsce upadku bolidu znajduje się w odległości około 40 km na południe - południowy-zachód od Charkowa, w okolicy wsi Ochoczije, i tak o tym pisze dr Władimir A. Zachożaj (dyrektor OAUC), który odwiedził to miejsce z ekspedycją OAUC, w dniu 27 maja 1994 roku:

Na skraju lasu zobaczyliśmy krater o średnicy 4 metrów i głębokości 1,5 metra, pochodzący z eksplozji, której energia musiała być taka, jak po wybuchu 60 kg TNT. Znaleźliśmy prawie 10 kg metalicznych odłamków w kole o promieniu 40-50 m od centrum eksplozji. Las był powalony w promieniu 10 metrów od krateru, a drzewa były opalone i podziurawione odłamkami.

Dwa drzewa były całkiem spalone po północnej stronie krateru, prawdopodobnym kierunku od przylotu. Wstępne analizy wykazały anomalne kompozycje związków chemicznych: zawartość żelaza była wyższa, niż w przypadku „normalnego” sztucznego satelity Ziemi czy załogowego statku kosmicznego. Koniecznym zatem staje się zbadanie miejsca impaktu w przyszłości.

Widziałem osobiście te odłamki, największy z nich miał kształt pokręconej i rozerwanej wybuchem rury o długości 50 cm i średnicy 2-3 cm, z płytkimi wyżłobieniami na powierzchni. Analiza chemiczna wykazała: Fe - 99%, Cu - 0,3%, Ni - 0,04% i Ti - 0,02%. Magnezu i glinu nie znaleziono w mierzalnych ilościach i skład chemiczny PASUJE BARDZIEJ DO CIĘŻKIEGO CZOŁGU, A NIE DO LEKKIEGO SATELITY!

Członkowie ekspedycji powiedzieli mi, że nie był to także wybuch jakiegoś niewypału czy niewybuchu z czasów II wojny światowej. Widziałem ablacyjne zacieki i ślady opalenizny na odłamkach. Dr W. A. Zachożaj usiłował skonsultować się w przedmiotowej sprawie z ekspertami wojskowymi, ale nie dało to żadnego rezultatu.

Najwidoczniej te artefakty nieznanego pochodzenia są obiecującymi kandydatami do uznania ich za szczątki „kosmicznego złomu” NIE BĘDĄCEGO DZIEŁEM RĄK LUDZKICH! - który zderzyły się okazjonalnie z Ziemią. Taka możliwość należy wziąć pod uwagę.

A. W. Archipow
Instytut Radioastronomii
Charków, Ukraina


Szokujące? No cóż – czyż nie miał racji Stanisław Lem pisząc w jednym z opowiadań „Cyberiady” następujące słowa:

...I nic z owej magnaterii nie zostało, okrom spinek metalowych, które wieśniacy z osad Solary Małej znaleźli na swój brzeg przybojem mgławicznym wyrzucone...

Nic dodać, nic ująć.        


A zatem być może jakieś fragmenty takiego „kosmicznego czołgu” spadł na Ukrainę siejąc ciężkimi odłamkami wzdłuż trajektorii swego spadku? Kosmiczny wyścig zbrojeń wcale się nie skończył i trwa nadal w najlepsze. Dlatego nie zdziwmy się, jak któregoś dnia spadnie nam na głowy jakiś kosmiczny krążownik made in USA czy zdiełanyj w Rossiji. Nie zapominajmy, że do tego klubu zaczynają wchodzić także Chińczycy…

Cały czas odnoszę (i to nie tylko ja) wrażenie, że kiedyś to już było. Dawno, dawno temu, zanim nastąpiło zaranie naszej cywilizacji. Echa tego mamy w świętych księgach naszych religii, w których mówi się wprost o wojnach bogów-astronautów, które doprowadziły Ludzkość do upadku i początku Kali-juga – czarnych, żelaznych czasów Kali – bogini miłości i śmierci. A historia ma to do siebie, że powtarza się tyle razy, na ile jej na to pozwolimy!

Ale to już temat z innej ballady…


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 27/2013, ss. 4-5

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©  

środa, 6 listopada 2013

Kopalnia dla tow. Berii



BORŁag - drewniana magistrala dla taczek wywożących urobek z szybu...


Iwan Barykin


W V tomie „Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej” znajdował się chwalebny artykuł o Berii. Kiedy Berię rozstrzelano. Redakcja WER rozesłała wszystkim jej posiadaczom listy z rekomendacja wycięcia stronic o Berii i wklejenie innych – o Cieśninie Beringa.

Z Wasylim Kuźmiczem Pantieljejewym, 70-letnim pułkownikiem Wojsk Wewnętrznych (formacja odpowiadająca polskiemu KBW, WOP i NJ MSW – jednostek wojskowych podległych personalnie i służbowo MSW – przyp. tłum.) poznałem się w pociągu dalekobieżnym. Rozmawialiśmy sobie w czasie podróży.
- Jestem żołnierzem od dawna w rezerwie. Kiedy przypomnisz sobie, przez co przeszedłeś, to się wzdrygasz – westchnął mój towarzysz podróży.
- Niech pan opowie –poprosiłem. 


BORŁag, Skr. Poczt. Nr 81


- Tak w ogóle, to podpisałem lojalkę na temat nierozgłaszania tego, co widziałem i słyszałem – powiedział Wasilij Kuźmicz.
- No tak, ale okres milczenia już się dawno skończył, czyż nie? – zapytałem.
- Tak, oczywiście – po wojskowemu odpowiedział Pantieljejew. – No dobrze, opowiem ci moją historię. W 1949 roku dostałem powołanie do wojska. Posłali mnie do Wojsk Wewnętrznych. I to nie byle gdzie, ale na północ Czytyjskiej Obłasti. Tam dokończyłem naukę. I skierowali mnie… do utajnionej kopalni uranu do pilnowania i ochrony więźniów. Tylko o tym, że była to kopalnia uranu dowiedziałem się dopiero po ukończeniu służby. Kopalnia ta nazywała się Mramornyj (Marmurowa), a to dlatego, że był tam początkowo kamieniołom marmuru. No i jeszcze wydobywano tam ołów…

Dlatego właśnie zbudowano tam, nieopodal grzbietu górskiego Kodar obóz NKWD - BORŁag albo Borskij Reedukacyjny Obóz Pracy. Zagonili tam ćmę narodu: tysiąc, dwa tysiące ludzi, jak nie więcej. Kryminalistów było tam mało, w większości byli to więźniowie polityczni, tzw. wrogowie ludu i represjonowani Niemcy z Powołża, własowcy (żołnierze armii gen. Własowa kolaborującego z III Rzeszą – przyp. tłum.), „szkodnicy” – ludzie karani na mocy dekretu z 1947 roku za tzw. szkodnictwo. Wsadzali tu także ludzi za kradzież kłosów z pola – a czasy głodne były…

Nie było tam lekko, o nie. Skazańcy mieszkali w ogromnych namiotach, po 60 ludzi w każdym. O warunkach nie wspomnę. Ciepłych ciuchów było na 40 ludzi. W zimie, a mrozy dochodziły do -60°C, ludzie spali w ocieplaczach żeby nie zamarznąć. Przez dziury w brezencie widać było gwiazdy. O godzinie szóstej dyżurny walił w szynę – pobudka! Służbowi roznosili po namiotach pojemniki z jedzeniem, na śniadanie: cienka zupa w kawałkiem chleba. Potem apel, chociaż w czasie mojego pobytu nikt stamtąd nie uciekał. No bo i dokąd? Do najbliższej stacji kolejowej było 600 km. Tak więc podjedli i do przodu, do roboty.

Do najbliższego szybu trzeba było się wspiąć 70 m pod górę wąwozu. Potem koło wieży z pompami trzeba było przejść na skraj lodowca. Wkładając raki na nogi ludzie wychodzili po lodzie na wysoki wał, gdzie czekały na nich taczki i wagoniki. Po drewnianych torach szło się ku sztolni. Tam na nich czekali majstrowie z maskami przeciwgazowymi – jedynego środka ochronnego od trującego pyłu wytwarzanego przy wydobyciu rudy. Ładowano ją w wagoniki, które potem spuszczano w dół na hałdę. I tak to było w koło Macieju przez cały dzień do późnego wieczora.

I choć Moskwa nas poganiała, to żyła okazała się uboga. Przez trzy lata wydobyto jedynie 1200 kg uranu, a do wyprodukowania jednej tylko bomby potrzeba go było daleko więcej…

Tak wygląda uraninit


Trzeba robić bomby!


- Tak więc dlaczego ta kopalnia pracowała? – zapytałem ze zdumieniem.
- Też chciałbym Berii zadać takie pytanie. On odpowiadał głową za projekt uranowy. W sierpniu 1945 roku Amerykanie zrzucili dwie bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Dlaczego, skoro dni Japonii i tak były policzone? Jasna sprawa, chodziło o to, by przestraszyć Związek Radziecki. Wtedy Stalin wziął za gardło Kurczatowa: rób co chcesz, a bombę sporządź. Zabrali z Niemiec tysiące uczonych-atomistów, w tłumie… A wszystko po to, by sporządzić sto bomb atomowych i zniszczyć USA i ich sojuszników, a do tego było potrzeba minimum 230 ton czystego, metalicznego uranu. Wydobywano go w Rudawach, w uranowych kopalniach w Czechach i Bułgarii. I tak czy inaczej było mało. Dalej, dawajcie jeszcze, trzeba robić bomby by zniszczyć Amerykę…

Ławrientij Pawłowicz odpowiedzialny za projekt atomowy złapał się za głowę: gdzie jeszcze można wydobyć uran? A tu ze Wschodniej Syberii przyszła wieść – przy przelocie nad wąwozem Mramornoje Uszczielie powietrzni geolodzy zarejestrowali w dole bardzo silne promieniowanie. Przyrząd na pokładzie samolotu aż się „zatkał”. Zrzucili tam worek ze starymi gazetami, żeby oznaczyć to miejsce i zameldowali o tym w Moskwie samemu Berii. Ten z kolei poderwał wszystkie wschodniosyberyjskie łagry i posłał tam Koleją Transsyberyjską tysiące więźniów. No i jak w bajce w tym miejscu wyrósł obóz pracy. Podlegał on bezpośrednio Moskwie i dlatego był on tak bardzo utajniony. No i zaczęto wydobywanie rudy…
- A co ustalił zwiad geologiczny?
- Geolodzy zbadali to miejsce i odkryli w jednym ze złóż 30% koncentrację rudy uranowej. To bardzo dużo. Tak, tylko radość była przedwczesna. Żyła, która zawierała rudę, okazała się uboga. Przysłali grupę wspinaczy. Ci wspinali się po ścianach wąwozu i – nic! Ale Beria to nie był człowiekiem, który podstawia głowę pod topór. Polecił posłać na zwiad doświadczonych geologów.


Ekspertyza Anny Tieriemieckiej


Na początku lat 50., z Górniczego Instytutu Naukowo-Badawczego, jednego z najtajniejszych w Moskwie, posłali do tego kraju specjalistkę – Annę Tieriemiecką. Potem Anna wspominała:
Pewnego razu wezwał mnie do siebie naczelnik GINB – Jerszow i przekazał mi próbki rudy do analizy. Okazało się, że były to kryształy uraninitu (albo uranitu, mieszaniny tlenków uranu UO2, U3O8 i rzadziej U3O7, silnie radioaktywnej, bogatej rudy uranowej – przyp. tłum.) i od razu odizolowano mnie od reszty. Nawet od maszynistki, a ona jak my wszyscy, podpisała lojalkę nie pozwolili jej pisać mojej ekspertyzy. Moja pisemna ekspertyza została przekazana poprzez kancelarię tajną. Po jakimś czasie znów wzywa mnie Jerszow.
- Tak czy siak, gołąbeczko pakuj się do podróży służbowej. Pojedziesz do skrytki pocztowej nr 81.
Długo tam jechałam. Zaprowadzili mnie do sztolni. No i pokazało się po pierwszych oględzinach geologicznych terenu, że takiego wielkiego złoża uranu tu nie ma. Chociaż robotnicy znajdowali tutaj uranowe żyłki, to jedynie one składały się na radioaktywne tło tego terenu. Ale nie patrząc na to od razu zaczęto budować rafinerię uranu, osiedla dla pracowników i lotniska w odległości 35 km od tego miejsca. Zaznajomiłam naczelnika odcinka z gorzkimi wnioskami, a ten szybko zwołał zebranie. W na nim po moim oświadczeniu, które wywołało powszechną panikę, geolog Tiszczienko – ten, który odkrył tą „anomalię – nazwał mnie szkodnikiem. Po zażartej dyskusji postanowili zawiadomić o wszystkim Berię: „Wielkość uranowego złoża nie potwierdziła się, jest to tylko uboga żyła”.


Kraina niedźwiedzi i cel pierwszego uderzenia


- I co było dalej? – wypytywałem dalej Wasyla Kuźmicza.
- E, nic takiego. Z Moskwy przyszedł stanowczy rozkaz: „Prace kontynuować. Cenny jest każdy gram wydobytego uranu.” Przeczytałem już w dniach dzisiejszych, że Beria zdecydował się niczego nie mówić o tym Stalinowi. Wiedział, że lepiej nie zawracać głowy Gospodarzowi i zawsze odpowiadał: „Wszystko idzie zgodnie z planem, towarzyszu Stalin”. Po pewnym czasie do BORŁagu przyjechał na inspekcję zastępca ministra spraw wewnętrznych, zaufany człowiek Berii, który pracował z nim jeszcze przed wojną. Zobaczył hałdy pustej skały i się wkurzył: „Natychmiast posprzątać to bezobrazie!” Naczelnika BORŁagu ppłk Malcewa zdegradował do zwykłego szeregowego robotnika. Następnego dnia już w waciaku machał kilofem na niższym odcinku, prowadził taczkę wraz z innymi więźniami. W ciągu dwóch zmian sprzątnęli wszystko.
- A tam w sztolni zapewne było duże promieniowanie?
- A kogo to obchodziło? Więźniowie nie byli uważani za ludzi, to była tylko siła do pracy niewolniczej. Nikt z nas nie wiedział, od czego oni umierali. Oczywiście naczalstwo wiedziało, co było grane i że nie ołów tutaj wydobywano. I dlatego nie pojawiali się w sztolniach.


Order Lenina za… prawdę


- Znaczy się, że kopalnia pracowała na próżno?
- Ano tak wychodzi. Ale Beria się uparł: „Róbcie co chcecie, byle był uran”. Przysłali nam geologa, specjalistę od uranu. Zapamiętałem jego nazwisk - Liaszczienko. Potem czytałem o tym w artykule Olega Niechajewa pt. „Bomba dla Berii”. Opowiem panu o tym tak, jak to zapamiętałem.

Kiedy Liaszczienko powrócił z kopalni, Beria zapytał go:
- Czy ta kopalnia ma jakiekolwiek perspektywy?
- Jako geolog mogę powiedzieć, że dokładnego rozpoznania tam nie dokonano – odpowiedział dyplomatycznie. – Ale to, co my tam widzieliśmy w produkcyjnych sztolniach nie spełnia naszych oczekiwań.
- Teraz pójdziecie do tamtego pokoju i macie dwie godziny czasu do namysłu – rzekł Beria. – A potem podpiszecie to, coście tu powiedzieli. Dobrze się nad tym zastanówcie – powiedział z groźbą w głosie. Od tego Liaszczienko poczuł mróz w kościach. Nie wiedział, że taką metodę zastraszania i wymuszania posłuchu Beria przejął od Stalina. Po dwóch godzinach znów wezwano go do Berii.
- Przemyśleliście?
- Przemyślałem, towarzyszu Beria, należy zamknąć ten odcinek.
Beria podał mu kartkę papieru z wystukanym na maszynie tekstem.
- Podpiszcie.
Geolog podpisał. Zapadła denerwująca cisza.
- Czy mogę odejść? – zapytał Liaszczienko Berię. Ten spojrzał nań taksująco.
- Nie. Zostaniecie odwiezieni do domu. Macie tydzień. Jeszcze raz przemyślcie to sobie na zimno.

Po tygodniu przyjechali po niego i zaprowadzili do gabinetu Berii. Było tam jeszcze kilku generałów.
- Przemyśleliście sobie wszystko? Nie anulujecie swego podpisu?
- Towarzyszu Beria, wszystko jeszcze raz przemyślałem i nie anuluję swego podpisu.
Wtedy Ławrientij Pawłowicz milcząc podszedł do sejfu i zaczął go otwierać. Geolog pomyślał, że Beria wyjmie pistolet i zwyczajnie go zastrzeli. Ale Ławrientij Pawłowicz wyjął z sejfu Order Lenina.
- Oto dla was za męstwo w geologii! Teraz jesteście wolni…

Pozostałości po BORŁag-u


Wąwóz Złego Ducha


BORŁag zlikwidowano w 1951 roku. Wysadzono w powietrze wejście do sztolni. Mało kto, poza ekstremalnymi sportowcami ośmiela się tam pojawić. Miejsce to ochrzczono Wąwozem Złego Ducha. Większość więźniów wywieziono na inne uranowe obiekty, jak Leninabad czy Czelabińsk-40.
- A pana dokąd skierowano? – zapytałem rozmówcę. – Czy może w tym okresie zakończył pan służbę w wojsku?
- Posłali mnie tam, gdzie innych, do Azji Środkowej. Zgłosiłem się do służby nadterminowej. Ile łagrów zmieniłem… Zdążyłem ukończyć szkołę wojskową i zostałem oficerem. Odpękałem dwadzieścia lat służby i przeszedłem do rezerwy. Od pewnego czasu poszukuję źródeł informacji o kopalni Mramornyj. Ciekawy byłem jej tajemnic. Na samych początkach waliłem głowa o kamienną ścianę. Nie było żadnych wzmianek, takie to wszystko było tajne! I tylko w czasach Gorbaczowa, kiedy zaczęli otwierać archiwa, pojawiło się jakieś światło w tunelu. Otwarcie o tym zaczęto mówić dopiero teraz. Nie wiem tylko, czy Stalin dowiedział o tym, co przemilczał Beria.

Towarzysz podróży zamilkł w zamyśleniu patrząc w okno, za którym mijały stacje i przystanki. On teraz był daleko ode mnie, w tych latach 50., w Marmurowym Wąwozie. A ja nie chciałem wtargnąć w jego wspomnienia.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 26/2013, ss. 6 – 7

Przekład z j, rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©     

wtorek, 5 listopada 2013

Ktoś jest tu poza nami?

Jak NASA monitoruje sygnały wysyłane z wnętrza Ziemi: radiosygnały są wysyłane z głębokich warstw Ziemi i są wyłapywane przez satelity na całym świecie. Wyrywając się na powierzchnię Ziemi, sygnały te lecą dalej w kosmos. Satelity wychwytują je i przekazują do NASA. (PACIFIC RIM PRESS PHOTO)


NASA ujawniła, że we wnętrzu (na powierzchni) naszej Ziemi mieszka ktoś poza nami i wysyła sygnały radiowe.


NASA przyjmuje sygnały radiowe ze środka Ziemi


Cape Canaveral, FL, – NASA odbiera przekazy radiowe z miejsca, które się znajduje setki mil pod powierzchnią Ziemi. Eksperci twierdzą, że są one wysyłane przez szeroko rozwiniętą formę inteligentnego życia.
- To jest oczywiste, ze ktoś tam na dole usiłuje się z nami porozumieć – powiedział wysoko postawiony oficjel NASA, który zażyczył sobie anonimowość. – A kimkolwiek on jest, to ma do dyspozycji tak rozwiniętą technikę, która pozwala mu na wysyłanie sygnałów radiowych na powierzchnię Ziemi poprzez setki mil skał i gruntu.


Po raz pierwszy uczeni wychwycili te sygnały 30 października i to przy pomocy odpowiednio wyposażonych satelitów. Od tego czasu wysyłanie sygnałów w interwałach  przez cały czas – jak twierdzi to nasze źródło. Twierdzi ono, że emisje te mają formę matematycznego kodu, co jeszcze bardziej przeświadcza uczonych co do tego, że są one związane z kolonią istot, których inteligencja przewyższa naszą. Nasze źródło z NASA twierdzi, że zdekodowanie tych wiadomości nie przedstawiało uczonym większego problemu, ale stanowczo odmawiał odpowiadać na pytania o treść tych przesłań.  
- Nie powiedziałbym, że sygnały te są wrogiej natury, by informacje te mogłyby się stać źródłem niepokojów i sporów – oświadczył przedstawiciel NASA. – Ponieważ bardzo nam zależy na interpretacji, damy specjalistom czas jakiś aż się z nią uporają – jednak później uwolnimy pewne informacje, które mogłyby zaniepokoić społeczeństwo.


Nasze źródło stwierdziło, że uczonych frustruje fakt, że nie potrafią oni dokładnie namierzyć miejsca, z którego te sygnały są wysyłane i ta podziemna cywilizacja miałaby się znajdować, i nie posiadają technologii, która pozwoliłaby im odpowiedzieć na te sygnały.
- Kimkolwiek by oni nie byli, to wiedzą o nas więcej, niż my o nich. Znaleźli oni sposób na porozumienie się z nami, ale my nie wiemy, jak im odpowiedzieć. Poza tym mamy doskonały dowód na to, że bez słonecznego światła i tlenu może powstać i istnieć forma inteligentnego życia.
Nasze źródło w NASA powiedziało także, że chodzi tutaj o jedno z największych i najdonioślejszych odkryć w naszym stuleciu.
- Długi czas sądziliśmy, że Wszechświat jest tą najdalszą granicą. Teraz dotarło do nas, że we wnętrzu naszej planety znajduje się niezbadany obszar, który może okazać się jeszcze bardziej ważnym dla naszej przyszłości. (Charles George, 2.XI.2013 r.)


Moje 3 grosze


Przyznaję, że ta informacja nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Ot, kolejny hoax z jakiegoś brukowca, który nie miał akurat niczego ciekawszego do swego piątkowego wydania. Ale przypomniał mi się materiał na temat radiosygnałów wychwyconych w Argentynie w Salinie i od razu skojarzyło mi się z tą informacją, co wcale nie przesądza autentyczności info podanego przez Slovensko.co.uk. i jej nie uwiarygodnia. A tak by the way, czyżby sygnały te pochodziły z mitycznego świata Agharti?

Z drugiej jednak strony nie zapominajmy, że Tybetańczycy i inne ludy z obszaru Azji Centralnej zapowiadają powrót Agartyjczyków na powierzchnię Ziemi – o czym pisał m.in. Antoni Ferdynand Ossendowski w swym bestsellerze „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, czyżby więc był to sygnał do Wielkiego Powrotu?  



Przekład z j. czeskiego i angielskiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©