Powered By Blogger

wtorek, 10 grudnia 2013

A co tam macie w plecakach, chłopaki?

Car Bomba AH602


Iwan Barykin


W 1959 roku, Moskwie miała miejsce amerykańska wystawa, w czasie której Chruszczowowi podano do picia pepsi-colę. On się zgodził wypić i wkrótce we wszystkich gazetach pojawiła sie reklamowa fotografia, na której radziecki przywódca pije pepsi.

- Czy słyszałeś tą wiadomość w radiu? – zapytał mnie mój dawny znajomy, ppłk rez. inż. W. N. Chaldiejew – przy wyjeździe do Snieżyńska w Czelabińskiej Obłasti na punkcie kontrolnym zatrzymano kierowcę „kaliny”. Ten drań próbował wwieźć do tajnego miasta swego przyjaciela, którego ukrył w ogromnej walizce. Kierowca wykręcił się mandatem, ale jego kumplem zajmą się specsłużby.

Waleremu Nikołajewiczowi nie dasz jego 80 lat – zdrowe chłopisko! Jego wiek zdradza tylko gęsta siatka zmarszczek na twarzy. Nie spotkałem kogoś bardziej dobrodusznego. I w swoim czasie niejednokrotnie pisałem o nim – inżynierze, badaczu-eksperymentatorze ładunków jądrowych, weteranie dwóch federalnych centrów badań jądrowych: Czelabińska-70 (Śnieżyńsk) i Arzamasu-16 (Sarow) i dzięki temu pomogłem mu potwierdzić jego status weterana atomowych eksperymentów. Wszak Walerij Nikołajewicz nieraz patrzący śmierci w twarz, nie potrafił bić się o swoje prawa, kiedy rzecz dotyczy jego samego…

Nikita S. Chruszczow pijący pepsi-colę. Obok niego stoi późniejszy prezydent USA - Richard Nixon


Kuźkina mać


- Snieżyńsk to tajne miasto – mówi Walerij Nikołajewicz. – Do niedawna nie było go na żadnej mapie świata. A to wszystko dlatego, ze tam znajdowało się Federalne Centrum Jądrowe nr 2 i Wszechrosyjski Instytut Naukowo-Badawczy Fizyki Stosowanej im. Akademika Zababachina – jego twórcy i pierwszego szefa. Do dziś dnia jest tam ograniczony wjazd wszelkiego rodzaju środków transportu. Chociaż stamtąd – Chaldiejew wycelował palcem w niebo – wszystko pięknie widać. Z satelity nawet piłka tenisowa w trawie się nie uchowa. Dlatego właśnie wszelkie działania na poligonie przeprowadza się, kiedy nie znajduje się on w strefie obserwacji satelitów szpiegowskich. To tu właśnie poskładano do kupy legendarną Kuźkiną mać – superbombę o mocy 50 megaton z ogonem. Tak ją właśnie nazwali z lekkiej ręki Nikity Chruszczowa. On chciał pokazać przeklętym imperialistom, że Związku Radzieckiego tak łatwo nie weźmiesz.

Jest oczywistym, że Chaldiejew nie tylko uczestniczył w zmontowaniu Kuźkinej maci, ale także przewoził ją ze Śnieżyńska na lotnisko w Oleniegorsku za kręgiem polarnym. Tam bombowiec podniósł tą wielotonowe urządzenie jądrowe, jak jastrząb jajko i poniósł je w rejon Nowej Ziemi, gdzie zrzucił ją w wyznaczonym kwadracie. Fala uderzeniowa wybuchu trzykrotnie obleciała Ziemię, a gigantyczny grzyb zaćmił słońce. Zadymiła zwęglona ziemia. Usłyszawszy straszliwy huk, przerażeni śmiertelnie Nieńcy doszli do wniosku, że zmaterializował się ich zły duch – Omol. Tego dnia wyleciały szyby w wielu domach w Helsinkach, Oslo i Sztokholmie. Rządy tych krajów wystosowały w stosunku do ZSRR stanowczy protest. USA i wszystkie kraje NATO były zaniepokojone.
- Ja wam pokażę kuźkiną mać! – oświadczył Chruszczow z trybuny Zgromadzenia Ogólnego ONZ wiedząc, że na potwierdzenie jego słów będzie miał miejsce test radzieckiej Superbomby. (Zwanej także Car Bombą - przyp. tłum.)

Atomowy fugas rozłożony na czynniki pierwsze: kontener, ładunek zasadniczy i detonator. Moc całego urządzenia 1-15 kt TNT


Bomba A w żołnierskim tornistrze


Przypomniałem o tym rozmówcy, ale on sprostował:
- Bzdura, nie tylko tym w Śnieżyńsku się zajmowali, ale także miniaturowymi plecakowymi ładunkami jądrowymi.
- Walizkami atomowymi, nieprawdaż?
- A jakie tam walizeczki? Takie zabawki mają tylko prezydenci mocarstw atomowych. Zaś w Śnieżyńsku prowadzono produkcję wojskowych, małogabarytowych, fugasów jądrowych, które mieszczą się w żołnierskim plecaku. Proszę sobie wyobrazić 20-litrową baryłkę o wadze 25-30 kg, a w niej ładunek jądrowy mogący zetrzeć w pył wielki zakład przemysłowy: tamę hydroelektrowni, węzeł kolejowy, elektrownię jądrową… Wymazać z powierzchni Ziemi Biały Dom, albo Pentagon, albo Kreml – jakby co… W latach 70. takie „miłe sztuczki” były na wyposażeniu armii, w oddziałach SPECNAZ-u. W latach 80., ZSRR i USA podpisały porozumienie o zaniechaniu produkcji i użycia fugasów atomowych, bowiem zwiększało to ryzyko wojny jądrowej i obniżało próg bezpieczeństwa. Poza tym mogli się do tego dorwać terroryści. Likwidacja fugasów jądrowych przebiegała pod pełną kontrolą międzynarodową. Każdy z nich był rozbierany na pojedyncze części, opisywany w aktach tak, że nikt nie mógł się do tego przyczepić i żadna część nie została utracona. Ale w 2003 roku, George Bush podpisał akt o wznowieniu produkcji jądrowych min i pocisków. Naturalnie musieliśmy im odpowiedzieć tym samym…


Podpisanie lojalki


Sam Walerij Chaldiejew był skierowany w 1958 roku do montażu bomb jądrowych po ukończeniu szkoły artylerii.
- Na ostatnim kursie, mnie i grupie moich kolegów kazano wypełnić ankietę. Przyszło nam napisać, czy byłem karany, czy byłem w niewoli, czy nie mam rodziny za granicą – także. Wszystkich pytań do licha i trochę. Po ukończeniu szkoły, wraz z grupą kolegów wysłali do Moskwy na komisję Głównego Wydziału Kadr MON. Rozmowa była krótka: „Będziecie pracować, poruczniku, w Moskwie-400. I żadnych pytań na ten temat. Czy podpisaliście lojalkę o zachowaniu milczenia? No to w drogę. Praca związana jest ze służbą na poligonach.” Pamiętam jak major z kontrwywiadu, który ze mną rozmawiał, ostro oświadczył: „Wszystko, co do tyczy waszej pracy, poruczniku, ma gryf tajności ŚCIŚLE TAJNE. Zabrania się wam mówić nawet o samym fakcie produkcji tych urządzeń, ich charakterystyk, fizycznych zasad działania, procedur ich przygotowania do zastosowania bojowego. Jednym słowem, ani pary z gęby o tym gdzie będziesz pracował i nad czym. Zapamiętajcie poruczniku: jeżeli w ciągu następnych 50 lat otworzycie usta, to nasi śledczy was znajdą, gdziekolwiek byście byli i wsadzą za kratki na bardzo długo. Macie na to moje słowo…”

Minęło 50 lat, rozpieprzył się Związek i teraz o naszych atomowych sekretach nie wie tylko leniwy analfabeta. Weźcie sobie do ręki tylko jakiekolwiek zagraniczne czasopismo – jakiś „Przegląd wojskowy” – i tam przeczytacie wszystkie nowości o nowinkach naszego uzbrojenia. Komu trzeba było trzymać gębę na kłódkę, to tylko Jelcynowi, Gorbaczowowi, Graczowowi, Liebiediowi i innym, którzy ujawnili nasze tajemnice. Dosłownie, gen. Liebied’ już w stanie spoczynku, żeby użebrać głosy do Dumy Państwowej opowiadał o małogabarytowych ładunkach jądrowych, brednie, że wpadły one w ręce bojownikom czeczeńskim. Gdyby tak naprawdę wpadły, to nie musielibyśmy długo czekać na efekty…

[Istniało realne niebezpieczeństwo, że we wczesnych latach 90. małogabarytowe ładunki jądrowe wpadły w ręce Serbów i/albo kosowskich Albańczyków, i najprawdopodobniej te właśnie ładunki odebrała potem brygada SPECNAZ-u wysłana do Kosowa przed wejściem tam wojsk KFOR w dniu 12.VI.1999 roku. Problem ten interesująco i wizjonersko pokazano w filmie „Peacemaker” reż. Mimi Leder (1997) – uwaga tłum.] 


Niebezpieczna robota


Starszy technik por. Chaldiejew zaczął swą służbę w czasie największego rozognienia się wyścigu zbrojeń. W 1958 roku skierowano go do uralskiego Śnieżyńska, do jądrowego centrum, gdzie powierzono mu najniebezpieczniejszy odcinek – wyposażanie ładunków dużych i najmniejszych w kapsułkowe elektro-detonatory.
- Na moich oczach wyleciała w powietrze nasza montażystka Smirnowa – wspomina pierwsze lata swej służby ppłk Chaldiejew. – Włożyła pod chałat jedwabną bieliznę, a ona jak wiadomo, silnie się elektryzuje… Od tej pory nakazano nam nosić pod chałatem tylko bieliznę z bawełny. Na głowie nosiliśmy doktorskie czapeczki (włosy się silnie elektryzowały), a na nogi uziemione trepki.
- A panu nie zdarzyły się jakieś WN (wypadki nadzwyczajne)? – pytam rozmówcę.
- Była sprawa… To zdarzyło się, kiedy kazali zlikwidować uzbrojony ładunek jądrowy, tzn. z już włożonym detonatorem. Coś tam wysiadło w małym fugasie.
- Mówi pan o takim fugasie plecakowym?
-Tak. Taka zwyczajna na pierwszy rzut oka beczułeczka z atomowym ładunkiem. Gdyby eksplodował, to ze mnie, ba! – z całego laboratorium pozostałaby tylko para…
- Likwidacja takiego fugasa była oczywiście śmiertelnie niebezpieczna?
- E, nie, oczywiście jeżeli wszystko zrobiłoby się prawidłowo. Przede wszystkim nie pobudzić detonatora. Zacząłem rozmontowywać ładunek na części, a ręce się trzęsą. Co robić? Zacząłem myśleć o pięknej kobiecie, a była taka jedna… Rozmontowałem to na czynniki pierwsze i do sejfu z nimi. Bardzo dokładnie było z tym wszystkim. W czasie komisyjnej kontroli za każdy błąd dostawało się na garba…

Zwróciłem uwagę na palce Walerija Nikołajewicza – miał je jak pianista: długie i szczupłe. Wygładzał nimi nie zapalonego papierosa. Przyzwyczajenie z tamtych lat. Palenie było surowo wzbronione, a tak bardzo się chciało, kiedy wstawiał tą „miłą sztuczkę”, elektro-detonator. Były montażysta ładunków jądrowych był wcieleniem spokoju i niewzruszenia – także po latach. Poczułem do niego zaufanie i sympatię.



Żeby nie nastał Dzień X

Atomowy fugas i plecak do jego przenoszenia

- A czym się pan zajmował w Arzamasie-16?
- A dokładnie tym samym, tylko trochę powałęsałem się po całym kraju. Za to na koniec wreszcie dali mieszkanie.
- A czy tam, w Sarowie, nie zdarzył się jakiś WN?
- Zapamiętałem jedno wydarzenie. Wtedy naprawdę włosy stanęły mi dęba. To wydarzyło się na poligonie w Kapustin Jarze. Wtedy tam nie było jeszcze kosmodromu. Pierwszego satelitę stamtąd wystrzelili, pieski Biełka i Striełka i inne zwierzęta. I tak przy starcie rakiety nie zadziałał mechanizm startowy. Pod rakietą buszują płomienie, a ona nie rusza się z miejsca. Wibracja zerwała zaczep  głowicy, ta się odłączyła i zaraz już spadnie. A my stoimy zaszokowani i nie wiemy, co robić. Minęło pięć, potem dziesięć minut, płomienie wciąż buszują. Czuję przez skórę – zaraz rąbnie. I naraz, spośród nas znalazł się Danko – podporucznik – nazwiska nie pamiętam. Podbiegł do rakiety i oderwał przewód podający paliwo. Płomienie zgasły. Powstał problem – czy zdjąć rakietę ze stanowiska startowego, czy do tego czasu oderwie się jej głowica. I zdecydowali się na zdjęcie na decyzję dowódcy poligonu Wasilija Iwanowicza Wozniuka. Wieczna sława jemu i cześć jego pamięci!
- Czy tego podporucznika choć wynagrodzono?
- Oczywiście. Spotkałem go niedawno w mundurze generała i z gwiazdą bohatera…

Sam Chaldiejew też dokonał wielu czynów, ale nie pamiętano o nich, a wszystko dlatego, że mówił zawsze prawdę w oczy i miał zawsze swoje zdanie.


Skok wieloryba


- A jak bardzo pana napromieniowało?
- E, niewiele. Lekarze tylko zaniżali je w klinikach medycznych, mieli taki prikaz. Najbardziej niebezpiecznymi w planowaniu radioaktywności były doświadczenia prowadzone w Śnieżyńskim Centrum Jądrowym w latach 1961-1962. Opracowywano system odpalania rakiet z okrętów podwodnych w zanurzeniu. Było tam wiele WN związanych z ulotem radiacji… Pewnego razu nasz okręt podwodny wskutek pomyłki operatora wyrzuciło z 50-metrowej głębiny. Ci, którzy nas obserwowali ze stanowiska dowodzenia na niszczycielu opowiadali, że dokładnie przypominało to skok gigantycznego wieloryba. I tak w obieg wszedł termin „skok wieloryba”. A jeszcze jeden WN miał miejsce w 1962 roku. Pracowaliśmy wtedy nad startem rakiety nowszego typu z zanurzonego atomowego okrętu podwodnego. To miało miejsce na Morzu Barentsa. Wszystko już było gotowe do startu, kiedy naraz usłyszeliśmy szum śrub amerykańskiego okrętu podwodnego – on akurat szedł pod nami. Co robić? Start trzeba było odłożyć i poczekać, póki nieproszeni goście się nie wynieśli. Pewnego razu wyekwipowaliśmy okręt podwodny, który popłynął w czasie Kryzysu Kubańskiego ku brzegom Kuby.

Amerykański atomowy fugas plecakowy MK54S


Pół życia z atomem


Przyszło Chaldiejewowi obijać się po kraju – od Murmańska do Władywostoku. Miesiącami przebywał w Siewieromorsku i Widiajewie. Sam admirał floty wręczył mu honorową odznakę „Za 25 lat służby w jądrowych siłach Floty Północnej”. Kiedy byłem z wizytą i Walerija Nikołajewicza, to na jego paradnym garniturze Order Lenina, dwa Ordery Czerwonej Gwiazdy i całą kupę medali – otrzymanych w nagrodę za 30 lat oddanej służby w Śnieżyńsku i Sarowie.
- A czy teraz produkujemy plecakowe ładunki jądrowe? – zainteresowałem się.
Rozmówca spojrzał na mnie jak na małe dziecko. Zrozumiałem bez słów, że oczywiście tak.



Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 33/2013, ss. 22-23
Przekład z j. rosyjskiego - Robert K.Leśniakiewicz ©

poniedziałek, 9 grudnia 2013

TAJEMNICA RZEKI PAD


- Czy nie uważa pan, że pierwszym celem istot podwodnych byłoby opanowanie lądów? - ot, choćby w skafandrach wypełnionych wodą?...
Stanisław Lem – „Niezwyciężony”



Ten materiał nie powstałby wcale, gdyby nie moja znajomość z włoskim ufologiem i bibliotekarzem Uniwersytetu w Mediolanie Alfredo Lissonim z Peschiera Borromeo oraz dr Sebastiano di Gennaro z Sta. Maria Maddalena di Rovigo, który jest szefem grupy ufologicznej USAC Centro di Studi Ufologico.

Mottem dla tego rozdziału jest cytat z „Niezwyciężonego” Stanisława Lema. Jest on o tyle na miejscu, że stawia niezwykle ważkie pytanie dla naszego problemu: co zrobiłyby hipotetyczne istoty podwodne, gdyby istniały na Ziemi i stanowiły alternatywną do naszej, cywilizację na naszej planecie? Odpowiedź na to pytanie leży być może nad brzegami Padu czyli Po - najdłuższej rzeki Italii.



Dziwne ślady na piasku



O co tu chodzi? Otóż w latach 1987-1990, włoscy badacze stanęli w obliczu niezwykłej zagadki. Rybacy, plażowicze, farmerzy i mieszkańcy miejscowości w dolnym biegu rzeki Po znajdywali na jej piaszczystych brzegach i łachach dziwne ślady upłetwionych stóp o długości 45-60 cm, pozostawionych jakby przez duże zwierzęta (???) przypominające wyglądem jaszczury. Czyżby były to jakieś reperkusje rodem z „Parku jurajskiego” Stevena Spielberga i Michela Crightona? Być może, ale wtedy jeszcze nie śnił im się scenariusz tego filmu, a zatem co to było?

Badania włoskich ufologów wykazały, że nie mogły to być ślady dinozaurów, a to z tego prostego powodu, że ślad dinozaura nie mógłby być radioaktywnym... Niewiele tego było, bo zaledwie 10-15 μR/h ponad promieniowanie naturalnego tła Ziemi, ale zawsze. I nie da się tego wytłumaczyć jedynie efektem skażenia powstałego w wyniku eksplozji w Czarnobylskiej EJ w kwietniu 1986 roku i opadu promieniotwórczego powstałego w jej wyniku. Zresztą dziwnym byłoby, gdyby ślady powstawały tylko tam, gdzie znajdowały się „gorące plamy” poczarnobylskiego fall-out’u... - nieprawdaż?

I Alfredo Lissoni i dr Sebastiano di Gennaro są zdania, że były to ślady pozostawione przez „ludzi-jaszczury” - zwanych z angielska „lizzardmen”, którzy penetrują Ziemią przy pomocy pojazdów znanych u nas jako UFO i USO...

Przyznaję się bez bicia - myśl nie pozbawiona uroku. O ile dobrze pamiętam, to po raz pierwszy o rozumnych jaszczurach pisał czeski pisarz Karel Čapek w katastroficznej powieści pt. „Inwazja jaszczurów” („Valká s mlaků), gdzie rozumne gady opanowują Ziemię. Podobne pomysły mieli realizatorzy filmu science-fiction pt. „Z jak Zwycięstwo” i jeszcze kilku innych utworów tego typu. Kanadyjscy - a potem także i amerykańscy uczeni - stworzyli model „rozwojowy” rozumnego dinozaura - Dinozauroida - który   e w e n t u a l n i e   mógłby zastąpić Homo sapiens sapiens na Ziemi...



Nie tylko we Włoszech...


Owe hipotetyczne Dinozauroidy pokazywały się także na bagnach Florydy, Luizjany i Georgii w Stanach Zjednoczonych. Wszędzie tam znajdowano dziwne ślady podobne do tych, które znajdowano we Włoszech. Ale czy   t y l k o   hipotetyczne Dinozauroidy mogłyby ewentualnie pozostawiać takie ślady? Oczywiście nie - bo wystarczy człowiek, który włożyłby na stopy odpowiednio ukształtowane płetwy i mamy ślady Dinozauroida jak się patrzy! Proszę zwrócić uwagę na to,  g d z i e   te ślady znajdowano poza Italią. Były to południowe i wschodnie wybrzeża USA - czyli dokładnie tam, gdzie operowały radzieckie midgety z Kuby, a ponadto statki i motorówki oraz inne „drobnoustroje” karteli narkotykowych z Calí i Medellin w Kolumbii.

Czy kartele narkotykowe mogły współpracować z radzieckimi służbami specjalnymi w rodzaju GRU czy KGB? Ależ oczywiście! Wszak kartele miały interesy zbieżne z tymi dwoma instytucjami, a jak dowodzi Afera Iran-Contras płk CIA Olivera „Ollie” Northa zyski z handlu z kartelami narkotykowymi czerpała także Ameryka. Business is business, keep it well - time’s money and money’s freedom - jak mawiają Amerykanie. W sytuacji panującej w Ameryce Południowej i Środkowej w warunkach mega-korupcji i totalnej hiper-biurokracji możliwy jest każdy przekręt i każda nielegalna machinacja finansowa - kwestią jest tylko pytanie: ile i za ile? Oporni szybko - wedle amerykańskiego powiedzenia - push up the daisies... - czyli mówiąc po polsku - wąchają kwiatki od spodu... Niemal tak samo, jak u nas. No cóż, wedle stawu grobla - CIA wiedziała o radzieckiej i kubańskiej działalności wspierającej kartele kolumbijskie, ale sama miała z tego konkretne korzyści, więc nie interweniowała. Z kolei DEA i FBI były zainteresowane w tym, by narkotykowa ruletka kręciła się na Karaibach, bo to uzasadniało ogromne subwencje finansowe, które rząd USA przeznaczał na walkę z plagą narkomanii.

Kartele narkotykowe to mafia, a gdzie mafia tam polityka. Faktu tego w Polsce nie dostrzegano, nie chciano dostrzec i zrobiono wszystko, by go nie dostrzegać w latach 1989-1998, dopiero zuchwałe i bezczelne zabójstwo Komendanta Głównego Policji gen. Marka Papały otworzyło oczy polskim politykom na problem przestępczości zorganizowanej w kraju. Politycy zdali sobie sprawę z tego, że następnym kandydatem do oberwania kulką w głowę mogą być oni sami. Opamiętanie z tej euro-euforii, na fali której doprowadzono do kilku wyjątkowo głupich posunięć - m.in. zniesienie kary śmierci i złagodzenie kodeksu karnego - przyszło niestety zbyt późno. Kolejne polskie rządy i parlamenty ogłupione skutecznie proeuropejskim kursem wytkniętym przez krótkowzrocznych i pazernych polityków z tzw. „demokratycznej opozycji”, co do których idealnie pasuje określenie NSZZ - Nareszcie Sami Zostaniemy Złodziejami, boją się podjąć skutecznych kroków w walce ze strukturami przestępczości zorganizowanej w Polsce. Jedynym środkiem odstraszającym jest nie tyle wprowadzenie kary śmierci, ale   p o z b a w i e n i e   wszelkich korzyści płynących z podjęcia i prowadzenia przestępczego procederu delikwenta i jego rodziny oraz tych, z którymi delikwent był powiązany w trakcie swej przestępczej działalności. Ale na to trzeba odwagi. No i czystych rąk w rządzie i parlamencie. Dlatego też wszystkie te rady pozostają w sferze pobożnych życzeń...



„Lizzardmen” versus mafia?...


A co z odkryciami w dolinie Padu? - zapyta ktoś. Jeżeli za tymi dziwnymi śladami stoi mafia, camorra, Cosa Nostra, ‘Ndrangheta czy jeszcze coś innego plus radzieckie i amerykańskie spec-służby, to sprawa staje się absolutnie jasna - wszystko to jest jedną wielką mistyfikacją, boż nie ma lepszego sposobu na ukrycie sekretu, niż przykrycie go jeszcze większą tajemnicą, a zatem dokładnie tak, jak miało to miejsce w przypadku incydentu nad Maury Island czy w Roswell...

Tak samo, jak było w Saint George Triangle na akwenie Zatoki Meksykańskiej. Ginęły tam jachty, łodzie i inna „drobnica”, które to zniknięcia zwalano na rozpościerający się w pobliżu Trójkąt Bermudzki. Dzięki wzmożonej aktywności CIA, FBI, DEA i USCG z jednej strony, a meksykańskimi Federales[1] z drugiej, udało się ustalić, że tajemnicze zniknięcia mają związek z działalnością narkotykowych karteli z Ameryki Środkowej i Południowej. Kartele te opanowały wkrótce całe Karaiby i Trójkąt Bermudzki oraz komunistyczną Kubę, na co dowodem miał być proces gen. Arnaldo Ochoa Sancheza zwanego procesem 8A. Tego ostatniego oskarżono o współpracę z Kartelem Medellin, osadzono i stracono. A może chodziło tak naprawdę o to, że generał wiedział za dużo na temat powiązań kubańskiego rządu - a właściwie DGI[2] i jego kremlowskich mocodawców - z kartelami narkotykowymi Kolumbii i innych bananowych (a może raczej kokainowych) republik?

We Włoszech sytuacja wyglądała podobnie - skorumpowani politycy, słaba policja, chore promafijne prawo i spenetrowanie kraju przez sowieckie służby specjalne, działające dzięki silnej Włoskiej Partii Komunistycznej, lewaccy terroryści spod znaku Brigade Rosso z jednej strony i faszystowskie bojówki z drugiej. Jednym słowem kraj, w którym mógłby wyjść każdy taki „numer”, kto chciałby go wykonać.

No bo co to takiego wypalić kilka kręgów w trawie palnikami acetylenowymi, spopielić zwłoki kota, odcisnąć kilka płetwiastych śladów w piasku plaży czy na gliniastym brzegu i posypać je lekko radioaktywnym proszkiem, który można łatwo nabyć u pracowników elektrowni jądrowych, a potem dać w łapę ubogim rybakom czy mieszkańcom nadrzecznych slumsów kilka tysięcy lirów (czy teraz euro), by rozpowiadali niestworzone historie o UFO i USO w Padzie... I niech całe przedsięwzięcie kosztuje mafię 1.000 USD, to na takiej „maskirowce” zarobi ona kilkaset tysięcy marek czy dolarów. Mafiosi nie są tępymi durniami, jakich zrobili z nich reżyserzy włoskich i amerykańskich filmów sensacyjno-kryminalnych. To są ludzie myślący perspektywicznie - a to jest cecha, której brakuje polskim politykom, dla których jedynym celem politycznym jest dorwanie się do koryta i „nachapanie” się ile wlezie - oni myślą w kategoriach globalnych i dzięki temu potrafią „chapać” przez całe dziesięciolecia... Wiedzą zatem, że informacje od rybaków dotrą wkrótce do ufologów i uczonych, którzy z kolei podniosą rwetes w mediach. Potem sprawą zajmie się SISCI oraz SISMI[3] i służby wywiadowcze NATO. I o to właśnie chodzi. Wszyscy będą tropili Dinozauroidów, część będzie pro, większość contra, a tymczasem do Włoch - które stanowią „miękkie podbrzusze” Unii Europejskiej - będą napływały tony narkotyków, nielegalnych imigrantów z Europy Wschodniej, Azji i Afryki i Bóg jeden wie, co tam jeszcze.

Smutne to i niesmaczne zarazem, że ufologię i kryptozoologię, te dwie największe przygody naszego czasu sprostytuowano do   t a k i c h   celów... 

Dlatego właśnie żywię głęboki wstręt do polityki i polityków, a szczególnie tych, którzy obiecują „głębokie” i „skuteczne” reformy, a potem okazuje się, że miały one na celu jedynie podreperowanie kont bankowych tychże polityków. Tak samo, jak nie wierzę w żadne programy rządowe niekonwencjonalnych badań, którymi kierują naukowcy, a szczególnie akademicy. To jest dokładnie taki sam szwindel, jak obietnice przedwyborcze liderów różnych partii i partyjek...



Andrzej Lepper i „la piovra”



Sprawa Andrzeja Leppera, człowieka, który wprost powiedział w Sejmie to, o czym ludzie szeptali po kątach, sprawiła wiele hałasu i stała się sensacją dnia. Jednakże szybko znikła z łamów prasy, kiedy zaczęto doszukiwać się jakiegoś racjonalnego jądra w tych - rzekomo paranoicznych - wypowiedziach ex-wicemarszałka Sejmu... Czyżby jednak miał on rację twierdząc, że polscy gangsterzy współpracowali z Usamą ben-Ladenem i jego al-Quaedą? Każdy polski polityk na fali lizusowskiego proamerykańskiego i proeuropejskiego uniesienia zaraz krzyknie, że to potwarz! Ale powoli, powoli...

W 1994 roku, polskie służby celne zatrzymały na polsko-białoruskiej granicy trzy super-transporty po 2.500 kg haszyszu każdy. Ekspertyza wykazała, że był to afgański haszysz (tzw. czarny). Nie muszę chyba przypominać o tym, że trasa z Afganistanu biegnie przez kraje byłego ZSRR. Jakoś nie słyszałem, by znaleziono adresata tej przesyłki w III Najjaśniejszej, bo musiał on stać bardzo, ale to bardzo wysoko  w hierarchii państwowej, że w końcu ukręcono łeb całej sprawie...

Patrząc na to wszystko z tej perspektywy, wcale nie dziwią mnie oskarżenia rzucane przez posła Leppera, bo idę o zakład, że hasz szedł przez Polskę i dalej na Zachód, a pieniądze z jego sprzedaży były transferowane drobnymi sumami do osób prywatnych w Iranie, Iraku, Palestynie, Pakistanie, Afganistanie, Omanie, ZEA, Malezji, Indonezji, Arabii Saudyjskiej, Jemenu i innych krajach arabskich oraz krajach byłej SFRJ, byłego ZSRR, Bułgarii i Turcji... - skąd z powrotem - już dokładnie „wyprane” szły na konta amerykańskich i zachodnioeuropejskich ekspozytur al-Quaedy. Mechanizm prosty i nadzwyczaj skuteczny, któremu nie podołają nawet najlepsze komputery bankowe USA i UE. Dzięki chciwości i głupocie, cywilizacja kupczyków i dealerów - jak mawia Piotr Listkiewicz - sama sobie ukręciła powróz na szyję w postaci la piovry - ośmiornicy w ciele nawet nie mafii, ale najskuteczniejszej organizacji terrorystycznej od czasów Starca z Gór - al-Kaidy. A początki jej działalności w Europie lokują się mniej więcej w czasie, kiedy na włoskich brzegach pojawiły się ślady dziwnych Dinozauroidów...

Dlatego nie potępię Andrzeja Leppera, bo chociaż część jego oskarżeń jest kuriozalna, to jednak w wielu przypadkach ma on rację. Ale przegra, bo po pierwsze: nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, a po drugie: w Polsce nie ma nieprzekupnych sędziów i prokuratorów, a że każdy chce żyć, więc prawdy o jego oskarżeniach nie dowiemy się za naszego życia...  


* * *


No i niestety miałem rację – Andrzej Lepper został zamordowany przez „seryjnego samobójcę” w dniu 4.VIII.2011 roku. Ta tajemnicza śmierć może być w bardzo bliskim związku z tym, co głosił za życia. Komuś bardzo na tym zależało, by go uciszyć. A przecież śmiano się z niego i jego opowieści o Talibach w Klewkach. No i okazało się, że w Polsce jednak były tajne więzienia CIA. I parę innych rzeczy też.

Mafia (w sensie ugrupowań przestępczo-politycznych) jak na razie ma się doskonale i coraz lepiej. Wprawdzie Włosi wypowiedzieli jej wojnę, ale jak na razie z mizernymi efektami. Za kościelną mafię, która rozbuchała sięga rządów Jana PawłaII, zabiera się aktualny papież Franciszek. Niestety, nie rokuję mu powodzenia, bowiem niewiele wskóra wskutek oporu w łonie Kościoła katolickiego ze strony zdeprawowanych kardynałów i biskupów, a może skończyć jak Jan Paweł I – od kuli zamachowca czy przedawkowania leków. Finanse były zawsze newralgicznym punktem Kościoła…

Co do Dinozauroidów znad rzeki Pad, sprawa jakoś dziwnie przycichła i czasami jest wzmiankowana gdzieś w kuluarach zjazdów ufologicznych czy krypto zoologicznych. Czego to dowodzi? – ano tego, że była to jedynie sensacja dnia, która szybko przemija...   




[1] Popularna nazwa meksykańskiej policji federalnej stanowiącej odpowiednik amerykańskiej FBI.
[2] Kubański odpowiednik radzieckiego KGB.
[3] SISCI - włoski wywiad cywilny, SISMI - włoski wywiad wojskowy.

niedziela, 8 grudnia 2013

Nessie – przybysz z Kosmosu?

Nessie - "zdjęcie akuszera"  z dnia 19.IV.1934 roku


Wadim Ilin


W czerwcu bieżącego roku, na Międzynarodowym Festiwalu Nauki w Edynburgu ekolog dr Charles Paxton z St. Angel University  zademonstrował zebranym katalog ponad 1000 zdarzeń zaobserwowania Nessie.

Legenda o tym, że z szkockim jeziorze Loch Ness zamieszkuje zagadkowe duże zwierzę, rozprzestrzenia się po świecie już od ponad 100 lat. W mediach niejednokrotnie mówiło się o tym, jak to już to śmiałek-samotnik, już to doskonale wyekwipowana ekspedycja usiłuje zaznajomić się istotą, której nadano imię Nessie – od tego poszła nazwa łacińska Nessiteras rhombopteryx. No i póki co, do tego zaznajomienia się nie doszło. Są zdjęcia, ujęcia filmowe i na video ukazujące Nessie w miejscu jej bytowania i dowodzące jej istnienia.


Pierwsze zdjęcie potwora


Pierwsze zdjęcie Nessie, które obiegło cały świat, została nazwana zdjęciem akuszera, zostało wykonane w dniu 19.IV.1934 roku przez londyńskiego ginekologa dr Roberta Wilsona. Widzimy na niej wychylającą się zwody część ciała potwora z długą szyją zakończoną stosunkowo małągłową.

Jednakże w marcu 1994 roku, dwaj uczeni badający fenomen Nessie – David Martin i Alistair Boude zdemaskowali to zdjęcie jako fałszywkę sfabrykowaną przez Wilsona wraz ze specjalistą od konstrukcji modeli-zabawek Christianem Sparlingiem i jego dwoma kolegami. Ta cała „trójca” jakoby skonstruowała z drewna i plastyku makietę szyi i głowy Nessie o wysokości jakichś 35 cm i postawiła swą konstrukcję na zabawkowej łódce podwodnej z silnikiem na sprężone powietrze. Konstrukcję spuszczono na wodę a potem sfotografowano. Jednakże wielu nie dało wiary temu wyjaśnieniu, szczególnie w tej części historii, gdzie mówiło się o tym, że fałszerze po zrobieniu zdjęcia zatopili całą instalację w jeziorze. Wedle krytyków wspomnianego wyjaśnienia – wychodzi na to, że dowodów na fałszerstwo zdjęcia jest tyle samo, ile dowodów na jego prawdziwość i autentyczność istnienia Nessie.

Nessie na obrazie Gino d'Achille


Nowe dowody na video


Kolejny news pojawił się dnia 23.IV.1960 roku w postaci filmu dokumentalnego Tima Dinsdale’a. Na nim widzimy duży, podobny do garbu obiekt, w szarobrązowym kolorze szybko przemieszczający się na wodzie i zmieniający kierunek ruchu, a następnie pogrążający się w głębinę.

W Połączonym Centrum Wywiadu Powietrznego RAF obejrzeli ten film i doszli do wniosku, że pokazany na nim obiekt – jest najwidoczniej żywym stworzeniem o długości 4-5 m i poruszającym się z prędkością 12-15 km/h. Film ten na dzień dzisiejszy jest najbardziej przekonywującym dowodem na istnienie Nessie.

I jeszcze jeden argument za istnieniem Nessie. W węgierskim czasopiśmie „Szines UFO” nr 10/2004 została opublikowana notatka pt. „Najświeższe zdjęcie potwora z Loch Ness” i także sama fotografia potwora, wykonana z pokładu statku MS Suzan Hawk, w dniu 12.VIII.2004 roku. Z nototki wynika, że w czasie robienia zdjęcia Nessie znajdowała się w odległości około 300 m od brzegu. Innych relacji o okolicznościach zrobienia zdjęcia nie było. Na zdjęciu widzimy nad spokojną wodą część szyi, głowę i część grzbietu zagadkowego stworzenia. A w dali – porosły gęstym lasem brzeg jeziora.


Dziwne spotkanie na brzegu


Jednakże historii badań fenomenu Nessie i terenów wokół jeziora Loch Ness zarejestrowano także inne wydarzenia, które pozwalają zaliczyć ten akwen do stref anomalnych i także potwierdzających fizyczną obecność dziwnego stworzenia w jeziorze.

Wieczorem, dnia 16.VIII.1971 roku, szwedzki pisarz Jan-Ole Sundberg, który przyjechał tu na kilka dni, by podziwiać urodę legendarnego jeziora, w czasie jednej z przechadzek zabłądził z przybrzeżnym lesie. Przebijając się przez gęstwinę, naraz ujrzał naprzodzie, w odległości około 60 m „jakiś dziwny aparat” – była to dziesięciometrowa, cygarokształtna konstrukcja, z niewielkim zgrubieniem w środkowej części. Kiedy Sundberg ze zdumieniem przyglądał się dziwnemu obiektowi, z lasu wyszło trzech ludzi, ubrani w skafandry nurkowe i z hełmami na głowach. Sundberg pomyślał, że są to na pewno pracownicy znajdującej się nieopodal elektrowni. Ale ci „ludzie” skierowali się wprost do tego dziwnego aparatu, a kiedy doń podeszli, na zgrubieniu otworzyła się pokrywa luku i wszyscy trzej zniknęli w środku. W ciągu kilku sekund aparat nie wydając ani jednego dźwięku podniósł sie pionowo do góry na wysokość 15 m, a potem szybko odleciał w nieznanym kierunku.


Stworzenie z innego świata?


O tej dziwnej historii, która się przydarzyła Sundbergowi, usłyszał drugi pisarz – Anglik Ted Holiday, który przez długi czas badał fenomen Nessie i spędził na brzegach jeziora Loch Ness niejeden rok. Potem w swej książce pt. „The Dragon and the Disc” opublikowanej w 1973 roku, Holiday podważył pogląd o biologicznej naturze tego nieuchwytnego i egzotycznego stworzenia i wysłowił on myśl o jego przynależności do paranormalnego świata.

A co się tyczy wydarzenia z uczestnictwem Sundberga, to Holiday niemal z całkowitym niedowierzaniem przyjmujący informacje o Bliskich Spotkaniach z NOL-ami (a Sundberg zaliczył przecież CE3 – albo jeszcze precyzyjniej CE-III-B – przyp. tłum.), tym razem był nastawiony mniej sceptycznie - a to dlatego, że wcześniej słyszał już opowiadania o tym, że w sierpniu 1971 roku ludzie niejednokrotnie widzieli UFO w pobliżu brzegów jeziora Loch Ness. Jednakże w historii, która przydarzyła się Sundbergowi była jedna zagwozdka, a mianowicie – okazało się, że na tym miejscu, gdzie- według jego oświadczenia – znajdowało się na ziemi UFO, drzewa rosły tak gęsto, że żaden aparat o wielkości trzech dorosłych ludzi czy podobnych im istot, tam po prostu nie mógłby się znajdować! Ale były także pewne detale potwierdzające prawdomówność Sundberga. Oznacza to, że w rzeczy samej wszystko nie przebiegło tak, jak się to wydawało ciekawskiemu Szwedowi. Przede wszystkim stał się on świadkiem i uczestnikiem jakiegoś tajemniczego zjawiska.

Punkt widzenia o możliwości „pozawymiarowego” pochodzenia Nessie podzielił także… doktor teologii, wielebny Donald Omande, anglikański duchowny, władający sztuką egzorcyzmowania, czyli sztuką wypędzania złych duchów i sił nieczystych. Wielebny Omande wierzył nie tylko w istnienie Nessie, ale był przekonanym, że jest ona zarazem zwierzęciem oraz emanacją sił nieczystych jednocześnie.


Rytuał egzorcyzmowania


Jak wiadomo – „rybak widzi rybaka z daleka” jak mawia rosyjskie przysłowie – i Holiday szybko spotkał się z dr Omandem. Przekonawszy się, że ich poglądy są do siebie zbieżne, w dniu 2.VI.1973 roku obaj wyprawili się na jezioro Loch Ness, żeby pędzić z jego wód czarta, tj. … Nessie!

Obrząd egzorcyzmów składający się ze specjalnych modlitw i inkantacji wielebny odprawił przy brzegu jeziora, w odległości 5 m odeń.
- O Najwyższy! – zawołał on piorunowym głosem. – Daj siłę Twemu niegodnemu słudze przejawić przekazany przez Ciebie dar i wygnać z tych wód tego błogosławionego jeziora i z jego brzegów wszystkie ciemne siły, wszystkie duchy nieczyste, wszystkie widma zrodzone przez chytrość i przebiegłość Szatana! Wszechmogący Boże! – pozwól pokonać te szatańskie knowania Twemu słudze, by nie czyniły one zła ani człowiekowi, ani zwierzęciu, i niech się oddala tam, gdzie ich miejsce – by przebywały tam od dziś aż po wieki wieków!


Przejawy sił nieczystych


Po upływie dwóch dni, Holiday zdecydował sie zamieszkać na tym samym miejscu, w którym Sundberg zaobserwował lądowanie UFO i widział jego załogantów oraz ich odlot. Ale najpierw udał się on do Winifred Kerry, która mieszkała niedaleko tego miejsca i była miejscową psychotroniczną. Kiedy Holiday w rozmowie napomknął o incydencie Sundberga z Obcymi, to Kerry i jej mąż – podpułkownik RAF – odrzekła, że też kilka razy widzieli oni UFO w tych miejscach. A na dodatek poradziła ona Holidayowi nie chodzić tam, gdzie Sundberg spotkał NOL-a.
- Przecież nieraz musiał pan słyszeć o tym – powiedziała – że niejednokrotnie ludzie znikają w takich miejscach...?

Holiday zastanowił się: wszak podobne rzeczy słyszał od wielebnego Omande’a.
I właśnie w tym samym momencie – pisał potem Holiday w swej następnej książce „The Goblin Universe” – z ulicy usłyszeliśmy dobiegający narastający huk, jak od zbliżającego się tornado. W sadzie za oknem wszystko zaczęło się ruszać. Rozległy się ciężkie, głuche uderzenia, jakby ktoś czymś ciężkim uderzał w drzwi i ściany werandy. A potem ujrzałem w oknie, jak koło domu wściekle się kręcąc przeleciał stożkowaty wir o wysokości jakichś 2,5 m. Kiedy na jego drodze znalazł sie krzew róży, to omal nie wyrwał go z ziemi wraz z korzeniami. Wszystko to trwało jakieś 10 sekund, nie więcej, a potem równie szybko się skończyło jak zaczęło.

Po tym wydarzeniu, Holiday zrezygnował z pójścia na miejsce lądowania tego NOL-a, którego widział Sundberg. Drugiego dnia rankiem, ujrzał on w odległości jakichś 10 m od swej tymczasowej siedziby nieruchomo stojącego człowieka, odzianego w całkowicie czarne ubranie – typowego MiB.
Dosłownie powiało na mnie mrozem – wspominał on później. – W powietrzu wisiało złowrogie poczucie jakiejś wrogości. Nie bacząc na nieprzyjemne uczucie zrobiłem kilka kroków do przodu, by się lepiej przyjrzeć dziwnemu, nieznanemu osobnikowi. Miał on jakieś 2 m wzrostu i był ubrany w czarny kombinezon ze skóry czy tez plastyku. Na rękach miał rękawiczki, na głowie kask, którego przednia część stanowiła ciemna maska zakrywająca twarz aż do podbródka. Przyszło mi do głowy, że jest on ubrany jak Niewidzialny Człowiek ze znanej powieści Herberta George’a Wellsa. „Może u niego pod odzieżą jest tylko pustka?” – pomyślałem.

I naraz za Holidayem rozległ się głośny dźwięk podobny do szypienia albo ochrypłego gwizdu. Odwrócił się, ale nie ujrzał za sobą niczego, więc odwrócił się znów. MiB znikł. Holiday wybiegł na przebiegającą obok drogę, i rozejrzał siew obie strony. Ona była pusta. Tak szybko zniknąć bez śladu z widoku czy ukryć się, tego nie potrafiłby żaden człowiek.

Dr Donald Omande dowiedziawszy się o tym dziwnym zajściu  zamyślił się, a potem powiedział, że niestety nie udało mu się za pierwszym razem przegnać wszystkie siły nieczyste z brzegów jeziora, i że one powrócą tutaj na nowo.

A Ted Holiday, pragnąc odgadnąć wszystkie tajemnice Nessie, w następnym roku znów przyjechał nad jezioro do znanych miejsc. Ale w ciągu kilku dni, ten całkiem zdrowego człowieka dopadł zawał serca i odwieziono go ciupasem do Londynu. W 1979 roku Holidaya dopadł drugi zawał, którego on już nie przeżył…



Sonarowy obraz Nessie, jej płetwa i rekonstrukcja wyglądu


3 grosze od tłumacza


Tajemnica Loch Ness nadal pozostaje tajemnicą, nad którą biedzą się  najtęższe umysły XX i XXI wieku. W opracowaniu „UFO i Czas” (Tolkmicko 2011) zwróciłem uwagę na to, że wszystkie tego rodzaju zwierzęta mogą stanowić chronoklazmiczny efekt podróży w Czasie i zawieruszyły się przypadkowo w nasze czasy. Oczywiście to ma sens, bo wyjaśnia pokazywanie się u nas zwierząt z dalekiej Przeszłości – np. dinozaury oraz dalekiej Przyszłości – np. chupacabra czy rau… Niektóre choroby, jak np. Ebola, Legionella czy Hanta też mogą być zawlekane do nas z innego Czasu. Tym można także wyjaśnić pojawianie się takich samych epidemii w różnych miejscach świata w tym samym czasie – jak to było np. w przypadku grypy hiszpanki H1N1 w latach 1918-1920.

Jest jeszcze jedna możliwość, a mianowicie taka, że Wędrowcy w Czasie prowadzą jakieś eksperymenty ze zwierzętami – w tym przypadku z Przeszłości w naszej Teraźniejszości.  Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie o cel tego eksperymentu.

Wariantem tej hipotezy jest eksperyment prowadzony przez Wędrowców w Czasie, który to eksperyment jest obserwowany przez Obcych z Kosmosu – co tłumaczy obecność UFO nad terenami otaczającymi akwen Loch Ness i samym akwenem.  To doskonale tłumaczy przypadek Sundberga i Holidaya. Ale i w tym przypadku automatycznie nasuwającym się pytaniem jest to o cel takiego eksperymentu…

Przypadek odwrotny – eksperyment Obcych przeprowadzany w naszej Teraźniejszości i obserwowany przez Wędrowców w Czasie jest też w zasadzie możliwy, ale i w takim przypadku jego cel pozostaje niejasnym.  Tak czy inaczej – jestem przekonany, że Nessie i inne dziwne zwierzęta mają związek nie tyle z Kosmosem, ile z Czasem i możliwościami chronomocji. Zakładając bowiem, że znikanie m.in. ludzi czy różnych artefaktów ma związek z UFO – czego doszukiwałem się m.in. realizując Projekt Tatry  - to ludzie ci znikali właśnie na pokładach NOL-i, które były pojazdami nie przestrzennymi, ale temporalnymi, i te osoby dalej żyją, tylko w innym Czasie… I to w Przyszłości, bowiem wysłanie ich w Przeszłość stanowiłoby chronoklazm zmieniający naszą Rzeczywistość, której istniejemy i ma niewielki wpływ na Rzeczywistość, która dopiero się stanie.

Ale to już jest temat z innej ballady…


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 33/2013, ss. 20-21

Przekład z j. rosyjskiego –Robert K. Leśniakiewicz ©     

sobota, 7 grudnia 2013

Orkan Xawery (2)


Orkanu Xawery szaleństw ciąg dalszy. Pogoda po nocy trochę się poprawiła. Na niemal bezchmurnym niebie zabłysło słońce. A oto ciąg dalszy relacji:


piątek, 6.XII:

g. 07:33 CET/06:33 GMT – ponowne wyłączenie prądu na 2 minuty. Radio Krajków podaje dane odnośnie wichury. Okazuje się, że w Zakopanem prędkość wiatru wyniosła jedynie 60-70 km/h, zaś na Kasprowym Wierchu zaledwie 115 km/h. To nie są jakieś porywające wartości i rzeczywiście – strat w drzewostanach nie ma… Na szczęście!
g. 08:00 – napływają chmury i zaczyna posypywać rzadko śniegiem. Temperatura -1,3°C, ciśnienie stabilizuje się na wartości 992 hPa.
g. 10:00 – wychodzimy na miasto. Zza chmur przebija słońce i zachmurzenie nie jest większe od połowy pokrycia nieba. Wykonuję serię zdjęć i ujęć filmowych. Temperatura podnosi się do +0,3°C, wiatr słabnie.
g. 11:25 – ponownie zaczyna wiać z kierunku SW-W, temperatura podnosi się do +0,8°C. Ciśnienie nadal stałe.
g. 14:00 – pada śnieg i tworzy się lekka zamieć śnieżna. Zachmurzenie całkowite. Temperatura -0,2°C, ciśnienie bez zmian.
g. 20:00 – silne porywy wiatru z NW od Osieleckiej Bramy. Zamieć i zawieja śnieżna. Temperatura -0,8°C, ciśnienie nadal bez zmian.





sobota, 7.XII:

g. 00:30 – pogoda bez zmian, wieje silny wiatr i zamiata śniegiem. Temperatura -2°C. Ciśnienie zaczyna iść w górę.
g. 04:00 – wiatr wciąż miecie śniegiem. Temperatura -2,2°C, ciśnienie 996 hPa i się podnosi.
g. 06:00 – ciągłe, ale jakby słabnące porywy wiatru z NW, powietrzu rzadkie śnieżynki. Zachmurzenie całkowite, temperatura -2,4°C, ciśnienie 997 hPa.




I na tym można by zakończyć tą relację, bo orkan – który u nas nie był orkanem – się powoli uspokaja. Prawdę powiedziawszy spodziewaliśmy się u nas czegoś gorszego i czytając relacje w prasie i Internecie, słuchając relacji radiowych dziwiło nas to, że ludzie mieli jeszcze gorzej. Przerażają wieści o podróżnych tkwiących na zasypanych drogach Środkowej Polski  po 12-15 godzin!!! Za tzw. komuny już interweniowałoby wojsko. Dzisiaj szczątkowa armia sama nie jest w stanie poradzić sobie z własnymi problemami – w które wprowadzili ją ośmieszeni, skompromitowani, niekompetentni, skorumpowani i totalnie nieudolni politycy PO-PiS-PSL – a co dopiero z takimi, jak Xawery?






Jordanów jest położony w błogosławionym miejscu, bo  mimo tego, że znajduje się na górze, to jednak jest osłaniany górami ze wszystkich stron od wiatrów i katakliktycznych opadów. Nasz Ojciec-Założyciel – Wawrzyniec Spytko Jordan wybrał idealne miejsce i możemy się z tego tylko cieszyć. Dwukrotna przerwa w dostawach prądu, to niewielka cena, którą zapłaciliśmy za szaleństwa Natury…  


Orkan zamienił się w śnieżycę...

piątek, 6 grudnia 2013

Orkan "Xawery" (1)

Po nocnych szaleństwach Xawerego...

Filipińczycy i Wietnamczycy mieli swój supertajfun Haiyan, Włosi i Grecy huragan Cleopatra. My i kraje Europy Północnej mamy orkan Xawery. Zaczęło się to wszystko w dniu 2.XII, kiedy to ciśnienie atmosferyczne zaczęło ostro spadać, konfiguracja pola barycznego rozkładała się następująco: wyż nad Węgrami i Austrią i niż nad Skandynawią. Taki właśnie rozkład powoduje powstanie wiatru halnego. A to zwiastuje także nadejście większego huraganu, czy nawet orkanu, bowiem na południe od Islandii wytworzył się bardzo głęboki niż i zaczął swój marsz ku południowemu-wschodowi. U nas wyglądało to następująco:

poniedziałek, 2.XII.2013 r.:

g. 06:00 CET/05:00 GMT – ciśnienie 1018 hPa, temperatura +1,6°C, wiatr z kierunku NW. Zachmurzenie: 0,5; pada deszcz – 1,56 mm;
g. 13:00 – temperatura +5,3°C, ciśnienie wzrastające.
g. 17:00 – ciśnienie wzrosło do 1022 hPa.
g. 23:00 – ciśnienie wzrosło do 1024 hPa i od tej pory zaczyna się jego spadek.

wtorek, 3.XII:

g. 06:00- ciśnienie spadło do 1022 hPa i nadal spada. Temperatura nad ranem spadła do -5,7°C, wiatr z południa – halny. Zachmurzenie 0,0 – 0,3.
g. 13:00 – ciśnienie gwałtownie spada – ok. 1 hPa/h, wiatr z południa – halny. Temperatura +2,8°C. Zachmurzenie 0,0. Pojawiają się ostrzeżenia o możliwym orkanie wiejącym prędkością 150 km/h, w Polsce 95-120 km/h.

środa, 4.XII:

g. 06:00 – temperatura -3,1°C, ciśnienie spadło do poziomu 1012 hPa, wiatr z kierunku południowego – halny. Zachmurzenie 0,0.
g. 13:00 – temperatura +5,1°C, ciśnienie spada nieco wolniej. Zachmurzenie 0,0. Wiatr z kierunku S-SW, skręcający na W – jego prędkość spada.
g. 18:00 – temperatura -1,5°C, wiatr ucichł, zachmurzenie 0,2 – 0,5, ale wieczór jest jeszcze pogodny, ale słońce zachodzi krwawo – to zwiastuje wiatr…




Huraganowy poranek...


czwartek, 5.XII:

g. 06:00 – temperatura -0,5°C, śnieżna ponowa o grubości 1-3 cm, ciśnienie 1009 hPa i zaczyna rosnąć, słaby wiatr w SW, zachmurzenie 0,8 – 1,0.
g. 11:30 – wiatr z W, temperatura +4,2°C, ciśnienie zaczyna spadać z poziomu 1008 hPa. Zastanawiamy się, czy dojdzie do powtórki z dnia 19.XI.2004 roku, kiedy to na słowackim Chopoku wiatr osiągnął prędkość 173 km/h? – bo jak na razie wiaterek mamy słabiutki, a zza chmur przebija słońce… Rozmawiam przez telefon i GG ze znajomymi na Pomorzu – w Trójmieście i okolicy na razie spokój. Na Helu wieje – co widać przez kamerkę internetową na Marinie, ale to nie jest jeszcze to…
g. 13:00 – słaby wiatr wykręca się na SW, temperatura +4,0°C, ciśnienie 1008 hPa. Orkanu na razie nie widać, a zachmurzenie wynosi jakieś 0,8. Rzucam okiem przez kamerkę internetową w Świnoujściu – na plaży chodzą spacerowicze, morze spokojne i nic się nie dzieje…
g. 17:00 – wieje z różnych kierunków. Wiatr o prędkości 36 km/h porywach. Temperatura wynosi -0,4°C, ciśnienie 1004 hPa. Zachód słońca był krwawy, co wróży silny wiatr, tzw. Orawiec. Będzie ciekawie…
g. 19:30 – zaczynają się silne podmuchy z kierunku NW-W, temperatura +0,4°C, ciśnienie 997 hPa.
g. 20:45 – silny wiatr, temperatura +0,9°C, ciśnienie 996 hPa.
g. 21:45 – silne podmuchy wiatru, temperatura +1,3°C, ciśnienie 994 hPa.

piątek, 6.XII:

g. 02:50 – wieje wiatr, posypuje śnieg z deszczem, temperatura +1,1°C, ciśnienie 989 hPa.
g. 03:33 – pierwsze błyskawice
g. 03:44 – burza śnieżna z piorunami, temperatura -0,4°C, ciśnienie 990 hPa i się wyrównało.
g. 04:27 – brak prądu, temperatura -0,9°C, ciśnienie bez zmian.
g. 05:45 – prąd powraca. Temperatura -1,9°C, ciśnienie 992 hPa i idzie w górę. Pogodne niebo. Spadło 5-10 cm śniegu.
g. 07:00 – wiatr osłabł, temperatura -1,7°C, ciśnienie ustabilizowało się na poziomie 992 hPa.




CDN.