Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bakterie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bakterie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 września 2023

Choroby z przeszłości

 


 

Anastazja Babanowskaja

 

W roku 2014, pracownikom z Aix-Marseille University we Francji, udało się ożywić znalezione w syberyjskiej tundrze wirusy ospy, które miały ponad 30.000 lat. Na szczęście ten patogen poraża tylko ameby. Ale sam fakt tego, że mikroorganizmy chorobotwórcze mogą tak długo zachować zdolność do życia powoduje, że uczeni biją na alarm: niekontrolowane istnienie wirusów i bakterii niebezpiecznych infekcji jest realne. A to oznacza, że choroby, z którymi Ludzkość już się uporała, mogą przyjść do nas znowu.

 

Niebezpieczne zabawki

 

Bakterie pojawiły się ponad 3,5 mld lat temu, są to jednokomórkowe organizmy, które rozmnażają się przez podział. Prędkość takiego procesu jest wprost niewiarygodna: w sprzyjających warunkach potomstwo jednej pałeczki Escherichia coli za dobę mogłoby stanowić piramidę o podstawie 2 km² i o wysokości 1 km!

Bakterie mogą być szkodliwe – chorobotwórcze, neutralne i pożyteczne (tworzące florę bakteryjną jelit). Ich komórki mają grube ścianki i posiadają właściwości ochronne.

Prace przeprowadzone na Buffalo State University, (Buffalo, NY) wykazały, że wiele gatunków bakterii chorobotwórczych zachowuje zdolność do życia przez długi czas, niż to się sądziło wcześniej. W szczególności uważano, że przetrwalniki pneumokoków (wywołują zakażenie dróg oddechowych) i streptokoków (wywołują infekcje jamy ustnej i przełyku) początkowo giną wewnątrz organizmu. Ale na zabawkach z przedszkoli zostały znalezione chorobotwórcze szkodliwe mikroby, których wiek wynosił kilka miesięcy (badania przeprowadzono po letnich wakacjach, ludzie długo nie kontaktowali się z zabawkami).

Uczeni doszli do wniosku, że te bakterie ewoluowały i zaczęły wytwarzać ochronne ścianki komórkowe, dzięki którym mogą przez długi czas przebywać w niesprzyjającym środowisku. Dostawszy się do żywego organizmu (w celach doświadczalnych posłużono się laboratoryjnymi myszami) one aktywnie się rozmnażają i wywołują infekcje.

Jeszcze większe niebezpieczeństwo przedstawiają sobą patogeny takich strasznych chorób jak dżuma i cholera. Te bakterie wytwarzają tzw. spory, kiedy komórka wskutek niesprzyjających warunków traci wodę, zmniejsza swą objętość i wytwarza grubą ściankę komórki. Spory bakterii są w stanie wytrzymać ogromne skoki temperatury (nawet trzygodzinne gotowanie w wodzie) i mogą czekać na swój czas przez tysiąclecia – żeby potem przeniknąć do organizmu człowieka czy zwierzęcia i doprowadzić do choroby. Jedyna skuteczna metoda walki z nimi to promieniowanie UVC[1], które zabija właściwie wszystkie chorobotwórcze patogeny.[2]

W odróżnieniu od bakterii – wirusy nie maja budowy komórkowej – i na odwrót, są one wewnątrzkomórkowymi pasożytami. Wcześniej panował pogląd, że w organizmie mogą one istnieć jedynie przez krótki okres czasu. Ale współczesne badania wykazały, że niektóre wirusy też są w stanie tworzyć zewnętrzną otoczkę i podobnie jak bakterie „zapadać w sen” na długi okres czasu.

 

Medalion z pałeczkami gruźlicy

 

W praktyce lekarskiej znane jest wiele wydarzeń, kiedy przyczyną zachorowań ludzi są bakterie i wirusy, które czekały na to bardzo długo.

Amerykanka Alice King zamieszkała w mieście Ripley (ME, USA) dostała w spadku po babci kolekcję wachlarzy i kapeluszy. Z jednym z nich pojawiła się ona na balu dobroczynnym. Następnego dnia kobieta zachorowała i lekarze postawili diagnozę – cholera. Wachlarz ze strusich piór kiedyś tam był przywieziony z Egiptu i patogeny tej choroby ukrywały się w jego piórach przez 76 lat!

Mieszkaniec miasta Ilo (Peru) Ramon Sanchez na swej posesji znalazł dawną mogiłę Inków. W kamiennym sarkofagu znajdowała się mumia ze złotym medalionem na szyi. Sanchez oczyścił znalezisko i zaczął go nosić. Po pewnym czasie u mężczyzny stwierdzono gruźlicę. Ramonowi przyszło opowiedzieć o swym odkryciu  i grób zbadali uczeni. W skórze i wnętrznościach mumii znajdowały się prątki Kocha, a właściwie ich przetrwalniki, które „ożyły” po upływie tysięcy lat.

W Los Angeles (CA, USA) pewien miłośnik antyków, którego nazwiska nie podano ze względu na tajemnicę lekarską, nabył stare łóżko z czasów Ludwika XIII i zachorował na nieznaną współczesnej medycynie formę grypy. Okazało się, że w meblu zachowały się wirusy z XVII wieku!

 

Udało się zapobiec epidemii

 

Dzięki dokumentom, które zostały dopuszczone do powszechnej wiadomości stało się wiadomym, że w 2001 roku półtoramilionowe miasto Nowosybirsk cudem uniknął epidemii wąglika. Dzięki anomalnie wysokim temperaturom w tundrze roztajała wielka warstwa wiecznej marzłoci, a razem z tym „ożyły” bakterie, które od dawien dawna dostały się do gleby wraz z fekaliami zarażonych nimi zwierząt. Patogeny przeniknęły do organizmów reniferów, a od zwierząt zarażali się ludzie. Zginęło około 2000 reniferów, 93 osoby hospitalizowano ale 2 zmarły.

Kierujący Laboratorium Wirusologii, Państwowego Uniwersytetu   Nowosybirskiego, członek-korespondent RAN Siergiej Nietiesow później skomentował to zdarzenie w prasie.

On powiedział, że pałeczki syberyjskiego wąglika w czasie wielu lat zachowują zdolność do życia w sprzyjających warunkach. Najważniejsze, to nie kontaktować się z chorymi zwierzętami, a jeżeli do tego już doszło, to należy przejść cały kurs leczenia. Do większości diagnostycznych zdarzeń zakażenia wąglikiem doszło w wyniku dzielenia tuszy zwierzęcia, a 99% zakażeń wyleczono poprzez użycie antybiotyków.

W Nowosybirsku i całym obwodzie skontrolowano rynki, gdzie ujawniono mięso z zakażonych reniferów i odseparowano ludzi, którzy mogli się z nimi kontaktować.

Epidemii udało się zapobiec. Dwiema ofiarami został 12-letni chłopiec i jego babcia, oboje byli członkami jednego z narodów Północy, które zgodnie z ich obyczajami jedli pieczeń na surowo i pili krew zarażonego renifera. Pozostali pacjenci ze skórną odmianą wąglika przeszli kurs leczenia z wynikiem pozytywnym.

Bakterie wąglika syberyjskiego mogą przeżyć nie tylko w glebie, po której kiedyś tam chodziły zakażone zwierzęta. W tym samym 2001 roku, pewien mieszkaniec Szkocji kolekcjonujący bębny, przywiózł z Afryki kilkanaście egzemplarzy do swych zbiorów. W grubo obrobionej skórze instrumentów znajdowały się bakterie syberyjskiego wąglika (w Afryce ta choroba też się trafia), a później trafiły do płuc kolekcjonera. Szkota wyleczyli, ale ten przypadek wywołał popłoch na całym świecie.

Aktualnie każdy, kto pracuje w rosyjskiej tundrze, powinien raz na dwa lata przejść szczepienie przeciwko syberyjskiemu wąglikowi. Szczepienie chroni przed ryzykiem złapania bakterii od dużych zwierząt. Niestety, przedstawiciele rdzennej ludności Syberii usiłują uniknąć szczepień i zakażają w ten sposób swoje renifery.[3]

 

„Pomoc” wojsk ONZ

 

Jaskrawym przykładem „ożywienia” bakterii są lokalne pojawy cholery. Zaczyna się od tego, że dawne cmentarze, na których chowano ofiary chorób były rozmywane przez podziemne wody. Patogeny potem przedostają się do podziemnych cieków, skąd piją wodę ludzie i zwierzęta.

Cholera - to niebezpieczna dla ludzi infekcja systemu jelitowego. Do początku XIX wieku ona istniała tylko w Indiach i na południu Azji i uznawano ją za lokalną chorobę. Ale potem brytyjscy kolonizatorzy rozwlekli ją na cały świat. Aktualnie choroba ta nie ma szerokiego zasięgu występowania i istnieje w postaci niewielkich ognisk chorobowych w kilku regionach planety.

W 2010 roku, epidemia cholery nieoczekiwanie wybuchła na Haiti. Przed tym nieszczęściem na tej wyspie miało miejsce silne trzęsienie ziemi.[4] Na pomoc poszkodowanym Haitańczykom wysłano kontyngent wojsk ONZ, w skład którego wchodzili także przedstawiciele Nepalu. I to właśnie oni zawlekli na Haiti cholerę.

Rok wcześniej, w Nepalu miał miejsce pojaw tej choroby, która odebrała życie 200 osobom (zachorowało tam ponad 22.000 ludzi). Przyczyną masowych zachorowań stało się „ożywienie” bakterii i przedostanie się ich do wodociągów.

Epidemiolodzy WHO ustalili, że pojawienie się Vibrio cholerae na Haiti zbiegło się w nepalskim pojawem tej choroby. Przez trzęsienie ziemi a potem uderzenie huraganu Thomas wielu mieszkańców wyspiarskiego państewka musiało mieszkać bez dostępu do kanalizacji i czystej wody pitnej. W rezultacie w 2012 roku na cholerę zapadło ponad 600.000 ludzi, z czego 7000 zmarło.

Choroby nie dało się zwyciężyć całkowicie – i jej pojawienia się wciąż mają miejsce w naszych czasach. Całkowita liczba ofiar na Haiti wynosi już ponad 10.000 ludzi.

W kwietniu 2015 roku potężne trzęsienie ziemi wydarzyło się w samym Nepalu. Krajowi zagrażała nowa epidemia cholery – ale na szczęście dzięki międzynarodowej pomocy udało się jej uniknąć.

W wielu zakątkach kuli ziemskiej „śpiące” bakterie, w śród których mogą znajdować się patogeny nieznanych a niebezpiecznych chorób, czekają na swój czas. I trzeba być gotowym na danie im odporu.

 

Źródło: „Siekrietnyje archiwy” nr 6/2018, ss. 34-35

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz  


[1] Promieniowanie nadfioletowe w zakresie 250-280 nm.

[2] Nie tylko bakterie i wirusy, ale spory i zarodniki grzybów.

[3] Na terenie ZSRR po zakończeniu wojny rozwijana była broń biologiczna, także zawierająca jako ładunek laseczki wąglika. Prace badawczo-produkcyjne w wojskowej fabryce broni B, działającej w programie „Biopreparat” w Swierdłowsku spowodowały w 1979 roku zakażenie ludności cywilnej (Katastrofa w Swierdłowsku; według nieoficjalnych danych zachorowało 79 osób, z czego zmarło 68). U 77 chorych wystąpiła płucna postać tej choroby (u 66 nastąpiło zejście śmiertelne). Innym ośrodkiem produkcji broni biologicznej z wykorzystaniem laseczek wąglika był Stiepnogorsk w Kazachstanie. Sama produkcja jest trudna, wymaga dużej wiedzy i przede wszystkim odpowiedniego sprzętu. Ośrodek badań nad bronią B i tajny poligon znajdował się także na wyspie Wozrożdienia jeziora Aralskiego – na N 45°9’1” – E 059°18’59” – został on porzucony po rozpadzie ZSRR i obecnie jest tam tylko miasto-widmo. Badano tam m.in. także wąglika… (Wikipedia)

[4] Trzęsienie ziemi na Haiti (2010) – trzęsienie ziemi o M7.0, którego epicentrum znajdowało się w odległości ok. 25 km od Port-au-Prince na Haiti. Główny wstrząs nastąpił 12 stycznia 2010 o godz. 16.53 EDT. (Wikipedia)

piątek, 28 października 2011

Asteroid-morderca i wirusy



 Z archiwum CBUFOiZA:

Przeczytałem z zainteresowaniem artykuł Pana Krzysztofa Wojtasińskiego na temat prehistorycznych gigantów, zamieszczony w „EKO Świecie” nr 11/2000. Rzeczywiście - dinozaury w pełni zasługują na miano największych istot żywych, które istniały na Ziemi - oczywiście poza płetwalami błękitnymi z ich masą 135 ton kości, mięsa i tłuszczu. Seismosaurusy, Supersaurusy czy nawet Ultrasaurusy nie są potworami z baśni czy legend - one istniały i ten pochód kolosów pod koniec Kredy wydawał się nie mieć końca. A jednak około 65 milionów lat (MA) temu, na granicy Kredy i Paleogenu - K/Pg, na naszej planecie doszło do jakiegoś wydarzenia, które przerwało ten obłędny wyścig ku rekordom masy ciała monstrualnych gadów, które już na początku Triasu - w Dolnym Triasie - T1 - nie dały szansy do dojścia do głosu prymitywnym ssakom, które zostały zepchnięte na margines ewolucyjnej ruletki na dalsze 155 MA...

    Powszechnie - od końca lat 70. XX wieku - uważa się, że zaurocyd - czyli masowe wymarcie gadów mezozoicznych, został spowodowany katastrofą ekologiczną wskutek uderzenia w Ziemię ogromnego meteorytu czy nawet asteroidy o masie kilku milionów ton, a który to impakt wydarzył się w okolicach północnego Jukatany - tam, gdzie dzisiaj straszy poimpaktowy krater Chicxulub o średnicy niemal 300 km. Myśl ta przez długi okres czasu torowała sobie drogę i jej twórca - prof. Walter Alvarez musiał znieść wiele upokorzeń, zanim świat naukowy zrozumiał, że ma on rację. Dziś teoria poimpaktowego wymierania dinozaurów jest powszechnie uznana i stanowi jedyne wyjaśnienie Epizodu Drugiego czy Epizodu K/Pg, ale czy słusznie?

    Oczywiście - potężny cios, jaki zadał asteroid-morderca - zabił swe ofiary przy pomocy fali uderzeniowej, zmianami temperatury (najpierw żarem wyzwolonym w czasie impaktu, a potem zimnem zimy poimpaktowej), głodem (wzbite gigantyczną eksplozją masy pyłu zablokowały dostęp roślin do światła słonecznego i tym samym przestały one produkować biomasę dla dinozaurów w procesie fotosyntezy) i wszelkimi innymi dopustami Bożymi. Ale czy na pewno?

    Nie, nie na pewno, boż kości dinozaurów mezozoicznych znajdywano jeszcze w skałach kenozoicznych - powyżej granicy K/Pg - w warstwach paleoceńskich pięter Dan i Mont a nawet Tanet i Sparnak - czyli 65 - 55 MA temu. I co ciekawe - wraz ze śladami sfosylizowanych kości dinozaurów i pierwotnych ssaków, uczonym udało się znaleźć ślady... ludzkich stóp! Ja nie żartuję! Ślady takie odkryto tuż za naszymi południowymi granicami - w okolicach słowackiego miasta Martin, a odkrył je słowacki muzealnik dr Miloš Jesenský. Oznaczałoby to, że 55 MA temu ludzie koegzystowali z dinozaurami na brzegach Oceanu Tetydy i patrzyli na wypiętrzające się płaszczowiny Pratatr i stopniowe cofanie się Oceanu Tetys...

Oczywiście odkrycie to przeszło bez echa, bo żaden szanujący się paleontolog nie uwierzy w to, że dinozaury przebyły bezkarnie granicę pięter Maastrycht/Dan. A jednak przebyły - choć nie wszystkie, bo stutonowe Sejsmozaury i Superzaury oraz Ultrazaury były przystosowane do łagodnego klimatu Górnej Kredy, ergo nie mogły one przeżyć impaktu i wszystkich jego konsekwencji, ale przeżyły go np. krokodyle! - które są archozaurami, a więc dinozaurami w pełnym tego słowa znaczeniu! Podejrzewam, że czynnikiem, który umożliwił im przeżycie była stosunkowo mała masa ciała i wolna przemiana materii. Ciepłokrwiste - z konieczności - dinozaury naczelne musiały jeść często i wiele, by utrzymać stałą temperaturę ciała jak ssaki i ptaki - które w prostej linii wywodzą się z ornitopodów - a zatem też dinozaurów! Tak zatem wyginęły tylko i wyłącznie olbrzymy - zauropody. Pozostały mniejsze i bardziej przystosowane do zmiennych warunków dinozaury zmienno cieplne i być może stałocieplne drobniejsze i najinteligentniejsze drapieżniki w rodzaju Troodona, Oviraptora czy znanego z Parku Jurajskiego Michaela Crightona - wyjątkowo niebezpiecznego i groźnego drapieżcy - Velociraptora. Kanadyjski uczony prof. Dale Russell podejrzewa nawet, że któryś z tych drapieżników dał początek rozumnemu potomkowi dinozaurów - Dinozauroidowi. Jego istnienia jeszcze nie udowodniono, ale... Obawiam się, że to tylko kwestia czasu i solidności poszukiwań oraz uczciwości badawczej i odwagi uczonych...

    U końca Kredy dinozaury przechodziły poważne przemiany, które nazwałbym przemianami jakościowymi. Ewolucja gadów poszła w kierunku wytworzenia form o mniejszej masie ciała, ale za to inteligentniejszych drapieżców lub wszystkożernych - podobnie jak ludzie, którym wszystkożerność umożliwiła przetrwanie nawet w skrajnych warunkach egzystencji. Impakt był jedynie coup de grace zadanym olbrzymim zauropodom i ich gigantycznym prześladowcom w rodzaju Tyranosaurusa rexa. Ogromne rozmiary i masa ciała stała się ich gwoździem do trumny. Poimpaktowa zima pozwoliła przeżyć mniejszym dinozaurom, które nie miały wielkich wymagań pokarmowych, bo pożerały wszystko, co im trafiło przed paszczę. Poza tym obszary biegunowe zamieszkiwały niewielkie dinozaurki o rozmiarach 1 - 3 m długości, które były przystosowane do surowych warunków poimpaktowej zimy. Dzięki temu dinozaury przetrwały następne 10 mln lat i dopiero burzliwy rozwój ssaków - które objęły schedę po gigantach i same zaczęły tyć - że wspomnę ogromne trzeciorzędowe szczerbaki Megatherium, Mylodon i inne potężne zwierzęta w tym mamuty - definitywnie zepchnął je do grobu.
  
 Istnieje możliwość, że zagłada przyszła z Kosmosu, ale nie wskutek poimpaktowego kataklizmu - owszem, meteoryt spadł, ale nie przetrzebił zbytnio populacji dinozaurów - a cichcem, boczkiem, cichutko, ale śmiertelnie. Koniec był, jak mawiają Anglicy - SBD - co się wykłada: silent but deadly... Co to było takiego? Kosmiczne drobnoustroje.

    To one spadły wraz z asteroidą i to one dopełniły dzieła zniszczenia. Impakt tylko osłabił dinozaury i wszystkie wysoko rozwinięte zwierzęta na Ziemi. Najprymitywniejsze formy życia, jakimi są wirusy i priony wykończyły osłabione efektami impaktu dinozaury. Nie trwało to zbyt szybko - systemy immunologiczne dinozaurów nie były w stanie podołać zagrożeniom ze strony środowiska i inwazja kosmicznych najeźdźców musiała się skończyć tylko w jeden sposób. To wyjaśnia, dlaczego niektóre dinozaury nie wymarły na granicy K/Pg, a przeżyły do końca Paleocenu, a hatterie i krokodyle do dziś dnia.




    Znaleziska na Antarktydzie dowodzą tego, że na Marsie istniały (a może jeszcze istnieją) jakieś drobnoustroje. Meteoryt ALH-84001 zawiera coś, co uczeni bardzo ostrożnie nazwali "elementami zorganizowanymi"... - a mnie przypomina przede wszystkim znanego i wyjątkowo morderczego wirusa gorączki krwotocznej Ebola! Proszę spojrzeć na załączone zdjęcia "elementu zorganizowanego" z meteorytu ALH-84001 (ryc. 1) i wirusa Ebola-Kenia (ryc. 2 i 3), a podobieństwo rzuci się natychmiast w oczy... Wygląda zatem na to, że klęskę dinozaurów spowodowały jakieś wirusy czy inne drobnoustroje, które spadły wraz z morderczym asteroidem 65 mln lat temu.

    Nie tylko "elementy zorganizowane" znaleziono w porach meteorytu ALH-84001, a także odkryto je w próbkach... księżycowego gruntu! To m.in. dlatego astronauci przebyli długą kwarantannę po powrocie z Księżyca. Wszak po trzech latach przebywania w warunkach wysokiej próżni, pełnego diapazonu promieniowań słonecznych i kosmicznych oraz gradientu temperatur rzędu 220°C, na Księżycu znaleziono żywą ziemską bakterię!

    Czego to dowodzi?

    Dowodzi to tego, że przynajmniej niektóre ziemskie choroby mają kosmiczne pochodzenie - ot, choćby nasz zwyczajny katar czy grypa! Kichnięcie jest dowodem wprost, na poparcie powyższej tezy! Takie choroby wirusowe, jak AIDS, Ebola, Lassa czy wścieklizny końskie EEE, VEE czy WEE, i im podobne dopusty Boże mogły spaść z Kosmosu i teraz zbierają obfite żniwo wśród ludności krajów Afryki i Ameryki Południowej, której poziom higieny jest bardzo niski. Mapka z ryc. 4 ukazuje rozprzestrzenianie się wirusów HIV i Ebola w Afryce. Odpowiedzialny za ich pojawienie się na świecie meteoryt spadł tam, gdzie dzisiaj znajduje się jezioro Wiktorii - i to właśnie tam - na wyspach Sese stwierdzono ognisko wirusa HIV odpowiedzialnego za AIDS - punkt 1 na mapce. Natomiast w niedalekim sąsiedztwie jeziora Wiktorii znajduje się góra Mt. Elgon i Grota Kitum - to właśnie tam zerowy pacjent wirusa Ebola Kenia zaraził się nim z niewiadomego źródła - punkt 2. Dzięki straszliwej letalności - wynoszącej 0,9 - wirus Ebola nie rozprzestrzenia się tak szybko, jak HIV - którego letalność wynosi wprawdzie 1,0 - ale za to zabija wolniej - po 10 latach, zaś Ebola już po 7-10 dniach! Problem polega na tym, że w ciągu tych 7-10 dni zarażony jest w stanie przenieść wirusa w każdy dowolny punkt zamieszkałego świata! Na tym polega cała groza sytuacji...

A i u nas - w sprzyjających warunkach klimatycznych narastającego efektu cieplarnianego - istnieje realna możliwość wybuchu epidemii jakiejś choroby tropikalnej, zawleczonej do nas z Azji czy Afryki przez nielegalnych imigrantów, dlatego też uważam za stosowne jak najprędzej powołać polski odpowiednik amerykańskiej CDC - Center for Disease Control, czyli Centrum ds. Kontroli Chorób, które zajęłoby się wszystkimi osobami napływającymi nielegalnie i legalnie zza granicy ze stref biedy i wojen, katastrof ekologicznych i innych, co do których zachodzi podejrzenie, że są one nosicielami jakichś szczególnie niebezpiecznych (dla nas) infekcji, na które Europejczycy nie są uodpornieni. Przypadki w rodzaju Eboli Marburg czy wrocławskiej czarnej ospy, a nade wszystko inwazja wirusa HIV-1 i HIV-2, dają wiele do myślenia.

    Są w Polsce tacy politycy, którzy po przeczytaniu tego tekstu zaprotestują, żem rasista i ksenofob. OK., niech i tak będzie. Nie wiem, jak oni, ale ja nie mam zamiaru dzielić losu dinozaurów. I moi najbliżsi też nie. Ewolucja to nie igraszka, a Kosmos to nie idylla - i w każdej chwili może z niego przyjść nieoczekiwane zagrożenie, a wtedy znany nam świat się skończy jak w poemacie Th. S. Eliota - "...nie z hukiem, ale ze skowytem..."

* * *

Słowa te napisałem 11 lat temu. Na szczęście te ponure prognozy się nie sprawdziły. Jeszcze nie i oby nie. Ostatnio w różnych stacjach TV, szczególnie na kanałach edukacyjnych pojawiają się filmy traktujące o końcu świata, w których wskazuje się na 5 kataklizmów, które są w stanie poważnie zaszkodzić naszemu gatunkowi i zniszczyć cywilizację, są to:

v    Wybuch superwulkanu Yellowstone;
v    Spadek asteroidy albo dużego meteorytu;
v    Mega-tsunami spowodowane osunięciem się części wyspy La Palma de Canaria do Atlantyku;
v    Mega-trzęsienie ziemi w Ognistym Pierścieniu Pacyfiku i w Appalachach;
v    Uderzenie w Ziemię wiązki silnego promieniowania kosmicznego lub gamma (γ) powstałego wskutek bliskiego wybuchu Supernowej.

No i do tego należy dorzucić także jeszcze jedno zagrożenie związane z asteroidami, meteorami i kometami – właśnie…

v    …zawleczenie na Ziemię drobnoustrojów z Kosmosu.

Swoją drogą wszystkie te wyżej wymienione super-kataklizmy w pojedynkę są groźne, ale nie przedstawiają śmiertelnego zagrożenia dla życia na Ziemi. Jak dotąd życie przetrwało wszystkie rodzaje kataklizmów, więc grozi nam tylko upadek cywilizacji. To jest dobra wiadomość.

Zła wiadomość jest taka, że grozi nam w tej chwili co najmniej cztery z tych zagrożeń w masie, a ich synergiczne działanie może powtórzyć Epizody Wielkich Wymierań O/S (438 MA temu), P/T (245-250 MA) czy K/Pg (64,8 MA) i to ze zwielokrotnionym skutkiem, który mógłby powtórzyć z naszą planetą to, co stało się w Kriogenie (850-630 MA) – kiedy to Ziemią całkowicie zawładnęły lody, a życie przetrwało jedynie w najprymitywniejszej formie w największych głębiach oceanicznych czy najgłębszych jaskiniach, gdzie energii dostarczało mu tylko wnętrze naszej planety. I tego obawiałbym się najbardziej…

I jeszcze jedno. Zastanawia mnie fakt cykliczności glacjałów i interglacjałów. Czy może być tak, że działalność istot rozumnych na naszej planecie doprowadza w rezultacie do zlodowaceń, które stanowią kres poprzednich cywilizacji i otwierają drogę do istnienia kolejnych w następnych interglacjałach? W takim ujęciu my sami żyjemy w interglacjale, a to, co bierzemy za efekt cieplarniany jest jedynie naturalnym ociepleniem, które skończy się kolejną inwazją lodów za parę tysięcy lat… Hipoteza kusząca, ale… - ale jak dotąd nie znaleziono śladów po poprzednich cywilizacjach – nie licząc tych, o których już tu pisałem, a które mogą pochodzić od Wędrowców w Czasie penetrujących dawne krajobrazy.

Ale to już inna ballada…