Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą broń termojądrowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą broń termojądrowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 stycznia 2018

Kuzkina mat’

N.S. Chruszczow walący butem na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ


Anatolij Burowcew


Słowniki mówią, że użyte w tytule rosyjskie idiomatyczne wyrażenie, jak i jego rozwinięcie – pokazat’ kuzkinu mat’ – oznacza groźbę (czasami ironicznie lub żartobliwie) pod czyimś adresem. Językoznawcy przytaczają pięć wariantów tego wyrażenia. Jednakże my zamierzamy opowiedzieć nie o wynikach filologów i lingwistów, ale o pewnym całkiem materialnym obiekcie, szeroko znanym (w wąskich kręgach) pod nazwą Kuzkina mat’, przy czym pochodzenie takiej nazwy w danym wydarzeniu rozumie się jednoznacznie.

Kuzkina mat'...

Dnia 12.X.1960 roku, przywódca państwa radzieckiego Nikita Siergiejewicz Chruszczow występujący na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ z gniewną mową zagroził imperialistom, a w szczególności USA, pokazaniem kuzkinej mati. I pokazał. Wprawdzie imperialistom przyszło czekać na to prawie dwa i pół roku. Kuzkina mat’ pokazała się światu jako najstraszniejsza w historii Ludzkości bomba wodorowa (H) o mocy ponad 50 Mt TNT. Teraz, po upływie ponad pół wieku, kiedy wreszcie zdjęto z niej woal tajemnicy nad tymi dalekimi latami, można opowiedzieć o tym, co się wtedy zdarzyło.

...i moment jej zrzutu na poligon Czornaja Guba...

Obiekt-700


Wiadomo, że na początku atomowego wyścigu liderowały Stany Zjednoczone, a w roli doganiającego był ZSRR. Jednakże już w połowie lat 50-tych ubiegłego wieku, rywale zbliżyli się i walka o przewodnictwo toczyła się ze zmiennym szczęściem. Zimna Wojna nabrała tempa. W tych latach Związek Radziecki w morderczym tempie zbudował tzw. Obiekt-700 – istniejący i działający do dziś dnia Centralny Poligon Nuklearny. Rozmieszczono go w oddali od postronnych oczu na wyspie Południowej archipelagu Nowa Ziemia, nieopodal Biełuszej Guby – „stolicy” archipelagu (N 32°32’26,52” – E 052°19’05,89”). We wrześniu 1955 roku tutaj właśnie – w Czornej Gubie (N 70°42’ – E 054°36’) przeprowadzono pierwszą podwodną próbę jądrową. Stopniowo centrum jądrowych eksperymentów przenosiło się z Kazachstanu na Północ. Jądrowe wybuchy przeniosły się z głębi na powierzchnię Ziemi, a także nad jej powierzchnię – w atmosferę i pod wodę. Wszystkiego przeprowadzono prawie 150 wybuchów jądrowych i termojądrowych różnych rodzajów i mocy.

Nowa Ziemia...
...i jej poligony atomowe

Przyjmowane na uzbrojenie ładunki posiadały rozmiary i kształty dostosowane do możliwości samolotów bombowych: 2,5 Mt bomby H nie odróżniały się niczym od zwyczajnych półtonowych bomb lotniczych i bez problemu mieściły się w komorach bombowych radzieckich maszyn Tu-16. Samoloty tego typu z eskadry stacjonującej pod Połtawą Samodzielnego Korpusu Lotnictwa Bombowego Dalekiego Zasięgu wykorzystywano także do testów na Nowej Ziemi. Kiedy przyszło dokonać napowietrznego wybuchu o mocy 2,5 Mt, samolot-nosiciel wystartował z bazy lotniczej w Olenia na Półwyspie Kola.


Gigantyczny grzyb


Dowódcy korpusu gen. W.W. Reszetnikowowi udało się dopiąć tego, żeby przy próbach wektora tej broni uczestniczył cały pułk takich bombowców. Uważał on bowiem, że bojowi lotnicy powinni w praktyce zobaczyć jak wygląda wybuch jądrowy. I tak 27 samolotów, które wyleciały spod Nowgorodu, potkało się w zadanym miejscu z samolotem-nosicielem bomby i towarzyszyły mu w odpowiedniej odległości, na wysokościach od 9000 do 12.000 m. Maszyną prowadzącą tej grupy dowodził sam gen. Reszetnikow. Później opowiadał on o swych wrażeniach z tego lotu. Kiedy bomba wybuchła, to spod chmur wypełzła ogromna biała kula, która ciągnęła za sobą biały słup. Grzyb poeksplozyjny osiągnął wysokość 30.000 m! Samoloty asysty zatoczyły wokół niego krąg w bezpiecznej odległości. Niektórzy co gorliwsi piloci chcieli podlizać się generałowi chcieli przelecieć pod kapeluszem grzyba, ale im na to nie pozwolono. Grzyb, wedle opowiadania generała, był nadzwyczaj piękny: był on różowo-błękitny, pastelowy i przypominał ogromny mieczyk. Wszystko na niebie świeciło i luminizowało. Ale lubować się tą feerią nie można było długo – do samolotów dotarła fala uderzeniowa, która zaczęła nimi trząść we wszystkich płaszczyznach. Na szczęście pilotom udało się opanować rozbrykane maszyny i wszystkie samoloty – w tym nosiciel bomby – powróciły szczęśliwie do swych baz. Samo0lot-nosiciel, który był z nich najbliżej epicentrum wybuchu nie odniósł żadnych uszkodzeń mechanicznych, ale spłonęła cała farba na jego kadłubie. Na wszelki wypadek spisaną go ze stanu pułku i przekazano do Muzeum Politechniki Kijowskiej Sił Powietrznych ZSRR.


„Brzemienna maszyna”


To, że to było 2,5 Mt, daleko nie przekraczało możliwości Związku Radzieckiego, i tego nie ukrywano. Wręcz odwrotnie, przeciek informacji na ten temat został zainscenizowany. W „New York Times” jeszcze w dniu 8.X.1961 roku poinformował Amerykanów o czekającym ich superwybuchu i podano nawet orientacyjne daty. Natomiast obywatele radzieccy dowiedzieli się o tym post factum. Eksperyment ten był niejako afiliowany do XXII Zjazdu KPZR. W swoim referacie N.S. Chruszczow obruszył się na imperialistów i powiedział: Dzisiaj mamy najsilniejszą w świecie, 100-megatonową bombę, ale jej nie detonujemy, bo w Moskwie mogą wylecieć szyby. Jak na razie zdetonujemy 50-megatonową. Sala zareagowała na to długimi burzliwymi oklaskami. Kiedy przyszedł czas pokazania światu Kuzkinej mati (do swego historycznego doświadczenia to dziecię akademika A.D. Sacharowa pozostawało bezimiennym), do bazy lotniczej w Oleniu bombę dostarczono specjalnym transportem kolejowym. Nie bacząc na to, że świat wiedział już o mającym nastąpić wybuchu, transport odbywał się przy zachowaniu szczególnych środków bezpieczeństwa. Z Arzamasu-16 wysłano w czterech kierunkach cztery identyczne pociągi. Który z nich transportował bombę, to wiedział jedynie bardzo wąski krąg wtajemniczonych.

Czornaja Guba - miejsce zrzutu i eksplozji Superbomby

Podnieść w niebo Kuzkiną mat’ Tu-16 nie był w stanie. Nieporęczna bomba[1], której długość wynosiła 8 m i była w stanie ledwie zmieścić się w luku bombowym jedynie ciężkiego bombowca Tu-95B Miedwied’Bear w kodzie NATO. Trzeba było przebudować mu kadłub, a i tak część bomby wystawała poza niego. Lotnicy od razu ochrzcili ten samolot „brzemienną maszyną”. Kadłub pomalowano na biało i dokładnie wypolerowano (trzeba było zmniejszyć działanie błysku świetlnego eksplozji). I taki też wzbił się w powietrze w dniu 30.X.1961 roku, o godzinie 09:15 MSK.


Superwybuch


Samolot z załogą 9 ludzi był dowodzony przez mjr pil. Durnowcewa. O godzinie 11:30 po rozkodowaniu i zdjęciu zabezpieczeń (operacja wykonywana przez załogę i naziemny punkt kontroli) bombę zrzucono z wysokości 4000 m, na spadochronie, powierzchnia którego wynosiła 1 km²! W tej chwili pilot dał maksymalne obroty wszystkich 4 silników i oddalał samolot od punktu zerowego eksplozji. Kiedy do niej doszło, samolot był już oddalony o 100 km. Ale od fali uderzeniowej takiej eksplozji nie uciekniesz. Po minucie ona uderzyła w samolot. Pierwszym zobaczył ją (naprawdę zobaczył!) znajdujący się na ogonie strzelec-radiooperator i zameldował dowódcy przez interkom: Nadchodzi fala. Dowódca nie uwierzył od razu, no bo jak można zobaczyć falę uderzeniową w powietrzu? Ale po chwili wszystkie wątpliwości się skończyły. Fala dogoniła samolot i pochwyciła wielotonową maszynę jak pyłek i przeniosła ją na swym grzbiecie potrząsnąwszy solidnie i poleciała do przodu. Na czole fali powietrze było tak zgęszczone, że można je było widzieć. Fala uderzeniowa trzykrotnie obleciała kulę ziemską[2] zanim się uspokoiła. Grzyb atomowy wyrósł na wysokość 67 km, zaś błysk wybuchu widziano w promieniu 800 km. Wszystkie parametry wybuchu były obserwowane, analizowane i notowane przez naziemne służby poligonu. Obliczenia wykazały, że moc eksplozji wynosiła 57 Mt – o wiele przekraczającą moc wszystkich wybuchów w czasie II Wojny Światowej, w tym bomby A, które zniszczyły Hiroszimę i Nagasaki.[3]


Silne wrażenie


W tym ekstremalnym locie Miedwiedia, w pewnym bezpiecznym oddaleniu znajdował się Tu-16, z którego prowadzono filmowanie całego wydarzenia. Potem film pokazano Chruszczowowi i członkom Biura Politycznego KC KPZR. Nikita Siergiejewicz zaprosił na pokaz przebywającego w ZSRR szachinszacha Iranu i jego małżonkę. Film wywołał na wszystkich silne wrażenie – nerwy szachinszachowej nie wytrzymały widowiska i zakrywając twarz rękami wybiegła z Sali. Niemniejsze wrażenie wywołał ten film w USA. Po bez mała dwóch latach negocjacji, w dniu 5.VIII.1963 roku, podpisano porozumienie o zaniechaniu prób nuklearnych w trzech środowiskach. Rolę w tym bardzo pożytecznym dla Ludzkości porozumieniu odegrała właśnie Kuzkina mat’.

Andriej D. Sacharow - twórca Car Bomby

Po podpisaniu układu na twórców Car Bomby spadł grad odznaczeń, nagród i wszelkiego rodzaju premii. A.D. Sacharow dostał swoją trzecią Gwiazdę Bohatera Pracy Socjalistycznej, ale z biegiem czasu on diametralnie zmienił poglądy i odszedł od prac nad rozwojem broni jądrowej stając się bojownikiem o jej zupełną likwidację.[4]   


Źródło – „Archiw XX wieka” nr 3/2017, ss. 26-27
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz      




[1] Jej masa wynosiła 27 ton. Nosiła ona oznaczenia AN-602 albo RDS-220 zwano ją popularnie Car Bomba.
[2] Podobnie jak po eksplozji Tunguskiego Ciała Kosmicznego w dniu 30.VI.1908 roku.
[3] Inne szacunki mówią o 50 Mt i 68 Mt TNT.
[4] Za co m.in. stał się laureatem Pokojowej Nagrody Nobla w 1975 roku.

piątek, 22 listopada 2013

TAJEMNICA GENERAŁA KALISKIEGO

 

Kilka lat temu TVN w swym sensacyjnym cyklu „Nie do wiary” przedstawiła jedną z najciekawszych postaci PRL, która mogła mieć kolosalny wpływ na dalsze dzieje Ludzkości i przebieg Zimnej Wojny. Postacią tą był gen. dyw. prof. dr hab. Sylwester Kaliski - były komendant Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. Redaktorzy tego programu wyskoczyli z sensacyjną tezą głoszącą, że uczony ten został zaangażowany przez ówczesnego I sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej towarzysza Edwarda Gierka do stworzenia polskiej bomby wodorowej i wprowadzenia tym samym Polski do ekskluzywnego „klubu atomowego” atomowych mocarstw: ZSRR, USA, Chin, Francji i Wielkiej Brytanii.


Uczony i generał.


Kim był generał Sylwester Kaliski? Encyklopedie podają zwykle garść skondensowanych faktów:
 Sylwester Kaliski - [1925-1978], specjalista w zakresie fizyki, techniki; generał; profesor Wojskowej Akademii Technicznej, (od 1967 jej komendant), członek PAN, minister nauki, szkolnictwa wyższego i techniki; prace z [zakresu] mechaniki, akustyki, teorii pól sprzężonych, inicjator polskich badań nad mikrosyntezą jądrową.
Tyle encyklopedie.

Patrząc na to wszystko z boku zdumiewają dwie rzeczy: po pierwsze - niesamowita pracowitość tego człowieka, rozległość jego zainteresowań, bo oprócz spraw zawodowych zajmował się także sprawami stricte administracyjnymi i stricte naukowymi; po drugie - człowiek ten skupiał w ręku ogromną władzę, co wynika z jego tutaj przytoczonego CV.

Zginął on w niewyjaśnionym do dziś dnia wypadku samochodowym. Niektórzy w jego śmierci dopatrują się działania osób trzecich - innymi słowy mówiąc - zamachu... Wszyscy łowcy sensacji widzą w tym udaną próbę wyeliminowania znakomitego uczonego, wojskowego i polityka z walki o władzę, co niektórzy odebrali jako wyraz tarć i napięć w łonie Komitetu Centralnego PZPR. Inni widzą w tym interwencję służb specjalnych Związku Radzieckiego czy Ameryki.

Prawdą jest to, że gen. Kaliski był jednym z najwybitniejszych polskich uczonych XX wieku, co doceniali Rosjanie i Amerykanie, i kto wie, do czego by doszedł, gdyby nie tragiczny wypadek samochodowy, który przerwał jego życie w najciekawszym miejscu...


Bomba wodorowa dla tow. Gierka?


Jak już tu powiedziałem, redaktorzy z TVN „Nie do wiary” imputują gen. Kaliskiemu to, że został on zaangażowany do wyprodukowania polskiej broni termojądrowej. Brzmiało to prawdopodobnie - boż znając megalomanię Gierka i jego chęć do pokazania Polski jako mocarstwa - czemu bez reszty służyła „propaganda sukcesu” lat 70., a która załamała się w 1980 roku na Wybrzeżu - można by to przyjąć za pewnik. Ze względów propagandowych byłoby to kolejnym sukcesem naszego kraju na drodze do wybudowania komunistycznego społeczeństwa ludzi wolnych i równych - jak eufemistycznie i bombastycznie napisałaby zapewne „Trybuna Ludu”...

Ale nie. To akurat byłoby niemożliwe, a to ze względu na to, że na coś takiego - posiadanie broni termojądrowej przez kraj satelicki, a zatem złamanie monopolu na nią zastrzeżonego tylko i wyłącznie dla Związku Radzieckiego - nie mogło wchodzić w grę! To akurat byłoby całkowicie niemożliwe, a to dlatego, że uniezależniałoby Polskę pod względem militarnym od Wielkiego Brata zza wschodniej granicy! A na to ówczesny gensek Leonid I. Breżniew w życiu by nie pozwolił. I każdy jego następca też.

I właśnie z tego względu ów nieszczęsny program TVN był czystym przelewanie z pustego w próżne... Gierek zbyt uzależnił gospodarkę i obronność PRL od ZSRR, by można ją było oderwać nawet przy pomocy bomby wodorowej. Tu była potrzebna polityka i wola ludu. Dlatego też powstanie Solidarności umożliwiło powolne oddzielanie PRL od ZSRR i RWPG, oczywiście za amerykańskie pieniądze hojną ręką sypane przez CIA.




A może... kosmolot?


Nie zapominajmy, że okres lat 70. to tryumfy amerykańskiej kosmonautyki, objawiające się m.in. lądowaniami Amerykanów na Księżycu. Te loty księżycowe uwypukliły nam dobitnie słabość konstrukcyjną rakiet na paliwo chemiczne. Ogromna dysproporcja masy startowej do payloadu, który można było wyrzucić w Kosmos powodowała, że na programy kosmiczne łożono ogromne pieniądze. Poza tym rakiety na paliwo chemiczne były jednorazowego użytku i za każdym razem trzeba było budować kolejną rakietę - ogromną i kosztowną. Sytuacja zmieniła się trochę na lepsze w momencie wprowadzenia przez Amerykanów do służby wahadłowców, które posiadają wszystkie elementy zwrotne i można je wykorzystywać wielokrotnie.

Ale to jeszcze nie było to. Wahadłowce mogą wylatywać tylko na LEO, natomiast dalej już niestety - nie. Trzeba było albo wynaleźć sposób na wzmocnienie - energetyczne „doładowanie” napędu chemicznego, albo... wynaleźć inny rodzaj napędu. Tym innym rodzajem napędu był napęd jądrowy.

Idea wykorzystania napędu jądrowego zakłada wytworzenie plazmy poprzez kontrolowaną reakcję syntezy wodorowo-helowej, która to reakcja jest najbardziej wydajną energetycznie znaną reakcją jądrową. Taka reakcja przebiega na Słońcu i innych gwiazdach. Taką reakcję wykorzystuje się w bombach wodorowych. Tym razem można by jej użyć w służbie człowieka. Obliczono bowiem, że kosmolot napędzany plazmą z takiej reakcji byłby w stanie rozwinąć prędkości rzędu od 1.000 km/s i to w Układzie Słonecznym! Odkrycie takie otworzyłoby nam właściwie dostęp do wszystkich planet Układu Słonecznego...

Podejrzewam i nie jestem w tym odosobniony, że generał Sylwester Kaliski pracował właśnie nad takim napędem!!!


Poligon i marzenia


A dlaczegóżby nie?

W książkach polskich autorów science-fiction z lat 50. ubiegłego wieku - a dokładniej Stanisława Lema -„Astronauci”, „Obłok Magellana”, Krzyszofa Borunia i Andrzeja Trepki  - „Proxima”, „Zagubiona przyszłość” i „Kosmiczni bracia”, występują opisy napędu plazmowego i fotonowego do tamecznych rakiet kosmicznych. Opisy te są czasami niemal drobiazgowe, jakby autorzy chcieli dać konstruktorom wskazówkę: zróbcie tak a tak, i wtedy powinno się udać wysłać rakietę w Kosmos z prędkością kilku tysięcy kilometrów na sekundę... I kto wie - niestety gen. Kaliski już nie żyje, by dać nam odpowiedź na to - czy nie myślał on właśnie nad zastosowaniem tych rozwiązań na skalę - rzekłbym - przemysłową???...

Nie bez kozery trzeba tutaj przypomnieć, że w latach 70. Rosjanie zamknęli nasz poligon rakietowy w Łebie. Dlaczego? Otóż dlatego, że okazało się, iż polskie konstrukcje rakietowe są o całą klasę lepsze, wydajniejsze i w ogóle optymalniejsze od radzieckich. A że ZSRR chciał za wszelką cenę utrzymać pozycję monopolisty i nie znosił konkurencji jakichś tam Polaków, więc sprawie ukręcono łeb, zamknięto poligon i zamrożono polskie prace nad rakietami na czas nieokreślony.

Tymczasem generał Kaliski - jak widać to z jego CV - zaczął skupiać w swym ręku ogromną władzę: był komendantem WAT, ministrem techniki i szkolnictwa wyższego, generałem LWP i członkiem PAN. To dawało mu nieograniczone możliwości prowadzenia badań nad mikrosyntezą jądrową i co za tym idzie - silnikami plazmowymi dla kosmolotów. To także dawało mu zaplecze polityczne i finansowe. On naprawdę zamierzał zrealizować plan budowy polskiego statku kosmicznego z plazmowym silnikiem rakietowym! Ciekawy jestem, do czego by doszedł, gdyby nie ów fatalny wypadek!? Czy to w ogóle był wypadek...

Nie, nie była to robota CIA czy KGB albo GRU, bowiem wszystkie te instytucje mogły mieć informacje o tym z pierwszej ręki - być może była to robota Kogoś, komu zależało na tym, by pewne wynalazki nie pojawiały się na Ziemi zbyt wcześnie. Najprawdopodobniej wmieszała się w to ta Trzecia Siła, która sprawuje realną władzę na tej planecie, a która od czasu do czasu daje o sobie znać poprzez często niezrozumiałe a spektakularne posunięcia. A to daje nam do myślenia i niejednokrotnie dochodzimy do przekonania, że nie jesteśmy tutaj sami...


---oooOooo---


To, co pokazałem Czytelnikowi w tym artykuliku, jest zaledwie czubkiem góry lodowej problematyki rodem z „Archiwum X”. Takie archiwa istnieją naprawdę i znajdują się w rękach rządowych i prywatnych. W tych archiwach nigdy nie następuje przedawnienie, i są one niedostępne dla profanów.

Opisane przypadki budzą niepokój, bo pokazują, do jakiego stopnia można manipulować faktami w celu ich wykorzystania do celów politycznych, wojskowych czy komercyjnych. Oczywiście są także opinie różnych nawiedzonych uczonych i badaczy, którzy np. w ataku na Pentagon i WTC widzą działania Kosmitów... - co jest tylko barwnym folklorem ufologicznym, i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, która jest o wiele ciekawsza i barwniejsza, niż to się PT Autorom takich hipotez wydaje...

Jestem pewien tego, że nie jesteśmy sami na Ziemi i temu dałem swój wyraz niejednokrotnie na łamach różnych czasopism, w wywiadach radiowych i telewizyjnych oraz w Internecie. I tylko krew mnie chce zalać, kiedy pomyślę o tym, że kilku obrotnych cwaniaków potrafiło sprostytuować to NAJWIĘKSZE MARZENIE LUDZKOŚCI, jakim jest Kontakt z Obcym Rozumem, i zaprzęgło je w rydwan polityki i czyichś brudnych interesów. TO OPRACOWANIE JEST PROTESTEM PRZECIWKO TAKIM PRÓBOM. Zdecydowanie odcinam się od wszelkich prób upolityczniania ufologii - jak to miało miejsce np. w Bułgarii, gdzie istniały plany powołania do życia Bułgarskiej Partii Ufologicznej - a także mieszania do ufologii którejkolwiek z religii, wyznań czy ideologii. W ufologii nie ma na to miejsca, bo ufologia jest nauką - może niezwykłą - ale nauką, i nie ma w niej miejsca na politykę i religię czy choćby najlepsze i najświatlejsze ideologie. Niech to opracowanie będzie przestrogą dla wszystkich tych, którzy chcą się nią kiedykolwiek zajmować.


Te słowa napisałem w 2000 roku, kiedy jeszcze wierzyłem w to, że ufologia ma przed sobą jakąś przyszłość w tym kraju. Naiwnie wierzyłem, że wspólnie da się coś zrobić – i niestety myliłem się. Cóż, nie popełnia błędu tylko ten, kto nic nie robi. Wychodzi bowiem na to, że ufologię od samego początku wprzęgnięto w służbę polityki i co chwilę się o tym przekonujemy. Podobnie jak wszystkie brednie w rodzaju chemtrails czy HAARP stanowi ona dymną zasłonę dla czegoś bardzo groźnego i konkretnie wymierzonego – niestety – w ludzi, ale nie pochodzącego z Kosmosu, tylko z Ziemi. I na Ziemi należy szukać źródeł tego właśnie „czegoś”. UFO i inne sensacyjne brednie straszące nas z nagłówków medialnych to idealna „maskirowka”, która funkcjonuje już od lat, a ludziom wpaja się przekonanie, że to tylko preludium do wielkiego wydarzenia, jakim ma być ów wyczekany i wytęskniony Kontakt. Tylko że obawiam się, że żadnym – choć trochę rozumnym Kosmitom – odejdzie jakakolwiek ochota do kontaktu po obejrzeniu naszych programów TV pełnych agresji, przemocy, nienawiści i strachu. Wysyłamy codziennie miliony watów w Kosmos naszych emisji TV, które są wizytówką naszej cywilizacji. Najgorszą ze wszystkich możliwych… I nie zdziwię się, jak spełni się kiedyś genialna wizja Stanisława Lema, którą zawarł w jednym z opowiadań Ijona Tichego, który wziął udział w debacie Organizacji Planet Zjednoczonych na temat Ziemi i jej mieszkańców, którzy na forum Zgromadzenia Ogólnego OPZ zostali nazwani sztuczniakami potworniaczkami i ohydkami szalejami. No cóż – dostali w swe ręce dowody na nasze zbrodnicze szaleństwo, więc jakże mogło być inaczej…?