Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofy okrętów podwodnych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofy okrętów podwodnych. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 lipca 2019

Śmierć w głębinach




Kmdr w st. spocz. Wadim Kuliczenko


Żeglowanie po morzach było zawsze związane z ryzykiem i niebezpieczeństwem. Morze corocznie pochłania setki statków i tysiące ludzkich ofiar. O katastrofach na morzu piszą dostatecznie dużo. Znacznie mniej wiadomo jest o awariach i katastrofach w głębinach Wszechoceanu. O katastrofach okrętów podwodnych. 


Okręt podwodny


Samo przeznaczenie okrętów podwodnych to prowadzenie skrytych działań w wodnej głębinie, wyklucza możliwość szerokiego omówienia ich działalności także i w czasie pokoju. Daje to możliwość ukrywania dowództwom sił morskich różnych wypadków nadzwyczajnych, które zdarzają się na okrętach podwodnych. Dokładne informacje o awariach okrętów podwodnych publikuje się jedynie na stronicach specjalistycznej, wojenno-morskiej literatury naukowo-technicznej.

Przyczynami przeważającej większości awarii są błędy konstruktorów, robotników i inżynierów ze stoczni, dowódców i załóg okrętów.

Dla pierwszego okresu historii okrętów podwodnych trwającego do I Wojny Światowej albo Wielkiej Wojny, było charakterystyczne poszukiwania nowych rozwiązań technicznych. Przy tym poziomie rozwoju nauki i techniki rozpracowanie nowinek odbywało się metodą prób i błędów. Jest oczywistym, że w takich warunkach trudno było uniknąć katastrof.


Największa katastrofa z początków XX wieku


Największa w historii nawigacji podwodnej katastrofa miała miejsce 31.I.1918 roku, ale świat dowiedział się o niej w 1932 roku. W tym właśnie czasie brytyjska Admiralicja trzymała w sekrecie zeznania o zatonięciu dwóch okrętów podwodnych z serii K, uszkodzeniu trzech takich samych i dwóch okrętów nawodnych. W sumie zginęło 115 marynarzy i oficerów.

Wybuchła I Wojna Światowa. Zagrożenia atakiem ze strony niemieckich U-bootów, brytyjska Grand Fleet (główne siły floty) wyszła ze swej głównej bazy w Rosyth (Szkocja) w nocy i wydawałoby się, że przewidziano wszystko: pełnie zaciemnienie, nie świeciły się nawet światełka torowe… Jednakże to nie U-booty stały się przyczyną katastrofy.

Brytyjski okręt podwodny typu K

Zbieg różnych okoliczności – z których głównym jest czynnik ludzki - doprowadził do tego, że w czasie tylko tej jednej nocy flota brytyjska bez bojowego kontaktu z nieprzyjacielem straciła 5 jednostek: zatonęły - HMS K-4 i HMS K-7 oraz uszkodzono – HMS K-6, HMS K-14 i HMS K-22.

Wszystkiego w latach 1915-1917 zbudowano 17 okrętów podwodnych typu K i pięć z nich zatonęło lub wyszło ze służby wskutek poważnych awarii technicznych w rezultacie awarii w nocy 31.I.1918 roku. Fatalny zbieg okoliczności… - ale czy na pewno?


Odpowiedź na pytanie


W 1915 roku, jeszcze w czasie fabrycznych prób zatonął, a potem został podniesiony z dna i wyremontowany okręt podwodny HMS K-15. W styczniu 1917 roku, znów w czasie próbnego zanurzenia w jeziorze Gerloch, 32 ludzi zginęło na HMS K-13. Jednostka ta została podniesiona i po remoncie skierowana do służby pod mniej pechową nazwą HMS K-22, ale w 1918 roku znów uległa ona awarii. O wypadkach nadzwyczajnych na tych okrętach długo by można było mówić…

Ze względu na tak dużą wypadkowość jednostek typu K, angielskie dowództwo zdecydowało wycofanie ich ze służby.

Na 17 zwodowanych okrętów podwodnych było 18 wypadków nadzwyczajnych, z których 7 zakończyło się utratą okrętów. Czegoś takiego nie da się objaśnić tak zwyczajnie. Najwyraźniej jednostki typu K miały jakieś wady konstrukcyjne, które ich eksploatację czyniły wyjątkowo niebezpieczną.

Modernizacja ostatnich trzech jednostek z tej serii K ze zmianą litery na M i X nie zmieniła sytuacji. Pech prześladował HMS X-1 podobnie jak jego poprzedników.[1]

Historia okrętów podwodnych typu K stanowi akademicki przykład na to, że błędne projekty i założenia konstrukcyjne maja ważki wpływ na bezpieczeństwo załóg okrętów podwodnych.


Nie tylko Anglicy


W latach 1925-1927, w Japonii zbudowano okręty podwodne typu I-121 specjalnie wyposażone do stawiania min. Nazywano je podwodnymi stawiaczami min.

- Specyfika konstrukcji tych okrętów – opowiada japoński oficer-podwodniak – polegała na przystosowania go do stawiania min. Ich nawodne poruszanie się było małe i bardzo słabo poruszały się pod wodą ze względy na małe rozmiary poziomych sterów głębokości. Niewielka zmiana wagi dziobu czy rufy wytwarzało dyferent (różnica w uniesieniu rufy lub dziobu – przyp. red. „TiZ”) i przy minimalnym zwiększeniu czy zmniejszeniu wagi okręt tracił trym i szedł albo do góry, albo w głębinę. Dzięki tym właściwościom okręt ten cieszył się złą sławą…

W rezultacie tego, we flocie miało miejsce wiele wypadków nadzwyczajnych, w tym z ofiarami w ludziach, a które były spowodowane zmianami rozmieszczenia min i w rezultacie nagłym wynurzeniem czy zanurzeniem wywołanymi utratą trymu.

W czasie II Wojny Światowej, w Niemczech były rozwinięte prace nad stworzeniem dla okrętów podwodnych jednego silnika do pływania nawodnego i podwodnego. Niemiecki inżynier – specjalista od napędów podwodnych dr Hellmuth Walter – opracował spalinową wersję takiego urządzenia, dla którego paliwem był skoncentrowany do 80% perhydrol[2]. Ten pomysł podchwycili Anglicy. Pod koniec lat 50. XX wieku w Anglii zostały zwodowane okręty podwodne HMS Explorer i HMS Excalibur z silnikami Waltera.[3] 
Ich doświadczalna eksploatacja była naznaczona wieloma pożarami i eksplozjami. Oceniając nieudane doświadczenia z tymi nieudanymi okrętami, jeden z angielskich podwodniaków zauważył, że:

- Sądzę, że najlepsze, co możemy zrobić z perhydrolem, to zainteresować tym problemem naszego potencjalnego wroga.

I potencjalny przeciwnik się znalazł. W ZSRR przejęto ideę i nazwano taki silnik hybrydowym i zastosowano je w małych okrętach podwodnych z Projektu A615. Zbudowano dużą serię – 30 jednostek, które otrzymały przydomek Zapalniczki. W latach 1955-1957 wraz z początkiem masowego użycia tych jednostek zaczął się cały szereg awarii związanych z pożarami i wybuchami. Okręty z Projektu A615 miały zasadniczą wadę techniczną – przechowywanie ciekłego tlenu… Jakiekolwiek przebudowy tych jednostek nie zmieniały tego problemu i w latach 60-tych prace nad tym projektem przerwano.


Atomowce


Wprowadzenie do napędu energii atomowej zdjęło wiele problemów, ale nie skończyło niebezpiecznych konstrukcji okrętów podwodnych. Były przypadki nieudanych prób wprowadzania nowych reaktorów jądrowych, np. typu ŻMT – z chłodzeniem ciekłometalicznym.[4]     

 Radziecki okręt podwodny klasy Mike - SSGN K-289 Komsomolec
i miejsca zatonięć rosyjskich atomowców... Dokładne miejsce zatonięcia Łoszarika jest nieznane.

Osobną i trudną sprawą jest opracowanie nowych kadłubów okrętów podwodnych. Do dziś dnia nie do końca są jasne przyczyny tragedii rosyjskiego SSGN K-289 Komsomolec, która się wydarzyła w dniu 7.IV.1989 roku.[5]  Problem leży w tytanie, z którego zbudowano kadłub sztywny tego okrętu. Rzecz w tym, że czysty tytan i jego stopy nie zostały dostatecznie wypróbowane i okazały się być materiałami ze złożonymi charakterami (skłonnością do pękania, łamliwością, itd.). A na dodatek tytan doskonale pali się w wodzie…[6]   

Źródło – „Tajny i zagadki”, bn/2019, ss. 28-29
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz
Ilustracje - Internet (Wikipedia)




[1] A jednak brytyjskie konstrukcje tzw. „midgetów” X i XE w czasie II Wojny Światowej odniosły pewne sukcesy, jakim były ataki na niemieckiego pancernika Tirpitz w fiordzie Alta (Norwegia) i japoński ciężki krążownik Takao w Singapurze.
[2] Silnie utleniający związek wodoru i tlenu tzw. woda utleniona H2O2.
[3] Amerykanie postawili na nowatorskie rozwiązania superhydrodynamicznych kadłubów okrętów podwodnych, dzięki czemu powstały pierwsze okręty podwodne o napędzie jądrowym – typu USS Nautilus.
[4] Zamiast wody w pierwotnym obiegu reaktora zastosowano ciekły sód.
[5] Poza Komsomolcem na dnie morza znalazły swój grób okręty: K-141 Kursk, K-159 oraz ostatnio AS-12 Łoszarik – a do tego jeszcze 4 wraki atomowców w wodach koło Nowej Ziemi.
[6] Autorowi prawdopodobnie chodziło o korozję elektrochemiczną ogniw żelazno-tytanowych, w której elektrolitem jest woda morska.

piątek, 29 marca 2019

Złowrogi pokojowy atom




Walerij Jerofiejew


Promieniowanie kosmiczne zatrzymuje warstwa ozonowa chroniąc tym samym życie na naszej planecie. A oto promieniowanie z głębin Ziemi może mieć różne poziomy, w zależności od zawartości w skałach radu (Ra), uranu (U) i toru (Th).

Po katastrofie w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej nasz stosunek do pokojowego atomu zmienił się kardynalnie. Teraz nie uważamy go za takiego bezpiecznego i nieszkodliwego przyjaciela człowieka, jak to było w czasach radzieckich. W epoce głasnosti nieoczekiwanie dla siebie odkryliśmy, że jak się okazuje, do czasu katastrofy CzEJ w przedsiębiorstwach i naukowych centrach ZSRR nieraz zdarzały się wypadki nadzwyczajne, związane z operowaniem materiałami radioaktywnymi i technologiami. I nie kończyły się one tylko stratami materialnymi, ale i ofiarami w ludziach.


Likwidatorzy z „Krasnowo Sormowa”


Jedna z najbardziej poważnych tragedii tego rodzaju miała miejsce w dniu 18.I.1970 roku w fabryce „Krasnoje Sormowo” (wtedy w Gorkowskim Obwodzie – teraz w Niżniegorodskim), gdzie był budowany siódmy z rzędu atomowy okręt podwodny projektu 670 Skat.[1] W czasie prób hydrodynamicznych rozruchu siłowni okrętu doszło do nieoczekiwanej samowolnej aktywacji reaktora WM-4. Przez 10-15 sekund pracował on na zadanej mocy, a potem doszło w środku do wybuchu termicznego i reaktor częściowo się rozerwał. Bezpośrednio wskutek wybuchu zginęło 12 monterów. W pomieszczeniu tym znajdowało się jeszcze 150 robotników, zaś za cienkim przepierzeniem jeszcze około 1500 osób. Wszyscy oni wpadli pod radioaktywny wyrzut, którego średni poziom promieniowania sięgał 60 kR/h[2] czyli 75 kCi.[3]

Skażoną miejscowość wokół przedsiębiorstwa udało się jakoś ukryć ze względu na tajność tego miejsca, ale w sam moment awarii nastąpił zrzut radioaktywnej wody do Wołgi. Sześciu ludzi napromieniowanych w czasie wybuchu, najciężej porażonych, natychmiast przewieziono do specjalistycznej kliniki w Moskwie, gdzie troje z nich ze zdiagnozowaną ciężką chorobą popromienną zmarło w ciągu tygodnia. Następnego dnia zaczęto obmywać specjalnym roztworem pozostałych napromieniowanych robotników, a ich odzież i obuwie zebrano i spalono. Jednakże takie postępowanie nie poprawiło sytuacji w fabryce, bowiem ogniem nie da się zmniejszyć stopnia napromieniowania, a popiół od odzieży jest wciąż radioaktywny i to przez dziesięciolecia.

Od wszystkich uczestników i świadków wypadku zebrano podpisane oświadczenia o nierozgłaszaniu tego incydentu przez 25 lat. Tego samego dnia 450 osób dowiedziawszy się o tym zwolniło się z zakładu. Ci, którzy zostali, musieli uczestniczyć w pracach nad likwidacją skażeń i skutków awarii, które trwały aż do 24 kwietnia tegoż roku. W pracach tych uczestniczyło prawie 1000 osób. Z instrumentów wydano im tylko… wiadra, szmaty i mopy, a w charakterze środków ochronnych – maski chirurgiczne i gumowe rękawiczki. Za uczestnictwo w tych pracach płacono im ekstra 50,- SUR/dzień. Do stycznia 2008 roku z tych ludzi pozostało przy życiu tylko 380 osób, a w 2012 roku – już poniżej 300, a wszyscy oni byli inwalidami I i II grupy. Za te prace nikt nie dostał jakichkolwiek nagród państwowych. Teraz ci likwidatorzy otrzymują comiesięczną zapłatę w wysokości 750,- RUB…[4]


Protonowe uderzenie


Sam fakt, że w utajnionych „atomowych” instytutach naukowo-badawczych także bywają wypadki nadzwyczajne, stał się wiadomym dopiero po pokazaniu filmu „Dziewięć dni jednego roku”.[5] Ale o tym, że w dniu 13.VII.1978 roku w podmoskiewskim Instytucie Fizyki Wysokich Energii z pracownikiem tegoż instytutu Anatolijem Bugorskim zaszło wcale nie wymyślone zdarzenie, ale realny nieszczęśliwy wypadek, o którym kraj długo nic nie wiedział. Nawet tego nie podejrzewał…

Między innymi w ten dzień wskutek zwarcia w systemie zabezpieczenia, głowę Bugorskiego przeszył strumień wysokoenergetycznych protonów wypuszczony z największego w tym czasie akceleratora cząstek U-70. Protony miały energię 70 GeV! Dawka promieniowania, który fizyk otrzymał z tego strumienia protonów, wynosiła 200 kR/h.

Chociaż uważa się, że dawka promieniowania wynosząca 600 R/h i więcej, jest śmiertelna dla człowieka, Bugorskij to przeżył i potem opowiadał, że w czasie przechodzenia strumienia protonów przez jego głowę ujrzał w oczach jaskrawy błysk i żadnych odczuć bólowych. Strumień cząstek wszedł mu do głowy przez potylicę niszcząc w strefie uderzenia skórę, włosy, kość i tkankę mózgową. Zaraz potem Bugorski został umieszczony w specjalistycznej klinice w Moskwie, gdzie lekarze szykowali się na najgorsze. Jednakże fizyk był jakby zaczarowany – po tym udarze promienistym nie tylko to przeżył, ale w ciągu dwóch lat napisał i obronił pracę doktorską, chociaż przestał słyszeć na lewe ucho. Aktualnie Bugorskij pracuje nadal w tym instytucie!


 Mapa skażenia cezem-137 po katastrofie w CzEJ, dane podano w kBq/m kw. i w Ci/km kw. 
(wg. UNSCEAR)

Mapka skażeń cezem-137 w Polsce  po katastrofie w CzEJ (wg. CLOR)


Błękitne niebo nad Kanadą


Były także sytuacje, kiedy radiacyjne awarie zaczynały się w radzieckim tajnym obiekcie, a potem znajdywały się na terytorium innego państwa. I tak w dniu 24.I.1978 roku, na terytorium Kanady po nagłej utracie łączności spadł radziecki satelita Kosmos-954, wystrzelony cztery miesiące wcześniej i pracujący dla systemu wywiadowczego radzieckiej floty wojennej. W rezultacie został ujawniony ten fakt, że ten satelita miała na pokładzie atomowe źródło energii, które w czasie spadania rozpadło się i skaziła radioaktywnie ponad 100.000 km² Terytorium Północno-Zachodniego Kanady. Ale miejsca te są praktycznie bezludne i nie ma tam ani miast czy większych osiedli i nikt nie został pokrzywdzony przez ten incydent. W poszukiwaniach szczątków tego aparatu kosmicznego brały udział amerykańskie i kanadyjskie pododdziały specjalnego przeznaczenia, którym udało się odnaleźć ponad 100 jego fragmentów o łącznej masie 65 kg. Radioaktywność tych szczątków wahała się od kilku milirentgenów do 200 R/h. Rząd ZSRR przyznał fakt swej winy i zaproponował Kanadzie pomoc w oczyszczaniu terytorium, ale ta nie tylko odmówiła, ale nawet nie zwróciła ZSRR szczątków satelity, co naruszało międzynarodowe porozumienia. W rezultacie tego, ZSRR wypłacił odszkodowanie w wysokości 3 mln USD, ale nie udało się wyjaśnić przyczyn jego niekontrolowanego upadku. Po tym incydencie naszym pracownikom przyszło na trzy lata wstrzymać loty w kosmos podobnych satelitów w celu poprawienia systemów ich zabezpieczeń przeciwpromiennych.


Zginęli błyskawicznie


Uważa się, że najcięższą radiacyjną awarią za wszystkie czasy istnienia radzieckiej floty atomowców stało się wydarzenie, które miało miejsce w dniu 10.VIII.1985 roku, kiedy w stoczni remontowej „Zwiezda” (Przymorski Kraj, zatoka Czażma, osiedle Szkotowo-22). Tegoż dnia, na okręcie podwodnym K-431 stojącym u pirsu[6] zaczęło się przeładowanie paliwa jądrowego. Jak wyjaśniono to później, przeładunek odbył się z naruszeniem przepisów BHP odnośnie jądrowego bezpieczeństwa i technologii. Prawoburtowy reaktor udało się załadować bez problemów. Natomiast kiedy zaczęło się podnoszenie klapy zwanej „dachem” drugiego reaktora, a z niego podnieśli siatkę kompensującą, obok okrętu z prędkością przewyższającą dozwoloną w buchcie przepłynął kuter torpedowy. Podniesiona przez niego fala spowodowała rozkołys dźwigu pływającego trzymającego „daszek”. Siatka z prętami kontrolnymi podniosła się powyżej poziomu krytycznego i reaktor zaczął pracować w trybie marszowym. W rezultacie tego, wewnątrz okrętu doszło do wybuchu termicznego, a potem zaczął się pożar, który trwał 2,5 godziny.

Wskutek temperatury +1000°C zginęło 10 marynarzy i oficerów prowadzących załadunek paliwa jądrowego. Potem w różnych zakątkach portu znajdywano fragmenty ich ciał, wyrzucone wybuchem przez luk okrętu. Po jednym z oficerów pozostał tylko fragment palca ze złotym sygnetem, dzięki czemu udało się ustalić, że w momencie eksplozji było tam 90 kR/h. Wyrzucone w atmosferę wybuchem paliwo jądrowe poniósł wiatr, a potem spadło ono na okolicę tworząc radioaktywny pas o długości 30 km, który przeciął półwysep Dunaj w kierunku NW i doszedł do brzegu Zatoki Ussuryjskiej. Sumaryczna aktywność wyrzutu wyniosła 7 MCi, co stanowi bardzo dużą liczbę.[7]

W czasie awarii a także w czasie likwidacji jej skutków napromieniowaniu uległo 290 osób, z których 10 zapadło na ostrą chorobę popromienną, a u 39 była reakcja popromienna.[8] Po ugaszeniu pożaru, kadłub K-431 został przy pomocy pontonów odholowany na długi postój w oddalonej zatoce. Wraz z nim został odholowany także skażony radioaktywnie, okręt podwodny K-42 Rostowskij Komsomolec z projektu 627A.[9] A na miejscu katastrofy oficerom i marynarzom postawiono później pomnik.


Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 49/2018, ss. 6-7
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz                    
      


[1] W nomenklaturze NATO był to SSGN typu Charlie I. Ten okręt miał numer taktyczny K-320.
[2] Dawka śmiertelna – LD100 wynosi 400-1000 R/h czyli 6-7 Sv (w zależności od indywidualnej odporności).
[3] Rosjanie wciąż stosują stare jednostki miar. Obecnie u nas stosuje się jednostkę układu SI – bekerel – Bq, a zatem 1 kiur – 1 Ci 37 GBq. Oznacza to, że poziom promieniowania radioaktywnego wyrzutu z reaktora wynosił ok. 2,775 x 10^15 Bq czyli 2,775 PBq. Dla porównania po katastrofie w Czarnobylskiej EJ w Polsce odnotowano skażenia cezem-137 na poziomie ok. 60 kBq/m² - zob. mapki.   
[4] Czyli jakieś 44,50 PLN.
[5] Reżyseria: Michaił Romm, 1962.
[6] Okręt SSGN klasy Echo nomenklaturze NATO.
[7] Czyli 2,59 x 10^17 albo 259 PBq.
[8] Była to największa tego rodzaju katastrofa nuklearna w ZSRR – poza katastrofą w CzEJ.
[9] Okręt SSN klasy November w nomenklaturze NATO.

czwartek, 26 lipca 2018

Tajemnica zatonięcia USS „Scorpion”

USS Scorpion


Nikołaj Walentinow


W dniu 11.II.1992 roku, u wejścia do Zatoki Kolskiej amerykański SSN-689 USS Baton Rouge zderzył się z rosyjskim SSN typu Sierra.[1] Od katastrofy nuklearnej uratowała je jedynie niska prędkość ich poruszania się.

Pięćdziesiąt lat temu, w dniu 22.V.1968 roku, w Oceanie Atlantyckim zatonął amerykański SSN-589 USS Scorpion z załogą liczącą 99 osób. A dwa miesiące wcześniej taki sam los spotkał radziecki SSB K-129.[2] Czy istnieje jakaś więź pomiędzy tymi dwoma tragediami? Odpowiedź jest ukryta w pancernych safesach wojskowych służb i raczej nie zostanie opublikowana za naszego życia…


Do spotkania nie doszło


W dniu 27.V.1968 roku, na pirsie bazy US Navy w Norfolk zebrali się członkowie rodzin i przyjaciele marynarzy służących na USS Scorpion. Wszyscy ze zniecierpliwieniem czekali przybycia okrętu, zwłaszcza dzieci i kobiety w nadziei, że ich ojciec, mąż, syn czy narzeczony zejdzie na brzeg jako pierwszy. Wedle tradycji amerykańscy podwodniacy przed powrotem do bazy grają w swojego rodzaju loterię, której zwycięzcy – trzech załogantów – otrzymują prawo do zejścia na ląd w pierwszej kolejności, aby uzyskać „prawo do pierwszego pocałunku”. Pocałunku słodkiego i oczekiwanego, zważywszy fakt, że marynarze nie widzieli swych bliskich od 15 lutego – czyli od dnia, w którym okręt wyszedł w rejs.

Atomowy okręt podwodny o wyporności 3100 ton[3] uczestniczył w ćwiczeniach amerykańskiej VI Floty[4]. 21 maja jego dowódca Francis Slattery zameldował przez radio o powrocie do bazy, podał współrzędne, prędkość i kurs. Więcej radiogramów z okrętu nie było. Ale dowództwo US Navy w ciągu następnych 6 dni nie zaniepokoiło się tym faktem, bowiem zgodnie z procedurami ustanowionymi dla okrętów podwodnych z napędem atomowym poruszającymi się pod wodą. Skorpion nie powinien wychodzić w eter.

Zgodnie z porządkiem ćwiczenia, okręt powinien wejść do portu Norfolk o ETA[5]  na godzinę 17:00 EDT. Ale minął ETA, potem godzina, druga, trzecia… - a okrętu nadal nie było. Dowództwo zrozumiało, że coś złego się wydarzyło. O godzinie 19:00 powiedziano oczekującym, że okręt się opóźnia, jednakże w tym samym czasie 35 okrętów i 35 samolotów już prowadziło jego poszukiwania.


Szczątki na dnie oceanu


Poszukiwacze przeczesywali pasy oceanu o szerokości 50 mn/~93 km po obu stronach przypuszczalnego kursu tego „atomowca”, łapali sygnały radiowe i odbicia sygnałów hydrolokatorów obserwując, a nuż pojawią się jakieś szczątki czy plamy oleju na powierzchni oceanu. Ale niczego się nie dopatrzyli. Stało się jasne, że okręt poszedł na dno. Pozostała nadzieja, że to się stało na odcinku, gdzie głębina była mniejsza od średniej i póki zapasy żywności, wody i powietrza zapewniały załodze 70 dni przeżycia w oczekiwaniu na pomoc.

Promyk nadziei na pomyślne zakończenie rozbłysnął, kiedy niedaleko od wybrzeży stanu Wirginia, na dnie ratownicy znaleźli okręt podwodny o wymiarach mniej-więcej takich jak Scorpion. Ale rychło okazało się, że znajduje się tam on jeszcze od czasów II Wojny Światowej. Kilka razy w przekazach radiowych pokazywało się słowo „Branntwein” – kodowa nazwa Scorpiona. Jednakże kontrola wykazała, że tą nazwę nosi co najmniej osiem jednostek…





Szczątki USS Scorpion na dnie oceanu

Po dziesięciu dniach dowództwo US Navy uznało okręt za „przypuszczalnie zaginiony”, a po pięciu miesiącach poszukiwań, w dniu 30 października z pokładu oceanograficznego okrętu USNS Mizar MA-48/T-AGOR 11/T-AK 272 do sztabu US Navy napłynął radiogram specjalnego znaczenia: Obiekty rozpoznane jako części kadłuba SSN USS Scorpion odnaleziono około 400 mn/~741 km na SW od Wysp Azorskich na głębokości ponad 3000 m. Okręt był rozerwany na dwie części w okolicach centrali, a jego część rufowa była pogięta do środkowej części. Kiosk był nie uszkodzony, jednak leżał na boku w odległości nie mniejszej niż 100 ft/~33 m od dziobu okrętu. Podniesienie szczątków Scorpiona na powierzchnię było niemożliwe.


Wersje tragedii


Komisja śledcza pod kierownictwem vice-admirała Bernarda Austina postawiła cztery możliwe hipotezy o przebiegu tej tragedii:

·        Pierwszą możliwą przyczyną była niesprawność aparatury sterowania. Założono, że stery poziome (głębokości) w czasie wykonywania ostatniego manewru mogły zablokować się w położeniu „do zanurzenia”, a poruszający się z dużą prędkością Scorpion bez tego znajdował się na dużej głębokości, załoga nie zdążyła czegokolwiek przedsięwziąć, kiedy okręt osiągnął głębokość krytyczną.
·        Drugą przyczyną mogło być pęknięcie jednej z rur z rurociągu, podobne do tego, co zaszło z SSN-593 USS Thresher pięć lat wcześniej.
·        Trzecia przyczyna – eksplozja głowicy torpedy wewnątrz okrętu.
·        I na koniec – czynnik ludzki, ktoś z załogi mógł pociągnąć nie tą dźwignię, czy nacisnąć nie ten guzik…     

Ale do tego komisja orzekła, że nie ma jakichkolwiek podstaw do stwierdzenia, że do katastrofy USS Scorpion doszło wskutek dywersji czy sabotażu. Tym sposobem zdjęto podejrzenia Amerykanów, że za tą katastrofą znajdowała się „ręka Moskwy”. Poza tym komisja nie dysponowała danymi, które by wykluczyły możliwość zderzenia Scorpiona z innym okrętem podwodnym czy nawodnym, bowiem żaden amerykański czy inny statek nie zameldował o zderzeniu tego typu. Końcowy wniosek komisji był następujący:
Okręt zanurzył się poniżej maksymalnej dozwolonej głębokości zanurzenia i zatonął z nieznanej przyczyny.

Kierownictwo US Navy także oświadczyło, że tragedia Scorpiona jest zagadką, której nie dało się rozwiązać.


Straszna zemsta


Jednakże tak czy inaczej wszystko stało się jawnym. W czasie swego 25-letniego dochodzenia, amerykański dziennikarz wojskowy Ed Offlie doszedł do wniosku, że Skorpion został zniszczony przez radziecki okręt podwodny. Według tego publicysty, była to zemsta radzieckich podwodniaków za zatopienie radzieckiego SSB K-129, staranowanego przez amerykański okręt podwodny w 1968 roku na Oceanie Spokojnym. Po tym rządy USA i ZSRR dogadały się w sprawie dochowania tajemnicy zatonięć obu jednostek, zwalając to na awarie.

A zatem co tam się naprawdę stało? Dnia 17.V.1968 roku USS Scorpion ukończywszy trzymiesięczny rejs w Morzy Śródziemnym w składzie amerykańskiej VI Floty, powracał do Norfolk, kiedy otrzymał on zaszyfrowany rozkaz od vice-admirała Arnolda Shade’a dowodzącego podwodnymi siłami morskimi USA na Atlantyku. Okrętowi polecono pełną parą udać się w rejon Wysp Kanaryjskich w celu obserwowania poczynań radzieckiego zespołu okrętów, które ćwiczyły we wschodnich sektorach Atlantyku. Amerykański wywiad ustalił, że w toku tych manewrów dwa okręty naukowo-badawcze i okręt poszukiwawczo-ratowniczy okrętów podwodnych prowadziły badania nad efektami dźwiękowymi w środowisku oceanicznym. Poza tym jest niedawny wywiad z vice-adm. w st. spocz. Phillipa A. Beshany’ego, który był w tym czasie oficerem sztabowym, odpowiadającym za programy wojny podwodnej i mającym dostęp do najtajniejszych danych. W wywiadzie tym oświadczył, że:

Bardzo Ważne Osobistości z Pentagonu wiedziały o tym, że Rosjanie opracowywali sposoby wspierania wysokiej autonomii okrętów nawodnych i podwodnych w warunkach niemożności dostępu do obcych portów morskich. Oczywiście Amerykanie nie mogli pozostawić tego rodzaju działań swego głównego przeciwnika bez zainteresowania, dlatego też posłali na Atlantyk ten okręt podwodny. 


Miejsce zatonięcia USS Scorpion według amerykańskiej prasy

Tylko nie byli w stanie założyć, że to ultratajne zadanie będzie znane radzieckim marynarzom. Nasi mieli możliwość kontrolowania wymiany korespondencji radiowej Scorpiona z Norfolkiem, w tym szyfrogramów wysyłanych w toku wypełniania zadania rozpoznania, a to dzięki kodom, które przekazał nam agent radzieckiego wywiadu uplasowany w US Navy – John Walker. Tak więc radzieckie okręty szybko namierzyły amerykański okręt podwodny i nie tylko go śledzili, ale także – być może – atakowali go. Najprawdopodobniej dokonał tego radziecki atomowy okręt podwodny, który znajdował się w tym zespole okrętów.

W czasie prezentacji swej książki na przedmieściu Waszyngtonu – Fairfaxie, Ed Offlie oświadczył:
- W dniu 22.V.1968 roku miało miejsce krótkie i nadzwyczajnie tajne starcie pomiędzy naszymi a radzieckimi siłami podwodnymi.
Być może konfrontacja pomiędzy USS Scorpion a radzieckim okrętem podwodnym klasy Echo-II mogła być uznana za izolowaną potyczkę bez większego znaczenia, która wymknęła się spod kontroli – pisze on.

On rozpatruje czynności radzieckich marynarzy jako odwet za zatopienie okrętu K-129. Wedle jednej z wersji, ten dieslowski rakietowy okręt podwodny, którzy potem Amerykanie podnieśli na powierzchnię w rezultacie ultrasekretnej operacji[6], zatonęła po zderzeniu z amerykańskim SSN-579 USS Swordfish w dniu 8.III.1968 roku, w czasie bojowego patrolu w Pacyfiku.

W odpowiedzi weterani radzieckich podwodniaków nie dali im czekać na odpowiedź na wersję Offlie’a:
- Autor-konspirolog pragnie zrobić kasę na dawnych tragediach, a o przyczynach tragedii amerykańskiego i radzieckiego okrętu podwodnego można mówić tylko w trybie przypuszczającym.

Ale tak czy owak, po tym jak Skorpion znalazł się na dnie oceanu, obie strony doszły do bezprecedensowego porozumienia w pogrzebaniu prawdy o K-129 i USS Scorpion.



Moje 3 grosze


Tragedie te są szekspirowsko patetyczne i zawiłe jak kryminały Agaty Christie + sir Arthura Conan-Doyle’a. Z jednej strony tragedia setek ludzi i ich najbliższych, z drugiej napuszone dyrdymały o ojczyźnie, obowiązku, walce, itp. pierdołach, które służą tylko do wciskania ciemnoty ogłupiałej publiczności. Jak to działa, to wiem najlepiej – przekonałem się na własnej skórze, ile są warte te wszystkie brednie wygłaszane przez politykierów. Ale to tak na marginesie.

Do tego, co napisał autor mogę dodać dwie inne hipotezy miłośników Spiskowej Teorii Dziejów, dla których takie wydarzenia, to manna z nieba. Pierwsza z nich dotyczy katastrofy K-129. Z katastrofą K-129 jest związana ciekawa teoria spiskowa, która zakłada, że K-129 miał wystrzelić SLBM w kierunku Honolulu, co miało spowodować III Wojnę Światową. Obawiam się jednak, że jest to tylko teoria spiskowa, choć z drugiej strony obecność na pokładzie K-129 8 dodatkowych członków załogi świadczy o tym, że okręt ten mógł wykonywać jakąś tajną misję np. wywiadowczą czy techniczną…Kenneth R. Sewell i Clint Richmond w swej książce „K-129 zaginął” (Bellona, Warszawa 2007) twierdzą wprost: to było uprowadzenie przez KGB radzieckiego boomera i przejęcie przez nich klucza do rakiet, a następnie wystrzelenie ich na Hawaje po to, by rozpętać III Wojnę Światową. Przedstawiona argumentacja jest tylko sensacyjna i przypomina wypociny niejakiego Wiktora Suworowa alias Władimira B. Rezuna, ex majora GRU, który zdezerterował i uciekł na Zachód, a teraz produkuje pseudo-fakty i mity. Nie wyobrażam sobie, by radzieckie kierownictwo dało zgodę na taką akcję nawet w czasach Zimnej Wojny. Ale te brednie znajdują posłuch i niezorientowani ludzie podniecają się tymi głupotami wyssanymi z palców miłośników STD.

Druga teoria spiskowa dotyczy zatopienia USS Scorpion. Wedle fanów STD USS Scorpion został celowo zatopiony przez… Izraelczyków w odwet za omyłkowe zatopienie izraelskiego okrętu podwodnego INS Dawar. Potem tenże Dawar został zatopiony w odwecie przez okręty VI Floty…Kompletna bzdura, ale kogoś to podnieciło do tego stopnia, że usunął materiał na ten temat z mojego bloga. Być może ktoś to usunął, by nie rozpowszechniać tych bredni szkalujących przecież państwo Izrael? Swoją drogą czy ktoś w nie wierzy? Jak widać, tak.

No a na koniec oczywiście trzecia teoria spiskowa – oczywiście wszystkie tutaj wymienione okręty padły ofiarą USO i operujących nimi Obcych – już to Kosmitów, już to Wodnych Ludzi – tym ostatnim się nie dziwię, bo sam czułbym się zagrożony, gdyby w moim domu pałętały się okręty wyładowane minami, torpedami i rakietami zdolnymi unicestwić połowę kontynentu na jeden sztos.
I to mógłby być prawdziwy powód.  
     

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 18/2018, ss. 4-5
Przekład z rosyjskiego i angielskiego – ©R.K.F. Leśniakiewicz                   



[1] Był to okręt B-276 Kostroma z bazy morskiej w Siewieromorsku, później znany jako K-276 Krab. 
[2] Był to okręt podwodny klasy Golf II wyposażony w 3 SLBM o mocy 1 Mt każdy.
[3] Wyporność w zanurzeniu.
[4] Jest to tzw. Flota Morza Śródziemnego.
[5] Przypuszczalny czas przybycia.
[6] Były to dwie operacje CIA o kryptonimach Azorian i Jennifer, w trakcie których wykorzystano statek dźwigowy USNS Hughes Glomar Explorer T-AG-193 obecnie GSF Explorer.