Powered By Blogger

piątek, 14 grudnia 2012

Cmentarze Pozaziemian (2)


UFO nad Tybetem - widok wcale nierzadki!


Mumie, mity i loty kosmiczne

Artykuł Igora Wołozniewa jest kolejną poszlaką z długiego łańcucha poszlak potwierdzających hipotezę o dawnych odwiedzinach naszej planety przez Istoty z Kosmosu. Tym razem mamy do czynienia także z artefaktami, a zatem rzecz jest niemal pewna, a fakt ich zniknięcia oznacza, ze ktoś się nimi zainteresował. I to na serio. A tak à propos dysków, to czy nie przypominają one dysku z Phaistos? Czyżby kolejny dowód na to, że kiedyś na Ziemi panowała jedna kultura posługująca się jednym językiem, jednym pismem i… jednym sposobem jego zapisu? Oczywiście powstało to wszystko pod wpływem Istot z Kosmosu. Ale czy na pewno? Wcale nie jest powiedziane – mimo sugestii – że wszystkie te Istoty pochodzą z układu Syriusza A, B i hipotetycznego Syriusza C. Dogoni z Mali i jeszcze inne afrykańskie plemiona także przyznają się do syriuszowego pochodzenia, a mimo tego są ludźmi. A zatem?

Dysk z Phaistos - późny odpowiednik płyt z gór Bajan-Kara-Uła?

A zatem mamy do czynienia nie z Obcymi, ale z ludźmi. Takimi z krwi i kości, ale… - pochodzącymi z Układu Syriusza. Skąd się tam znaleźli? Odpowiedź jest prosta – z Ziemi. Zakładając, że kiedyś była na Ziemi Atlantyda (lub cywilizacja jeszcze starsza od niej dla uproszczenia nazwaną Atlantyką), która osiągnęła postęp techniczny wystarczający do wysłania w Kosmos wypraw międzygwiezdnych. Oczywiście ich statki kosmiczne nie latały z prędkościami v ≥ c, bo to jest po prostu niemożliwe i wynika z Ogólnej i Szczególnej Teorii Względności. Trzeba było tam polecieć i trzeba było jakoś obejść wszystkie prawa fizyki zakazujące podróży kosmicznych z v = c. A skoro nie da się zmienić praw fizyki, to trzeba zmienić… siebie?

I chyba ludzie postąpili właśnie w ten sposób. Postanowili przystosować się do podróży kosmicznych z prędkościami nierelatywistycznymi. I tu przechodzimy do sprawy mumii…

Ciała zmarłych mumifikowano, by je zachować do innego życia – w zamyśle pozagrobowego, a faktycznie być może – pozaglobowego? W Atlantyce czy na Atlantydzie przeprowadzano specjalne operacje, których celem było wyprawienie ludzi w Kosmos. Jak to robiono, możemy się tylko domyślać.

Oczywiście kluczem do lotów kosmicznych ludzi jest… śmierć. Oczywiście człowieka nie zabijano, ale znieczulano po to, by następnie go zamrozić na kilka tysięcy nawet lat i w takim stanie wyprawić w gwiazdy. Dlatego właśnie jego ciało zabezpieczano owijając w aseptyczne bandaże i zamrażano w ciekłym azocie. To znaczy schładzano w jakimś kontenerze do -195,8°C czyli 77,35 K ale tak, by krystalizująca się woda nie rozerwała błon komórkowych ciała człowieka. Potem – po kilkuset latach lotu – człowieka odmrażano i przywracano do życia. Tak przynajmniej czytamy w powieściach sci-fi.

Jest jeszcze jedna, bardziej makabryczna wersja tej procedury. Człowieka usypiano i… - i postępowano tak, jak robili to ze swoimi zmarłymi starożytni Egipcjanie, a mianowicie: otwierano jego ciało i wyjmowano niektóre organy do osobnych kriostatów i zamrażano. Znamy to – prawda? Wokół egipskich mumii znajdowały się naczynia – kanopy lub kanopsy – w których znajdowały się organy zabalsamowanego człowieka. W czasie rewitalizacji dokonywano odwrotnej procedury: najpierw ożywiano zewłok, a potem „wmontowywano” weń poszczególne organy, by w końcu reanimować astronautę. Potem tylko rekonwalescencja i readaptacja, która trwała jakiś czas, by astronauci byli w stanie lądować na innych planetach. Czasu na to było bardzo dużo! Podróż z Ziemi na planety Tolimana (czyli Alfy Centaura) z v = 50 km/s trwa 19.600 lat. A przecież to tylko 4,26 (do Proximy czyli α Cen C) i 4,34 ly (do α Cen A i B). Lot do Syriusza A – znajdującego się w odległości aż 8,6 ly – trwałby 39.200 lat czyli dwukrotnie dłużej!      

Tak zatem lot kosmiczny mógł trwać dowolnie długo, bo organizmy przebywające w stanie śmierci nie starzały się. Czego wymagały takie podróże? Przede wszystkim trzech rzeczy:
v Przystosowania organizmu do takich drastycznych zabiegów medycznych na drodze inżynierii genetycznej;
v Wiedzy potrzebnej do dokonywania tak precyzyjnych i skomplikowanych operacji, lotów kosmicznych, inżynierii genetycznej, itd. itp.;
v Niezawodnych automatów, które mogłyby dokonywać tych operacji, prowadzić przez tysiące lat statki kosmiczne i przeprowadzać wszelkie niezbędne przedsięwzięcia mające na celu zapewnienie bezpieczeństwa ludziom i sobie – zgodnie z trzema Prawami Robotyki.

To musiano zrobić, by myśleć na serio o gwiazdach.

I to wyjaśniałoby wszystkie dziwne rzeczy i anomalie, z którymi napotykamy się co chwilę studiując historię starożytną. Któraś z antycznych cywilizacji wysłała już kiedyś ekspedycje do Syriusza, które tam doleciały i być może nawet założyły kolonię (o ile była tam jakaś egzoplaneta). Część z tych ludzi zdecydowała się na powrót na Ziemię i wróciła. Resztę znamy z przekazów dogońskich i dropowskich…

To, co tutaj napisałem jest tylko hipotezą i trudno ją będzie zweryfikować. Wiedza o tych osiągnięciach naukowych przetrwała do dnia dzisiejszego w postaci przekazów, mitów, religii… Ich analiza pod kątem naukowym mogłaby przynieść Ludzkości wiele korzyści i ponownie otworzyć drogę pomiędzy gwiazdy, szczególnie kiedy okazuje się, że w Kosmosie roi się od planet, a życie ze swymi możliwościami adaptacyjnymi potrafi wcisnąć się w każdą niszę i odrodzić się z jeszcze większą chęcią… no do życia właśnie!

Ale to jest już inna ballada…  
                    

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 25/2012, ss. 32-33
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©           

czwartek, 13 grudnia 2012

Cmentarze Pozaziemian (1)




Igor Wołozniew

24 czerwca 1947 roku, Kenneth Arnold  zaobserwował w powietrzu dziewięć dziwnych obiektów, poruszających się „podobnie jak spodeczki rzucane na wodę i odbijające się jak kaczki”. Od tego czasu NOLe zaczęło się nazywać „latającymi talerzami”.

W numerze 23 naszego tygodnika, opowiadaliśmy o zagadkowych mumiach znalezionych w górach Peru. Uczeni nie wykluczają, że są to zmumifikowane ciała Pozaziemian, którzy kiedyś tam odwiedzili naszą planetę i z tych czy innych przyczyn pozostali u nas na zawsze. Przedłużając ten temat, polecamy uwadze Czytelnika materiał, z którego jasno wynika, że groby Przybyszów z Kosmosu znajdują się na całej Ziemi.


Kosmiczne „płyty gramofonowe”


Na przełomie lat 1937/38, w jednym z trudnodostępnych rejonów Chin – w górach Bajan-Kara-Uła (Bayan Har Shan, Bajan Chara Uła) w pobliżu Tybetu – archeolodzy odkryli niezwykle dawne grobowce. W pionowej ścianie skalnej w równych rzędach czerniały wejścia do jaskiń grzebalnych. Znalezione w nich pozostałości po ludziach okazały się być bardzo interesującymi. One były podobne do ludzkich, ale miały one wielkie czaszki, wiotkie kończyny i wzrost 110-120 cm. W miejsce napisów i rysunków w ścianach jaskini wykuto kropki o wielkości groszku, które swoistymi „punktowanymi liniami” przedstawiały Słońce, Księżyc i konstelacje gwiezdne.


Dokładna lokalizacja gór Bajan-Kara-Uła na mapach czeskich (u góry) i rosyjskich (na dole)


Najdziwniejszym znaleziskiem w tych jaskiniach okazały się kamienne dyski o średnicy 30 cm i grubości ok. 8 mm, z niewielkimi dziurkami pośrodku. Razem takich dysków znaleziono 716. Z wyglądu przypominały one płyty gramofonowe. Od środka do skraju odchodziły spiralne „dróżki” wypełnione drobnym hieroglificznym tekstem. Archeolodzy doszli do wniosku, ze w skałach zachowały się zwłoki jakiegoś wymarłego gatunku górskich małp, które były czczone tutaj jako święte zwierzęta przez zamieszkującą tutaj ludność.

Tajemnicze dyski z Bajan-Kara-Uła


Tak więc zbadaniem zagadkowego znaleziska zajął się profesor Tsum Um-Nui z Pekinu. Wraz z geologami ustalił on, że kamienne płytki zawierają kobalt (Co) i tzw. pierwiastki ziem rzadkich – REE, w wysokiej koncentracji nietypowej dla tamtejszych kamieni. Badania wykonane na oscylografie wykazały podwyższony rytm wibracji w dyskach, który świadczy o tym, że kiedyś tam były one obrabiane pod wysokim napięciem elektrycznym. 
     
No i najważniejsze: w 1962 roku, po dwóch latach wytężonej pracy profesorowi udało się częściowo odczytać dawny tekst na dyskach.

Akademicy w Pekinie ocenili referat profesora jako błędny i antynaukowy, i został nań nałożony zakaz cenzury. I nie ma się czemu dziwić: zgodnie z wywodami Tsum Um-Nuia w X tysiącleciu p.n.e. w górach Bajan-Kara-Uła wylądowały statki kosmiczne z innej planety!

Zakaz cenzury zbiegł się w czasie z „rewolucją kulturalną”. Szkielety i dyski zostały zniszczone przez hunwejbinów lub gdzieś zaprzepaszczone. Tsum Um-Nui uciekł do Japonii, gdzie zmarł w 1965 roku. Na szczęście przed śmiercią zdążył odtworzyć i opublikować tam swój referat.

Twierdzi on w nim, że w napisach na dyskach mówi się o tym iż statki powietrzne pewnego narodu, nazywającego się Dropa, kilkakrotnie lądowały w górach Bajan-Kara-Uła, i ich wizyty tutaj nie zawsze były pokojowe. Po kolejnym lądowaniu, ich statki nie mogły ponownie wystartować i Dropowie musieli pozostać tu na zawsze. Próbowali oni nawiązać kontakty z miejscowymi, ale ci ich przeganiali i zabijali. Dawny tekst urywa się na tych słowach: Dziesięć razy mężczyźni, kobiety i dzieci plemienia Kham ukrywali się w jaskiniach do wschodu słońca. Wreszcie oni zrozumieli, że tym razem Dropowie przybyli z pokojem…

Referat Tsum Um-Nuia był opublikowany w Japonii i na Tajwanie, a potem poznała go Europa. Akademia Nauk Ch.R.L. wciąż milczała, a na pytanie pewnego zachodniego badacza odpowiedziała, że nie zna żadnego profesora Tsum Um-Nuia.


Chińscy „Pigmeje” rodem z Syriusza


Historia z dyskami z Bajan-Kara-Uła zostałaby białą plama na wieki wieków, gdyby nie pewien Austriak, niejaki Ernst Wegerer, który interesował się historią dawnych cywilizacji. W czasie swej podróży z żoną do Chin w 1974 roku, nieoczekiwanie dla siebie zobaczył te dyski w muzeum krajoznawczym miasta Xi’an. Muzeum było zbudowane całkiem niedawno na miejscu archeologicznych wykopek z okresu Paleolitu. Oglądający ekspozycję goście z Austrii nie wierzyli oczom: w przeszklonej witrynie stały dwa kamienne 30-centymetrowe dyski z otworami pośrodku. Na ich powierzchni widać było spiralne bruzdki idące od środka. Małe napisy na nim były ledwie widoczne.

Młoda kobieta, dyrektorka muzeum, pozwoliła im sfotografować dyski, ale o tym jak się one znalazły w muzeum, tego nie potrafiła powiedzieć. Wedle jej słów, to nadzwyczaj stare przedmioty mają kultowe znaczenie. (Jak zwykle coś, czego uczeni nie potrafią wyjaśnić – uwaga tłum.)

Po powrocie do Europy Wegerer opowiedział o swoim odkryciu Peterowi Krassie – autorowi kilku książek o zagadkach dawnej historii, związanymi z Przybyszami z Kosmosu. W jednej z nich pt. „Kiedy przybyli żółci bogowie” – Krassa pisze właśnie o dyskach w Bajan-Kara-Uła.

We wrześniu 1994 roku, Krassie udało się pojechać do Chin i zwiedzić muzeum w Xi’an, ale niczego nawet podobnego do wymienionych tu dysków tam nie zobaczył. Pracownicy muzeum nie byli w stanie podać mu jakiejkolwiek wskazówki. Dyrektorka muzeum została zwolniona jeszcze w połowie lat 70. – najwidoczniej zaraz po wizycie w muzeum pary Austriaków. (To akurat nie jest dziwne, bo za takie kontakty z cudzoziemcami lądowało się na 10 lat w lao-jiao – obozie resocjalizacyjnym – uwaga tłum.) Aktualny dyrektor Wan Zhid-Zhun powiedział, że dyski zostały dawno wzięte z muzeum jako „elementy ekspozycji obcego pochodzenia” i nie wie, co się z nimi stało. I takim sposobem ślad po nich ponownie zaginął. (Co akurat jest czymś normalnym, bowiem w wielu wypadkach takie artefakty ulegają dziwnemu przepadkowi i znikają nie wiedzieć gdzie, że wspomnę np. tzw. „sześcian Gurtla” – uwaga tłum.)

W roku 1995 agencja Associated Press zaskoczyła świat informacją o tym, że w chińskiej prowincji Syczuan (w której znajdują się góry Bajan-Kara-Uła) znaleziono nieznane do dziś dnia plemię. Średni wzrost jego członków nie przekracza 110 cm. Niektórzy badacze twierdzą, że mogą to być dalecy potomkowie narodu Dropów. Chińscy etnolodzy pospieszyli z wyjaśnieniem, że istnienie tutejszych „Pigmejów” można wytłumaczyć podwyższoną koncentracją rtęci w miejscowej wodzie. Ale zachodnich specjalistów to nie przekonało. Wkrótce po wspomnianym komunikacie AP w angielskich archiwach znaleziono materiały z ekspedycji dr Cyrila Robin-Evansa przebywającej w tych miejscach jeszcze w 1947 roku. Okazuje się, że laury pierwoodkrywcy tego plemienia należą się właśnie temu badaczowi. Plemię, które odkrył, zamieszkuje w odciętej od świata górskiej dolinie, a jego przedstawiciele nazywają siebie Dzopa – tak uczony zapisał tą nazwę.

Robin-Evans przebywał z nimi przez pół roku. Nauczył się ich języka, zaznajomił się z tradycją i historią. Wedle słów Dzopów, ich przodkowie przybyli na Ziemię z Syriusza. Powrócić do swej ojczyzny nie mogli i pozostali w górach Bajan-Kara-Uła…


Zagadkowa czaszka Kosmity?


Telepaci z radarem w głowie


Cmentarzysko niezwykłych stworzeń – najprawdopodobniej pozaziemskiego pochodzenia – znaleziono także w Środkowej Afryce. O tym opowiedział w 2009 roku antropolog Ugo Deti.
- Jak dotąd, to wykopaliśmy 200 ciał – powiedział on w czasie konferencji prasowej w Kigali (Ruanda). – One były zadziwiająco dobrze zakonserwowane w tym klimacie. Czas tych znalezisk oceniamy na 500 lat.

Badająca je grupa antropologów natknęła się na te cmentarzysko jeszcze w 2007 roku. Uczeni wtedy doszli do wniosku, ze znaleźli jakieś ruiny dawnego osiedla. Ale w 2009 roku przystąpili do wykopalisk na tym miejscu to się okazało, że nie można mówić o jakimkolwiek ludzkim osiedlu.

Znalezione pozostałości kostne należały do jakichś antropomorficznych istot, ale ich budowa była taka, że trudno ich było nazwać ludźmi. Przede wszystkim zadziwia ich wzrost. U wszystkich jest jednakowy – około 220 cm. Na nieproporcjonalnie wielkich głowach widoczny jest nos, oczy i usta. Według Deti’ego istoty te porozumiewały się ze sobą za pośrednictwem telepatii i poruszały się jak nietoperze – posługując się jakimś wewnętrznym biologicznym radarem-sonarem. Być może byli to uczestnicy pozaplanetarnego desantu, którzy po wylądowaniu na Ziemi zarazili się jakimś śmiertelnym dla nich wirusem. W okolicy nie znaleziono ani statku kosmicznego ani jego szczątków, a to świadczyłoby o tym, że niektóre z tych Istot były w stanie to przeżyć i opuścić Ziemię.

Jak na razie uczeni nie spieszą się z ogłoszeniem współrzędnych geograficznych cmentarzyska Przybyszów, w obawie przed pojawieniem się tam hord i czered poszukiwaczy przygód i religijnych oszołomów.

Nawiasem mówiąc, chciałbym nadmienić iż archeolodzy często znajdują nietypowe szczątki, które zazwyczaj objaśnia się mutacjami genetycznymi i innymi anomaliami środowiska. I dlatego właśnie na temat szkieletów znalezionych w Ruandzie jest za wcześnie na jakiekolwiek opinie. 


CDN.

środa, 12 grudnia 2012

SPRAWA NR 021/X – KATASTROFY LOTNICZE: POZAZIEMSKI CZYNNIK? (2)




I wreszcie wypadek paryski.

25 lipca 2000 r. cud techniki lotniczej XX wieku, superszybki naddźwiękowiec – osiągający w locie poziomym prędkość 3 Ma – super-luksusowy Concorde, spada po przeleceniu zaledwie 3,5 km od paryskiego lotniska im. generała Charlesa de Gaulle’a na hotelik w małej miejscowości Gonesse. W katastrofie poniosło śmierć na miejscu 113 osób, w tym dwie nasze rodaczki, które zginęły w hotelu, na który zwalił się płonący Concorde. I do dziś dnia – czyli do 14 sierpnia 2000 r. – nikt nie potrafi odpowiedzieć na podstawowe pytanie: co się właściwie stało w pierwszych minutach lotu feralnej maszyny??? Być może winę ponoszą stwierdzone szczeliny w deltowatych płatach samolotu, które stwierdzono we francuskich i brytyjskich maszynach. Najmniej prawdopodobna jest wersja o kawałku metalu na pasie startowym, który przeciął oponę, a która po pęknięciu i rozleceniu się uszkodziła zbiornik paliwa w prawym skrzydle, co spowodowało wyciek i samozapłon benzyny. Gdyby tak było naprawdę, to wszystkie Concorde’y byłyby już dawno porozbijane... tu musiało zajść coś innego – a może właśnie w chwili startu w samolot uderzyła kilkukilogramowa kula lodowa?

Nie jest to pierwszy tego typu wypadek lotniczy, bowiem w czasie pokazów na paryskim lotnisku Le Bourget rozbił się radziecki samolot Tu-144, będący niemal idealną repliką Concorde’a. Także Amerykanie nie mieli szczęścia do supersonicznych gigantów i ich Boeing 773 budowany w ramach PROJECT SST[1]) nie opuścił biur konstrukcyjnych firmy Boeing Aircraft Corporation w Seattle. Wojskowa wersja naddźwiękowego bombowca strategicznego XB-70 o wdzięcznej sylwetce lecącego łabędzia, który miał wyprzeć wysłużone bombowce strategiczne B-52, została wyprodukowana jedynie w trzech egzemplarzach, z których jeden także uległ katastrofie, jeden został zniszczony w czasie prób, a trzeci stoi w muzeum...

Podobny problem jest stary jak historia lotnictwa. Kto wie, czy takie tajemnicze katastrofy lotnicze, jak zaginięcie Amelii Earhard i Freda Noonana nie zostało spowodowane trafieniem samolotu przez kulę lodu z Kosmosu? A tajemnice katastrofy lotnicze w Trójkącie Bermudzkim? – ot, choćby przypadek katastrof latających cystern KC-135 czy Lancastriana linii lotniczych BSAA o nazwie „Star Tiger” i w kilka tygodni po nim „Star Panther”? problem polega na tym, że w takim przypadku kule lodowe uderzają znienacka, dosłownie z jasnego nieba! I są o wiele bardziej niebezpieczne od pioruna, bo wyładowanie elektryczne spływa po samolocie nie czyniąc krzywdy siedzącym weń ludziom, zaś kula lodowa czy lodowo – pyłowa działa jak ciężki, lity pocisk o dużej masie i prędkości >1 Ma. W przypadku samolotów poruszających się z prędkościami >1 Ma, uderzenie takiej „piguły” musi  skończyć się katastrofą! A i mały samolocik trafiony śniegowo – lodowym taranem ma niewiele szans na przeżycie takiego eksperymentu...

Jeżeli idzie o polonica, to godzi się wspomnieć o katastrofie polskiego szybowca Pirat o oznaczeniu SP-3130, który literalnie rozleciał się w powietrzu nad Łomnickim Szczytem w Tatrach w listopadzie 1976 r. Pilot uratował się skacząc ze spadochronem, zaś szczątki szybowca spadły na Szczawnicę...

Hipoteza o lodowych kulach może również wytłumaczyć katastrofy niektórych niemieckich sterowców w czasie I wojny światowej, że wspomnę tylko dziwny przypadek zaginięcia bez wieści sterowca SLXbazującego na stałe w bułgarskim Jambolu - nad Morzem Czarnym, w dniu (najprawdopodobniej) 28/29 lipca 1916.

Jeszcze ciekawszym było zniszczenie w niewyjaśnionych okolicznościach nad Cieśniną Otranto na wysokości Brindisi (Włochy), sterowca LZ-59, co widziało kilku oficerów i marynarzy wachtowych niemieckiego okrętu podwodnego U-53,co miało miejsce wieczorem dnia 7 kwietnia 1918 roku, na pozycji 18053’E - 040002’N.

W obydwu przypadkach ani Rosjanie, ani Włosi[2]) nie przyznali się do zestrzelenia tych sterowców – a przecież propagandyści krajów Ententy nie omieszkaliby wykorzystać tych faktów do podniesienia morale swych wojsk!... Podobny los spotkał także sterowiec LZ-101, który w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął gdzieś nad Afryką.[3]) O losach sterowców pisałem w moim opracowaniu pt. „Ufologia a polityka” (Jordanów, 1991 – skrypt), w której sądziłem, że za tymi wydarzeniami stoją jednak Ufici.

Skąd się wziął lód w atmosferze?

O takich lodowych fenomenach pisał swego czasu Charles Fort w swych pracach, a zatem rzecz nie jest nowa. Atmosferyczny lód jest jednym z fenomenów forteańskich. Ostatnia hipoteza zamieszczona na łamach „Wiedzy i Życia” nr 2/2000 głosi, że w ciągu każdej doby, przeciętnie w atmosferę Ziemi przenika od 20 do 30 lodowych mikrokomet, które eksplodując na wysokości około 25 km nad Ziemią, tworzą w jej atmosferze fenomen perłowych obłoków (pearl clouds), podobnie jak mikrometeoroidy towarzyszące „normalnym” kometom tworzą wiszące na wysokości 80 km srebrzyste obłoki (silver clouds). Skoro tak, to mamy wyjaśnienie niektórych dziwnych katastrof lotniczych właśnie w ten sposób: samoloty te miały nieszczęście znaleźć się w rejonie spadku takiej lodowej mikrokomety, która wybuchowo zamienia się w perłowy obłok, zaś odłamki rozlatują się na wszystkie strony, rażąc wszystko, co znajduje się na ich trajektorii, z prędkościami naddźwiękowymi. Uderzenie takiego odłamka lodowego pocisku w jakąkolwiek część lecącego z prędkością przydźwiękową – od 0,7 do 0,9 Ma -  samolotu, musi się skończyć dlań fatalnie! To fizyczny pewnik!

Jest w tym wszystkim aspekt pozytywny, a mianowicie: lód to zamarznięta woda. Jeżeli codziennie na Ziemię spada 20 - 30 takich lodowych mikrokomet, to rocznie jest ich od 7300 do 10.960 sztuk! Niech każda z nich niesie tylko 1 tonę wody, to naszej staruszce Ziemi przybywa rocznie kilkanaście tysięcy ton wody i pyłu kometarnego. Do czego zmierzam? Ano do tego, że część z tego ładunku przechwytuje także nasz Księżyc i wobec tego woda na Księżycu   b y ć   m u s i ! I nie tylko tam, bo na Marsie i innych planetach Układu Słonecznego.

Oczywiście takie lodowe mikrokomety stanowią śmiertelne zagrożenie dla naszych lotów kosmicznych i orbitalnych, czego dowodem jest zamilknięcie kilkunastu sztucznych satelitów Ziemi. Jak dotąd żadna taka kometa nie uderzyła w MIR-a czy ISS, albo w któryś z promów kosmicznych, ale czy to oznacza, że taki wypadek nie może się wydarzyć???... Te sztuczne satelity, które zamilkły, wcale nie musiały być porwane przez UFO – wystarczyło zderzenie z lecącą przez Kosmos bryłą lodu. Z powierzchni Ziemi zjawisko takie powinno się przedstawiać, jako silny błysk światła. I tu rzecz ciekawa – takie błyski obserwowano i to niejednokrotnie! Dnia 3 maja 1994 r. około godziny 18:30 GMT, nad Zieloną Górą dostrzeżono bardzo silny błysk biało – niebieskiego światła – około –4m,00 na wysokości orbity wokółziemskiej. Miejscowy astronom – prof. dr hab. Janusz Gil  z tamtejszej WSP stwierdził, że mógł to być nawet wybuch atomowy!... podejrzewam, że było to zderzenie jakiegoś satelity z taką lodowo-pyłowo-śniegowa „pigułą”...

Inny przypadek obserwacji niezwykłego, biało – niebieskiego błysku odnotowano w Jordanowie,  dnia 19 stycznia 1996 roku,  o godzinie 18:04 GMT, o jasności wynoszącej co najmniej -2m,5...-3m,00. Początkowo wraz z moim słowackim przyjacielem dr Milošem Jesenským sądziliśmy, że eksplodowały na orbicie jakieś resztki broni masowego rażenia, które pozostały po Wielkim Konflikcie Bogów – Astronautów sprzed 12.000 lat, ale teraz po skojarzeniu wyżej opisanych faktów czujemy się zmuszeni do częściowej zmiany naszych poglądów.[4])

Co można zrobić, by uniknąć tego niebezpieczeństwa? No cóż – najlepiej byłoby zmniejszyć ruch lotniczy na najwyższych wysokościach, ale nasza cywilizacja niestety – nie może się bez tego obejść... Myślę, że to problem dla konstruktorów lotniczych. Zjawiska forteańskie są realną rzeczywistością i – jak widać – potrafią być wyjątkowo groźne! Miejmy nadzieję, że są jednak tylko wyjątkami, a nie regułą.

* * *

Czy czynnik ten istnieje naprawdę, czy nie – tego nie udało się stwierdzić. W dalszym ciągu nie wiemy, co powoduje powstanie chmur perłowych. W dalszym ciągu nie wiemy, czy spadające z nieba bryły lodu to szczątki lodowych mikrokomet, czy jeno zamarznięte nieczystości, które odrywają się od kadłubów samolotów i spadają na nasze niwy.




A tak by the way, to czy nie mogło stać się tak, że prezydencki Tu-154M oberwał nad Smoleńskiem fatalnego dlań ranka 10 kwietnia 2010 roku, jakimś właśnie takim kawałem kosmicznego lodu z wiadomym skutkiem? Zdaje się, takiego scenariusza nikt nie brał pod uwagę. Lodowa bryła stopniała i nie zostało po niej śladu, a odium winy zrzucono na Rosjan, hel, rakiety, bomby, a nawet na UFO i Bogu ducha winną brzozę, którą ścięto… Oczywiście jest to tylko luźna uwaga, bo osobiście stawiam na tzw. czynnik ludzki, który miał największy (jak nie jedyny) udział w tej katastrofie. Dowodem na to jest fakt, że pomimo dobrego działania automatyki, która do końca ostrzegała pilotów – PULL UP! – PODERWIJ MASZYNĘ! – kontynuowano procedurę lądowania. Wbrew ostrzeżeniom, wbrew warunkom pogodowym, wbrew elementarnemu zdrowemu rozsądkowi. Jak się to skończyło – wszyscy wiemy.   

Sprawa katastrofy Concorde’a też znalazła swe wyjaśnienie i okazało się, że uległ on katastrofie tylko i wyłącznie wskutek usterek technicznych, niedoróbek przeglądu technicznego maszyny i nieszczęsny pasek metalu z innej maszyny był tylko wyzwalaczem nieszczęścia.

A zatem sprawa czynnika pozaatmosferycznego pozostaje nadal otwarta i nie przesądzajmy sprawy, że jej nie ma…  



[1] Project Super Sonics Transport – Projekt Transport Ponaddźwiękowy.
[2] W czasie I wojny światowej Włochy walczyły przeciwko kajzerowskim Niemcom w składzie Ententy.
[3] Zob. w „UFO” nr 3(7), 1991.
[4] Miloš  Jesenský – Bohové atomowých válek, Ústi nad Labem 1998, przekład Robert K. Leśniakiewicz – w Internecie na stronie - http://hyboriana.blogspot.com/2012/07/bogowie-atomowych-wojen-1.html

wtorek, 11 grudnia 2012

SPRAWA NR 021/X – KATASTROFY LOTNICZE: POZAZIEMSKI CZYNNIK? (1)



Ten artykuł powstał dzięki lekturze materiału Grażyny Fossar i Franza Bludorfa o nieznanym czynniku mającym wpływ na bezpieczeństwo ruchu lotniczego, które zamieścił „Nieznany Świat” w numerze 9/1999. Autorzy analizując katastrofy lotnicze doszli do wniosku, że co pewien okres czasu – wynoszący 194 dni – dochodzi do jakiegoś spektakularnego wypadku czy nawet katastrofy w ruchu powietrznym – głównie na trasach Europa – Ameryka Pn. – bowiem dziennie przelatuje tam kilkaset maszyn, co potęguje możliwość wystąpienia jakiegoś wydarzenia na przeładowanych pasach dróg lotniczych.

Niejednokrotnie zastanawiałem się nad katastrofami lotniczymi, które zostały spowodowane przez inny czynnik, niż niesprawność techniczna statku powietrznego. Powodem tego była seria katastrof samolotów, która wydarzyła się w późnych latach 90. i której ofiarami padły setki ludzi.

W lipcu 2000 r. świat zbulwersowała tragedia najszybszego samolotu pasażerskiego – angielsko - francuskiego Concorde, uchodzącego dotąd także za najbezpieczniejszą maszynę komunikacyjną na świecie. Jak na razie, to nikt nie wie, co było przyczyną jego katastrofy. Rozpatruje się najdziksze nawet hipotezy – od sabotażu do... kawałka metalu na runway’u lotniska, który najpierw rozorał oponę samolotu, a potem przebił zbiornik paliwa w skrzydle. Wyciek ten spowodował powstanie mieszanki paliwowo – powietrznej, która zapaliły gazy spalinowe z silników, co doprowadziło do pożaru i katastrofy... Hipoteza jak hipoteza – znam gorsze. Tłumaczy ona jedynie jeden znany fakt, a jest ich znacznie więcej i nie wszystko da się wyjaśnić w oparciu o „hipotetyczny kawałek metalu”...

Osobiście najbardziej zdumiewającym był przypadek katastrofy Boeinga 747 Jumbo Jeta, samolotu linii TWA, lotu  oznaczonego jako TWA-800, który spadł do Atlantyku nieopodal Nowego Jorku w dniu 17 sierpnia 1998 roku, lecąc z Nowego Jorku do Paryża. Przypadek ten do dziś dnia jest otoczony mgłą tajemnicy. Nie ocalał nikt z 230 osób na jego pokładzie, by dać świadectwo temu, co się działo w chwili katastrofy, a umarli mają przywilej milczenia. Czarne skrzynki niewiele powiedziały specjalistom od katastrof lotniczych z TWA, FAA i FBI. Pojawiło się kilka wersji śledczych, z których jedna zakładała nawet to, że Jumbo Jet  został po prostu zestrzelony rakietowym pociskiem plot. Stinger, wystrzelonym z przenośnej wyrzutni przez nieznanego terrorystę. Hipoteza ta wygląda prawdopodobnie tylko na pierwszy rzut oka, bo: po pierwsze – do zamachu nie przyznała się żadna grupa terrorystyczna czy jakieś inne ugrupowanie ekstremistyczne, a takowe przyznanie się jest m.in. środkiem działania terrorystów i jednym z celów, który chcą oni osiągnąć – nagłośnienie ich sprawy; po drugie – na pokładzie nie było żadnego VIP-a, a trudno przypuścić, by celem byli tylko turyści i biznesmeni. Ostatecznie turyści także czasami stają się celem ataku terrorystycznego – jak to bywało w Europie i na Bliskim Wschodzie, ale wtedy zamachowcy deklarowali swe programy i żądania i było wiadomo, kto za tym stoi. W przypadku TWA-800 nie było czegoś takiego. A zatem pozostały trzy możliwości:
·        błąd pilota;
·        ukryta wada konstrukcyjna samolotu;
·        atak UFO, i...
jako punkt czwarty mogę dodać od siebie – bo trzy pierwsze zaproponowały media:
·        ... działanie innego czynnika poza-atmosferycznego.
Daruję sobie analizowanie dwóch pierwszych, bo jest to typowy, przysłowiowy worek bez dna, w który można pomieścić wszystko i nic nie wyjaśnić.

Punkt trzeci – czyli ingerencja UFO – ma jakiś sens. UFO w rozumieniu pojazdów Obcych czy jak kto woli – Kosmitów – mogłoby doprowadzić do tej katastrofy, bo wystarczyłoby porazić jego instalację elektryczną albo tylko cztery komputery pokładowe Jumbo Jeta, by doprowadzić do katastrofy. Operatorzy radaru w wieży kontrolnej New York La Guardia Airport widzieli na swych ekranach echo TWA-800 i lecącego w jego stronę jakiegoś obiektu, który potem zniknął, kiedy nad samolotem zamykały się fale oceanu – stąd poszła wersja ze Stingerem, którego miałby wystrzelić ktoś z Bronx’u. Rzecz w tym, że FBI nie potwierdziło tego przypuszczenia – po prostu nie udało się znaleźć   ż a d n e g o   śladu ani żadnego świadka na poparcie powyższej hipotezy. Jednakże w świetle tego, co zdarzyło się 11 września 2001 roku, hipoteza ta powinna być zweryfikowana ponownie.

Pozostał zatem czynnik pozaatmosferyczny. W jednym z moich artykułów opublikowanych na łamach „Nieznanego Świata” nr 8/2000 postawiłem hipotezę, że nieszczęsny Jumbo Jet został trafiony nie tyle przez Stingera, ale przez... lodowy meteor czy fragment lodowego jądra mikrokomety, która wpadła w atmosferę ziemską, na wysokości 20 – 25 km detonowała powodując powstanie tzw. „perłowego obłoku”, a jeden z jej odłamków mógł trafić w samolot z wiadomym efektem. Hipoteza ta jest o tyle elegancka, że wyjaśnia dokładnie dlaczego operatorzy radaru na La Guardia widzieli obiekt lecący w kierunku TWA-800, który się z nim zderzył. To mogła być taka niewielka kula lodowa, lecąca już w atmosferze z prędkością zbliżoną do prędkości Stingera czyli około 3 – 5 Ma. Kilka kilogramów brudnego lodu uderzającego w samolot z prędkością spotkaniową od 4 do 6 Ma jest w stanie wyrządzić ogromne spustoszenia w konstrukcji statku powietrznego, co    m u s i   się skończyć tylko w jeden sposób – spadkiem stratolinera na dno Atlantyku...

Równie tajemnicza była katastrofa szwajcarskiego Airbusa MD-11 z lotu SWI-111 na trasie z Nowego Jorku do Genewy, który poleciał w wody Peggy’s Cove u wybrzeży Kanady, w dniu 2 września 1998 roku. Na jego pokładzie znajdowało się 229 osób – nie przeżył nikt...

Podobnie rzecz się miała z egipskim Jumbo Jetem, który w niewyjaśnionych do dziś dnia  okolicznościach spadł do Atlantyku w październiku 1999 r. Ostatnie słowa kopilota ponoć brzmiały: Spadamy! Insz’ Allach!!!  I to wszystko! Oczywiście zrozumiałym jest, że  II pilot, który był widocznie praktykującym muzułmaninem wzywał Allacha w obliczu śmierci, ale zasadnicze pytanie brzmi:   j a k i e j   śmierci? W ciągu fatalnych dla samolotu dwóch minut nieobecności kapitana, który poszedł do toalety, kopilot w ostatnich sekundach przed katastrofą wyłączył autopilota, zdławił przepustnice czterech silników Boeinga i wprowadził samolot w lot niemalże nurkowy. Jumbo Jet  jest w stanie wytrzymać wiele, ale nie lot nurkowy z prędkością >1 Ma, a tyle właśnie miał na liczniku w ostatnich chwilach swego lotu... Przed czym uciekał egipski pilot? – bo to, że to był manewr unikowy jest oczywiste. Być może i ten samolot znalazł się pod ostrzałem lodowych kul wielkości piłki plażowej i masie do 10 kg – a takie spadały m.in. w Belgii, Hiszpanii i Italii na początku 2000 roku, o czym pracowicie informował nas red. Andrzej Zalewski z EKO Radia PR-1 w swych wejściach antenowych.  I jedna z nich, albo kilka trafiły w samolot... A trafiony takimi pociskami samolot może tylko lecieć w jednym kierunku – w dół. Dokładnie tak, jak leciał nieszczęsny Jumbo Jet lotu KAL-007 po trafieniu go tylko jedną radziecką rakieta klasy powietrze – powietrze owej fatalnej dla ponad dwustu osób nocy 31.VIII/1.IX.1983 r. NB, wydaje mi się, że Sowietom chodziło w tym przypadku nie o nieszczęsnego KAL-007, ale o kierujący szpiegowską operacją „latający radar” – samolot E3A Sentry AWACS.[1]) Obie maszyny różni jedynie umieszczony na grzbiecie „grzyb” anteny radarowej. Pilot sowieckiego myśliwca przechwytującego zorientował się o pomyłce w chwili, kiedy KAL-007 walił się już w fale Pacyfiku i stąd jego wykrzyknik: Jołki – połki! Trafiłem pasażera![2]) Gdyby strącił AWACS-a, ten wykrzyknik brzmiałby chyba inaczej – nieprawdaż? Byłoby to cos w rodzaju – Dostałem drania!!! czy coś w tym guście – wszak zestrzelił wrogi samolot wykonujący krecią robotę nad jego ojczyzną – i dlatego mu się nie dziwię. Piszę te słowa bez ironii. Takie były właśnie realia Zimnej Wojny. Podobnie chyba zareagował dowódca krążownika przeciwlotniczego USS Vincennes, który z kolei zestrzelił irańskiego Jumbo Jeta w Zatoce Perskiej...

Powróćmy do tematu. Podobna katastrofa wydarzyła się w Mongolii, gdzie spadł na ziemię samolot Y-12 linii MIAT z 26 osobami na pokładzie, zaraz po starcie z lotniska w mieście Erdenet, w dniu 26 maja 1998 roku. Przypadek ten przypomina dość dokładnie katastrofę Concorde’a w Paryżu z lipca 2000 r. ...

31 marca 1998 r. samolot turbośmigłowy linii Emerald Air lądował awaryjnie na lotnisku w Anglii z powodu pożaru silnika z niewiadomej przyczyny.

I tak dalej, i temu podobnie. Przypadki tego rodzaju można by mnożyć, ale nie o to w końcu chodzi. W konkluzji swego artykułu Grażyna Fossar i Franz Bludorf dochodzą do wniosku, że za te katastrofy odpowiedzialne są UFO i stojąca za nimi Inteligencja, a na dowód przytaczają relację załogi Boeinga 747-300 lotu SWI-127 na trasie Filadelfia – Zurych, która widziała, jak w odległości około 50 m od burty ich stratolinera przeleciało jakieś świetliste ciało, omal się z nim nie zderzając... Oczywiście! – z punktu widzenia ufologów wszystko jest w najlepszym porządku – to świetliste coś było de facto UFO, boż załoga nie była w stanie stwierdzić, czym ono naprawdę było! A z drugiej strony wcale to nie musiał być pojazd Obcych z Kosmosu czy Agharty! Mógł to być najzwyklejszy w świecie kometarny lód, który wtargnął w ziemską atmosferę pod kątem 10o...20o  - a zatem w tzw. korytarzu wejściowym w atmosferę albo korytarzu zejściowym z orbity, co umożliwiło mu wejście w atmosferę Ziemi i przelot obok lecącego na wysokości 12.000 m stratolinera... A przecież wystarczył minimalny ruch sterami kierunku i po SWI-127 pozostałyby jedynie pływające szczątki u wybrzeży Stanów Zjednoczonych.

CDN.


[1] Airborne Warning And Control System – Napowietrzny System Kontroli i Ostrzegania.
[2] Według wersji zaprezentowanej przez  „Newsweek” z września 1983 r. oraz „Le Monde” z września 1993 r.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Kolejna niezwykła ofiara Tatr?


Widok na Małołączniaka i Wielką Turnię z Doliny Małej Łąki (Fot. A. Smaczyło)


We wtorek, 4 grudnia 2012 roku, wyszedł w góry i już nie wrócił turysta z Mazowsza. Tak o tym podawały media:


Mieszkaniec Mazowsza wyszedł z hotelu i zaginął. Mógł wyruszyć w Tatry

Policjanci i ratownicy TOPR prowadzą poszukiwania 50-letniego mężczyzny, który nocował w Zakopanem i prawdopodobnie wyruszył w Tatry.
Mężczyzna nocował w jednym z zakopiańskich hoteli. Ostatni raz był widziany 2 grudnia.
- O tym, że mężczyzna zniknął dowiedzieliśmy się od pracowników hotelu - informuje podinspektor Kazimierz Pietruch, rzecznik prasowy zakopiańskiej policji. - Rozpoczęliśmy poszukiwania. Rodzina zaginionego twierdzi, że mężczyzna ten lubił chodzić w góry. Istnieje więc prawdopodobieństwo, że poszedł na wycieczkę w Tatry.
Pojawiła się też informacja, że taksówkarz zawiózł zaginionego do Dol. Małej Łąki. Nie udało się jednak jak na razie potwierdzić tej informacji. Poszukiwania mężczyzny w Tatrach prowadzą ratownicy TOPR. ("Tygodnik Podhalański")

*

Poszukiwania turysty w Tatrach

Ratownicy TOPR wznowili w sobotę w Tatrach poszukiwania 52-latka z województwa mazowieckiego, który w minioną niedzielę wyszedł z hotelu w Zakopanem i ślad po nim zaginął. Policja ustaliła, że w niedzielę taksówka podwiozła turystę w okolice wejścia do Doliny Małej Łąki.
- Trzy zespoły ratowników przeszukują okolice szlaków w rejonie Doliny Małej Łąki, jednak nie ma pewności czy mężczyzna na pewno jest w górach. Na to wskazuje miejsce, w jakim ostatni raz był widziany przez taksówkarza - powiedział ratownik dyżurny Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego Jakub Hornowski.
Informacje o zaginięciu turysty policja otrzymała w poniedziałek z recepcji hotelu, w którym nocował mężczyzna. - Po kontakcie z rodziną, przyjęliśmy zgłoszenie o zaginięciu - powiedział rzecznik zakopiańskiej policji Kazimierz Pietruch.
We wtorek sprawdzono tatrzańskie schroniska, ale w żadnym z nich poszukiwany turysta nie był. W czwartek i piątek ratownicy TOPR prowadzili poszukiwana w okolicy Czerwonych Wierchów, Giewontu i Doliny Małej Łąki.
W sobotę w Tatrach panują typowo zimowe warunki turystyczne - szlaki pokrywa śnieg, a termometry wskazują 15 stopni mrozu. W górach obowiązuje pierwszy, najniższy stopień zagrożenia lawinowego. (Onet.pl, WP.pl, Interia.pl)

*

W Tatrach wznowiono poszukiwania turysty który zaginął 5 dni temu – podało radio RMF FM. 20 ratowników TOPR szuka mężczyzny, lekarza z Mazowsza, który 2 grudnia wybrał się w góry. Jak ustalono, zaginiony wyszedł z hotelu i pojechał taksówką do wylotu doliny Małej Łąki. Stamtąd najprawdopodobniej wyruszył w kierunku Giewontu. Zaginiony ma ok. 50 lat. (Gazeta Krakowska)

*

Turysta w Tatrach wciąż nie odnaleziony

Ratownikom TOPR wciąż nie udało się odnaleźć 52-letniego turysty, który zaginął w Tatrach. Przez cały dzień poszukiwało go blisko 20 toprowców.
Poszukiwania w Tatrach. Jutro do akcji włączy się 20 ratowników
Patrole wyruszyły do Doliny Małej Łąki, a także na Halę Kondratową. Przeczesały rejon Giewontu i Czerwone Wierchy. Ratownicy zjechali nawet na linie północną ścianą Giewontu. Niestety nie udało się natrafić na ślad turysty. 52-letni lekarz z mazowieckiego wyszedł z hotelu 2 grudnia. Nikogo nie powiadomił gdzie się wybiera. Dopiero wczoraj policji udało się ustalić, że prawdopodobnie taksówka pojechał do wylotu Doliny Małej Łąki.
Rodzina twierdzi, że lubi chodzić po górach. Nie ma jednak pewności, że rzeczywiście wyruszył w Tatry. (RMF-24)

* * * 

Nie byłoby w tym niczego dziwnego gdyby nie fakt, że osoba ta zaginęła właśnie w okolicy Czerwonych Wierchów i jednostki Giewontu. Na ten temat pisałem w mojej książce „Projekt Tatry” (Kraków 2002), w której zasugerowałem możliwość porwania kilkunastu osób przez UFO i Ufonautów właśnie w tym rejonie. Oczywiście osoba ta mogła zginąć w jakiś „normalny” sposób – np. z wychłodzenia organizmu, nagłego wyczerpania czy upadku z wysokości, ale w takim przypadku znalezione zostałyby jej zwłoki – prędzej czy później. Zakładając zatem, że ów mężczyzna rzeczywiście poszedł w góry i tam zaginął lub zginął w nietypowy sposób, to wypadek ten podpada pod określony schemat zarysowany w mojej pracy.

Widok na Giewont z Doliny Małej Łąki (Fot. A. Smaczyło)

Przypomina mi się głośna sprawa tzw. „Poznańskiej Piątki” z 1991 roku, kiedy to w śnieżycy na Czerwonych Wierchach zginęły cztery osoby, a piątej nie odnaleziono do dnia dzisiejszego. A zatem nie pozostało nam nic innego, jak czekać do wiosny. Być może ciało tego nieszczęśnika „objawi” się spod śniegu i będziemy się tylko zastanawiali nad przyczynami jego śmierci…  
Czekam na dalsze wieści z gór.