Powered By Blogger

poniedziałek, 4 listopada 2013

INCYDENT SALTA ‘95



Incydent w Salta (Argentyna), tak jak wiele innych przypadków na styku ufologii i militarnej aktywności Supermocarstw, stał się incydentem, który po obrośnięciu w coraz to nowe tajemnicze szczegóły i szczególiki rozpoczął samodzielny żywot, jako Legenda. Dokładnie jak w przypadku Ufokatastrofy w Roswell ‘47, Ufokatastrofy na Spitzbergenie ‘53 czy Ufokatastrofy na Kaukazie chodzi o misternie stworzony ufologiczny humbug, którego celem jest zamaskowanie właściwej tajemnicy. Tajemnicą tą jest najczęściej amerykańska, radziecka/rosyjska, chińska, czy w ogóle inna aktywność wojskowa czy kosmiczno-militarna w różnych punktach globu. Coś podobnego miało miejsce w prowincji Salta w Argentynie.

Sprawę tą ruszył znany warszawski ufolog – Kazimierz Bzowski, który zwrócił się do mnie z zapytaniem, czy wiadomo mi coś na temat katastrofy trójkątnego UFO w Argentynie w dniu 17 sierpnia 1995 roku. Ów NOL miał mieć niemal 200 m długości, zaś w rezultacie jego spadku zginęło około 200 Obcych. Nie zainteresowało mnie to zbytnio, ale dla zasady i na prośbę pana Bzowskiego zapytałem moich amerykańskich kolegów – Alberta Rosalesa z USA, Màrio Rangela z Brazylii, Fábio Allesa Zerpę oraz Francisco Fazio Baisa z Argentyny i kilku innych – czy jest im coś wiadomo na ten temat.

Po kilku godzinach otrzymałem całą serię odpowiedzi. Wynikało z nich, że faktycznie było takie wydarzenie w Argentynie, i pojawiła się nazwa miasta Salta w tekście Scotta Corralesa, który dostałem w hiszpańskiej i angielskiej wersji językowej. A oto streszczenie angielskiego tekstu mówiącego o incydencie w prowincji Salta:


Relacja Scotta Corralesa


Potwierdzono, że w dniu 17 lub 18 sierpnia 1995 roku doszło do ufokatastrofy w okolicach miasta Salta w Argentynie, która została dokładnie ukryta. Incydent wydarzył się w okolicach góry El Crestón koło miasta Metán w prowincji Salta. Tysiące ludzi widziało, jak UFO manewruje... trafiony rakietowym pociskiem przeciwlotniczym klasy powietrze – powietrze z nieznanego samolotu o trójkątnym kształcie, i spadł z nieba. W godzinę potem, mały samolot przelatując nad miejsce katastrofy także spadł na ziemię. Pilot zeznał potem, że wpływ energii elektromagnetycznej zmusił samolot do awaryjnego lądowania.

W międzyczasie miejsce ufokatastrofy zostało otoczone kordonem wojska argentyńskiego i obcych żołnierzy (z NASA lub DELTA), którzy osłaniali operację zaciemniania sprawy. Nie mogliśmy osobiście zobaczyć miejsca katastrofy ze względu na ogromne odległości, które musielibyśmy pokonać, ale dzięki swoim kontaktom udało się nam dowiedzieć, że wśród szczątków wraka pojazdu znaleziono dziwnie wyglądające zwłoki... NOL był w kształcie dysku i mierzył około 600 stóp (200 m) średnicy. Pogłoski mówiły o 200 martwych Ufitach, którzy zostali przesłani do Mendozy, a dalej samolotem do USA.

Badacz UFO – Guillermo Aldunati – jeden z największych argentyńskich ufologów i autor zacytowanego powyżej faksu nie był w stanie prowadzić dochodzenia, a to ze względu na odległość – ponad 500 mil (ponad 800 km) jak to wynikało z faksu, ale implikacje tego faktu wystarczyły, by przyprawić kogoś o ból głowy. Obraz niesamowitej bitwy powietrznej nad pampasami pomiędzy nieprawdopodobnymi statkami powietrznymi został bardzo szybko zmieniony w płytką, wygasającą sensację. Cała historia przypominać zaczęła rychło jakiś epizod filmowy, boż ani nawet najpotężniejsze mocarstwo światowe czy najściślejsza konspiracja nie byłoby w stanie schować bez śladu 200 martwych ciał Kosmitów przed publiką.

Tym niemniej, coś dziwnego i tajemniczego zdarzyło się w tym odległym, północnym regionie Argentyny, na co dowodami są relacje ludzi i storturowany krajobraz – cokolwiek uderzyło wtedy w grunt, zmiotło tamtejszą roślinność i pozostawiło głębokie blizny na okolicznych wzgórzach. Impakt tego obiektu spowodował silne wahnięcie się sejsmografów i sejsmometrów w odległości 90 mil (144 km) od jego epicentrum.

Zgodnie z doniesieniami prasowymi, grupa poszukiwawczo-ratunkowa z Rosario de Lerma, położonego 150 mil (240 km) od miejsca katastrofy, udała się na miejsce w celu podjęcia akcji ratowniczej. «nie mieliśmy pojęcia, co tam się stało» - twierdzi Pedro Olivera, szef zespołu ratowniczego. Olivera stwierdził potem, że oficjele wypowiedzieli się za członkami jego grupy, że «nieznany obiekt eksplodował w powietrzu», ale nie dodali niczego dalej. Ekipa ratunkowa odwiedziła Cerrillo, La Merced, Carril i inne miasta, zatrzymując się w każdym i znajdując podekscytowanych świadków, którzy opowiadali im o niezwykłym spektaklu na niebie, a następnie eksplozji oraz drżeniu ziemi pod ich stopami.

Ufo nad Cachi

NL nad Cachi

UFO nad selwą


Jak w Tungusce...


Ekipa Olivery poczuła się nieswojo, kiedy wreszcie dotarła do podnóża góry Mt.Crestón o wysokości 9.000 stóp (ok. 3.000 m), gdzie zobaczyli zniszczoną roślinność i zmiażdżone skały, zaś pośrodku zniszczonego obszaru znaleźli oni jakiś metaliczny obiekt, od którego odbijały się promienie słoneczne. Ratownicy powiadomili przez radio swych przełożonych oznajmiając im, że znaleźli ten obiekt. Bez żadnych dalszych wyjaśnień przełożeni polecili ekipie przerwać akcję i wycofać się do bazy.

Ale na tym się nie skończyło, bo 18 sierpnia 1995 roku, wieśniacy i mieszkańcy miasteczek opowiadali o samochodach terenowych, którymi jechali jacyś ludzie mówiący po angielsku, zmierzających na miejsce katastrofy. Relacja anonimowego pracownika technicznego Uniwersytetu w Salta jest szczególnie ciekawa: najwidoczniej cudzoziemska ekipa miała wsparcie z lokalnego uniwersytetu oraz specjalistów z pobliskiej elektrowni jądrowej. Cudzoziemcy – wedle tego oświadczenia – przywieźli z miejsca katastrofy kawałki cienkiego, metalicznego materiału przypominającego aluminium. Metal ten odkształcony, szybko powracał do poprzedniego kształtu i miał niezwykłą konsystencję. Kontakt ten stwierdził ponadto, że wszyscy pracownicy zostali poinstruowani, iż znalezione fragmenty są odłamkami meteorytu, które zostaną pokazane przedstawicielom mediów.

Raúl Cordóba – dziennikarz z Salta – udzielił w dniu 1 września 1995 roku wywiadu stołecznemu dziennikowi «Buenos Aires Crónica», w którym oświadczył on, że «... nie ma żadnych wątpliwości, co do tego, że personel NASA chciał ukryć prawdę w towarzystwie uczonych z Narodowego Uniwersytetu w Salta, który jest zazwyczaj wciągany w tego rodzaju działania i nie opowiada się z nich przed nikim.»

A co z pilotem, o którym wspomina faks pana Aldunati’ego? Nazywa się on Antonio Galvagno, jest rolnikiem, który latał od farmy do farmy rozpytując ludzi o to wydarzenie. Wszyscy świadkowie zgadzali się, co do opisu obiektu: wielki, srebrzysty, w kształcie rury czy walca, który eksplodował w powietrzu przed uderzeniem w ziemię.

Kiedy przelatywał on swym małym samolotem pomiędzy dwoma wzgórzami, to zauważył pas spalonej roślinności. Wyglądało to według jego słów tak, jakby ktoś nalał benzyny w prostej linii i podpalił ją. Galvagno wylądował na noc z postanowieniem zbadania intrygującego obszaru następnego ranka. Kiedy wystartował następnego dnia, stało się coś nieprzewidzianego: dwa silniki jego maszyny raptem stanęły, zaś samolot zleciał ze swego pułapu tak, jakby znajdował się w próżni. Galvagno miał wylatane 600 godzin za sterami i tylko dzięki doświadczeniu udało mu się wylądować na stoku wzgórza.


A zatem UFO?


Tego nie wie nikt. Mówi się, że mógł to być meteoryt, NOL, nowy super-tajny samolot, satelita szpiegowski czy wreszcie amerykański ćwiczebny ICBM. Oczywiście każde z tych wyjaśnień może być prawdziwe. Mnie zaciekawiły tutaj podobieństwa do znanych mi niezwykłych incydentów, których autentyczności nikt nie kwestionuje, i tak:

1.       Istnieje podobieństwo w opisach tej ufokatastrofy z obserwacjami dokonanymi w czasie przelotu nad naszym krajem Wielkiego Bolidu Polskiego w dniu 20 sierpnia 1979 roku – UFO w kształcie rozpłomienionego walca czy rury;
2.      Istnieje pewne podobieństwo w opisach z obserwacjami dokonanymi w dniu 30 czerwca 1908 roku – chodzi o kształt słynnego Meteorytu Tunguskiego i eksplozję, która zakończyła żywot obu tych obiektów;
3.      Istnieje podobieństwo pomiędzy kształtami zniszczeń roślinności w przypadkach Salta i Tunguskim;

Zatem można stwierdzić, że mogło to być zjawisko   tego samego  typu i z tej samej parafii. Wydaje się zatem, że mamy do czynienia ze zjawiskiem   podobnym   fenomenologicznie do słynnego Meteorytu Tunguskiego, ale nie tożsamym. Obecność Amerykanów – bo w grę mogli wchodzić tylko Amerykanie – jest znamienna i oczywista. Oni tam już byli, bo wiedzieli, że do tego wydarzenia dojdzie!

Co to zatem być mogło? – albo była to nowa technologia testowana w największej tajemnicy – wszak takich przypadków w Argentynie musiało być więcej, co niejednoznacznie wynika z opinii red. Cordóby, a co oznacza, że Argentyna jest wykorzystywana przez Amerykanów jako poligon kosmiczny (zrzutowisko kosmicznego złomu, lądowisko sztucznych satelitów czy tajnych stacji kosmicznych CIA, NSA, itp. agencji), poligon lotniczy dla ultra-tajnych samolotów czy pojazdów suborbitalnych i orbitalnych z napędem nuklearnym (całkiem prawdopodobne), albo wreszcie technologii rodem ze Strefy-51 (antygrawitacja, napęd MHD, itp.).


Także i w Europie Środkowej


Nawiasem mówiąc, to przypomina mi się tajemnicze wydarzenie z poligonu koło Węgorzewa, kiedy to wieczorem 15 marca 1995 roku (też 1995 roku!!!) spadł tam dziwny, dyskokształtny obiekt, który został zabrany stamtąd przez żołnierzy GROM-u i jakichś cywilów. Kto wie, czy nie byli to pracownicy CIA wykonujący zlecenie NASA, albo pracownicy NASA lub wojskowi z USAF lub – co jest najbardziej prawdopodobne – z US Space Forces, którzy po prostu zabrali z Węgorzewa swoją zabawkę i wyjechali z nią do Stanów? W kontekście tego, co opisali Argentyńczycy taki scenariusz wcale trzyma się kupy...

Nieco wcześniej mieliśmy podobny przypadek w Jerzmanowicach pod Krakowem. Sprawa jest znana, więc poprzestanę jedynie na przypomnieniu daty – 14 stycznia 1993 roku.

Jak widać, wydarzenia z Argentyny mają swój odpowiednik u nas w Polsce. Także na Słowacji mieliśmy tajemniczy przypadek zabrania artefaktu z podziemi Koszyc – chodzi o słynny przypadek zabrania tzw. Radioartefaktu Koszyckiego w sierpniu 1996 roku, który to incydent został opisany na łamach „Nieznanego Świata” przez dr Miloša Jesenský’ego, a także w jego książce pt. „Bohové atomových válek” (Ústi nad Labem 1998). W tym przypadku mogło chodzić o przedstawicieli rosyjskiego GRU czy ANB lub wojskowych z  Космических Войск РФ... Nie zapominajmy bowiem, że Słowacja w tym czasie jeszcze należała do strefy wpływów Federacji Rosyjskiej.

Podsumowując można tylko powiedzieć, że wyścig technologiczny trwa i wszystkie strony tych zawodów: USA, Rosja, Chiny, UE, Japonia i Brazylia zrobią wszystko, by osiągnąć choć minimalną przewagę. W tym wyścigu minimalna przewaga przelicza się na miliardy dolarów, rubli, jenów czy euro, więc NASA, RAK, ESA czy inne agencje kosmiczne mają się o co bić. Opisane powyżej wydarzenia wydają się to potwierdzać.

Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy. W prowincji Salta odnotowuje się wiele Obserwacji Dalekich i Bliskich Spotkań w „prawdziwymi” UFO. Dla mnie jest to dowód wprost na to, że dzieje się tam coś tajemniczego, co ma związek z Kosmosem i energią jądrową, a to z kolei przyciąga NOL-e i Ufitów jak magnes. Wygląda na to, że jak w przypadku USA, UE, Rosji czy Turcji, co kiedyś opisałem na stronach „Nieznanego Świata” – Oni pilnują naszych poczynań i śledzą nas na każdym kroku, dbając przede wszystkim o swoje własne bezpieczeństwo...


Opinia eksperta


      Pisze do mnie Kazimierz Bzowski w e-mailu z dnia 4 czerwca 2004 roku:

Ponieważ Robert Leśniakiewicz wysyła maile do Was wszystkich, nie tylko do mnie, wydaje mi się, że należy się również i Wam garść uwag z mojej strony odnośnie poruszonego incydentu z Argentyny z 1995 r.
Nie mam znajomych korespondentów rozsianych po całym świecie jak Robert, swoje informacje ze świata ściągam z Internetu dzięki łączu stałemu (24 godz. na dobę), siedząc po kilkanaście godzin dziennie przy komputerze, Dlatego mogę przeskakiwać z kraju do kraju i wyłapywać to co mnie interesuje. Zapewne wiecie, że jestem „ufologiem” od wielu już lat, bo od z górą 38-miu. Interesując się sprawami UFO w pierwszym rzędzie interesowało mnie : w jaki sposób „oni” (obcy, Aliens) do podróży poprzez bezmiar kosmosu omijają czas? Jak to robią, że pojawiają się u nas prawie natychmiast ?
Wielu ufologów jest zdania, że przybywają oni z układu Plejad, z Wolarza, Oriona i innych konstelacji - a za każdym razem są to odległości liczone w setkach lat świetlnych. Dodać warto, że w żadnym z rozbitych UFO nie stwierdzono: zapasów pożywienia, zapasów sprężonej lokalnej dla tych "ich planet" atmosfery do oddychania, zapasów "części zamiennych", aparatury do podtrzymywania życia itp. Te "braki " mówią, że prawdopodobnie "kontakt" UFO z Ziemią następuje natychmiast - lub prawie natychmiast. Czy nauka zna taki sposób ? Chociaż wydaje się to paradoksalną niemożliwością - ale TEORETYCZNIE - tak. Jest to zawarte w Teorii Względności. Ponad 38 lat poświęciłem na znalezienie odpowiedzi: „jak oni to robią?”. Na nasze obserwacje zjawiska zwanego "UFO" nakłada się nasz własny, „techniczny” punkt widzenia. Ich zachowania się w naszej atmosferze przyrównujemy do naszych możliwości technicznych i do naszych obaw. Na przykład to, że „Obcy” penetrują, obserwują, szpiegują nasze ludzkie poczynania w zakresie energii atomowej, jądrowej i podobnych..
Już dawno amerykańscy wojskowi stwierdzali, że UFO jest wszędzie tam gdzie są składy broni atomowych czy termojądrowych. Owszem, są. Ale wcale nie dlatego że ich to interesuje... Po prostu dlatego, że w tych okolicach są emitowane do atmosfery energie o najwyższych częstotliwościach drgań (promieniowanie gamma, X.) Jaki to ma związek z ich obecnością tam ?
Oni są tam zawsze, tyle tylko że nie są obserwowalni przez nasze zmysły.
Dlatego często można użyć W DZIEŃ noktowizora, by zobaczyć ich obiekty i ich samych, tam gdzie ktoś-kiedyś widział ich obecność nocą... Obecność i obserwowalność UFO potęguje się tam, gdzie w danej okolicy istnieją anomalne poziomy energii fizycznych: tam, gdzie gwałtownie wzrasta lub gwałtownie maleje pole grawitacyjne; tam, gdzie manifestują się promieniowania gamma (nawet o niewielkim natężeniu); tam, gdzie pojawiają się nie-normalne poziomy pola magnetycznego i elektrycznego.
Dlatego wielu badaczy zaczyna w swych dociekaniach i badaniach terenowych używać dozymetrów i magnetometrów. Ostatnio w TV pojawia się kilkukrotnie film z serii Discovery, w którym pokazuje się jak studenci z jednej z uczelni w USA próbują naśladować crop-circles. Jeśli jeszcze raz zobaczycie ten film - zwróćcie uwagę: pod koniec projekcji lektor mówi o helikopterze, który chciał z góry sfotografować piktogram - i nagle na wysokości około 100 m nad ziemią utracił siłę nośną i opadł na wysokość kilku stóp, pomimo że silnik pracował pełną mocą i wirnik rotował jak należy...Cóż takiego się wówczas stało?
1) Utrata zdolności zachowania wysokości mogła być spowodowana gwałtownym wzrostem pola grawitacyjnego w obszarze przestrzeni zawartym pomiędzy "100 m nad ziemią" a "kilka stóp nad ziemią".
2) W tych warunkach helikopter był "jakby w próżni", łopaty wirnika kręciły się a helikopter mimo tego spadał....
To samo wystąpiło w większej skali w Salta w 1995 r. w odniesieniu do    rurowatego obiektu UFO i do samolotu pilota Galvagano. Tu zacytuję urywek tekstu, który przekazałem dwa dni temu p. Leśniakiewiczowi:

Wojskowe radary namierzyły obiekt gdy był na wysokości 3.370 m Argentyńska gazeta "Quiciencia electronico" podała 26.10.1996, że w tym samym rejonie rozbiło się w ubiegłych latach 68 UFO.

i dalej:

Pilot samolotu mający za sobą 6000 godzin lotu twierdził, że lecąc nad tym terenem na wysokości około 3000 m. zawsze traci siłę nośną i jego samolot spada jak kamień o około 1000 metrów i tylko dzięki rutynie kilka razy udało mu się wyprowadzić maszynę kilkadziesiąt metrów nad ziemią...

i dalej :

Jak podaje lokalna gazeta "Diario Norte"- kolejne UFO rozbiło się tam
25 stycznia 2000 r....

Zdaniem p. Leśniakiewicza za całą sprawą z Salta stoją siły wojskowe argentyńskie, może USA a może jeszcze inne. Fakt, że "teren otoczyło wojsko" i że "nadjechały tam samochody z ludźmi mówiącymi po angielsku" - świadczą o tym, że wojsko tym się interesuje (to zresztą nie nowina). Jednakże całość wypowiedzi p. Leśniakiewicza sprowadza się do tego, że w sprawach UFO i pierwsze i ostatnie słowo ma tylko wojsko. Ja uważam inaczej, że wojsko owszem, interesuje się tym, ale tylko tyle...
W kontekście zjawisk UFO istnieją zjawiska, które badacz może sprawdzać instrumentalnie, często zresztą w sposób przez niego nie przewidziany: np. za pomocą zdjęć wykonywanych przez przypadkowe osoby. Nie za wszystkimi zdarzeniami muszą koniecznie stać "siły wojskowe". Opowiem pokrótce zdarzenie z maja 1996 r. z Warszawy. Byli wówczas w Warszawie fizycy z Niemiec, pp. Grażyna Fosar i Franz Bludorf, Po wizycie u mnie pojechali na kilka godzin do p. Miłosłwa Wilka, odkrywcy "Sieci Wilka". Tam przez 4 godziny automatyczna kamera video 8 mm filmowała całe otoczenie wewnątrz pokoju, w którym Wilk demonstrował swoje osiągnięcia. F. Bludorf wykonał też zdjęcia na 5 rolkach filmu KODAK 400.
Około godz. 16-tej odjechali z Warszawy samochodem do Berlina a 15 minut przed północą miałem telefon z Berlina od p. Fosar. Mówiła, że z 5 rolek filmu Kodaka, są na nich dwa zdjęcia: Pałacu Kultury w Warszawie i jedno, ich ze mną. Poza tym „czysta taśma”. Nie naświetlona. Tak samo 4 godziny nagrania video kamerą – „czysta taśma”. Żadnego zapisu. P. Fosar pytała mnie czy wiem co się mogło stać. A jakie jest WASZE zdanie ? Co spowodowało, że nie naświetliło się 5 rolek filmu i taśma elektroniczna w kamerze? Jaki to ma związek z UFO ? A ma....
W roku 1984 w Szczecinie odbywał się Zjazd Ufologiczny. Przed rozpoczęciem obrad pojawiła się ekipa TV Szczecin, która kamerą filmową 16 mm chciała nakręcić reportaż o tej imprezie. Mieli rolkę 120 metrów filmu, więc
pierwsze 30 m nakręcili na klatce schodowej z ufologiem z Lublina. Później przeszli na pustą jeszcze salę obrad i sfilmowali ją też. Następnie do barku kawowego, gdzie siedziałem z p. Wilkiem i zrobili z nami wywiad, na końcu z p. R. z Krakowa. Miało to iść tego samego dnia wieczorem w programie, ale nie poszło... Za to następnego dnia rano, gdy znów byłem w barku z Wilkiem przy kawie - weszła ta sama ekipa z krzykiem z daleka: panie Bzowski, jak pan to zrobił?

Okazało się, że zamiast ufologa z Lublina, widoku sali i wywiadu z p. R. była „czysta taśma” natomiast wywiad ze mną i Wilkiem nagrał się pięknie... Co mieliśmy im powiedzieć? Że cała impreza była na „podglądzie UFO”, że kręcili wywiady na trasie przebiegu szerokiego „Kanału Wilka” a tylko barek kawowy był poza kanałem?

Pozdrawiam wszystkich –

 Kazimierz Bzowski

Tyle nasz ekspert. Niestety, po awanturze w Roswell i filmie Ray’a Santilli’ego trudno jest uwierzyć w te dziesiątki rozbitych UFO na argentyńskiej pampie. Spiskowa Teoria Dziejów w tym przypadku zwraca się przeciwko samej sobie – zgodnie z zasadą, że co za dużo to niezdrowo... W tym przypadku zawsze będę niewiernym Tomaszem. Nie mówiąc już o tym, że Kosmici pozwalają sobie na zestrzelenie kilkudziesięciu maszyn i nic?...

O wiele bardziej przemawia do mnie teoria głosząca, że UFO = pojazdy spoza czasu, bowiem wyjaśnia ona wszystkie fenomeny z UFO związane i co więcej – pasują do niej wszelkie niesamowite zjawiska, w których mieszczą się Obserwacje  Dalekie, Bliskie Spotkania, a nawet „kanały” z teorii inż. Wilka!

Jordanów, 2004-06-07  

niedziela, 3 listopada 2013

W oczekiwaniu na kometę ISON



Clas Svahn


Teraz jest czas, by odkurzyć swoje lornetki i wyciągnąć z szafy swoją zimową kurtkę. Kometa ISON może być rozkoszą dla oka, zwłaszcza że ciemność zapada coraz większa zimą na Północy.

Ale kometom nie można ufać. Kometa ISON może być blada i słaba i może być widoczna gołym okiem, tym niemniej lepiej przygotować lornetki. Chodzi o to, że nikt nie ma pewności, czy będzie ona dobrze widoczna.

A teraz jak widać, nadchodzi czas wielkich komet. Kilka lat temu mieliśmy przelot komety Hale-Bopp w 1997 roku, wtedy obawiano się o nasze życie i powstało kilka kultów.

Ale komety nie są niebezpieczne – są za to piękne i ekscytujące. Jeżeli chcecie zobaczyć kometę ISON, to można to zrobić gdzieś w połowie tego miesiąca. Potem światło słoneczne będzie tłumić blask komety.

Opłaca się wyjść z domu o godzinie 04:30 i spojrzeć w kierunku południowo-wschodnim. Skieruj swój wzrok na gwiazdozbiór Lwa i następnie powiedź nim poniżej i w lewo – tam ona się znajduje.

W połowie listopada nad południowym horyzontem widać Saturna od 19:30 i widać go przez kilka godzin, zanim zniknie znów za horyzontem.

W dniu 24.XI, kometa ISON będzie widoczna w pobliżu Saturna i Merkurego, jej jasność będzie ona jednak znacznie mniejsza od jasności planety z pierścieniami. Ponieważ ISON zbliża się do Słońca (peryhelium) i tym samym staje się trudna do obserwacji, ale na początku grudnia pojawi się ponownie – i będzie być może jaśniejsza i z wyraźnym warkoczem, stojąca prostopadle do linii horyzontu.

Chyba że Słońce coś zrobi komecie swymi siłami pływowymi. Jego potężna grawitacja jest w stanie rozerwać kometę na kilka części. Ale jak na razie wszystko idzie dobrze i na początku grudnia będzie można zaobserwować podróż ISON z dala od Ziemi. każdego dnia ISON będzie coraz wyżej na niebie i coraz lepiej widoczna, ale jednocześnie będzie zmniejszał się jej warkocz i widowisko staje się mniej spektakularne.

W każdym razie warto jest wyjść rankiem na zwiady. Kometa, zorza polarna i aureole wokół Słońca stanowią zjawiska niebieskie, których nie można przegapić. I kiedy się trafiają, stanowią wspaniałe wspomnienia na całą resztę życia…


Źródło – „DN” z dnia 2.XI.2013 r.

Przekład z j. szwedzkiego – Robert K. Leśniakiewicz ©     

sobota, 2 listopada 2013

OD ATLANTYDY DO OŚWIECENIA



Marcin Szerenos


Data 21 grudnia 2012 roku n.e. według „Długiej Rachuby” to 13.0.0.0.0. 4 ahau 3 kankin. Część wyznawców teorii spiskowych uważa tę datę za koniec świata. Badacze kultury i astronomii Majów są zgodni, że rok 2012 nie miał szczególnego znaczenia dla tego ludu. Wciąż jednak straszymy się tą datą. Dlaczego? To pytanie raczej do socjologów oraz psychologów. Ale sądzę, że robimy to po to, aby zapomnieć o sprawach najważniejszych. Może podświadomie wiemy dokąd zmierza ten cały świat. W tym przypadku data ta ma podziałać na nas jak hamulec bezpieczeństwa w rozpędzonym pociągu postępu.


Quo vadis, człowieku?


Dokąd zmierzamy? Zadajemy sobie odwieczne pytania odkąd istniejemy. Dokąd tak pędzi nasza cywilizacja? Według wielu osób do zguby, do samounicestwienia. A bronimy się przed tą straszną wizją katastrofy wymyślając kolejne „daty zagłady” naszej planety. Sprzężenie zwrotne. Według mnie najlepsze są daty milenijne. 21 grudnia 2012 jakoś nie współgra się z tym ogólnym obrazem. Więc trzeba dodać kolorytu i podgrzać atmosferę. Czynimy to zaiste profesjonalnie. Ale przecież i są tacy, którzy lubią horrory i lubią się bać. Rzecz gustu, każdy z nas ma trochę inny.

Tymczasem badacze kultury i astronomii Majów są zgodni, że rok 2012 nie miał szczególnego znaczenia dla tego ludu. Szereg ciekawych artykułów na ten temat możemy znaleźć na internetowej stronie fundacji FAMSI (Foundation for the Advancement of Mesoamerican Studies). Układ gwiazd i Słońca 21 grudnia tego roku nie jest szczególnie rzadki i powtarzał się trzykrotnie w ciągu ostatnich 200 lat (jeśli pominąć ruch precesyjny Ziemi i ruch Układu Słonecznego w Galaktyce); co więcej przesilenie zimowe, przypadające na ten dzień, nie pełniło żadnej istotnej roli w religii i kulturze Majów. Żadna z zachowanych inskrypcji Majów nie wskazuje też na 21 grudnia 2012 roku jako na "koniec świata", a jedynie na koniec pewnej epoki.

To najważniejsze ich postulaty, jakie można przeczytać na internetowej stronie fundacji. Trzeźwi naukowcy przekonują nas, że świat się nie zawali po 21 grudnia. Nie uciekniemy przed obowiązkami, podatkami i rachunkami. Odpowiedzialnością. A w końcu karą, która nas czeka za brak wyobraźni.

Ale twierdzę, że nie powinniśmy być dla siebie tacy surowi i chłostać się bez przerwy tą myślą, w akcie masochistycznym, ponieważ nie my gramy pierwsze skrzypce w tym teatrzyku. Więc spokojnie dajmy sobie trochę luzu i odpocznijmy od klątw, przepowiedni, odetchnijmy z ulgą i powiedzmy sobie – końca świata nie będzie. A może poczujemy się lekko i powróci nam dobry humor?

Lokomotywy postępu zmieniają się, ale to nie my siedzimy za jej sterami. Nie bądźmy dla siebie tacy okrutni. Skupmy się raczej na sprawach najistotniejszych: jak ocalić świat przed nami samymi? Co zrobić, żeby żyło nam się lepiej, nie tracąc nic z komfortu?

Przypuśćmy hipotetycznie, że w ok. roku 2023 lub 25 kończ się ropa naftowa i stajemy przed faktem dokonanym. Co robić? Czyż to nie straszniejsza wizja niż ta o 2012 roku? Nasze samochody staną się bezużyteczne, transport kołowy również. Świeże pieczywo nie dotrze na czas do sklepu. Autobus nie zawiezie nas do pracy. Zresztą nie ma to najmniejszego znaczenia, bo nie dotrze do niej nasz szef. On też utknie gdzieś na mieście.

Niewielu naukowców uważa, że mamy ciekawe alternatywne paliwo dla ropy. Nie uda nam się olejem rzepakowym dostatecznie nasycić tego rynku. Transport kołowy będzie się rwał. Z drugiej strony może w końcu odetchniemy świeżym powietrzem. To będzie jedyna dobra wiadomość.


Logika kontra złudzenia


Tak więc logiczne wydaje mi się, że w przyszłości dużo do powiedzenia będą mieć ugrupowania zielonych, czy tego chcemy czy nie. To podpowiada nam logika. Postępem już nie są elektrownie słoneczne, ale coraz doskonalsze elektrownie słoneczne, które zwiększą wydajność, zapotrzebowanie będzie rosło. Coraz doskonalsze panele słoneczne, samochody na prąd, coraz doskonalsze te czy inne proekologiczne zastosowania. Poza tym małe elektr. słoneczne, wiatraki, czy panele na dachach naszych domów są konkurencją dla lobby energetyki atomowej, które gdy tylko skończy się ropa przejmie pałeczkę i będzie dyktować ceny. Dalej będzie nad naszymi głowami wisiał bat, ale już będzie w innych rękach.

Ważne aby energia zielona nie tylko była ogólnie dostępna, ale również istniała konkurencja na tym rynku. Wtedy będzie na każdą kieszeń. Prywatne elektrownie, te do domowego użytku, mogą odegnać widmo zastojów, czy dłuższych braków w dostawie prądu, co nam może faktycznie grozić, gdy nie weźmiemy się już teraz ostro za ten sektor gospodarki. Prawdopodobne ku radości wielu matek oraz zwykłych kierowców, z naszych ulic znikną tiry, a cały tranzyt spadnie na barki kolei. Ta odegra znacząca rolę w transporcie przyszłości.

Nadzieje na lepsze jutro daje również nauka, ponieważ powstają nowe technologie, w laboratoriach naukowcy odkrywają wciąż nowe wynalazki - weźmy chociażby polski grafen. Komputery będą znacznie sprawniejsze. Tytuły w prasie informują nas: „Perspektywy radykalnej zmiany technologii”.

Z czasem złoża ropy naftowej wyczerpią się, wydaje się wiec, że postęp świata będzie wyglądał właśnie tak, że staniemy się nagle proekologiczni. Nie dlatego, że zaczniemy inaczej myśleć, może nawet globalnie, solidarnie, wejdziemy na wyższy szczebel świadomości, będziemy walczyć na równi z głupotą co smogiem. Ale powód tych przemian będzie bardzo prozaiczny. Nie sięgniemy po najnowsze wynalazki, po które możemy sięgnąć już teraz, ale jakoś tego nie robimy, żeby nie wyginąć. Nie zrobimy tego, bo tak będzie podpowiadał nam zdrowy rozsądek, wzrastająca świadomość, czy nasza inteligencja, ale zrobimy to, bo nie będziemy mieć innego wyjścia, lub ze strachu. Lecz każdy powód wydaje się dobry w tym przypadku.

Kończy nam się ropa, lecz w niektórych przypadkach możemy sięgnąć po gaz i paliwo syntetyczne. To drugie jest bardzo drogie i stać będzie na nie nielicznych. Wydobycie gazu łupkowego na skalę przemysłową może radykalnie zmienić obraz północnej Polski i doprowadzić do zniszczenia środowiska naturalnego Mazur i Warmii. Teraz jest ostatnia szansa oglądać je jeszcze w całej swojej krasie.

Po ostatniej katastrofie w Japonii widzieliśmy zachowanie Niemców, którzy ogłosili, że za kilka dekad przejdą całkowicie na energię zieloną. To jest wielka szansa i dla nas. Albowiem nie musi wybuchnąć wcale III Wojna światowa, żebyśmy się „pozabijali”. Europa jest tak naszpikowana elektrowniami atomowymi, że jedno dwa poważniejsze trzęsienia ziemi spowodują, że wyginiemy. W perspektywie krótkiego czasu pojawią się skażenia terenu, strefy kwarantanny, tzw. obszary widmo, miasta zombie, oraz ludzi, zwierzęta i rośliny będą dziesiątkować przewalające się ze wschodu na zachód chmury radioaktywne.

Czarnobyl przy tym to będzie spacerek po plaży z ostrymi muszelkami. Tak więc narasta niepokój. Zachowanie Niemców wydaje się więc logiczne. Nic więcej. Strach przed tym, co spotkało Japończyków, jest przecież logiczny. Strach jest naturalnym instynktem człowieka. Ale to nie znaczy, że nagle zaczniemy myśleć inaczej, bardziej globalnie, solidarnie z krajami Trzeciego Świata, skoczymy na wyższy poziom duchowy. Wdrożymy technologie proekologiczne ze strachu przed samozagładą albo do czasu gdy nie stworzymy lepszych zabezpieczeń. To nie jest postęp. Postęp to coś więcej, niestety.

Końcowe przesłanie książki Hanny Kotwickiej „2012. Początek końca czy radość początku?” (Wyd. Pulsar, Warszawa 2010 r.), mówi abyśmy nie ulegali katastroficznym wizjom i przepowiedniom. Świat przetrwa i będzie istniał jeszcze wiele tysięcy lat po nas. Świadczą o tym jednoznacznie odczytywane przez przedstawicieli świata nauki i niezależnych badaczy zapisy dat Majów, sięgające 9898 roku naszej ery.

Oczywiście, że świat przetrwa, 22 grudnia 2012 świat nadal będzie istniał, a nam pozostaną w spadku po byłej epoce nierozwiązane problemy. Czy jest jakaś szansa, aby „hipoteza Medei” się nie spełniła? Czy życie na Ziemi zmierza do samounicestwienia?

Niestety, nie mamy innego wyjścia, jak wierzyć w to, że poradzimy sobie z tymi narastającymi problemami. Nie możemy przysłowiowo załamywać rąk. Chociaż jest za pięć dwunasta.


Lubimy się bać


Dlaczego więc straszymy się wizją końca świata? Może dlatego, że po prostu lubimy się bać. I robimy to na wiele sposobów. Tworzymy horrory oraz filmy science fiction. Przerażają nas wizje reżyserów filmowych. Kosmos jest tajemniczy i pełen zagadek. Co się tam kryje? I kto? Obawiamy się Obcych. Obawiamy się nieznanego. Tworzymy także doskonałe filmy katastroficzne okraszone doskonałymi efektami specjalnymi. Straszymy się końcem świata i to straszenie niejako weszło nam już w krew.

Piszemy też książki o zagładzie, często to one stają się kanwą dla filmu, są przecież gotowymi scenariuszami. W futurologii Wellsa mamy zagrożenie, jakie niesie broń atomowa, konsekwencje wybuchu III Wojny światowej. Innej niż wszystkie. Bardziej niszczycielskiej. Ponura wizja. Strach. Niepewność. U Orwella w „Roku 1984” zagrożenie, jakie niesie ze sobą nadmierna inwigilacja państwa w społeczeństwo. Znów ponury obraz świata, ale totalitarnego z wszechobecnym Wielkim Bratem. Natomiast u Huxleya Nowy Świat to ludzie hodowani, jak zwierzęta. Rządy naukowców, technokratów. No i autor wybiega aż 600 lat do przodu! Trzy koszmarne wizje. Dlatego ja postanowiłem napisać coś optymistycznego. Dodać otuchy ludziom. Mam nadzieję, że właśnie taka jest moja książka – Podstęp. Przyszłość świata jest w naszych rękach. Nie widzę przyszłości świata w czarnych kolorach, jak wspomniany Orwell, bo wierzę, że zwycięży jednak Dobro i Mądrość. Że człowiek może stworzyć lepszy świat. Może dlatego dla krytyków, którzy lubią rzucać lapidarnymi formułkami, okaże się nie wizjonerem, ale naiwniakiem.

Strach jest uzasadniony. To normalna reakcja. Strach jest częścią instynktu samozachowawczego, a więc czymś zupełnie naturalnym. Ale powinniśmy patrzeć na Kosmos, jak na wielkie wyzwanie. Nie możemy ustawicznie bać się. Należy zmierzyć się ze strachem. Walczyć o swoje miejsce. I do wielu rzeczy podchodzić z rezerwą.

To strach często ratuje nam życie. Ta temat strachu przeprowadzono poważne badania naukowe. Ludzie, którzy nie odczuwają go, chorują na zaburzenia wewnątrzustrojowe. I zachowają się irracjonalnie; narażając często swoje i czyjeś życie. Refleksja jest więc jedna – nie bójmy się bać. Bać się jest przecież rzeczą ludzką. W kontakcie z nieznanym jesteśmy tylko my, przyjaciel i to trzecie – nasz strach.


Magia liczb


Postanowiłem z większą atencją przyjrzeć się problemowi daty 21 grudnia 2012 roku. Pomimo, że są znacznie ważniejsze i ciekawsze problemy, jak te związane z gwałtownie rosnącą populacją, zmianami klimatu, kryzysem energetycznym, czy rozpowszechnionym przez media kryzysem finansowym.

Jednak uważam, że nie należy wszystkiego od razu wyśmiewać, chociażby dlatego, że brzmi tylko niedorzecznie i oceniać książki po okładce. Zabrałem się więc do pracy. (A w zasadzie zebrałem dane, które skrzętnie gromadziłem od lat).

Głosem wstępu – dlaczego niedorzeczna? Wszystkie dokładne daty takich wydarzeń w przepowiedniach wydają mi się z góry niedorzeczne. Niejaki George Friedman, autor książki „Następne sto lat” oraz założycie i szef Stratfor, czołowej prywatnej agencji wywiadu i prognozowania z siedzibą w Austin w Teksasie, w w/w pozycji podaje nawet dokładną datę wybuch III wojny światowej – 24 listopada 2050. Przyznajcie, że brzmi to mało wiarygodnie, bo czemu by na przykład nie podać przy okazji jeszcze godziny? Zaoszczędziłby nam sporo czasu.

Spędziłem cały weekend przy biurku próbując poskładać fragmenty układanki, a zasiadałem do pracy z mocnym postanowieniem, że nie wstanę od niego do póki nie dojdę do jakiś logicznych wniosków. Zapisałem kilkanaście stron papieru różnymi symbolami i liczbami, dla osoby niewtajemniczonej z pewnością okazałyby się jedynie bazgrołami wariata. Ale przecież nie jestem wariatem. Masa ludzi wierzy, że koniec świata wydarzy się w roku 2012. Więc i ja zacząłem mieć wątpliwości – a jeżeli na Boga mają rację, to co wtedy? W pewnej chwili poczułem się w mniejszości.

Mocne postanowieniem, zebrane lektury, włożony trud, praca chałupnicza oraz poświęcony weekend, aby w końcu raz na zawsze uporać się z tą cholerną datą: 21 grudnia 2012 roku i rozwiązać nurtującą zagadkę. Zakupiłem nawet w tym celu książkę „Zagłada ziemskiej cywilizacji w 2024 r.” Grahama Phillipsa (Wyd. Amber, Warszawa 2008 r.), spodziewając się interesujących poszlak. Według Grahama świat czeka zagłada w roku 2024, a odpowiedzialna za to będzie kometa. Z jednej strony ucieszyłem się, że nie jestem osamotniony w swoich przekonaniach. Z drugiej, to zła wiadomość i kolejna data do rozwikłania. Nie można mieć wszystkiego.

Phillips straszy nas kometą, ale treść książki przesypuje się przez palce pozostawiając nas z brudnymi domysłami. Otrzepujemy ręce i już jesteśmy z niczym. Spodziewałem się ciekawej lektury, lecz niestety zawiodłem się i pozostał niedosyt.

Natomiast książka Patricka Geryla i Gino Ratinckxa, znanych badaczy zagadek przeszłości pt.: „Proroctwo Oriona na rok 2012”, nawołuje do rozpoczęcia natychmiastowego przygotowywania się mieszkańców Ziemi na ten totalny kataklizm, ponieważ zostało bardzo niewiele czasu. Autorzy ubolewają też, że tak późno zostały rozszyfrowane proroctwa starożytnych Egipcjan i Majów, zapisane przez nich w piramidach, świętych miejscach i świętych pismach, pozostawione dla nas jako ostrzeżenia i wskazówki jak się uratować. Ostrzegają, że może już być nawet za późno, by przedsięwziąć kroki mogące uratować mieszkańców naszej planety oraz dorobek ludzkości.

Miałem mętlik w głowie, lecz spokojny weekend i cichy dom stymulował mnie do wysiłku w rozwikłaniu zagadki daty zagłady, a podkrążone oczy nie były jedynym efektem mojej wytężonej pracy. Wnioski okazały się bardzo ciekawe. Posłuchajcie.


Koniec świata w 2012 roku?


Na początku, co zrobiłem, to sięgnąłem do starej książki „Przybysze z kosmosu. Rzeczywistość czy fantazja?” Andrzeja Donimirskiego, która czytałem wielokrotnie, a po raz pierwszy w drugiej klasie szkoły średniej, gdy zaczynałem się interesować podobną tematyką. Zrobiłem tak i teraz, po wielu latach. Na stronie 98 odnalazłem ciekawy zapis: „Starożytne kalendarze – ileż niezwykłych podobieństw one zawierają. Czyżby miały wspólną genezę?” Dalej autor przetacza podobieństwa. Dowiadujemy się, że „Egipcjanie dzielili czas na wielkie cykle słoneczne – każdy po 1460 lat.” Podobnie jak Asyryjczycy, Hindusi czy Majowie.

„Asyryjski kalendarz księżycowy operował okresami po 1805 lat. (…) Hinduscy bramini liczą od roku 3102 p. n. e., według cykli po 2850 lat. (…) Kalendarz Majów mówi, że starożytni mieszkańcy Ameryki Środkowej operowali cyklami po 2760 lat. Początek jednego z takich cyklów przypada na rok 3373 p. n. e.”

Zwracam uwagę na cykle, są bardzo ważne we wszystkich kalendarzach i mają olbrzymie znaczenie również w kalendarzu Majów. Według Majów wszystkie cykle, a było ich do tej pory 5, zakończyły się katastrofami. Po nich powstawał nowy człowiek. Niejako odradzał się. Tak się na nieszczęśliwie składa, że końcówka cyklu piątego przypada na okres, w którym obecnie żyjemy. Stąd nasze uzasadnione obawy, że coś ma się wydarzyć. Tylko co? Czy będzie to naturalna erupcja wulkanu, a może zderzenie z kometą?

„Kodeks drezdeński” wyraźnie wskazuje na potop. Co może nam sugerować, że zmiany, które nastąpią, będą mieć jakiś związek z globalnym ociepleniem. Ale nie dajmy się ponieść emocjom. Oficjalnie kodeks to oryginalny, majański, rękopiśmienny dokument, zabytek cywilizacji Majów, zawierający informacje astronomiczne.

Następnie, co zrobiłem, to zabrałem się za wyliczenia i rozrysowywania osi czasu, oraz umieszczenia na niej wszystkich cykli. Po co? Wspomniane przez mnie cywilizacje miały swój początek przed wiekami i ponoć ich przedstawiciele pochodzą z tego samego pnia. Zdumiewające jest zwłaszcza podobieństwo kalendarzy Egipcjan i Majów. To nie może być przypadek. Jednakże starożytni Egipcjanie, Sumerowie, Grecy, Rzymianie byli twórcami cywilizacji i kultury, po których wszystko odziedziczyliśmy. Skąd jednak u Majów taka wiedza astronomiczna? Odpowiedź może być tylko jedna, że pochodzi ona od tzw. Atlantów, potomków dawnej i starej cywilizacji.

Tak naprawdę to dalsze rozważania o tej mitycznej krainie były punktem zwrotnym w całej sprawie. A jednocześnie dopełniały układankę, będąc jej częścią, choć z czystą premedytacją piszę o tzw. Atlantach, bo według mnie taki kontynent nie istniał i symbolizuje on jedynie odległą rasę, która dawno temu istniała na Ziemi.

Operując cyklami różnych kultur i znając ich długość, możemy cofnąć się do roku 11542 przed naszą erą. Prawdopodobnie gdzieś około tej daty wydarzyła się na Ziemi poważna katastrofa, która zniszczyła dawną cywilizację. W tym przypadku kalendarz Egipski i Asyryjski wykazują niezwykłą dokładność i zbieżność. Możemy więc przypuszczać, że coś miało miejsce przeszło 13,5 tys. lat temu.

Majowie dzielili swój kalendarz na cykle, jest ich w sumie 9. Poprzedni cykl rozpoczął się w 8239 p.n.e. (1872000 dni ~ 5125 lat wcześniej), a bieżący skończy się 1872000 dni (~ 5125 lat) po dacie początkowej, 21 grudnia 2012. Rozpocznie się nowy cykl. Zwróćmy uwagę na wartość – 5125 lat. Jest ona stała. Ale niech nam las nie zasłania uroków przyrody.

Najciekawsze jest to, że naukowcy odnaleźli ciekawe dowody na to, że ok. 5200 lat temu doszło do gwałtownych zmian klimatycznych na Ziemi. Tymi dowodami były zamarznięte szczątki roślin, niesłychanie dobrze się zachowały w skorupie lodu próbki wydobytej z lodowca. To nie koniec rewelacji. Cofnijmy się o kolejne 5 tys. lat. Około roku 9 tys. p. n. e. doszło do zmiany kierunku Prądu Zatokowego.

Wniosek wyłania się oczywisty, że co ok. 5200 lat dochodziło do gwałtownego załamania pogody. Ostatnie zlodowacenie przypada na rok 12 000 p. n. e. Wracając do Atlantydy. Według mnie Atlantyda faktycznie istniała, lecz była to czapa lodowa. Azteckie słowo Alt oznacza – ‘woda’. Nazwa praojczyzny Azteków to Aztlan – ‘miasto na wodzie południowej’. Zbieżność nazw wprowadziła w błąd poszukiwaczy prawdziwej Atlantydy.

W wyniku ocieplania się klimatu czapa ta rozpuściła się i zniknęła pod powierzchnią wody, gdzieś 13-14 tys. lat temu. Dzisiaj przyjęło się określać ten ląd, jako krainę gdzie mieszkali Atlanci, gdzie była dawna cywilizacja. Prawdopodobnie błąd ten wynikał z niewiedzy ludzi na temat tworzenia się lodowców oraz czap lodowych. Wszystko to zostało im przekazane, lecz się przemieszało. A poszukiwacze poszli złym tropem. W opowieściach ląd ten znika nagle, gwałtownie. Tymczasem topił się przez dekady. Ocieplający się klimat prawdopodobnie gdzieś do roku 2150 stopi większość lodowców na Ziemi.

Oczywiście wzmianki o potopie pojawiają się w Biblii. Prawdopodobnie to jemu uległa ta dawna cywilizacja. Naturalnie na Ziemi dochodzi do katastrof, mniejszych lub większych, jednak upieram się, że  Atlanci, byli przez pomyłkę brani za mieszkańców Atlantydy, a Atlantyda za stolicę tych dawnych ludzi.


Wnioski


Pomijając nudne wyliczenia, które zajęły mi całe sobotnie popołudnie, skoncentruje się na wnioskach. Wierzę, że musiała istnieć pradawna cywilizacja, dająca początek starożytnym ze względu na niesamowitą wiedzę astronomiczną jaką posiadali chociażby Majowie. Ludzie ci nie potrafili poradzić sobie z prostymi problemami i ostatecznie zostali podbici przez Hiszpanów, jednak ich wiedza astronomiczna była i jest imponująca.

Kalendarz Majów mówi, że starożytni mieszkańcy Ameryki Środkowej operowali cyklami po 2760 lat. Wspominają również, że cykli było 9. W sumie wszystkie liczą ok. 25 000 lat. Zastanawiałem się, co to znaczy? Studiując kalendarz Indian nagle uświadomiłem sobie, że suma cykli liczy prawie tyle samo, co tzw. wielki rok platoński! O co chodzi? Już tłumaczę. Owe obliczenia, które robiłem, uświadomiły mi, że Majowie opisywali precesję Ziemi, chociaż prawdopodobnie nie wielu z nich orientowało się o co w tym wszystkim chodzi. Zapewne najlepiej kasta kapłanów. Jestem przekonany, że wybrańcy rozumieli to pojęcie, a także jego znaczenie dla losów planety.

Położenie osi Ziemi w przestrzeni powoli zmienia się. Ruch ten zwany jest precesją. Bowiem oś ziemska zmienia bardzo wolno swoje usytuowanie w przestrzeni, zataczając pełny okrąg w czasie ok. 26 tys. lat, podobnie jak czyni to oś bąka – dziecięcej zabawki, wprowadzonego w ruch. W wyniku tego ruchu oś ziemska wskazuje coraz to inny kierunek na niebie, a co za tym idzie, inną gwiazdę. Około roku 4100 gwiazdą polarną będzie Alderamin w gwiazdozbiorze Cefeusza.

Gdy cofniemy się w czasie, przeprowadzając symulacje na kartce papieru, możemy być pewni, że wraz z ze zmianą czasu zmienia się również położenie osi Ziemi. I tu dochodzimy do sedna. Wówczas, gdy istniał tzw. kontynent Atlantyda, czyli jakieś 12 tys. lat p. n. e., oś Ziemi była w innym miejscu, a co za tym idzie, gdzie indziej był również biegun północny. W miarę przemieszczania się osi Ziemi obszar ten znalazł się w strefie umiarkowanej. Czapa lodowa rozpuściła się i mityczna kraina „zniknęła pod wodą” (mylona z kontynentem, gdzie rozwinęła się pradawna cywilizacja). I w rzeczywistości istniał kiedyś „ląd” pomiędzy kontynentami na Oceanie Atlantyckim, czemu wiary od dłuższego czasu nie dawałem. Lecz był to ląd z lodu.

Teraz oś Ziemi przesuwa się w kierunku Europy. Lecz po całym obrocie, czyli po wszystkich cyklach, które opisali Majowie, znajdzie się w punkcie wyjścia. I to, według mnie, właśnie między innymi opisują Majowie, posługując się swoimi wyliczeniami i kalendarzem - ruch precesji Ziemi. Bardzo trudny do wyobrażenia sobie bez pomocy chociażby ilustracji, czy podstawowej znajomości ruchu planet wokół Słońca. Dla szarego Indianina musiała to być „czarna magia”.

W Wikipedii, popularnej encyklopedii elektronicznej, możemy przeczytać, że „Miejsca przecięcia osi symetrii ziemskiego pola magnetycznego z powierzchnią Ziemi nazywa się biegunami geomagnetycznymi. Bieguny cały czas przesuwają się po powierzchni Ziemi z prędkością około 15 km na rok, zataczając kręgi”. Jednak opis ten wzbudza we mnie nie małe konsternacje, ponieważ może wprowadzać w błąd osoby nie rozumiejące tego procesu. Możemy sądzić, że wędrują one sobie po naszym globie w zasadzie dowolnie, ale - zataczając kręgi. A być może za kilkadziesiąt tysięcy lat jeden z nich dotrze aż pod równik?

Wnioski są więc jasne. Odetchnąłem z ulgą, zagadka rozwiązana. A mam nadzieję, że mój przekaz klarowny. Dochodziła godzina dwudziesta w niedzielę, gdy kończąc wytężony weekend spisywałem ostatnie spostrzeżenia. Zainteresowanych i niedowiarków zachęcam do ich sprawdzenia.

Nie dawało mi jednak spokoju nowe pytanie. W porządku, możemy spać spokojnie, końca świata nie będzie, przynajmniej nie tak szybko, rozpocznie się nowy cykl astronomiczny, względnie czeka nas 10 lat spokoju - dopóki nie nadleci kometa Phillipsa.


Miraże


  Saint-Exupery w swoich książka opisuje trafnie i przekonywująco fatamorganę, która tworzy się, gdy ciepłe powietrze styka się z ziemią. Promienie świetlne robią resztę. Podobne zjawisko zachodzi również na morzu. Ludzie dostrzegają kształty i miraże. Odległe o dziesiątki kilometrów. Na pustyni widzą w nich zazwyczaj oazę, a jeżeli oazę, to i wodę. Idą więc w jej kierunku, za widmem, w środek Sahary. Jak zaczarowani. Nie wiadomo, co jest groźniejsze. Czy ich umysł produkujący fatamorganę i miraż, czy piaski pustyni, promienie słoneczne i ciepłe powietrze? Bezosobowe, bezduszne. Czy fatamorgana jest produkcją celową? Może się tak wydawać dla przebywających tam ludzi. Zwierzęta żyjące na pustyni nie mają z tym problemów. Pustynia nie jest środowiskiem odpowiednim do życia ludzi. Jednak człowiek znalazł się tam z jakiś powodów. Zaaklimatyzował się. Dostosował. Zwierzęta, jak skorpiony, węże i pająki, czy chociażby wielbłądy żyjące na pustyni, postrzegają świat zupełnie inaczej od nas. Nie widzą miraży, urojeń. Nie ulegają złudzeniom. One są tylko dla ludzi.

Ludzie nie tylko ulegają mirażom, złudzeniom optycznym. Także sugestiom innego rodzaju oraz działaniom zachowawczym, gdy czują zagrożenie - uciekają. Dobrym przykładem obrazujący to zachowanie jest wydarzenie z 30 października 1938 roku. Zmarły w 1985 roku Orson Welles emitując słynną powieść science fiction Wojnę światów przez radio w formie zainscenizowanego reportażu „na żywo”, pozwolił niejako wylądować Marsjanom w New Jersey. Ci, którzy śledzili tę audycję od początku wiedzieli, że to fikcja, jednak mnóstwo osób dało się nabrać. Zwłaszcza uwierzyły te osoby, które włączyły radio nieco później. Do dzisiaj zachowanie Amerykanów zdumiewa psychologów. Zadziwiająco dużo mieszkańców nie miało wątpliwości, że ta inwazja była prawdziwa. Wybuchł chaos kiedy kolejki samochodów uciekających przed najeźdźcami blokowały ulice. To odległe wydarzenie są dowodem na to, że przy odrobinie chęci i znajomości ludzkiej natury można nami manipulować, sterować. Jest to także dowód, jak wielu ludzi nie kwestionuje istnienia cywilizacji pozaziemskich. Ale to już inny temat.

Budząc się ze snu 22 grudnia 2012 roku przywita nas chłodny zimowy poranek i uczucie radości. Za oknem będzie przyjaźnie kiwać się gałązka świerkowa, jakby drzewo zachęcało nas do wyjścia z domu. Świat nie zniknie, a z nim nie znikną nasze problemy. Nie mamy, co na to liczyć. Natomiast istnieją duże szansę, że czapy lodowe rozpuszczą się. Z obserwacji satelitarnych Antarktydy dowiadujemy się bardzo dużo o zachowaniu pokrywy lodowej. Raport Scientific Ice Expeditions podaje, że jego przeciętna grubość lodu zmalała aż o 40%. I dalej się nieubłaganie  kurczy, nawet gdy teraz czytacie ten artykuł. Kolejna „Atlantyda” pójdzie na dno.



Warszawa, 9 lipca 2012 r.