Powered By Blogger

wtorek, 4 października 2016

Neith – satelitka Wenus



Staroegipska bogini Neith



Michaił Gersztein


Neith/Neit/Net była nie tylko boginią polowania i wojny, ale ochraniała ona umarłych w świecie pozagrobowym, chroniąca małżeństwo. Była przedstawiana jako kobieta w koronie Dolnego Egiptu, karmiąca piersią dwa krokodyle. 

Europejscy astronomowie, którzy obserwowali Wenus w XVII i XVIII wieku, nieraz widzieli obok niej duże ciało niebieskie. Znani uczeni z dobrymi teleskopami nie mieli wątpliwości, że „bogini miłości” ma swój księżyc. A potem on znikł…


Pierwsze obserwacje


W XVII wieku, Francesco Fontana z Neapolu próbował zwiększyć siłę swego teleskopu przy pomocy dodatkowych soczewek. Jego trud zakończył się powodzeniem: Francesco ujrzał to, co było ukryte przed jego poprzednikami.
11.XI.1645 roku, astronom skierował teleskop na Wenus i ujrzał w środku jej sierpa czerwonawą plamę o promieniu wynoszącym 1/5 średnicy planety. Francesco uznał to za jakiś szczegół reliefu jej powierzchni. Kiedy ta „plama” wypłynęła poza skraj oświetlonej części Złotej Planety, on zrozumiał swój błąd. Tak mogło się poruszać tylko drugie ciało niebieskie. 

Dyrektor Obserwatorium Paryskiego – Giovanni Domenico Cassini – wszedł do historii astronomii jako doskonały obserwator. On odkrył cztery księżyce Saturna, przerwę w jego pierścieniach, którą do dnia dzisiejszego nazywają Szczeliną albo Przerwą Cassiniego i dokładnie wymierzył odległość z Ziemi do Marsa. Nowy, 150-x teleskop pozwolił mu potwierdzić, że satelita Wenus rzeczywiście istnieje i odpowiada opisowi Fontany:

18.VIII.1686 roku
Obserwując Wenus o godzinie 04:15 rankiem, zaobserwowałem na wschód od niej, w odległości 3/5 średnicy planety, świetlisty obiekt o niewyraźnych konturach. Wydaje się, że był on w tej samej fazie, co niemal w pełni Wenus, znajdująca się na zachód od Słońca (jako Gwiazda Zaranna – przyp. tłum.) Średnica obiektu była równa niemal ¼ średnicy planety. Obserwowałem go pilnie przez 15 minut. Takiż sam obiekt widziałem 25.I.1672 roku, w godzinach 06:52 – 07:02, poczym znikł on w promieniach zorzy. Wenus była w kształcie sierpa i obiekt miał taki sam kształt. Podejrzewałem, że miałem do czynienia z księżycem niezbyt dobrze odbijającym słoneczne światło. Znajdującym się w tej samej odległości od Słońca i Ziemi co Wenus, i powtarzającym jej fazy.



Cassini i inni astronomowie nie wpadli w samooszukiwanie się, próbując zobaczyć to, co bardzo zobaczyć chcieli. I na odwrót – opracowane przez nich teoretyczne modele Układu Słonecznego zakładały, że planety położone pomiędzy Ziemią a Słońcem nie powinny mieć księżyców. To, co oni widzieli przeczyło uznanym teoriom naukowym.


W XVIII stuleciu


W dniu 23.X.1740 roku, satelitę Wenus zaobserwował James Short – znany specjalista od przyrządów astronomicznych. Pisał on:
Skierowawszy teleskop na Wenus, zaobserwowałem blisko niej maleńką gwiazdkę. Wobec tego posiłkowałem się drugim teleskopem o powiększeniu 50…60-x. Przekonawszy się, że Wenus jest widoczna bardzo wyraźnie i powietrze jest bardzo przeźroczyste, zwiększyłem powiększenie do 250-x i ku memu wielkiemu zdumieniu ujrzałem, że ta „gwiazdeczka” ma tą samą fazę, co i Wenus. Jej średnica była mniej-więcej 1/3 średnicy Wenus, albo nieco mniejsza; blask nie był tak jaskrawy, ale kontury były bardzo dobrze widoczne… Tego ranka kilkakrotnie obserwowałem ten obiekt w czasie 1 godziny, ale zbliżał się dzień i około godziny 08:45 straciłem go z oczu. Od tego czasu starałem się obserwować go w każde bezchmurny ranek, ale drugi raz już mi się tak nie poszczęściło…  



Lista obserwatorów i obserwacji Neith (Wikipedia)

W 1761 roku, uwaga całego astronomicznego świata znów była przykuta do Wenus. W tamtym roku miało miejsce przejście tej planety na tle dysku Słońca – tzw. pasaż lub tranzyt. Satelitę Wenus widziano 19 razy w całej jego krasie – w tym także na tle słonecznego dysku. 

Astronom Jacques Montaigne z Limognes specjalnie obserwował niebo by znaleźć satelitę Złotej Planety, przedsięwziąwszy wszelkie środki ostrożności przeciwko złudzeniom optycznym. Najpierw zobaczył go w dniu 3 maja. Tak jak wcześniej, fazy satelity i planety były zgodne. 4, 7 i 11 maja (inne noce były pochmurne) Montaigne znów zaobserwował satelitę. Jego położenie w stosunku do Wenus zmieniało się, zaś faza zawsze była zgodna. 

Jacques Montaigne, który do tego czasu odnosił się sceptycznie do możliwości istnienia księżyca Wenus, teraz uwierzył w jego realność. On specjalnie wyprowadzał Wenus z pola widzenia teleskopu, a satelita ten był nadal widocznym, a zatem nie był to blik w soczewkach czy odbiciem w nich samej Złotej Planety. Według jego obliczeń, księżyc ten obiegał planetę w czasie 9d7h.

Wenus i Neith - wizja artysty


Zniknięcie


Pruski król Fryderyk II Wielki zaproponował nazwać ten księżyc na cześć astronoma i matematyka Jeana le Rond d’Alemberta, swego starego przyjaciela, ale uczony podziękował za to wyróżnienie. Wreszcie w XIX wieku bezimienny księżyc został nazwany. Belgijski astronom Jean Charles Ozo w 1878 roku nazwał go Neith – na cześć egipskiej bogini łowów i wojny – ale w tym czasie nie było czego obserwować. 

Od 1761 do 1768 roku, Neith była widziana wszystkiego dziewięć razy, przy czym niektórzy astronomowie jawnie zastrzegali się, że widzieli jedynie maleńką „gwiazdeczkę”, a nie duże ciało niebieskie. Astronom Paul Stobant wyliczył potem, że duńscy astronomowie wzięli za Neith gwiazdę z konstelacji Wagi, a ich kolega Peter Roedkiær z Obserwatorium Kopenhaskiego zobaczył obok Wenus jeszcze nieznaną wtedy planetę Uran. 

Od tego czasu Neith nikt już nie widział. Sondy międzyplanetarne potwierdzają, że Złota Planeta nie ma żadnego satelity.

Ale przecież ciało niebieskie o takich rozmiarach nie może zniknąć bez śladu. Gdyby rozpadło się na orbicie, to pozostałby po nim pierścień taki jak u Saturna. Spadek na planetę wybiłoby Wenus z równowagi pozostawiając gigantyczne rozpadliny na jej powierzchni. Sondy badające Złotą Planetę nie mogłyby przegapić symptomów niedawnej katastrofy. 

Znany teozof Charles Ledbiter w książce „Wewnętrzne życie” (1911) twierdził, że księżyce planet znikają, kiedy zamieszkująca je rasa osiąga „siódmy krąg zwyrodnienia”. Zniknięcie Neith oznacza, że Wenusjanie w przeciwieństwie do Ziemian – doszli do „siódmego kręgu” i kiedy my dojdziemy do takiego poziomu, to Księżyc przestanie świecić nad Ziemią.

Przypuszczalny wygląd Neith - wizja artysty


Tajemnicza gwiazda


W dniu 13.VIII.1892 roku, amerykański astronom Edward Emerson Barnard znajdował się w Obserwatorium Licka. Tuż obok Wenus zauważył on gwiazdopodobny obiekt. Barnard ustalił położenie gwiazdy, ono nie pasowało do położenia żadnej ze znanych gwiazd. Należy zauważyć, że Barnard specjalnie prowadził poszukiwania satelitki Wenus i martwił się jej brakiem. 

Nieznany obiekt nie był jednak powracającą z niebytu Neith, asteroidą, gwiazdą czy planetą. Astronomowie doszli do wniosku, że Barnard po prostu ujrzał daleki wybuch gwiazdy Supernowej – „której niestety nikt więcej już nie ujrzał”.

W 1919 roku, Charles Hoy Fort przypuszczał, że i Barnard i astronomowie z XVIII wieku uważali za księżyce statki kosmiczne, które wyszły na orbitę wokół planety.
- My dopuszczamy, że Wenus jest często odwiedzana przez inne światy lub superstruktury – pisał Fort. – Czasami one odbijają światło i bywają dostrzegane przez profesjonalnych astronomów. Te światy albo superstruktury my uważamy za kierowane i nie jest praktycznie nam znany żaden przypadek ich zderzenia.
 
Dzisiaj tak gigantyczne statki kosmiczne można obserwować tylko za perymetrem Pasa Asteroidów i w systemie księżyców Saturna. Superstruktury należące do Obcych vel Kosmitów nie podlatują bliżej, żeby po raz któryś nie trwożyć Ziemian.


Moje 3 grosze




W Wikipedii wyszperałem jeszcze kilka informacji o możliwych księżycach Złotej Planety, i tak mogła nim być asteroida oznaczona jako:

2002 VE68 – to jest tymczasowy satelita Wenus. Jej jasność wynosi zaledwie +20,5 mag., zaś średnica wynosi 210-470 m, a zatem nie pasuje do danych obserwacyjnych… Jako ciekawostkę mogę podać, że jest to obiekt typu PHA – potencjalnie niebezpieczna asteroida, bowiem często zbliża się do Ziemi na odległość <0,05 AU. 


2013 ND15 – trojański satelita Wenus, aktualnie znajdujący się punkcie L4 i jest związany grawitacyjnie z Wenus, Ziemią i Merkurym. Jak wykazują obliczenia, nie jest on na liście PHA, czyli nie jest niebezpieczny dla Ziemi. Jego średnica wynosi 40-100 m, zaś jasność +24,1 mag. 


Być może Neith jest jakimś wędrującym po Układzie Słonecznym obiektem – np. kometą, który został schwytany przez pole grawitacyjne Złotej Planety, ale pod wpływem potężnej grawitacji Słońca odleciał z powrotem w Kosmos albo orbituje on gdzieś po drugiej stronie Słońca i kiedyś zostanie odnaleziony. Być może kiedyś wróci do Wenus i znów będzie jej satelitką…  


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 47/2015, ss. 4-5
Przekład z rosyjskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz 

niedziela, 2 października 2016

„Podróż na Księżyc” i… ufologia





Dokładnie 55 lat temu została wydana pierwsza w Polsce space-opera dla dzieci. Pozwolę ją sobie pokazać Czytelnikowi, bo z pewnego względu warta jest tego. Książeczka ta została napisana przez Krystynę Korewicko-Adamską zaś ilustrowana – co ważne – przez Czesława Zborowskiego.

Po raz pierwszy dostałem ją na Gwiazdkę 1962 roku od moich Rodziców. Miałem wtedy 6 lat i była to moja pierwsza książka z prawdziwego zdarzenia. Przeczytałem ją od deski do deski i zaczytałem na śmierć. Ale warto było i pozostało mi po niej piękne wspomnienie i… zainteresowania m.in. literaturą i filmem sci-fi oraz fizyką, astrono0mią i astronautyką, a potem także i ufologią.
Drugi raz dostałem ją od mojej Przyjaciółki, która wypatrzyła ją na Allegro. Tym razem trzymam ją w najbardziej eksponowanym miejscu mojej biblioteki, jako szczególną pamiątkę. 

Dlaczego ta książeczka tak mnie zbulwersowała teraz, kiedy ludzie już byli na Księżycu i zamierzają go skolonizować? Odpowiedź jest prosta – ilustracje. Oczywiście piątka ziemskich bohaterów dociera na Księżyc rakietą jako żywo przypominającą niemiecki pocisk rakietowy A-4/V-2 – co wydaje się być oczywiste – takie rakiety widziano nad naszym krajem także, więc rysownik mógł je widzieć, także w prasie, na filmie i raczkującej u nas TV. Na Księżycu spotykają oni kwitnącą CNT Księżyczan (która mogłaby istnieć nie tyle NA, ale POD powierzchnią Srebrnego Globu), którzy poza rakietami – przypominającymi dość dokładnie Kosmokratora z powieści Stanisława Lema „Astronauci” i z enerdowskiego filmu „Milcząca gwiazda” nakręconego na jej podstawie – latają także latającymi talerzami, które przypominają dość dokładnie niektóre konstrukcje hitlerowskich UFO… 

Księżycowe latające spodki miały pleksiglasowe kopuły i dwa napędy nadające im ruch wertykalny i postępowy. Pierwszym był silnik rakietowy czy odrzutowy wyrzucający strumień gazów w dół, drugi to był zespół silników rakietowych umieszczonych na obwodzie nadający pojazdowi ruch postępowy. Pytanie: skąd Pan Zborowski wziął pomysł na ten model latającego talerza? Czy może widział coś takiego w czasie wojny i okupacji na terytorium (dzisiejszej) Polski? Może widział to w Niemczech czy innym kraju, gdzie rzuciły go losy? 

To jest prawdziwa zagadka, bo koresponduje z tym, co pisałem wraz z dr Milošem Jesenským w opracowaniu „Wunderland: pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy”. Aktualnie przymierzam się do sporządzenia przekładu książki rosyjskiego pisarza, ufologa i badacza zjawisk anomalnych Michaiła Gersztejna pt. „Śmierć hitlerowskim UFO!” – w której prezentuje on problem widziany z punktu widzenia Rosjan. Nie zapominajmy, że to dzięki rosyjskiej wersji amerykańskiego Programu Paperclip (Spinacz) w 1957 roku w kosmos poleciał Sputnik 1, a w 1961 – pierwszy kosmonauta Jurij Gagarin

Książeczka Krystyny Korewicko-Adamskiej powstała na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego stulecia. Wtedy właśnie zaczął się kosmiczny boom w obu supermocarstwach. To właśnie wtedy zaczęto mówić u nas o UFO – szczególnie po sławetnej ufokatastrofie w Gdyni, która wydarzyła się w dniu 21.I.1959 roku, no i w tymże roku „Płomyczek” ogłosił konkurs na temat „Jak wyobrażasz sobie świat za 100 lat”, którego pokłosiem stała się książka „Przygody z tej i nie z tej Ziemi – czyli świat za wiele, wiele lat” pod redakcją Stanisława Aleksandrzaka. Nie można więc powiedzieć, że w Polsce Ludowej niczego się nie robiło dla przyszłości… Z drugiej strony była to czystej wody inspiracja, dzięki której wspaniale rozkwitła polska fantastyka naukowa i sci-fi

Zapraszam do lektury tego uroczego utworu dla dzieci, jakże różnego od amerykańskiej szmiry zalewającej i piorącej nasze mózgi...  
















































Opinie z KKK

Cześć,

Ten Płomyczek i konkurs "Jak wyobrażasz sobie świat za 100" chodzi mi po głowie od dawna i nie daje mi spokoju. To wtedy zasiało się w mojej głowie ziarno owocujące późniejszymi zainteresowania jak również tym, czym się zajmuję obecnie czyli komputerami. Pamiętam, że czytałem ten fragment  z zapartym tchem kilkakrotnie.
Dałbym wiele, żeby zobaczyć gdzieś skany albo cokolwiek z tego egzemplarza. Czy masz jakieś informacje lub pomysł gdzie tego szukać?
Pozdrawiam - Hermokrates
 

Hermokratesie!

Niestety nie mam już dostępu do tej książki... Może spróbuj w którejś z bibliotek publicznych - mogą Ci ją ściągnąć stamtąd, gdzie jeszcze jest. Ja ściągam z którejś z krakowskich bibliotek - bodaj czy nie z Jagiellonki...
Tak już nawiasem, to ten konkurs w 1959 roku, to był wyraźny punkt węzłowy, w którym wytyczony został pewien kierunek rozwoju nauki i techniki, a który realizuje teraz nasze pokolenie. Aha, poszukaj, może jest na Allegro albo na Chomikuj.pl - tam też się trafiają takie białe kruki...
A może któryś z Czytelników ma ją na zbyciu? - chętnie kupię!
Pozdrawiam serdecznie! - Arystokles

sobota, 1 października 2016

Tajemnica jeziora Wielki Kałygir



Jeziora i zatoka Kałygir na Kamczatce


Michaił Gersztejn


Walerijm Wiktorowicz Dwużylnyj zmarł 22.X.2014 roku. Tablica pamiątkowa ku jego czci została postawiona na szczycie słynnego Wzgórza 611 w Dalniegorsku – tam, gdzie w 1986 roku doszło do katastrofy tajemniczego Nieznanego Obiektu Latającego.

Kamczatka – to kraj, w którym ziemia dyktuje swoje własne prawa. Tam wybuchają wulkany, spod ziemi tryskają gejzery, a skądinąd uchodzą potoki gazów trujących. W Dolinie Śmierci w okolicy wulkanu Kichpinycz giną niedźwiedzie w ciągu kilku minut zatrute cyjanowodorem (HCN). Ale to, co kryje się w jeziorze Wielki Kałygir (N 50°30’12” – E 159°49’11”), nie ma nic wspólnego z siłami Przyrody.


Oślepiające światło


W maju 1938 roku, geolog Igor Sołowiew pracował na Kamczatce badając czynne wulkany. Jedna z tras wiodła Igora i jego partnera Nikołaja Melnikowa na brzeg jeziora, które wtedy było uwidocznione na mapie pod nazwą Wielki Koliger. 

Geolodzy nie znaleźli żadnych tropów zwierząt. Zwierzęta z jakiejś nieznanej przyczyny omijały to jezioro, chociaż w jego wodzie pluskały się wielkie ryby. Ludziom przyszło pójść wzdłuż brzegu po pas w wodzie by wyminąć zwisające wierzchołki olch. Pogoda była słoneczna, woda się nagrzała i nie sprawiała przykrości wędrowcom.
- Ujrzałem skałę, wokół której olchy nie rosły wspominał Sołowiow a w niej była jaskinia. Pomyślałem, że będzie można tam pójść i odpocząć, skierowałem się w jej stronę, a potem wszedłem do niej. Ale kiedy podniosłem głowę, to okazało się, że jest ona zalana wodą. W głębi jaskini zauważyłem kamienistą, czarną wysepkę wokół której rozlewało się jasne, błękitno-białe świecenie. Patrzałem tak jakieś dwie minuty, a kiedy usłyszałem z tyłu kroki Mielnikowa i obejrzałem się, to pogrążyłem się w ciemności. Zrozumiałem, że oślepłem. Upadłem do wody i głośno krzyknąłem: Mikołaju! Pomóż! Nic nie widzę! Mielnikow złapał mnie za ręce i powlókł do wyjścia. Przez prawie kilometr, po pas w wodzie on niósł mnie na plecach.    

Nieszczęsny geolog przez jakieś 10 godzin leżał na brzegu, zanim przed oczami zaczęły skakać jakieś białe, zielone i żółte plamy. Po jakiejś godzinie wzrok zaczął mu powracać. Nikołaj także widział to świecenie, ale niedługo, tylko przez parę sekund. To go uratowało przed czasową ślepotą.


Zaginiony oddział


W 1976 roku, Sołowiew zdecydował się opisać to zdarzenie z oślepiającym światłem do redakcji czasopisma „Tiechnika Mołodioży”. List został opublikowany i spowodował potok odpowiedzi od byłych Kamczatczyków. Okazało się, że na brzegu jeziora stanęło rybackie osiedle Kałygir zbudowane na miejscu intielmieńskiego osiedla Kynnat. Na długo przed wojną zostało ono porzucone. Miejscowi wiedzieli o jaskini i bali się do niej zbliżać. 

Na początku lat 20., pojawił się tam niewielki konny pododdział z ostatków rozgromionej armii adm. Kołczaka. Białogwardziści usłyszeli opowieść o jaskini i zdecydowali, że tam ukryte są skarby, a złowieszcze siły są wymysłem Intielmenów, żeby odstraszyć chcących szybkiego wzbogacenia się. 

Oddział wyprawił się na poszukiwania, i przez kilka dni nie było o nim żadnej wieści. Potem w osadzie pojawił się jeden z białogwardzistów, oberwany i wychudzony. Żołnierz był zupełnie niespełna rozumu. Coś tam bełkotał o „ogniu w którym spłonęli jego towarzysze”. Twarz i ręce nieszczęśnika pokrywały rany i pęcherze. Próbowano go wyleczyć, ale po kilku dniach zmarł w straszliwych męczarniach. Stosunkowo lekkie oparzenia nie mogły być przyczyną jego śmierci. Białogwardzistę zabiło coś innego.


Ekspedycja „Kałygir-80”


Pierwszą ekspedycję nad tajemnicze jezioro zorganizowało w 1980 roku Dalekowschodni Oddział Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Jej kierownikiem został Walerij Dwużylnyj, który odnalazł Sołowiewa i zaproponował mu udział w wyprawie. Jednakże ten ostatni odmówił – geografowie nie mogli załatwić helikoptera, a marsz w wodzie do pasa był nie dla człowieka jego wzrostu i wieku. 

Ekspedycja w sile pięciu ludzi wypłynęła statkiem MS Sowieckij Sojuz i 3 sierpnia przybyła do Pietropawłowska Kamczackiego. Tylko że tam się wyjaśniło, że nie mają oni żadnych wiadomości z rejonu Kałygiru. Pogranicznicy odprawili ich tam statkiem pasażerskim MS Sinjagin

Kiedy MS Sinjagin już przepływał koło Zatoki Kałygirskiej, kapitan oświadczył, że nikogo nie będzie wysadzał. Głębokość jest tu całkiem niewielka. Po długich negocjacjach i sporach, po powołaniu się na prikaz naczalstwa,  kapitan spuścił kuter. Niepokój kapitana okazał się uzasadniony – kuter wpadł na skały i przebił kadłub. Geografowie musieli skakać do wody. Na szczęście na brzegu stał domek rybaka z piecem, zaznaczony na mapie. 

Pierwszy dzień uczeni spędzili na przygotowaniu jedzenia i przeglądzie sprzętu. Następnego dnia, 7 sierpnia, udali się w drogę na prawym brzegu jeziora. Sołowiew wiedział, o czym mówił: brzeg tak zarósł olchą, że można było iść tylko po kolana w wodzie. Ludzie jak burłacy ciągnęli na linie ponton ze sprzętem i żywnością. Walerij od czasu do czasu włączał dozymetr, ale pokazywał on jedynie radioaktywne tło Ziemi w tym rejonie. 

Wkrótce wszyscy zrozumieli, że żadnych jaskini naturalnego pochodzenia tu nie ma i być nie może, poza małymi grotami wypłukanymi przez fale. Jeżeli jaskinia jakaś istnieje to oznacza, że ktoś ją wyrąbał w skałach.


Podwodny obiekt


Po całym brzegu walało się mnóstwo śniętych ryb z bielmem na oczach i opuchliznami na grzbietach. Żywe ryby trzepotały się w wodzie na oślep. Mewy nie usiłowały nawet pożywić się łatwą zdobyczą, trzymając się z daleka od wody. 

Co się tam właściwie stało? To nie mógł być wyrzut gazów trujących, niektóre ryby pływały sobie spokojnie w jeziorze. Dozymetr pokazywał wszystkiego 20-30 μR/h. Ryby oślepił najprawdopodobniej jakiś potężny ale krótki rozbłysk energii, który zmienił czaszę jeziora w śmiertelną pułapkę.
- Zbliżał się wieczór, a my przeszliśmy wszystkiego półtora kilometra – wspominał Dwużylnyj – dalszy marsz w ciemnościach nie miał sensu, rozbiliśmy namiot, rozpaliliśmy ognisko i zaczęliśmy przygotowywać kolację. Najadłszy się usiedliśmy u ogniska susząc ciuchy i dzieliliśmy się wrażeniami z minionego dnia.
O godzinie 22-giej na przeciwległym brzegu rozległ się silny huk i grzmot. On dochodził z dna, a nie z powierzchni jeziora. Błysnęło niebieskie światło i rozległ się silny plusk podobny do tego, jakie wydaje jakiś ogromny przedmiot wylatujący z wody. Po jakimś czasie w nasz brzeg uderzyło osiem wielkich fal. Ponton podskakiwał na falach. Było jasne, że spod wody wyleciało coś ogromnego, ale co to było?
Poczułem potworny strach. Chciałem rzucić się do ucieczki w górę. Strach był całkiem niepojęty, nieuzasadniony. Z ogromnym wysiłkiem opanowaliśmy strach i zostaliśmy na miejscu. Po tym, jak to „coś” wystartowało z dna jeziora i znikło, strach też minął.
Potem nad wodą przy sąsiednim brzegu pokazała się żółta kropka. W czasie 2-3 sekund pojawiła się nad nią niebieska półkula o średnicy jakich 30-50 mi podniosła się powyżej koron drzew. Tak to się powtarzało kilka razy z przerwami 5 minut pomiędzy każdym zjawiskiem: najpierw żółty punkt, potem niebieska półkula. Kropki nie były zbyt jasne, natomiast półkule były jaskrawe i gęste. Poprzez nie widać było brzegu. Mieliśmy pod ręką aparaty fotograficzne, ale nikt nie zrobił zdjęcia. Potem ludzie przekonali się, że czarno-białe radzieckie filmy nie były w stanie zarejestrować tego niesłychanego widowiska.
 



Podwodna baza UFO?


Tam, gdzie postawała półkula, we dnie widzieliśmy przede wszystkim padłe ryby. Pomiędzy ich oślepieniem a wylotem obiektu musiał istnieć jakiś związek. W jeziorze o głębokości 90 m można było schować choć co i bądź co…   
- Obejrzeliśmy miejsce, gdzie w przybliżeniu wyleciał ten obiekt spod wody, ale niczego ciekawego tam nie zobaczyliśmy – opowiadał Walerij Wiktorowicz. – Kończyła się trzecia doba obchodzenia jeziora, a rezultaty były zerowe. Zachodnią zatokę jeziora obejrzeliśmy przez lornetki. Tam były strome skłony gór i żadnych jaskiń. Chodziliśmy bez końca wokół jeziora, aż do skończenia się żywności zostało nam mało czasu. Nas powinien podjąć na pokład rybacki sejner. 

Sejnera uczeni się nie doczekali. Geografom przyszło iść trzy dni przez tajgę do Przylądka Żupanowa, gdzie regularnie zaglądali rybacy. 

Ekspedycję „Kałygir-81” przygotowano znacznie staranniej. Ekspedycja dysponowała nadmuchiwaną tratwą z silnikiem zaburtowym, akwalungi, kompresor do ładowania butli sprężonym powietrzem i całą beczką benzyny. W ciągu kilku dni grupa przejrzała dokładnie cały perymetr jeziora, a szczególnie dokładnie południową zatokę, ale jaskini nie znaleziono. Być może skryła się pod wodą wskutek silnego trzęsienia ziemi (albo zapadła się, jak Wąwóz Kraków w Tatrach Zachodnich – uwaga tłum.) Ekspedycja na wszelki wypadek zbadała sąsiednie jeziora: Mały Kałygir, Wielką i Małą Miedwieżkę ale też bez rezultatu. 

Jeżeli jaskinia skryła się pod wodą, to może to wyjaśnić echolokacja dna jeziora. Echosonda może znaleźć nie tylko wejście pod wodą, ale i sprawdzić, czy na dnie nie znajdują się jakieś instalacje. 

Uczestnicy następnej ekspedycji będą musieli mieć ciężkie skafandry bez przezroczystych szybek. Na to, co tam się może znajdować trzeba patrzeć przez kamery lub przezierniki z odpowiednimi filtrami ochronnymi, by chronić oczy ludzi przed oślepiającym światłem, a ich ciała przed zgubnych „płomieni”. Następna ekspedycja wyruszy nieprędko, ale jej rezultaty mogą przejść wszelkie oczekiwania.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka”, nr 46/2015, ss. 30-31
Przekład z rosyjskiego - ©Robert K. Leśniakiewicz