Powered By Blogger

wtorek, 13 kwietnia 2021

OLD SHATTERHAND BYŁ W KATOWICACH!

 


Poniższy tekst dedykuję moim polskim przyjaciołom:

Chociaż zwykle wyobrażamy sobie szlachetnego indiańskiego wodza Vinnetou obok Old Shatterhanda, nie zawsze tak było. Jednym z wiernych typów bohaterów powieści majowskich, znanym w świecie arabskim pod imieniem Kara-ben-Nemsi, był także rodowity Polak - Józef Kabelawski.

W swym opowiadaniu „Robbery Caravan” jesteśmy świadkami ważnej rozmowy, która odbywa się z nim po raz pierwszy w stolicy Algierii:

 

- Jesteś Polakiem? - zapytałem go po polsku.

W jednej chwili wykręcił się, a jego szeroka, szczera twarz rozszerzyła się w szeroki uśmiech.

- Tak mi się wydaje, sir. Ty też?

- Nie, ale jestem w Polsce od dawna. Skąd pochodzisz?

- Z Katowic.

- Katowice? Byłem tam kilka razy.

- To mnie uszczęśliwia, sir. Cieszy się, że słyszy się swoją mowę rodzinną.

- A jak się nazywasz?

- Józef Kabelowski.

 

I tak dowiedzieliśmy się wprost z ust Olda Shatterhanda alias Kara ben Nemsí, że był nie tylko „kilkakrotnie” w Katowicach, ale także „długo w Polsce” i dlatego słusznie można go nazwać polonofilem. Przeczytaj też o jego przygodach na algierskiej pustyni الصحراء الجزائرية z dzielnym Polakiem Józefem Kabelowskim alias Yussef Kab-el-awsk el Kat-ov-is.

 

Dr Miloš Jesenský

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Rusałki na gałęziach…

 


Paweł Bukin

 

Zgodnie z legendami, wodniki brały za żony młode, ładne topielice. Takie panny nazywamy wodnicami. Potrafią one dla zabawy plątać i rwać sieci rybackie, których potem nie da się rozplątać.

Kto powiedział, że w nasze dni nie ma miejsca dla cudów, że wszystkie bajkowe rzeczy bezpowrotnie odeszły w zapomnienie? Jakżeby nie? Badacze zajmujący się problemami współistnienia człowieka z nieziemskimi siłami twierdzą np., że w nasze dni m0żna bardzo prosto spotkać … Rusałki vel Syreny alias Panny Wodne. I to wcale nie za dziewiątą górą, za dziewiątą rzeką, ale całkiem blisko.

 

Skakali z drzew i śpiewali

 

Zgodnie z rezultatami obserwacji będących całkiem zwyczajnymi, w ciągu ostatnich 50 lat na świecie miało miejsce ponad 500 kontaktów ludzi z Rusałkami, przy czym dla 60 osób takie spotkania zakończyły się tragicznie. Poza tym ponad 400 ludzi uniknęło cudem śmierci. Jednakże kilku radykalnie myślących kryptozoologów i parapsychologów uważa, że ilość podobnych kontaktów – w tym tych ze śmiertelnym zejściem – w rzeczy samej przewyższają ich ilość co najmniej dwukrotnie. Po prostu uczestnicy tych spotkań nie afiszują się ze swymi przeżyciami.[1]

Spotkania z Syrenami odnotowywano w ZSRR i to w czasie szczytu marksistowsko-leninowskiego, materialistycznego wychowania i nauczania. I tak w 1936 roku, miało miejsce wydarzenie – zaobserwowanie Rusałek w pobliżu wsi Jelizawietinskoje na Uralu. Mieszkanka Niżnego Tagiłu – pani A. Azisowa, będąc jeszcze dzieckiem, wraz z ojcem przyjechała nad strumień w pobliżu którego znajdowała się stara, porzucona kopalnia, która potem wypełniła się wodą. W tym sztucznym jeziorze, którego brzegi były porośnięte drzewami, krzakami i trzciną, dziewczynka i jej ojciec ujrzeli dziwne, podobne do ludzi istoty i długo je obserwowali. Istoty nadzwyczaj podobne do Syren jakimi je rysują i opisują w książkach, od czasu do czasu pojawiały się z wody, zawieszały się na gałęziach drzew i skakały z nich z powrotem do wody. Pani Azisowa opowiada, że przy tym wydawały one melodyjne dźwięki (być może śpiewały), chociaż słów nie dało się rozróżnić.

 

Częste spotkania

 

W Internecie można znaleźć świadectwa o pewnej wsi w Czytyjskim Obwodzie, nieopodal której płynie niewielka rzeczka, gdzie znajduje się mnóstwo Rusałek. Pewien starszy mieszkaniec tej wsi wspomina, jak w dzieciństwie w czasach stalinowskich, siedział sobie wraz z innymi dzieciakami na brzegu tej rzeki, kiedy naraz na drugim brzegu pojawiła się dziewczyna, która śpiewała podchodząc do wody. Podeszła do brzegu i skoczyła do wody, a potem podpłynęła do dużego kamienia. Usiadłszy na nim zaczęła czesać swe długie włosy.  Zaskoczone dzieciaki patrzyły z zachwytem na rzeczną piękność, a potem zdecydowały się podejść do niej. Ale kiedy się przybliżyły, dziewczyna porzuciła grzebień i zanurkowała w wodę. Jedna dziewczynka odważyła się i zabrała grzebień, ale w domu matka obrugała ją i kazała odnieść na miejsce nad rzeką. Dziewczynka odniosła grzebień z powrotem na kamień. Następnego dnia już go tam nie było – najwidoczniej Rusałka zabrała swoją własność.

Już w 1977 roku, pewien mieszkaniec tejże wsi przejeżdżał wieczorem koło rzecznego wiru, i naraz ujrzał siedzącą na kamieniu jakąś kobietę. W niepewnym świetle księżyca nieznajoma rozczesywała swe długie i gęste włosy. Mężczyzna chciał podejść bliżej, ale na jego widok kobieta znikła w wirze.

W trzy lata później, Rusałka była widziana przez pewną młodą kobietę. Wieczorem poszła się kąpać, ale kiedy przybliżyła się do wody to ujrzała, jak z głębiny wypływa Rusałka. Kobieta się przestraszyła i uciekła. Opowiedziała potem domownikom o swym spotkaniu dopiero następnego dnia. Jej babcia wcale się nie zdziwiła i powiedziała, że w tej rzece spotykało się Rusałki wiele razy.

 





Incydent z programistą

 

Zagadkowe wydarzenie miało miejsce w 1992 roku w Twerskim Obwodzie, a jego uczestnikiem był programista Igor Pieskow. On to wraz ze swym psem o imieniu Sakur przyjechał łowić ryby na jeziorze w okolicy wsi Rozdżestwienskoje. Pierwsza noc przy jeziorze wypadła wraz z rozpoczęciem tzw. syreniego tygodnia[2] - przez czysty przypadek. Moskwiczanin miał ze sobą niewielki radioodbiornik. Igor siedział przy ognisku i słuchał jakiejś audycji, a wokoło już od dawna zrobiło się ciemno. Kiedy nadeszła północ, ognisko naraz zaczęło gasnąć, choć było w nim niemało drewna i było ono całkiem suche. Wraz z tym fan wędkarstwa usłyszał naraz jakiś odgłos jakby dzwonu, co go naprawdę przestraszyło, bowiem najbliższa cerkiew znajdowała się jakieś 40 km od jego obozowiska. Pies także zaczął przejawiać niepokój i od czasu do czasu wył.

O tym, co się stało dalej Pieskow opowiada tak:

- Upłynęło nieco czasu i naraz przestrzeń nad jeziorem zaczęła promieniować niezwykłym, niebieskim światłem. Miałem wrażenie, że jestem pod hipnozą. Widziałem dokładnie wszystkie otaczające mnie przedmioty, słyszałem wszystko, ale jednocześnie nie byłem w stanie zrobić czegokolwiek. Coś pociągnęło mnie w stronę jeziora. Wszedłem do wody i naraz poczułem, że owinęły mnie wodorosty i pociągnęły na dno. Zacząłem tonąć i nie miałem sił, by walczyć o życie. W tym momencie usłyszałem szczekanie Sakury. Jego głos literalnie przywrócił mi przytomność umysłu i siły. Zacząłem wydobywać się z pułapki i naraz zauważyłem pod wodą kontur ludzkiej postaci. Po pewnym czasie poczułem się wolny z pęt i popłynąłem w kierunku brzegu. Zauważyłem, że Sakur też znajdował się w wodzie i zacząłem go wołać. Na koniec podpłynął do brzegu i przy mojej pomocy wyszedł z wody. Cała jego szyja była we krwi.

Racjonalnego wyjaśnienia tego incydentu Igor nie znalazł do dziś dnia.

 

Nie rzucajcie kamieniami w złe duchy…

 

Latem 1995 roku, w leśnym jeziorze Czernoje położonym nieopodal wsi Wozniesienki w Krasnojarskim Kraju, utopiło się naraz trzech ludzi. Mężczyźni wracali z wesela do domu i zdecydowali się skrócić sobie drogę idąc leśnym duktem. Najprawdopodobniej coś dziejącego się na jeziorze przyciągnęło ich uwagę i oni poszli do jeziora. Naoczni świadkowie opowiadali, że na ich twarzach zastygł wyraz niezwykłej przyjemności.

O tych miejscach dawno krążyły pogłoski na temat mieszkających w jeziorach Rusałek. Dlatego też wieśniacy szeptali, że śmierci tych mężczyzn są winne Rusałki i zdecydowali się zlikwidować siły nieczyste przy pomocy… dynamitu.  W rezultacie serii wybuchów na powierzchni jeziora znalazło się wiele ogłuszonych ryb i zwłoki jeszcze jednego mężczyzny. Nikt nie zidentyfikował tego topielca, a Rusałek nie znaleziono.

O jeszcze jednym niezwykłym wypadku opowiedział Dimitrij Pogodin z Togliatti w Samarskim Obwodzie.  A oto, co opowiedział on:

- W Togliatti jest sztuczne jezioro, gdzie często zbieramy się z przyjaciółmi. Kiedyś przyjechałem tam i znaleźliśmy na brzegu dwie karetki SMP -  Pogotowia Ratunkowego. O tym wydarzeniu dowiedzieliśmy się od jednego z chłopaków. On wraz z dwoma kolegami wybrał się do kąpieli w jeziorze. Nie zdążył nawet wejść do wody, jak usłyszał głos. Rozejrzeli się i zobaczyli w wodzie grubą, galaretowatą kobietę – przy czym jej głos magicznie podziałał na jednego z nich. Nie zważając na to, że oni chcieli go zatrzymać, młodzieniec szybko poszedł w jej stronę. Aby ratować kolegę, drugi chłopak rzucił w nią kamieniem. Ona zasyczała jak kot, ale głośniej i straszniej i potem skryła się w wodzie. Skutki dziwnego spotkania były straszne. Chłopak, którego wzywała Rusałka po wyjściu na brzeg upadł i dostał ataku padaczki – grand mal. Do tego czasu był on absolutnie zdrowy. A ten, który rzucił w nią kamieniem nie mógł niczego powiedzieć. Potem wyjaśniliśmy, że ten drugi szybko wrócił do siebie, zaś ten pierwszy długo leżał w szpitalu.

Natomiast w Obwodzie Penzieńskim dwaj młodzieńcy chodząc po lesie natknęli się na zarośnięte krzakami jeziorko. Na jego brzegu spotkali trzy nagie dziewczyny, które szły im na spotkanie, uśmiechając się przyjaźnie. Nie zamieniły z nimi ani słowa, ale słyszeli oni coś w rodzaju melodyjnego śpiewu. Jeden z nich się przestraszył i rzucił się do ucieczki, natomiast drugi poszedł wprost do dziewczyn. Ten, który uciekł dotarł do wsi i zebrał miejscowych chłopów, a następnie pobiegli oni do tego jeziorka. Kiedy już dobiegli do jeziorka, nie było komu pomagać – na czarnej wodzie pływała tylko czapka tego młodzieńca. Trupa chłopaka znaleziono następnego dnia. Nie było żadnego racjonalnego wyjaśnienia śmierci tego młodego człowieka, i ten koszmar przypisać można było tylko siłom nieczystym, bo innego wyjaśnienia tak miejscowi jak i przyjezdni znaleźć nie mogli…

 

Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 52/2019, ss. 32-33

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz       

 



[1] Podobnie ma się sprawa z uczestnikami Obserwacji Dalekich i Bliskich Spotkań z UFO.

[2] W oryginale: rusalnaja niediela.

niedziela, 11 kwietnia 2021

Kamienne idole Wyspy Wielkanocnej



Margarita Kapskaja

 

Długość pasa startowego portu lotniczego Mataveri na Wyspie Wielkanocnej wynosi 3318 m, był przedłużany w 1986 roku na prośbę USA, by lotnisko było rezerwowym lądowiskiem dla promów kosmicznych.

Ten niewielki skrawek lądu jest uważane za jeden z najbardziej tajemniczych miejsc naszej planety. Zagadki dla uczonych napotyka się tutaj na każdym kroku. Jak tutaj znaleźli się krajowcy – a do tego ludzie różnych ras: i biali i ciemnoskórzy? Jak oni byli w stanie przeżyć, skoro na wyspie nie było dużych drzew i jej mieszkańcy nie mieli opału w chłodne i wietrzne zimy? O oczywiście największa zagadka tego miejsca: ogromne kamienne figury. Mnóstwo figur. Kto i dlaczego je stworzył i ustawił w dziwnym porządku?

 

Jasnoskóry tubylec

 

Wyspa była odkryta w niedzielę wielkanocną w 1722 roku, przez ekspedycję niderlandzkiego żeglarza Jacoba Roggevena.[1] Europejczycy byli tam wszystkiego tylko jeden dzień – ale zapisy w dzienniku pokładowym świadczą o tym, że oni od razu zetknęli się z nierozwiązanymi zagadkami. Pierwsza z nich: pośród krajowców, którzy weszli na pokład statku jeden z nich był białoskórym! Druga: tubylcy mieli ciała pokryte tatuażami wyobrażającymi ptaki i zwierzęta, których na wyspie nie było. No i najdziwniejsze – na brzegu oceanu, plecami do wody stały ogromne, kamienne figury, którym krajowcy oddawali cześć, ale o powstaniu których niczego nie potrafili powiedzieć.

Rano Kao - bagno w kraterze
Człowiek-ptak

Trzy mniejsze wyspy wielkanocne: iglica Motu Kao Kao, mniejsza Motu Iti i wyspa ludzi-ptaków Motu Nui


Petroglify na Orongo

Dzisiaj Wyspa Wielkanocna (miejscowa nazwa Rapa Nui) należy terytorialnie do Republiki Chile i jest najbardziej oddalonym od kontynentów zamieszkałym skrawkiem lądu w świecie (odległość od najbliższego lądu wynosi 3500 km). Powierzchnia tego kawałka lądu wynosi 163 km², zasiedlenie w roku 2012 wynosiło 5806 mieszkańców. Oficjalne języki to hiszpański i rapanujski (dialekt polinezyjskiego), a gospodarka bazuje na turystyce.

Ekspedycja Jacoba Roggevena oceniła liczbę krajowców na ok. 2000 osób. I oczywiście Europejczycy nie byli w stanie zrozumieć, jak miejscowi – którzy nawet łódki robili z kawałków drewna (ówcześnie na wyspie rosły tylko krzewy) mogli wyrąbać w skale monolityczne figury i przemieścić je do miejsca przeznaczenia.


Cyklopowy mur ahu - wybudowany tak, jak mury inkaskich twierdz górskich 
Zapadnięta w grunt figura
Czerwona "peruka" pukao z głowy figury

Nieukończone kamienne figury w kamieniołomie Rano Raraku...
...i figura stojąca na platformie ahu

Przez całe stulecia uczeni łamali sobie głowy nad tą zagadką. Kamienne figury, które wyspiarze nazywają moai, sięgają do 10 m wysokości. Wykuwano je w kraterach wygasłych wulkanów (tam do dziś dnia znajdują się nieukończone figury). Ogólnie rzecz biorąc, jest ich około 900. Rozmieszczenie niektórych z nich wydaje się być chaotycznym, zaś inne stoją w dokładnym porządku. Są one do siebie podobne: ogromne głowy z wystającymi podbródkami, z długimi uszami, z grubymi i wyraźnymi rysami twarzy. Wulkaniczny tuf, z którego zostały wyrzeźbione jest stosunkowo lekkim materiałem, ale że na wyspie nie ma drzew (to znaczy nie ma jak i z czego zrobić dźwignie i sanie transportowe) praca nad przemieszczeniem kamiennych gigantów wydaje się współczesnym uczonym niemożliwą dla krajowców. To dało niektórym badaczom powód do wygłaszania opinii, że figury wycinali z kamienia, transportowali i ustawiali jacyś przedstawiciele wysoko rozwiniętej cywilizacji. Tym bardziej, że zgodnie z legendami, kamienne figury samodzielnie dochodziły do miejsc, na których dzisiaj się znajdują.

 

Łodzie i ziemniaki

 

Zadziwiające jest to, że w 2012 roku rozpoczęto prace odkopywania niektórych figur. I okazało się, że mają one nie tylko głowy, ale także ciała pokryte różnymi wzorami! Przy czym są one podobne do tatuaży krajowców – wyobrażenia niektórych przedmiotów, a także zwierząt i ptaków, których na wyspie nie ma.

Wyjaśniło się, że ciał tych kamiennych posągów nikt nie zakopywał – to one same zapadły się w ziemię pod wpływem swego ciężaru.

Rysunki na nich pomogły odpowiedzieć na cały szereg pytań. Przede wszystkim na to, kiedy na wyspie pojawili się ludzie. Na niektórych figurach wyrzeźbione są ogromne łodzie płynące na morzu.[2] To potwierdziło domysły uczonych, że Rapa Nui została zasiedlona przez Polinezyjczyków (mieszkańców wysp środkowej i zachodniej części Pacyfiku).


Obalone figury w czasach huri moai
Kamieniołomy Rano Raraku
Zrekonstruowane Ahu Tongariki







Krajobrazy Rapa Nui z kamiennymi posągami

Ale jednocześnie potwierdziła się wersja słynnego norweskiego podróżnika Thora Heyerdahla, który twierdził, że kamienne idole Wyspy Wielkanocnej są podobne do dawnych posagów znalezionych w Ameryce Pd., a rosnące na Rapa Nui słodkie ziemniaki mówią o kontaktach z tym kontynentem. Jak wiadomo, ekspedycja pod kierownictwem Thora Heyerdahla dokonała rejsu na tratwie Kon-Tiki od brzegów Peru do archipelagu Tuamotu[3] – o wiele dalej niż do Wyspy Wielkanocnej, żeby dowieść, że podobne podróże w przeszłości były realizowane.

Tak więc nie ma żadnych wątpliwości, że kolonizacja Wyspy Wielkanocnej miała kilka etapów i z wielu miejsc zasiedlonych przez ludzi.

Pozostało tylko wyjaśnić, w jaki sposób ona przebiegała.

 

Bogowie z długimi uszami

 

Zgodnie z miejscowymi przekazami, kiedyś na wyspie mieszkali ludzie z długimi uszami – oni wstawiali w małżowiny uszne kamienie, które je rozciągały nawet do barków. W dżunglach Ameryki Południowej do niedawna znajdowały się plemiona robiące podobnie, tak że można powiedzieć, że byli to uchodźcy z tych miejsc (z największą wiarygodnością  z dzisiejszego Peru, na co wskazywał Thor Heyerdahl). Ale wraz z nimi na wyspie mieszkali krótkousi – potomkowie tych, którzy przybyli tam z Polinezji.

Rozszyfrowane dosłownie kilka lat temu drewniane deseczki z miejscowym pismem (kohau rongo-rongo), a także badania paleontologów pozwoliły nam na opracowanie historii ten wyspy.

Wyspa została zasiedlona przez Polinezyjczyków około roku 400 n.e. Rosły na niej banany, ziemniaki, trzcina cukrowa. Przesiedleńcy przywieźli ze sobą kury, które doskonale się zaadoptowały do warunków. Wyspa wyglądała wtedy jak rajski zakątek – subtropikalny las z dużymi palmami i smacznymi owocami. Wielkość populacji mogła wynosić 20.000 ludzi, którzy zajmowali się nie tylko rolnictwem, ale także łowieniem ryb.




Kamienne idole na Tahiti

Około roku 1200, pojawili się tam przybysze z Ameryki Pd. – długousi ludzie. No i miejscowi uznali ich za bogów – bowiem posiadali oni wysoką wiedzę. Długousi z Peru przejęli władzę na wyspie nad potomkami Polinezyjczyków. Nakazali oni krótkouchym wycinanie ze skał kamiennych kolosów, które podkreślały prestiż rasy rządzącej.

W czasie wykopalisk przy posągach znaleziono resztki powrozów i drewnianych dźwigni – a to oznacza, że na wyspie rosły wielkie drzewa. Stało się oczywiste, skąd wzięła się legenda, że posągi kroczyły samodzielnie: przesuwano je w pozycji pionowej wykonując niewielkie „kroki” o długości 20-30 cm (tak jak przemieszcza się ciężki mebel). Niezorientowanym mogło się wydawać, że moai same przemieszczają się po brukowanych drogach, trzy z których zachowały się do naszych czasów.

 

Katastrofa ekologiczna

 

W XIV-XV wieku, życie na wyspie się załamało. Potomkowie pierwszych długouchych podzielili się na klany i zaczęli ze sobą wojny. Ale co najważniejsze – każdy chciał mieć na własność największe, a więc najsilniejsze kamienne idole. Las został całkowicie wyrąbany do ich transportowania. Jako że nie było już owoców, to spowodowało, że Rapa Nui opuściły ptaki. Przybrzeżne ryby i delfiny odeszły na inne miejsca – w wodzie przy wyspach nie starczyło dla nich pokarmu. Wśród mieszkańców wyspy zaczął się głód i kanibalizm. Populacja wymierała i w końcu krótkousi się zbuntowali. Trudno powiedzieć, jak długo trwało powstanie - niektórzy badacze mówią o dziesiątkach lat. W rezultacie tego, wszyscy długousi zostali wybici. Przestano wykuwać kamienne figury, część z nich pozostała w kamieniołomach.

Ale dla zniszczonej przyrody straty okazały się nie do odrobienia. Nie było drzew i ludzie nie mieli materiałów konstrukcyjnych do chat i łodzi. Długousi nie raczyli przekazać krótkouchym sekretów efektywnej uprawy roślin, na wyspie panował głód – i w konsekwencji kanibalizm. Populacja zmniejszyła się co najmniej 10 razy.

W 1862 roku, przybyli z Peru łowcy niewolników porwali niemal wszystkich mieszkańców w niewolę.

 

Dukaty w sakiewce

 

Udało się rozwiązać zagadkę powstania kamiennych figur. Ale wyspa kryje w sobie wiele innych tajemnic. Jedna z nich – niepojęte i niewyjaśnione zniknięcie tego skrawka lądu, niejednokrotnie odnotowane w dziennikach pokładowych przepływających tamże statków. I tak np. w sierpniu 1908 roku, chilijski statek SS Gloria skierował się na Rapa Nui, by uzupełnić zapas słodkiej wody. No, ale w pożądanym miejscu wyspy po prostu… nie było. Wedle obliczeń, statek po prostu przeszedł przez nią na wylot!

Podobna historia miała miejsce w 1928 roku z turystycznym liniowcem.

A w czasie II Wojny Światowej dwa niemieckie U-booty podpłynęły do Wyspy Wielkanocnej, gdzie ich powinien spotkać okręt zaopatrzeniowy – i także nie odnalazły Rapa Nui.

W 1922 roku, po silnym tsunami, piloci wysłanych na rozpoznanie samolotów oświadczyli, że cała wyspa skryła się pod wodą. Ale po kilku dniach Rapa Nui znów znajdowała się na swoim miejscu.

Wielu badaczy przypuszcza, że Wyspy Wielkanocne znajdują się w anomalnej strefie, w której mogą pojawiać się ludzie i/albo przedmioty z innych wymiarów – i zaczarowane wyspy mogą na jakiś czas znikać.

Ale to nie wszystko. Pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku, australijska ekspedycja odkryła tam pozostałości średniowiecznego rycerza i jego konia. Wykopaliska przebiegały na skraju niewielkiego bagna i ciała jeźdźca i jego konia doskonale się zachowały. Sądząc po artefaktach, rycerz był członkiem tzw. Zakonu Inflanckiego[4] z XIV-XV wieku, a w jego sakiewce znajdowały się złote dukaty wybite w 1326 roku. Jakim sposobem znalazł się on na tej zagubionej pośród oceanu wyspie? Jedyne przypuszczenie jakie wysunęli uczeni: jakieś mistyczne siły przeniosły go tutaj z miejsca, w którym uległ on śmiertelnemu niebezpieczeństwu.

To jest jedynie mała część zagadek tajemniczych wysp, i będziemy czekać na następne odkrycia ich badaczy.

 

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 33/2019, ss. 20-21

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

Zdjęcia - ©W.Leśniakiewicz       



[1] W rzeczywistości są tam cztery wyspy: wyspa główna - Rapa Nui, i mniejsze: Motu Kau Kau, Motu Iti i Motu Nui – wyspa Ludzi Ptaków.

[2] Na Wyspie Wielkanocnej do dziś używa się łodzi zrobionych nie z drewna, ale z trzciny tortora rosnącej w jeziorkach w kraterze Rano Kao.

[3] Rafa Raroia.

[4] Livoński Zakon (pełna nazwa — Bractwo Rycerzy Chrystusa Livonii, łac.: Fratres miliciae Christi de Livonia, niem.: Brüder der Ritterschaft Christi von Livland — oddział (landmaisterstwo) Zakonu Teutońskiego (Krzyżaków) w Livonii (dzisiejsze terytoria Łotwy i Estonii) w latach 1237—1567. Założony w 1237 roku z pozostałości rozgromionego przez ludy bałtyckie Zakonu Kawalerów Mieczowych. Miał on szeroką autonomię. Rezydencją Wielkiego Mistrza Zakonu był Wenden Schloß (Zamek w Cesis - Kiesi) na Łotwie.


poniedziałek, 5 kwietnia 2021

UFO, nie-UFO, a może dron?

 


W dniu wczorajszym Pan Leszek Ostoja-Owsiany korzystając z FB powiadomił mnie obserwacji Nocnego Światła nad Toruniem:

 

Leszek Ostoja-Owsiany: Wczoraj (3.IV.2021) kumpel widział takie coś nad Toruniem. Duże zbliżenie dlatego też taka pikseloza. Jeśli to nie dron to ciekawe, pokrewne do tego co ostatnio opublikowane przez UFO ALARM rejestracje z Polski.

Robert Leśniakiewicz: Ciekawe - może to ruski latający szpieg???

L.O-O.: Szybciej amerykańska zabawka.

R.L.: Być może.

L.O-O.: Pod Toruniem na poligonie mają swoją bazę 🙁

R.L.: Ano tak...

L.O-O.: Sukinkoty - przez to będziemy jednym z pierwszych celów jakby rukie właziły do nas co mam nadzieję nie nastąpi.

R.L.: Będziemy. Przypomina mi się to co pisze Hastings - gdzie bazy US Army tam i UFO...

L.O-O.: Ano bawią się swoimi zabawkami tajnymi - niestety wszystkie obserwacje ostatnio podpadają mi pod ich zabawki.

R.L.: I chyba masz rację.

L.O-O.: Miałem parę doniesień i wychodziło mi że to ichniejsze

R.L.: 🙁

L.O-O.: No cóż trza być czujnym 🙂

 

Pan Leszek zapewne ma rację - wprowadzając wojska amerykańskie do Polski stworzyliśmy dla USA bazę wypadową na terytorium Rosji i Europy Wschodniej. Sam miesiąc czy dwa temu widziałem coś podobnego nad Jordanowem i nie wiem, co to było...

 



Jednak jeżeli Robert Hastings ma rację, to poza urządzeniami wywiadowczymi amerykańskich służb, mogą tu być znacznie ciekawsze zabawki w rodzaju pocisków rakietowych z głowicami od A do N. Obcych szczególnie interesują wszelkie instalacje nuklearne na naszej nieszczęsnej planecie, więc to wcale nie musiała być szpiegowska zabawka, ale normalne zwiadowcze UFO śledzące amerykańskie poczynania w zakresie przygotowań do wojny nuklearnej… Mamy coś podobnego jak w 1980 roku – nad Polską znów latają maszyny szpiegowskie obu supermocarstw.

Obym się mylił. 

Foto - Wojciech Budny  

niedziela, 4 kwietnia 2021

Sygnał WOW! – alternatywne wyjaśnienie


 

Jiří Černý

 

W czerwcu 2017 roku opublikowaliśmy artykuł o rozwiązaniu zagadki tzw. sygnału WOW!. Został on przechwycony w dniu 15.VIII.1977 roku przez Jerry’ego Ehrmanna, który pracował dla Projektu SETI.  

Dotyczyło to radiosygnału pochodzącego z konstelacji Strzelca i nie odpowiadał swą charakterystyką żadnemu znanemu wtedy obiektowi astronomicznemu. Ponadto był on na tyle silny, że jak Ehrmann zobaczył jego sekwencję na zapisie, to na boku napisał wykrzyknik WOW!

SETI (Search for ExtraTerrestrial Intelligence) zbiera dane z radioteleskopów i poszukuje cywilizacji pozaziemskich. W ten sposób odkryto zagadkowy sygnał.

Prof. Antonio Paris z St. Petersburg College na Florydzie po roku badań doszedł do wniosku, że sygnał ten nie wysłali jacyś Kosmici, ale… dwie komety. Odkrycie to zaniepokoiło wielu ludzi i kontynuowano badania.

 

Alternatywne wyjaśnienie

 

Jednym z tych ludzi był także astronom-amator Alberto Caballero, który niedawno oznajmił, że sygnał ten prześledził w przeszłość – do gwiazdy wielce podobnej do naszego Słońca.

Czy znajdziemy ją? Astronomowie będą szukać sygnałów od Obcych Cywilizacji od 1 mln gwiazd.

Caballero użył mapy 3D naszej Galaktyki, którą w 2003 roku zestawili specjaliści z obserwatorium Gaia. Mapa ta zawiera lokalizacje 1,3 mld gwiazd i jest o wiele dokładniejsza, niż ta, którą mieli do dyspozycji uczeni poszukujący pochodzenia sygnału WOW! po jego odkryciu.

„Astronomy Magazine” stwierdza, że w tamtym obszarze znajduje się więcej gwiazd, i że praca wcale nie musi być definitywnie zakończona.

 
Lokalizacja miejsca wysłania sygnału WOW!


Moje 3 grosze

 

Z obliczeń uczonych wynika, że sygnał ten został wyemitowany na fali o częstotliwości f = 1,42 GHz (λ = 21 cm, bliskiej częstotliwości międzygwiezdnego wodoru) i trwał 72 s. Sygnał ten nadszedł z rejonu nieba w gwiazdozbiorze Strzelca (Sagittarius): RA – 19h25m17,01s DEC – minus 27°03’ – ok. 2,5° na południe od grupy gwiazd  χ-Sagittarii (3 gwiazdy), zaś najbliższą widoczną gwiazdą jest τ-Sagittarii.

Na razie nie odnotowano drugiego takiego samego sygnału, a zatem sprawa jest wciąż otwarta. Mam nadzieję, że kiedyś odezwie się ponownie…    

 

Źródło - http://www.msn.com/cs-cz/zpravy/v%c4%9bda-a-technika/amat%c3%a9rsk%c3%bd-astronom-p%c5%99i%c5%a1el-s-alternativn%c3%adm-vysv%c4%9btlen%c3%adm-p%c5%afvodu-sign%c3%a1lu-%e2%80%9ewow%e2%80%9c/ar-BB1fd1qM?ocid=sf

Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz