Powered By Blogger

piątek, 14 maja 2021

Cthulhu z R’Lyeh?

 


Ocean wyrzucił na brzeg potwora. Żyje 9 km pod powierzchnią wody.

Na jednej z kalifornijskich plaż dokonano wstrząsającego odkrycia. Ocean wyrzucił tam na brzeg niezwykle rzadko spotykaną rybę głębinową.

Plażowicz z południowej Kalifornii podczas spaceru na plaży napotkał niesamowite stworzenie. Ocean wyrzucił tam na ląd rybę głębinową żabnicę. Według agencji wycieczek łodzią Ben Estes miał niezwykłe szczęście, że natknął się na to zwierzę.

Ryba nie jest rzadka i w oceanach występuje wiele podobnych osobników. Jej niezwykłość polega jednak na tym, że bulwiasta bestia występuje zwykle na głębokości ponad 9 tysięcy metrów. Prawdopodobieństwo znalezienia jej na plaży jest bardzo niskie. Nie wiadomo, jak trafiła tam w nienaruszonym stanie.

Chociaż sama ryba nie jest rzadka, niezwykle rzadko można zobaczyć taką nietkniętą wzdłuż plaży w południowej Kalifornii - napisała agencja.

Ciało ryby dostosowane jest to życia na dużych głębokościach. Charakteryzuje się długą, mięsistą płetwą grzbietową, która rozciąga się przed jej pyskiem. Uwagę zwraca również fosforyzującą bańką, która może emitować światło, aby zwabić ofiarę żabnicy. Martwe stworzenie trafiło do Kalifornijskiego Departamentu Ryb i Przyrody. W przyszłości może znaleźć swoje miejsce w muzeum lub innej instytucji edukacyjnej.

 





Moje 3 grosze

 

Jednak najciekawsze jest to, w jaki sposób ten potworek dostał się na plaże w dziewięćsetmetrowej głębi? Nie sądzę, by ryba ta wydostała się jakimś sposobem z Rowu Filipińskiego czy Mariańskiego i przepłynęła do Kalifornii. Możemy teraz zgadywać, co za tym stoi: tsunami, solitonowe fale głębinowe czy może upwelling? Trudno powiedzieć nie znając zapisów pogodowych czy trzęsień ziemi, ale jedno jest pewne: tej ryby nie powinno tam być, chyba że…

…podobne potworki morze wyrzucało po supertsunami z Bożego Narodzenia 2004 roku na wybrzeża Sumatry i Jawy, więc może jednak za tym stoi zwykłe trzęsienie ziemi i tsunami? Zob. „Co się dzieje w głębinach?” - https://wszechocean.blogspot.com/2017/03/co-sie-dzieje-w-gebinach.html. Trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów podmorskich, erupcje pokładów klatratów metanowych – to wszystko mogłoby być przyczyną pojawiania się takich dziwnych zwierząt na powierzchni morza i na plażach. I jak sądzę, takie jest rozwiązanie tajemnicy tego lovecraftowskiego Cthulhu z R’Lyech czy innego potwora z Yanthlei znalezionego na kalifornijskiej plaży…

 

Źródło: https://www.o2.pl/informacje/ocean-wyrzucil-na-brzeg-potwora-zyje-9-km-pod-powierzchnia-wody   

czwartek, 13 maja 2021

Kroki Czarnego Alpinisty

 

Elbrus i Baksański Wąwóz (poniżej w prawo) - pomiędzy nimi znajduje się Niedźwiedzia Przełęcz

Dymitrij Słonow (Saratow)

 

Legendę o Czarnym Alpiniście w różnych jej wersjach i wariantach słyszał każdy, kto choć raz wybrał się w góry z plecakiem na plecach. Ale spotykać się z nim, rzecz jasna, przychodziło nielicznym. Mnie to także spotkało…

 

Czy aby lina wytrzyma…?

 

Sama legenda w wariancie, który usłyszałem, brzmi tak:

Dwaj alpiniści związani liną szli po skalnym grzebieniu. Jeden z nich odpadł. W takim przypadku szansę na ratunek daje skok drugiego na przeciwną stronę grzebienia w nadziei, że lina wytrzyma. To właśnie zrobił partner tego alpinisty, który odpadł od skały. Lina wytrzymała. Ale wejść na grzebień mógł tylko jeden. Drugi pozostał wiszący na skale.

Partner pospieszył na dół po pomoc. Jednakże, po znalezieniu ludzi, on nie wiadomo czemu zdecydował się nie wracać na stok – być może przestraszył się. Powiedział, że jego kolega zginął. Po pewnym czasie na fatalnym grzebieniu skalnym już inna grupa alpinistów znalazła linę, której jeden koniec był umocowany na haku, a drugi – odcięty – kołysał się przy ścianie skalnej. Nie znaleziono ani żadnych śladów ani zwłok biedaka, który tam został.

Od tego czasu w górach pojawił się Czarny Alpinista. Mówią, że on szuka tego, który porzucił go w śmiertelnym niebezpieczeństwie i nie wrócił, by mu pomóc.

 

Niedźwiedzia Przełęcz 

 

We wrześniu 1985 roku, wybraliśmy się na wyprawę w okolice Elbrusu. Po prawie dwutygodniowej wyprawie z pokonaniem przełęczy i lodowców Elbrusu – pozostała nam jeszcze jedna przełęcz – Przełęcz Niedźwiedzia. Potem mieliśmy wrócić do Baksańskiego wąwozu. Druga połowa września w górach to koniec sezonu z częstymi mgłami i paskudną pogodą. Pewnego dnia góry okutały się gęstą mgłą. Nie przechodząc w deszcz często przechodziła od razu w mokry śnieg.

Przyszło nam rozbić namioty na małej przestrzeni na bocznej morenie lodowca. Iść w taką pogodę na przełęcz – nie wolno. Można byłoby zejść ze szlaku i wejść na lawiniasty stok. W tą dobę pogoda się nie poprawiła.

Pozostaliśmy na miejscu dopalając resztki benzyny, rozgrzewaliśmy się gorącą herbatą, odkopywaliśmy się spod ciężkiego śniegu z dachów namiotów i wszyscy wypatrywaliśmy jakiegoś przejaśnienia by wyznaczyć kierunek dalszego marszu. W nocy była silna burza. Huk piorunów i błyskawice zlały się w jeden diaboliczny koncert. A to oznaczało, że burzowe chmury nas otaczały. Wszystkie metalowe rzeczy – haki i czekany – powiązaliśmy i umieściliśmy na zboczu powyżej namiotów – jak poleca to poradnik turysty-wspinacza, aby uchronić się od uderzenia pioruna.

 

Szczyt Elbrusu - 5642 m n.p.m.

Zejście do Czegietu!

 

I oto wśród huku piorunów usłyszeliśmy czyjeś kroki wokół namiotów i dźwięczenie metalu o kamień. Takie właśnie dźwięki wydaje człowiek idący z rakami na butach, zgrzytającymi o kamienie moreny. W taką pogodę i na tej wysokości nie powinno być tu żadnych ludzi. Ale kroki słyszeli wszyscy, którzy nie spali. Nie, nikt nie zaglądał nam do namiotów, a nasze latarki w otaczającej nas przestrzeni nie mogły oświetlić niczego poza ogromnymi zaspami śnieżnymi. Ale i tak zrobiło się nam niemiło.

Rankiem pogoda się uspokoiła i w strzępach mgły zobaczyliśmy podejście na przełęcz. Po herbacie ogrzanej resztkami benzyny mogliśmy wejść na siodło przełęczy i bezpiecznie zejść do Czegietu, gdzie zakończyliśmy naszą wyprawę.

W górach zdarza się wiele nieznanych rzeczy. Góry są żywe. Jeżeli ich duch w kształcie Czarnego Alpinisty oceniał nas w tą groźną wrześniową noc, to cieszę się, że przeszliśmy przez ten egzamin, zaliczając jeszcze jedną złożoną wyprawę.

 

Moje 3 grosze

 

Oczywiście to jest tylko jedna z legend, które opowiada się w górach, przy watrze i góralskiej herbatce. Chciałbym polecić Czytelnikom podobną relację Jana Długosza z jego książki „Komin Pokutników”, w której pisze on o swej wyprawie na Kaukaz, gdzie miejscowi opowiedzieli mu o dziwnym ptaku zwanym gornaja indyjka albo po prostu ptica, który płata alpinistom różne figle.

W tej samej książce pisze on o niektórych górskich przesądach – np. ujrzenie czarnego motyla w górach zawsze zwiastuje czyjąś śmierć. Jako racjonalista śmiałem się z tego, bo i co mają czarne motyle do czyjejś śmierci… Do czasu, a dokładniej do pewnego sierpniowego dnia w latach 90-tych, kiedy to wraz ze znajomymi: panem Jackiem S. z Krakowa i jego dziećmi Anią i Michałem wybrałem się z Łysej Polany do Morskiego Oka i następnie Ceprostradą do Doliny Pięciu Stawów Polskich, skąd wróciliśmy przez Roztokę i Wodogrzmoty Mickiewicza do Łysej Polany. Przyjemna trasa spacerowa z elementami wysokogórskimi.

Było już koło południa, kiedy na podejściu pod Szpiglasową Przełęcz w pełnym słońcu zobaczyłem czarne motyle bujające w prądach powietrznych. No cóż, motyle jak motyle. Nie przywiązałem do nich wagi i poszliśmy dalej. Pogoda była cudowna, tylko gdzieś grzmiało za Rysami i Vysoką, ale burza przeszła bokiem na Dolinę Białej Wody i Tatry Bielskie...

Kiedy wróciłem na Łysą Polanę, to od kolegów dowiedziałem się o koszmarnym wypadku, jaki miał miejsce na Palenicy Białczańskiej. Kierowca autobusu PKS zginął zmiażdżony przez jego autobus. Usiłując uruchomić silnik zapomniał wyrzucić wsteczny bieg i w momencie, kiedy podłączył akumulator drugiego autobusu do rozrusznika, autobus skoczył do tyłu miażdżąc głowę nieszczęśnika o zderzak drugiego autokaru. Było to mniej więcej w tym samym czasie, w którym ujrzałem czarne motyle nad Szpiglasową…

Od tej pory bardzo czujnie rozglądam się spacerując po górach.

 

Źródło: „Niewydumannyje Istorii”, nr 52/2019, s.34

Przekład z rosyjskiego: ©R.K.F. Leśniakiewicz

środa, 12 maja 2021

Błyski na górze Biełucha

 

Lokalizacja góry Biełucha na Ałtaju

Anatolij Sliesariew (Czelabińsk)

 

W sierpniu 1992 roku, my – czelabińscy rurociągowcy-turyści – zdecydowali się na zorganizowanie zawodów sportowych – turiadę i wspiąć się na szczyt góry Biełucha, N 49°48’25” – E 086°35’22”, której wysokość wynosi 4509 m n.p.m.

 

Promienie światła ze szczelin

 

Bazowy obóz został postawiony na brzegu rzeki Katuń. A ja ze swym partnerem od liny Miszą Zajdelem  zdecydowaliśmy się wspiąć do „Lodowego Balkonu” i tamże zanocować. „Balkon” znajdował się na skale, na wysokości 4000 m n.p.m. Znajduje się tam około 10 miejsc pod namiot. Ale na „Balkonie” za bardzo wiało, więc zdecydowaliśmy się wspiąć jeszcze wyżej, aby przenocować na lodowcu.

Rozbiliśmy namiot – jak się potem okazało – na potężnym kęsie lodu pomiędzy szczelinami. Położyliśmy się spać, boż trzeba nam było wstać o czwartej rano. Przez cała noc pod nami trzeszczał lód, lodowiec się przesuwał. Było ciemno. I naraz zauważyłem, że jakieś błyski światła oświetlają namiot. A zaraz potem słyszałem trzask sunącego lodowca.

Obudziłem Miszę i opowiedziałem mu o swoich obserwacjach. Ale on bardzo się zmęczył i poradził mnie też trochę pospać. To była kwestia jego wieku: był 15 lat starszy ode mnie. Wyszedłem z namiotu i się rozejrzałem. Nad głową miałem rozgwieżdżone niebo. Panowała niezwykła cisza.

Zauważyłem, że na lodowcu z „rozrzuconych” szczelin błyskawicznie wyskakują błyski światła i w kształcie bardzo cienkiego promienia ulatują gdzieś w gwiaździste niebo. I ta cisza!

 

Mapka schematyczna narysowana przez Anatolija: 1 - obóz bazowy, 2 - "Balkon", 3 - bivacco na lodowcu, 4 - główny szczyt Biełuchy 4506 m n.p.m., 5 - rejon ukazywania się błysków

Podobne do lasera

 

Długość błysków była znacznie krótsza od burzowej błyskawicy i nie taka silna. Zjawisko to bardzo mnie zainteresowało. Jaki tam sen! Z czekanem w ręku podczołgałem się do skraju lodowego pęknięcia. Wbiłem czekan i położyłem się tak, by widzieć dno szczeliny i gwiaździste niebo. Zacząłem czekać na błysk.

Po jakichś 30-40 minutach na dnie szczeliny coś błysnęło. Błękitny promień światła podobny do lasera, bardzo cienki i bezdźwięczny wystrzelił w niebo. Miejsce, z którego on wychodził znajdowało się na dnie lodowej szczeliny. Drugi koniec promienia znajdował się w gwiezdnym niebie. Jego grubość wynosiła jakieś 2 cm i znajdował się ode mnie w odległości około 7 m.

Następnego dnia wspięliśmy się na Biełuchę i już późnym wieczorem w bazowym obozie rozpytaliśmy innych uczestników turiady o nocnych błyskach światła na lodowcu. Okazało się, że nikt nic nie widział!

 

Podpełznąłem do krawędzi lodowej szczeliny, wbiłem czekan... i zacząłem czekać na błysk. 

Sprites albo zarnice

 

W naszej grupie znalazła się młoda dziewczyna psychotronik, która była sensytywna, która wyjaśniała mnie i mojemu partnerowi mechanizm tego zjawiska. Ponoć nasza Ziemia ma dodatkowy biegun, który znajduje się w Andach. Odpowiadający jemu drugi biegun znajduje się w Ałtaju, biegun ten – w przeciwieństwie do tego andyjskiego przyjmującego kosmiczną energie – wysyła ją w Kosmos.

W 2017 roku w TV na naszym kanale został pokazany wątek mówiący o tzw. sprites jak nazwali to Amerykanie. Bardzo krótkie błyski sprites powstają na Ziemi i lecą na duże wysokości – 40-80 km n.p.m. Amerykańscy specjaliści sfotografowali taki rozbłysk, który był bardzo podobny do tego, co widziałem na lodowcu góry Biełucha. U nas, w Rosji sprites nazywa się zarnicami.

 

Źródło: „Niewydumannyje istorii” nr 40/2019, s. 16

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz    

niedziela, 9 maja 2021

DD Jordanów 20210508: UFO w Dzień Zwycięstwa

 


W dniu 8 maja otrzymałem od Pana S.B. z Jordanowa informację o dziwnym zdarzeniu, jakie miało miejsce w okolicach naszego miasta. Będąc tego dnia w lesie przy ul. Komunalnej zauważył on na niebie przelatujący samolot pasażerski i coś jeszcze, co było na tyle nietypowe, że poświęcił temu parę minut swej uwagi...

 

TYP INCYDENTU: DD

MIEJSCE: Jordanów, okolice ul. Komunalnej

DATA: 8.V.2021 r.

CZAS: 15:20 CEST

CZAS TRWANIA: ok. 5 minut

ILOŚĆ OBIEKTÓW: 1

ŚWIADKOWIE: nie ma

ZDJĘCIA: nie ma

PRAWDOPODOBNE WYJAŚNIENIE: być może był to jakiś balon meteorologiczny, ale pewności co do tego nie ma.

 

Warunki pogodowe były następujące:

 

TEMPERATURA POWIETRZA: +10°C

WILGOTNOŚĆ POWIETRZA: 50%

WIATR: umiarkowany z kierunku S (halny)

CIŚNIENIE ATMOSFERYCZNE: 1018 hPa

ZACHMURZENIE: umiarkowane

WIDZIALNOŚĆ: dobra

SMOG: nieistotny.

 

Tajemniczy obiekt był – wedle słów świadka – gwiazdopodobny i świecił srebrzystym blaskiem na tle nieba. Jego jasność wahała się pomiędzy jasnością planety Wenus a gwiazdy Polaris (α UMi). Znajdował się on na wysokości ok. 65° nad wschodnim horyzontem. „Gwiazda” ta nie poruszała się w żadnym kierunku. Obiekt znikł gasnąc powoli po ok. 5 minutach i świadek nie wie, co się z nim stało.

Świadek wysunął dwie hipotezy, co do natury tego zjawiska:

1.      Mógł to być jakiś balon meteorologiczny zaniesiony wiatrem w okolice Jordanowa.

2.     Mógł to być jakiś obiekt kosmiczny, który znajdował się w punkcie orbity ponad Jordanowem – np. MSK/ISS albo stopień/rdzeń chińskiej rakiety nośnej Long March 5B/CZ-5/Yao-2, który miał spaść na Ziemię w dniu 9.V.2021 r. ok. godz. 04:30 CEST.

Drugie przypuszczenie nie miało sensu, bowiem obiekty te musiałyby być w ruchu lecąc z zachodu na wschód, czego nie zaobserwowano. Poza tym rdzeń rakiety Long March 5B spadł w dniu 9.V.2021 r. o godz. 04:24 CEST/07:24 MVT do Oceanu Indyjskiego na zachód od Malediwów.

Pewną możliwością mógłby być przelot satelity z serii Iridium, których wielkie anteny i panele baterii słonecznych dają bardzo jasne błyski na niebie, ale… No właśnie – ale ten obiekt był przecież nieruchomy, a satelita zawsze porusza się na zadanej orbicie.

Balon meteo – o, to już bardziej prawdopodobne, ale z drugiej strony byłby on widoczny przez dłuższy czas i poruszałby się z wiatrami w górnych warstwach atmosfery. Widziałem kilka balonów meteo, które latały już to nad Tatrami, już to nad Wybrzeżem, ale żaden z nich nie zachowywał się jak ten DD. Jeden z nich nawet wisiał jakieś 3 godziny nad Świnoujściem zaś drugi nad Kleines Haffem, ale znowu – po trzech godzinach oddaliły się w kierunku wschodnim i zachodnim pchane wiatrem na wysokości ok. 9800-10.000 m, a zatem być może był to taki właśnie balon, ale dlaczego jaśniał i przygasał, i finalnie zgasł na amen? Tego nie wiemy.

Tak czy inaczej, zagadka jest nierozwiązana i obiekt został oznaczony jako NOL typu DD Jordanów 20210508.

sobota, 1 maja 2021

Kwietnie - pletnie i inne anomalie (dokończenie)

 Niestety, przepadł nam gdzieś V tom naszej Kroniki Rodzinnej i wypadł niemal cały rok 1978, a szkoda, bo był on też bardzo ciekawy... No trudno, zaczniemy zatem od Zimy 1000-lecia, Aleksandra Leśniakiewicz zanotowała

24.XII.1978 r. Wigilia

…pogoda jest piękna, więc Robert opala się na leżaku przed domem. Potem zrywa się wiatr, ale łagodny – taki mini halny.

31.XII.1978 r. Sylwester

Na świecie groźna zima, a u nas od rana +8°C i halny. …czekamy na przyjście Nowego Roku i przyszedł do nas z mrozem, i o północy było już -8°C... 

1.I.1979 r. Nowy Rok

Rano śpimy dłużej, bo śnieży i mróz na -18°C. Zima 1000-lecia!

Faktycznie, uderzenie zimy było straszliwe. Pamiętam, jak szedłem na domówkę do znajomych na ul. Przemysłowej, to wiał halny i było +8°C przy pogodnym niebie. Kiedy wracałem do domu gdzieś o 6-tej rano, to było niemal metr śniegu i termometr wskazywał -20°C przy przeraźliwie zimnym wietrze z kierunku NW, musiało być gdzieś koło -30°C zważywszy wind chill factor.

2 – 22.I.1979 r.

Zima 1000-lecia! 2 stycznia wyjechałem do Kętrzyna i jechałem tak 3 doby trasą: Jordanów – Kraków Główny – Warszawa Centralna – Nasielsk – Olsztyn – Ełk – Giżycko – Kętrzyn, a i tak byłem jednym z pierwszych na kompanii! Chłopaki zjeżdżali się przez 2 tygodnie. Przez ten cały czas nie było zajęć tylko odśnieżanie bazy.





23.I – 1.II.1979 r.

Zima trzyma na nowosądecczyźnie.






17.I.1979 r.

UFO nad Zakopanem!


Tej obserwacji typu NL/RV/CE2 nie wyjaśniono do dnia dzisiejszego! W połowie lat 90-tych miałem okazję spotkać jeszcze żyjących świadków tego wydarzenia i z ich relacji wynikało, że nie była to żadna ziemska maszyna, a coś spoza naszej planety. Zaobserwowano wiele dziwnych zjawisk, niektóre z nich przeczyły znanym prawom fizyki. Przy tej okazji TVP-3 Kraków nakręciła krótki film o tej obserwacji, a ja opisałem ją w mojej monografii „Projekt Tatry”, Kraków 2002.  

15.II.1979 r.

Wybuch w warszawskiej Rotundzie PKO, wiele ofiar i rannych. Ponoć to wina mrozu i gazu.

Byłem tam kilka dni potem z Kazkiem Gawłowiczem. Widok okropny – jak po bombardowaniu. W wysoki płot z desek wetknięte były kwiaty. Krążą plotki, że był to akt terrorystycznego sabotażu…

4.III.1979 r. Popielec

Dzień był tak piękny, że opalałam się!

11-13.III.1979 r.

Obserwujemy zaćmienie Księżyca.

21.III.1979 r. PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY

Wiosna przyszła o godzinie 06:22.


1.IV.1979 r.

Przesunięcie zegara na czas letni – CEST.

7.IV.1979 r. Palmowa Sobota

Na termometrze tylko +4°C.

8.IV.1979 r. Palmowa Niedziela

…zimno!!!

9.IV.1979 r. Wielki Poniedziałek

…jest zimno, na dworze jest +3°C.

14 - 15.IV.1979 r. Wielkanoc

Pogoda ciepła i słoneczna.

18.IV.1979 r.

Przejmujące zimno i wali śniegiem!

25 – 27.IV.1979 r.

Leje non-stop, typowa trzydniówka.

9.V.1979 r. Dzień Zwycięstwa

Leje jak z cebra!

1 - 28.VI.1979 r.

Ostatnia praktyka zawodowa w GPK Świnoujście. Cały czas cudowna, letnia, wakacyjna pogoda. Ciekawi ludzie, nowe otoczenie i przede wszystkim cudowny Bałtyk! Morze to nasze okno na świat i to jest prawda – zapoznaję się z liniami żeglugowymi PŻB i PLO – rorowce MF Wilanów, MF Wawel, MF Pomerania i „babcia” MF Skandynawia pływają do Ystad w Szwecji i Kopenhagi. Wcześniej pływały także do brytyjskiego Felixtowe, ale linia była nierentowna (teraz by się przydała), plowskie MF Mikołaj Kopernik i MF Jan Heweliusz pływają do Ystad z lorami i wagonami. Poza tym na Kanale Piastowskim ruch jak w Rzymie – co chwila coś płynie z i do Szczecina. Widać, że Polacy wreszcie korzystają w pełni z dostępu do morza…

Tak było w latach gierkowskiej prosperity – potem ruch stopniowo zamierał, a Biało-Czerwona powoli znikała z gafli statków wypierana przez podlejsze i tańsze bandery...  

14.VI.1979 r. Boże Ciało

…od rana deszcz, zimno i paskudnie.

23.VI.1979 r. Sobótki

Cudownie ciepła, księżycowa, sobótkowa noc.

29.VI.1979 r. Św. Piotra i Pawła

Św. Piotr i św. Paweł sieją grzyby. Pada deszcz i jest zimno i nieprzyjemnie.

20.VIII.1979

Przelot Wielkiego Bolidu Polskiego.

Kończyłem studia na wrocławskim „Zmechu” i przygotowywałem się do promocji, kiedy w dniu 20.VIII.1979 roku miałem okazję zaobserwować przelot czegoś, co później nazwano Wielkim Bolidem Polskim – WBP, a który to przelot wzbudził swego czasu wiele kontrowersji i sporów ufologów. Początkowo WBP skojarzył mi się z jakimś wielogłowicowym SLBM wystrzelonym z pokładu radzieckiego lub amerykańskiego SSBN – rakietowego okrętu podwodnego z napędem atomowym, który to pocisk wymknął się spod kontroli i poleciał w kierunku SE-S spod Morza Norweskiego lub Północnego Atlantyku nad Półwysep Skandynawski, Bałtyk, Polskę, wschodnią część Słowacji, Węgry i Rumunię, a następnie – i tu wersje są podzielone – spadł gdzieś w Morze Czarne albo wyszedł z atmosfery ziemskiej na niską orbitę. Trzecia wersja mówi o całkowitym rozpadzie i spłonięciu tego „czegoś” w atmosferze. I wszelki ślad po nim zaginął. Kolejna nierozwiązana zagadka… 

2.IX.1979 r.

Promocja oficerska w WSOWZmech. Wrocław - CS WOP Kętrzyn. Pogoda jak na zamówienie – słonecznie i bardzo ciepło. Dzień niezapomniany. Potem całonocna jazda do Jordanowa w cudownej, jeszcze letniej pogodzie.

12 – 14.IX.1979 r.

Pogoda przyjemna, ale 14-tego w nocy była „cliwa” burza!

16.IX.1979 r.

Niespodziewany koniec lata, tylko +3°C i leje.

29.IX.1979 r.

Pierwszy przymrozek -5°C!

16 – 17.X.1979 r.

Ciepło i słonecznie.


20.X.1979 r.

Znowu słonecznie i ciepło po deszczowej trzydniówce.

2.XI.1979 r. Dzień Zaduszny

Pierwszy śnieg! – a potem halny i… tęcza!

11.XI.1979 r.

Św. Marcin przyjechał na białym koniu – spadł drugi śnieg.

2.XII.1979

Obserwujemy niecodzienne zjawisko na niebie: Księżyc w podwójnym kole tęczowym (halo) – widok niezapomniany!

-----------------

I na tym kończą się zapiski meteorologiczne w naszej Kronice Rodzinnej, które powstały dzięki naszej Mamie. Jak widać z nich, anomalie klimatyczne były przez cały czas, tylko że dzięki Efektowi Globalnego Ocieplenia przestaliśmy nie zwracać na nie uwagę i (nareszcie!!!) zaczęliśmy je obserwować i wyciągać wnioski. Oby jak najwłaściwsze i jak najszybciej, bo już żyjemy w pożyczonym czasie, którego jest coraz mniej, a coraz więcej zmian będzie nieodwracalnych.

Nie wyjdzie to nam na dobre…