Powered By Blogger

wtorek, 7 września 2021

Kosmiczny Trójkąt Bermudzki: NASA odkrywa tajemnicę

 

Anomalia Magnetyczna Południowego Atlantyku

Luis León

 

Po opublikowaniu w Internecie przekładu artykułu na temat katastrofy francuskiego Airbusa z lotu AF447, moja dobra znajoma z Chile – Pani Liliana Nuñez Orellana poleciła mi artykuł na ten temat ze strony ExtremoMundial.com właśnie na temat takich tajemnic kosmicznego Trójkąta Bermudzkiego. A oto ten materiał:

 

Jeśli myślałeś, że jest tylko jeden Trójkąt Bermudzki, to w rzeczywistości są dwa. Tak nazywają to różne media, i to nie jest dokładnie na oceanie.

Anomalia pola magnetycznego „Kosmicznego Trójkąta Bermudzkiego” nad Ameryką Południową stale rośnie.

Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że w kosmosie istnieje Kosmiczny Trójkąt Bermudzki, tak nazwany przez niektórych naukowców i uczonych w tej dziedzinie, tak naprawdę nazywa się go anomalią południowego pola magnetycznego – South Atlantic Anomaly (SAA), znajduje się ona nad Ameryką Południową i gdzie pole magnetyczne słabnie coraz bardziej i więcej. Pole to stanowi zagrożenie dla podróży kosmicznych, dlatego musi być stale monitorowane.


Trójkąt Bermudzki i szczątki na jego dnie...

Trójkąt Bermudzki był przez dziesięciolecia miejscem, w którym statki i samoloty najwyraźniej zniknęły bez pozornie logicznego wyjaśnienia. Jest to obszar rozgraniczony między Bermudami, Portoryko i Miami w Stanach Zjednoczonych. Pomiędzy tymi strefami powstaje wyimaginowany trójkąt równoboczny, który zajmuje powierzchnię 1,1 miliona kilometrów kwadratowych.

Jednak wbrew temu, co mówią badacze zjawisk paranormalnych i wyznawcy teorii spiskowych, prawdą jest, że na tym obszarze w latach 1945-1965 rozbiło się tylko pięć samolotów. A 10 statków zatonęło lub zniknęło między 1800 a 1963 rokiem. Biorąc pod uwagę rozmiar tego mitu, logicznie rzecz biorąc, wiele wzmianek, zwłaszcza w Internecie, odnosi się do znacznie dłuższych list.

Trójkąt Bermudzki widziany z pokładu MSK/ISS

Słaby punkt pancerza

 

W oczach naukowców zniknięcia w Trójkącie Bermudzkim mają przyziemne wyjaśnienia, od huraganów po awarie mechaniczne i elektryczne. Ale jeśli zwrócimy się ku niebu, możemy zbadać inne zjawisko podobne do słynnego Trójkąta Bermudzkiego, w którym statki i satelity mają dziwne efekty i spustoszenie w swoich instrumentach.

Fizyk NASA John Tarduno, któremu nie podoba się nazwa Trójkąt Bermudzki w kosmosie, rozwiązał zagadkę tego zjawiska. Woli nazywać to anomalią południowoatlantycką. Anomalia Południowego Atlantyku to rozległy region, który znajduje się nad południowym Atlantykiem między Chile a Zimbabwe i znajduje się w punkcie, w którym pas radiacyjny Van Allena zbliża się do powierzchni Ziemi.

- Na tym obszarze ziemskie pole magnetyczne ma słaby punkt, wznoszący się nad Ameryką Południową i południowym Oceanem Atlantyckim - wyjaśnił Tarduno.

SAA i jej wartości (w nT)

Oznacza to, że cząstki słonecznego promieniowania kosmicznego nie są zatrzymywane w kosmicznym Trójkącie Bermudzkim w taki sam sposób, jak w innych częściach planety. Ta nieregularność powoduje, że promieniowanie słoneczne zbliża się do 200 kilometrów do powierzchni naszej planety. Im intensywniejsze promieniowanie słoneczne, tym większy przepływ cząstek energetycznych w Atlantyku.

Ziemia ma dwa pasy Van Allena, które są dwoma pierścieniami naładowanych cząstek otaczających naszą planetę, utrzymywanych w miejscu przez ziemskie pole magnetyczne. Ponieważ pasy te zatrzymują cząstki wystrzeliwane z powierzchni Słońca, chronią one powierzchnię planety przed szkodliwym promieniowaniem.

 

Pasy Van Allena

 

- Nie podoba mi się nazwa Trójkąta Bermudzkiego, ale w tym regionie mniejsza intensywność pola geomagnetycznego sprawia, że ​​satelity stają się bardziej wrażliwe na cząstki energetyczne. Do tego stopnia, że ​​mogą uszkodzić statek kosmiczny przelatujący przez ten obszar - wyjaśnił John Tarduno.

Dlatego satelity przechodzące przez Kosmiczny Trójkąt Bermudzki będą doświadczać większych ilości promieniowania do punktu, w którym może nastąpić uszkodzenie. Ponieważ promieniowanie jest tutaj intensywniejsze niż gdziekolwiek indziej na orbicie.

Pasy Van Allena - Wiernowa


Uszkodzenia sprzętu kosmicznego

 

Dokładnie tak się stało na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, która kilkakrotnie musiała wyłączać swoją sieć na pokładzie.

Niektórzy astronauci donosili nawet, że widzieli dziwne migoczące białe światła, gdy systemy elektroniczne nie działały. Dlatego inżynierowie podejmują wszelkie środki ostrożności, aby ich chronić, gdy przemierzają ten dziwny obszar planety.

To samo dotyczy Teleskopu Hubble'a, który przemierza Trójkąt Bermudzki Kosmosu (lub anomalię południowoatlantycką) 10 razy dziennie. A w dodatku pozostaje tam przez 15% swojego czasu. Kiedy tam jest, Hubble nie może zbierać danych i robi sobie przerwę.



HST i uszkodzony satelita na orbicie wokółziemskiej

Wzrost SAA

 

Z drugiej strony, Weijia Kuang i Andrew Tangborn, członkowie NASA Goddard Center pracują nad projektem Blue Waters. Jest to zespół, który przewiduje zmiany w polu geomagnetycznym, zwłaszcza w anomalii południowoatlantyckiej. Ma to pomóc satelitom płynnie poruszać się po tej okolicy.

Obaj wskazali, że anomalia południowoatlantycka przesuwa się na wschód i również zwiększa swój rozmiar. Według ich wyliczeń i prognoz w ciągu pięciu lat obszar jego wpływów wzrośnie o około 10% w stosunku do 2019 roku.

Jedno z najpopularniejszych badań w Liverpoolu ujawniło, że rzadkie anomalie magnetyczne istniały miliony lat temu, około 8 do 11 milionów lat temu.

Chociaż to prawda, temat anomalii południowego Atlantyku jest przedmiotem debaty wśród naukowców, która spowodowała wiele szkód w technologii kosmicznej i czy stanowiłoby to ryzyko całkowitego osłabienia pola i możliwości odwrócenia biegunów w następne lata, bo ma to najprawdopodobniej związek z przebiegunowanie Ziemi.

 

Źródło: https://extremomundial.com/2021/03/18/triangulo-de-las-bermudas-espacial-nasa-descubre-el-misterio/#comment-320

Przekład z hiszpańskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

poniedziałek, 6 września 2021

Tajemnica lotu AF447

 


1.VI.2009 roku w Brazylii, a ściślej na Oceanie Atlantyckim  uległ katastrofie samolot Airbus A-330-203 linii Air France nr rejsu AF447. Zginęło 228 osób. Samolot leciał z Rio de Janeiro do Paryża. Była to największa katastrofa Air France Ostatni kontakt nawiązano z samolotem z automatycznego systemu łączności 5 godzin po starcie. Samolot znajdował się nad Atlantykiem na wysokości 10.600 m Do katastrofy doszło około 1228 km od lotniska. Rano brazylijskie samoloty wojskowe odnalazły skupiska szczątków. Okazało się, że były to pale.

Na szczątki natrafiono dopiero 6 czerwca. Do 16 czerwca odnaleziono 50 ofiar. Dopiero w 2011 roku udało się odnaleźć czarne skrzynki, były na głębokości 3980 m. Wydobyto również z wraku 104 ofiary. 74 nie odnaleziono. Ze względu na głębokość była to bardzo trudna operacja.

Jako przyczynę określono wejście w burzę oblodzenie i zamarznięcie rurek Pitota i niewłaściwe reakcje pilotów. Wśród ofiar było dwóch Polaków i obywatele 33 krajów. Wymienić trzeba: książę Brazylii 3 do sukcesji (monarchia została zniesiona wracał do Luksemburga), znany kompozytor i dyrygent z Rio de Janeiro leciał na koncert do Kijowa, turecka harfistka i argentyński działacz antynarkotykowy, trzech irlandzkich lekarzy. Ogółem zginęło 61 Francuzów, 58 Brazylijczyków, 26 Niemców, 9 Włochów, 9 Chińczyków, 6 Szwajcarów, 5 Brytyjczyków, 4 Węgrów, 3 Libańczyków, 3 Irlandczyków, 3 Marokańczyków, 3 Norwegów, 3 Słowaków, 2 obywateli USA, 2 Hiszpanów, 2 Polaków, po jednym z Argentyny, Austrii, Belgii, Kanady, Chorwacji, Danii, Estonii, Gabonu, Islandii, Holandii, Filipin, Rumunii, Rosji, RPA, Południowej Korei, Szwecji 1 lub 2 i Turcji.



Samolot zleciał niemal pionowo z wysokości podróżnej i uderzył w wodę, co rozwaliło jego strukturę. Poszukiwania szczątków prowadzono przy pomocy podwodnych pojazdów ROV, dzięki którym udało się zlokalizować czarne skrzynki, dzięki czemu udało się dojść do prawdy o tej katastrofie…[1] Ale czy na pewno?

Całość została pokazana na kanadyjskim filmie z cyklu „Katastrofa w przestworzach”, gdzie przychylono się do wersji o zatkanych rurek Pitota. Roma faculta, causa finita. No nie bardzo i nie tak do końca. Rzecz w tym, że francuski Airbus leciał cały czas poprzez szczególny obszar naszej planety – Kosmiczny Trójkąt Bermudzki. I – jak sądzę – to właśnie w tym należy upatrywać przyczyny lub jednej z przyczyn tej katastrofy. O czym mowa?

Kosmiczny Trójkąt Bermudzki to obszar magnetycznej Anomalii Południowotlantyckiej (SAA) – luki w polu magnetycznym Ziemi, która rozciąga się nad południową Brazylią, Urugwajem, Paragwajem i Argentyną z jednej strony oraz południową częścią Atlantyku, Namibią i RPA. Najgorsza sytuacja panuje nad południową Brazylią, gdzie gęstość cząsteczek wiatru słonecznego (protonów i elektronów) sięga nawet 1000/cm³, podczas gdy przeciętna wynosi 5 cząsteczek/cm³. Takie promieniowanie korpuskularne występuje w pasach radiacyjnych van Allena – Wiernowa ok. 1000-1200 km (wewnętrzny) i 13.000-64.000 km (zewnętrzny) od Ziemi. Pasy Van Allena położone są symetrycznie w stosunku do osi magnetycznej Ziemi, która jest nachylona w stosunku do osi obrotowej o kąt około 11,5°. Z tego powodu wewnętrzny pas Van Allena znajduje się najbliżej powierzchni Ziemi w południowej części Oceanu Atlantyckiego, gdzie znajduje się SAA, a najdalej – na północnym Oceanie Spokojnym. Powoduje to w tym regionie zwiększenie strumienia cząstek wysokoenergetycznych.



Centrum SAA znajduje się u wybrzeży Brazylii. Na wysokości 500 km anomalia rozciąga się na obszarze od równika do 50°S i od 90°W do 40°E. Ze wzrostem wysokości obszar ten się zwiększa.

SAA przesuwa się na zachód, z prędkością 0,3° w ciągu roku, co pozostaje w zgodności z badaniami, które wskazują, że wewnętrzne jądro Ziemi obraca się szybciej niż reszta planety, o około 0,3–0,5° rocznie.

SAA ma duży wpływ na sztuczne satelity i statki kosmiczne krążące wokół Ziemi na wysokości kilkuset kilometrów ze względu na silne promieniowanie spowodowane przez protony uwięzione w wewnętrznym pasie Van Allena. MSK/ISS, której orbita ma inklinację 51,6°, wymagała z tego powodu zainstalowania dodatkowych osłon. Wysoki poziom promieniowania uniemożliwia w tym rejonie zbieranie danych przez Kosmiczny Teleskop Hubble’a i inne.[2]

Promieniowanie to powodowało, że samoloty Concorde mające pułap lotu 18.300 m mogły latać tylko do wysokości 14.000 m właśnie z powodu możliwości napromieniowania załogi i pasażerów. Na pokładzie każdego z nich znajdował się licznik G-M umożliwiający wykrycie i określenie natężenia promieniowania z kosmosu.

A jak to się ma do katastrofy lotu AF447?

Francuski Airbus leciał na wysokości 10,5 km nad Ziemią i pod Anomalią Południowoatlantycką, mając ok. 200 km do jej dolnej krawędzi. Na swej trasie miał pas równikowych burz z piorunami. I tu właśnie było clou problemu. W samolot trafiło kilka piorunów – oczywiście nikomu to nie zaszkodziło, bowiem konstrukcja maszyny działa jak klatka Faradaya – ładunek elektryczny spływa po niej nie przenikając do środka. Specjaliści z NASA sądzą, iż to właśnie burze umożliwiły wtargnięcie w atmosferę wysokoenergetycznych cząsteczek wiatru słonecznego i uszkodzenie aparatury nawigacyjnej i w ogóle pokładowej samolotu, wskutek czego doszło do katastrofy. Piloci nie wiedzieli, co się dzieje, samolot wpadł w przeciągnięcie i z pułapu niemal 11 km runął w wody Atlantyku, pomiędzy punktami nawigacyjnymi ORARO a TASIL, na pozycji N 02°58,8’ – W 030°35,4’ o godzinie 02:10 GMT.   

Czy coś takiego jest w ogóle możliwe? Brzmi to możliwie, ale gdyby to była prawda, to zdarzyłaby się tam niejedna katastrofa w takiej skali. Powiem więcej – każdy lecący tam stratoliner byłby w niebezpieczeństwie i mógłby podzielić los tego Airbusa. Tym czasem tak nie jest, a więc albo mamy do czynienia z początkiem serii (czego nie stwierdzono), albo był to tylko jeden akcydentalny wypadek spowodowany nieszczęśliwym splotem przypadków.

Tak czy inaczej – wykluczyć na 100% działania Kosmicznego Trójkąta Bermudzkiego się nie da…  



[1] Zob. St. Bednarz i R. Leśniakiewicz – „Tajemnice katastrof lotniczych”, Jordanów 2020.

[2] Wikipedia.

niedziela, 5 września 2021

Mit o Czarnym Rycerzu żyje w Internecie

 


Clas Svahn

 

Czy ciemny obiekt na zdjęciu to satelita z innego świata, który monitoruje Ziemię? A może wyjaśnienie jest całkiem inne? Idea Czarnego Rycerza żyje własnym życiem w Internecie pomimo prób wyjaśnień przez NASA. „UFO-Aktuellt” spróbuje dowiedzieć się, co jest prawdą, a co nie ma podstaw w rzeczywistości.

 

Szukając w Google hasła Czarny Rycerz[1] otrzymujemy ponad 10.000 wyników. Klikając znajdujemy tam obraz jakiegoś ciemnego obiektu znajdującego się na tle Ziemi. Zdjęcia te były wykonane przez astronautów z pokładu wahadłowca Endeavour wykonującego misję oznaczoną jako STS-88.

Na wielu stronach znajduje się historia o tym, jak to tajemniczy satelita był obserwowany już od lat 50-tych, zanim wystrzelono Sputnika-1, a krzykliwe nagłówki mówią do dziś zrozumiałym językiem:

„Czarny Rycerz to UFO-satelita”, „Satelita sprzed 13.000 lat” i „UFO Czarny Rycerz i satelita Obcych – historia prawdziwa z 2014 r.”

Spekulacji na ten temat jest wiele, ale jedna szczególnie się utrwaliła: To co widać na zdjęciu to satelita z innego świata. Pomimo faktu, że zdjęcia pochodzą z 1998 roku, dopiero w latach 2000 pojawiły się spekulacje, że to obiekt pozaziemski, został utrwalony na zdjęciach, a dziś jest tak wiele legend wokół tej historii, że zaczyna robić się sensacja, złożona z faktów i fikcji.

Odpowiedź na historię Czarnego Rycerza jest taka, że ​​składa się ona z wielu różnych działań, które tak naprawdę nie mają ze sobą nic wspólnego, ale które w ostatnich latach zostały połączone w nową historię, która na pierwszy rzut oka może wydawać się wiarygodna.

Chodzi tu w zasadzie o pozaziemską cywilizację która umieściła wokół Ziemi satelitę rozpoznawczego, mającego na celu odkrywanie życia. Gdy pojawiły się pierwsze oznaki życia, satelita wysłał sygnał z powrotem do konstruktorów, którzy mogli następnie wysłać ekspedycję na Ziemię.

Część obrazu mitu składa się z prawdziwych zdarzeń, takich jak odkrycie przez US Navy w lutym 1960 r. ciemnego, nieznanego obiektu na orbicie Ziemi, czegoś, co uważano za dotychczasowego radzieckiego satelitę. Ale bliższe badanie wykazało, że ten obiekt był pozostałością amerykańskiego satelity Discoverer-8, który zboczył z kursu.

Niemniej jednak nieznany satelita przetrwał w Internecie, gdzie mity nie mają nawet statusu faktów.

Ale są fakty - i mnóstwo fikcji.

 

Kilka spacerów kosmicznych

 

Amerykański specjalista od lotów kosmicznych Jim Oberg był w stanie wykazać, że istniejące obrazy Czarnego Rycerza w rzeczywistości pokazują koc, który został użyty do ochrony części powstającej stacji kosmicznej MSK/ISS przed nagrzewaniem się lakieru, ale który został wyrzucony przez astronautów z pokładu promu kosmicznego Endeavour. Błąd ten miał miejsce dnia 9.XII.1998 r., kiedy to astronauta Jerry Ross pracował poza tym, co miało stać się MSK/MSK. Ross opuścił Ziemię kilka dni wcześniej na pokładzie Endeavoura wraz ze swoimi kolegami astronautami: Bobem Cabana, Rickiem Sturckowem, Nancy Currie i Jimem Newmanem, a także rosyjskim kosmonautą Siergiejem Krikajłowem.

Szóstka astronautów miała za zadanie umieszczenie amerykańskiego modułu w kosmosie, a następnie przechwycenie rosyjskiego modułu, który został już wysłany na orbitę okołoziemską, i złożenie ich dwóch do kupy. Podczas prac nad dwoma modułami kilka spacerów kosmicznych zostało dokonanych, a podczas jednego z nich astronauci mocowali specjalne zabezpieczenia lakieru przed ciepłem do niektórych węzłów poza stacją. Prom kosmiczny znajdował się wówczas po drugiej stronie Atlantyku, u południowo-zachodniego wybrzeża Afryki.


W zapisie komunikacji między Jerrym Rossem jako pracownikiem odpowiedzialnym za pracę poza wahadłowcem, a Bobem Cabaną, który był na pokładzie wahadłowca, można dokładnie przeczytać, co się działo:

- Jerry, jedna z powłok termicznych wymknęła ci się – powiedział Cabana.

- Jak poszło? Widziałem linę, gwarantuję ci. Gdzie to poszło? – zapytał Ross.

- Nie widziałem tego – odpowiedział Cabana.

- Nie sądzę, że to prawda – mówi zniechęcony Ross.

Chwilę później Jerry Ross prosi kolegę Jima Newmana, który również pracuje nad mocowaniem stałych mat grzewczych na dwóch węzłach, do których był przymocowany uciekający teraz koc, bo obawia się, że więcej mocowań może się poluzować.

Zagubiony koc w ciągu kilku sekund zamienił się w nieznany statek kosmiczny.

 





Meldowaliśmy!

 

Kiedy Jim Oberg później przeprowadził wywiad z Jerrym Rossem na temat rozmowy i tego, co Ross chciałby powiedzieć tym, którzy wierzą, że zgubiony koc termiczny to coś zupełnie innego, Ross odpowiedział:

- Jeśli coś zobaczymy, gdy tam jesteśmy, będziemy pierwszymi, którzy zaczną zadawać pytania i mówić ludziom, że widzieliśmy coś, czego nie rozumiemy.

I dalej:

- Teorie konspiracyjne są zabawne dla tych, którzy je tworzą, ale tylko marnują cenną moc mózgu.

Upuszczony koc był na tyle duży, że można go było zobaczyć na radarze z Ziemi, i nawet otrzymał oficjalny numer NASA: 025570.

Chociaż istnieje seria sześciu zdjęć, które pokazują, jak utracony koc cieplny odsuwa się od MSK/ISS i jak w oczywisty sposób jest to cienki i nieregularny obiekt, który oddala się od kamery i wydaje się, że w rzeczywistości jest to jakiś nieznany satelita, i tak Black Knight nadal żyje w Sieci.

Oprócz nieruchomych obrazów jest też kilka filmów, które pokazują to samo, a James Oberg zauważa, że ​​załoga na pokładzie promu słyszy argumentację, czy Newman lub Ross mogliby złapać uciekający koc termiczny. Ale ucieka on zbyt szybko i zaledwie tydzień później spłonie w ziemskiej atmosferze.

Kiedy NASA jakiś czas po tym, jak plotki o nieznanym satelicie zaczęły nabierać kształtu na różnych szmatławych stronach, zreorganizowała swoje archiwum obrazów, wiele osób nie mogło już znaleźć obrazów z STS-88. To było to coś, co stworzyło teorie, że NASA rzeczywiście nałożyła na nie knebel i czapę.

W rzeczywistości obrazy pozostają i ktokolwiek chce, może pobrać serię obrazów od STS088-724-65-3 do STS088-724-70-3. Coś, co zrobiło „UFO-Aktuellt” do niniejszego artykułu.[2]

Mniej ostrożni teoretycy spiskowi opublikowali również zdjęcia, w których koc termiczny został pokazany w innych kontekstach, które wyglądają, jakby skontaktował się z nim prom kosmiczny, a wiele artykułów i wpisów na YouTube głosi tajemnice poprzez nagłówki, takie jak „The Black Knight nadal jest jednym z najbardziej mitycznych obiektów poruszających się wokół Ziemi”.

Każdy, kto zobaczy pojedynczy nieruchomy obraz może uwierzyć, że w rzeczywistości istnieje nieznany satelita, a w połączeniu z brakiem wiedzy o tym, jak obiekty poruszają się w kosmosie, wiara ta dodatkowo się zwiększa. Kiedy ktoś pisze w komentarzu do YT, że obiekt ten nie może być kocem, który wiruje w przestrzeniach, bo w przestrzeni nie wieje wiatr, co może się to wydawać dobrym argumentem.

I oczywiście nie wieje w próżni kosmicznej. Z drugiej strony obiekty, które mają małą prędkość, są prawie niemożliwe do zatrzymania, ponieważ poruszają się szybko, bo nie ma powietrza, które mogłoby je zahamować.

 

Nadchodzi Nikola Tesla

 

Jak większość upartych teorii spiskowych, satelita Black Knight nie istnieje w próżni. Ci, którzy postanowili w to uwierzyć, stworzyli również historię, która sięga aż do 1899 roku, kiedy to Nikola Tesla odkrył jakieś sygnały z kosmosu, które, jak sądził, mogły pochodzić z innej planety, być może z Marsa.

I nadal nie wiemy na pewno, czy to, co Tesli dostało się do jego instrumentów w Stanach Zjednoczonych naprawdę pochodziło z kosmosu, czy też powstało na Ziemi. Coś, co nie jest szczególnie nieprawdopodobne.

Ale z jakiegoś powodu odkrycie Tesli stało się elementem mitologii wokół Black Knighta, bez żadnego związku między nimi.

Inną ważną częścią mitologii otaczającej Black Knighta jest to, że powinien zostać odkryty już w latach pięćdziesiątych, a jeszcze inną, że nieznany satelita ma 13.000 lat.


Pomysł, że byłby to satelita z innego świata ukrytego gdzieś na Ziemi sprzed 13.000 lat, pokolenie Internetu pożyczyło z książki z 1974 roku. Często nie wiedząc o tym. W tym samym roku brytyjski autor Duncan Lunan ​​wyszedł z książką „Man and the Stars” (Souvenir Press, 1974), która przeszłaby zupełnie niezauważona, gdyby nie rozdział na końcu. W nim Lunan stwierdził, że pozaziemska cywilizacja około 13 000 lat temu, umieściła tam sondę kosmiczną, gdzieś wokół Księżyca. Sonda ta, która od tego czasu obserwuje Ludzkość, która emitowała sygnały radiowe, a które zostały przechwycone przez nią w Kosmosie. Pod koniec lat dwudziestych jeden z tych sygnałów trafił do pozaziemskiej sondy, która się zaktywizowała. Sonda odpowiedziała, wysyłając sygnał z powrotem na Ziemię – jak pomyślał Lunan.

Myśl nie była taka głupia. A zatem cywilizacja z innego świata wysłała sieć sond i umieściła je wokół planet w odpowiedniej odległości od swojego słońca, tak że gdy rozwijająca się cywilizacja budzi się na pewnym poziomie technicznym i powinna być słyszana - tego nie można całkowicie odrzucić.[3]

Ale czy tak było naprawdę?

Duncan Lunan oparł swój pomysł na danych naukowych zebranych w latach 1927-1929, kiedy to norweski inżynier Jørgen Hals odkrył, że niektóre wysyłane sygnały radiowe były opóźnione. Zdezorientowany napisał list do słynnego norweskiego fizyka Carla Størmera:

 

Pod koniec lata 1927 roku wielokrotnie słyszałem sygnały z holenderskiego nadajnika krótkofalowego PCJJ w Eindhoven. W tym samym czasie usłyszałem zwykłe echo, które dźwięczy wokół Ziemi w odstępie około jednej siódmej sekundy oraz słabe echo około trzech sekund od zaniku sygnału głównego. Kiedy sygnał był szczególnie silny, powiedziałbym, że amplituda ostatniego echa, które pojawiło się trzy sekundy później, była między jedną dziesiątą a jedną dwudziestą siły sygnału pierwotnego. Skąd to pochodzi, czy z echa, nie wiem - przypadkiem mogę tylko potwierdzić, że naprawdę to słyszałem - napisał Hals do Størmera.

 



W kierunku konstelacji Wolarza

 

Kilku badaczy odkryło ten sam rodzaj echa, echa, które pojawiło się z trzysekundowym opóźnieniem. Oznaczałoby to, że sygnał został wysłany do Księżyca, a potem wrócił tutaj. Odległość do Księżyca to 1,3 sekundy świetlnej.

Kiedy Lunan zaczął rysować sygnały na diagramie, to wydawało mu się, że widzi, jak niektóre punkty tworzą konstelację Wolarza – po łacinie Bootes. Jednak najjaśniejsza gwiazda Arcturus[4] tej konstelacji, która świeci jasno na półkuli północnej, nie była we właściwym miejscu. Coś, co irytowało Lunana, który jednak nie dał za wygraną. Arktur jest jedną z najszybciej poruszających się gwiazd na niebie, co wiadomo od dłuższego czasu!  Kiedy Lunan obliczył różnice to odkrył, że mapa nieba, którą stworzył, przedstawiała Wolarza tak, jak ta konstelacja wyglądała około 13.000 lat temu.

Teraz okazuje się, że inne sygnały wysyłane z Ziemi wracały po znacznym opóźnieniu przez długi czas. Wynosiło ono nawet do 30 sekund. Ale jak tylko fatalny sygnał powrócił jako echo, które skłoniło ich do podjęcia śledztwa. Po wykonaniu dalszych obliczeń na podstawie tych nowych sygnałów, Lunanowi wydawało się, że widzi linię wskazującą na konkretną gwiazdę w Wolarzu – Epsilon Wolarza.[5]

Domyślał się, że to właśnie stamtąd sonda kosmiczna ujawniła się naprawdę. Satelita, który był teraz w trakcie wysyłania sygnałów na Ziemię, ale także zwrócił uwagę na planetę, którą Lunan oznaczył na orbicie wokół Epsilona Booti i która teraz dowiedziała się, że Ziemia ma już inteligentne życie.[6]

Jak ciekawą może się wydawać teoria Duncana Lunana, to tajemnica opóźnionych ech nie została jeszcze rozwiązana. Ale nie brakuje alternatywnych wyjaśnień, na przestrzeni lat wysunięto ich około piętnastu. Między innymi fale radiowe mogą przemieszczać się do 65 razy wokół Ziemi, a tym samym docierać do odbiornika jak echo nawet do dziewięciu sekundach po pierwszym usłyszeniu. Inne wyjaśnienia wskazują, że sygnały radiowe mogą być wychwytywane w częściach ziemskiego pola magnetycznego i w ten sposób przetwarzane i powracać jako echo. Inny zaś obejmuje sygnał przechwycony między dwiema zjonizowanymi warstwami atmosfery, które następnie przemieszczają się wokół planety, zanim ponownie dotrą do odbiornika na Ziemi.

Prawdopodobieństwo, że Duncan Lunan odkrył satelitę z innego układu słonecznego, jest przecież niewielkie, nawet jeśli pomysł nie jest taki głupi. Jednak tajemniczy satelita Black Knight ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. I nic z teoriami Duncana Lunana. Sam Duncan Lunan orzekł, że ​​zdjęcia astronautów będą czymś innym niż ochroną przed zagubionymi przedmiotami. Pisze on:

Astronauci są dobrze wyszkoleni, jeśli chodzi o robienie zdjęć, zwłaszcza w różnych warunkach oświetleniowych, które mogą pojawić się w Kosmosie, a jeśli zobaczyliby w pobliżu statek kosmiczny, to możesz być pewny, że by go sfotografowali - napisał Lunan w komentarzu przed kilku laty.

 

Moje 3 grosze

 

Sprawą obserwacji Czarnego Księcia/Barona/Rycerza zajmuję się od lat. Zasadniczo zgadzam się z Autorem – obiekt sfotografowany przez astronautów z misji STS-88 nie jest na pewno tym tajemniczym obiektem. Zresztą już dawno spadł w atmosferę i spłonął. Natomiast uważam, że Black Knight istnieje naprawdę i to już od lat 50-tych XX wieku.

Obiekt ten – pisze Bill Rose - wciąż znajduje się na orbicie wokółziemskiej lub wokółksiężycowej i działa. Był on obserwowany w latach 50., 60., 70. przez astronomów i astronautów na całym świecie. W roku 1979, radziecki naukowiec prof. Siergiej Bożicz wywołał sensację tym, że - jak twierdził - Ziemię na wysokości około 2.000 km okrążają ogromne metaliczne odłamy, szczątki nieznanego obiektu kosmicznego.

W swoim doniesieniu stwierdził on, że te kilka odłamów o rozmiarach 70 x 35 m, pochodzi od jednego obiektu, który rozpadł się na orbicie wokółziemskiej w grudniu 1955 roku - na dowód przedstawił on swe obliczenia. Oznacza to, że wydarzenie to miało miejsce zaledwie na dwa lata przed startem pierwszego ludzkiego aparatu kosmicznego, który osiągnął orbitę!!!

Obliczenia prof. Bożicza zostały potwierdzone przez dwóch jego kolegów: dr Władimira Ażażę i prof. Aleksieja Zołotowa, którzy sugerowali swym zachodnim uczonym kolegom, takim jak: dr Henry’emu Monteithowi i dr Stantonowi T. Friedmanowi, by zorganizować wspólną, międzynarodową wyprawę w celu zbadania szczątków tajemniczego obiektu, którego Rosjanie nazywali CZARNYM KSIĘCIEM, a u nas ochrzczono go CZARNYM BARONEM.

W mniej więcej tym samym czasie, astronom dr John Bagby odrzucił cały ten pomysł jako kompletny nonsens stwierdzając, że ów obiekt i jego szczątki jest niczym innym, jak naturalnym ciałem niebieskim. Tym niemniej, Bagby zgodził się z Bożiczem, iż odłamy te pochodzą z jednego ciała, które rozpadło się z niewiadomych przyczyn na orbicie, w dniu 18 grudnia 1955 roku. Tak czy owak, wydaje się być niemożliwym, by taka misja doszła do skutku, aczkolwiek Rosjanie, NASA czy USAF - a raczej NSDA są w stanie wykonać zdjęcia tych szczątków w każdej chwili.

Kiedy zainteresowałem się ta historią pod koniec 1996 roku, postanowiłem dokonać poszukiwań poprzez różne organizacje astronomiczne. Nie wyciągnąłem na światło dzienne niczego nowego i zdaje się, że każdy jest zadowolony z tego, że temat ten umarł śmiercią naturalną.

I dlatego cieszę się, że Autor znów wyciągnął go na światło dzienne.

O Czarnym Baronie pisze także rosyjski autor A.I. Wojciechowskij w kontekście… upadku Tunguskiego Ciała Kosmicznego.[7] Stawia on interesujące pytanie:

 

Czy istniał „czarny gwiazdolot”? W połowie 1988 roku, w całym szeregu gazet centralnych i magazynach popularnonaukowych pojawiły się publikacje, w których odświeżono starą wersję naukowca i pisarza SF dr. Aleksandra Kazancewa o pozaziemskim statku kosmicznym, który eksplodował w 1908 roku nad tunguską tajgą. Co głosiła ta wersja?

Wybuch TM to zjawisko unikalne, - pisze on - które dotąd pozostaje niezrozumiałym we wszystkich tego słowa znaczeniach. Nie ma dzisiaj hipotezy, która kompleksowo objaśniałaby wszystkie anomalie związane z tą katastrofą. Pośród wielu ekspedycji, które niemalże każdego roku zapuszczały się w tajgę, była także i pod auspicjami samego dr. Siergieja P. Korolowa, który - uwaga!!! -   chciał  dostać  w  swe  ręce kawałek statku kosmicznego z Marsa!  I taki kawałek naprawdę znaleziono! -  po 68 latach od wybuchu, w odległości 1.000 km od jego epicentrum, nad brzegami rzeki Waszka w Republice Komi. I to w miejscu znajdującym się   na przedłużeniu trajektorii lotu Tunguskiego Meteorytu... Dwoje robotników łowiących ryby w okolicach wioski Ertom znalazło na brzegu rzeki niezwykły kawał metalu o masie 1,5 kg. Kiedy uderzyli nim o kamień, wytrysnął z niego snop iskier. To zainteresowało ludzi, którzy wysłali go do Moskwy.

W niezwykłym stopie znajdowało się 67% ceru [Ce], 10% lantanu [La] - który oddzielono od domieszek innych lantanowców, czego nigdy nie udało się nikomu dokonać w świecie, i 8% niobu [Nb]. W znalezisku tym odkryto 0,4% czystego żelaza [Fe], bez tlenków - czyli dokładnie tak, jak w nierdzewnej kolumnie w Dehli i w ... księżycowym gruncie! Wiek metalicznego odłamka waha się pomiędzy 30.000 - 100.000 lat.

Kształt odłamka wskazywał na to, ze był on częścią kulistej lub toroidalnej konstrukcji o średnicy około 1,2 m. Oryginalne były właściwości magnetyczne stopu: w różnych kierunkach odłamka zmieniały się one nawet więcej, niż 15-krotnie. Wszystko  przemawiało za tym - i przyznali to sami badacze - że stop ten był sztucznego pochodzenia. Z drugiej zaś strony - nie otrzymano odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Gdzie i w jakich aparatach lub silnikach są wykorzystywane takie detale i stopy? Dlatego też wysunięto propozycję: być może była to część silnika antygrawitacyjnego statku kosmicznego pozaziemskiej cywilizacji???... 

Następnie Kazancew przypomina odkrycie z 1969 roku amerykańskiego astronoma dr. Jamesa Bagby’ego 10-12 księżyców Ziemi z dziwnymi trajektoriami. Takie satelity mogą być łatwo dostrzeżone przy obserwacjach astronomicznych. I rzeczywiście, w latach 1947, 1952, 1956 i 1957 obserwowano nieznane obiekty kosmiczne, przy czym w 1956 i w 1957 roku widziano aż dwa obiekty. Ostatnia obserwację w 1957 roku zaliczył właśnie dr Bagby.

W swej publikacji w amerykańskim czasopiśmie „Icarus” dr Bagby twierdzi, że pierwsze obserwacje w 1947 i 1952 roku dotyczyły jednego „rodzicielskiego” ciała kosmicznego, które rozpadło się na części w dniu 18 grudnia 1955 roku i obecnie przedstawia sobą „rodzinkę” księżyców Ziemi o średnicach od 7 do 30 m, poruszających się po 6 różnych orbitach. W marcu i kwietniu 1968 roku, dr. Bagby’emu udało się sfotografować kilka tych quasi-księżyców. Ten fakt - jak uważają astronomowie - potwierdzał hipotezę o istnieniu zwiadowczych sputników, choć było na to jeszcze za wcześnie. Aliści data 18.XII.1955 roku - jak twierdzi Kazancew -  doskonale pasuje do zaobserwowanego przez astronomów rozbłysku na orbicie. Co to było? Jakiś naturalny obiekt? - ale dlaczego nie zaobserwowano go wcześniej? A jak został on rozerwany jakimiś siłami Natury, to jakimi? Prawdopodobnie, jak zakłada uczony rosyjski dr S. Bożicz, eksplodował jakiś gwiazdolot Pozaziemian, wcześniej krążący na orbicie wokółziemskiej.

Wynika z tego zasadnicze pytanie: A dlaczegóż to przed 1955 rokiem tego dziwnego ciała nikt nie widział w teleskopie? Jednakże sam Bagby twierdzi, że takie obserwacje były, ale nie jest to w tej chwili najważniejsze. Obiekt mógł wejść w punkt wybuchu z innej - wyższej - orbity. Jeżeli to zagadkowe ciało było gwiazdolotem, to był on koloru czarnego - doskonale czarnego: jego powierzchnia wchłaniała całą energię z Kosmosu, jak to robią nasze słoneczne baterie stacji Mir  i innych sztucznych obiektów obiegających Ziemię, i to właśnie dlatego nie było widać go z naszej planety! - a zatem z Ziemi można było zobaczyć szczątki gwiazdolotu, kiedy już po wybuchu pokazały swoją nie-czarną stronę...

Kazancew sądzi, że można tym wytłumaczyć wydarzenia sprzed niemal wieku:

W 1908 roku w przestrzeń Układu Słonecznego wleciał wielki statek kosmiczny, który nie powinien był się spuszczać ku powierzchni Ziemi: nad Tunguską eksplodował jego lądownik. Sam gwiazdolot pozostał na orbicie, a straciwszy łączność z lądownikiem czekał na powrót załogi, korygując automatycznie swoją orbitę, by nie spaść na Ziemię. Skończyły się jednak zapasy paliwa, i gwiazdolot bezwładnie powinien spaść na powierzchnię planety. Można przypuszczać, że w programach jego komputerów był wpisany zakaz spadku na zamieszkały świat, więc zadziałały systemy autodestrukcji i nastąpił wybuch...

Szczątki, które wciąż orbitują wokół Ziemi w przyszłości wyjaśnią wiele fenomenów związanych z tunguską katastrofą. Są one czymś realnym i można je dotknąć rękami. Dobrawszy się do nich, kosmonauci mogliby zbadać m.in. ich skład chemiczny, który być może pokryłby się ze składem „znaleziska waszkijskiego”, a także i inne rzeczy, o których możemy sobie tylko pomarzyć...

Hipoteza całkiem zgrabna i do przyjęcia, a jak odnieśli się do niej uczeni? Czy w jakiejś mierze jest ona wiarygodna?

Odpowiedzi na te pytania - jak mi się wydaje - zawarto w komentarzu pióra prof. W. Bronsztejna, opublikowanym w czasopiśmie „Ziemla i Wsieliennaja” nr 4,1989. Powiem krótko - na autorze hipotezy nie pozostawił on suchej nitki. Pisze on tak:

Wszystkie te fakty, które A. Kazancew przytacza na poparcie swych wywodów po sprawdzeniu okazały się być fikcją, zmyśleniami. Weźmy np. tą informację o znalezieniu metalowego odłamku, który według Kazancewa należał do szczątków międzyplanetarnego statku kosmicznego. Jacy uczeni i w jakich instytutach przeprowadzili analizy jakościowe tego odłamka? Gdzie opublikowali rezultaty swych badań? Okazuje się, że tylko w gazecie „Socjalisticzieskaja Industria” w numerze z dnia 27 stycznia 1985 roku, w artykule członka Komisji ds. Zjawisk Anomalnych W. Fomienko, zaś w prasie naukowej niczego nie opublikowano, i być nie mogło... Żaden z dyrektorów instytutów, którym rzekomo przekazano do zbadania fragment tego „kosmo-złomu” nie potwierdził tego faktu. Nie potwierdziło się także i to, że analizy dokonali pracownicy instytutów całkiem nieformalnie. Przekazać do analizy uczonym ten kawałek „złomu” W. Fomienko się wzbrania...

Dalej prof. Bronsztejn komentuje odkrycie Bagby’ego w następujący sposób:

... można przedłużać spory o „księżyce Bagby’ego”, ale co ma do tego Tunguski Meteoryt? Sam Bagby nie wspomina o tym ani słowem! Według niego, towarzyszący im obiekt wszedł w gęste warstwy atmosfery ziemskiej i spłonął... Wśród rosyjskich uczonych i badaczy Kosmosu nie ma żadnego S. Bożicza.[8] Być może taka postać istnieje, ale nie ma nic wspólnego z astronomią... Smutny przykład tej historii pokazuje nam, że w naszym kraju są ludzie, którzy rozdmuchują sensacyjne i niepotwierdzone wiadomości, nie mające nic wspólnego z osiągnięciami rosyjskich uczonych. Mało tego - są także u nas redaktorzy gazet, którzy publikują te sensacje bez jakiejkolwiek kontroli...


Co można do tego dodać? Tylko jedno: postawiono kropkę nad „i”, ale pytania pozostały!... I wcale nie jest powiedziane, że w latach 50. na orbicie widziano koc termiczny… Prędzej uwierzę w to, że na orbicie znajdował się jakiś sztuczny obiekt umieszczony tam w latach 40. przez ekipę SS-Sturmbahnführera dr. Wernhera von Brauna i gen. Waltera Dornbergera na rozkaz gen. SS-Obergruppenführera Hansa Friedricha Carla Franza Kammlera. Czy było to niemożliwe? Raczej nie, bo III Rzesza miała takich specjalistów, ale na szczęście nie miała już możliwości.

Ale to już temat z innej ballady.

 

Źródło – „UFO-Aktuellt” nr 2/2021, ss.16-19

Przekład ze szwedzkiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Po ang.: Black Knight zwany także Czarny Książę, Czarny Baron i Ciemny Rycerz z ang.: Dark Knight.

[3] Jest to hipoteza o sondach poszukiwawczych sformowana przez australijskiego naukowca Ronalda Bracewella, który sformułował ją jeszcze w latach 60-tych ub. stulecia.

[4] Arktur, α Boo.

[5] Izar, Pulcherrima, ε Boo.

[6] Izar jest oddalony od nas o 202 ly, a zatem sygnał radiowy od sondy dopiero do niej dolatuje. Oni jeszcze nic o nas nie wiedzą…

[7] A. I. Wojciechowskij – „Czto eto było?”, Moskwa 1991 – przekład mój.

[8] S. Bożicz jest astronomem związanym ze służbami specjalnymi ZSRR i Wojskami Kosmicznymi FR.