Powered By Blogger

piątek, 27 lipca 2012

Dramat w Trójkącie Bermudzkim


Plakat z czasów Kryzysu Kubańskiego

Płk Paweł T. Korolow


Iwan Barykin

Przed wprowadzeniem embargo na handel z Kubą, John F. Kennedy poprosił swego sekretarza o to, by mu załatwił jak największą ilość kubańskich cygar, które on lubił. Kiedy otrzymał 1200 cygar, prezydent podpisał rozkaz.
O tej nadzwyczajnej sytuacji, która miała miejsce pół wieku temu u brzegów Kuby w czasie Kryzysu Karaibskiego, autorowi artykułu opowiedział płk rez. Paweł Tichonowicz Korolew, który niedawno ukończył 95 lat.

Wkurzeni Jankesi 

We wrześniu 1961 roku nasz statek MS Fizik Wawiłow z załadowanymi do dziobowej ładowni rakietami znajdował się kilkanaście mil od Kuby na akwenie Trójkąta Bermudzkiego[1], kiedy dogoniła nas eskadra trałowców US Navy. Nie był to pierwszy tego rodzaju wyczyn Jankesów na neutralnych wodach. Ale poprzednio tak to wyglądało: nasz kapitan nie odpowiadał na ich sygnały wywoławcze: kim jesteśmy, skąd i dokąd płyniemy i z jakim ładunkiem. Na pokładzie naszego frachtowca były specjalnie rozmieszczone maszyny rolnicze, które mogli widzieć amerykańscy piloci, którzy latali nad nami na wysokości 100 m.
Ale tym razem, kiedy zbliżaliśmy się do brzegów Kuby, Amerykanom coś odbiło – otoczyli nas ciasnym kręgiem i kazali się nam zatrzymać. Nasz kapitan odpowiedział im przez radio: Wyszliśmy z Teodozji, wieziemy ładunek handlowy, idziemy swoim kursem.
Jankesa ta odpowiedź nie zadowoliła. Głupek oczywiście wiedział, że idziemy na Kubę i oczywiście nie z traktorami. Dlatego też postanowili zatrzymać nad do rewizji. Co robić, jak otoczyło nas 13 wojenniaków, a trefny towar na pokładzie i Kuba o rzut beretem? Na wszelki wypadek przygotowaliśmy się do zbrojnego oporu. Każdy z moich stu żołnierzy rozmieszczonych w ładowniach miał swoją broń, ale co mogliśmy zrobić wobec ich dział, min, torped i samolotów, które latały nad nami?
Jednak kapitan Iwan Podszebjakin stojąc na mostku z zimną krwią wydaje komendę: Nie zatrzymujemy się! Być może Jankes się przestraszy staranowania? A jeżeli nie? W części dziobowej rakiet znajduje się materiał wybuchowy, wylecimy w powietrze wraz z Amerykanami. Naradzamy się: ja – czyli dowódca ekipy transportowej, kapitan i starsi oficerowie. Podejmujemy niełatwą decyzję: przejęcie statku, odkrycie tajemnicy tego  co wieziemy, niewola – to obciach dla radzieckich marynarzy i rakietowców. Kapitan poleca sygnaliście przekazać: Nie zejdziemy z kursu, nie zawracamy, idziemy na taran…
Moskwa potwierdziła naszą decyzję, ale przy tym poleciała wykorzystać wszystkie możliwości, żeby się to zakończyło pokojowo. Obserwujemy was… - powiedzieli. Z kosmosu, czy jak? Całą parą, przeraziwszy się staranowania, flagowy minowiec robi zwrot i zachodzi nas od rufy. Gra na nerwach trwa. I naraz staje się coś niepojętego – Amerykanin zaprzestaje pościgu i uprzejmie sygnalizuje: Szczęśliwego rejsu. Bądźcie ostrożni. Macie peryskop na kursie. Patrzymy i prawda – spod wody wynurza się peryskop! Oto czym nas obserwowała Moskwa! Dziękujemy za ostrzeżenie – odpowiedział sygnalista naszego frachtowca, który dumnie wyszedł z okrążenia amerykańskiej eskadry.
N. Chruszczow pokazuje szczątki U-2 zestrzelonego nad Kubą

Silnik turboodrzutowy J49 z samolotu U-2 zestrzelonego nad Kubą na ekspozycji w muzeum w Hawanie

Zestrzelony U-2

A jak rozgrywały się wydarzenia na Kubie, kiedy ruszył zegar atomowej zagłady? Oto pamiętnikarski zapis Pawła Tichonowicza, który przeżył najbardziej napięte dni Kryzysu Karaibskiego, w których w każdej chwili mogła się zacząć III Wojna Światowa:
27 października, w sobotę, znajdowałem się na stanowisku dowodzenia dywizji (SDD) w charakterze dyżurnego operacyjnego. W powietrzu „pływały cele” – amerykańskie samoloty, ale nie mieliśmy rozkazu strzelania do nich.
O godzinie 05:45 otrzymaliśmy rozkaz: Doprowadzić wszystkie środki OPLOT do gotowości bojowej nr 1.
O godzinie 06:22 napłynął nowy rozkaz: Cele likwidować na mocy własnej decyzji.
O godzinie 06:56 w polu widzenia naszej stacji r/lok pojawił się cel – amerykański samolot rozpoznawczy U-2. Wysokość – 20-24 km. Na nasze ostrzeżenia pilot nie odpowiada. O wykryciu celu zameldowano natychmiast na główne SD i dowódcy dywizji. Na GSD w tym czasie znajdowali się zastępcy dowódcy GSWK – gen. S. I. Greczko i gen. Ł. S. Garbuz. To oni podjęli decyzję o unieszkodliwieniu amerykańskiego latającego szpiega, nie konsultując tego z Moskwą, bo nie było na to czasu.
Od dowódcy dywizji otrzymaliśmy rozkaz: Zniszczyć cel nr 33. Cel został po raz pierwszy wykryty i prowadzony przez dywizjon Iwana Gierczenowa.
O godzinie 10:19 zameldował on: Cel zniszczony! Wysokość 21.000 m, prędkość 300 m/s (1080 km/h).
Amerykański samolot zwiadowczy został zestrzelony pierwszą rakietą, którą odpalił starszy liejtnant[2] A. A. Ranienko. U-2 znikł z amerykańskich radarów, i w celu jego odnalezienia Amerykanie wysłali w powietrze kilka eskadr. Z GSD wpłynął kolejny rozkaz – Nie otwierać ognia do celów.

Kryzys minął

Nikt z nas nie myślał wtedy o reperkusjach zestrzelenia tego U-2 – wszyscy znajdowaliśmy się w stanie euforii – bezczelni Jankesi dostali po nosie! Co teraz oni przedsięwezmą? Jak stało się wiadomym nieco później, USA zamierzały w dniach 27-29 października dokonać ataku na Kubę. Przed wysadzeniem desantu planowano nalot dywanowy na wszystkie rejony dyslokacji wojsk kubańskich i radzieckich.
Ale do tego nie doszło. Nasi przywódcy i decydenci odwiedli od niej Kennedy’ego i Pentagon. III Wojna Światowa się nie zaczęła. Zestrzelony U-2 spadł w odległości 12 km od dywizjonu Gerczenowa. W czasie oględzin wraku samolotu znaleziono taśmy filmowe i zapisy magnetofonowe rozmów pilota z dowodzącym oraz także zwłoki 38-letniego majora USAF Andersona.
Kubańczycy opublikowali w gazecie „La Revolucion” następującą notatkę:
«Amerykański samolot został wyposażony w 15 podczerwonych kamer fotograficznych, z których każda była w stanie z wysokości 19-20 km sfotografować samochód i jego tablice rejestracyjne, nie mówiąc już o stanowisku ogniowym rakiet… 27 października ogniem rewolucyjnych sił zbrojnych Kuby samolot U-2 został zestrzelony…»
Przemilczeliśmy to wtedy, niech będzie tak, jak chcą Kubańczycy. Choć z drugiej strony, ten artykuł w gazecie rozwiązywał ręce Amerykanom.
Kennedy zwrócił się do narodu amerykańskiego z apelem o wykazanie męstwa. W stanie Floryda, który od kubańskich brzegów dzieli kilkadziesiąt kilometrów, zaczęła się panika. Ludzie wziąwszy tylko to, co najniezbędniejsze, zaczęli masowo wyjeżdżać na północ – na Alaskę!
Nikita S. Chruszczow zadzwonił do Kennedy’ego i nie uzgadniając tego z Castro, obiecał wywieźć nasze rakiety z Kuby. Był to jedyny sposób zapobieżenia wojnie. Amerykanie w zamian obiecali zabrać swe rakiety z Turcji i Włoch. Karaibski Kryzys był zakończony. Pożegnaliśmy Kubę i naszych przyjaciół mając nadzieję, że nigdy już stopa amerykańskiego żołnierza nie stanie na tej ziemi.
- A co byłoby, gdyby jednak Amerykanie wdarli się na wasz statek idący z rakietami na Kubę? – zadaję pytanie wprost nieco zmęczonemu Pawłowi Tichonowiczowi.
- No cóż, przyszłoby chwycić za broń i walczyć do ostatka. Mieliśmy instrukcję: zatopić statek wraz z ładunkiem i rakietami, i nie dopuścić by wpadły one w ręce Jankesom, a także żadnych innych szczegółów naszej tajnej misji.

Radziecki frachtowiec z rakietami na pokładzie płynie na Kubę

Źródło – „Tajny XX Wieka” nr 16/2012, ss.6-7
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©   


[1] Autor ma na myśli tzw. „meteorologiczny Trójkąt Bermudzki” lub Trójkąt Bermudzki wytyczony przez Johna Spencera a także Johna Godwina – obejmujące m.in. Kubę i morza ja otaczające. Klasyczny Trójkąt Bermudzki wytyczony przez Vincenta Gaddisa leży daleko od wybrzeży Kuby. 
[2] Starszy porucznik – rosyjski stopień wojskowy pomiędzy porucznikiem a kapitanem, nie mający odpowiednika w Wojsku Polskim. 

czwartek, 26 lipca 2012

I Grenlandia ponownie będzie zielona...




W dniu 25.VII portal Onet.pl podał następującą wiadomość:

Niespotykane topnienie grenlandzkiej pokrywy lodowej

Niespotykany proces topnienia pokrywy lodowej na Grenlandii zarejestrowały w ciągu kilku dni lipca satelity NASA. Lód na praktycznie całej wyspie w pewnym stopniu uległ topnieniu, czego nie odnotowano w ciągu 30 lat obserwacji satelitarnych – podała na swojej stronie amerykańska agencja kosmiczna. - Analizy pokazują, że tego typu zjawiska zdarzają się raz na 150 lat - mówiła glacjolog NASA Lora Koenig. Skomentowała ona fakt, iż nawet na wysokości ponad 3200 m n.p.m. w rejonie bazy polarnej Summit, znajdującej się w pobliżu najwyższego punktu wyspy, zarejestrowano topnienie.
W lecie średnio około połowy powierzchni lądolodu topnieje w sposób naturalny. Na większych wysokościach powstała w ten sposób woda szybko zamarza z powrotem. Bliżej wybrzeża część wody spływa z lodowców i wpada do oceanu. Jednak tegoroczny poziom topnienia lodu drastycznie się zwiększył. Zgodnie z danymi satelitarnymi około 97 proc. powierzchni pokrywy lodowej w połowie lipca uległo powierzchniowemu topnieniu.
Badacze nie wiedzą jeszcze, czy to zjawisko wpłynie na końcową letnią utratę lodu i czy podniesie się w związku z tym poziom mórz.
Zmiany zauważył Son Nghiem z laboratorium NASA w kalifornijskiej Pasadenie. - Było to tak niespotykane, że w pierwszej chwili wyglądało na błąd pomiaru – powiedział o procesie topnienia powierzchni lądolodu na Grenlandii, widocznym na zdjęciach z 12 lipca. Skonsultował się ze specjalistami w innym centrum badawczym, którzy potwierdzili występowanie na wyspie wyjątkowo wysokich temperatur i rozległego procesu topnienia.
Zjawisko zaobserwowali także naukowcy z University of Georgia i City University of New York. Proces przebiegał bardzo szybko. 8 lipca topnieniu ulegało zaledwie 40 proc. powierzchni pokrywy lodowej, a 12 lipca – już 97 proc. Nawet na wysokości ponad 3200 m n.p.m. w rejonie bazy polarnej Summit, znajdującej się w pobliżu najwyższego punktu wyspy, zarejestrowano topnienie, jakiego nie było tam od 1889 roku.
- Analizy pokazują, że tego typu zjawiska zdarzają się raz na 150 lat. Jeśli ostatnie miało miejsce w 1889 roku, to wszystko się zgadza. Gdyby jednak wystąpiły niebawem kolejne, będzie to niepokojące – zauważyła glacjolog NASA Lora Koenig.
Nietypowe topnienie pokrywy lodowej zbiegło się z pojawieniem się niezwykle potężnej masy ciepłego powietrza nad Grenlandią. Było to tylko jedno z tego typu zjawisk, które wpłynęły na pogodę na wyspie od końca maja. Ostatnie rozpoczęło się 8 lipca. Przed 16 lipca masa ciepłego powietrza zaczęła się rozpraszać. (Onet.pl)

* * *

Ilustracja ukazująca tempo topnienia lodowców Grenlandii

Podobne info pojawiło sie także na stronie „We Must Act Now Together” - http://www.planetextinction.com/planet_extinction_greenland.htm A oto ono:

Zapaść grenlandzkich lodowców

Grenlandzkie lodowce pokrywające tą wyspę zawierają tyle wody, że mogłaby ona podnieść poziom Wszechoceanu o 20 stóp/7 metrów. Tak sadzono, a było to 6 lat temu, że lodowce utrzymają się nawet w podgrzanym świecie, a to ze względu na ogromną masę lodu w nich zawartą.
Teraz wiemy, że krawędzie lodowców topią się prędzej, ale topi się także ich cała powierzchnia i wsiąkająca w szczeliny woda przenika pomiędzy lód a skałę, na której się znajduje przyspieszając topnienie. Ten nieprzewidziany czynnik przyciągnął uwagę uczonych i dokonał eskalacji problemu.
Wygląda na to, że lodowce grenlandzkie są podziurawione przez szczeliny, pęknięcia, uskoki, jaskinie, groty i tunele, przez które przesiąka woda z górnych warstw lodowca i grozi zerwaniem kruchej równowagi pomiędzy masą lodu a skałą na której się znajduje.
Kiedy to się dzieje, ogromne ilości wody wpływają do morza. Niemal 21 wielkich mas lodowych spływają w kierunku morza 8 razy szybciej niż 10 lat temu i dezintegrują się 3 razy szybciej, niż w poprzednich 5 latach.
Wyglądałoby więc na to, że jesteśmy tuż przy punkcie bez powrotu  wielkich zmian klimatycznych, jeżeli już nie osiągnęliśmy go. Ostatnie pomiary dokonane przez US Navy sugerują, że morskie lody zanikną w Arktyce już w lecie 2016 roku. Będzie to rzecz bez precedensu w historii całej Ludzkości.       

Co możemy przewidzieć mając te dane?

Lody Grenlandii, Alaski i Zachodniej Antarktydy zawierają 25% zasobów słodkiej wody na naszej planecie. Efekty stopienia tych mas lodu będą znaczące. Kiedy stracimy chociaż jeden z tych zbiorników lodu, nie będzie on w stanie odtworzyć sie przez tysiące lat, o ile w ogóle.
Kiedy zniszczymy je całkowicie, to poziom Wszechoceanu podniesie się o 20 m, najprawdopodobniej w okresie 10 lat. To pogrąży większość miast i portów morskich, a także obszarów rolniczych. (Widzieliśmy właśnie coś takiego w czasie ataku fal tsunami na prefekturę Sendai w Japonii w dniu 11 marca 2011 roku – uwaga aut.). A co będzie z 6 mld ludzi?
Jednym z powodów jest wzrost temperatury Arktyki, który sięga około o,66°C w ciągu 10 lat. Gdy globalna średnia wynosi 2°C, to w Arktyce wynosi ona 4°C, a jeszcze więcej nad Grenlandią. Końcowa deglacjacja Grenlandii będzie wyzwolona przy temperaturze 2,7°C lokalnie. W ciągu mniej niż 30 lat nastąpiła tam 40% strata morskiej pokrywy lodowej.
Podobnie w Antarktydzie Zachodniej następuje utrata lodu wynosząca 240 km3/rok. Na dodatek zubożenie warstwy ozonowej powoduje napływanie cieplejszych mas powietrza nad Antarktykę i powodują one znikanie masy lodu z Lodowca Larsena.
Globalny skok temperatury o 2°C na wykresie wskazuje na 55-metrowy wzrost. To jest znacznie więcej, niż miało to miejsce w Pliocenie, 3 MA, kiedy to północna hemisfera Ziemi była cieplejsza o 8°C, a południowa o parę stopni chłodniejsza. Wskaźniki przyspieszyły w roku 2004. Antarktyda zawiera 70% zasobów słodkiej wody.

Konsekwencje podniesienia się poziomu morza

Jeżeli poziom wód morskich podniesie się powoli tylko o 400 mm, to 22% nabrzeżnych równin zniknie pod wodą, i trudno będzie przewidzieć konsekwencje takich zmian dla ludzi. Podniesienie się poziomu o 1 m może spowodować straszny problem dla 6 mln Egipcjan, którzy stracą 15% obszarów rolniczych, 13 mln mieszkańców Bangladesz z ich 16% stratą produkcji ryżu i 72 mln Chińczyków, którzy stracą dziesiątki tysięcy ha ziemi uprawnej.
Podniesienie się poziomu morza o 7 m, będzie o wiele gorsze i dotknie od 0,3 do 1 mld ludzi, czyli jakieś 15% populacji Ludzkości. Rykoszet tego ciosu będzie miał bardzo daleki zasięg i będzie nieobliczalny.
Zmniejszenie się północnej czapy lodowej wokół Bieguna Północnego widocznie przyspieszyło w roku 2003, wzbudzając obawy iż cały ten region znajduje się już w punkcie bez powrotu. Jak cieplejsze powietrze topi lodowce, to podnosi ono także temperaturę, bowiem ciemne wody pochłaniają także energię słoneczną. A to z kolei powoduje, że globalne ocieplenie wymyka się spod jakiejkolwiek kontroli…    

…i wszędzie… A oto przykłady

Jak oceany sie nagrzeją, to wzrosną obszary akwenów ubogich w sole mineralne i substancje odżywcze powodując, że Wszechocean będzie mniej przyjazny dla planktonu i alg. To z kolei zredukuje możliwości absorbowania węgla przez ocean i jego ilość. Granica, za którą nastąpi całkowity zanik alg wynosi ok. 500 ppm węgla. Przy aktualnym wzroście ilości węgla w atmosferze ten poziom zostanie osiągnięty i przekroczony za 40 lat…
Redukcja antarktycznego lodu morskiego powoduje 80% spadek populacji kryla od 1970 roku. Kryl jest podstawą południowego łańcucha pokarmowego. Wzrost temperatury o 1,8°F może spowodować intensywne wymieranie korali. To z kolei może zniszczyć środowiska rozrodu ryb na Karaibach i Azji Południowo-Wschodniej.
Lodowce z Tybetańskiego Plateau  znikają w tempie 50% w każde dziesięciolecie. Zawiera on szósty co do wielkości lodowiec i zaopatrują w wodę większość z wielkich rzek Azji, w tym Jangcy-kiang, Indus, Ganges, Brahmaputra, Mekong i Huang-ho. Znikniecie lodowców będzie miało poważne implikacje dla Chin, Indii i Pakistanu, które są uzależnione od właśnie tych rzek. Woda pitna i nawadniająca pola zniknie. Miliardy ludzi zostaną poszkodowane wskutek ich wysychania, powodującego mordercze susze i burze piaskowe.             
W 1983 roku, przepowiedziano, że pięć głównych lodowców Kolumbii zniknie w ciągu następnych 300 lat. Ostatnie obliczenia wykazały, ze stanie się to w ciągu upływu lat 15, pozbawiając wody miasta i wystawiając ich ludność na ryzykowne życie w warunkach pustynnych.
Śniegi i deszcze w Południowej Ameryce i na Karaibach staja się mniej przewidywalne i bardziej ekstremalne. W roku 2005, susza w basenie Amazonki była najgorszą, od czasu prowadzenia regularnych zapisów stanu pogody.  
* * *

A oto komentarze polskich internautów – czyli domorosłych tytanów intelektu, specjalistów od klimatu, ekologii i glacjologii (zachowano styl oryginału):

v Czy ty umiesz czytać ze zrozumieniem??? Przecież napisane jest wyraźnie: takie zjawiska zdarzają się raz na 150 lat. Czyli zdarzają się, są czymś normalnym w dziejach Ziemi i nie doprowadzą do żadnego kataklizmu i nie mają nic wspólnego z działaniami ludzi.
Opowiadanie, że jak się stopi lód na biegunach to poziom oceanów wzrośnie o 6 m i zaleje część wybrzeży to kolejny idiotyzm. W epoce lodowcowej np cała Ameryka Północna była pokryta lodem na grubość do CZTEREM TYSIĘCY METRÓW i co??? Przyszła potem epoka ocieplenia (kurczę, jak to mogło się stać, przecież nie było wtedy dzisiejszego przemysłu, który oskarża się o wszystkie zmiany) i to wszystko się stopiło i co????? Zalało coś, podniósł się poziom oceanów i wszystko zatopił??? Wprost przeciwnie - lądy odkryły się, bo skoro się ociepliło i lód się roztopił to zwiększyła się również szybkość parowania i równowaga została zachowana. zieloni nas straszą, aby wyciągnąć kolejne miliony na swoją cwaną działalność.

v Patrzcie i uczcie się, jak działa lobby największego przekrętu świata pn. Globalne ocieplenie. Naturalne topnienie lodowca, które występuje co roku w lecie, przedstawiono niemal jako kataklizm, dowód na globalne ocipienie. Oczywiście w zimie, jak to wszystko z powrotem zamarza, żadnych artykułów nikt nie pisze, bo wtedy nikt za to nie płaci i jeszcze się można Wielkim Tego Świata narazić.

v Poziom morz pozostawal wtedy wzglednie niski bo na antarktydzie lodowce notowaly rekordowe przyrosty i per saldo wody w oceanach wiecej nie bylo, teraz jest inaczej topi sie na potege wszedzie. Inna sprawa czy to naturalna kolej rzeczy czy ludzie dolozyli cegielke. Z badan naukowcow, ktorych rzecz jasna sie wysmiewa i nie dopuszcza do massmediow, jasno wynika, ze wkrotce swiat czeka kolejna epoka lodowcowa, a dzialalnosc ludzi tylko nieco ja opozni. 5 lat temu odkryto, ze uklad sloneczny w podrozy wokol centrum galaktyki wchodzi w obszar o bardzo wysokim poziomie promieniowania kosmicznego. No i co z tego ? Otoz takie wysokoenergetyczne czastki wlatujac w atmosfere ziemii powoduja powstanie osrodkow dysocjacji pary wodnej, a poniewaz atmosfera ziemi jest osrodkiem, w ktorym para wodna wystepuje w formie przesyconej powoduje to szybki wzrost zachmurzenia, im wiecej chmur tym chlodniej, coraz wiecej opadow sniegu na dalekiej polnocy i poludniu, snieg coraz dluzej lezy, zwieksza sie albedo ziemii i powstaje mechanizm sprzezenia zwrotnego, ktory zniknie jak uklad sloneczny wyjdzie ze strefy wysokiego poziomu promieniowania kosmicznego.
Z symulacji wynika, ze zima w naszym rejonie bedzie trwala od konca pazdziernika do konca kwietnia, z mrozami dochodzacymi do -50, lata beda krotkie ale upalne - normalny klimat kontynentalny, da sie przezyc oczywiscie o ile przejscie ukladu slonecznego przez owa strefe potrwa do 500 lat, bo jak bedzie dluzej to na nasze tereny wroca lodowce.
PS.
Jak donosza naukowcy tym razem juz wszyscy, z analizy danych wynika ze przejscia miedzy glacjalami i interglacjalami sa w skali geologicznej praktycznie skokowe bo trwaja maks. ok. 10 lat. Jak sie zaczyna epoka lodowcowa ? Otoz zawsze od bardzo poznej wiosny na półkuli polnocnej, symulacje wskazuja przy zalozeniu aktualnego poziomu promieniowania kosmicznego, ze jesli snieg na polnocy po zimie wytrwa na 80% maksymalnego zasiegu w zimie do polowy maja, zostanie przekroczony punkt krytyczny i nieodwolalnie wejdziemy w kolejny glacjal. Prawdopodobienstwo, ze to nastapi w ciagu najblizszych 20 lat okresla sie na 90%

v ALGORE – CWANIAKU – oddaj nagrodę Nobla.
Nawet jestem w stanie rozgrzeszyć wszystkich „Łynteligentow”od „(P)Du-plic relations”, rozumiem dlaczego cholerni „oshołomwbiznesmeny ględzą bzdury . Powszechnie wiadomym jest odsetek ”ibu- friantów” zdających na maturze kulturoznawstwo zamiast fizyki. No, ale jest jakaś granica ignorancji.
CZŁOWIEK może się zatruć – żrąc kraby pływające w rtęciowych ściekach
CZŁOWIEK może się poddusić oddychając lokalnie spalinami i cząstkami opon
CZŁOWIEK może się lokalnie podtopić – nikt nie kazał mu budować domów w starorzeczach
CZŁOWIEK nie jest w stanie wyprodukować takiej ilości energii (pomijam możliwe zwielokrotnione wybuchy broni jądrowej) by wpłynąć znacząco na procesy zachodzące w kosmosie. Wszak słonce cząstką tegoż jest. Za klimat na ziemi to właśnie słoneczko i inne gwiazdeczki ODPOWIEDZIALNE SĄ – KONIEC I BASTA.
To, co obserwujemy to
CZŁOWIEK, jako emocjonalna istota może uwierzyć w bzdury – ogłaszane przez cwaniaczków typu ALGORE – i całą rzeszę chcących się załapać – a dotyczące przyczyn ocieplenia NA ZIEMI.

v Przyroda sama reguluje swoje procesy.
Namnożyło się nas w okresie ocieplenia (ostatnie 10 tys lat), a teraz czas nie na ocieplenie, a na zlodowacenie.
Jak się skończy (a zlodowacenia trwają dłużej (średnio 100 tys. lat), to zostanie parę milionów cofniętych do epoki brązu (bo łatwiej wytapiać niż żelazo).
v Topnienie lodowców wprowadzi słodką wodę nad ciepła słona (cięższą) Golfsztromu i w Europie będą warunki syberyjskie... Z upraw w takim rejonie nie wyżywi się nawet 10% ludności ...
Taki zwrot klimatyczny w Europie może się dokonać w KILKA LAT!

v Przecież co 150-200 lat jest ocieplenie planety i potem ochłodzenie. Działa to jak sinusoida. CZYM TU SIĘ PODNIECAĆ? Pewnie jeszcze wcisną nam kita i będą zarabiać na globalnym ociepleniu. Tak jak to się robi w autach wstawia DPF, FAP, a to syf eksploatacyjny.

v Przecież rządzący świadomie manipulują pogodą. Wczoraj nad miastem latało cały dzień trzy samoloty tak skutecznie że całe niebo zostało pokryte rozsiewanymi przez nie środkami wiszącymi na nieboskłonie również dzisiaj. Sztucznie spowodowane zachmurzenie ma niewątpliwy wpływ na stan pogody i na tak wtłaczane ludziom ocieplenie. Najlepszy przykład to garnek jak się go przykryje to woda szybko się zagotuje a jak odkryje to para wyleci i w chłodnym otoczeniu szybko się skropli. W przyrodzie to ostatnie zjawiska tornad i huraganów oraz w naszym "jonizowanym" przy użyciu samolotów kraju ulewy i huragany.

v zjawisko zdarza się raz na 150 lat - więc nie jest niczym nadzwyczajnym.
co oznacza nazwa Grenlandia?

v eko oszołomy i lobby wyłudzające kasę od podatników w imię walki z globalnym ociepleniem już nie wie czego się chwytać żeby nastraszyć ludzi.
precz z limitami co2 precz z ekoterorystami.

v Z przeprowadzonych obserwacji wynika, że naturalne zmiany klimatyczne - ocieplenie klimatu - ma ogromny wpływ na ocipienie tfu otumanienie umysłowe części ludzi podatnych na medialna propagandę. Dzięki temu globalni złodzieje maja ułatwioną możliwość trzepania ogromnej kasy bo pożyteczni idioci skutecznie ich w tym procederze wspierają...

v No pewnie! A 150 lat temu naukowcy siedzieli na grenlandii i mierzyli grubosc pokrywy i wzrost i spadek jej grubosci po kilka razy dziennie....
Zgadzam sie z opiniami, ze to sprawka Slonca, nic dodac, nic ujac. A tak na marginesie, skoro zmniejsza sie polac pokrywy polnocnej, to i na poludniu nie jest ciekawie, a cala masa wody, ktora PARUJE musie sie gdzies przemiescic i ostatecznie opasc...
No i jeszcze wulkany, ale to osobny temat(?)

* * *

I tak dalej, i temu podobnie. Szkoda komentować tych wyziewów polskiej ciemnoty, którą widać choćby z ortografii, o reszcie już nie mówiąc, bo przebija z niej propaganda szumowin, które wzbogacają się na niszczeniu środowiska i mieszaniu w głowach polskim ćwierćinteligentom, którym udało się dorwać do komputerów i przelewać swe wypociny do Sieci. Jak ktoś pisze o ekoterrorystach i ekoterroryzmie, to wiadomo, kim jest i z czyjego podpuszczenia działa… No cóż – to efekt uboczny wolności słowa i straszliwej deprecjacji nauki w warunkach naszego włażącego w miejsce, którego przy spotkaniu nie widać, Yankesom Katolandu, stającego się zaściankiem już nawet nie Europy, ale całego  świata.

A Przyroda i tak zrobi swoje, czy się to polskim ślepcom podoba, czy nie. Wymierza nam ciosy na ślepo i bezlitośnie. Ciekawy jestem, co te półmózgi wypisujący powyżej cytowane brednie by powiedzieli, gdyby powódź czy huragan zabrał im dorobek ich całego życia czy zabił najbliższą im osobę/osoby? Co wtedy ci mędrkowie od siedmiu boleści mieliby do powiedzenia? Nie życzę im tego, ale żywioły są ślepe i mogą zniszczyć każdego. I żal tylko ludzi, którzy tą prawdę przećwiczyli na własnej skórze…

Ale co kogo obchodzą ich cierpienia, kiedy liczy się i tylko ważny jest zysk? Nic. I właśnie dlatego ci, którzy są odpowiedzialni za ten stan rzeczy, pogarszający się z dnia na dzień, będą bredzili o plamach słonecznych, o krwiożerczych i ciepłolubnych Kosmitach podgrzewających naszą planetę, by się na niej osiedlić (a mało kto już pamięta, że prekursorami tego pomysłu literackiego stali się dwaj Polacy: Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka, którzy w swej rewelacyjnej  powieści pt. „Kosmiczni bracia” [Warszawa 1956] ukazali sugestywny obraz inwazji z Kosmosu rozumnych krzemowców – Silihomidów – sic!), o „naturalnych procesach” w Przyrodzie i inne tego rodzaju ecie-pecie dla ludzi pozbawionych pamięci, elementarnej wiedzy, zdolności kojarzenia faktów i wyciągania wniosków i wyobraźni – a czynią to nie sami, ale poprzez sprzedajne kreatury z profesorskimi tytułami i mentalnością knajaków rozmieniających swe tytuły i stopnie naukowe na brzęczącą monetę, dziennikarskie hieny czy płatnych pismaków, albo telewizyjnych pokręconych proroków i nawiedzonych kaznodziei widzących diabła w ekologach i ludziach broniących Przyrody, zdających sobie sprawę z tego, że tak dalej być nie może.

I Wojna Światowa toczyła się o imperia, II o Lebensraum, kolejne toczą się o ropę naftową i surowce energetyczne, ale następna, ta IV będzie się toczyła o wodę…       

środa, 25 lipca 2012

Cholera w Bałtyku?



Z portalu Onet.pl:

Zmiany klimatyczne zwiększają zagrożenie bakteriologiczne Bałtyku

Zmiany klimatyczne nie omijają również Bałtyku. Jak wynika z ostatnich badań ocieplenie wód Bałtyku sprzyja rozmnażaniu się groźnych bakterii. Już dziś odnotowuje się w krajach nadbałtyckich przypadki cholery.
Globalne ocieplenie klimatu wpływa nie tylko na pogodę, lecz również na rozprzestrzenianie się bakterii chorobotwórczych w Bałtyku. - Już teraz, w czasie ciepłego lata, coraz więcej ludzi zapada na infekcje bakteryjne - podkreśla międzynarodowy zespół naukowców w fachowym czasopiśmie "Nature Climate Change".


Obok przecinkowca klasycznego Vibrio cholerae, wywołującego cholerę, u wybrzeży, w ciepłej wodzie morskiej, żyje śmiertelnie niebezpieczna bakteria Vibrio vulnificus. Jest to przecinkowiec, który powoduje martwicze zapalenie powięzi, elastycznej błony otaczającej mięśnie i kości. U zdrowego człowieka może wywołać biegunkę, wymioty i bóle brzucha. Jeżeli dostanie się poprzez zadrapania lub rany na ciele do krwi, albo chory ma osłabiony system odpornościowy, ta bakteria może wywołać groźną dla życia gorączkę i zakażenie krwi. Jeżeli chory nie otrzyma natychmiastowej pomocy, może umrzeć w ciągu 12-24 godzin.
Już w czasie ekstremalnie gorących miesięcy letnich w latach 1994, 2003 i 2006 na wybrzeżu Morza Bałtyckiego donoszono o licznych przypadkach zakażonych ran i zachorowań na cholerę. W samym tylko 2006 roku 67 osób zaraziło się zarazkami Vibrio podczas kąpieli albo uprawiania sportów wodnych. Odnotowano również przypadki śmiertelne.

Bałtyk ociepla się szybciej niż inne morza

- W przyszłości każdy stopień ocieplenia się wody Bałtyku oznacza niemal podwojenie się przypadków chorobowych. Wzrost ryzyka infekcji odnosić się będzie głównie do gęsto zaludnionych wybrzeży środkowego i południowego Bałtyku - ostrzegają uczeni. Obok Danii i południowej Szwecji dotyczyć to będzie również Niemiec i Polski.
W przekonaniu Craiga Baker-Austina i jego kolegów z Centre for Environment, Fisheries and Agriculture Science w brytyjskim Weymouth – „jest to jeden z pierwszych dowodów na to, że wskutek zmian klimatycznych bakterie Vibrio zaczynają atakować też w umiarkowanych regionach świata”. Uczeni zanalizowali dotychczasowe przypadki infekcji bakteriami, żyjącymi w akwenie Morza Bałtyckiego. W oparciu o powszechne prognozy klimatyczne wyliczyli, w jaki sposób ryzyko infekcji będzie się rozwijać do 2050 roku.
Vibrio, bakterie z grupy przecinkowców, preferują zwykle wodę o temperaturze co najmniej 15 stopni Celsjusza oraz niską zawartość soli w wodzie. Ponieważ Bałtyk był przez długi czas na dużych obszarach zbyt zimny, bakterie nie były w stanie przeżyć w takim środowisku.


Rośnie ryzyko dla 30 mln mieszkańców

Wskutek zmian klimatycznych to się jednak zmieniło. - W samych tylko latach 1982-2007 temperatura wody Bałtyku wzrosła o 1,35 stopnia Celsjusza. - Jest to siedmiokrotnie więcej niż średnia globalna - mówią uczeni. Tym samym Bałtyk jest ekosystemem morskim, który ociepla się najszybciej.
- Jeżeli ocieplenie Bałtyku będzie nadal postępować, do 2050 roku należy się spodziewać znacznego wzrostu zakażeń bakteriami Vibrio - ostrzegają uczeni. Te groźne przecinkowce atakować będą nie tylko podczas ekstremalnie ciepłego lata, a obszar ryzyka przesunie się dalej na północ. Wtedy zagrożone będą gęsto zaludnione miasta jak Sztokholm i Sankt Petersburg.(TR, Onet.pl)

---oooOooo---

Czytam ten tekst i pusty śmiech mnie ogarnia. Ekolodzy już od wielu lat biją na alarm ostrzegając przed możliwością transferu infekcji z basenu Morza Śródziemnego do basenu Morza Bałtyckiego. Zjawisko to jest widoczne doskonale na południu Polski, gdzie ludzie zapadają na różne infekcje, których tam nigdy nie było, a zostały zawleczone właśnie z południa Europy czy nawet z Afryki. Sprzyja temu większa ruchliwość ludzi podróżujących na południe Europy i do Północnej Afryki, a także efekt cieplarniany (którego według pewnych „uczonych” kupionych przez lobbies paliwowo-energetyczne po prostu nie ma, a to, co widzimy stanowi proces naturalny – tylko że procesy naturalne mierzone są setkami tysięcy i milionami lat, a nie dziesięcioleciami!) – złagodzenie klimatu w Północnej Europie – skwarne lata i cieplejsze zimy, które nie doprowadzają do wybicia zarazków, a wręcz odwrotnie – do ich uodpornienia się. A to nam grozi nieobliczalnymi wprost konsekwencjami.

Czego należy się obawiać? Przede wszystkim transferu groźnych wirusowych infekcji w rodzaju Ebola czy innych gorączek krwotocznych, których letalność jest bliska 100%. Jeżeli idzie o morze, to można się obawiać inwazji meduz Nomury (Nemopilema nomurai), których wczesne stadia rozwijają się w słabo zasolonych wodach, a które mogą się przystosować do chłodniejszej wody Bałtyku. Kiedyś sprowadzono do Europy chińskiego kraba wełnistoszczypcego, (Erinocheir sinensis)  więc zawleczenie do Bałtyku tych (i innych też) szkodliwych meduz jest więcej niż możliwe.

wtorek, 24 lipca 2012

Zagadkowe dźwięki z niebios

 Fotografia jasnego bolidu...
...i ślad jaki pozostawia po sobie na niebie... 
(Foto: Pracownia Komet i Meteorów)


Jelena Łanda

W ostatnim czasie światowe media coraz częściej przekazują informacje o tym, że w różnych częściach świata z nieba dobiegają dziwne dźwięki. Literalnie kilka tygodni temu w Niemczech i Kanadzie ludzie słyszeli ryk i wycie, które dobiegało skądś z góry. W tym samym czasie, na ulicach miast włączała się sygnalizacja świetlna.

I zatrąbił anioł...?

W Niemczech naoczni świadkowie nagrali także niezwykłe video: niskie chmury zasłaniają niebo, a nagrane dźwięki przypominają wycie wiatru w kominie. Przeglądając te zapisy doznajesz nieprzyjemnego uczucia: jakże jesteś bezsilnym wobec sił Przyrody. I pojawia się myśl – a co to będzie, jak to zatrąbił siódmy anioł i:
I siódmy anioł zatrąbił, i w niebie powstały donośne głosy mówiące: «Nastało nad światem królowanie Pana naszego i Jego Pomazańca i będzie królować na wieki wieków». A dwudziestu czterech Starców, zasiadających na tronach swych przed tronem Boga, padło na oblicza i oddało pokłon Bogu, mówiąc: «Dzięki czynimy Tobie, Panie, Boże wszechmogący, Który jesteś i Który byłeś, żeś objął wielką Twą władzę i zaczął królować. I rozgniewały się narody, a nadszedł Twój gniew i pora na umarłych, aby zostali osądzeni, i aby dać zapłatę sługom Twym prorokom i świętym, i tym, co się boją Twojego imienia, małym i wielkim, i aby zniszczyć tych, którzy niszczą ziemię». Potem Świątynia Boga w niebie się otwarła, i Arka Jego Przymierza ukazała się w Jego Świątyni, a nastąpiły błyskawice, głosy, gromy, trzęsienie ziemi i wielki grad. (Ap 11,15-19)
Jednym słowem mówiąc – nastąpi koniec świata…
Jak na razie nie ma wyjaśnienia tego zjawiska, ale są już próby jego wyjaśnienia. Jedna z nich jest hipoteza, jak na nasz punkt widzenia całkiem logiczna – bo bolidowa. Właśnie chcemy ja przedstawić naszym Czytelnikom. Będzie tu mowa o tzw. dźwięczących bolidach czy też bolidach fonicznych. (Bolid jest to meteoroid, który przelatuje przez atmosferę ziemską odbijając się od jej gęstszych warstw i odlatujący z powrotem w Kosmos – uwaga tłum.)

Rozpalona „kropla”

Zacznijmy od tego, że te zagadkowe dźwięki są realne. Istnieje wiele doskonale udokumentowanych przypadków ich obserwacji na całej naszej planecie. Ustalono nawet dokładna liczbę takich obserwacji od I wieku n.e. – było ich 260 (astronom Pietr Drawert naliczył ich 267 do roku 1940 – uwaga tłum.). Dźwięki wydawane przez bolidy dźwiękowych charakteryzują się dużym zróżnicowaniem – od łopotu ptasich skrzydeł, skrzypienie, trzeszczenie, szelesty, a nawet szmer wody! Ale niebo zazwyczaj zaczyna swoje „koncerty” w momencie, w którym na nim pojawia się poruszająca się z ogromną prędkością ognista kula.
v Tak więc było w zimie 1706 roku, kiedy to nad Tobolskiem przeleciał świetlisty bolid. Jego przelot odbył się przy akompaniamencie dźwięku, jaki wydają dwa kawałki żelaza pocierane o siebie.
v W lutym 1894 roku nad Carskim Siołem z trzaskiem przeleciała ognista kula.
v A nad Ukrainą w dniu 23 sierpnia 1900 roku rozległo się słabe szeleszczenie po czym świadkowie zauważyli, jak poprzez nieboskłon przelatuje „gwiazda” z ogromną prędkością.
v W lecie 1908 roku mieszkańcy miasta Tajga w Kiemierowskiej Obłasti słyszeli już to narastający już to słabnący odgłos szorowania. W tej samej chwili na niebie widoczne było ciało niebieskie przypominające kroplę rozpalonego metalu, zostawiającą za sobą jasny ślad, podobny do tego, jaki pozostawiają za sobą odrzutowce. Naoczni świadkowie zaobserwowali do tego cztery kule z ognistymi ogonami, okutane przez czarny dym, których przelotowi towarzyszyło takie wycie, jakby w niebie rozpętała się wichura.
Niekiedy dźwięk powstaje o wiele wcześniej przed ukazaniem się bolidu – inaczej mówiąc – do czasu wejścia bolidu w atmosferę i zaczyna wchodzić z nią w interakcję. Nauka nie jest w stanie wyjaśnić takiego efektu.
W roku 1980, w zimny poranek nad jedną ze wsi Ałtajskiego Kraju rozległ się taki szum, jaki bywa w lesie przy silnym wietrze – on przypominał dość dokładnie zwielokrotniony szelest liści. W chwile potem na horyzoncie pojawiła się świetlista kula z ognistym ogonem, która przeleciawszy niebo w kierunku wschodnim znikła za horyzontem. A po dwóch latach podobny bolid zaobserwowano nad Doniecką Obłastią. Przy tej okazji naoczni świadkowie słyszeli głos „kamienia uderzającego o kamień”.
Często przed tego rodzaju zjawiskami można zauważyć zmiany w zachowaniu się zwierząt domowych: psy zaczynają wyć, koty wracają do domu, kury są bardzo niespokojne, konie kładą się na ziemi, jakby im podcięto przednie nogi…  

Prawda leży gdzieś pośrodku

Bolidy dźwiękowe mogą się pokazywać we wszystkich rejonach świata i o każdym czasie. Jednakże dźwięki te słyszano nie tylko na terenach, gdzie obserwowano przelot bolidów. Obserwatorom wydaje się, że dźwięk wynikł sam z siebie i wychodzi z otaczających ich przedmiotów: domów, drzew, samochodów… Czy z tego rodzaju zjawiskami spotkali się świadkowie wydarzeń w Niemczech i Kanadzie?
Tak nawiasem mówiąc ci, którzy mieli okazję obserwować zorzę polarną twierdzą, że mogą one wydawać dźwięki przypominające te, które wydzielają z siebie bolidy. Do tego natura dźwięków wydawanych przez zorze polarne i bolidy jak dotąd nie jest zupełnie zbadana.     (Jak podała „Angora” nr 29/2012, s.4 wkładki – charakterystyczny dźwięk towarzyszący zorzy polarnej tworzy się 70 metrów nad ziemią. Ustalili to specjaliści z Uniwersytetu Aalto w Finlandii […] – Naszym zdaniem za powstanie tych „pieśni” odpowiadają prawdopodobnie te same naładowane słoneczne cząsteczki, które prowadzą do pojawienia się samych zórz – mówi naukowiec Unto K. Laine. Badania dotyczące tego zjawiska nie są łatwe, ponieważ niebiańska muzyka nie towarzyszy każdej zorzy, a poza tym nie zawsze brzmi tak samo… - przyp. tłum.)
A zatem o co tutaj chodzi? Być może wcale nie chodzi tutaj o bolidy? Jaki znak chce nam dać Matka-Ziemia? Czy dźwięki te rodzą się w jej wnętrzu czy w okalającej ja atmosferze? Te wszystkie pytania na dzień dzisiejszy pozostają bez odpowiedzi. Jednakże niedawno pojawiła się jeszcze jedna hipoteza, a mianowicie – być może zagadkowe dźwięki towarzysza procesowi otwarcia na całej planecie tzw. „gwiezdnych wrót” – portali do innych światów. Czy tak właśnie jest, czy nie? Wiadomo – prawda jest gdzieś pośrodku…

Mistrz Lucjan o bolidach

Mistrz Lucjan Znicz-Sawicki pisał o podobnych zjawiskach już w latach 80. ubiegłego stulecia w swej biblii polskich ufologów „Goście z Kosmosu – Nieznane Obiekty Latające” t. 3, ss.87-91, w której pisze o tzw. bolidach elektrofonicznych, których obserwacje pozwolę sobie dodać do artykułu Pani Jeleny Łandy:
v 1 marca 1929 roku w Okręgu Tarskim (ZSRR) w pobliżu miejscowości Chmielowka spadł meteoryt, którego przelotowi towarzyszył szelest, a potem grzmot rozpadającego się meteoroidu.
v Sierpień 1898 roku, Finlandia – zaobserwowano bolid któremu towarzyszył odgłos dartego płótna lub papieru.
v Czerwiec 1927 nad Laredo, San Antonio i Wimberley, TX, USA – przelotowi bolidu towarzyszył jęk.
v 10 sierpnia 1937 roku, Omsk. Przelotowi meteoroidu towarzyszył szum „jakby z góry na miasto pikował gigantyczny orzeł”. Trwało to 15-18 sekund.
v 6 sierpnia 1938 roku nad Omskiem pewien lotnik zaobserwował przelot bolidu w postaci BOL, który wydawał dźwięk przypominający „odgłos obracającego się elektrycznego kalkulatora”.
v Maj 1944 roku. Nad Aszchabadem (Turkmenistan) zaobserwowano bolid, który lecąc wydawał głos przypominający wycie.
v 4 października 1950 roku, bolid przeleciał nas Missouri, wydawał dźwięki słyszane jedynie przez dzieci.  
v Lata 70., miasteczko Isilkule pomiedzy Omskiem a Pietropawłowskiem w Kazachstanie zaobserwowano jaskrawy bolid, któremu towarzyszył ostry trzask jakby rozdzieranej tkaniny.
v 7 kwietnia 1978, Sydney w Australii. Zaobserwowano tam bolid lecący z SW na NE, który wydawał dziwne dźwięki, które były słyszane przez wielu świadków.  
Radziecki uczony prof. J. S. Astapowicz wyliczył na podstawie kronik aż 163 przeloty takich bolidów – do roku 1950. Drugi katalog sporządził prof. Pietr L. Drawert składający się aż z trzech części traktujących o obserwacjach historycznych i czwartej o bolidach elektrofonicznych, w sumie 267 obserwacji na całym świecie.

Pisze Mistrz Lucjan:

A tymczasem największa, niemożliwa wręcz do rozwiązania tajemnica bolidów elektrofonicznych wciąż jeszcze przed nami. To prędkość rozchodzącego się wydawanego przez nie dźwięku. Odległość stwierdzonej obserwacji bolidów waha się od 10 do 500 km (z tym, że większość z nich waha się w odległości 50-200 km). Prędkość dźwięku – jak wiadomo – nawet w tak niezwykłym środowisku jak szkło osiąga maksymalnie 5200 m/s. W atmosferze w zależności od jej temperatury, głos biegnie z prędkością od 319 m/s (przy -20°C) do 343 m/s (przy +20°C). Biorąc więc pod uwagę nawet tą prędkość najwyższą (choć jak wiemy większość obserwacji dokonano zimą) dźwięk z odległości 10 km powinien dojść do obserwatorów po niemal pół minuty (dokładnie po 29 sekundach), a z największej znanej odległości obserwacji wynoszącej 500 km (o ile w ogóle z tej odległości dźwięk miałby możliwość dotrzeć do obserwatora!) dokładnie dopiero po 24 minutach i 36 sekundach! Tymczasem – jak wiemy – dźwięk bolidów elektrofonicznych nie tylko dochodzi do ucha obserwatora z tych nieprawdopodobnych odległości RÓWNOCZEŚNIE z jego obrazem, ale nawet w niektórych wypadkach jeszcze PRZED POJAWIANIEM SIĘ bolidu na niebie? A więc dźwięk równy, a może nawet WYPRZEDZAJACY PRĘDKOŚĆ ŚWIATŁA? Cóż na to wszystkie klasyczne prawa fizyki.

Oczywiście jest furtka, bowiem zakładamy, że bolidy elektrofoniczne lecąc przez atmosferę wytwarzają plazmę, która z kolei generuje fale radiowe odbierane przez ten obszar kory mózgowej, który odpowiada za słuch – stąd złudzenie słyszanego dźwięku. Ale co z dźwiękami, które utrwalają kamery video?
Jak dotąd nie ma rozwiązania tej zagadki, i jeżeli nie jest to humbug, to jest to jedna z najciekawszych zagadek naukowych XXI wieku!

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 16/2012, s. 3
Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©


No i tajemnica wyjaśniona - jednak to zwykły hoax czy humbug: http://www.sadistic.pl/pamietacie-tajemnicze-dzwieki-z-niebios-vt128429.htm - bez komentarza


Mariusz Fryckowski

poniedziałek, 23 lipca 2012

10 wersji przyczyn katastrofy "Titanica"

RMS Titanic - pływający pałac, który poszedł na dno z niejasnych przyczyn (WP.pl)
         
Oleg Gorosow

Milioner Alfred Vanderbilt powinien być jednym z pasażerów Titanica, no ale on jakichś powodów zrezygnował z podróży. W 1915 roku znalazł się on na pokładzie liniowca RMS Lusitania, który zatonął po storpedowaniu go przez Niemców…
14 kwietnia br. upłynęła 100. rocznica katastrofy znanego oceanicznego liniowca RMS Titanic, w czasie której zginęło ponad 1500 osób. W czasie minionego stulecia ukazało się mnóstwo hipotez co do przyczyn tego zdumiewającego zdarzenia: od oczywistych aż do najbardziej niewiarygodnych. Zamierzam przypomnieć Czytelnikowi najbardziej znane z nich, a zatem:

Hipoteza nr 1 – Księżyc winowajcą!

Jak wiadomo, Titanic zatonął dlatego, że wpadł na górę lodową. Ale do dziś dnia pozostaje niejasne, dlaczego na trasie statku znalazło się to skupienie pływającego lodu. Odpowiedź na to pytanie postarali się znaleźć uczeni sejsmolodzy z Teksaskiego Uniwersytetu. Według nich, przyczyna tragedii stał się Księżyc, który 4 stycznia 1912 roku zbliżył się do Ziemi na niewiarygodnie małą odległość. Podobne zbliżenia zdarzają się raz na 1400 lat. W rezultacie tego miały miejsce bardzo wysokie przypływy i prądy, które zmieniają kurs gór lodowych przemieszczających się u brzegów Kanady, i tak w dniu 14 kwietnia mogły one znaleźć się na kursie liniowca.

Hipoteza nr 2 – W pogoni za Błękitną Wstęgą Atlantyku

Pierwsza hipoteza nie wyklucza wcale drugiej możliwości zagłady tego statku. Kapitan TitanicaEdward John Smith wiedział o tym że z przodu ma lody, wszak niejeden raz go ostrzegano o tym niebezpieczeństwie z innych statków, ale on tak czy inaczej kursu nie zmienił. Dlaczego? Jest całkiem możliwe, że chciał zdobyć Błękitną Wstęgę Atlantyku już w pierwszym rejsie – była to nagroda najbardziej prestiżowa jaka mógł uzyskać za najszybsze pokonanie drogi przez Atlantyk.
Statki klasy RMS Olympic, jednym z których był także Titanic były własnością kompanii White Star Line, której konkurentami były statki kompanii Cunard Line. Liniowiec tej ostatniej – RMS Mauretania od 1907 roku utrzymywał rekord prędkości na trasie pomiędzy Europą a Ameryką Północną. Rozwijał on średnią prędkość 26 kts/48,1 km/h, Titanic około 25 kts/46,3 km/h. Tak więc kapitan E. J. Smith miał pewną szansę wydarcia Mauretanii Błękitnej Wstęgi Atlantyku. I być może właśnie dlatego nie bacząc na niebezpieczeństwo poszedł on na takie ryzyko.

Hipoteza nr 3 – Obserwatorzy nie dostrzegli

Ale nawet nie biorąc pod uwagę powyższego, Titanic mógłby uniknąć zderzenia, gdyby obserwatorzy na bocianim gnieździe w porę dostrzegli górę lodową leżącą na ich kursie. A zaobserwować jej po prostu nie mogli, bowiem nie mieli lornetek. Tak wyszło, że przed samym rejsem, kierownictwo White Star Line zdecydowało się na zmianę starszego oficera (Chief Officer), na miejsce którego wszedł Henry Wilde, który miał doświadczenie w nawigowaniu ogromnymi liniowcami. Ale przekazujący obowiązki starszy oficer David Blair zapomniał oddać Wilde’owi klucze od sejfu, w którym trzymano lornetki. (W innej wersji Legendy Titanica lornetek dla obserwatorów z bocianiego gniazda i oka w ogóle nie było na pokładzie i kapitan Smith zdecydował zakupić kilka w Nowym Jorku – uwaga tłum.) Tak zatem obserwatorzy mogli liczyć tylko na swoje oczy…

Hipoteza nr 4 – „Czarna” góra lodowa

Zasadniczo przyczyną katastrofy mogła być taka góra lodowa, której nie można by było wypatrzyć nawet przez najsilniejszą lornetę. Jak wiadomo, lód jest biały i doskonale widoczny na duże odległości. Jednakże ta góra lodowa mogła być tzw. „czarną” górą lodową – przewróconą, dzięki czemu na powierzchni widoczna była jej ciemna, podwodna część. Noc była bezksiężycowa, co jeszcze bardziej zmniejszało widoczność i pogoda była bezwietrzna, tak więc marynarze nie mogli zaobserwować fal rozbijających się o górę lodową, które widać byłoby z większej odległości umożliwiającej wykonanie manewru unikowego, czy zatrzymania statku.


RMS Titanic w całej swej krasie - kadr z filmu "Titanic" Jamesa Camerona (1999)


Hipoteza nr 5 – „W lewo” znaczy „w prawo”

I tak czy owak, kiedy obserwator na bocianim gnieździe marynarz Frederick Fleet zauważył w odległości 450 m górę lodową, Titanic miał jeszcze szansę uniknięcia zderzenia. (Górę lodową dostrzeżono z bocianiego gniazda Titanica z odległości ok. 400 m., zaś droga hamowania statku wynosiła 777 m, co zmierzono w czasie prób morskich – tych szans raczej nie było... – uwaga tłum.) Fleet od razu zameldował o niebezpieczeństwie na mostek. Rozległa się komenda – „Ster PRAWO na burtę!”, ale statek skręcił w przeciwną – LEWĄ stronę (i w rezultacie czego uderzył w lodową ostrogę PRAWĄ burtą – uwaga tłum.). Rozległo się uderzenie i odgłos rozrywanego poszycia. Jak wspominał potem II oficer Charles Lightoller, sternik obrócił kołem nie w tym kierunku, w którym powinien. Rzecz w tym, że komenda „prawo na burtę” w rzeczywistości oznacza zwrot statku w lewo: statek obraca się prawą burtą do przodu, a dziób idzie w lewo. Najwidoczniej spanikowany sternik zinterpretował komendę dosłownie…

Hipoteza nr 6 – Błąd konstruktora

Statystycznie rzecz ujmując, przez 20 lat do katastrofy Titanica zderzenia z górami lodowymi zdarzały się nieraz, ale na dno poszedł tylko jeden statek, a i w tym jednym przypadku obeszło się bez ofiar. Dlaczego więc Titanic, który był reklamowany jako niezatapialny nie przeżył podobnej kolizji? Możliwym jest, że pełną winę ponosi za to jego konstruktor. W 1994 roku podniesiono z dna oceanu fragment poszycia statku i poddano go analizie laboratoryjnej. Okazało się, ze do budowy statku użyto stali z dużą domieszką fosforu, dzięki czemu stawała się ona bardzo krucha w niskich temperaturach. Gdyby kadłub wykonano ze stali o wysokiej jakości, on by się wygiął przy uderzeniu o lód, ale nie puścił. A zatem uszkodzenie okazałoby się minimalnym.

Hipoteza nr 7 – Zatonął inny statek

A może Titanica celowo wyprawiono na spotkanie z górą lodową? Okazuje się, że jest i taka hipoteza! Rzecz w tym, że 20 września 1911 roku, RMS Olympic zderzył się z krążownikiem USS Hawke (wg innych źródeł [Wikipedia] był to HMS Hawke – przyp. tłum.) Znajdująca się w tym momencie w finansowych tarapatach kompania White Star Line postanowiła poprawić swe położenie za pomocą ubezpieczenia. Ale liniowiec w tym zderzeniu nie odniósł szwanku i odszkodowania nie wypłacono. A zatem kompania zdecydowała się na oszustwo: załatany naprędce Olympic został przemianowany na Titanica i vice-versa i jako Titanic popłynął w strefę pól lodowych, żeby tam uzyskać takie uszkodzenia, za które towarzystwa asekuracyjne wypłaciłyby godziwe odszkodowania. Oczywistym jest, że kierownictwo White Star Line nie wzięło pod uwagę tego, że lodowa góra spuści Titanica na dno…

Hipoteza nr 8 – Pożar na pokładzie

Niejednokrotnie ukazywała się wersja, że góra lodowa nie była przyczyną zatonięcia tego transatlantyku. I tak np. brytyjski badacz Ray Boston, który bada katastrofy od 20 lat doszedł do wniosku, że prawdziwą przyczyną zatonięcia statku był pożar. Na 12 dni przed katastrofą w jego bunkrze węglowym (skład węgla na statku stanowiący zapas paliwa do kotłów – przyp. tłum.) doszło do samozapłonu węgla. Pożaru tego w pełni nie udało się ugasić. Ale kierownictwo White Star Line nie chciało przerywać przynoszącego znaczny zysk dziewiczego rejsu, mając nadzieję na to, że pożar ugasi się sam z powodu braku tlenu. W przeciwnym przypadku trzeba by było rozładować bunkry węglowe w Nowym Jorku i ugasić węgiel przy pomocy straży pożarnej. Poza tym istniało niebezpieczeństwo, że statek eksploduje na środku oceanu.
Być może właśnie z tego powodu jeszcze na początku podróży, kiedy Titanic zrobił przystanek w irlandzkim porcie Queenstown, ze statku zdezerterował członek załogi niejaki John Coffie - palacz. O możliwości eksplozji na pokładzie statku wiedział także i właściciel White Star Line John P. Morgan, który znajdował się na liście pasażerów, ale na 24 godziny przed wyjściem z portu zrezygnował on z podróży tłumacząc się złym samopoczuciem. To wyjaśniałoby dlaczego kapitan Smith starał się jak najszybciej dopłynąć do Nowego Jorku, ignorując doniesienia o górach lodowych. Według poglądów Raya Bostona, Titanic rozpadł się na dwie części akurat w tym miejscu, gdzie miał miejsce pożar – to właśnie tam doszło do eksplozji kotła. A zderzenie z górą lodową tylko było przypadkowym incydentem.

Hipoteza nr 9 – Niemiecka torpeda

Wielu ocalałych z katastrofy pasażerów Titanica twierdziło, że po uderzeniu Titanica w górę lodową usłyszało wybuch. Dało to asumpt przypuszczeniom, że nie była to eksplozja kotła, ale że w statek trafiła niemiecka torpeda! Do rozpoczęcia I Wojny Światowej zostały niecałe dwa lata. W tym czasie, dowódca niemieckiej floty wojennej adm. Alfred von Tirpitz ostro rozbudowywał flotę, kładąc szczególny nacisk na budowę okrętów podwodnych kalkulując, że to właśnie one będą głównym orężem w walce przeciwko Imperium Brytyjskiemu. A zatem Titanic mógł się stać tarczą dla niemieckiego okrętu podwodnego. Po pierwsze dlatego, że na tym liniowcu von Tirpitz mógł wypróbować sprawność swoich okrętów, a po drugie – torpedując Titanica zdefiniował ostatecznie swego potencjalnego wroga. W czasie wojny Brytyjczycy wszystkie statki pasażerskie przekształcili w transportowce wojenne czy statki szpitalne. I tak np. wspomniana tutaj Mauretania została wykorzystana w charakterze transportowca wojennego.  

Hipoteza nr 10 – Klątwa faraona

No i jeszcze jedna, niestety, zupełnie nieracjonalna wersja katastrofy: Titanica zatopiła egipska mumia! W latach 80. XIX wieku, w czasach wykopalisk w okolicach Kairu została znaleziona mumia kapłanki Amen-Otu żyjącej w czasach panowania faraona Amenhotepa IV Echnatona. Do roku 1912 była ona wystawiona w British Museum, ale kupił ja jakiś amerykański kolekcjoner. Bezcenny artefakt nie przewożono w ładowni, ale umieszczono wprost na mostku kapitańskim. Opowiadano, że nad głową mumii znajdowała się statuetka boga Ozyrysa z napisem: Powstań z prochu i zniszcz każdego, kto stanie na twej drodze. Być może to starożytne proroctwo napytało Titanicowi biedy?...

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 15/2012, ss.22-23
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©