Powered By Blogger

sobota, 24 listopada 2012

Czy Hitler uciekał U-bootem?


Adolf Hitler z Ewą Braun (1943 r.)

Walentin Szimko

Hitler po raz pierwszy zobaczył swastykę jak miał sześć lat. Była ona wyrzeźbiona w kamieniu nad wejściem do jednej z bocznych galerii klasztoru w Lambach, Austria, w którym mały Adolf śpiewał w chórze chłopięcym.
Autor książki pt. „Ostatnia tajemnica Rzeszy” Leon Arbatskij nie zgadza się z tym, że w kwietniu 1945 roku Hitler popełnił samobójstwo. A oto wywiad przeprowadzony z nim niedawno dla „Tajny XX wieka”:

Pytanie: Leonie Abramowiczu, podtytuł pańskiej książki brzmi bardzo wieloznacznie – „Rzecz o zniknięciu Hitlera”, a zatem wygląda na to, że rzecz idzie nie o śmierci Führera… Czyż nie naprawdę trzeba o tym przekonywać?
Odpowiedź: nie twierdzę tego, ale udowadniam całą rzecz na podstawie faktów. A tych, które pozwalają wątpić w śmierć Hitlera jest niemało.
P.: Ale istnieje przecież wyrok Wydziału Spraw Cywilnych Sądu Administracyjnego, który w 1956 roku zebrał się w Berchtesgaden. Przesłuchano 48 świadków, a sędziowie orzekli na tej podstawie: Adolfa Hitlera nie ma już wśród żywych.
O.: Po pierwsze: to orzeczenie – jak pan zauważył – jest z 1956 roku. I ja go nie odrzucam: w tym czasie Hitlera pomiędzy żywymi już nie było. Po drugie: wielu głównych świadków nie stawiło się na tym procesie, co ważniejsze dokumenty nie zostały przedstawione, a dwoje kluczowych świadków odwołało swe wcześniejsze zeznania – technik dentystyczny, który przygotował protezy dla Hitlera i asystentka jego dentysty.
Przypominam, 4 maja 1945 roku nasi wywiadowcy znaleźli w berlińskim ogrodzie domniemane zwłoki Hitlera i Ewy Braun. To o tym znalezisku zameldowano Stalinowi. Ale on powiedział, że nie trzeba się spieszyć z końcowymi wnioskami. Ponadto wydał on cały szereg oświadczeń zaadresowanych do rządów USA i Wielkiej Brytanii o tym, że Hitler żyje i gdzieś się ukrywa.
Być może Stalin otrzymał jakąś wiarygodną informację z nieoficjalnych źródeł, których my nie znamy. To, że takie źródła on posiadał, nie wzbudza zdziwienia.
P.: Powróćmy do zeznań stomatologów.
O.: W 1945 roku radzieccy oficerowie pokazali dentyście Hitlera jego szczękę, a on rozpoznał swoją robotę. A w 1972 roku wraz z niemieckim pisarzem Wernerem Mazerem zmienił zeznanie: nie jest w stanie rozpoznać z całą pewnością mostka dentystycznego, którego wstawił Hitlerowi. To samo oświadczyła asystentka dentysty. A przecież na ich zeznaniach opierali swe wywody radzieccy śledczy i eksperci. A kiedy odwołali oni swe zeznania, to runęła cała konstrukcja dochodzenia.
A przecież były jeszcze inne ważne świadectwa: w moskiewskim laboratorium kryminalistycznym przebadano krople krwi na dywanie, na którym jakoby zastrzelił się Führer. Ekspertyza wykazała, że to nie była nawet krew, ale jej imitacja. Grupa krwi należącej do rzekomego trupa Hitlera leżącego w kraterze po pocisku też nie odpowiadał grupie krwi Adolfa. W mózgu znalezionego trupa nie znaleziono kanału po kuli. Ponadto istnieje wersja, że 30 kwietnia 1945 roku, Hitler zanim strzelił do siebie to zażył truciznę. Jednakże ekspertyza toksykologiczna przeprowadzona w parę miesięcy później nie wykazała śladów trucizny.
P.: Wygląda na to, że Stalin myślał prawidłowo – Hitler uciekał? Wygląda na to, że jakiś trup przykrył jego ucieczkę? Ale kiedy jego sobowtór mógł się pojawić w bunkrze?
O.: Najwcześniej w dniu 30 kwietnia. Właśnie tego dnia, przypuszczalnie około godziny 13:00, Hitler pożegnał się ze swymi współpracownikami i udał się wraz z Ewą Baun do swoich apartamentów. Ze świadków, którzy widzieli Hitlera martwego i przeżyli, pozostał tylko jeden – jego kamerdyner Linge. Wszyscy pozostali widzieli tylko wynoszenie ciała zawiniętego w koc. Ale kto znajdował się w kocu? – oto pytanie!

Zwłoki domniemanego sobowtóra Hitlera znalezione w ogrodzie Kancelarii Rzeszy

P.: I tak podły Hitler wszedł do bunkra, żeby odejść w niebyt…
O.: Jeden ze scenariuszy: on idzie do łazienki czy do sypialni Ewy Braun i tam się zamyka. W tym czasie z gabinetu wynoszą owinięte w koce trupy sobowtóra Hitlera, którego dostarczono tu wcześniej, i Ewy Braun – ofiary trucizny.
P.: Ale dlaczego Ewa się otruła, skoro jej mąż pozostał przy życiu? Czy ją do tego zmuszono?
O.: Być może jedno lub drugie. Dlaczego?... Po prostu dlatego, żeby cała inscenizacja wyglądała prawdopodobnie! Hitler przebiera się i zmienia swoja powierzchowność. Zgala swe znane c. k. wąsiki, nakłada makijaż i perukę. Wszyscy niewtajemniczeni wychodzą z bunkra. Adiutant Hitlera Otto Günsche w swych zeznaniach twierdził, że wydał on ochronie rozkaz opuszczenia pomieszczeń przylegających do apartamentu Führera. Wartowników zdjęto także i z zapasowego wyjścia. Po pewnym czasie właśnie tam wyniesiono trupa sobowtóra.
P.: A co z oryginałem?
O.: Wiadomo, że w nocy już 1 maja, z LSR (schron przeciwlotniczy – przyp. tłum.) w Kancelarii Rzeszy uciekło około 40 osób. Bunkier – jak wiadomo – miał podziemne wyjście, wiodące w kwartały miasta. Ten LSR służył ludności całego miasta i w czasie nalotów mieściło się tam tysiące ludzi.
P.: No ale jak Hitler mógł się uratować, skoro Berlin był okrążony przez nasze wojska?
O.: No Führer miał spore szanse. W czasie bałaganu i bezhołowia kilku powojennych tygodni, kiedy to Niemcy były przepełnione tysiącami nieszczęśliwych ludzi, zgubić się wśród nich można było bez specjalnego trudu. Ciekawym jest to, że żegnając się ze swym kamerdynerem, Hitler kazał mu przebijać się na Zachód.
- Dla kogo? – zapytał Linge.
- Dla Führera!
A w Niemczech był tylko jeden Führer. Tenże sam Linge już siedząc w więzieniu oświadczył, że zna tajemnicę śmierci swego pana, ale nie zdradzi jej.
P.: Czy wierzy pan, że Adolf walczył o swoje ocalenie?
O.: Ze swej natury był on niepoprawnym awanturnikiem. Cała jego kariera to łańcuch ciągłych ryzykanckich przygód zaczętych od tzw. „puczu piwnego” w 1923 roku. Dlaczegóż więc nie mógłby zaryzykować jeszcze raz, kiedy stawką było jego życie? Skończyć ze sobą, to on mógł zawsze rozgryzając ampułkę z cyjankiem. I dlatego na pewno miał on opracowane plany awaryjne na taki moment.
P.: Jakie?
O.: Po publicznym pokazaniu się Hitlera w fabryce w mieście Dessau, firma Junkers zbudowała dwa potężne, sześciosilnikowe samoloty, z których jeden dokonał próbnego lotu do Japonii. Zbiorniki paliwa były pełne i ponadto wieziono paliwo w kanistrach. Pozostały tylko miejsca dla kilku osób i załogi.
P.: Czy doszło do ewakuacji?
O.: Nie. Lotnisko było zbombardowane. Potem Niemcy zorganizowali prowizoryczne lotnisko przy Brandenburskiej Bramie, niedaleko od Kancelarii Rzeszy. Żeby poszerzyć pas startowy wyrąbali nawet wiekowe lipy na Unter den Linden. Były tam tylko ćwiczebne samoloty, które potrzebowały minimalny rozbieg. A przy Hitlerze znajdowali się jego dwaj lotnicy i dowodzący rządową eskadrą. Prawda, wzięty do niewoli komendant Berlina twierdził, że stąd Hitler nie mógł wystartować, bo zbombardowano i to lotnisko, ale mógł uciekać przez tunele metra. Pozostało morze. Wiadomo, że w Hamburgu przy pirsie stało w gotowości 10 oceanicznych U-bootów. Ich dowódcom było wiadomo, że będą oni ewakuować członków rządu niemieckiego.

Radzieccy korespondenci wojenni na miejscu znalezienia domniemanych zwłok Adolfa Hitlera i Ewy Braun


P.: Tym nie mniej nie ma ani jednego świadectwa o tym, że widziano Hitlera kiedyś i gdzieś po dniu 30 kwietnia 1945 roku.
O.: Ależ dlaczego? Pracownik ochrony Kernau twierdził, że widział Hitlera jeszcze 1 maja. Ponadto w zagranicznej prasie już po zakończeniu wojny pojawiły się publikacje o  tym, że Führer ewakuował się do Argentyny. I do Urugwaju, Hiszpanii, Irlandii… Razu pewnego na brzegu Morza Północnego w Danii znaleziono butelkę z listem od niemieckiego marynarza z zatopionego U-boota. W liście pisało, że U-boot zderzył się z jakimś wrakiem i jego poszycie puściło. Na pokładzie okrętu – jak twierdził marynarz – znajdował się Adolf Hitler, który się nie uratował, bowiem nie był w stanie wyjść ze swej specjalnej, opancerzonej kajuty.
P.: Wychodzi więc na to, że w ogrodzie Kancelarii Rzeszy znaleziono i potem badano ciało nie tego człowieka?...
O.: Istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że właśnie tak było. Niemiecki rząd też usiłował dojść do prawdy. Przy końcu lat 80. zwrócił się do kierownictwa ZSRR z prośbą o wskazanie miejsca pochówku Hitlera. Najwidoczniej Niemcy chcieli sprowadzenia tych szczątków w celu dokonania ekspertyzy, ale się spóźnili. Jeszcze w 1970 roku, przewodniczący KGB Andropow polecił wydobyć doczesne szczątki Führera i rodziny Goebbelsów pochowane w wojskowej części cmentarza w Magdeburgu i zniszczyć je.
P.: Czymże więc można objaśnić to, że fakt śmierci Hitlera wywołuje tyle emocji?
O.: Najwidoczniej istnieje jakaś psychologiczna bariera. Normalnemu człowiekowi trudno przyjąć, że przestępca, morderca, samo wcielenie zła umknął wymiarowi sprawiedliwości. Ja też nie zamierzam nikogo przekonywać, że jemu udało się uratować, ale chcę tylko zwrócić uwagę na fakt, że ta cała historia nie ma jeszcze zakończenia.
P.: Co do Hitlera, to historia i tak wymierzyła mu sprawiedliwość, bo nie ma on teraz nawet mogiły. Jego ciała nie oddano ziemi. Nie pokłonią się jego prochom jego stronnicy i potomkowie. To jest ponury koniec…     

A jednak…
            
…kiedy patrzę, jak idee tego potwora zaczynają się odradzać na świecie, kiedy widzę wzrost nietolerancji religijnej, obyczajowej, rasowej, politycznej, to ogarnia mnie wrażenie, ze historia zatacza koło i w wielu miejscach Europy odradzają się brunatne i czarne widma faszyzmu i nazizmu. Kiedy słyszę wypowiedzi niektórych polityków, którzy z pobłażaniem patrzą na to, jak prostytuuje się święto narodowe – nasz Dzień Niepodległości – zamieniony nie w dzień świętowania i radości, ale arenę burd i awantur ulicznych, to mam wrażenie, że Polska zamienia się w Republikę Weimarską i na arenę wkraczają polscy „firerzy” z bożej łaski i nadania. Ale nie ma dymu bez ognia – tamte wydarzenia spowodował Wielki Kryzys i związany z tym krach. Te wydarzenia też spowodował kryzys i krach – przede wszystkim brak stabilizacji, życie na kredyt i bezrobocie. Historia się powtarza, a nasi „decydenci” nie potrafią wyciągnąć z niej żadnych wniosków, co mnie akurat nie dziwi. Żłób i koryto mają zawsze większą moc niż Rozum i Rozsądek, a uczciwość jest czymś mocno przereklamowanym i w ogóle passé i demodé

Dobrze się stało, że Hitler i Goebbels nie mają swych grobów, bo teraz ściągałyby do nich tłumy rozmaitych popaprańców z całej Europy, tak jak nasi pożal się boże „parlamentarzyści” pojechali z hołdami i czołobitnościami do jakiegoś latynoamerykańskiego złodzieja i malwersanta, którego w jego własnej ojczyźnie przeklinają jego właśni rodacy. Tak jak niedługo przeklniemy naszych „wodzów”, kiedy Polska znów znajdzie się pod obcymi wpływami, które stłumią to „ognisko niepokojów” na kontynencie. Obym był w błędzie.

Hitler mógł uciec z płonącego Berlina trasą, jaką zasugerowaliśmy wraz z dr Milošem Jesenským w naszej książce „Wunderland – Pozaziemskie technologie Trzeciej Rzeszy”, więc ta sprawa nie jest akurat przesądzona. Rosjanie tez nie byli pewni, czy Hitler żyje – w przeciwnym wypadku KGB i GRU nie prowadziłyby tak intensywnych poszukiwań. Mam nadzieję, że się mylimy, ale wiele wskazuje na to, że mamy rację…   

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 31/2012, ss. 24 – 25
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©             

piątek, 23 listopada 2012

Tajemniczy wrak w kosmosie




Przekazane przez Alberta Rosalesa

Informacja o tym została wzięta wprost z książki zatytułowanej „Mystery, Intrigue and Suspense” (Challencor Press, 1992) i jak sądzę, jest to kompilacja z kilku wcześniejszych tytułów. Wiem także, iż rozdział o niewyjaśnionych zbrodniach był opublikowany w „The World’s Greatest Unsolved Crimes”, zaś resztę publikowano tu i ówdzie.

Tym niemniej, ten incydent jest jednym z tych, na którego temat nie mogłem znaleźć dostatecznej ilości informacji. Być może rzecz cała jest jednym wielkim głupim kawałem – większość opisanych przypadków wydaje się takimi być. To jest jednak ciekawe i chciałbym znać twoja opinię na ten temat.

Poniższy tekst jest pod copyrightem Chalencor Press i nie mam żadnego zezwolenia na cytowanie go, ale jest wart tego.

Wrak statku kosmicznego z innej planety znajduje się na orbicie wokółziemskiej – i może zawierać ciała Obcych. Takie było zdumiewające oświadczenie rosyjskich naukowców opublikowane na frontowych stronach w 1979 roku.

Radziecki astrofizyk prof. Siergiej Bożicz ogłosił, że uczeni namierzyli wrak statku kosmicznego unoszący się 1240 mi/1984 km nad Ziemią jeszcze w latach 60. Oni zidentyfikowali 10 dużych odłamków, z których dwa mierzyły 100 ft/~33 m średnicy na różnych orbitach, a ich wyliczenia wspierał komputer o wielkiej mocy obliczeniowej [jak na owe czasy – przyp. tłum.], przy pomocy którego dokonano re-ekstrapolacji ich ruchów w celu ustalenia wieku tego wraka.
- Udało się nam odkryć, że wszystkie odłamki znajdowały się w jednym punkcie jednego dnia, dokładniej 18 grudnia 1955 roku. Oczywiście musiało tam dojść do silnej eksplozji.

Pierwsza rakieta zbudowana przez ludzi poleciała dopiero w 1957 roku.

Inny znany rosyjski astrofizyk, prof. Aleksandr Kazancew powiedział, że dwa największe fragmenty odłamków tego czegoś dają wyobrażenie o wielkości i kształcie tego obiektu.
- Uważamy, że to coś musiało być długie na co najmniej 200 ft/~67 m i szerokie na 100 ft. To coś miało małe kopułki  z teleskopami, talerzowate anteny do komunikacji radiowej i iluminatory. Rozmiary tego czegoś sugerują, że to miało kilka pokładów – najprawdopodobniej pięć. Uważamy także, że wciąż znajdują się tam ciała Obcych.

Moskiewski astrofizyk dr Władimir Ażaża obalał hipotezę, że te odłamki mogą być fragmentami meteoroidu.
- Meteoroidy nie mają swych orbit – powiedział – one poruszają się bez celu i błądzą w przestrzeni kosmicznej i nie wybuchają samoistnie. Wszystkie dowody, które zebraliśmy w ciągu ostatniej dekady, wskazują na to, że mamy do czynienia z jedną rzeczą – uszkodzonym statkiem kosmicznym Obcych. Może on mieć takie tajemnice, o których nawet nam się nie śniło.

Rosyjski geolog, prof. Aleksiej Zołotow, specjalista od eksplozji, dodaje:
- To nie może być wrak ziemskiego statku kosmicznego, jego eksplozja miała miejsce na dwa lata przed startem ziemskiego pierwszego satelity – Sputnika-1. Powinno się tam wysłać ekspedycję poszukiwawczo-ratowniczą. Ten statek, czy co to tam jest, powinien zostać sprowadzony na Ziemię. Benefity dla Ziemian będą oczywiste.

Wiodący amerykańscy naukowcy początkowo byli zdumieni, a potem podnieceni przez te rewelacje. Dr Henry Monteith, fizyk pracujący w supertajnym ośrodku badań jądrowych przy Sancia Laboratories w Albuquerque (NM) powiedział, że dowody są wystarczające do prowadzenia dalszego dochodzenia.
- To wygląda na rzeczywiście solidne studia zrobione przez Rosjan – dodał on – to jest bardzo ekscytujące, moglibyśmy wysłać tam wahadłowiec. Jeżeli jest to statek Obcych, to byłoby to znalezisko stulecia. Dowodziłoby to wprost możliwości istnienia życia w całym Wszechświecie.

Dr Myran Malkin, dyrektor biura NASA Space Shuttle Office of Space Technology powiedział:
-     Moglibyśmy rozważyć połączenie naszych wysiłków, jak tylko Rosjanie zbliżą się do nas.

I fizyk jądrowy Stanton Friendman powiedział:
- Jeżeli uda się nam ściągnąć jeden fragment, to damy radę ściągnąć resztę i poskładać ją w jedną całość.

Brytyjska reakcja była bardziej ostrożna. Dr Desmond King – Hele badacz kosmosu z Royal Aircraft Establishment w Farnborough Hants powiedział:
- Aktualnie ponad 4000 odłamków krąży po orbicie wokółziemskiej, każdy z nich ma numer katalogowy do jego identyfikacji. Chcielibyśmy znać numer katalogowy tego wraku. Oczywiście jest możliwe zidentyfikowanie tego wraku po dostatecznej ilości obserwacji. Podobnie jak Amerykanie, bylibyśmy zainteresowani obejrzeniem tego 'czegoś', jeżeli informacje od Rosjan są wiarygodne.

Amerykański fizyk William Corliss wspomniał artykuł napisany przez Johna Bagby’ego w amerykańskim „Magazine Icarus” w 1969 roku – a zatem w czasie, kiedy agencje rządowe właśnie oświadczyły wszem i wobec, że UFO nie istnieją. Napisał on, że tych 10 księżyców orbituje wokół Ziemi po, oderwaniu się od jednego ciała macierzystego. I podaje on datę tej dezintegracji – 18 grudnia 1955 roku.
-  Bagby nie wyjaśnia natury tej eksplozji – powiedział Corliss – on był tylko zainteresowany dowiedzeniem tego, że te odłamki tam są i nie uważa tego za naturalny fenomen. Wydaje się, że to była jedyna rzecz, jaką można było wykonać w tym czasie.

Inne UFO poruszały się bez szwanku w ziemskiej atmosferze, rozbijając się tylko – o ile wierzyć Amerykanom – o powierzchnię naszej planety. Ale dowiedzenie tego jest literalnie niemożliwe, bowiem rząd USA nałożył na to czapę i knebel, i trzyma wszystko w tajemnicy. 
     

Od tłumacza

Na temat „Czarnego Księcia” czy też Barona albo Rycerza (róznie o tym mówią) pisałem już na tym blogu – zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2011/07/afera-czarnego-barona.html i dalsze. Fajnie to wszystko brzmi, i rzeczywiście jest coś na rzeczy, bowiem czytałem o tym w źródłach anglojęzycznych jak i radzieckich/rosyjskich, a także w kilku innych pracach, które powołują się na nie. Istotnie, coś niezwykłego mogło wydarzyć się w Kosmosie na orbicie 1984 w dniu 18 grudnia 1955 roku. Chciałbym bardzo wiedzieć, gdzie i o której godzinie to się wydarzyło. Skoro był to wybuch tak silny, że rozwalił ciało o wymiarach 67 x 33 x 33 m na co najmniej 10 odłamów, to musiał być widocznym z Ziemi. Co do tego nie ma dwóch zdań, i – niestety – nie ma żadnej relacji, która by potwierdziła ten fakt.

Opracowując książkę „Projekt Tatry” (Kraków 2002) też natknąłem się na wzmiankę o obserwacji NOL-a nad Tatrami, który przeleciał na nocnym niebie i był zaobserwowany przez astronoma w Obserwatorium Astronomicznym Skalnate Pleso na Łomnicy. A to było tak:



A teraz będzie o wydarzeniach, które miały miejsce po drugiej stronie granicy – na Słowacji. pierwsze z nich wydarzyło się w marcu 1957 roku, a jego bohaterem jest astronom – dr Antonin Mrkos, który zaobserwował w Obserwatorium Astronomicznym Skalnate Pleso, o godzinie 04:30 gwiazdopodobne Nocne Światło.

Ów NL poruszał się początkowo na tle konstelacji Korony Północnej – Corona Borealis, potem przemieścił się do Herkulesa – Hercules, by zniknąć definitywnie w konstelacji Lutni – Lyra. NOL miał kształt kręgu i obserwowano go przy pomocy silnej lunety. Nie ma żadnego wyjaśnienia alternatywnego, bowiem wtedy oficjalnie nie było jeszcze statków kosmicznych, ale to właśnie wtedy obserwowano na niebie coś, co nazwano na Zachodzie „Black Baron” a w ZSRR „Cziornyj Princ” – a co nie było z całą pewnością poza-atmosferycznym pojazdem ziemskim... 

  To było w marcu 1957 roku, na pół roku przed lotem Sputnika-1.Czy był to statek kosmiczny Ziemian czy Obcych? Trudno powiedzieć. Istnieją cztery odpowiedzi na to pytanie, które postaram się tutaj streścić, a zatem:
v Statek kosmiczny Obcych, który wszedł na orbitę wokółziemską (kiedy???) i orbitował dając się zaobserwować od czasu do czasu przez nasze instrumenty obserwacyjne.
v Statek kosmiczny pochodzący z innej, ale ziemskiej, cywilizacji – np. Atlantydów, Aghartyjczyków, itd., liczący sobie kilka czy nawet kilkadziesiąt tysięcy lat (!!!)
v Ziemski statek kosmiczny, będący rezultatem jakiejś próby – najprawdopodobniej rosyjskiej. Wszak wiadomo, że Rosjanie eksperymentowali z rakietami już co najmniej od połowy lat 40. XX wieku i mogli wystrzelić coś, co potem orbitowało wokół Ziemi i wreszcie uległo dezintegracji…
v Ziemski statek kosmiczny lub stacja orbitalna wyprodukowana i umieszczona na orbicie przez nazistowskich uczonych w czasie II Wojny Światowej. Brzmi to niewiarygodnie, bo gdyby Niemcy dysponowali takimi możliwościami, to przebieg wojny byłby zgoła inny. Ale odnotowuję taką możliwość z kronikarskiego obowiązku.

Czymże więc był „Czarny Baron”? - tego nie wiemy i o ile wierzyć Bożiczowi, to jego szczątki wpadły w atmosferę i spłonęły gdzieś w latach 60 ubiegłego stulecia i jako takie nie są już do odtworzenia – a zatem już się nie dowiemy. Nie wiem, czy istnieją choć jakieś kopie obliczeń z tego okresu, o zdjęciach czy notatkach z obserwacji już nie wspominam, bo to oczywiste.

Obawiam się, że będzie z tym jak z innymi tego rodzaju wydarzeniami – z biegiem czasu obrosną w legendy i im dalej w czasie, tym więcej sensacyjnych szczegółów będzie się w nich pokazywało – jak np. w przypadku katastrofy UFO w Roswell…

Przekład z j. angielskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©                 

czwartek, 22 listopada 2012

Odszedł Borys Strugacki




W dniu 19 listopada 2012 roku, w Sankt Petersburgu odszedł Borys Strugacki. Zgodnie z ostatnią wolą Zmarłego, jego ciało zostanie spopielone, a prochy rozrzucone z samolotu – podobnie jak jego brata Arkadego 21 lat temu.

Strugaccy Arkadij i Borys – to radzieccy pisarze, bracia, współautorzy powieści, nowel i opowiadań fantastyczno-naukowych o tematyce fantastyki społecznej z elementami groteski, o drogach rozwoju naszej cywilizacji, o roli nauki i techniki w rozwoju innych cywilizacji, co ukazali w powieściach „Trudno być bogiem” (1964), „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” (1965), „Piknik na skraju drogi” (1972), „Miliard lat do końca świata” (1976-77) i inne.

Świat już nie będzie taki sam, bo odeszli ludzie, których moralny niepokój przekładał się na to, co dali innym. Dzisiaj już nie ma takich twórców… 

In pace requiescat et non omnis moriar! 

środa, 21 listopada 2012

Pwdre ser w Polsce!




 Wiesław Kamiński

Czym jest ta galaretowata substancja ? Nikt do tej pory nie wyjaśnił czym jest? Jakie jest jej pochodzenie? Jak długo w dobie lotów kosmicznych i zgłębiania różnych nie rozwiązanych tajemnic Pwdre ser będzie nieustającym znakiem zapytania? Moje ostatnie spotkanie z Pwdre ser miało miejsce w Pile 18 listopada 2012. To nie pierwszy i nie ostatni raz spotykam coś do tej pory jest jednym wielkim znakiem zapytania...

Kilka linek mówiących o tym temacie:



Opinie grzybiarzy:

Johny - pamiętam mówił kiedys,że może to być sok czeremchy. Niedawno znalazłem ową substancję w miejscu gdzie nie było tych drzew a same świerki.PRĘDZEJ BYŁBYM ZA WYDZIELINĄ ŚLIMAKÓW.Z drugiej strony tą tajemniczą substancję znajdywałem tylko w okresie późnej jesieni.



Papugapiszpunt - Problem stary i znany. Ten twór to prawdopodobnie produkt sinic (cyjanobakterie) z rodzaju Nostoc (żyjących w słodkiej wodzie, glebie) opisywany przez Ciebie obiekt znany jest w piśmiennictwie od XIV w. Pod nazwą Pwdre ser albo Star jelly może ukrywać się szereg obiektów o strukturze galaretki, stąd taka nieścisłość w nazwie i mistyczne pochodzenie. Innym wyjaśnieniem zjawiska może być to pozostałość produktu okrywy (skóry) być może warstwy nawilżającej jakiegoś zwierzęcia (najprawdopodobniej żaby {w Anglii blisko miejsca występowania pwdre ser widywano nieopodal martwe żaby}) mogąca wchłaniać w swą strukturę wodę. Temat szeroki i niespójny jak opowieści o Nessie z Loch Ness. Przy następnym spotkaniu proponuje zabranie obiektu do jakiegoś naczynia z próbką podłożą na którym występowało i zanieść na katedrę biologii na jakąś uczelnie i może dowiemy się czegoś więcej.



Zenit - Papugapiszpunt. Dzięki za komentarz. Co do produktu sinic (cyjanobakterie) to w tym wypadku ma wątpliwości bo w tym wypadku mógłbym w coś takiego uwierzyć ale widziałem taką galaretę która porywana krzaki nad glebą i wyraźnie sugerowało to że spadało to z wysoka (coś takiego widziałem w Praczce) . Widziałem też "martwe" żaby i to było też w Praczce dlatego coś w tym jest. Substancję tą widywałem też w Puszczy Niepołomickiej i faktycznie po kilku dniach nie zmieniała się. Miałem zamiar zabrać "próbki" ale nie maiłem do czego... Myślę że najbliższych dniach pojadę do Puszczy Niepołomickiej i liczę na to że znowu to to znajdę (znajdowałem to też w górach na słowackiej Orawie.

Bobik - Nie tak do końca... Owszem, to może być produkt sinic, ale... czy sinice spadają z nieba? O pwdre ser czytałem wiele i niejednokrotnie się z tym spotykałem w czasie grzybobrań w Beskidach. Początkowo sądziłem, że to jakieś wydzieliny zwierzęce czy produkt śluzowców, ale bezpostaciowość tego "czegoś" sugerowała inne rozwiązania. Wielu ludzi obserwowało pojawienie się pwdre ser po "deszczach" meteorytowych - w sierpniu i listopadzie, kiedy to promieniują Perseidy z Akwarydami oraz Leonidy. Być może jest to jakaś galareta, z której narodziło się tu życie przed miliardem lat? - coś w rodzaju „biogenicznego katalizatora”? Jeżeli tak, to możemy być spokojni - Kosmos kipi życiem...



Wienia58 - Dziwna sprawa. Spotkałam też takie półmatowe żele, galarety w lesie nadmorskim porastającym wydmy w Sobieszewie. Zrobiłam im nawet zdjęcia i przesyłałam kiedyś Zenitowi, bo mnie zaciekawiło co to może być. Mój kolega dr biologii twierdził, że to odchody ślimaków pochodzące z miłosnego połączenia, ale nie wiem . Było tego sporo i wyglądało trochę obrzydliwie.

JohnKeith - Produkt sinic jest jedną z prawdopodobniejszych hipotez. Lecz czy nie powinno być wtedy częstszym zjawiskiem? Jestem w lesie praktycznie co tydzień przez cały rok, chodzę znanymi , ulubionymi ścieżkami a jak dotąd w ciągu ostatnich ok. 10 lat trafiłem na ową galaretkę 2 razy. Ostatnio w październiku zeszłego roku. Najbardziej przypominało mi moje znalezisko algi hodowane w słoiku. Zdjęcie z października 2011.

Papugapiszpunt - Kosmiczne pochodzenie. Co do kosmicznego pochodzenia owej galaretki podchodził bym z umiarem, nie ma co gdybać, najlepiej owy obiekt podać rzetelnej analizie i być może Zenicie będziesz mógł się cieszyć z nadania obiektowi nazwy systemicznej np. Zenitus commune. Być może nad krzakami na których były widywane galaretki rosły wyższe drzewa [prawdopodobniej stare (może i młode) porośnięte wątrobowcami lub porostami(być może i owe krzaki posiadały na sobie wątrobowce lub porosty], Widziałem na twoich zdjęciach Zenicie, je na takich właśnie wątrobowcach tak samo na zdjęciach John Keith'a, a jak wiemy różne gatunki z rodzaju Nostoc towarzysząc wątrobowcom i porostom. Nie ma co gdybać trzeba to zbadać z niecierpliwością czekam na rozwiązanie tej sprawy. Pozdrawiam wszystkich uczestników tej debaty w iście sf stylu
(ja oczywiście wole science bez fiction)
P.S. Prześledziłem zdjęcia w grafikach Google otagowane jako star jelly, na dużej ilość jest nieodłącznie występowanie naszej galarety powiązane z wątrobowcami.



Bobik - A może po prostu sperma? Nie twierdzę, że pwdre ser spada z nieba, ale tak się dziwnie składa, że istnieje koincydencja pomiędzy meteorami a pojawianiem się pwdre ser. Chciałbym tylko przypomnieć, że Zenit znalazł te smarkle (tak mi się to kojarzy - przepraszam) 18.XI - a zatem w dzień PO szczycie promieniowania radiantu Leonidów. A to już jest science. Ja spotkałem się po raz pierwszy z tym zjawiskiem w okolicach leśniczówki Jaźwin (n-ctwo Kolonowskie, OZLP Katowice) w połowie sierpnia 1973 roku. Potem w lipcu 1997 roku, po tej wielkiej powodzi - ale to mogły być śluzowce... Niestety - nie sfociłem tego, jeszcze nie należałem do DG.
I jeszcze jedna ciekawa teoria - otóż mówi się, że jest to sperma jelenia, ale... - jelenie nie szaleją w sierpniu, a zatem ta hipoteza odpada.


Fot. Wiesław Kamiński

BARDZO PROSZĘ O OPINIE I HIPOTEZY CZYTELNIKÓW W  SPRAWIE NATURY TEGO FENOMENU!

wtorek, 20 listopada 2012

Ziemia ojczyzną… UFO?




Irina Szłonskaja

Niemiecki konstruktor Artur Zack w 1939 roku skonstruował AS-6 – samolot ze skrzydłami w kształcie dysku. Ale jego próby były nieudane i Luftwaffe zrezygnowały z tego projektu.
Nieznane Obiekty Latające w każdym roku obserwuje się coraz częściej. Ale dlaczego jesteśmy tak twardo przekonani o tym, że są to pojazdy mający nieziemskie pochodzenie? A może wszystko to jest o wiele bardziej banalne?

Prawda o Incydencie w Roswell

Autorzy znanych w Ameryce wspomnień – byli pracownicy FBI i innych służb specjalnych twierdzą, że: w USA konstruowano podobne latające aparaty obronnego przeznaczenia. Ich opis doskonale pasuje do oświadczeń wielu świadków naocznych obserwacji UFO, a także zdjęć, na których widoczne są latające talerze!
Naoczni świadkowie nierzadko opisywali dziwne urządzenia, podobne do ogromnych parasoli. Taką konstrukcję można zobaczyć na kadrach kronik filmowych z historii awiacji. Samolot-parasol (umbrella plane) został zaprojektowany już w 1911 roku przez amerykańskiego konstruktora Chase’a Voughta. Skończyło się na tym, że Vought zainteresował tym firmę produkującą samoloty, która pod koniec II Wojny Światowej na zlecenie US Navy zbudowała aparat latający Skimmer – eksperymentalny model pionowzlotu, który do złudzenia przypominał klasyczny latający talerz.
Dr Bruce MacCabee w swoim traktacie „UFO i FBI” twierdzi, że pierwsze „prawdziwe” amerykańskie „talerze” pojawiły się w końcu lat 40. Składały się one z jednej lub kilku membran, na które działało kilka impulsowych elektromagnesów. Wszystko razem wyglądało jak kręcący się bączek, który w stanie spoczynku wyglądał jak obrócony spodek.
W działających modelach membrana często nie wytrzymywała wibracji, i to doprowadzało do katastrof. W lipcu 1947 roku, kapitan USAF Jesse Marcell zebrał na polu pod Roswell (NM) kawałki „inteligentnej folii”, które w gruncie rzeczy były kawałkami membrany. I tak właśnie narodziły się pogłoski o słynnym Incydencie w Roswell. Katastrofa rzeczywiście miało miejsce, tylko że w roli „statku kosmicznego” wystąpił zbudowany przy pomocy tajnej technologii „latający spodek” z elektrokinetycznym silnikiem, którego po katastrofie rzecz jasna, postarano się jak najszybciej ukryć przed niepowołanymi oczami.
Ale dlaczego władze nie starały się rozwiać tego mitu o pozaplanetarnym pochodzeniu obiektów i nawet nie starały się zbytnio go zdementować? To oczywiste – większość „spodków” była zbudowana właśnie po to, by móc nielegalnie przelatywać przez granice przestrzeni powietrznej i zajmować się szpiegostwem!
Aparaty napędzane przez impulsowe elektromagnesy były tak ciężkie, że Amerykanie musieli dostarczać je w pobliże celów na pokładach okrętów podwodnych. Stąd właśnie wzięły się relacje o wylatywaniu UFO spod wody. W następnych generacjach tych pojazdów, ich korpusy były wykonywane z piezzoceramitów, a potrzebne wibracje uzyskiwano wskutek efektu piezoelektrycznego. Nowe aparaty miały kształt nie spodków, ale kul, elipsoid i innych brył obrotowych. Ale w czasie lotu otaczało ich pałanie zjonizowanego gazu – ot, i cała tajemnica ich tajemniczego świecenia.

Eskadra specjalnego przeznaczenia

A jak to wyglądało w Rosji? Kilka lat temu opublikowano sensacyjne wspomnienia Michaiła Dubika – byłego inżyniera wojskowego.
W 1946 roku, młodego porucznika Dubika, świeżo upieczonego absolwenta Leningradzkiej Akademii Technicznej Czerwonego Sztandaru  Sił Powietrznych ZSRR skierowali do pracy w szaraszkach – tak nazywano biura konstrukcyjne, w których w czasach Stalina zajmowali się opracowywaniem i rozpracowywaniem różnych technologii represjonowani przedstawiciele naukowej elity kraju. Michaił Juriewicz został skierowany do grupy Meiera.
Na początku lat 30. młody niemiecki konstruktor lotniczy Irman Meier opracował schemat latającego aparatu, którego wygląd zewnętrzny przypominał obróconą miskę, w środku której znajdował się kolisty otwór. Latający talerz mógł być opancerzonym i zawierać uzbrojenie, a ten pancerz był w stanie odeprzeć każdy atak.
W latach 1942-43 konstrukcje Meiera były testowane na poligonie w Peenemünde. Więźniowie ze znajdującego się tam obozu koncentracyjnego opowiadali, że niejednokrotnie widzieli tam „latający blin” podobny do przewrócony do góry dnem spodeczek. W środku dysku znajdowała się przeszklona kabina pilota. Aparat pracował na turboodrzutowych silnikach i osiągał prędkość około 700 km/h. jeden z tych, którzy przeżyli piekło koncentraku opowiadał, że we wrześniu 1943 roku obserwował on jak taki dysk w czasie silnego wiatru obrócił się w powietrzu do góry nogami, spadł na ziemię, zapalił się i wreszcie eksplodował. Technologie były wtedy jeszcze całkiem nierozwinięte…
Wiosną 1945 roku, kiedy waliła się III Rzesza, kierownictwo SS rozkazało zniszczyć wszelką dokumentację tajnych technologii lotniczych i rozwalić konstruktorów. Ale tym ostatnim udało się zbiec, wprawdzie nie na długo, bo zostali ujęci przez Rosjan. Grupa inżynierów na czele z Meierem ukrywała się w winiarni Deuliwag na obrzeżach Berlina. Znaleziono ich i w pełnym składzie wywieziono do ZSRR. Tak więc powstało specjalne biuro konstrukcyjne o kryptonimie 08. Radzieckim władzom też były potrzebne „zdobyczne technologie wojskowe”. Jeńcy nie mieli innego wyboru, jak pracować dla nowych panów. Udało się im przejść samych siebie – wkrótce na świecie pojawił się gigantyczny, dyskokształtny obiekt o średnicy 25 m. Na jego grzbiecie znajdowała się wieżyczka pilota, poza tym był on wyposażony w radary i uzbrojenie artyleryjskie.
Placem ćwiczebnym na którym rozmieszczono bojowe latające spodki był Spitzbergen, skąd było łatwo polecieć nad Amerykę Północną. Dla „przykrycia” tego przedsięwzięcia, w 1948 roku ZSRR zaczął na Spitzbergenie wydobywanie węgla kamiennego. Wraz ze sprzętem wydobywczym, na wyspy zaczęto przewozić także latające dyski. Ich przeznaczeniem była lokalizacja i likwidacja amerykańskich bombowców strategicznych z bronią A na pokładzie, które potencjalnie mogłyby lecieć tutaj w kierunku na Moskwę: na początku cele były wykrywane i lokalizowane przy pomocy radarów, a potem dysk startował w powietrze i zasypywał Amerykanów gradem pocisków. Do tego – dzięki specjalnemu kształtowi i trajektorii ruchu, a także opancerzeniu, latające aparaty były dobrze chronione i amerykańskie bombowce nie mogłyby im zrobić żadnej krzywdy. Teoretycznie eskadra złożona z sześciu spodków była w stanie zestrzelić 100 bombowców.
Na początku, w celu utrzymania rzeczy w tajemnicy, na spodki nie nanoszono żadnych znaków rozpoznawczych. Jednakże 16 lipca 1951 roku, z jednym z takich dysków zetknęła się załoga patrolowego myśliwca z 1619. Pułku Lotniczego Floty Północnej. Namierzywszy w powietrzu nieznany obiekt, dowódca załogi kapitan Pietr Busow niezwłocznie zameldował o tym dowódcy pułku. Kiedy obiekt nieoczekiwanie zmienił kierunek lotu, kpt. Busow wydał rozkaz do ataku, jednakże kilkakrotne strzały oddane do NLO nie odniosły żadnego skutku. A potem Busowowi i jego pomocnikowi por. Iwanczenko rozkazano natychmiastowe zaprzestanie ognia i powrót do bazy. Po tym incydencie na burtach wszystkich pojazdów pojawiły się czerwone gwiazdy.
Jesienią 1952 roku, program testów na Spitzbergenie został wypełniony, i 27 listopada wyszedł rozkaz o sformowaniu 1. Północnej Eskadry Obrony Przeciwlotniczej Specjalnego Przeznaczenia (1. SESN).
Po dojściu Chruszczowa do władzy sytuacja się zmieniła. Nikita Siergiejewicz uważał, że przyszłość należy tylko do rakiet. Talerze zdemontowano zdejmując z nich pancerze i uzbrojenie. Resztę konstrukcji zatopiono u wybrzeży Spitzbergenu, na głębokości około 300 m. Być może leżą one do dziś dnia gdzieś w morskich głębinach…

UFO i masy!

Krasnojarskiemu badaczowi Pawłowi Połujanu udało się zebrać materiały o „ufologicznych” rozpracowaniach technologicznych. Doszedł on do wniosku, że właściwie wszystkie nieznane aparaty latające technogennego pochodzenia w rodzaju „dysków z iluminatorami” są tajnymi ziemskimi maszynami latającymi z przeznaczeniem wojskowym.
Jednym ze źródeł informacji Połujanu stał się mieszkający za granicą niejaki Danko Prijmak, a wedle jego słów pracującym jako główny inżynier w fabryce traktorów w Pawłodarze. Ponoć tam istniała tajna, zamknięta wojskowa fabryczka, w której produkowano elementy konstrukcyjne dla „talerzy”.
Prijmak w swej korespondencji z badaczem opowiedział mu o wielu tajemnicach NLO. Między innymi o wypuszczanych przez NOL-e promieniach, które były efektem zamrażania atmosferycznej pary wodnej pod wpływem obrotowego ruchu wichrowego. To właśnie pod wpływem tego wiru niektóre przedmioty odrywały się od ziemi wraz z talerzem.
No, a jak w takim razie ustosunkować się do kontaktów z ufonautami? Czy był to element dezinformacji służący do przykrycia tajnych wojskowych badań i testów, eksperymenty psychologiczne tychże wojskowych, czy… dowód na istnienie ETI? Osobiście nie odcinam się od tej ostatniej idei. Każdy konkretny epizod wymaga osobnego dochodzenia i oczywiście, nie należy się utwierdzać w przekonaniu, że wszystkie te latające spodki zostały wyprodukowane tylko na Ziemi.

Mój komentarz

Fajnie to wszystko brzmi. Ale jak na mój parszywy gust aż za fajnie. Jest oczywistym, że Rosjanie na pewno pracowali nad latającymi spodkami, ale czy mogli tak lekką ręką, na polecenie genseka zrezygnować z broni ultymatywnej, jaką były latające talerze?

Latające spodki jako broń OPL czy OPB ma same zalety, bowiem są one w stanie przechwycić każdy samolot czy pocisk rakietowy – szczególnie ICBM/SLBM i MRBM w każdym punkcie ich trajektorii, przy czym słowo „przechwycić” należy rozumieć dosłownie. I nie wierzę, by nawet najgłupszy gensek – a Chruszczowa trudno nazwać głupim – zrezygnowałby z systemu takiej OPL, OPB a kto wie, czy nie ASAT i to w czasach, kiedy trwała Zimna Wojna i liczył się każdy punkt przewagi nad przeciwnikami. Nie, takich cudów nie było i nie ma. Przyczyna musiała być inna.

Podejrzewam, że ziemskie latające spodki – o ile takowe skonstruowano – miały jakąś wadę, która dyskwalifikowała je jako środek transportu i broń. I uważam, że ich czułym miejscem, piętą achillesową był napęd. Dlatego też ZSRR i USA lekką ręką zrezygnowały z talerzowatych konstrukcji lotniczych na rzecz czegoś innego: rakiet i super- oraz hipersonicznych samolotów kosmicznych zapewniających możliwość prowadzenia działań wojennych w przestrzeni podorbitalnej i na orbicie.

A latające spodki? – zapytacie – a latające spodki, to są pojazdy, które mogą poruszać się nie tylko w przestrzeni, ale przede wszystkim w Czasie. I one stanowią największą tajemnicę naszych czasów – a właściwie to, kto jest ich konstruktorem i dysponentem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nikt mi nie uwierzy, ale w tym kraju to jest przecież oczywiste… - a co jest całkowicie zrozumiałe – ta prawda nie może wyjść na szerokie forum, bo mogłaby być sprzeczna z Ich działalnością na naszej planecie.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 32/2012, ss. 32-33
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©