Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Majowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Majowie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2013

CZEKA NAS POTOP



Marcin Szerenos


Dawno już minęła straszliwa data zwiastująca dzień zagłady naszej planety. Istniejemy! Rozglądamy się dookoła z niedowierzaniem. Jest rok 2013, a my wciąż żyjemy. Jak to możliwe?, pytamy samych siebie. Świat się nie zawalił? Niesłychane. Problemy jakie przed nami stawia nowa epoka są ogromne. Oczywiście spędzają one sen z powiek tylko tym, którzy dysponują jakąś dozą wyobraźni. Głupcy śpią słodko i beztrosko pochrapują. Ci którzy mają trochę oleju w głowie zastanawiają się, co przyniosą kolejne lata, a może miesiące? Prognozy nie są optymistyczne.


Co wiedzieli starożytni?


Dlaczego jednak Majowie wyznaczyli datę 21 grudnia 2012 r. i do czego miała im służyć?  Wyjaśnienie tej zagadki dostarczają badania naukowców z NASA. Nasz Układ Słoneczny wszedł w tym dniu w tzw. równik Drogi Mlecznej (Galactic Equator), co przedstawia rysunek nr 1.



Majowie dzielili swój kalendarz na okresy i cykle. Poprzedni okres rozpoczął się w 8239 p.n.e. (1872000 dni ~ 5125 lat wcześniej), a bieżący skończy się 1872000 dni (~ 5125 lat) po dacie początkowej - 21 grudnia 2012. Rozpocznie się nowy okres. Zwróćmy uwagę na wartość – 5125 lat. Jest ona stała. Czy to jedynie przypadek? Jak widać, nie. Majowie świetnie orientowali się, jak zachowuje się nasz Układ Słoneczny. A sam kalendarz, co podkreślają z dumą ich nieliczni potomkowie, nie był zwykłym kalendarzem, lecz galaktycznym.

Ale niech nam las nie zasłania uroków przyrody. Najciekawsze jest to, że naukowcy odnaleźli interesujące dowody na to, że ok. 5200 lat temu doszło do gwałtownej zmiany klimatu na Ziemi. Tymi dowodami były zamarznięte szczątki roślin. Niesłychanie dobrze zachowały się w skorupie lodu próbki wydobytej z lodowca. To nie koniec rewelacji. Cofnijmy się o kolejne 5 tys. lat. Około roku 9 tys. p.n.e. doszło do zmiany kierunku Prądu Zatokowego. Ostatnie zlodowacenie przypada na rok 12 000 p.n.e. Wniosek wyłania się oczywisty, że co ok. 5200 lat dochodziło do gwałtownego załamania pogody.

Nie dawało mi jednak spokoju nowe pytanie. Skąd u prymitywnych Indian taka znajomość astronomii?! Ludzie ci nie potrafili poradzić sobie z wieloma problemami, borykali się z sąsiadującymi półwysep plemionami, uwikłani w krwawe wojny z Aztekami, ostatecznie zostali podbici przez Hiszpanów, jednak ich wiedza dotycząca ruchu planet Układu Słonecznego wokół Słońca była i jest imponująca.


Łamigłówka


Kalendarz Majów mówi, że starożytni mieszkańcy Ameryki Środkowej operowali cyklami po 2760 lat. Badacze kultury i astronomii Indian wspominają, że cykli było 9. Jest to bardzo ważna liczba w kalendarzu. Suma wszystkich liczy ok. 25 tys. lat. Zastanawiałem się, co to znaczy? Studiując kalendarz nagle uświadomiłem sobie, że suma 9 cykli liczy prawie tyle samo, co tzw. wielki rok platoński! O co chodzi? Już tłumaczę. Owe obliczenia, które robiłem, uświadomiły mi, że Majowie opisywali precesję Ziemi, chociaż prawdopodobnie niewielu z nich orientowało się, o co w tym wszystkim chodzi. Zapewne najlepiej kasta kapłanów. Jestem przekonany, że wybrańcy rozumieli to pojęcie, a także jego znaczenie dla losów planety. Do głowy przyszło mi również kolejne skojarzenie, tym razem związane ze starożytnymi Egipcjanami. Łączny czas trwania każdego pełnego cyklu zodiakalnego wynosi razem: 25 920 lat (Lew i Panna – 2592 lat, Baran i Byk – 2304 lat, Ryby i Wodnik – 2016 lat, Bliźnięta i Rak - 1872 lat, Koziorożec i Strzelec – 2304 lat, Skorpion i Waga – 1872 lat).

Dziś wiemy, że położenie osi Ziemi w przestrzeni powoli zmienia się. Ruch ten zwany jest precesją. Bowiem planeta zachowuje się, jak bąk – dziecięca zabawka. Oś ziemska wolno zmienia swoje usytuowanie w przestrzeni, zataczając pełny okrąg w czasie ok. 26 tys. lat. W wyniku tego ruchu oś ziemska wskazuje coraz to inny kierunek na niebie, a co za tym idzie, inną gwiazdę. Około roku 4100 gwiazdą polarną będzie Alderamin w gwiazdozbiorze Cefeusza.

Przeprowadźmy symulacje na kartce papieru - wraz z ze zmianą czasu zmienia się również położenie osi Ziemi. 12 tys. lat p.n.e., oś Ziemi była w innym miejscu, a co za tym idzie, gdzie indziej był również biegun północny. W Wikipedii, popularnej encyklopedii elektronicznej, możemy przeczytać, że: „Miejsca przecięcia osi symetrii ziemskiego pola magnetycznego z powierzchnią Ziemi nazywa się biegunami geomagnetycznymi. Bieguny cały czas przesuwają się po powierzchni Ziemi z prędkością około 15 km na rok, zataczając kręgi”. Obecnie biegun geomagnetyczny północny znajduje się w pobliżu Syberii, lecz ok. 12 tys. lat temu leżał w pobliżu Cieśniny Hudsona. Podczas ostatniego zlodowacenia Ziemia pokryta była lodem, którego objętość szacuje w dziesiątkach milionach kilometrów sześciennych. Lądolody były ogromne. Pokryta nim była znaczna części Ameryki Północnej, Wielka Brytania oraz Irlandia, cały Półwysep Skandynawski, północna część Europy oraz Syberii, a nawet fragmenty Ameryki Południowej i Australii. Kilka tysięcy lat temu Morze Arktyczne było skute lodem aż po Islandię. Uwzględniając ruch biegunów oraz precesję Ziemi dostrzeżmy fakt oczywisty, że klimat w tamtym regionie świata zaczął się stopniowo zmieniać, a czapa lodowa topnieć, otwierając tym samym drogę Prądowi Zatokowemu i ruszył on w kierunku północnego Atlantyku, docierając aż do Murmańska.
Oś Ziemi przesuwa się, podobnie jak bieguny. Lecz po pełnym obrocie, czyli po wszystkich cyklach, znajdzie się znów w punkcie wyjścia. I to, według mnie, właśnie między innymi opisują Majowie, posługując się swoimi niezwykle dokładnymi wyliczeniami i kalendarzem - ruch precesji Ziemi. Bardzo trudny do wyobrażenia sobie bez pomocy chociażby ilustracji, czy podstawowej znajomości astronomicznej, dotyczącej ruchu planet wokół Słońca. Dla szarego Indianina musiała to być „czarna magia”.

Jestem przekonany, że Majowie potrafili opisywać naturalne zjawiska pogodowe, bądź klimatyczne, które przebiegają na naszej planecie fazami i dzieją się na przełomie wielu tysiącleci. Co by świadczyło, że je rozumieli. A dowód? A czy dowodem nie jest to, że operowali cyklami liczącymi po tysiące lat! Lecz na pewno nie przewidzieli wszystkiego. Co czeka świat? Według mnie odpowiedź na to pytanie ukryta jest w przeszłości Ziemi.


Powtórka z historii Ziemi


Skłonny jestem przychylić się ku stwierdzeniu, że Majowie orientowali się również w ciągłych zmianach klimatycznych, jakie zachodzą na naszej planecie od tysiącleci. Wiedzieli również, co wydarzy się w przyszłości. Kodeks drezdeński wyraźnie wskazuje na potop. Co może nam sugerować, że zmiany, które nastąpią, będą mieć jakiś związek z globalnym ociepleniem.

Obecnie obserwujemy podobne zjawisko, co 12 tys. lat temu. Przypomnę, ok. roku 9 tys. p.n.e. doszło do zmiany kierunku Prądu Zatokowego. Ocieplający się klimat prawdopodobnie gdzieś do roku 2150 stopi większość lodowców na Ziemi. Grenlandia za kilkaset lat znowu może być Zielonym Lądem (rys. nr 2). Raport Scientific Ice Expeditions podaje, że przeciętna grubość lodów Antarktydy zmalała aż o 40%. I dalej nieubłaganie kurczy się.


Szacuje się, że stopienie lodów Grenlandii spowoduje podniesienie się powierzchni oceanów o 3-7 m, lecz już Antarktydy o ok. 60 m. Dla zobrazowania konsekwencji: takie miasta nadbrzeżne, jak Nowy Jork lub Rio de Janeiro, ale również miasta oddalone nieco od brzegu jak Hamburg, Brema, musiałyby być opuszczone. Przy czym stan alarmowy dla niektórych miast nadbrzeżnych rozpocznie się już przy 2m.

Co się wydarzy, gdy zniknie czapa lodowa na biegunie północnym? A na pewno kiedyś przestanie istnieć. Niektórzy naukowcy uważają, że nastąpi to jeszcze w tym roku i będzie miało ogromny wpływ na Prąd Zatokowy i cyrkulację wody. A jeszcze inni, że nastąpi gwałtowne załamanie pogody.

Zespół naukowców z Instytutu Meteorologii Maxa Plancka w Hamburgu opracował model, który przewiduje zachowanie Prądu Zatokowego (Golfstromu) w najbliższych latach. Według badaczy, prąd ten od kilku dekad sukcesywnie słabnie, wpływając tym samym na kształtowanie się klimatu na półkuli północnej. Ma to tłumaczyć drastyczne zmiany i anomalie pogodowe, których jesteśmy świadkami.


Co nas czeka w 2013 roku?


21 grudnia 2012 za nami, więc, czy w roku 2013 powinniśmy się jeszcze czegoś obawiać? Pewności nie ma. Czy Majowie przewidywali globalne zmiany klimatyczne? Wydaje się to mało prawdopodobne, a jednak. Zachowane rękopisy sugerują, że wiedzieli znacznie więcej niż to sądzimy. Biskup Diego de Landa w roku 1672 rozkazał publicznie je spalić. Do naszych czasów przetrwało zaledwie kilka. Kodeks drezdeński jest uważany za najpiękniejszy ze wszystkich trzech zachowanych. I według mnie, wyraźnie wskazuje na potop, bądź na zjawisko podnoszenia się poziomu mórz i oceanów. Jest tam narysowana pewna postać, z której ust wypływa strumień wody.

Pani Sarah Simpson, w artykule: „Zanik pokrywy lodowej”, którego przedruk znalazł się w marcowym wydaniu „Świata Nauki” z 2000 roku, pisze m.in. że: „Prognozy są złe: pokrywa lodowa prawdopodobnie nadal będzie się kurczyć. Proces ten jest jednak niezależny od ograniczenia emisji gazów cieplarnianych”. Więc od czego?

Odpowiedź na to pytanie mogą dać badania amerykańskich naukowców, Davida Hathawaya i Roberta Wilsona. Uważają oni, że nasz Układ Słoneczny, który na przełomie lat 2012/13 wszedł w  tzw. równik Drogi Mlecznej (Galactic Equator), gdzie występują niesamowite oddziaływania pola magnetycznego, jest narażony na szereg skutków. Z odczytów sejsmicznych urządzeń pomiarowych rozmieszczonych w różnych miejscach na naszej planecie wynika, że jądro Ziemi staje się coraz bardziej aktywne. Szczególny wzrost aktywności obserwuje się w sferze jej magnetyzmu, tutaj coraz częściej dochodzi do lokalnych odchyleń. W ciągu ostatnich kilku miesięcy na naszej planecie doszło do trzech najpotężniejszych trzęsień ziemi - biorąc za okres odniesienia ostatnie 200 lat. Znajdujące się w oceanach wulkany podniosły się w ostatnich trzech latach o 88%. Ilość trzęsień ziemi wzrosła w tym samym okresie o 62%.

„Wygląda na to, że zanosi się na jeden z najbardziej intensywnych cykli w całej 400 letniej historii badań gwiazdy" - mówił fizyk słoneczny David Hathaway z Marshall Space Flight Center.

Wydaje się więc, że proces ocieplenia klimatu jest zjawiskiem naturalnym i wiąże się z aktywnością ziemskiego jądra.

„Temperatura powietrza latem na Grenlandii jest wystarczająco wysoka, by doszło do stopienia czap lodowych. Jest zatem bardziej prawdopodobne, że procesy zachodzące w tym regionie przyczynią się bardziej do wzrostu poziomu morza niż procesy zachodzące na Antarktydzie”. Pisze w swoim artykule Lucinda Spokes z Uniwersytetu East Anglia[1].

Topnienie lodowca Arktycznego zachodzi znacznie wolniej. Proces ten może trwać, jak szacują naukowcy, nawet do końca tego stulecia. Czyżbym więc przesadził z tym potopem? Nie koniecznie. Bowiem ta sama autorka pisze dalej tak: „Mimo, iż powszechnie uważa się, że wzrost poziomu morza jest spowodowany głównie topnieniem lodowców, to najważniejszą przyczyną jest to, że gęstość wody maleje wraz ze wzrostem jej temperatury. Proces znany pod nazwą rozszerzalności cieplnej prowadzi do wzrostu objętości wody. Oceany zachowują się jak naczynia wypełnione wodą: podniesienie się poziomu wody to jedyny możliwy sposób reakcji na jej zwiększającą się objętość (rys. nr 3).



Wzrost temperatury powoduje spadek gęstości wody morskiej. Prowadzi to do wzrostu jej objętości. Ponieważ oceany zachowują się jak naczynia wypełnione wodą, wzrost poziomu morza to jedyny sposób, w jaki mogą zareagować na wzrost objętości wody. Prowadzi to ostatecznie do zalania terenów wybrzeży”.

Jakie to będzie miało skutki dla ludzi żyjących na Ziemi?

„Większość ludności świata mieszka na wybrzeżach. W Bangladeszu ponad 17 milionów ludzi zamieszkuje tereny położone na wysokości do 1m n.p.m. Zatapianie terenów nadbrzeżnych stanowi duże niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia ludzi. Wiele osób może stracić życie, zaś migracje ludności z terenów zalanych, zwłaszcza w krajach rozwijających się, spowodują wzrost ryzyka rozprzestrzeniania się chorób. Może także nastąpić niedobór słodkiej wody oraz pogorszenie jej jakości, co także będzie miało wpływ na zdrowie mieszkańców zagrożonych rejonów.

(…) Regiony nadbrzeżne odgrywają ważną rolę w rozwoju rybołówstwa, rolnictwa, turystyki i transportu morskiego. Istniejące zabezpieczenia przeciwpowodziowe na wybrzeżach chronią ich naturalne zróżnicowanie oraz umożliwiają realizowanie wymienionych rodzajów działalności człowieka. Równocześnie jednak mogą prowadzić do lokalnego wzrostu poziomu morza, gdyż często odcinają dany akwen od równiny zalewowej. Jakiekolwiek uszkodzenia w tej infrastrukturze mogą doprowadzić do katastrofalnych w skutkach powodzi”.

Poza tym niektóre ekosystemy prawdopodobnie ulegną zagładzie, gdyż nie wszystkie gatunki mają zdolność do szybkiej adaptacji np. do zmiany zasolenia wody, czy też zaniku pokrywy lodowej.

Według „Oceny potencjalnych skutków społeczno-gospodarczych zmian klimatu w Polsce” opracowanej przez prof. Macieja Sadowskiego z Instytutu Ochrony Środowiska, ocieplenie może zagrozić zasobom wodnym naszego kraju. Poważnym zagrożeniem, szczególnie dla wybrzeża, jest wzrost poziomu morza. Zagrożonych jest m.in. 18 ośrodków wypoczynkowych położonych na klifach ulegających erozji, 5 dużych portów oraz domy 120 tysięcy osób żyjących w tych regionach. W niebezpieczeństwie znajdzie się Gdańsk, a Hel może stać się wyspą.

W publikacji „Adaptacja do zmian klimatu” Komisja Europejska zwraca uwagę na konieczność rozwiązania problemu zwiększonej migracji „uchodźców klimatycznych”, zmuszonych do opuszczenia domów z powodu niedoborów wody i pożywienia, w szczególności w Afryce, Ameryce Łacińskiej i Azji. Niektóre grupy badaczy szacują, że ponad miliard ludzi może zostać zmuszonych do migracji do roku 2050.

Poważni naukowcy są zazwyczaj oszczędni w słowach. Albo zakładają różne scenariusze przyszłości. Twierdzą, że bardzo trudno jest modelować zmiany klimatu, przewidzieć to, co ma się wydarzyć, a oceny często nie pokrywają się z rzeczywistością. Woda zagraża miasto takim, jak Nowy Jork, Londyn, Hongkong, San Francisco, Sydney. A przecież są to ogromne, kilkumilionowe aglomeracje. Ogólnie sprawa podtapiania będzie dotyczyć milionów ludzi na całym globie. Zmieniający się klimat nie respektuje naszych praw i starannie wytyczonych granic państwowych. A wraz z nim zmienią się także warunki życia. Dojdzie do migracji ludności na niespotykaną skalę. Trzeba też wziąć pod uwagę to, że zmiany związane z podnoszeniem się poziomu mórz i oceanów mogą zacząć przebiegać gwałtowniej, niż podają to dane szacunkowe, przy pojawiających się cyklicznie cyklonach i powodziach. „(…) Potop może pozwolić znacznie krócej na siebie czekać niż to uspokajająco nam wmawia nasza wyobraźnia. Widoczne tempo przebiegu zdarzeń regularnie i znienacka zaskakuje prognostyczne zdolności naszej fantazji i to każdorazowo, od nowa, w zdumiewającym rozmiarze”[2].

Warszawa, 21 stycznia 2013 r.



[1] Artykuł Lucindy Spokes dostępny jest na stronie internetowej Environmental Science Published for Everybody Round the Earth. Rys. nr 3 zaczerpnąłem właśnie z tej strony.
[2] Hoimar von Ditfurth „Pozwólcie nam zasadzić jabłonkę”. Wyd. Parnas, 1997 r. Strona 119.

czwartek, 21 czerwca 2012

Aktywność solarna i kolejny Epizod?


Czy zwiększona aktywność solarna i przebiegunowanie Ziemi stanowi niebezpieczeństwo dla gatunku Homo sapiens sapiens?


Od dłuższego czasu śledzę medialną histerię związaną ze wzrostem aktywności słonecznej, która ma się przyczynić, jak głosi wieść hiobowa – jak nie do końca świata i generalnego Armagedonu, to do końca naszej cywilizacji. Od czasu do czasu pojawiają się rozmaici „eksperci” czy inni „specjaliści”, którzy epatują nas strasznymi wizjami opisującymi, co to będzie, kiedy Słońce „się wścieknie” i nas wykończy chmurami wyrzucanej z jego powierzchni plazmy wiatru słonecznego. Do tego akurat będzie miało miejsce przebiegunowanie, no i bieda gotowa! Upieczemy się w słonecznym żarze promieni UVA, UVB i UVC. Oczywiście dla niezorientowanych brzmi to przekonująco i wiarygodnie – a jakże! Przecież wypowiadają się uczeni, a zatem ktoś, kto wie.



Nie jestem naukowcem, ale wszystko to wydaje mi się ciągnięte za włosy. I to nawet bardzo! Pomijając już to samo podbijanie medialnego bębenka (co przekłada się tylko i wyłącznie na pieniądze, bo o nie w końcu w tym całym cyrku chodzi) jakoś nie widzę przygotowań czynionych do tegoż końca świata. W założeniu bowiem scenariusza plazmowego stoi jak byk, że podmuch wiatru słonecznego – przy osłabieniu czy całkowitym zaniku ziemskiej magnetosfery przy przebiegunowaniu – zniszczy całkowicie nasz, ziemski system produkcji i przesyłu energii elektrycznej. A zatem logicznym byłoby po prostu zabezpieczenie elektrowni, transformatorów, linii przesyłowych, itd. itp. przed uderzeniem wiatru słonecznego (porównywanego do efektu pulsu magnetycznego – EPM, po wybuchu nuklearnym). I to wszystko. Trochę to będzie kosztowało, ale straty w przypadku niezabezpieczenia tych urządzeń będą większe. Dość wspomnieć, że Słońce dwukrotnie pokazało nam swą moc: w roku 1859, kiedy to zorze polarne widziano na Kubie, a telegrafy kablowe oszalały od nawały impulsów generowanych przez pola elektromagnetyczne ze Słońca oraz w 1989 roku, kiedy to burze magnetyczne spowodowały zanik prądu elektrycznego w sieciach energetycznych USA i Kanady. Potężny „black-out” trwający nawet kilka dni zapanował w Quebeku. Ale znowu – ludziom udało się zapanować nad tym zjawiskiem i nic wielkiego się nie stało mimo ostrej zimy.



Jaki z tego wniosek? Wystarczy się dobrze zabezpieczyć i to zjawisko da się przeżyć.



Kombinacja przebiegunowania i zwiększonej aktywności słonecznej brzmi niebezpiecznie, ale… Pomyślmy na moment. W czasie ostatnich 5.000.000 lat nastąpiły 24 epizody przebiegunowania – jak podaje to „Wielka Encyklopedia Fizyki Współczesnej”. Wikipedia zaś podaje następujące fakty:



Zmiany biegunów Ziemi są zdarzeniami losowymi – następowały po sobie w odstępach od 10 tysięcy do nawet 50 milionów lat. Średnio zdarzają się co około 250 tysięcy lat, a ostatnie miało miejsce około 780 tysięcy lat temu. Podczas procesu przebiegunowania pole magnetyczne Ziemi nie zanika zupełnie, jednak staje się dużo bardziej skomplikowane niż to obserwowane obecnie. Umieszczony w nim kompas mógłby wskazywać różne kierunki geograficzne w zależności od jego położenia na powierzchni Ziemi, oraz od formy przejściowego pola magnetycznego w jego otoczeniu. Przebiegunowanie jest procesem trwającym od 1000 do 10 tysięcy lat, jednakże niektóre dane wskazują, że około 16 mln lat temu biegun północny przez krótki czas przemieszczał się z prędkością nawet 3° dziennie.



A zatem skąd te wszystkie enuncjacje stronników słonecznego Armagedonu o całkowitym zaniku ziemskiej magnetosfery? Magnetosfera nie zniknie.



 Silny spadek natężenia pola magnetycznego obserwuje się od czasu, od kiedy prowadzone są pomiary natężenia ziemskiego pola magnetycznego, czyli od przynajmniej 150 lat i uległ znacznemu przyspieszeniu w ostatnich latach. Badania pola w przeszłości wskazują, że natężenie pola magnetycznego zmniejsza się stopniowo od maksimum osiągniętego około 2000 lat temu. Przez ostatnie 150 lat natężenie pola magnetycznego zmalało o około 10-15%, a przez okres ostatnich 2000 o około 35%. Wcześniej też występowały wielokrotnie okresy zmniejszania się i zwiększania natężenia pola magnetycznego. Nie wiadomo jednak, czy obecnie notowany spadek natężenia będzie się utrzymywał w przyszłości; być może jest to tylko czasowy spadek, a nie długoterminowy trend.



Ano właśnie: NIE WIEMY. A wszelka niewiedza jest podstawą ciemnoty, na czym żerują różni hochsztaplerzy i oszuści. Spadek natężenia pola magnetycznego jest najprawdopodobniej związany z przebiegunowaniem Ziemi. Oznaczałoby to, ze Ziemia i Słońce będą teraz zwrócone do siebie jednoimiennymi biegunami, a co za tym idzie – Ziemia zostanie odepchnięta od Słońca – jak zakładają niektórzy ze stronników słonecznego Armagedonu. Kulą w płot, bo Ziemia przeszła już niejedną inwersje biegunów i wciąż obiega Słońce po stałej orbicie…  



Ponieważ proces przebiegunowania Ziemi nie był jeszcze nigdy bezpośrednio obserwowany, słabo zrozumiany jest także mechanizm i czynniki powodujące istnienie pola magnetycznego, nie można stwierdzić z całą pewnością, że obecnie obserwowane zmiany pola magnetycznego są zapowiedzią tego wydarzenia.



No właśnie – nasi uczeni nie są w stanie dokładnie opisać procesu przebiegunowania, ale tacy Majowie to przewidzieli dokładnie, że będzie to z pewnością koniec świata, co obliczyli co do sekundy. Oczywiście wiedzieli to od Kosmitów (a jakże!), którzy tam akurat wylądowali i im opowiedzieli – co głoszą co bardziej nawiedzeni ufolodzy i specjaliści od paleokontaktów. OK., niech im będzie. Tylko już tak nawiasem – jak to jest, że cywilizacja potrafiąca co do sekundy wyliczyć czas końca świata i mająca kontakty z Innymi, nie potrafiła się sama obronić przed końcem własnej cywilizacji, po której pozostały tylko artefakty? Jak to jest, że Majowie tacy ponoć mądrzy, doprowadzili swe imperium do klęski ekologicznej, której nie byli w stanie sprostać i poszli w rozsypkę? Czyli aż tak mądrzy nie byli, jak się ich maluje…? NB, nas też czeka klęska ekologiczna, której nie sprostamy, jak nie zaprzestaniemy naszych bezrozumnych działań. Ale wróćmy do Słońca i przebiegunowania:      



Glatzmaier we współpracy z Paulem Robertsem z UCLA wykonali model numeryczny elektromagnetyzmu płynnego jądra Ziemi. Rezultatem było pole magnetyczne przełączające kierunek co 40.000 lat, w okresach przełączania pole nie zanikało całkowicie, ale traciło swój dipolowy charakter. W okresie zaniku pole magnetyczne posiada różne kierunki.



To oznacza, że możemy w jednym czasie mieć kilka czy nawet kilkanaście biegunów magnetycznych Ziemi. Obawiam się, że poza pięknymi zorzami polarnymi nad Mt. Kibo, Mt. Everestem, Florydą i Karaibami oraz Mt. Cotopaxi i wyspami Oceanii nie będzie nic specjalnego do oglądania… Biura podróży mogą na tym zyskać, bowiem widok zorzy polarnej nad hawajskimi palmami będzie wart obejrzenia!



Według szeroko przyjętej teorii, która jest podparta symulacją komputerową, w przypadku czasowego zaniknięcia pola magnetycznego Ziemi, uderzający w jonosferę wiatr słoneczny wraz z ruchem obrotowym Ziemi wzbudzi w jonosferze pole magnetyczne, chroniące częściowo Ziemię przed dopływem do jej powierzchni promieniowania jonizującego. Zjawisko takie odkryto na Wenus nie posiadającej własnego pola magnetycznego.



No i gdzie będą te straszliwe wiązki promieniowania kosmicznego wypalającego do cna powierzchnię Ziemi?

 

Zanik pola magnetycznego dopuści do atmosfery cząstki zjonizowane wiatru słonecznego, atmosfera znacznie zmieni swe właściwości w rozchodzeniu się w niej fal radiowych, stanie się silnie zależna od burz słonecznych, zakłóceniu ulegnie działanie wielu urządzeń łączności.



Przejdziemy na łączność światłowodową, która nie ulega wpływom EM. Renesans przeżyje także normalna poczta. A radio i TV przejdzie na jakiś czas kablówkę. To wszystko da się obejść.   



Według niektórych opinii czasowe zaniknięcie pola magnetycznego w czasie zmiany polaryzacji biegunów może spowodować znaczny wzrost ilości bardzo szkodliwego promieniowania kosmicznego docierającego na powierzchnię Ziemi. Nie ma jednak żadnych nieodpartych naukowych dowodów na to, że odwrócenie pola magnetycznego miałoby prowadzić do jakiejkolwiek katastrofy ekologicznej czy wymierania organizmów żywych. Zarówno Homo erectus jak i jego przodkowie przeżyli kilka podobnych katastrof.



No właśnie – to jest ten najważniejszy argument. NIE MA dowodów kopalnych na to, że przebiegunowania oraz zwiększona aktywność słoneczna miały wpływ na masowe wymierania istot żywych na naszej planecie. Jeżeli mamy się czego obawiać, to tego, o czym już wielokrotnie pisałem, i przypomnę tu po raz któryś:

1.      Super trzęsienie ziemi w Apallachach i Uskoku św. Andrzeja, które może zmienić konfigurację wybrzeży Ameryki Północnej i może się zdarzyć w każdej chwili;

2.    Supertsunami, które może powstać w wyniku osunięcia się do Oceanu Atlantyckiego części wyspy La Palma de Canaria;

3.    Spadek asteroidy lub/i komety na powierzchnię Ziemi, czyli ukochany temat Hollywoodu – kosmiczna megakatastrofa…

4.    Uderzenie strumienia promieniowania gamma (γ) powstałego wskutek wybuchu gwiazdy Super- czy Hipernowej w odległości do 8000 ly od Układu Słonecznego. Ziemia już raz coś takiego przeszła w Ordowiku – to zagrożenie jest realne i nadejdzie bez ostrzeżenia;

5.     Erupcja superwulkanów – dwa najgroźniejsze z nich to superwulkan Yellowstone, którego wybuch może nastąpić w każdej chwili oraz geograficznie bliski nam superwulkan Campi Flegrei (Golfo di Pouzzoli) we Włoszech, którego erupcja zasypałaby Europę, część Afryki i Azji grubą na wiele metrów warstwą toksycznej tefry. 



Na tle tych kataklizmów przebiegunowanie jawi się, jako niewiele znaczący epizod – ot, jeden z wielu tego rodzaju w dziejach Ziemi. Ten pogląd podziela wielu trzeźwo myślących naukowców i badaczy. Oczywiście trzeba go obserwować i być przygotowanym na wszelkie ewentualności, bo zjawisko – jak napisałem powyżej – jest jeszcze NIEZNANE, ale to wcale nie oznacza, że musi być NIEBEZPIECZNE. Ale – jak już tu powiedziałem – strzeżonego Pan Bóg strzeże i lepiej zapobiegać, niż leczyć…