Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morze Kaspijskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morze Kaspijskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lipca 2013

Wodoloty i ekranoplany

Ekranoplan bojowy Łuń


Giennadij Czernienko


W Japonii zbudowano jednomiejscowy aparat latający na zwykłe bateryjki o mocy 1,5 W. Samolot o masie 60 kg w czasie testów mógł przelecieć na jednym „załadowaniu” 390 metrów.

O tych aparatach latających trudno powiedzieć – samoloty to czy statki? Na pewno one są i jednym i drugim. No i mają niecodzienną nazwę – ekranoplany. Na świecie jest ich niewiele, a wszystkie są doświadczalne. Największe i najsilniejsze z nich zbudowano w naszym kraju.


Zdumiewający obiekt


W środku lat 60. XX wieku, amerykańskie satelity zwiadowcze i szpiegowskie zauważyły na Morzu Kaspijskim zdumiewający obiekt. Stało się jasne, że w ZSRR przeprowadza się próby nad nową bronią – ni to okrętem, ni to samolotem przenoszącym rakiety.

Angielski magazyn „Jane’s” zajmujący się problematyką techniki wojskowej różnych krajów pisał tak:
Gigantyczna radziecka skrzydlata maszyna wykorzystująca wpływ bliskości wody, z rozpiętością skrzydeł 40 m, długością 90 m, przechodzi próby na Morzu Kaspijskim. Rozpoczęto je w 1965 roku. Ekranoplan rozwija prędkość 560 km/h.

Redaktorzy tego magazynu nie mylili się. Aparat, o którym mowa, był rzeczywiście ekranoplanem o niewidzianych rozmiarach i masie ponad 400 ton! I właśnie dlatego amerykańscy wojskowi nazwali ten dziwny aparat The Caspian Monster Potwór z Morza Kaspijskiego!

Prace nad nim były otoczone najściślejszą tajemnicą państwową. Nawet nazwisko głównego konstruktora utajniono. Ono było szeroko znane, ale akurat ze względu na budowę innych statków i okrętów. No bo któż nie znał Rostisława Jewgieniewicza Aleksiejewa, projektanta całej floty pasażerskich wodolotów typu: Rakieta, Meteoryt czy Sputnik?

Ale Aleksiejew nie był ojcem tej idei, bo o istnieniu efektu ekranu wiedziano od dawna. Ale zbudowanie dostatecznie solidnego ekranoplanu i to o takich rozmiarach, poza Aleksiejewem nikomu się nie udało.

"Morderca lotniskowców" w akcji (wizja artysty)


Dynamiczna poduszka


Rostisław Jewgieniewicz zainteresował się ekranoplanami jeszcze w latach 50. XX wieku, kiedy się wyjaśniło, że prędkość 100-150 km/h stanowi optymalny i maksymalny przedział dla wodolotów. Żeby pokonać tą barierę prędkości, należało statek podnieść z wody i pozwolić mu lecieć nisko nad jej powierzchnią – ekranem – na wysokości 3-4 metrów. Powstająca w tym przypadku warstwa sprężonego powietrza stawała się dynamiczna poduszką, na której opierały się skrzydła pojazdu, poruszającego się z dużą prędkością. Dzięki temu pojazd ten staje się o wiele bardziej ekonomiczny i ładowny od zwykłych samolotów.

Opracowując swoje zadziwiające aparaty Aleksiejew widział w nich w pierwszej kolejności okręty wojenne: transportowe, desantowe i przenoszące pociski rakietowe. Idee Aleksiejewa znalazły poparcie Nikity S. Chruszczowa. Na opracowanie bojowych ekranoplanów wyłożono ogromne środki finansowe, zbudowano unikalne stocznie i laboratoria badawcze oraz zorganizowano ogromne biuro konstrukcyjne.

W bazie w Czkałowsku przeprowadzono badania ponad 1000 specjalnych modeli statków latających. Pierwszy doświadczalny ekranoplan  o masie 3 ton, opracowany w 1961 roku, miał parę skrzydeł nośnych. Okazał się on nieudanym i Aleksiejew odrzucił go, dając fory drugiemu – samolotowemu z jednym krótkim skrzydłem i wysokim ogonowym usterzeniem.

Ten 550-tonowy, do dziś dnia nie mający sobie równych, aparat Rostisław Jewgieniewicz nazwał statkiem-makietą w skrócie KM[1], tym samym podkreślając, że jest to maszyna doświadczalna.



Ekranoplan w jednym z rosyjskich portów Morza Kaspijskiego - zdjęcie satelitarne z GoogeEarth


Przy wyspie Czeczeń


To właśnie o tym statku-makiecie pisał „Jane’s”. Opisujący go redaktor był niedaleko od prawdy podając parametry kaspijskiego potwora: jego kadłub przypominający fantastyczną rybę miał długość 92 m, wysokość od kilu po czubek statecznika pionowego steru wynosiła 22 m, rozpiętość skrzydeł – 37,6 m. W dziobowej części na poziomym wysięgniku znajdowało się 8 silników turboodrzutowych, to one zabezpieczały wzlot tej ciężkiej maszyny. Na części ogonowej znajdowały się jeszcze dwa silniki turboodrzutowe nadające całości prędkość marszową w czasie lotu.

Ekranoplan-gigant został zwodowany w Gorkim (obecnie Niżny Nowgorod) w marcu 1966 roku i przez miesiąc holowano go Wołgą do Morza Kaspijskiego. Jako że był to obiekt ultra-sekretny, to odłączono mu skrzydła i przykryto siatka maskującą. Płynęli tylko w nocy, a w dzień trzymali się ustronnych miejsc.

Bazą doświadczalną była bezludna wyspa Czeczeń w okolicach Kaspijska k./Machaczkały. Pierwszy lot/rejs (???) w dniu 18.X.1966 roku Aleksiejew poprowadził sam. Miało to miejsce wcześnie rano, o świcie. Zaryczały silniki i statek ruszył do przodu, pomknął po gładzi morza, a po chwili oderwał się od wody i poleciał na wysokości kilku metrów, jak to było zaplanowane. Tak zaczęły się loty nad Morzem Kaspijskim i lądem.

Ekranoplan rozwijał prędkość 500 km/h, był bardzo manewrowym i pozwolił na wykonywanie tak ostrych zwrotów, podczas których końcówka skrzydła niemal dotykała wody!



Desantowy Orlionok


Jeden ze świadków lotu kaspijskiego potwora wspominał:
Nasz barkas był już niedaleko od brzegu, kiedy od strony morza zaczął narastać ryk silników. I naraz zobaczyliśmy, jak do nas zaczyna zbliżać się niepojęty, żelazny potwór – ni to samolot, ni to statek, który mknął nisko nad wodą. Przeraziło nas to i wprawiło w osłupienie. Kiedy ów pojazd znalazł się w odległości 100 m, wykonał on ostry wiraż i poleciał w kierunku wyspy, a jego skrzydło omal nie dotknęło wody. Ale nie, woda pod nim jakby się ugięła, dziwny statek wyrównał lot i odleciał w stronę lądu.

W czasie państwowych testów, Aleksiejew oddał ekranoplan w ręce profesjonalnych pilotów oblatywaczy. Miało to swój cel, bo błędy mogły doprowadzić do poważnej awarii czy wręcz katastrofy. No i coś takiego się wydarzyło w dniu 25.VIII.1964 roku, w czasie prób z ekranoplanem SM-5. W morzu zerwał się silny wiatr. Lotnicy zdecydowali się na lot nad falami, ale oderwawszy się od ekranu maszyna naraz straciła stabilność i spikowała w wodę zabijając pilotów.

Nowy ekranoplan – Oriełok – został zbudowany w 1972 roku. On także przypominał z wyglądu samolot, ale był o wiele mniejszy od kaspijskiego potwora i miał takie przeznaczenie, jak okręt desantowo-transportowy. Można go było załadowywać na brzegu. Jego delfini nos można było odchylić na bok i bojowe wozy mogły swobodnie wjechać do jego wnętrza i wyjechać zeń.

Łuń w locie 


Oto cud!


Ani jeden kraj w świecie, z wyjątkiem naszego, do dziś dnia nie posiada czegoś podobnego. Rostisław Jewgieniejewicz pracował z wielkim oddaniem, nie wiedząc, co to odpoczynek, przezywając życiowe problemy. A trudności napotykał on na każdym kroku. Zwłaszcza z Oriołkiem miało miejsce takie wydarzenie, które nie tylko mocno wpłynęło na przyszłość ekranoplanów, ale i na życie ich generalnego projektanta.

To było w listopadzie. Po sztormie na Morzu Kaspijskim szalały jeszcze fale. Lot wymagał od załogi maksymalnej koncentracji. Na pokładzie znajdowało się 40 ludzi, w tej liczbie Aleksiejew i członkowie technicznej komisji z zastępcą ministra przemysłu stoczniowego na czele.

Statek wykonał już kilka skrętów i zaczęto przygotowywać się do wodowania w poprzek fal. Pilot zrobił to tak ostro, że materiał kadłuba nie wytrzymał uderzenia o wodę. Przyrządy momentalnie wyłączyły się. Aleksiejew spojrzał przez wierzchni luk, i bez słowa usiadł za sterami.
- Do bazy! – rzucił krótko. I ruszyli.

W bazie wychodząc z ekranoplanu wszyscy krzyknęli ze zdumienia: statek… nie miał steru, który urwał się w chwili uderzenia o wodę! Rostisław Jewgieniejewicz powiedział wtedy ni to żartem, ni serio:
- Ster zgubili, ale jednak dolecieli. Oto cud!

Wodolot typu Kometa w polskich barwach armatora Bosman Express na szlaku ze Szczecina do Świnoujścia

Jeden z pierwszych wodolotów pod polską banderą. 
W PRL Żegluga Gdańska i Żegluga Szczecińska posiadały cała flotyllę wodolotów. W tzw. "wolnej" Polsce pozostało po niej tylko wspomnienie...  


Statki przyszłości


Jednak w Moskwie, w ministerstwie, spojrzeli na to całkowicie inaczej. Wniosek był kategoryczny: ekranoplan jest niedostatecznie bezpieczny, a to znaczy że jest konstrukcyjnie niedopracowany. Awaria stała się dla urzędników doskonałym pretekstem do porzucenia na rzecz konstrukcji lotniczych.

Pod pretekstem uwolnienia go od prac administracyjnych, Aleksiejew został zdjęty ze stanowiska dyrektora CBK. W jego kompetencjach pozostały dwa oddziały, więc przeniesiono go na jeszcze niższe stanowisko.

Ostatnią pracą Aleksiejewa stał się ekranoplan Łuń o masie przeszło 400 ton. Na „plecach” tego okrętu zamontowano 6 kontenerów z przeciwokrętowymi pociskami rakietowymi klasy woda – woda.

Rostisław Jewgieniewicz nie dożył do prób swego latającego nosiciela pocisków rakietowych. Zmarł on po długiej i ciężkiej chorobie w dniu 9.II.1980 roku, w 64. roku życia.

Finansowanie budowy ekranoplanów po śmierci Aleksiejewa zostało znacznie ograniczone. Bardzo spadło tempo robót. Zbudowane okręty rdzewiały na Morzu Kaspijskim.

Już po śmierci Aleksiejewa na bazie okrętu Łuń został opracowany statek ratowniczy Spasatiel – zgodnie z nazwą[2] przeznaczony dla niesienia pomocy w przypadku morskich katastrof. Zaczęła się jego budowa. Ale najwidoczniej czas wielkich ekranoplanów, o których marzył Aleksiejew, jeszcze nie nadszedł. Ale on prędzej czy później nastąpi. Tylko potrzeba jak powietrza idei i pracy wielkiego konstruktora.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 11/2013, ss.8-9
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©
Zdjęcia - Internet  



[1] Od słów korabl-makieta.
[2] Spasatiel w j. ros.: ratownik.

poniedziałek, 16 maja 2011

Suadamowie: Wodni UMH Morza Kaspijskiego



Oleg Jefremow

Na temat UMAH – Unknown Mysterious Aquatic Humanoids czyli Nieznanych Tajemniczych Wodnych Humanoidów, vel Wodnych Ludzi w Morzu Kaspijskim już pisałem na naszym blogu CBZA. Obserwacji tajemniczych wodnych UMH dokonali wtedy Irańczycy. Tym razem będzie to artykuł na temat UMAH, które zaobserwowali różni ludzie tam mieszkający i co zostało opisane na łamach rosyjskiego czasopisma NLO - wydanie specjalne nr 1/2011, s. 11. A oto ten materiał:

Przygoda Rustama Karimowa

W lipcu 2002 roku młody azerbejdżański biznesmen Rustam Karimow wydał przyjęcie dla swych greckich przyjaciół na swym jachcie pływającym po Morzu Kaspijskim. To był jego drugi jacht – pierwszy znajdował się na Adriatyku i nie zdążył na niego skompletować załogi i na razie obsadził ją swoimi greckimi znajomymi. W nocy wiatr ucichł i jacht stanął w dryfie. Nie zapuszczono silnika Diesla – bowiem właściciel jachtu i jego załoga obchodziła hucznie dzień jego urodzin. W budce sternika znajdował się tylko wachtowy stermotorzysta. Któryś z Greków wyszedł na pokład zapalić papierosa w specjalnie do tego przeznaczonym miejscu. Jasno świecił księżyc i uwagę Greka przykuły dwie ludzkie sylwetki znajdujące się na małym pontonie po drugiej stronie pokładu i właściwie nie wiadomo, co tam robiące. Szybko poszedł do sterówki, gdzie wraz z wachtowym wzięli silny reflektor i włączyli go oświetlając nieznanych gości. Ci z kolei zachowali się dziwnie – wyprostowali się nagle i wyskoczyli przez burty znikając w wodzie. Na próżno Grecy wodzili promieniem reflektora po wodzie – pływaków na wodzie nie było. Wachtowy włączył syrenę alarmową ogłaszając alarm „człowiek za burtą” i załoga wraz z gośćmi oraz armatorem jachtu wybiegła na pokład. Wachtowi podnieśli z wody ponton i zobaczyli, że na jego dnie znajdowała się woda z jakimiś kępami wodorostów i dwiema dużymi rybami. Wydawało się być jasnym, że nieznane istoty weszły na ponton z zamiarem zjedzenia tych ryb, w czym przeszkodzili mu marynarze.

Rustam wyjaśnił swoim gościom, że to byli najprawdopodobniej Suadamowie – Wodni Ludzie, o których legendy opowiada się w wielu ludach, zamieszkujących wybrzeża Morza Kaspijskiego: Rosjan, Kazachów, Irańczyków, Kałmuków, Dagestańczyków, Azerów, Turkmenów i innych. Potwierdził to grecki kapitan, który twierdził, że w Morzu Adriatyckim też istnieją podobne stworzenia.

UMAH w Nieftianych Kamniach

Faktycznie, w początku lat 80. ubiegłego stulecia, kaspijscy nafciarze nieraz informowali o swoich spotkaniach z Suadamami. W tamtych czasach zdecydowana większość kaspijskiej ropy była wydobywana na kaspijskim szelfie. Estakady i mola biegły daleko w morze – nawet na 50 km od brzegu i na płytkiej wodzie powstało całe miasto nafciarzy – Nieftiannyje Kamni. Na nadwodnych platformach znajdowały się domy, sklepy, klub a nawet niektórzy mieszkańcy zajmowali się ogrodnictwem!  

Pewnego dnia, jeden z robotników z wieży wiertniczej wracał po zmianie do hotelu robotniczego. Musiał przejść kilka kilometrów, by dotrzeć do Nieftiannych Kamniej. Naraz za słupem elektrycznym zauważył on dziwną ludzką sylwetkę, siedzącą w kucki. Ten „chłopek” był zupełnie nagi, ale jego figura była dziwnie rozmyta, jakby literalnie trząsł się z zimna, a jego twarz była niewidoczna za słupem. Robotnik się przestraszył i na wszelki wypadek przeszedł na druga stronę estakady i zaczął powoli poruszać się do przodu. Kiedy dzielił ich dystans jakich 10 metrów, skurczona postać nie wyprostowała się, ale prześlizgnęła się pod relingiem i wpadła do wody. wysokość estakady wynosiła w tym miejscu 15 metrów – to jest wysokość czteropiętrowego domu. Robotnik podbiegł do tego miejsca, ale w wodzie nie było nikogo…

Po pół godzinie dotarł do osiedla i opowiedział o tym, co wiedział. Okazało się przy tym, że podobne incydenty z UMAH zdarzały się niejednokrotnie innym nafciarzom.

Nocne spotkanie na plaży

W literaturze poświęconej niezwykłym zjawiskom został opisany jeszcze jeden niedawny przypadek z młodą parą, która kochała się w pogodną, ciepłą noc na plaży. Chłopiec i dziewczyna byli tak zajęci sobą, że nie zauważyli, jak z morza bezszelestnie wyszły trzy nagie postacie ludzkie. Ciekawe jest to, że świadkowie także zauważyli dziwne rozmazanie sylwetek tych stworzeń. Suadamowie otoczyli ich i pochylili nad nimi, by przyjrzeć się dokładnie temu, czym „lądowi ludzie” się tak pilnie zajmowali. I w tej chwili na plaży rozległ się krzyk przerażonej dziewczyny. Ta reakcja tak przeraziła Wodnych Ludzi, że natychmiast zniknęli w wodzie. Po tym spotkaniu chłopiec wylądował w psychiatryku i potrzebne mu było dłuższe leczenie.

Kilka linijek temu fenomenowi poświęcił znany badacz Nieznanego – Wadim Czernobrow w swej Encyklopedii zjawisk anomalnych w przyrodzie:

SUADAM (turkmeński) – wodny człowiek – jedna z nazw wodnych stworzeń jakoby żyjących w Morzu Kaspijskim. Dziś w ten sposób określa się przywidzenia, które zdarzają się na wodzie czy na brzegu, szczególnie w okolicach Nieftiannych Kamniej k./Baku.

UMAH z UFO?

Istnieje jeszcze jedna wersja zdarzeń dotycząca pojawienia się UMAH: w końcówce lat 20. ubiegłego wieku, w Karelii nad wioską Szusznawołok przeleciał cylindryczny, dziesięciometrowej długości obiekt latający, z którego części ogonowej wyrywały się płomienie. NOL przebił lód na jeziorze i wszedł pod wodę. A w jakiś czas po tym wydarzeniu, miejscowi zaczęli spotykać na brzegu jeziora jakieś stworzenie o wzroście nieco powyżej metra, z cienkimi rękami i nogami i wielką głową. Na widok ludzi, istota ta szybko zanurzała się w wody jeziora.

I nawet w dalekiej Japonii też istnieje tamtejszy „kamyczkowy człowiek”, który nie tylko zamieszkuje pod wodą, ale może także latać w powietrzu! Jak twierdzą Japończycy, ma on na nogach płetwy, a na jego twarzy znajduje się maska z karbowanym przewodem prowadzącym do jakiegoś cylindra przymocowanego do jego pleców. Jeżeli nie jest to czyjś głupi żart, to przed nami znajduje się typowy płetwonurek z… japońskich legend!

Można także wspomnieć o znanych z literatury spotkaniach z Wodnymi Ludźmi na krymskim wybrzeżu Morza Czarnego. Ciekawym jest to, że we wszystkich relacjach wspomina się o osobach płci męskiej z rękami i nogami, a nie o Syrenach czy Rusałkach jak je nazywają Rosjanie, z rybimi ogonami – o których także istnieje cała masa relacji i świadectw.

Niestety – do dziś dnia te Rusały (???) i Rusałki pozostają zagadkowymi istotami – a według poglądów niektórych ludzi – wprost istotami z bajki…

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©   

sobota, 7 maja 2011

EKRANOPLAN: prawdziwy Potwór Morza Kaspijskiego




I jeszcze à propos artykułu Olega Jefriemowa na temat kaspijskich UMAH chciałbym przypomnieć także największą stworzoną przez człowieka osobliwość tego morza – niezwykłą konstrukcję morsko-lotniczą – ekranoplan, którego nazwano Potworem Morza Kaspijskiego.

Wszystko zaczęło się wprost sensacyjnie. W lipcu 1967 roku amerykański satelita szpiegowski wykonał serię zdjęć jakiegoś obiektu nawodnego, o długości 100 m i masie 500 ton, który wyglądał prawie jak samolot i poruszał się nad wodami Morza Kaspijskiego z prędkością powyżej 500 km/h (~270 kts). Tą ogromną maszynę nazwano w Pentagonie „Potworem z Morza Kaspijskiego”, a celem jej powstania było stworzenie morskiej super-potęgi ZSRR.

Zaczęło się to w latach dwudziestych, kiedy odkryto dziwne zachowanie samolotów lecących tuż nad płaską powierzchnią. Okazało się, że w takich sytuacjach wzrasta siła nośna odpychająca skrzydła do góry, NB, doprowadziło to do wielu katastrof zanim spróbowano porażkę przekuć w sukces.

Po badaniach naukowych okazało się, że siła nośna wzrasta, ponieważ pomiędzy skrzydłem, a powierzchnią nad którą leci samolot wytwarza się większe ciśnienie - to zjawisko nazwano "efektem ekranu". Kiedy samolot leci na dużej wysokości efekt ekranu nie działa. Kiedy porusza się tuż nad np. wodą oprócz podstawowej siły nośnej dzięki której lata każdy samolot działa dodatkowa siła odpychając od powierzchni.

W związku z tym wykorzystanie ekranu do zbudowania aeroplanu nowego typu okazało się być kuszącą perspektywą - taki pojazd może przewozić znacznie większe ładunki, w dodatku bardziej ekonomicznie (bo zużywa mniej paliwa wykorzystując w ruchu odpychanie ekranu).

Okazało się jednak, że ówczesna technologia nie pozwala na zbudowanie sprawnie działającego ekranoplanu (tak go nazwano) - brak materiałów, niestabilność lotu zniechęciły konstruktorów i projekt zarzucono. W latach 60. w ZSRR pojawił się pomysł wykorzystania technologii ekranu do celów militarnych, idea powiązania projektu rozwoju ekranoplanu z wojskiem okazała się być niezwykle skuteczna - w ZSRR akurat w tej dziedzinie nie oszczędzano.

Na Zbiorniku Gorkowskim stworzono specjalną bazę do testów i Centralne Biuro Konstrukcyjne rozpoczęło prace i już w 1961 roku dokonano pierwszego pokazu - oczywiście w obecności członków Politbiura, to z pewnością pomogło w dalszym finansowaniu prac. I tak dzięki pieniądzom wojska w 1965 roku został zrealizowany projekt kryjący się pod oznaczeniem KM. W rzeczy samej - potwór. Rozpiętość skrzydeł ekranoplanu wynosiła 37,6 m; długość – 100 m; maksymalny ciężar całkowity - 544 tony. Nigdy wcześniej w powietrze nie wzbił się większy samolot.  Ekranoplan KM rozpoczął testy w 1966r., a właściwie zamiast ekranoplan: Kaspijski Potwór - bo tak go szybko ochrzczono. (zob. Michał Gwiazdowski - http://pravda.blox.pl/2007/02/Kaspijski-Potwor.html)

Ekranoplany obserwowano przez lata Zimnej wojny na Morzu Kaspijskim jako duże obiekty poruszające się z ogromnymi prędkościami. Amerykańscy specjaliści od wywiadu, którzy je obserwowali, są odpowiedzialni za nadanie im nazwy „Potwory Morza Kaspijskiego”. Kiedy Zimna Wojna się skończyła, to odkryli ku swemu zdumieniu, że był to jeden z szerokiego wachlarza projektów pojazdów poruszających się na wysokości około metra nad powierzchnią wody, co umożliwiało mu zaoszczędzenie paliwa i niemal całkowitą niewidzialność dla radiolokatorów. Co więcej – ekranoplany ważyły 540 ton całkowicie załadowane. Długość 100 m zaś prędkość podróżna wynosiła 400 km/h (czyli 250 mph albo ~216 kts) na wysokości kilku metrów nad wodą. Inny dobrze znany model ekranoplanu należy do typu Łuń. Siła nośna ekranoplanu jest jedną z największych jakie kiedykolwiek odnotowano i wynosi 1000 ton.

Co ciekawe, ten sam efekt występuje także nad lądem.  To jest dokładnie ten sam efekt, który nie pozwala kartce papieru na upadnięcia płasko na ziemię – kartka zawsze opada zakosami. Dzięki właśnie temu zjawisku ekranoplan może poruszać się nad lodem, nad śniegiem czy jakąkolwiek równą i płaską powierzchnią, natomiast lot nad nierówną powierzchnią jest ryzykowny i grozi katastrofą.

Wynaleziony w Związku Radzieckim te pojazdy stały się bardzo szybkimi transportowcami wojskowymi i bazowano je na wybrzeżach Morza Kaspijskiego i Morza Czarnego. Duży ekranoplan mógł przewieźć 100 ton ładunku (w tym czołgi czy artylerię) na duże odległości. Minister obrony ZSRR marszałek Dimitrij Ustinow popierał rozwój ekranoplanów. Planował on początkowo wybudowanie floty 120 ekranoplanów A-90 Orlionok i wprowadzenia ich do służby we Flocie Radzieckiej. Liczba ta została zredukowana do 30 jednostek do wykorzystania we Flocie Bałtyckiej i Flocie Czarnomorskiej. Po śmierci marszałka Ustinowa w 1985 roku, następny minister obrony ZSRR marszałek Sokołow zatrzymał ten projekt przestając go finansować. W rezultacie powstały tylko trzy ekranoplany typu A-90 Orlionok oraz jeden typu Łuń.

Ekranoplany produkowano w Niżnym Nowgorodzie w Stoczni Wołga do czasu upadku Związku Radzieckiego (zob. http://www.volga-shipyard.com) Jeden ekranoplan typu Łuń można zobaczyć na Google-Maps o Google-Earth w rosyjskiej bazie Kaspijskiej Floty w Kaspijsku u wybrzeży Morza Kaspijskiego. Nieznana, mniejsza struktura znajdująca się na nieodległej plaży jest być może innym, już złomowanym ekranoplanem. (Więcej na temat ekranoplanów na stronie -    http://www.samolet.co.uk/)

Radzieckie dowództwo marynarki wojennej rozważało możliwość stworzenia floty ekranoplanów będących prawdziwymi „zabójcami lotniskowców”. Te szybkie jednostki lecące tuż nad powierzchnią oceanu byłyby idealnymi konstrukcjami stealth, praktycznie niewidzialnymi dla radiolokatorów. Ich uzbrojenie – 6 pocisków rakietowych klasy woda – woda 3M-80 Moskit/SS-N 22 Sunburn/P-270/Ch-4 – pozwalałoby im na wykonanie takiego zadania. Pociski te poruszają się z prędkością 3 Ma i ich zasięg wynosi 250 km lecąc na wysokości 20 m nad powierzchnią wody, a zatem stanowią bardzo niebezpieczna broń, co przy wykorzystaniu do ich odpalania właśnie szybkich i trudno wykrywalnych ekranoplanów stanowiłoby zwrot w taktyce przeprowadzania operacji morskich.

Aktualnie Moskity znajdują się na uzbrojeniu niszczycieli i korwet rakietowych marynarek wojennych Federacji Rosyjskiej, Ch.R.L. i Indii. W latach 90. pojawiła się także lotnicza wersja tego pocisku ASM-MMS/Ch-41 przeznaczona dla samolotu Su-33.

Od siebie dodam tylko tyle, że Morze Kaspijskie stanowiło w czasach Zimnej Wojny idealny morski poligon doświadczalny dla nietypowych, czy wprost nowatorskich radzieckich konstrukcji morskich – nawodnych i podwodnych.

Położenie tego poligonu było wręcz idealne – Amerykanie i NATO nie mieli doń bezpośredniego dostępu. Od południa znajduje się antyamerykański Iran, z pozostałych stron republiki radzieckie. Dlatego właśnie nad jego akwen latały szpiegowskie samoloty U-2 i satelity KH, których zadaniem było dokonania rozpoznania radiowego i fotograficznego tego akwenu, że szczególnym uwzględnieniem baz i portów morskich.

Tak swoją drogą patrząc na osiągi ekranoplanów zastanawiam się, czy wiele legend morskich o UFO/USO nie bierze się właśnie z zaobserwowanych tego rodzaju jednostek na otwartym morzu? Wszak taki pojazd musiałby być widocznym na ekranie radiolokatora, jakiego używaliśmy w WOP (typu TRO, TR czy RN) jako szybko przemieszczająca się kropka ciągnąca za sobą smugę kilwateru. Dla niedoinformowanego czy niewprawnego obserwatora byłoby to UFO jak się patrzy! Nie widziałem na Bałtyku ekranoplanu, ale nie jest powiedziane, że ich tam nie było. Być może są one odpowiedzialne za obserwacje typu RV, które zaliczali wopiści w latach 70. i 80. obiektów, które szybko przemieszczały się po powierzchni morza, a które mogły być brane za „zwykłe” samoloty. Z drugiej strony odgłos pracy 10 silników odrzutowych ekranoplanu byłoby słychać na wiele mil, wszak nad wodą głos rozchodzi się daleko, i z całą pewnością byłyby one słyszane przez naszych obserwatorów, marynarzy, jachtsmenów czy rybaków. Może tak było, tylko że odgłos pracy silników ekranoplanów brano za odgłosy pracy silników lotniczych? Tak też być mogło.   

I już tak na koniec, czy ci Wodni Ludzie nie są czasem rezultatem jakichś eksperymentów genetycznych, które miały na celu wytworzenie Homo sapiens aquaticus – istot ludzkich z GMO? Brzmi to dziwnie, ale skoro pracowano nad wyhodowaniem delfinów-morderców w ZSRR i USA, i które wyhodowano, to dlaczego nie można było pracować nad autentyczną piechotą morską złożoną z mężczyzn przeznaczonych do podwodnego rozpoznania i zwiadu, dywersji i sabotażu? W ZSRR Morze Kaspijskie byłoby idealnym poligonem dla tego rodzaju działań – a w USA? – chyba Trójkąt Bermudzki czy południowo-zachodnie wybrzeża Florydy? W czasie Zimnej Wojny nie takie rzeczy były możliwe i kto wie, czy nie mamy do czynienia z istotami ludzkimi, którym nadano postać istot morskich z legend o Syrenach i Rusałkach? 

Drugą możliwością są przedstawiciele równoległej cywilizacji ludzkiej zamieszkującej Wszechocean. Nie zapominajmy, że niemal ¾ powierzchni Ziemi pokrywają jego wody i jego dno stanowi potencjalne terytoria zamieszkałe przez Nich. Tego wykluczyć nie możemy. Zbyt wiele dziwnych rzeczy miało miejsce na i w jego wodach, by przejść ponad nimi do porządku dziennego. I dlatego właśnie trzeba wciąż o nich przypominać.