Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocean Indyjski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocean Indyjski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 marca 2026

Obserwacja z pokładu SS „Vultur”

 


 

15 maja 1879 r. Zatoka Perska. Zaobserwowano dwa bardzo duże „koła”

15 maja 1879 r. Zatoka Perska, obracające się w powietrzu i powoli wynurzające się na powierzchnię morza. Szacowana średnica: 40 m. Odległość między obiektami: 150 m. Prędkość: 80 km/h.

Czas trwania: 35 min. Rysunek świadka z pokładu statku SS „Vultur” lub „Vulture”.

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

niedziela, 19 maja 2024

Tam gdzie pieprz rośnie

 

Vasco da Gama

Stanisław Bednarz

 

W XV wieku znaczenie przypraw korzennych takich jak pieprz, goździki, cynamon, kardamon, gałka muszkatołowa były nie do przecenienia. Przypominam sobie z „Lalki” Bolesława Prusa jak stary Niemiec Mincel handlarz przepytywał Rzeckiego z przypraw: zadawał pytania typu „gdzie mieszka cynamon”. Właśnie w Indiach.

18 maja 1498 roku do portu indyjskiego Kalikat dopłynęła wyprawa Portugalczyka Vasco da Gama po przyprawy i dotarła najkrótsza drogą. 4 lipca 1497 roku stu siedemdziesięciu marynarzy z Vasco da Gamą na czele wyruszyło czterema statkami. Portugalczyk nie miał łatwego zadania, ponieważ nie dość, że większość poprzednich wypraw w tym kierunku kończyła się tragicznie ze względu na porywisty wiatr wiejący od dziobu, to jego załoga w dużej części składała się z więźniów, dla których wyprawa była formą kary, a nie z prawdziwych marynarzy.

Rzecz jasna załoga zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństw czyhających w drodze do Indii. W przypływie strachu wzniecali bunty, aczkolwiek zdecydowany i konkretny Vasco da Gama z powodzeniem je tłumił. Po minięciu Wysp Kanaryjskich, Wysp Zielonego Przylądka i Sierra Leone wypłynęli w głąb Oceanu Atlantyckiego. Na otwartym morzu spędzili około trzech miesięcy, a po kolejnych dwóch dotarli w końcu do odkrytego przez Bartolomeo Diasa Przylądka Dobrej Nadziei.










Następnie wpłynęli na wody Oceanu Indyjskiego i skierowali się na północ wzdłuż wschodniego wybrzeża Czarnego Lądu. Stamtąd jego wyprawa skierowała się prosto do wybrzeży Indii, gdzie dotarła do Kalikatu 18 maja 1498.

Wraz z wpłynięciem do słynnego indyjskiego portu nastąpił przełom w żegludze. Nowy, morski szlak handlowy do Indii został odkryty. Ostatecznie udało się osiągnąć porozumienie. Vasco da Gama zmuszony jednak został do pozostawienia kilku członków załogi by prowadzili miejscową stację handlową. Powrót okazał się nie lada wyzwaniem. Trudy podróży zdziesiątkowały załogę do tego stopnia, że do Portugalii wróciło tylko 55 ludzi na dwóch statkach wypełnionych przyprawami i klejnotami. Ogrom sukcesu wielkiego odkrywcy przyćmił straty, a da Gamie przyznano tytuł „Admirała Mórz Indyjskich”.

Nie ulega wątpliwości, że wyprawa da Gamy to jedną z najważniejszych i najbardziej znaczących dla ludzkości podróży, i pozwoliła na nawiązanie nowych relacji handlowych. Portugalia urosła też do rangi potęgi kolonialnej, militarnej i handlowej. Odbył jeszcze dwie wyprawy po przyprawy.

Vasco da Gama - zmarł 24 grudnia 1524 roku w mieście Koczin, pierwszej europejskiej kolonii na terenie Indii. Później jednak jego szczątki przeniesione zostały do Portugalii, początkowo do miejscowości Vidigueira, by w XIX wieku ostatecznie spocząć w Klasztorze oo. Hieronimitów w Lizbonie.

czwartek, 16 stycznia 2020

Atlantyda Oceanu Indyjskiego: Lanka


Zaginiony subkontynent Lanka

Uczeni znaleźli swoją Atlantydę. Nieznany kontynent znajduje się na dnie Oceanu Indyjskiego.

Wyspy Reunion i Mauritius skrywają pod sobą nowy, nieodkryty, zaginiony kontynent. Wyspy, które są celem wyjazdów turystów spragnionych wypoczynku nad morzem, według uczonych znajdują się na fragmencie kontynentu, który oddzielił się przed dziesiątkami milionów lat, w czasie formowania się kontynentów.

Laurazja i Gondwana w okresie Triasu

Fragment znany jako Mauritia widocznie oddzielił się przed 60 MA, w czasie kiedy od ówczesnej Afryki oddzieliła się wyspa Madagaskar[1] i Indie.[2] Fragment kontynentalny został ukryty pod ogromną ilością lawy. Wedle studium opublikowanym w czasopiśmie „Nature Geoscience” najwidoczniej takie mikrokontynenty znajdują się w oceanach częściej, niż to do dziś dnia zakładano.

Rozpad superkontynentu na mniejsze części stał się możliwy dzięki aktywności wulkanicznej, kiedy to wrząca magma z tzw. pióropusza gorąca tak długo podtapiała płytę tektoniczną, aż doszło do jej zniszczenia w pobliżu miejsc, gdzie dostała się najbliżej powierzchni ziemi. I tak 170 MA temu rozpadła się Wschodnia Gondwana. Jako pierwsza oddzieliła się jedna część, która rozpadła się na Madagaskar, Indie, Australię i Antarktydę. Wszystkie części świata dowędrowały stopniowo do swych dzisiejszych lokalizacji.  

Płaszczowe pióropusze magmy, którymi ichodzi ciepło z jądra Ziemi, najwidoczniej miały w rejonie wysp Marion[3] i Reunion zasadniczy udział przy powstaniu Oceanu Indyjskiego. Dopóki strefa pęknięcia znajduje się na płycie lądowej, tak jak to było w przypadku Madagaskaru i Indii, części tegoż lądu mogły się oddzielić.[4] Typowym przykładem takiego kontynentalnego fragmentu są Seszele.


Wyspy Mauritius i Reunion - pozostałości Lanki


Są na to dowody


Według studium ekipy geologów z Norwegii, RPA, Wk. Brytanii i Niemiec, na podstawie badań lawy i ziaren piasku z plaż Mauritiusa, stanowi on taki dalszy fragment. Ziarna piasku zawierają półszlachetny cyrkon (Zr), którego wiek uczeni oszacowali na 660 MA do 1,97 GA. Jego obecność objaśniają tym, że cyrkon wydostał się na powierzchnię ziemi wraz z lawą, która się wydostała na powierzchnię z głębiej położonej części kontynentu.

Na podstawie wieku uczeni zbadali aktywność tektoniczną, która ukazała, gdzie kończy się fragment kontynentu pogrążonego w Oceanie Indyjskim. Według uczonych okazało się, że położenie płyt ziemnych w stosunku do miejsc, w których faktycznie wybuchała gorąca skała, wyjaśnia, w jaki sposób fragment został uwolniony.
- Okazało się również, że fragment kontynentu nadal poruszał się prawie dokładnie przez pióropusz magmy poniżej wyspy Reunion, co wyjaśnia, w jaki sposób był pokryty skałą wulkaniczną - mówi Bernhard Steinberger z Niemieckiego Centrum Badań Geologicznych (GFZ).

Naukowcy wykazali, że to, co wcześniej uważano za ślady pióropusza pod Reunion, jest fragmentem kontynentalnym, ale wcześniej naukowcy nie wiedzieli tego dokładnie, ponieważ jest on pokryty skałami magmowymi. Wydaje się więc, że takie fragmenty kontynentów będą odkrywane prawdopodobnie w oceanach znacznie częściej niż pierwotnie sądzono.





Lemuria

Moje 3 grosze


Istnieje cały szereg legend i zapisów pochodzących ze starożytnych Indii i mówiących o tym, że na Oceanie Indyjskim istniał onegdaj kontynent Lanka. To taka Atlantyda na Indyku, która podobnie jak kontynent Platona zapadła się pod ocean i znikła na tysiąclecia. Niektórzy autorzy twierdzą, że Lanka stanowiła pomost pomiędzy subkontynentem indyjskim a Madagaskarem i także była siedliskiem jakiejś supercywilizacji, której Indie były jedynie kolonią. Co więcej - jej zniknięcie zbiega się w czasie z wielką wojną bogów opisaną w sanskryckich poematach.

Lanka czy też Lemuria – jak podają to zapisy indyjskie i inna – rozciągała się pomiędzy Madagaskarem a Indiami i Śri Lanką. Śri Lanka to po sanskrycku „olśniewający kraj” – w innych językach oznacza także „wyspa rozkoszy” czy „wyspa nauki” oraz „miejsce pochodzenia świętego prawa” – co jest o tyle ciekawe, że Cejlon jest uważany za północną część Lanki i być może to właśnie Indie przyjęły nauki z zaginionej Lanki, gdzie panowała wyższa cywilizacja zniszczona w straszliwym konflikcie.

Czy nieznani przeciwnicy kultury Lankijczyków/Lemuryjczyków użyli broni geofizycznej, która pogrążyła znaczną część kontynentu w falach Oceanu Indyjskiego? Nie wykluczone, ale raczej nie. Natomiast sądzę, że wyspa ta – podobnie jak Atlantyda, dzisiejsza Islandia, archipelag Galapagos czy Hawaje – znajdują się na szczytach bijących z wnętrza Ziemi pióropuszach magmy, które z jakiegoś powodu zaginęły lub się przemieściły. I Atlantyda, Lanka i Pacyfida z dnia na dzień zapadły się w oceanie, co doskonale pasuje do opisu Platona.

Ale to już temat z innej ballady.   


Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Madagaskar oddzielił się od Afryki ok. 88 MA temu.
[2] Indie oddzieliły się znacznie wcześniej, bo w środkowej Jurze – 160 MA i zderzyły się z Azją 55 MA temu.
[3] Wyspa Księcia Edwarda, (S 46°54′45″ - E 037°44′37″).
[4] Jak to obecnie ma miejsce w Wielkim Rowie Afrykańskim.

poniedziałek, 22 maja 2017

Światła w oceanach (2)




 Świecący fitoplankton  z wysokości orbity (ESA)

A co na to inni?

Na stronie GoogleEarth można wyczytać, że:

W powieści Juliusza Verne’a pt. „20.000 mil podmorskiej żeglugi” z 1870 roku, statek podwodny „Nautilius” spędził pewną część z przebytych przezeń lig[1] płynąc poprzez mleczne morze. Zbieżności pomiędzy jego fikcyjnym opisem w książce a znanymi faktami musiały wziąć się z autentycznego doniesienia i tak się mają do wydarzeń z 2008 roku:
·        Nasza obserwacja i opis Verne’a miała miejsce w dniu 27 stycznia, w odstępie ponad 100 lat;
·        Narrator u Verne’a – prof. Pierre Aronnax – mówi o statkach podróżujących poprzez mleczne morze na dystansie 40 mn. Nasze obserwacje mówią o plamie światła o długości ponad 100 mi/160 km i pokrywającej akwen o powierzchni 15.000 km² - czyli o powierzchni Hawaii.
·        W powieści mówi się o niemożliwej do przeliczenia ilości mikroorganizmów (infusorii, wymoczków) która tam się mogła znajdować, jednak my szacujemy ich ilość na 4 x 10²², czyli 40 billionów trylionów bakterii na tym akwenie.
Liczby te są niemal całkowicie niemożliwe do zrozumienia i ogarnięcia intuicyjnego, ale dla porównania jest to taka sama ilość, jak ilość bakterii zamieszkująca górną 200 metrową strefę CAŁEGO Wszechoceanu, i 100 razy więcej, niż szacowana ilość WSZYSTKICH bakterii w wodach omywających szelf kontynentalny. (Whitman i in., 1998)
Innymi słowy mówiąc, jest to liczba wszystkich ziaren piasku, która mogłaby pokryć całą Ziemię warstwą grubą na 10 cm!

To się nazywają liczby astronomiczne!
I jeszcze jedno źródło na temat tego fenomenu:

Największy na świecie akwen bioluminescencyjny miał wielkość stanu Connecticut i nauka nie znała go przed 2005 rokiem. Znane jako „Morze Mleka”, które od długiego czasu było znane jako morska legenda marynarska. Ukazuje się ona nawet w powieści Julesa Verne’a „20.000 mil podmorskiej żeglugi”.
- Nazywają to morzem mleka – wyjaśniłem – to wielka ilość białych bałwanów  często widocznych u wybrzeży Ambouna i na tych wodach tego morza... ich białość jest spowodowana przez miriady wymoczków – rodzaju świecących małych robaczków.
Oprócz historii o rozległym oceanie, który świeci, społeczność naukowa generalnie zignorowała tą historię, bo wielu sądzi że koncentracja tylu bakterii na tak rozległym akwenie jest niemożliwa. Zatem uczony o nazwisku Steven Miller postanowił to sprawdzić.
Poszukując odnotowanych informacji o tym fenomenie w Internecie, odkrył on dziennik okrętowy z SS „Five”, w którym zapisano o przepłynięciu przez ocean mleka w 1995 roku. Przypuszczając, że akweny te nie były zbyt duże, albo że ich świecenie nie było zbyt silne, by wykryły je satelity – Miller przy pomocy Steve’a Haddocka załatwił sobie wgląd do archiwum  US Defense Meteorological Satellite Program z nocy, w której załoga SS „Lima” odnotowała ten fenomen. Kiedy porównano je ze współrzędnymi odnotowanymi przez SS „Five”, wtedy zobaczyli duży obszar świecącego oceanu u Rogu Afryki.
Jak się uważa, było to spowodowane przez świecące bakteria z gatunku Vibrio harveyi na wielkim obszarze o powierzchni ponad 15.400 km² i widocznego z satelity przez trzy noce pod koniec stycznia. Pozostaje niejasnym, jak to się stało, ze taka wielka ilość bakterii mogła istnieć.
Mleczne morze przydaje prawdy powieści Juliusza Verne’a i różnym maszynom i innym wynalazkom, statkowi podwodnemu, itd. itp. Czy będzie jeszcze więcej prawdy w powieści Julesa Verne’a czekającej na odkrycie? Źródło - http://www.apakabardunia.com/2015/12/lautan-luas-yang-menyala.html


Fenomen świecącego wiru wodnego o średnicy 100 mi/160 km, zaobserwowany na akwenie na południe od Przylądka Dobrej Nadziei przez satelitę w 2011 roku (NASA)

i dalej:

Mleczne morza są niezwykłym fenomenem, który był obserwowany przez marynarzy przez stulecia, ale który jest pomijany przez uczonych. Polega on na tym, że ocean świeci od horyzontu po horyzont jednolicie białym, mlecznym światłem. Chociaż źródło tego światła nie jest dokładnie zbadane, najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest to, że spowodowane to jest przez kolonie bioluminescencyjnych bakterii. Dinoflagellatae, które powodują tzw. „czerwone przypływy”, świetliste fale i iskrzące kilwatery za statkami, muszą być fizycznie stymulowane by zaczęły produkować błyski światła. Ale ten rodzaj świecenie nie daje się porównać do tego, który widzimy w mlecznych morzach. Z drugiej strony, bakterie może świecić światłem ciągłym w normalnych warunkach.
Ważną częścią powyższego wyjaśnienia jest wzmianka o normalnych warunkach. Bakterie potrzebują osiągnąć bardzo wysoką koncentrację rzędu 108 komórek/ml w celu zakumulowania związków chemicznych, które indukują wytwarzanie światła, i wielu uczonych jest przekonanych, że taka koncentracja nie zdarza się w naturalnych warunkach. Najbardziej znanym gatunkiem bakterii świetlnych jest Vibrio harveyi, który znajdował się w umiarkowanych koncentracjach w świecących wodach Oceanu Indyjskiego (Lapota i in., 1988) Dopóki nie zbierzemy próbek wody z mlecznego morza, dopóty będziemy tylko się domyślać i spekulować czy chodzi właśnie o koncentrację właśnie tych bakterii.
Niemniej jednak, jesteśmy przekonani że rzadkie zdarzenia i ograniczony zasięg geograficzny tego fenomenu, który być może zależy od specjalnych okoliczności, które prowadzą do powstania takich kolonii bakterii. Ostatecznie „czerwone przypływy” powstają w warunkach, kiedy gęstość bakterii przewyższa 1000 razy gęstość komórek, która panuje w wodzie w  normalnych warunkach. Dlaczego więc nie ma „błękitnych przybojów” świecących bakterii nawet gdy sprzyjają temu kombinacje warunków pokarmowych, tlenowych i temperaturowych?
Światło mlecznego morza jest czasem opisywane jako białe, ale w rzeczywistości jest ono niebieskie. Wynika to z właściwości percepcyjnych ludzkiego oka, które nie rozróżnia precyzyjnie wszystkich kolorów. […]
Dane satelitarne zostały zebrane od dnia 25.I.1995 roku. W doniesieniu ze statku z tej samej nocy, kapitan meldował o żegludze w morzu mleka i potem znalazł się na jego drugiej stronie w… 6 godzin później. Pozycje, które on podał zgadzały się z danymi z satelity. Ten fenomen był obserwowany także w dniach 26 i 27 stycznia.
I chociaż opublikowane doniesienia o mlecznych morzach są rzadkie, to są one widziane o wiele częściej, niż się o tym pisze. Chcemy, by ludzie odważyli się powiadamiać nas o swych doświadczeniach z tym zjawiskiem (od 1992 roku), bowiem możemy sprawdzić je dzięki zapisom z satelitów tych najnowszych obserwacji.   

CDN.     


[1] W oryginalnym tytule jest mowa o ligach, a zatem „Nautilius” przebył nie 20.000 ale 60.000 mil, bowiem 1 liga = 3 mn = ok. 5,56 km.

piątek, 14 października 2011

OSTRZEŻENIE PRZYSZŁO Z MORZA







Wiktoria Leśniakiewicz

Wszyscy mamy w pamięci straszliwe trzęsienia ziemi w Turcji i Indonezji. Wszyscy pamiętamy straszliwe fale tsunami atakujące morskie brzegi Oceanu Indyjskiego i miażdżące swym słonym, wielotonowym i śmiertelnie chłodnym uściskiem ludzi i ich wytwory: domy, samochody, łodzie i statki... Setki tysięcy zabitych, miliony przerażonych i płaczących za swymi bliskimi. Tak było w przeszłości. Tak jest i teraz. Mimo straszliwych strat i tysięcy ludzkich trupów nadal skąpi się na stworzenie sieci urządzeń ostrzegawczych przed podwodnymi wstrząsami podziemnymi i falami tsunami.

Od potwornych uderzeń fal nie ucierpiały tylko zwierzęta. One jedne wiedzione instynktem odpowiednio wcześniej wiedziały o mającym nastąpić kataklizmie i ze znacznym  wyprzedzeniem opuściły zagrożone rejony. Gdyby ludzie posłuchali ich ostrzeżeń, nie zginąłby nikt i zamiast straszliwej hekatomby, straty ograniczyłyby się tylko do sfery materialnej. A tak...

Chciałabym wam dzisiaj opowiedzieć o tym, co się mi przydarzyło w egipskim kurorcie Hurghada, w czasie moich wakacji w lipcu 2006 roku. Ot, lazur nieba, piasek sepią malowany, leniwie przelewające się turkusowe morze przetykane tu i ówdzie lapis lazuri. W dali majaczący zarys wyspy w poświacie écru, nad nami majestatyczne palmy – dumne strażniczki plaż wyznaczające ich granice, a ściślej granicę między lądem a Wszechoceanem. Morzem z bajecznie kolorową fauną. Ta żywa feeria barw przyciąga jak magnes ludzi złaknionych bądź to ekstremalnych, bądź to estetycznych wrażeń, jak by to nie było w regionie zaliczanym do jednej z kolebek ludzkiej cywilizacji. Nawiasem mówiąc, aż dziw bierze, jak mało motywów zdobniczych tych cudów Natury widać na ścianach świątyń, grobowców, na zwojach papirusu czy biżuterii. Czyżby ich świat i jego poznanie ograniczał się li tylko do stałego lądu – pięknego, surowego wzbudzającego z jednej strony zachwyt, zaś z drugiej niewytłumaczalny lęk i pokorę wobec majestatu Przyrody. Ale nie o tym teraz mowa, a o spokoju, senności i monotonii plażowania.

Przez niemal półtora tygodnia miałam okazję obserwować Morze Czerwone i to z obu brzegów – afrykańskiego i azjatyckiego. Morze było spokojne, leniwe fale muskały plażę, rozbawione kolorowe rybki ufnie podpływały do kąpiących się plażowiczów, podjadały jakieś rzucone im okruchy jedzenia – ot, takie sobie akwarium, o wielkości całego morza. Pobliska wyspa nabierała pewnej zjawiskowości, gdyż niemal przez cały czas spowita była delikatnym muślinem tajemniczej mgiełki.

Ostatnie trzy dni były jednak jedna wielką księgą zdziwień. Około trzeciej po południu zaczął się gwałtowny przypływ, spienione grzywy fal rozbryzgiwały się z łomotem o falochrony, kursujące stateczki spacerowe niebezpiecznie kołysały się na falach, wzmagał się huraganowy wiatr... Na godzinę, a może i dwie przed tym niespodzianym sztormem zdumiona obserwowałam, jak całe ławice ryb pośpiesznie zdążały z głębi morza w stronę brzegów i również do niewielkiej zatoki. Wieczorem wiatr ucichł, a nasza tajemnicza do tej pory wyspa, ukazała się w całej swej krasie. Powietrze było tak przejrzyste, że mogliśmy niemal policzyć na niej każde ziarnko piasku! Jednakże morze już do końca mojego pobytu nie pozostało tak spokojne, jakim go zastałam przed dwoma tygodniami. Rytuał żywiołu powtarzał się codziennie: przerażenie ryb, wiatr i sztorm, a tymczasem na pustyni – martwa cisza. Absolutny sztil! Zjawiska te kojarzyłam z niemal identycznymi, jakie dane mi było oglądać trzy lata temu na brzegach Morza Śródziemnego, ale w Turcji: najpierw spokojne, leniwie oddychające masy wodne, potem wielki niepokój wśród ryb, a następnie sztorm i... wieść o podwodnym trzęsieniu ziemi i wybuchu wulkanu.

Nic dodać, nic ująć – nie ma lepszych sejsmografów od naszych Braci Mniejszych, którzy swym rozpaczliwym zachowaniem wysyłają i nam sygnały ostrzegawcze. Wystarczy się im tylko przyjrzeć i uwierzyć! – uwierzyć na nowo. A tak, bo oszołomieni cywilizacją zupełnie zatraciliśmy kontakt ze zwierzętami, zapomnieliśmy rozumieć ich mowę i gesty, jakie często rozpaczliwie wysyłają w naszą stronę. Zatraciliśmy także nasz własny instynkt samozachowawczy, w który wyposażyła i nas Natura...

Ba! – tylko jak usłyszeć jego delikatny szept, gdy nad nami słychać ryk silników odrzutowców, a obok dymią spalinami motorówki, albo kiedy na plaży dudnią przez megafony najnowsze przeboje światowych estrad (niestety, nie tych najwyższych lotów)? Trzeba dużo silnej woli i determinacji, by się zamknąć na tą całą komercję i w zadumie pochylić nad spłoszoną czymś w odmętach małą rybkę – nawet jeżeli nie jest ona Złotą Rybką. Dodam do tego jeszcze tylko tyle, że w dwa dni później straszliwe trzęsienie ziemi i uderzenia fal tsunami spustoszyły wybrzeża Jawy.

Co właściwie widziałam? Wydaje mi się, że wyjaśnienie tego fenomenu jest stosunkowo proste. Kataklizm ten został spowodowany przez nagłe ruchy dna morskiego, które zostały poprzedzone seriami lekkich wstrząsów, które zaś spowodowały powstanie ultra- i infradźwięków – niesłyszalnych dla ludzi, ale doskonale słyszalnych i wyczuwanych przez zwierzęta morskie. Woda jest ich doskonałym przewodnikiem, z czego korzystają wszystkie walenie posługujące się sonarem biologicznym, który pomaga im orientować się w wodnych przestrzeniach. Mało tego – woda stanowi doskonały kanał przesyłu modulowanych sygnałów ultradźwiękowych, które niosą się pomiędzy termoklinami na tysiące mil... Z tego kanału łączności korzystają niektóre wieloryby.

Jak widać z mapki, Morze Czerwone stanowi rozpadlinę (tzw. graben) pomiędzy Afryką a Arabią, środkiem której przebiega granica dwóch płyt: Afrykańskiej i Arabskiej, a przebiega ono całą długością Morza Czerwonego – od Zatoki Adeńskiej i cieśniny Bab-el-Mandeb do Zatoki Akaba. Granica ta biegnie dalej na północ przez cały Izrael i Liban do Syrii, gdzie łączy się z granicami innych płyt. Dlatego ten rejon Ziemi jest tak niespokojny, że wspomnę tylko straszliwe trzęsienia ziemi w Turcji, Iranie i Armenii. Nie muszę przypominać, że trzęsienie ziemi, które niedawno spustoszyło Izmit (Turcja) zostało spowodowane przez 10 próbnych eksplozji nuklearnych na pustyni Thar w pakistańskim i hinduskim Radżastanie...

A zatem mogę stwierdzić, że trzęsienie ziemi i straszliwe tsunami z dnia 17 lipca 2006 roku mogło być przewidziane dzięki monitoringowi zachowania się ryb i innych zwierząt morskich, i to z odległości kilku tysięcy kilometrów! Niestety, jak dotąd nikt nie bierze takich oznak tych kataklizmów na poważnie i spirala śmierci wciąż się rozkręca. Jak długo jeszcze?

niedziela, 26 czerwca 2011

Powrót… poprzez 50 milionów lat










Wadim Ilin


Gdybyśmy 200 milionów lat (MA) temu zagłębili się w toń wodną, to moglibyśmy zobaczyć najzwyklejsze w świecie ryby, jakie dzisiaj zamieszkują w naszych wodach. Od tamtych czasów te zwierzęta w zasadzie się niewiele zmieniły. O tym i innych fenomenach ewolucji traktuje artykuł Wadima Ilina, zamieszczony na łamach czasopisma „Tajny XX wieka” nr 14/2011, ss. 18 – 19.

W podręcznikach zoologii, z których uczniowie z ZSRR uczyli się w latach 40. i 50. XX wieku, mówi się o tym, że na pewnych stadiach ewolucji życia na Ziemi, a szczególnie w czasie Ery Paleozoicznej, na granicy Karbonu i Permu (granica C/P) w zbiornikach wodnych pojawiły się pierwsze ryby kwastopłetwe (trzonopłetwe) – celakanty.[1] Doszło do tego około 300 MA temu, a dziesiątki MA zanim na Ziemi pojawiły się dinozaury.

Celakanty istniały na przeciąg 250 MA praktycznie w niezmienionym kształcie, o czym świadczy wiele znalezisk ich skamieniałych szkieletów w różnych warstwach skorupy ziemskiej. Rysunki takiego szkieletu zostały zamieszczone w tym podręczniku. A około 50 MA wszystkie celakanty wymarły i na zawsze znikły z powierzchni Ziemi (wiek ostatniego znalezionego odcisku szkieletu celakanta wynosi 70 MA). Tak podawały podręczniki i tak sądziła ówczesna nauka.

Niezwykła zdobycz młodej lady

W roku 1938, w portowym mieście East London na wschodnim wybrzeżu Południowej Afryki znajdowało się muzeum, które prowadziła młoda, ale bardzo energiczna Miss Marjorie Courtenay-Latimer. Od samego początku swej pracy całe swe siły skoncentrowała na stworzeniu ekspozycji mówiących o życiu w tych krajach. Widząc, że głównym zajęciem miejscowych jest rybołówstwo, zaznajomiła się z kapitanami i szyprami trawlerów i kutrów, zarażając ich entuzjazmem w poszukiwaniach nowych gatunków i rzadkich egzemplarzy stworzeń morskich. Rybacy wyciągali z sieci różne nieznane stworzenia i przekazywali je pannie Latimer.

Rankiem, 22 grudnia 1938 roku, panna Latimer odebrała telefon od firmy rybackiej Irvin & Johnson Co., którzy powiadomili ja o tym, że jeden z trawlerów zostawił dla niej niezwykłego „gościa z morza”.

Na pokładzie trawlera leżał świeży odłów, w którym m.in. znajdowały się zwykłe rekiny, ale pod nimi Miss Latimer ujrzała dużą, dziwną, niebieską rybę o mocnej łusce i niezwykłych płetwach. Poprosiła więc o wyciągnięcie z kupy ryb tej niezwykłej zdobyczy.[2]

Lady Latimer nie widziała w swym życiu czegoś podobnego do tego stworzenia. Ten kolor, te płetwy, ta łuska, pysk niezwykłego kształtu… Każda płetwa składała się z oddzielnych płetewek jakby zebranych w kiść, zaś ogon był zakończony trójkątną płetwą. Na pytanie, czy zdarzało się złowienie takiej ryby szyprowi, który ja przywiózł, staruszek odpowiedział, że jak łowi na tych wodach 30 lat, to jeszcze tak niezwykłej ryby z rękami jak u człowieka nie złapał.[3]

Rybę zmierzono i zważono – miała około półtora metra długości i 57,5 kg wagi. Poza tym pewien fotograf-amator na prośbę Lady Marjorie wykonał serię zdjęć, ale zgodnie z zasadą złośliwości rzeczy martwych, okazało się, że film był już prześwietlony… Ryba była nieżywa już kilka godzin, a pogoda wręcz letnia i żar lał się z nieba, jej ciało zaczęło się rozkładać wydając dziwne fetor, wcale nie podobny do zapachu gnijących ryb. Wszystkie wnętrzności eksponatu trzeba było wyrzucić.

„Pomóżcie sklasyfikować!”

Przejrzawszy jakieś atlasy ryb, Miss Latimer nie znalazła w nich żadnych danych, które pozwoliłyby jej na sklasyfikowanie istoty, która tak niespodzianie wpadła jej w ręce. Zatem wykonała ona normalne w takich warunkach czynności: dokonała niezbędnych pomiarów, wykonała rysunki i poprosiła przewodniczącego rady naukowej muzeum o pozwolenie na opisanie tego znaleziska.

Jednocześnie panna Latimer wysłała list do znanego uczonego – ichtiologa, profesora college’u w Grahamstown i swego znajomemu dr Jamesowi L. B. Smithowi. Opisała ona w nim zagadkową rybę i załączyła do tegoż listu jej rysunek.

A oto tekst tego listu:

East-London, RPA
23 grudnia 1938 r.

Szanowny Doktorze Smith,

- w dniu wczorajszym przyszło mi zaznajomić się z całkowicie niezwykłą rybą. Dowiedziałam się o niej od szypra rybackiego trawlera, natychmiast udałam się na statek i po oględzinach przekazałam ja naszemu preparatorowi. Jednocześnie wykonałam dokładny rysunek tej ryby. Mam nadzieję, że pomoże mi Pan zidentyfikować tą rybę.

Jest ona pokryta mocną łuską stanowiącą doskonały pancerz, płetwy przypominają kończyny pokryte łuskami aż do samych skórzastych promieni. Każdy promień kolącej płetwy grzbietowej jest pokryty maleńkimi, białymi szypami. Zaznaczyłam je czerwonym atramentem.

Byłabym nad wyraz wdzięczna, gdyby Pan wyraził swoja opinię, choć doskonale rozumiem, że trudno jest powiedzieć cokolwiek pewnego na podstawie takiego opisu.

Z serdecznymi pozdrowieniami – Marjorie Courtnay-Latimer

Nie profesorze, pan się nie myli

A oto jak opisuje swoją reakcję na ten list sam prof. Smith:

W dniu 3 stycznia 1939 roku, jeden z naszych przyjaciół przyniósł nam z miasta wielki pakiet poczty – najwidoczniej z świątecznymi i noworocznymi życzeniami. Rozłożyliśmy pocztę i zaczęliśmy czytać – każde swoje listy. Pośród moich listów poświęconych, jak zwykle, wędkowaniu i rybom znalazł się list ze stemplem muzeum w East London – i od razu poznałem pismo Miss Latimer.

Pierwsza stroniczka listu miała charakter prośby o pomoc w klasyfikacji. Obróciłem stronę i spojrzałem na rysunek. Dziwne… To nie było w ogóle podobne do jakiejkolwiek ryby znanej z mórz na całym świecie… W ogóle do jakiejkolwiek znanej mi ryby. To wyglądało jak jakiś płaz. I nagle jakby mi w mózgu eksplodowała jakaś bomba: naraz zza listu i rysunku ukazało się wyobrażenie dawnych mieszkańców Wszechoceanu – ryb, które już od dawna nie istnieją, które żyły w dawnej przeszłości i znane są nam tylko z wykopalisk i skamieniałości.

Tylko nie zwariuj – przykazałem sobie. Jednak uczucia stały w sprzeczności ze świadectwem oczu. Nie mogłem oderwać ich od szkicu, usiłowałem domyśleć się tego, co było w nim najważniejsze. Huragan burzliwych myśli i uczuć przesłonił mi wszystko.
- Na Boga, co się stało? – zapytała mnie żona.
Spojrzałem jeszcze raz na list i rysunek, a potem powoli odrzekłem:
- To jest list od Miss Latimer, i o ile się nie mylę, to ona właśnie odkryła coś, czego nie powinno już od dawna być na Ziemi. To mnie całkiem zbiło z tropu, bo przecież wygląda na to, że jest to bardzo stara ryba, która – jak się szacuje – wygasła przed milionami lat…

Profesor nie mylił się. To faktycznie była dawna ryba trzonopłetwa, celakant, która ponoć od dawien dawna była wymarła. I onże sam, i Miss Latimer uwierzyli swoim oczom tylko po dokładnym zbadaniu tego, co pozostało po tym ichtiologicznym cudzie. A potem postanowili powiadomić publiczność o swoim odkryciu. Celakant został złowiony na głębinie w pobliżu ujścia rzeki Chalumna i dlatego dr Smith postanowił nadać jej łacińską nazwę od imienia odkrywcy, który ją pierwszy opisał i miejsca, w którym ją złowiono – i tak nadano jej nazwę Latimeria chalumnae. I pod taką nazwą – latimeria – zwierzę to stało się znane całemu naukowemu światu.

One żyją i się mnożą

Informacja o sensacyjnym odkryciu spotkało się z różnymi odczuciami. Część społeczności naukowej przywitała go z zadowoleniem i gratulowała prof. Smithowi i Lady Marjorie. Ale byli też 9i tacy, którzy wątpili w prawdziwość odkrycia i kompetencję profesora, posądzając go wręcz o oszustwo. Na rękę sceptykom było to, że złowiono tylko jeden – jedyny egzemplarz latimerii, i nie patrząc na wszystkie badania – przydałoby się wyłowić choć jeszcze jeden egzemplarz, tymczasem przepadła ona jak kamień w wodę.

Dopiero po upływie 14 lat, przedsiębiorca połowowy i właściciel szkunera rybackiego Eric Hart, który został przyjacielem prof. Smitha i Miss Latimer, złowił jeszcze jedną, półtorametrową latimerię. Miało to miejsce w dniu 20 grudnia 1952 roku, u wybrzeży wyspy Pamanzi z archipelagu Komorów, wysp leżących na Oceanie Indyjskim pomiędzy północnym cyplem Madagaskaru a kontynentem afrykańskim.

Na przestrzeni kolejnych 8 lat, rybakom udało się wyłowić jeszcze 16 latimerii o długości od 109 do 180 cm i wadze od 19,5 do 95 kg. Wszystkie one wyłowiono na wodach przybrzeżnych Komorów, z głębokości od 150 do 390 m. Tak więc zostały obalone twierdzenia zatwardziałych sceptyków, że stworzenia te wymarły 50 czy jak wolą inni 70 MA temu, a wręcz na odwrót – udowodniono, że żyją one do dnia dzisiejszego i mają się dobrze. Potem złowiono w tamtym akwenie jeszcze około 100 osobników. Rząd Komorów uznał latimerie za dobro narodowe, zaś w roku 1992 tą „żywą skamielinę” wyłowiono także u wybrzeży Mozambiku.

A jednak sensacyjne wieści związane z celakantami się jeszcze nie zakończyły. W jednym z numerów amerykańskiego magazyny „Fate” z roku 1999 pojawiła się notatka, z której wynika, że 1998 roku po upływie 60 lat od złowienia pierwszego okazu latimerii, odkryto nowe pokolenie celakantów zamieszkujące akweny odległe od Afryki o 6000 mil – przybrzeżne wody Indonezji…

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©         

  

       

    



[1] Trzonopłetwe (Crossopterygii) – drapieżne ryby kostnoszkieletowe o płetwach osadzonych na długich trzonach o strukturze pięciopalczastej. W zapisie kopalnym są znane od dolnego dewonu (około 400 mln lat temu). Występowały w wodach morskich i w zbiornikach słodkowodnych. Osiągały około 1,5 m długości. Do czasów współczesnych przetrwały jedynie Coelacanthimorpha, do których należy latimeria. Klasyfikacja trzonopłetwych ulegała wielu zmianom, klasyfikowano je m.in. w randze podgromady ryb kostnoszkieletowych lub – razem z dwudysznymi – jako dwie podgromady mięśniopłetwych. Obecnie takson Crossopterygii nie jest używany, a zaliczane do nich latimerie umieszczono w rzędzie celakantokształtne (latimeriokształtne) włączonym do gromady mięśniopłetwych – Wikipedia.
[2] Złowiony okaz mierzył 1,5 m długości i ważył ok. 60 kg. Długość ciała największych osobników dochodzi do 2 m przy masie kilkudziesięciu, maksymalnie 95 kg. Ciało stalowoniebieskie z jasnymi plamami osłonięte jest dużymi, okrągłymi łuskami pokrytymi kosminą. Płetwy parzyste osadzone są na silnych trzonach. W budowie wewnętrznej zachowało się wiele cech zbliżających latimerie do ryb chrzęstnoszkieletowych, m.in. podobny system regulacji ciśnienia osmotycznego, spiralny fałd zwiększający powierzchnię chłonną jelita oraz w większości chrzęstny szkielet, tylko częściowo skostniały. Pęcherz pławny latimerii osłania tkanka tłuszczowa – Wikipedia.
[3] W roku 1938 roku, przed świętami Bożego Narodzenia u wybrzeży RPA szyper trawlera Hendrik Goosen złowił jedyny okaz w pobliżu miasta East London do zarzuconej sieci w pobliżu ujścia rzeki Chalumna do Oceanu Indyjskiego. Złowioną rybę odkupiła Marjorie Courtenay-Latimer – kustosz w nowootwartym East London Muzeum w East London. Po zrobieniu szkiców przekazała rybę do spreparowania konserwatorowi w tamtejszym muzeum. Następnie wykonany przez siebie szkic przesłała do Uniwersytetu Rhodes w Grahamstown, do profesora chemika Jamesa Smitha. Z zamiłowania był on znanym i cenionym autorytetem z zakresu wiedzy o ichtiologii – Wikipedia.