Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofy naturalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofy naturalne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 września 2019

Tsunami na Bałtyku


Tsunami i powódź w Kanale Bristolskim w 1607 roku


Stanisław Bednarz


Nadmorskie Darłowo 16 września 1497 roku zmagało się z falą tsunami nazwana niedźwiedziem morskim. Morska fala wdarła się w głąb lądu…

Nikt nie spodziewał się, że wrzesień roku pańskiego 1497 będzie cezurą, dzielącą historię miasta na dwa okresy. Bogusław X, ówczesny władca, udał się na pielgrzymkę do Ziemi Świętej pozostawiając żonie – księżnej Annie, córce polskiego króla Kazimierza Jagiellończyka opiekę nad krajem.

Był 16 września 1497 roku gdy od strony Bałtyku dochodziły „pomruki” ów niedźwiedzia, będące w rzeczywistości wybuchami metanu pod dnem morza. Nie był to jednak zwykły sztorm, fale w pewnym momencie zalały całe Darłówko i płynęły dalej w głąb lądu. Fala, która dotarła do miasta położonego trzy kilometry od wybrzeża miała trzy metry wysokości (łącznie poziom wody musiał podnieść się o około 20 metrów).

Kronikarz z darłowskiego klasztoru kartuzów opisał te wydarzenia:
Sztorm zerwał się w piątek, ósmego dnia po narodzinach Maryi 1497 roku i trwał do późnego wieczora, wywołując powódź. W Darłówku zostało zniszczone całe nabrzeże portowe. Woda wyrzuciła na ląd 4 zacumowane w porcie statki. Prawie wszystkie domy zostały rozmyte i potonęło wszystko bydło. Ucierpiało również Darłowo: w spichlerzach było pełno wody, w kościele parafialnym spadła część dachu z wieży. W klasztorze woda stała do wysokości ołtarzy, sad mnichów został zniszczony, a ich piwo i wino było tak zepsute, że ich nie chciał nikt pić.

Dzięki szybkiej reakcji rady miasta i księżnej Anny nie ma wzmianek o ofiarach w ludziach. Samo miasto odbudowywało się jednak aż 20 lat, zaś Darłówko trzeba było niemal na nowo założyć. Doktor Andrzej Piotrowski z Instytutu Geologicznego uznał, że to musiało być tsunami, a opisywany w relacjach ryk niedźwiedzia towarzyszący zjawisku – był wybuchem uwolnionego metanu, zalegającego południowe obszary Bałtyku. Obliczono, że tylko eksplozja metanu mogła być na tyle silna by wytworzyć falę, która gwałtownie wyrzuciła zacumowane w porcie cztery statki o prawie cztery kilometry dalej, w tym jeden pod wzgórze Kopa o wysokości 22 m n.p.m. Dziś w tym miejscu stoi wzniesiony jeszcze w I połowie XIV wieku kościół p.w. Świętej Gertrudy. Dla upamiętnienia tej katastrofy corocznie, 17 września, rusza stąd procesja pokutno-błagalna ulicami Darłowa.

Pokłady klatratów metanowych we Wszechoceanie (NOAA)

Moje 3 grosze


Cała ta historia wydaje mi się wielce podobna do innego wydarzenia, które miało miejsce w Anglii i które opisano już na stronie - https://wszechocean.blogspot.com/2017/02/powodz-w-kanale-bristolskim-w-1607-roku.html, a temat ten poruszony został także w tym materiale: https://wszechocean.blogspot.com/2013/01/jeszcze-jeden-straszak.html
Nie sądzę jednak, by za te tsunami była odpowiedzialna erupcja klatratów metanowych. Oto dlaczego:
Naturalne hydraty metanu na Ziemi występują licznie na szelfach kontynentalnych i w wiecznej zmarzlinie, gdzie woda jest ogólnie dostępna. Metan pochodzi z dwóch źródeł – powszechnej fermentacji anaerobowej lub mniej rozpowszechnionych ekshalacji termogenicznych. Klatraty z pierwszego źródła zawierają niemalże czysty metan bogaty w lekki izotop węgla 12C*. W drugim przypadku zróżnicowanie składu chemicznego i izotopowego gazów jest znacznie większe.
Globalnie hydraty metanu tworzą się poniżej strefy stabilności hydratów gazu GHSZ (ang. Gas Hydrate Stability Zone), która w zależności od temperatury rozciąga się od głębokości poniżej ok. 300 m w wodach arktycznych do 1100 m w głąb sedymentu, choć odnaleziono złoża występujące już na głębokości 60–100 m. W wiecznej zmarzlinie hydraty metanu są stabilne od 150 do 2000 m pod powierzchnią.
W związku z ociepleniem klimatu rozpatruje się potencjalne zagrożenia, jakie stwarzają klatraty. Metan jest gazem cieplarnianym, którego zdolność zatrzymywania ciepła (potencjał cieplarniany) jest dwudziestokrotnie większa niż w przypadku dwutlenku węgla. Uwolnienie się go ze złóż hydratów, które zawierają szacunkowo 3000 razy więcej metanu niż wynosi jego ilość w atmosferze ziemskiej, znacząco podniosłoby temperaturę na Ziemi. Podejrzewa się, że zwiększenie stężenia metanu spowodowało gwałtowne podwyższenie temperatury o 7 °C w późnym paleocenie 55 mln lat temu, co doprowadziło do wyginięcia wielu gatunków organizmów morskich. Paleobiolodzy z Instytutu Paleobiologii PAN wysunęli hipotezę, że klatraty metanu odpowiadają za większość gwałtownych zmian klimatu w historii Ziemi.
Innym zagrożeniem mogą być wywołane przez osunięcia fale tsunami. Około 6100 lat p.n.e. rozpad złóż klatratów doprowadził do przesunięcia się do Morza Norweskiego masy skał ze stoku kontynentalnego o objętości ocenianej na 5300 km³ o 800 km, co wywołało potężną falę. Jej efekty są do dzisiaj zauważalne na północy Anglii. Zagrożone są między innymi Bahamy, które od wschodu opadają stokiem 5000 m w głąb oceanu, przy czym klatraty są utrzymującym je spoiwem.
Zagrożenie wynika z ocieplenia wody oceanicznej, co może prowadzić do przekroczenia granicy stabilności. Przyczyną uwolnienia się metanu może też być zdestabilizowanie zasobów w wyniku prac wydobywczych, jednak jest to możliwe jedynie w szczególnych warunkach geologicznych.
Klatraty metanu stały się przyczyną niepowodzenia próby zablokowania wycieku ropy z platformy wiertniczej Deepwater Horizon w Zatoce Meksykańskiej w maju 2010 roku.

Tyle Wikipedia.

No właśnie – na Bałtyku raczej nie ma warunków, by powstały wielkie pokłady klatratów metanowych, choćby dlatego, że jest morzem płytkim i jego średnia głębokość sięga 50 m, a największa (Jama Landsort) – 459 m, a jednak coś musiało spowodować powstanie tych fal, które niszczyły całe miasta i porty na Bałtyku…

Tsunami na polskim wybrzeżu

·        Pierwszym z nich była legendarna wolińska Vineta w ok. X wieku n.e. Legenda głosi, że miasto zostało zalane przez potężne fale, które spowodowały jego zatopienie, jak platońską Atlantydę.

·        W 1497 roku potężne fale tsunami zmyły z powierzchni ziemi Darłówek i Darłowo, co wedle uczonych było efektem eksplozji pokładu klatratów metanowych spowodowanych wstrząsami ziemi o sile M4,5 w okolicach jeziora Vetter w Szwecji.
·        W 1757 roku wielkie fale uderzyły w Trzebiatowo…
·        …a w 1779 roku potężne fale uderzyły w Łebę i Kołobrzeg.
·        W 2004 roku doszło do trzęsienia ziemi w okolicach Kaliningradu. Siła wstrząsów wynosiła M5,3 jednakże tym razem nie było żadnych ekstrafal…
·         
Obszar Bałtyku jest obszarem pensejsmicznym, tzn. od czasu do czasu zdarzają się tam trzęsienia ziemi, co w połączeniu z odkładającymi się tam złożami metanowego lodu może spowodować powstanie fal tsunami. Dowodem na to są kratery poeksplozyjne na dnie Bałtyku.  

Tak więc do wszystkich niebezpieczeństw Bałtyku jakimi są zatopione BŚT, zatrucie wód głębinowych toksycznymi gazami powstałymi w procesie rozkładu materii organicznej: siarkowodorem – H2S, amoniakiem – NH3, dwutlenkiem węgla – CO2, skotolem – C9H9N, indolem – C8H7N, putrescyną – C4H12N2, kadaweryną – C5H14N2 oraz fosforiakiem – PH3 i difosfiną – P2H4, dochodzą jeszcze trzęsienia ziemi i ich efekty w postaci eksplozji pokładów klatratów metanowych a co za tym idzie – fal tsunami.

Jest jednak jedno małe ale, a mianowicie: w czasie obu wojen na Bałtyku toczyły się zacięte walki w czasie których używano torped i bomb głębinowych oraz konwencjonalnych. Eksplozje tychże powinny powodować zmiany ciśnienia wody poprzez fale uderzeniowe, które mogły powodować wstrząsy dna, a co za tym idzie – namiastkę trzęsień ziemi, co jednak nie powodowało eksplozji pokładów metanu… A powinno! Nie zaobserwowano żadnych wielkich fal na Bałtyku w czasie obu wojen światowych.


Czy w ogóle zaobserwowano takie zjawisko? Owszem, na akwenie Trójkąta Bermudzkiego, w Rowie Portorykańskim, gdzie w dniu 11.IV.1963 roku, o godzinie 13:30 AST/17:30 GMT z pokładu samolotu Boeing 707 lecącego z San Juan do Miami (inne źródła mówią o Nowym Jorku) z wysokości 10.000 m, na pozycji N 19°54’ i W 066°47’. Był to wydymający się nad wodę „kalafior” o rozmiarach 800 m średnicy i wysokości niemal 400 m!

Oczywiście piloci powiadomili władze, które skojarzyły sobie to wydarzenie z zatonięciem dzień wcześniej, 10 kwietnia 1963 roku,  amerykańskiego okrętu podwodnego z napędem nuklearnym USS Thresher (SSN 593) w Zatoce Maine, w pobliżu punktu określonego współrzędnymi N 41°46’ i W 065°03’, około 220 mn na wschód od przylądka Cod... Jednakże oba te miejsca dzieli znaczny dystans - ponad 1.500 mn, a zatem nie mogło to mieć związku z zatonięciem tego okrętu. Przynajmniej nie w tym sensie, w jakim się to przyjmuje, o czym później. Także wybuch jądrowy czy termojądrowy (np. reaktora trakcyjnego czy głowic ICBM lub HWT) pod wodą daje zupełnie inny obraz zjawiska. USS Thresher zatonął na głębokości 2.500 m. 

Teraz, w świetle tej hipotezy metanowej, można śmiało założyć, że to była właśnie tego rodzaju wybuchowa ucieczka gazowego metanu z dna oceanu. Całe zjawisko trwało ponoć 5 minut i szybko się uspokoiło.

Nawiasem, naprzeciwko Trójkąta Bermudzkiego, u wybrzeży Japonii znajduje się Morze Diabelskie, w którego otchłaniach odnotowano takie same zjawiska świetlne i akustyczne, jak w Trójkącie. Morze Diabelskie, a w szczególności akwen zwany Trójkątem Smoka, cieszy się równie paskudną sławą, jak Trójkąt Bermudów. Tutaj także giną statki i samoloty, a diabły porwały nawet statek badawczy, którego zadaniem było wyjaśnienie losów kilku innych statków, które zaginęły tamże – w okolicach archipelagu Bonin i Izu-Shotō rozciągniętych wzdłuż rowu oceanicznego Izu-Ogasawara, którego głębokość wynosi maksymalnie 10.340 m. I tutaj na dnie odkłada się metan. I tutaj może podnosić się metan w postaci „białych wód”, a złoża klatratów metanowych poruszonych trzęsieniem ziemi mogły wyzwolić się z dna oceanu potęgując fale tsunami. Tak najprawdopodobniej było pamiętnego dnia 11.III.2011 roku u wybrzeży Japonii! Wybuchowe uwolnienie się metanu mogło dać dodatkowego „dubla” głównej fali tsunami, lub spowodować jedną z kilku fal tsunami, które uderzyły w brzegi tego kraju. Nie pęknięcia osadów dennych, nie kumulacja czy soczewkowanie wstrząsów, ale właśnie eksplozja metanu…


Wygląda zatem na to, że istnieje jakaś inna przyczyna wybuchowego uwalniania się metanu z pokładów klatratów metanowych na dnie naszego morza. 

Ale jaka???

Tego właśnie nie wiemy.


wtorek, 11 grudnia 2018

Życie i śmierć bez tlenu

Atmosfera ziemska to cienka...

Xennia Baranowa


Pierwsze wzmianki o tlenie spotykamy w rękopisach chińskiego alchemika z VIII wieku – Mao Hao. W XVI wieku Leonardo da Vinci badał tlen, nie podejrzewając nawet, że jest on jednym z najcenniejszych pierwiastków chemicznych.

Wszystkim wiadomo, że tlen (O2) jest ważny nie tylko dla życia człowieka, ale także dla istnienia całej naszej planety. Na szczęście jest on na Ziemi w dostatecznej ilości: rośliny wytwarzają go każdego dnia. A teraz załóżmy, że tlen nieoczekiwanie znika z naszej planety – całkowicie. No nie, nawet nie musi znikać na zawsze. Wystarczy tylko 5 (pięć!) sekund, by przyjazny nam świat zmienił się nie do poznania.

I tak więc przedstawiamy waszej wyobraźni scenariusz najbardziej niszczącej i najkrótszej katastrofy naturalnej:


0,5 s (sekundy): oparzenia słoneczne


Pół sekundy bez tlenu to wystarczy, żeby zniszczyć największy z ludzkich organów – skórę. Ona poczerwienieje, pokryje się pęcherzami, a potem zapłonie. Czy ktoś będzie w stanie przeżyć coś takiego?

Ale zobaczmy z naszego punktu widzenia, co w takim przypadku zachodzi.
Wraz z tlenem naszą planetę opuści także ozon (O3), którego cząsteczka składa się z trzech atomów tlenu. Warstwa ozonowa chroni naszą planetę od słonecznego promieniowania ultrafioletowego – UVA, UVB i UVC. Pozbywszy się tarczy ochronnej, Ziemia zostanie wystawiona na pastwę niczym nieograniczonej słonecznej radiacji i jej powierzchnia rychło nagrzeje się do +1000°C i flora i fauna, a oczywiście także ludzie, po prostu spłoną.

...ale jednocześnie mocna tarcza ochronna przed meteoroidami...

1,8 s: woda wyparuje


Przedstawcie to sobie – w każdej chwili po morzach i oceanach świata płyną tysiące, dziesiątki tysięcy statków. Pod ich kadłubami znajduje się warstwa wody o grubości kilku kilometrów. Przypomnijmy – głębina największego rowu oceanicznego – Mariańskiego – sięga do 11 kilometrów, a nad jego dnem też pływają statki.

I oto nagle, w jednej chwili, cała woda zamienia się w jeden wielki kłąb pary. Statki spadają na dno z takiej wysokości, jaka jest głębokość akwenu na jakiej się znajdują. Mieszkańcy Wszechoceanu – począwszy od małych organizmów planktonowych a na płetwalach błękitnych skończywszy – znajdują się na suchej powierzchni dna.

W jakim przypadku może zajść coś takiego? Około 71% naszej planety jest pokryte wodą. Jak wiadomo cząsteczka wody składa się z dwóch atomów wodoru i jednego atomu tlenu: H2O. Bez tlenu woda przekształca się w wodór, który ulatuje do troposfery i wyżej. Cała – absolutnie cała - woda znika z planety – a to jest, proszę ja kogo – 1,5 mld km³!

Także znikają podziemne źródła wody, które są podobne do rur wodociągowych i teraz pustynie na Ziemi stanowią nie 29%, ale całe sto! Sucha, jałowa pustynia – przygnębiający widok…


2 s: zniszczenie DNA


I tak: z planety znikł cały tlen. Co się stanie z ludzkim organizmem w 2. sekundzie po tym wydarzeniu? Tam, gdzie przebiegały ważne metaboliczne procesy następuje chaos. Łańcuchy kwasu dezoksyrybonukleinowego – DNA – rozpadają się jak domki z kart, a krew stanie się ciemnobordowa. I wierzcie mi, kolor krwi to najmniejsze zło, jakie się stanie, kiedy tlen opuści nasze ciała. Im mniejszą ilością tlenu jest nasycona nasza krew, tym jest ona ciemniejsza. Bierze się to z czerwonego, zawierającego żelazo białka krwi jakim jest hemoglobina. Jego zadaniem jest związanie molekuł tlenu i roznoszenie ich po całym organizmie. Kiedy krew jest natleniona, wtedy jej barwa jest jaskrawoczerwona. O na odwrót, kiedy nie jest natleniona, wtedy jest koloru ciemnego.

Jeszcze ciekawszy obraz przedstawia sobą łańcuch DNA. On w 30% składa się z tlenu. Pierwiastek ten stanowi jeden z głównych pierwiastków w całej helisie DNA. A zatem, kiedy znika tlen, łańcuch DNA rozpada się na niteczki. A przecież DNA kontroluje syntezę białek, bez których niemożliwy jest proces przemiany materii i procesy życiowe natychmiast ustają. Człowiek umiera.


2,8 s: niebo przestaje być niebieskie


Każdego dnia patrzymy na niebo i czasami zadajemy sobie pytanie: czemu ono jest niebieskie? Czy zawsze tak było?

Przypomnijmy sobie szkolny kurs fizyki. Promienie słoneczne niosą ze sobą wszystkie kolory tęczy. Oddziałując na atmosferę Ziemi promienie te załamują się i rozpraszają. Każdy z siedmiu kolorów tęczy ma inną długość fal. Długość fal światła niebieskiego (420-440 nm) jest rozpraszana przez ziemską atmosferę. Należy tutaj przypomnieć, że atmosfera składa się z 78% azotu (N2) i 21% tlenu, który gra główną rolę dla życia na planecie, i domieszkę 1% innych gazów (CO2, gazy szlachetne).

Jednakże nie zawsze niebo było niebieskie. Dawno, dawno temu, jakieś 4 mld lat temu, atmosfera Ziemi składała się z wodoru (H2), helu (He) i niewielkiej ilości metanu (CH4). Pod koniec okresu formowania się planety, gazy wulkaniczne zmieniły skład atmosfery. W tym czasie składała się ona z dwutlenku węgla i pary wodnej. Molekuły tych związków chemicznych mają bardziej złożoną budowę i mogą załamywać inne długości fal świetlnych. I fale te mają już inny kolor – czerwony  (627-780 nm).

A teraz podsumowanie. Jak tylko atmosfera naszej planety zostanie pozbawiona tlenu, to niebo utraci swój kolor i pociemnieje, bowiem bez tego pierwiastka nie dojdzie do rozproszenia niebieskiego koloru w atmosferze. Ziemia będzie wyglądać jak Mars: cienka atmosfera i niemal czarne niebo…


3,8 s: wybuchy i eksplozje


Kiedy zdarza się awaria elektrowni jądrowej, to jej następstwa są straszne. Promieniowanie przenika w powietrze, wodę, glebę i organizmy istot żywych, w tym człowieka. Przykładami takiej strasznej sytuacji mogą być katastrofy w Czarnobylskiej EJ i Daiichi-Fukushima 1 EJ.

A teraz pomnóżmy to wszystko przez 434. Dokładnie tyle elektrowni nuklearnych pracuje na naszej planecie. I tak kiedy wyparuje cała woda, a będzie to miało miejsce już po upływie 1,8 s – jak to stoi powyżej – wszystkie systemy chłodzenia padną. Potem następuje niekontrolowana reakcja łańcuchowa: roztopienie się prętów paliwowych na blokach. A potem zostanie przekroczona masa krytyczna i nastąpi eksplozja jądrowa. Dokładniej 434 potężne eksplozje atomowe, jeżeli mówimy o skali planety!


3,9 s: ginie wszystko, co żyje


Ptaki już nie wzniosą się w niebo, rośliny uschły. Ulice są zawalone trupami. Po zniknięciu tlenu, wszystkie żywe organizmy odczuwają śmiertelny kryzys. Ale być może coś przeżyło. Coś, czemu tlen jest niepotrzebny. Powiedzmy wprost – cyjanobakterie.

Zrodzone w wodzie, posiadają umiejętność przekształcenia energii światła słonecznego w cukry proste z dwutlenku węgla i wody. I co najciekawsze, produktem ubocznym tego procesu jest ni mniej ni więcej tylko tlen. Szkoda, że nie może on już nikogo uratować. Także same cyjanobakterie nie są w stanie wyżyć, bowiem – jak wiemy – cała woda rozłoży się i zniknie w 1,8 s wcześniej…


4,2 s: nawet beton nie jest wieczny


Wyobraźmy sobie następujący obrazek. Jakiś budynek a w nim pomieszczenie. Z sufitu zaczynają spadać małe kamyczki. Potem tam pojawia się niewielka szczelinka, która się powiększa. Szkła okienne rozpadają się na tysiące drobnych odłamków i pokrywają podłogę. Dach się załamuje i cały budynek rozpada się z hukiem. Ziemię pokrywają ciężkie obłoki szarego pyłu, jak tsunami niszczące wszystko na swej drodze.

W świecie, w którym nie ma tlenu, wszystkie budowle rozpadają się jak baby z piasku wysuszone i kopnięte nogą. Dzieje się to dlatego, że tlen jest elementem związującym cement jak i beton. Bez O2 inne komponenty mieszanin budowlanych tracą swoje właściwości. Weźmy na przykład wapień CaCO3 – jego molekuła składa się z atomu wapnia, atomu węgla wapnia i trzech atomów tlenu. Dziwne – nieprawdaż?

Tak czy owak, na ulicach pozostaną ogromne góry pyłu.


4,5 s: skorupa ziemska pokryje się pęknięciami głębokimi na kilka kilometrów


Ogromne kłęby szarego dymu podnoszą się z samego serca Ziemi. Zaczyna się trzęsienie ziemi i powierzchnię planety pokrywają głębokie pęknięcia. To, co pozostało na powierzchni Ziemi, teraz wpada do jej wnętrza.

Czemu tak się dzieje? Rzecz w tym, że skorupa ziemska w 47% składa się z tlenu (w tlenkach i wodorotlenkach metali i niemetali), a inne pierwiastki: krzem (Si), żelazo (Fe) czy glin (Al) mogą występować tylko jako tlenki. Ale to jeszcze nie wszystko, bo w rezultacie procesów o których mowa, ciśnienie w jądrze Ziemi zwiększa się, temperatura magmy wzrasta do +800°C i wypływa na powierzchnię. Napór magmy wzrasta i następują erupcje wulkanów. Ziemię pokrywa czerwony dywan lawy. Ale jest dobra wiadomość: lawa nie może niczego zapalić z braku tlenu. Jest wiadomość jeszcze lepsza: nie ma kogo podpalać…


5 s: meteoryty atakują Ziemię


Gdybyśmy patrzyli na film zrobiony na podstawie tego artykułu, to niepokojąca muzyka teraz właśnie osiągnęłaby swe finale grosso. A oto końcowy epizod!
To, co zazwyczaj spala się w górnych warstwach atmosfery teraz nie znajduje przeszkody i bez problemów razi powierzchnię naszej planety. Mowa tutaj o meteorytach. W czasie 5 sekund na Ziemię spada co najmniej 20 meteorytów, a impakt każdego jest w stanie wybić sobą krater, w którym zmieściłoby się Tokio, a to jest około 2000 km²!

...i promieniowaniem

Moje 3 grosze


Kiedy przeczytałem ten materiał po raz pierwszy, to zrazu pomyślałem, że jest to kolejny eko-straszak prawie na katowicki szczyt klimatyczny i zabrałem się za przekład bez większego przekonania. Jednakże w miarę zagłębiania się w tekst zaświtało mi, że gdzieś to wszystko już było. Gdzieś już się coś takiego wydarzyło. Na Ziemi? Owszem, Ziemia przeżyła kilka kryzysów, ale życie na niej wyszło obronną ręką. Po każdym Wielkim Wymieraniu życie odradzało się jeszcze bujniejsze i z większą energią. A zatem ślepy tor…?

Ale nie. Jest w Układzie Słonecznym miejsce idealnie odpowiadające czemuś takiemu, co przedstawiła Autorka. To Mars. Planeta odległa o 56 mln km od nas (oczywiście w perygeum). Tam właśnie panują takie warunki, które mogłyby panować na Ziemi, gdyby znikł na niej cały tlen: cienka atmosfera z dwutlenku węgla i gazów szlachetnych, brak wody, temperatura rzędu 380 K w dzień i 90 K w nocy (jak na Księżycu), dziwaczne formy geologiczne w rodzaju gigantycznych wulkanów tarczowych na Tharsis Planitia oraz Elysium Planitia, kanion Coprates (Valles Marineris) czy baseny uderzeniowe Hellas czy Vastitas Borealis (Mare Borealis). Wszystko to stanowi obraz gigantycznego kataklizmu, który uśmiercił tą planetę bardzo dawno temu…

Czy coś takiego grozi Ziemi? Autorka nie postawiła tego pytania, a szkoda. Uważam bowiem, że coś takiego może spotkać i nasz świat.

Moje pokolenie w szkole podstawowej miało jako lekturę obowiązkową książkę Jerzego Broszkiewicza pt. „Ci z Dziesiątego Tysiąca”, w której takie zagrożenie przedstawiono, choć to powieść sci-fi z dalekiej Przyszłości. Otóż bohaterom powieści na sztucznej planecie znajdującej się na peryferiach Układu Słonecznego, zagroził rój dziwnych, radiochłonnych meteoroidów zwany Czarną Rzeką, który wprawdzie nie leciał w kierunku Ziemi, ale porwał dwa kosmoloty z załogami, które trzeba było uratować. Tyle Jerzy Broszkiewicz. A teraz uruchommy wyobraźnię. Czarna Rzeka składająca się z metalowych brył trafia w Ziemię. Żelazo utlenia się lecąc przez tarczę atmosfery i spada jako rdza. Po dłuższym ostrzale Ziemi pokrywa się ona warstwą tlenku żelaza czyli po prostu rdzy, a reszta jak w materiale Xenni Baranowej. Ziemi zostaje upieczona, uduszona a następnie zamrożona jak dzisiejszy Mars…

Oczywiście Czarna Rzeka to fantazja, ale czy nie jest to realne zagrożenie? Czarna Rzeka leciała z prędkością hiperboliczną, to znaczy że była ona pozaukładowa. Od października 2017 roku znamy co najmniej jedno ciało niebieskie, które przeleciało przez Układ Słoneczny z prędkością hiperboliczną – to oczywiście jest obiekt A/2017 U1 C/2017 U1 1I/Oumuamua. To, że na razie nie znamy rojów pozaukładowych wcale nie oznacza, że ich nie ma… Tak więc być może właśnie taki rój niewielkich żelaznych brył uderzył w Marsa, wypalił tlen z jego atmosfery, spowodował odparowanie wody i geologiczny bezruch – zatrzymały się płyty kontynentalne, a na dwóch obszarach pojawiły się gigantyczne wulkany: Olympus Mons (Nix Olympica), Arsia, Ascradeus i Pavonis Mons, postwulkaniczna struktura Alba Mons (Alba Patera), dziwna struktura Lycus Sulcii a także Elysium Mons. Mars ma wiele zagadkowych obiektów, które mogą mieć związek właśnie z tym wydarzeniem. Myslę, że dalsze badania tej planety rzucą nowe światło na historię tej części Układu Słonecznego.          


Komentarze z KKK

Cześć.
Apokalipsa w kilka sekund, straszne. Nieraz się cieszę, że nasze życie tak krótko trwa.
PS póki co mamy małą apokalipsę w postaci pis. 😞  (K A ZE K)


Obawiam się, że Autorka naświetliła tylko niektóre aspekty czegoś takiego i efekty braku tlenu będą jeszcze straszniejsze. Dla nas nie, bo nas nie będzie w ułamkach sekundy, ale dla naszej planety. Będzie ona tak samo zimna i martwa jak Mars... (Arystokles)         


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 25/2018, ss. 20-21
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz 
Foto - NASA

czwartek, 1 września 2016

Grzech pierworodny – mit, którego czas już minął





Sir Julian Rose

Z wszystkich oszustw, w które wciągnięto ludzkość na przestrzeni wieków, prawdopodobnie najbardziej druzgocącym jest „grzech pierworodny.” Z punktu wiedzenia sprawców, jest on jednak wielkim sukcesem.

Praktycznie w każdym miejscu na ziemi, doktryna chrześcijańska żarliwie realizowała swoją misję nawracania mas, a towarzyszył jej grzech pierworodny, narzucając poczucie winy milionom ludzi, których otwarte umysły bez wątpienia kazały im wierzyć, że przyjmują przekaz wyzwolenia i światła.

Nic z tych rzeczy, drodzy przyjaciele! Przekaz ten był tak mroczny, jak ciemność nocy.

O tym, jak niesamowitą moc może mieć przekaz, odpowiednio sformułowany, zapakowany i rozreklamowany, dowiedzieliśmy się sporo przez ostatnie dekady. „Medium jest przekazem” – powiedział Marshall McLuhan w 1964 roku. Stwierdzenie to można by łatwo przenieść do chwili, w której pierwsze biblijne teksty ogłosiły, że mężczyzna zwany Adamem i kobieta zwana Ewą pociągnęli za sobą całą rasę ludzką w złym kierunku... z którego nigdy nie powróciła.

Jednakże powodu, dla którego wszystko obrało tak zły początek i nigdy się z niego tak naprawdę nie otrząsnęło, nie należy przypisywać jakiejkolwiek winie Adama i Ewy. Jak zobaczymy, powód ten leży w mistrzowskim planie zafałszowania wspaniałej opowieści o wyzwoleniu się ludzkości i rosnącym wewnętrznym przekonaniu.

„Rasa ludzka”, do której odwołują się teksty biblijne, została popchnięta w określonym kierunku wystrzałem pistoletu, którego spust pociągnął ktoś, kto nie chciał, by ktokolwiek z uczestników tego wyścigu zwyciężył. On, ona, czy ono chciało tylko mieć przegranych. I to zostało osiągnięte.

Widzicie, co mam na myśli, mówiąc o sukcesie?

Historia przedstawia się następująco: w chwili, gdy pociągnięto za spust, na planecie Ziemi były tylko dwie istoty ludzkie. Był też piękny ogród i w nim właśnie mieszkało tych dwoje ludzi: mężczyzna zwany Adamem i kobieta zwana Ewą. W ogrodzie tym było także drzewo owocowe (pełne soczystych jabłek) oraz wąż.

Według opowieści, Bóg jasno daje Adamowi do zrozumienia, że może on robić w tym ogrodzie, co tylko chce, ale nie wolno mu „zjeść jabłka z Drzewa Poznania”. Ale cóż, będąc człowiekiem i mając „wolną wolę” nadaną mu prawem boskim, Adam nie dostrzega tak naprawdę logiki w tym odgórnym zakazie. Wąż wydaje się podzielać jego zdanie i w jakiś sposób udaje mu się skusić Ewę, by ta zerwała to piękne soczyste jabłko, ugryzła kawałek i podała Adamowi.

„... a on zjadł. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski.” Czytamy, że czuli się „zawstydzeni”. Z uwagi na to, że zrobili coś zakazanego, ale także dlatego, że zobaczyli, że są „nadzy.”

To właśnie w owym sławetnym „zjedzeniu owocu”, czymś, co prawdopodobnie większość z nas zrobiłaby z czystej ciekawości, zapoczątkowane zostały tysiące lat chrześcijańskiego poczucia winy i wstydu.

To tutaj swój początek ma wszechobecne, nieracjonalne cierpienie związane z naszą naturalną, wrodzoną fizycznością. To tutaj nasze „prywatne części ciała” zostały sprywatyzowane, a nasza naturalna przyjemność płynąca z fizycznej bliskości została zamieniona w poczucie winy – chyba że tak zwany „Kościół Boży” autoryzuje taki akt, formalizując związek małżeński w chrześcijańskiej świątyni.

Całe multum zakazów pod hasłem „Nie będziesz...” doczepiono wkrótce do czynu Adama i Ewy – czynu, który był odważnym aktem „nieposłuszeństwa obywatelskiego”; odmową bycia zastraszonym przez rzekomo wyższą władzę.

Analizując głębiej to sławetne zdarzenie, widzimy, że Adam i jego towarzyszka Ewa zrobili coś całkowicie wyjątkowego w Ogrodzie Eden. Jeśli popatrzymy na ich uczynek z innego punktu widzenia, wolnego od typowych, z góry narzuconych uwarunkowań, można by powiedzieć, że był to „gigantyczny krok dla ludzkości”. Słowa te miał powiedzieć Neil Armstrong, kiedy wysiadał z kartonowej kapsuły skonstruowanej i sfilmowanej w Pinewood Studios w 1969 roku w Londynie.

Jednakże mityczny Adam nie udawał tak, jak Armstrong z ramienia tych, którzy czczą boga zwanego „technologią”. On i jego mityczna Ewa wprawili w ruch wspaniałą machinę, która tocząc się przez stulecia, pewnego dnia poprowadzi ludzkość do zdobycia prawdziwej wiedzy, prawdziwej niezależności i prawdziwej samoświadomości. Poza tym, rzecz jasna, że była to ostatnia rzecz, jakiej chcieliby manipulatorzy stojący za tą opowieścią.

Badając dogłębniej symbolikę tej historii, można dostrzec, że zjedzenie jabłka z Drzewa Poznania otworzyło oczy tego mężczyzny i tej kobiety na fakt, że mieli wszystko, co potrzeba, by wziąć swoje przeznaczenie we własne ręce i kształtować ścieżkę życia. Ścieżkę, która miała im pokazać, że nie byli tylko poddanymi, którymi pan mógł dysponować według własnej woli, ale posiadali wyjątkowy dar – zdolność kreatywnego i racjonalnego myślenia i działania. A nawet refleksji nad sobą i swoją egzystencją. I przeciwnie do klasycznej interpretacji, ich Stwórca chciał, aby tak było.

Stwórca ten odczuwał bowiem ból samotności i zapragnął mieć towarzystwo w wielkiej podróży zwanej życiem. Ale by mieć to towarzystwo, jego Adam i Ewa musieli przejść pierwszy wielki test – test odrzucenia fałszywej władzy i odwagi, by skosztować z Drzewa Poznania. Tylko wtedy mogli oni wyruszyć na drogę, jako wędrujący z Bogiem oraz towarzysze Najwyższego; drogę płomienną i nieznaną, której kierunek poznaje się tylko poprzez niebezpieczeństwo procesu kreatywnego; wykonując historyczny „skok w ciemność”, która jest matką wszystkich wielkich wędrówek, wszystkich wspaniałych przygód.

Jednakże tekst biblijny, na którym wszyscy zostaliśmy wychowani, mówi nam zgoła coś innego. Mówi nam, że Adam i Ewa zostali „wypędzeni” z Ogrodu Eden z powodu niewybaczalnego i grzesznego aktu nieposłuszeństwa. Nieposłuszeństwa Bogu we własnej osobie. A to sprawiło, że „wstydzili się” – zarówno swojej nagości, jak i nieposłuszeństwa.

Kościół, który mieni się głosicielem tej biblijnej opowieści, mówi nam, że przez Adama i Ewę, wszyscy nosimy ten „wstyd” po dziś dzień. Że musimy zapłacić cenę za „grzech pierworodny” i zostać upokorzeni wielkością tego błędu człowieka. Błędu tak wielkiej wagi, że został nazwany „Upadkiem.”

W takiej interpretacji opowieści dotyczących pewnych kluczowych zdarzeń w dziejach ludzkości, człowiek „upada” zanim jeszcze zaczął iść; i wszystko, co ma potem miejsce, skażone jest tym rzekomo tragicznym błędem oceny ludzkiej* (patrz link na końcu eseju do dalszej lektury).

Co tak naprawdę symbolizuje ta „nagość”?

To chwila, w której zdajemy sobie sprawę, że wszystko, co myśleliśmy, że jest czymś, okazuje się być czymś zupełnie innym. Sporo z nas spada w tym właśnie momencie. Stajemy się nadzy, ponieważ stare ubrania nie pasują już na nas, a nowe trzeba utkać ze świeżej wełny. Jest to świt prawdziwej wiedzy. Wiedzy, która uświadamia nam, że istnieje stan boski – a także skalanie tego stanu. Że istnieją oba te stany, a my musimy wybrać drogę życiową w oparciu o tę wiedzę.

Ogród Eden przedstawia stan „pasywnego” potencjału. Potencjału, który nie był wprawiony w ruch, ani nie tlił się. Potrzebna była iskra zapalna. A ta iskra nadeszła, gdy Ewa, będąc w podświadomej  komunikacji z wężem, wyciągnęła rękę i zerwała piękne okrągłe jabłko i ugryzła kawałek. To ona właśnie przełamała tabu „posłuszeństwa władzy.”

A jaką rolę w tym dramacie odgrywa Wąż?

Wąż jest zwierzęciem symbolizującym budzącą się energię. Wąż Kundalini, zwinięty naokoło kręgosłupa (pnia) drzewa poznania. Widzicie?

Kiedy wąż przemówił do Ewy, przemówił „słowo”. „Na początku było słowo.” Jednak słowo to nie było rzeczywistym słowem lecz wibracją. Impulsem. Energią skierowaną od wewnątrz. I ta energia powiedziała do Ewy: „Zrób to.” A ona zrobiła. Jej uczynek nosi cechy pierwszych poruszeń boskiej misji – w stronę tego, co jest płodne, lecz niezdolne do działania.

To właśnie kobieca boska moc umożliwiła „przebudzenie” Adama i Ewy, którzy odkryli, że nie są już niewinnymi hipisami pląsającymi w przytulnym ogrodzie nieświadomości; niezatrzymywanymi i nieświadomymi istnienia szerszej rzeczywistości. To właśnie przywilej „zdobycia wiedzy na temat dobra i zła” umożliwia wkroczenie na szerszą ścieżkę wiedzy, bez względu na wszystko!

A co z Drzewem?

Drzewo jest potężnym symbolem wzrostu. Jest ono zewnętrznym przejawem uwarunkowań niezbędnych dla ewolucji człowieka – zapuszczanie korzeni i wrastanie pnia i gałęzi w górę i na boki, jako „równoczesny akt”. Akt ten można przenieść na nas ludzi praktycznie dosłownie – wychodząc od pępka, poprzez który pępowina odżywiała nas w łonie i poruszając się równocześnie w górę i dół.

Ma ono wspaniałą moc unieważniania opcji „albo albo”, która jest cechą naszej ciemnej formalnej edukacji. Prawdziwy rozwój człowieka, zarówno umysłowy, jak i duchowy sięga głęboko w dół i wysoko w górę, i jeszcze dalej. W jednakowym stopniu. Zawsze w obie strony – nigdy tylko w jedną lub drugą.

Drzewo Poznania w Ogrodzie Eden jest więc właśnie tym – drzewem poznania. Nie jest „zakazanym drzewem”, jak powszechnie naucza Kościół chrześcijański.

Dlaczego więc Kościół promuje ten „zakazany” czynnik?

Ponieważ ta „wiedza” może obnażyć tyranię, która leży w centrum zniewolenia człowieka. Wiedzy tej nie można wypuścić w świat ze względu na strach przez reperkusjami, jakie mogłyby dotknąć system kontroli, który istniał, a do którego Kościół się przyczynił i przyczynia do dnia dzisiejszego. Polecenie „Nie jedz” z Drzewa  Poznania nie pochodziło od Boga, ale od jakiejś innej siły, która z ogromną determinacją przeciwstawiała się wszystkiemu, co boskie.

Jak głosi opowieść: „naokoło drzewa owinięty jest wąż”. Od czasów starożytnych ten wąż postrzegany był jako źródło specjalnej energii. Szczególnie, jak wspomniałem wcześniej, w opisach praktyk Kundalini oraz tantry jogi. Wzrastająca energia, poruszając się w górę kręgosłupa, oświeca siedem czakr znajdujących się w ciele ludzkim, jedna po drugiej – dokładnie tak, jak wąż, który porusza się w górę Drzewa Poznania, budząc (w tym wypadku) chwałę słynnego soczystego jabłka, którego kęs popchnął Adama i Ewę „w stan świadomości.”

Wąż oraz drzewo są więc potężnymi symbolami – i narzędziami oświecenia człowieka.

A Ogród?

Wspomniałem już, że ogród jest miejscem (lub też stanem), które pozostaje nieskalane. Mamy tu symbol naszego dzieciństwa. Czasu, gdy nie byliśmy jeszcze świadomi istnienia historycznej karmy  i przez to mogliśmy poznawać bez ograniczeń wszystko wewnątrz i na zewnątrz.

Jest to miejsce, w którym pozostajemy, tak jak w przypadku królestwa roślin i zwierząt, w stanie, w którym instynktownie odpowiadamy na boską energię, z małym zaangażowaniem naszej woli lub bez niej.

Ale nie taki jest los mężczyzny i kobiety. Nie dlatego też nasz Stwórca objawił nam stan „wyższej świadomości”, stan utożsamiany z wyższym umysłem.

Aby uaktywnić ten wyższy umysł, Adam i Ewa nie mogli pozostać na zawsze w ogrodzie dzieciństwa, ale musieli zjeść owoc z drzewa poznania, dostrzegając wyzwanie, które znajdowało się przed nimi. Wyzwanie przejścia ze stanu podświadomości do pełnej świadomości. Długa i kręta to droga, w rzeczy samej, ale taka, na której każdy krok daje nam głębsze zrozumienie naszej wspaniałej roli w planie boskim.

Jest to „droga geniuszu”, o której pisał osiemnastowieczny poeta William Blake:
„Postęp prostuje drogi, ale drogi kręte bez Postępu są drogami Geniuszu.”

A sam boski plan?

Cóż, nie jesteśmy wtajemniczeni w pełną strukturę boskiego planu. Jest to „stan istnienia” i jako taki, nie podlega tak naprawdę opisowi. Można go osiągnąć jedynie poprzez trwałe wyrażanie prawdziwej intencji.

Wierzę jednak, że ujmując to w dużym uproszczeniu, Stwórca pamiętał, jak sam stał się z tego, w czym nie było ruchu. Chciał świętować to, czyli „swoje narodziny”. Dzień w którym narodził się ruch.

Ale nie można świętować urodzin bez obecności innych współczujących istot, z którymi można dzielić to radosne wydarzenie. Tak więc „na początku” Stwórca miał to szczęście, że przybyły do Niego uzupełniające się nawzajem lecz przeciwne i chłonne energie. To wspaniałe połączenie przeciwnych lecz głęboko komplementarnych energii miało ogromne znaczenie – ponieważ z tego wyłonił się stan, który nazywamy „równowagą” (equilibrium), ruchem. Coś, co zmierza dokądś – mając cel. I nie jest już stanem nieruchomej płodności.

Ruch zawdzięcza swój początek kobiecej energii. W mitologii indyjskiej ta siła kobieca zwie się Shakti. Jest to żeńska forma Boga. Bóg, którego wszechmoc wyraża spełnione połączenie pierwiastka kreatywnego i pasywnego, jest więc dualistyczny w swej naturze. Pierwiastek męski i żeński; żeński i męski. I wszystko we wszechświecie jest wyrazem tej dwoistości. Wszystko, co zostaje powołane do życia, zostaje powołane na skutek tarcia, które wyraża się poprzez tą wspaniałą historię miłosną. Historię pomiędzy dwoma energetycznymi komponentami pierwotnej i wrodzonej dwoistości. Wszechobecne Yin i Yang całej egzystencji.

To, co nazywamy seksualnością, to w rzeczywistości „dwoistość płci” (ang. sex-duality) – skonsumowany akt boskiego połączenia, który dał początek i objawił to, co nazywamy Życiem. Być może najwspanialsze i najbardziej tajemnicze w tym wszystkim jest to, że wszechobecna i wszechmocna siła zwana Miłością połączyła i nakarmiła ten wspaniały pierwotny akt połączenia, którego wyrazem jesteśmy my. Można nawet powiedzieć, że ta Miłość poprzedziła tego, którego nazywamy Stwórcą... Ale to jest już inna historia z naszej dawnej i niewyjaśnionej przeszłości.

Na chwilę obecną wystarczy, jak dostrzeżemy, że Adam, Ewa, ogród, drzewo poznania i wąż stanowili kluczowy element rozpoczynający ewolucję ludzkości – i wszystkich czujących form życia. Możemy teraz jasno stwierdzić, że „grzech pierworodny” był dokładnie czymś przeciwnym niż grzech – był narodzeniem człowieka jako wolnego bytu podążającego za boskim, intuicyjnym przesłaniem, które prowadzi nas (z powrotem) do naszego Stwórcy. Ale tym razem jako odpowiedzialne i w pełni zrealizowane istoty –  pełnoprawni mikrokosmiczni Bogowie.

Nasz Stwórca będzie się radować rezultatem tego boskiego połączenia i zaprosi nas na „Wielką Ucztę”, która nie może odbyć się do chwili, w której weźmiemy udział, jako równi, w Jego boskości. Wydarzenia tego wyczekują siewcy prawdy – a obawiają się siejący kłamstwo.

Całe zamieszanie związane z naszą seksualnością i relacjami seksualnymi bierze się z wypatrzenia opowieści o grzechu pierworodnym. Nasza seksualność nie jest czymś, czego powinniśmy się wstydzić. Jest ona tym, co bezpośrednio łączy nas z Boskością. Powtarzam raz jeszcze: to dzięki wspaniałemu połączeniu dwóch biegunów niepowstrzymanego wzajemnego przyciągania, męskiego i żeńskiego, narodził się Wszechświat, czy też został powołany do życia. „Życia”, które stanowi miejsce narodzenia naszej własnej istoty kosmicznej.

Tylko chęć wyrażenia postawy skrajnej alienacji w stosunku do tej radosnej prawdy mogła stworzyć taką złowieszczą i stwarzającą podziały pułapkę dla ludzkości. Pułapkę, która sprowadza naszą seksualność do rangi „grzechu” i tym samym głosi odwróconą prawdę, która do tej pory odgrywa kluczową rolę w sposobie funkcjonowania naszych uciśnionych społeczeństw zachodnich.

Co to jest za siła, która jest tak bardzo wypacza prawdę, zamieniając ją w coś zupełnie przeciwnego, to temat na kolejny esej. 

Póki co, czerpmy przyjemność z faktu przywrócenia planu boskiego z powrotem na właściwe tory. Z tego, że na nowo połączyliśmy się z korzeniami naszej prawdziwej natury i odkryliśmy, że zamiast wstydzić się, możemy iść dalej z pełną świadomością naszej wrodzonej boskości.

Radujmy się więc z tego, że niepowodzenie zwane „grzechem pierworodnym” zostało obnażone, jako mit powodujący podziały. Mit, którego czasy już przebrzmiały. Niech rozsypie się w pył w świetlistych promieniach wschodzącego słońca Ery Wodnika.


Moje 3 grosze





No na tego Wodnika tak bardzo bym nie liczył. Nie dlatego, że nie zgadzam się z sir Julianem, ale dlatego, że wszyscy sobie obiegujemy Bóg wie co po Erze Wodnika. Też przez to przeszedłem – fascynacja nadchodzącymi czasami, ich nowymi możliwościami, rozwojem duchowym, itd. itp. Tymczasem zapominamy, że to jest pała, która ma swój drugi koniec, bowiem zanim nadejdzie ta Era Wiecznej Szczęśliwości i Powszechnej Duchowości (cokolwiek to znaczy) czekają na nas wojny, przemiany społeczno-ekonomiczne, kataklizmy naturalne, przełomy geologiczne i inne rzeczy, które mogą zmniejszyć ludzką populację w sposób drastyczny. Jednym słowem – nie obiecuj sobie za wiele po Erze Wodnika! Zanim nastąpi, Ludzkość będzie musiała przejść przez Piekło, które sama sobie zgotuje.



Bo każda religia obiecuje człowiekowi wiele, a niewiele daje. Tak naprawdę, to jest najgorszym złem, które człowiek wymyślił i skierował przeciwko drugiemu człowiekowi. Przykładów na to jest dosyć – wystarczy popatrzeć na to, co się dzieje na Bliskim Wschodzie i Afryce. I co stanowi narastające zagrożenie dla Europy, którego nie dostrzegają politycy z UE. Gnuśne i tonące w grzechu chrześcijaństwo kontra młody i prężny islam zetrą się na polach bitwy w Europie, która szybko ulegnie islamizacji, jeżeli nie powróci do swych prawdziwych korzeni. Prawdziwych, a nie tych zaimplantowanych nam 1050 lat temu.  



Sir Brinsley le Poer-Trench, autor kilku książek traktujących o Aquarian Ages przestrzega nas przed zbytnim optymizmem, a dr Leszek Szuman ostrzega wprost: graviora manet – najgorsze przed nami. Czy taki jest ów Boski Plan? Bo jeżeli weń są wpisane wojny religijne, Holokaust, AIDS, bronie masowej zagłady… - to ja dziękuję za takie dopusty Boże i taki Plan wobec całej Ludzkości.





Komentarz Czytelnika

Witam, mój komentarz do Pana komentarza pod tekstem sir J. R., brzmi: święta racja!
W nadchodzącym stuleciu czekają nas i naszą planetę niewyobrażalne zmiany.
Problemy, którym musimy sprostać, to przeludnienie, zanieczyszczenie i degradacja środowiska, kończąca się woda słodka (pitna), zmiany klimatu, co ma związek z podnoszeniem się poziomu mórz, oraz z migracją ludności na niespotykaną dotąd skalę. Więcej ludzi, to więcej gęb do wykarmienia. A tym samym wzrośnie zapotrzebowanie na surowce kopalne.
Tak więc nadchodzące lata wydają się szczególnym okresem w historii naszej cywilizacji. Około roku 2025 dojdzie do natężenia problemy globalnych. Pytanie tylko, czy sobie z nimi poradzimy?
Według „Oceny potencjalnych skutków społeczno-gospodarczych zmian klimatu w Polsce” opracowanej przez prof. Macieja Sadowskiego z Instytutu Ochrony Środowiska, ocieplenie może zagrozić zasobom wodnym naszego kraju. Poważnym zagrożeniem, szczególnie dla wybrzeża, jest wzrost poziomu morza. Zagrożonych jest m.in. 18 ośrodków wypoczynkowych położonych na klifach ulegających erozji, 5 dużych portów oraz domy 120 tysięcy osób żyjących w tych regionach. W niebezpieczeństwie znajdzie się Gdańsk, a Hel może stać się wyspą.
W publikacji „Adaptacja do zmian klimatu” Komisja Europejska zwraca uwagę na konieczność rozwiązania problemu zwiększonej migracji „uchodźców klimatycznych”, zmuszonych do opuszczenia domów z powodu niedoborów wody i pożywienia, w szczególności w Afryce, Ameryce Łacińskiej i Azji. Niektóre grupy badaczy szacują, że ponad miliard ludzi może zostać zmuszonych do migracji do roku 2050. (M.S.)

-----------------------

Sir Julian jest rolnikiem, międzynarodowym aktywistą i pisarzem. Jego najnowsza książka pt. W obronie życia, która cieszy się dużym uznaniem czytelników, w przekonujący sposób pokazuje, jak możemy przejąć kontrolę nad naszym przeznaczeniem i zyskać nową siłę do tego, by stawiać czoło wyzwaniom, jakie się przed nami pojawiają. Książkę można kupić poprzez stronę www.renesans21.pl oraz w niezależnych księgarniach stacjonarnych i internetowych.

przekład: Zofia Pasternak


---------------------------------------------