Powered By Blogger

czwartek, 5 lipca 2012

O UFO nad carską Rosją


 Myśliwi często spotykali w tajdze jakieś zagadkowe obiekty...
 Wraki UFO znajdowano takze na terytorium Rosji. 
 Przelot UFO/BOL nad Roboziero w dniu 15.VIII.1663 roku.
Rysunek sporzadzono na podstawie dokumentów znalezionych w Monastyrze Kiryłła-Biełozierskiego.
Wylot NOL-a z jeziora Kronockiego na Kamczatce, w 1970 roku.
Rekonstrukcja N. Potapowa na podstawie relacji świadków. 




Walerij Kukarenko



Tak się już składa, że ojczyzną współczesnej ufologii są Stany Zjednoczone Ameryki. W wielu publikacjach na ten temat wspomina się Incydent w Roswell z 1947 roku, projekty Blue Book, Sign, Grudge i inne tego rodzaju. Niektórzy badacze działalności Przybyszów z Kosmosu na naszej planecie starannie ukrywali dowody i teraz jest bardzo trudno, jak nie niemożliwe, oddzielić prawdę od fantazji.



Rosja pionierem!



I tak właśnie okazuje się, że pionierem w dziedzinie obserwacji NOL-i nie są wcale USA, ale właśnie Imperium Rosyjskie. W jego odtajnionych archiwach znalazło się niemało dokumentów z lat 1914-1916, gdzie były zarejestrowane mające ogromne znaczenie świadectwa pojawienia się UFO nad terytorium Rosji. (Musimy tutaj uściślić, że termin UFO wprowadził do ufologii kpt. Edwin Ruppelt – kierownik Blue Book Project dopiero w 1952 roku)[1] W archiwalnych papierach ten fenomen został opisany prawidłowo i wiarygodnie, bez jakichkolwiek przypisów i upiększeń. A co dotyczy Ameryki, to tam podobne badania zaczęły się 33 lata później, niż u nas.



Przechowywane pod gryfem TAJNE, dokumenty z archiwów: Żandarmerii Wojskowej i kozackich formacji oraz MSW mówią o obserwacjach przelotów różnych świecących obiektów o najrozmaitszych kształtach i rozmiarach. Dyski, kule i inne bryły geometryczne obserwowano nad wieloma rejonami naszego ogromnego kraju, w tej liczbie także nad zakładami pracującymi dla armii, składami zapasów strategicznych i innymi obiektami. Nieznane aparaty latające wisiały nad wojskowymi, jak miecz Damoklesa nieprzyjacielskich sił i straszyły kierownictwo państwa. Przykładem może być telegram ministra wojny Mawrina skierowany do Orenburga:



…Proszę przyjąć te wytyczne odnośnie odkrytych aeroplanów. Jeżeli będzie to możliwe, rozkazać wojsku strzelać do aparatów latających. To samo proszę polecić strażnikom i wartownikom. W przypadku zestrzelenia, aresztować lotników. Rozporządzenie to przekazać także ludności cywilnej tam osiadłej.



W sierpniu analogiczny okólnik do wszystkich gubernatorów wysłał minister spraw wewnętrznych:



…pojawienie się takich aparatów zaobserwowano w Kazańskiej, Permskiej i Władimirowskiej Guberni. Istnieją realne podejrzenia, że w granicach Imperium znajdują się wrogie stacje napowietrznych pojazdów, warsztaty i stacje paliwowe. Proszę podjąć energiczne kroki w celu ich wykrycia. W przypadku wykrycia natychmiast powiadomić policję i władze wojskowe.



Świadectwa naocznych świadków



Za tajemniczymi niebiańskimi światłami zaczęły się regularne obserwacje. Kancelaria zaczęła pracować pełną parą: najcenniejsze obserwacje na wierzchu, zeznania i dokładne zapiski, meldunki policyjne i wojskowe. Takich obserwacji zdarzało się bardzo dużo. Według oświadczeń naocznych świadków widocznym było to, że przeloty UFO odróżniały się całkowicie od jakichkolwiek przejawów ludzkiej działalności. Aparaty kosmiczne i rakiety wtedy jeszcze nie istniały, nie można ich było spisać na istnienie jakiejś tajnej wojskowej technologii, na pojawienie się na niebie planety Wenus, miraży czy też upadki meteorytów. Te unikalne dokumenty o UFO do tej pory wzbudzają zdumienie ufologów.



Komendant posterunku policji ze wsi Tokmak (Semipałatyńska Gubernia) w swym raporcie z dnia 20 września 1914 roku pisze:



…Aparaty o jakich mowa, widziano w czasie lotu, którego tor był wyraźnie falisty, to znaczy raz znajdowały się one wyżej a raz niżej nad ziemią.



A w dniu 28 września 1914 roku, o godzinie 21:00, mieszkańcy tej samej wsi widzieli latającą na niebie ognistą kulę – tutejszy rolnik I. Z. Machankow opisał ją jako świecący się przedmiot „jajowatego kształtu” wielkością odpowiadającą bryczce, zaś trzy dziewczynki, które też to widziały, porównały NOL-a do „wielkiego słupa owalnego kształtu”.



I jeszcze jedna obserwacja odnotowana na papierze.



Rolnik ze wsi Michajłowskie, Pietrozawodskiego ujazdu[2], S. K. Dikij, wieczorem dnia 30 grudnia 1914 roku, zauważył stożkowaty, ognisty słup w kolorze żółtawo-czerwonym, przedzielony pośrodku czarna wstęgą, o wysokości pięciokrotnie większej od podstawy. Po jakimś czasie światło znikło, a na jego miejscu pojawiły się trzy ogniste kule [BOL]. Światła te oddalały się w kierunku wsi Jawlenskoje, a potem podniósłszy się zmieniły kierunek lotu…



Ppłk G. F. Putincew z Piszpieńskiego ujazdu do tego wszystkiego odniósł się tak:



…podszedłszy do okna zwróciłem uwagę na osobliwe światło wśród gwiazd na północnym-zachodzie i że miało ono ruch stopniowo zniżający się w moją stronę…



W wielkości chłopskiej izby



Ogniste kule (BOL), cygara (CUFO) i dyski  (DD) od których odchodziły jaskrawe, oświetlające wszystko dookoła promienie światła, jak od silnych reflektorów, były widziane przez wielu ludzi. Zmieniała się światłosiła NOL-i, zmieniały się ich kształty, rozdzielały się one na części i zlewały się znów w jedno. Niektóre latające talerze można było porównać wielkością do chłopskiej izby. Innym razem miały one podługowaty kształt i metaliczne części, które błyszczały na słońcu. Zdarzali się też naoczni świadkowie, którzy spotykali się z ich pilotami. NOL-e miały niesamowite charakterystyki i niezwykłe właściwości – które nijak się miały do właściwości aparatów latających w tych czasach: aeroplanów, sterowców i balonów. Wiarygodność takich relacji o obserwacjach UFO potwierdzają zbieżne detale w różnych relacjach na ich temat.



Zasadzki żandarmów w miejscach lądowania NOL-i nie przyniosły żadnych rezultatów. Przeloty dziwnych świecących obiektów wciąż trwały, ale nie znaleziono żadnych materialnych śladów ich pobytu, i stopniowo poziom szpiegomanii opadł. Minister wojny zmienił swe rozporządzenie na temat „wrogich aparatów”.



Hipotezy, hipotezy…



W przedrewolucyjnej Rosji wszelkie informacje na temat obserwacji NOL-i były nie tylko odnotowywane, ale i archiwizowane i systematyzowane. Jak wynika z dokumentów, odnotowywano wszystkie relacje świadków dotyczących ognistych „przybyszów”. Przy czym nie operują już oni porównaniami do chłopskiej izby, posługują się nie sążniami[3] i werszkami[4], ale metrami. Ale przez cały czas UFO wywołują u świadków niezrozumienie i strach, zaś cel ich lotów pozostaje tajemnicą dla wszystkich.



Poglądy specjalistów na temat tych wydarzeń są podzielone. Jedni uważają je za zjawiska czysto przyrodnicze: elektryczne, elektrostatyczne czy wynikającymi w atmosferze wskutek różnych geofizycznych procesów. Ale jak w takim razie można objaśnić „rozumne” zachowania się latających ognistych kul. Inni widzą w nich pozaziemskie statki kosmiczne. Są też inne hipotezy, ale żadna z nich nie postawiła jeszcze kropki nad „i”.



Jedno jest pewne – jest to wielka zagadka mająca nieznaną nam naturę.



Czy na pewno Rosja?



Pozwolę sobie poddać to pod wątpliwość, jako że my, Polacy, też mielibyśmy w tej sprawie niejedno do powiedzenia. Rosja wcale nie jest pionierem, jeżeli idzie o obserwacje NOL-i, bo jak wykazały to badania Krzysztofa Piechoty i Bronisława Rzepeckiego – pierwszą obserwację UFO w Polsce odnotowywano już w 1499 roku, zaś pierwsza dokładnie udokumentowana relacja pochodzi z 22 czerwca 1577 roku z Krakowa, co podają w swej fundamentalnej pracy.[5]



Od siebie dorzucę jeszcze opis wydarzeń mających związek ze śmiercią bp Stanisława ze Szczepanowa, a zatem już w 1079 roku! Wtedy to w Krakowie miały miejsce zjawiska jako żywo przywodzące na myśl pojawienie się NOL-i. Pisałem już o tym w artykule dla „Nieznanego Świata”, więc nie będę się powtarzał.



Natomiast trzeba oddać Rosjanom sprawiedliwość i przyznać, że to oni pierwsi dokumentowali pojawienie się „fali” obserwacji UFO nad imperium carów. I jeszcze raz potwierdzałoby to znany fakt, że „fale” obserwacji NOL-i pojawiają się zawsze nad obszarami Ziemi, na których dochodzi do ważnych wydarzeń społeczno-politycznych, które zmieniają oblicze naszej planety i zamieszkującego na niej społeczeństwa ludzkiego. W przypadku Rosji było to obalenie caratu i Rewolucja Październikowa, której efektem była cała seria wojen, w tym jedna światowa, i następujaca po niej Zimna Wojna, która w każdej chwili mogła się przekształcić w wojnę „gorącą” z użyciem broni masowej zagłady, a której efektem byłby koniec ludzkiej cywilizacji i być może nawet życia na Ziemi lub nawet zagłada Ziemi jako ciała astronomicznego…! Dlatego nie dziwię się, że wszystkie zmiany na naszej planecie są tak pilnie śledzone przez Nich – kimkolwiek Oni są. A dlaczego? – to jest oczywiste: każda wojna niesie postęp techniczny – szczególnie w dziedzinie narzędzi zadawania śmierci i zniszczenia. Każdy postęp techniczny, to postępująca degradacja środowiska naturalnego naszej planety. Czy można nazwać rozumnymi istoty, które w obłędnym wyścigu o panowanie nad światem podcinają gałąź, na której same siedzą? Chyba nie!



Dlatego trzeba bardzo uważnie patrzeć im na ręce…         



Źródło – Tajny XX wieka nr 8/2012, ss.32-33



Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –

Robert K. Leśniakiewicz ©      



[1] Jeszcze wcześniej terminu UFO – Unbekannten Flugobjekten używali Niemcy  w latach 40. XX wieku. 
[2] Jednostka administracyjna w dawnej Rosji odpowiadająca naszemu powiatowi.
[3] 1 sążeń rosyjski ≈ 2,13 m.
[4] 1 werszek = 0,04445 m.
[5] Zob. K. Piechota i Br. Rzepecki – „UFO nad Polską”, Białystok 1996.

wtorek, 3 lipca 2012

Zagadkowe samobójstwa zwierząt we Wszechoceanie



 Wieloryby które wyrzuciły się na brzeg...
 Ekolodzy ratujący wieloryba, który wyrzucił się na plażę w Australii
 Wymarsz rozgwiazd na brzeg oceanu
Wyrzucone na brzeg wieloryby - grawiura z holenderskiej książki z 1577 roku


Igor Wołozniew



W 1980 roku, u wybrzeży Australii wyłowiono ranną samicę delfina. Umieszczono ją w delfinarium, gdzie widziała pracę treserów. Wypuszczona potem na wolność samica zaczęła uczyć podpatrzonych tricków członków swego stada.



W ostatnich latach, najróżniejsze gatunki mieszkańców Wszechoceanu, a osobliwie wieloryby i delfiny, pojedynczo lub całymi stadami, ni stąd ni zowąd, nagle wyskakiwały z wody na brzeg, gdzie ginęły wskutek uduszenia. Ekolodzy są przerażeni, uczeni usiłują rozwiązać tą zagadkę, przedstawiają najrozmaitsze hipotezy. Jednak do dziś dnia zagadka tych tajemniczych samobójstw jest nierozwiązaną.



Czy winne są okręty podwodne?



Najbardziej zagadkową jest śmierć delfinów. Ich przyrodzony hydrolokator jest – jak dowiodły tego ostatnie badania – idealny. Tym morskim ssakom niepotrzebny jest wzrok. W czasie eksperymentów delfinom zasłaniano oczy za pomocą specjalnych przesłon, a one i tak znajdywały w mętnej wodzie zanurzone w niej szklane przedmioty. Wyglądałoby na to, że posiadając tak czuły system echolokacji powinny w porę schodzić z drogi każdemu niebezpieczeństwu w toni wodnej. Ale to właśnie one najczęściej, ze wszystkich stworzeń morskich, pozbawiają siebie życia wraz z wielorybami!



Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku, uczeni wysnuli hipotezę, że za samobójstwa waleni są odpowiedzialne aktywne sonary okrętów podwodnych. Według poglądów oceanologów, dźwięk emitowany przez wojskowe sonary dezorientuje te zwierzęta, które wpadają w panikę i usiłując uciec od męczących dźwięków płyną same nie wiedząc dokąd, i od czasu do czasu wpadają na plaże czy mielizny.[1]



Dzisiaj ta hipoteza nie wytrzymuje krytyki. Zaobserwowano mianowicie, że ani w czasie ani po wielu ćwiczeniach flot, kiedy to na stosunkowo niewielkim akwenie Wszechoceanu znajduje się wiele okrętów podwodnych, nie stwierdzono żadnych wyskoków waleniowatych na brzegi. Nie było żadnych samobójstw w rejonie dużych manewrów w okolicach Bermudów, gdzie wieloryby i delfiny występują masowo. Nie było także żadnych tego rodzaju incydentów w czasie wielkich manewrów US Navy u południowych wybrzeży Florydy w latach 1979 i 1981.



Specjalista od waleni, prof. W. Coupe z Uniwersytetu Miami  badający to zagadnienie odnotowuje, że ani raz obecność i aktywność akustyczna okrętów podwodnych nie doprowadziła do masowego samobójstwa morskich ssaków czy/i ryb. I vice-versa, samobójstwa zdarzały się tam, gdzie w ogóle nie było żadnych okrętów podwodnych. I co najciekawsze – osobliwie często tego rodzaju przypadki mają miejsce na południowych wybrzeżach Australii, brzegach Tasmanii i przyległych do nich wysp. Pod naciskiem ekologów rząd Australii ograniczył przepływy okrętów podwodnych na tych akwenach. Ale sytuacja się nie polepszyła. Według słów Mikela Grady’ego z Komitetu ds. Ochrony Wielorybów i Delfinów, rejon Tasmanii zajmuje pierwsze miejsce w świecie w tego rodzaju tragediach. W ciągu ostatnich 9 lat, właśnie tam skończyło ze sobą 2768 wielorybów i 146 delfinów, co stanowi połowę wszystkich tych ssaków morskich, które w ten sposób zginęły na świecie! Każde masowe wyrzucenie się waleniowatych na brzegi jest starannie badany przez rząd australijski, przy czym pierwszym punktem dochodzenia jest stwierdzenie, czy w pobliżu nie znajdowały się okręty podwodne. W praktyce za każdym razem okazywało się, że ich tam nigdy nie było!



To nie była grypa…



W ostatnie lata  popularna się stała hipoteza głosząca, że masowe samobójstwa waleniowatych mają związek z zanieczyszczeniem środowiska naturalnego. Zwolennicy tej hipotezy twierdzą, że w płucach wielorybów i delfinów znajdują się ślady ropy naftowej i także nawet polietylen (PE) – (CH2=CH2)n. Inni badacze zaś twierdzą, że większość wielorybów-samobójców nie była zatruta, a woda w rejonie wydarzenia nie zawierała żadnych śladów ropy naftowej i jej produktów, a także śladów promieniowania jonizującego. A do tego samobójstwa wielorybów obserwowano jeszcze w Średniowieczu i Starożytności, kiedy o technicznych zanieczyszczeniach zbiorników wodnych nie mogło być mowy.



Jeszcze mniej stronników ma hipoteza o „wielorybiej grypie”, której wirusy rozregulowują sonary tych zwierząt i tracą one orientację lub ogarnia je psychoza. No i potem waleniowate pędzą przed siebie za przewodnikami i wpadają na brzegi. Jednak dokładne badania wyrzuconych na brzeg wielorybów i innych zwierząt morskich nie wykazały, jakiejkolwiek infekcji wirusowej…



Całkiem niewiarygodnie brzmi hipoteza, że wieloryby i delfiny giną wskutek prześladowania ich przez jakichś drapieżników, przed którymi uciekają na oślep. Jednakże długoletnie obserwacje Wszechoceanu pozwalają na wykluczenie tej hipotezy jako nieprawdopodobną. Tak np. delfiny działają stadnie, mają rozwinięty instynkt współdziałania i co za tym idzie, omijałyby one akweny zamieszkałe przez niebezpieczne gatunki rekinów.



Podejrzani Kosmici



Tym niemniej zrzucanie odpowiedzialności za negatywny wpływ na mieszkańców Wszechoceanu różnych promieniowań nie przechodzi. Tak uważają ufolodzy.



Amerykanin D. Russell już od wielu lat zajmuje się problematyką Nieznanych Obiektów Podmorskich – USO względnie Nieznanych Obiektów Wodnych – UAO, i zebrał on ciekawe dane statystyczne, które wskazują na związek pomiędzy samobójstwami waleniowatych i innych mieszkańców Wszechoceanu a obecnością UFO lub USO nad/w danym akwenie.



I tak zupełnie niedawno, bo w 2011 roku u północno-zachodnich brzegów Szkocji, z pokładu SY Sanadora zaobserwowano niebieskawo-srebrzysty obiekt, który dwukrotnie wylatywał z wody z ogromna prędkością w górę, a potem wykonywał nad nimi zapierające dech w piersiach manewry. Po trzecim zanurzeniu się NOL-a znikł on definitywnie im z widoku, a na wybrzeże Szkocji nieopodal akwenu, gdzie zaobserwowano ten obiekt, wyrzuciło się na brzeg ponad 60 wielorybów zwanych „czarnymi delfinami” – Cephalorhynus eutropia.



W 2004 roku, w pobliżu Wysp Kanaryjskich, tamtejsi rybacy wypatrzyli pod wodą świecący, owalny obiekt, który podpływał do samej powierzchni wody i z ogromną prędkością pływał w koło. Potem USO pływał na głębokości około 3 m i odpłynął w kierunku północno-zachodnim. Tego samego dnia wieczorem, na dwóch wyspach archipelagu znaleziono 15 wielorybów, które wyrzuciły się na plażę…



W roku 2002, sonarzyści amerykańskiego okrętu podwodnego odnotowali pojawienie się dziwnego UAO, który przemieszczał się na dużej głębokości z prędkością niedostępną dla dzisiejszych okrętów podwodnych. UAO poruszał się w stronę zatoki Cape Cod na północno-wschodnim wybrzeżu USA w stanie Massachusetts. Służby brzegowe ledwie co rozpoczęły akcje poszukiwawczą, jak na lądzie znalazło się 55 wielorybów.



Jednak największe tego rodzaju masowe samobójstwo wielorybów miało miejsce w dniu 10 października 1946 roku. Tego dnia na piaszczystą plaże w okolicach Mar-del-Plata w Argentynie wyrzuciło się na brzeg aż 835 osobników! A trzeba do tego dodać, że przez całą tamtą jesień, nad tą okolicą latały dziwne światła, które od czasu do czasu nurkowały w wody oceanu.



Nad akwenami południowej Australii, wliczając w to wody wokółantarktyczne, już od wielu lat odnotowuje się anormalną aktywność NOL-i. Na brzegach Australii i w Tasmanii ludzie niejednokrotnie spotykali się z pilotami latających talerzy, zaś na oceanicznym dnie australijsko-amerykańska ekspedycja odkryła kopulaste struktury – najprawdopodobniej bazy Przybyszów z Kosmosu. I wreszcie to tam najczęściej zdarzają się samobójstwa zwierząt morskich.



Latające talerze są niebezpieczne pod wodą!



Ufolodzy są zdania, że USO jest w naszym Wszechoceanie o wiele więcej, niż się ich obserwuje wizualnie i sonarowo. W czasie swych podwodnych rejsów, USO mogą wydzielać promieniowanie, które może być szkodliwe dla wszelkich istot żywych zamieszkujących Wszechocean. Natura tego promieniowania póki co jest uczonym nieznana. Oczywiście różne typy USO inaczej reagują na różne rodzaje wody i rozmaicie to oddziałuje na morską faunę. Promieniowanie jednego obiektu jest w stanie spowodować atak paniki u np. wielorybów, promieniowanie drugiego – u delfinów, itd. itp. Niejednokrotnie słyszało się o szkodliwym wpływie UFO na ludzi. W czasie CE z NOL-ami świadkowie niejednokrotnie odczuwali silny strach, niedomagania, bóle, paraliże, u niektórych pojawiły się oparzenia, krwotoki czy opuchlizny. Coś podobnego ma także miejsce w przypadku mieszkańców Wszechoceanu.



W kwietniu 2011 roku, na wybrzeża Kalifornii wyrzuciło się kilkadziesiąt rekinów tygrysich. Badania przeprowadzone przez specjalistów z Kalifornijskiego Departamentu Łowiectwa i Rybołówstwa wykryły u każdego osobnika „krwawe podbiegnięcia pod skórą, krwotoki wewnętrzne i porażenie mózgu”. Podobne masowe samobójstwo rekinów tygrysich z identycznymi objawami zaobserwowano także w maju tego (2012) roku. Uczeni jednak nie mogli stwierdzić, czy obrażenia te stały się przyczyną śmierci tych ryb, czy nie. Ufolodzy za to są pewni, że we wszystkich tego rodzaju przypadkach za tym stoją CE tych ryb z UAO. Tym bardziej, ze akwen przyległy do Kalifornii i Meksyku od dawna był uważany za anomalną strefę, w której bardzo często pojawiały się aparaty Przybyszów vel Kosmitów, w tym także podwodne.



Wszystkiemu winni Kosmici?



Czytając ten tekst przypomniała mi się kobylasta powieść „Odwet oceanu” Franka Schätzinga, w której Wszechocean bierze odwet za bezrozumną działalność człowieka – nomen-omen – rozumnego na naszej planecie. Czasami oglądając filmy jak „Spotkanie” czy „Spotkanie 2” myślę, że dobrze jest zwalić odium winy za przemiany w środowisku naszej planety na Kosmitów czy innych Przybyszów, bo to zwalnia nas automatycznie z odpowiedzialności za to, co zrobiliśmy z tą planetą.



Obawiam się, że to wcale nie Przybysze czy rozumni mieszkańcy Wszechoceanu są powodem masowych samobójstw waleni i innych zwierząt. Przyczyna może być inna i to całkowicie nieznana. I to taka, która istnieje na tej planecie od dawna, czego dowodzą relacje z poprzednich wieków, kiedy nikomu nie śniły się okręty podwodne i sonary. I trzeba jej poszukać, bo może to być warunek sine qua non istnienia naszej cywilizacji i nas samych. Dość pomyśleć, że wystarczy wytępić morskie algi, by powstał deficyt tlenu, którego nie skompensuje roślinność na kontynentach wytwarzająca zaledwie ¼ tlenu atmosferycznego… Już samo to wystarczy, by uderzyć na alarm, bo to będzie nasz kres jako gatunku, i kilku tysięcy innych. Ale kogo to obchodzi, poza garstką entuzjastów i outsiderów?       



Źródło – „Tajny XX wieka” nr 8/2012, ss. 30-31



Przekład z j. rosyjskiego –

Robert K. Leśniakiewicz ©      



[1] Poziom głośności wojskowego sonaru aktywnego przekracza nawet 350 dB.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Tajemnice poligonu Sary-Szagan


 Przyblizona lokalizacja poligonu Sary-Szagan (rys. R. Leśniakiewicz)
 W strefie testów rakietowych
 Przygotowanie do odpału przeciwpocisku rakietowego w październiku 2007 roku
 Takie pomniki trafiają sie w jednostkach wojskowych w rejonie przyległym do jeziora Bałchasz...
Pojazd transportowy 5T92 ze startowym kontenerem antyrakiety




Aleksander Kursakow



W styczniu 2012 roku, chiński rybak z prowincji Shangdong złapał w sieci czterometrowej długości przedmiot, który okazał się być częścią międzykontynentalnej rakiety balistycznej. Podobne rakiety wystrzeliwane są z chińskich SSBN.



1 marca 1982 roku, na Nowosybirskim Państwowym Uniwersytecie technicznym wręczano dyplomy i odczytywano przydziały dla poszczególnych absolwentów. Połowa chłopaków z naszego fakultetu poszła pracować do nowosybirskich fabryk, a reszta poszła do Armii radzieckiej. Nowe życie przerażało i fascynowało jednocześnie. Mnie trafiło się miejsce w Prioziersku w Dżezkazgańskiej Obłasti.



Miasto nad Bałchaszem



Droga od Nowosybirska daleka. Za oknami pociągu lasy zmieniły się w step. Im bliżej Bałchaszu, tym było bardziej pustynnie wokół. I wreszcie zapomniana przez Boga i ludzi stacja Sary-Szagan. Autobusy z czerwoną gwiazdką.[1] Przy wyjeździe kontrola dokumentów. To miejsce nazywało się jeszcze 10. Państwowym Poligonem Naukowo-Doświadczalnym, albo po prostu – poligonem Sary-Szagan. Jego ogromny teren rozciągał się na 600 km na zachód od jeziora Bałchasz.



W Wydziale Kadr dostałem skierowanie do Etylenu. Miejscowi mi wyjaśnili – to jest 35. Strefa.[2] Prawdę powiedziawszy było mi wsio rawno – etylen czy metylen… Poznałem także miasto Prioziersk. Miasto przekroczyło moje oczekiwania: wielka ilość drzew, idealnie czyste ulice, szerokie place, hotel Rossija, dalej dziewięciopiętrowy biurowiec i Bałchasz po horyzont, a powyżej dokładna kopia wieży TV Ostankino, pomnik poległych lotników. Czuło się powagę tego miasta.



35. Strefa



Poniedziałek, godzina 06:30 rano. Podjeżdżają autobusy i zabierają oficerów do Strefy 35. Jedziemy betonową drogą prostą jak strzelił. Na przestrzeni 100 km dwie zawrotki i trzy punkty kontroli dokumentów. Wypalona słońcem pustynia i białe plamy salarów. Gdzie nie rzucisz okiem -  równina z kępami trawek i jaskrawe słońce. Pokazują się jakieś obskurne domki i maszty przekaźników. To jest Strefa 35. Przyjechaliśmy.



Pierwsze wrażenie – powiem wprost – było nieprzyjemne. Wystarczyło pomyśleć, że tutaj przyjdzie człowiekowi żyć, to na duszy robiło się nieciekawie…



W sztabie dostałem przydział do 7. Oddziału. Zataszczyłem rzeczy do hotelu, zapoznałem się z kolegami, dostałem umundurowanie i zaczęła się służba. W oddziale służyło 5 oficerów, 60 żołnierzy i 30 specjalistów. Głównym zadaniem było: przeprowadzać prace specjalne przy startach rakiet na odcinkach doświadczalnych. Moja funkcja: starszy operator – dowódca startu. To oznaczało, że byłem odpowiedzialny za całość procedur związanych ze startem.



Wszyscy oficerowie z Strefy 35 to rakietowcy. W ciągu miesiąca można było nabrać tutaj takiego doświadczenia, jak w zwykłych wojskach w ciągu 20 lat. Do tego oni tam pracowali nie używając sprawdzonych technik, a na nowych – często eksperymentalnych i nie wypróbowanych. A poza tym życie – brak tlenu w pustynnym powietrzu, kłopoty z wodą, którą się dowoziło 100 km, skorpiony i węże na podłodze domku. Do dalszych stref ludzi wozili helikopterami.



Próby rakietowe



Od tego czasu upłynęło ponad 20 lat. Nie ma państwa, nie ma armii, w której służyłem. Publikacja tego artykułu nie zdradza żadnych tajemnic wojskowych.



Etylen, Strefa 35, JW 03145, 44. Centrum Badawcze 10. Państwowego Poligonu Naukowo-Doświadczalnego – to były nazwy jednego i tego samego miejsca. W Strefie testowano nowe kompleksy rakiet pionowego startu obrony przeciwbalistycznej - OPB. Starty rakiet następowały jedne po drugich. Startowały one ze stanowisk położonych o kilka kilometrów od Stref w których pracowali ludzie. Z ziemi w niebo wstawał ogromny słup ognia o wysokości kilometra, ale dalszy lot rakiety był widoczny tylko dzięki smudze kondensacyjnej.



Strzelano w zaprogramowany punkt przestrzeni antyrakietami przeznaczonymi do niszczenia: celów nisko lecących, celów na dużej wysokości, rakiet manewrujących i celów grupowych. Doświadczenia autonomiczne, kompleksowe, interdyscyplinarne i państwowe. Obloty samolotów i innych statków powietrznych. W procesie doświadczeń wykazywano niedoróbki. Przedstawiciele fabryk i instytutów naukowych korygowali je i znów puszczali…



System A-135 Amur



Głównym kompleksem w nasze Strefie był system OPB A-135 Amur. A tak dokładniej, to w 35. Strefie rozmieszczone były silosy antyrakietowe przeciwpocisków bliższego przechwycenia poligonowego wariantu kompleksu. W innych Strefach znajdowały się inne antyrakietowe systemy przechwytujące, stacje r/lok śledzenia i naprowadzania, środki zabezpieczenia i kierowania. Wszystkie te elementy działały jako jedna całość. System A-135 Amur przeznaczony był do zwalczania nieprzyjacielskich ICBM oraz satelitów lecących na LEO. Poligonowy system potrzebny był do badań i kontroli działania całego systemu w warunkach bojowych.



Trochę inaczej ujmuje to internetowa Wikipedia:  



System antybalistyczny A-135 rozmieszczony wokół Moskwy radziecki system antybalistyczny wyposażony w pociski antybalistyczne z głowicami jądrowymi, przeznaczony do zwalczania międzykontynentalnych pocisków balistycznych ICBM



Historia systemu zaczyna się w 1968 roku, gdy wiadomo było, że w wyniku testów i prób systemu A-35 nie będzie on w pełni spełniał założeń. Wypracowano koncepcję systemu przeciwrakietowego nowej generacji o większych możliwościach. W 1970 roku zespół głównego konstruktora A.G. Basistowa opracował wstępny projekt systemu obrony Moskwy w ramach pracy naukowo-badawczej Fon-1. A 10 czerwca 1971 roku projekt otrzymał oficjalną nazwę A-135 i roboczą „Amur”. System początkowo miał się składać z następujących elementów:

·        Punkt dowódczo-obliczeniowy

·        cztery węzły radiotechniczne ze zmodernizowanymi stacjami Dunaj-3M i Dunaj-3U

·        zmodernizowane z jednokanałowych na wielokanałowe stacje radiolokacyjne z systemu A-35M do kierowania do kierowania zwalczaniem celów w strefie bliższej

·        kompleksy ogniowe bliższego przechwytywania S-225

·        stacja radiolokacyjna Don-N do kierowania zwalczaniem celów w strefie dalszej kompleksami Amur

·        kompleksy ogniowe Amur do zwalczania celów w strefie dalszej rozmieszczone w odległości 300 i 600 km od centrum Moskwy



Wyznaczone zostały instytuty i biura konstruktorskie do opracowania poszczególnych elementów kompleksu. Zmodernizowanie systemu A-35 powierzono zespołowi G.W. Kisunke. Kompleks bliskiego zasięgu S-225 projektował zespół B.W. Bunkina. Zespół kierowany przez A.Ł Mincowa opracowywał stacje Don-N. OKB Gruszina opracowywał przeciwrakiety dalszego zasięgu Amur. W między czasie trwały między USA i ZSRR pertraktacje ograniczające wyścig zbrojeń, w wyniku, których podpisano między innymi układ ABM o ograniczeniu systemów obrony przed strategicznymi rakietami balistycznymi. Zawierał on ograniczenie do istnienia systemu na obszarze o promieniu 100 km i do 100 jednogłowicowych pocisków przychwytujących i tyleż wyrzutni.



Wobec tych ostrych kryteriów należało wprowadzić korekty do programu projektowania i budowy systemu. Przede wszystkim zmieniono rozmieszczenie kompleksów ogniowych dalekiego zasięgu Amur i włączyć je do strefy rozmieszczenia bliskiego zasięgu. Ostatecznie zakończono opracowanie projektu A-135 z uwzględnieniem modernizacji kompleksu Amur i stacji Don-N do standardu Don-2N. W tym czasie, w lipcu 1974 roku podpisano z Stanami Zjednoczonymi końcowy protokół ABM, który przesądzał o przyznaniu każdej stronie po jednym systemie przeciwrakietowym. Wobec tego wniesiono kolejne poprawki i prace ostatecznie zakończono w 1975 roku. Ostatecznie poprawiony projekt zatwierdzono i w tej wersji składał się z tylko z jednej stacji Don-2N, czterech stanowisk startowych przeciwrakiet PRS-1 rozmieszczonych w promieniu 18-20 km od centrum Moskwy. Czterech stanowisk startowych przeciwrakiet A-925 w rejonach systemu A-35M.



Dwóch systemów radiolokacyjnych z stacjami Dunaj-3. Przebudowę zestawów stacji kanału celu RKC-35 do nowych wymogów i jednocześnie zrezygnowano z stacji RKI-35, a jej zadanie powierzono wielofunkcyjnej stacji Don-2N. Równocześnie włączono wszystkie stacje radiolokacyjnych wczesnego wykrywania na peryferiach kraju. Jeszcze w 1974 roku podjęto decyzje do budowie eksperymentalnego systemu Amur-P na poligonie Bałchasz (na zachodzie znany, jako Szaryszagan). Wstępne decyzje o rozpoczęciu realizacji budowy systemu przeciwrakietowego A-135 zapadły w już w 1975 r. Jeszcze podczas prób i testów doświadczalnej wersji systemu, podjęto budowę odpowiedniej infrastruktury dla poszczególnych obiektów. Do 1985 roku ukończono najważniejsze prace na obiektach punktu dowódczo obliczeniowego, stanowisk startowych przeciwrakiet i ukończono próby państwowe tych elementów. Zakończono także montaż i wyposażanie oraz dostrajanie aparatury stacji radiolokacyjnej Don-2N, natomiast ciągłą prace w ramach dyżurów stacja podjęła pod koniec lat 80. Dopiero 4 grudnia 1989 roku podpisano protokół o zakończeniu prób państwowych systemu i rekomendacji do przyjęcia systemu do uzbrojenia, co nastąpiło za rok, w grudniu 1990. Od kilku lat system jest modernizowany, stopniowo udoskonalając wszystkie elementy. Obecnie cały system A-135 Amur jest głównym elementem 9 Dywizji Obrony Przeciwrakietowej w 3 Samodzielnej Armii Obrony Rakietowo-Kosmicznej Federacji Rosyjskiej. W skład systemu wchodzi:

·        Punkt dowódczo-obliczeniowy 5K80 w miejscowości Sofrino

·        Wielofunkcyjna stacja radiolokacyjna DON-2NM w Sofrino

·        Dwa węzły radiotechniczne, każdy z dwiema stacjami wczesnego wykrywania Dunaj-3U i Dunaj-3M w rejonie miast Czechow i Kubinka

·        Stanowiska startowe przeciw rakiet dalszego zasięgu A-925 w miejscowościach Zagorsk i Naro-Fomińsk (po 18 wyrzutni), a bliższego zasięgu PRS-1 w miejscowościach Wnukowo, Sofrino, Korolew, Lytkarino i Schodna (łącznie 64 wyrzutnie).



Pociski A-925 inaczej oznaczony 51T6 ma w kodzie NATO kod ABM-4 GORGON,a pocisk PRS-1 53T6 znany jest jako ABM-3 GAZELLE. Stacja Don-2N w kodzie NATO nosi oznaczenie PILL BOX[3]



Kiedy przygotowywano start antyrakiety, żołnierzy zganiano do koszar na parter i zabraniano im stania przy oknach, zaś przyzwyczajeni już do wszystkiego oficerowie wychodzili z koszar i obserwowali start. Trzeba powiedzieć, że widowiskowe te starty wcale nie były. Po prostu dlatego, że rakieta wyskakiwała z swego silosu jak pocisk. W czasie 3 sekund nabierała prędkości 5 km/s. Rakieta po starcie była widoczna tylko na kilka mgnień oka, a potem ona znikała w niebie. W czasie nocnych prób, w Strefie położonej 3 km od punktu startu robiło się jasno jak w dzień. Jeżeli idzie o mnie, to też zabezpieczałem takie odpały rakiet. Przygotowanie jednego z nich – to był miesiąc pracy. Na początku przyjeżdżaliśmy i wyjmowaliśmy z silosu transportowo-startowy kontener. Nasz transportowy MAZ-543 Uragan podjeżdżał do silosu, podnosił się na wspornikach hydraulicznych do czasu oderwania się wszystkich kół od ziemi i podnosiła się prowadnica. Wyciągano z silosu kontener, a potem transporter odjeżdżał. 



A potem zaczynały się prace remontowo-modernizacyjne. Do silosu opuszczano drabiny i szalowania, i tutaj właśnie wchodzili specjaliści. Trzeba było obejrzeć spalone odrzutem okablowanie, czujniki i w ogóle elektronikę. Te prace trwały 1,5 – 2 tygodnie. Potem wyciągano wszystko na zewnątrz i przywożono EWM – elektroniczną makietę rakiety bez głowicy bojowej i paliwa z utleniaczem. Zamiast nich było bezpieczne oprzyrządowanie elektroniczne. EWM była ładowana na transporter i przewożona na stanowisko, a potem ustawiana w silosie. Na tym fantomie przez kilka dni testowano funkcjonowanie aparatury pokładowej i urządzeń startowych. Potem EWM wyjmowano z silosu i ładowano na transporter. Po tym wszystkim następowało odpalenie kolejnej bojowej rakiety.



Prace specjalnego znaczenia



Jesienią i zimą 1983/84 strzelaliśmy w każdy miesiąc. Także z poligonu w Kapustin Jarze i z okrętów podwodnych na Północnym Oceanie Lodowatym odpalano ICBM, a my zestrzeliwaliśmy lecące na nas z ogromna prędkością i na ogromnych wysokościach głowice bojowe. Była to trudna, odpowiedzialna i niebezpieczna robota. Start za startem. Większość nocy spędzałem na stanowisku startowym, koło ryczących silników boosterów, na wietrze i mrozie.



Widziałem zdjęcia ówczesnych startów antyrakiet w Strefie 35: codzienna praca, oficerskie nominacje, tłum generałów i deszcz orderów po udanym starcie. U nas wszystko robiło się nocami i nie było żadnych nagród. I do dziś dnia stoi mi przed oczami: zimowy nocny step, kłujący mroźny wiatr, podniesione na hydraulicznych podnośnikach cielsko transportera rakiet, celująca w niebo antyrakieta zawisła nad gardzielą silosu. Z dwóch stron plac przed silosem był oświetlony reflektorami KRAZ-ów. Wszystkie maszyny wyły na mrozie. W świetle reflektorów kłębił się dym. Dziesiątki ludzi pracowało, a rakieta płynnie wchodziła do silosu.



Prace specjalne toczyły się zgodnie ze specjalnym grafikiem. Na każdą dobę dyżurny operacyjny wydawał czasowy grafik – wedle którego nie wolno było robić cokolwiek, póki nad nami przelatywał nieprzyjacielski satelita szpiegowski. W dzień cała technika była przenoszona do hangarów, a silos przykrywano siatkami maskującymi. W nocy wystarczyło wyłączyć światła i całą elektronikę. Kiedyś byłem oddelegowany do 6. Strefy – najbliższej nam, gdzie stały przeciwrakiety dalszego przechwytywania systemu A-135. i widziałem tam pomnik – na postumencie stała jakaś nieznana mi rakieta na stanowisku startowym, a na skromnej tablicy widniały słowa:



TUTAJ NA TYM MIEJSCU

PO RAZ PIERWSZY W ŚWIECIE,

4 MARCA 1961 ROKU

MIAŁO MIEJSCE PRZECHWYCENIE

I ZNISZCZENIE RAKIETY BALISTYCZNEJ



Pomyślałem – toż to jeszcze przed lotem Gagarina! Jakże często obchodzimy z wielką pompą byle co, a o prawdziwych osiągnięciach, którymi się można pochwalić ludzie nic nie wiedzą…!



Zamiast epilogu



System strategicznej obrony przeciwrakietowej A-135 Amur z powodzeniem przeszedł wszystkie testy i został skierowany do OPB Moskwy. Ten system nawet teraz – jest jedynym na świecie bojowym kompleksem OPB, który spełnia wszystkie hollywoodzkie fantastyczne rojenia.



35. Strefa cały czas służyła Ojczyźnie przez dziesiątki lat w przybałchaszskiej pustyni.  To właśnie tam działy się rzeczy, które pozwalały i nadal pozwalają Rosji być supermocarstwem. Aktualnie w czasie 1-2 lat ze Strefy 35 następuje odpalenie antyrakiety w celu sprawdzenia gotowości systemu i całego kompleksu OPB. I każdy taki start to belka w oko naszym zaoceanicznym „przyjaciołom”.



Miałem okazję musnąć wzrokiem tylko te wielkie rzeczy. Kłonie głowę przed weteranami Poligonu. Życzę wszystkim żołnierzom, oficerom, pracownikom cywilnym Strefy 35 ze wszystkich tych lat życzę zdrowia i wszystkiego najlepszego!



Strefa 35 i Incydent Gdyński



Tyle Aleksandr Kursakow – naoczny świadek i uczestnik Zimnej Wojny, który podobnie jak ja (i wielu innych)  - nie wierzy w jej zakończenie. Ale nie o tym rzecz.



Autor podaje frapującą informację o tym, że już 4.III.1961 roku Rosjanom udało się trafić antyrakietą w ICBM lecący w atmosferze i zniszczyć go. Ale, jak podejrzewam, to nie oni wpadli na pomysł użycia antyrakiet do obrony przeciwbalistycznej. Pierwszymi najprawdopodobniej byli Niemcy, którzy swe rakiety plot. testowali na poligonie w Rąbce k./Łeby w czasie II Wojny Światowej. Niemcy myśleli bowiem perspektywicznie – mając pociski odrzutowe V-1 i pociski rakietowe V-2 – przed tymi ostatnimi Alianci nie mieli żadnej ochrony! – zaczęli kombinować nad nią, czego rezultatem były pociski Rheintochter i Rheinbote. Idea była prosta – wrogi pocisk w rodzaju V-2 można było zestrzelić pociskiem rakietowym poruszającym się w trzech wariantach:

v    na czołowe zderzenie;

v    po prostej wyprzedzenia, i…

v    …po krzywej pościgu.   



Wszystkie warunki spełniały pociski Rheinbote. Rosjanie mieli je, wraz z średnim i niższym personelem technicznym, który zgarnęli w czasie wyzwalania Pomorza, a zatem nie musieli robić wstępnych studiów i założeń. Już je mieli przed sobą. A to pozwoliło im osiągnąć powodzenie w wyścigu z Amerykanami.



Sprawa druga – mając taką odskocznię mogli zacząć próby z bronią OPB i ASAT już w latach 50. Ich rezultatem mógł być Incydent Gdyński 1959, kiedy to do basenu nr 4 wpadł jakiś NOL. W pracy „UFO i Kosmos” oraz „UFO i Czas” przedstawiłem hipotezę, że nie było to żadne pozaziemskie UFO, a amerykański satelita Zeta SCORE, który strącono z orbity.



Oczywiście hipoteza ta została natychmiast zaatakowana przez najrozmaitszych besserwisserów, którzy twierdzili, że Rosjanie nie dysponowali taką techniką pod koniec lat 50., która by im umożliwiła zestrzelenie satelity czy trafienie w ICBM lecący w atmosferze. No cóż – sądzę, że ten pomnik (o ile istnieje) stanowi kolejny argument za poprawnością tej hipotezy.



Sary-Szagan kryje jeszcze niejedną tajemnicę. W Strefie 35 pracowano nad przeciwpociskami rakietowymi pionowego startu z silosu. W Strefie 7 pracowano nad przeciwpociskami dalekiego zasięgu startującymi też z silosów. A gdzie przeciwpociski bazowania naziemnego, lotniczego czy na- i podwodnego? W którejś ze Stref pracowano – czego jestem pewien – także nad przeciwpociskami ASAT – czyli klasy ziemia/powietrze/woda/głębina wodna – przestrzeń kosmiczna.



A Amerykanie? Oczywiście też nad tym pracowali i pracują, bo traktaty i umowy międzynarodowe, to dla nich pic na wodę – jak wykazały to układy z Polską w sprawie wojny w Iraku i Afganistanie.



No i to byłoby na razie na tyle w tym interesującym temacie.



Źródło – „Tajny XX wieka” nr 8/2012, ss. 16-17



Przekład z j. rosyjskiego –

Robert K. Leśniakiewicz © 
Zdjęcia - "Tajny XX wieka".           



[1] Takie było oznakowanie wszystkich pojazdów Armii Radzieckiej.
[2] W oryginale użyto słowa płoszczatka – placyk.
[3] Za „Ilustrowany Magazyn Wojskowy ARMIA” nr 2/2009.

niedziela, 1 lipca 2012

Ekspozycja na Zamku w Suchej Beskidzkiej





Niedziela 1 lipca powitała nas ciepłem i słońcem. Z samego rana zadzwonił do nas Pan bednarz z wieścią, że znów pojawiły się borowiki na Przykcu, ale my mieliśmy inne plany. Pojechaliśmy do naszego powiatowego miasta Suchej Beskidzkiej zwiedzić ekspozycję na tamtejszym Zamku. Była ona poświęcona prawu karnemu i penitencjarnemu Państwa Suskiego - w latach 1608-1939. Szczególnie interesująca była ekspozycja narzędzi tortur i wymiaru sprawiedliwości z siedemnastego i początków osiemnastego stulecia, kiedy to wyznawano zasadę „dura lex, sed lex” i prawo to było rzeczywiście krwawe i bezlitosne.



Jak wyglądały narzędzia do zadawania tortur i śmierci - widać na filmiku. Poza nimi widzimy także rekonstrukcje ich zastosowania według tutejszego grafika - Pana Macieja Hojdy.



Patrzyłem na to i naszła mnie refleksja, którą kieruję do tych wszystkich łaknących Kontaktu z Obcymi z Kosmosu, a mianowicie - czy kiedy doń wreszcie dojdzie, czy pokażemy Im taka ekspozycje i bez żenady wyjaśnimy, do czego to służyło? A nie zapominajmy, że i dzisiaj tortury są na porządku dziennym i to w krajach, których przywódcy z praw człowieka zrobili sobie polityczny oręż do walki o rozszerzenie swych wpływów na cały świat i przerabianie go na swoją modłę, zawsze wbrew woli zdecydowanej większości ludzi tenże świat zamieszkujących... Tak, tak! Wszyscy wiemy, o kogo chodzi...!



Warto jest to zobaczyć, choćby dlatego, żeby wiedzieć, do czego zdolnym jest człowiek pragnący upodlić, złamać, upokorzyć i zniszczyć drugiego człowieka - bo nie zapominajmy, że narzędzi tych używano także na chwałę Bożą w walce o hegemonię „jedynie słusznej” wiary, która krzewiono ogniem, mieczem i takimi właśnie narzędziami. Czy Obcy będą w stanie to zrozumieć?...


To Wam daję pod rozwagę, o apologeci kontaktów międzyplanetarnych! Bo od naszej historii - także tej najokropniejszej nie da się uciec i trzeba z nią coś zrobić. Zamiecenie tego pod dywan będzie wyrazem skrajnego tchórzostwa. No i czy Oni będą w stanie to jakoś zrozumieć? A jeżeli zrozumieją to jako chęć ukrycia wrogich zamiarów względem Nich? Uważam, że ufologia musi zmierzyć się i z tymi czarnymi plamami naszej historii, bo bez tego będzie tylko pseudonauką dla kilku pięknoduchów o spaczonym obrazie naszego świata...