Powered By Blogger

środa, 7 listopada 2012

UFO nad Zachodnią Syberią: CE6 w Rosji




Igor Wołozniew

W 1991 roku z archiwów specjalnych KGB ZSRR w otwarty obieg dostały się archiwalne materiały o obserwacjach UFO i spotkaniach z Obcymi na terytorium Zachodniej Syberii (tzw. Zachodniosyberyjskie archiwum NLO). W krótkim czasie, wszystkie cztery wypchane teczki z protokołami, raportami, listami i aktami ekspertyz zostały, według oficjalnej wersji – ukradzione. Jednakże badacze są zdania, że je znowu utajniono. Przedstawiamy Czytelnikowi trzy opisane w nich incydenty.

CE6: Zombies po Spotkaniu z Nimi

W lipcu 1969 roku, latający aparat podobny z wyglądu do sterowca, który świecił fioletowym światłem, około północy wylądował na polu koło wsi M. w Tjumeńskiej Obłasti. Widziało to kilku miejscowych. Z aparatu wyszedł pilot w skafandrze. Dwóch młodych mężczyzn, dwujajowych bliźniaków, wyszli mu na spotkanie. Obcy zaprosił ich do swego statku i wszyscy trzej znikli w luku.
Tymczasem zebrał się mały tłumek, w którym był także milicjant. Po godzinie luk otworzył się i z niego wyszli obaj bracia. Statek wystartował i odleciał z wielką prędkością.

Zachowanie braci wydawało się mieszkańcom bardzo dziwne. Oni jawnie byli nie w formie: poruszali się jakby spętani, nieruchomy wzrok. Milicjant zwrócił się do nich z pytaniami, ale oni milczeli. Wszyscy ludzie, obok których oni przechodzili odczuwali słabość i zawroty głowy.

Bracia skierowali się do domu. Kiedy tam potem weszło kilku co śmielszych wieśniaków to się okazało, że obaj kontaktowcy (tu: uczestnicy kontaktu z Obcym – uwaga tłum.) nieporuszenie stoją w kącie, a ich oczy i skóra słabo się świecą, natomiast członkowie ich rodziny leżą nieprzytomni na podłodze. Nie udało się udzielić im pomocy: każdy, który się do nich zbliżył odczuwał duszności i zawroty głowy. Przez jakiś czas bracia pałętali się po wiosce jak zombies. Tłumek śledził ich ruchy. Następnie bracia skierowali się do lasu, przy czym szli nie wybierając drogi: przez rzeczkę przeszli w bród, choć obok był most. W lesie stracono ich z widoku. W wiosce przebywali żołnierze i milicja, przeczesali oni las kilka razy, ale braci nie znaleziono. Ich krewnych nie udało się przywrócić do przytomności…  

CE6: „Urody” atakują

Latem 1949 roku, w przysiółku Małoj Soswy (Chanty-Mansijski Okręg Autonomiczny) miał miejsce wielki pożar. Ludzie założyli prowizoryczne osiedle na skraju lasu. Tutaj także przychodziły „urody” – jak nazywali ich naoczni świadkowie. (Rosyjski urod [урод] = pokraka, szkarada – przyp. tłum.)

Nocą ludzie przebudzili się od tego, że słyszeli jak po dachach ich szałasów cos łaziło. Jeden z mężczyzn wziął strzelbę i wyszedł przed szałas i wtedy na plecy wskoczył mu „urod”.

„Urody” opisano tak: kształt ciała podobny do ludzkiego, wzrost około 1 metra w odzieży w kolorze ciemnej, chropawej skóry (niektórzy twierdzili, że to była po prostu skóra – przyp. aut.), na grzbiecie coś w rodzaju grzebienia i „wężowa” głowa. Człowiek z „urodem” na plecach zastygł w bezruchu, broń wypadła mu z ręki. Potem nie próbując nawet zrzucić z siebie stwora wszedł do jednego z szałasów. Ludzie znajdujący się w nim uciekli. Ci, którzy obserwowali go z sąsiednich szałasów zauważyli, jak stwór przyłożył mu do głowy coś w rodzaju krótkiej metalowej rurki. Wyglądało to tak, jakby z człowieka wysysał on mózg.

Pojawiły się jeszcze dwa czy trzy „urody” – one przemieszczały się bardzo szybko i mogły wysoko podskakiwać. Ludzie w przerażeniu zaczęli uciekać.
Ci, którzy uciekli w las mieli pecha. Tam na drzewach siedziały dziesiątki „urodów”. One zeskakiwały na ludzi i wpijały się w nich i wstawiali im w głowy te rurki.

Uratowali się ci, którzy uciekli w stronę rzeki czy pomiędzy zgliszcza osiedla. Stąd widzieli, jak ludzie ze stworami na plecach pałętają się wokół opuszczonych szałasów. Niektórzy z „nosicieli” nie wytrzymywali ciężaru „urodów” i padali na czworaki. Żaden z nich nie próbował strącić intruza z pleców.

Świadkowie obawiali się, że „urody” dobiorą się także do nich, ale nieoczekiwanie za drzewami pojawiło się pomarańczowe światło, jakby tam nisko nad ziemią przeleciała ognista kula. „Urody” zostawiły ludzi i rzuciły się w jej kierunku i znikły z widoku. Ludzie przez jakiś czas jeszcze nie zdecydowali się na wyjście z ukrycia, a potem podeszli do tych, których napadły te dziwne stworzenia. Poszkodowani byli żywi, ale nie rozumieli, co się stało. Oni żyli nie przejawiając objawów jakiejkolwiek choroby jeszcze około 10 godzin. A potem, jeden za drugim zaczęli umierać.

Sekcja zwłok wykazała, że ich mózgi przekształciły się w jakąś galaretowatą masę. Nie było żadnych dziur w głowie, ale wszyscy mieli pęknięcia w kościach potylicy lub skroni. Tajemniczych „urodów” nie znaleziono. Psy nie chciały pójść ich tropem.

CE0/CE6: Może to chupacabra?

Dziwny stwór, sądząc z opisów podobny do „urodów” z  Małoj Soswy, pojawił się w dwa dni później, wieczorem, na podwórzu domu w pobliżu osiedla Sergino, czyli jakieś 120 km od miejsca poprzedniego incydentu.

Gospodyni domu początkowo wydawało się, że widzi psa. Ale kiedy stworzenie to wstało na tylne łapy i wskoczyło do wielkiej, próżnej beczki, kobieta pomyślała, że to małpa. Nie zastanawiała się dłużej i wygoniła „małpę” z beczki. Stworzenie pobiegło do domu i zrobiło tam bałagan. Czegoś takiego tam jeszcze nigdy nie widzieli. Miało to rozmiary średniego psa, przemieszczało się na czterech łapach, często podskokami, ale mogło też chodzić na dwóch tylnych kończynach jak człowiek. Jego wzrost nie przekraczał 1 metra. Głowa bezwłosa, ciało pokryte brodawkami, na grzbiecie coś w rodzaju grzebienia lub długiego garbu.

W domu stwór schował się pod łóżko. Wygnano go stamtąd i ukrył się on na stryszku. Pogonili tam za nim, ale stąd stwór gdzieś przepadł…

W nocy gospodynię obudził dziwny dźwięk. Weszła do pokoju, gdzie spał jej brat i ujrzała stwora siedzącego jemu na piersi. Brat leżał z otwartymi oczami i nie widzieć czemu nie poruszał się. Według jej słów, stwór językiem podobnym do rurki dotykał głowy leżącego.

Kobieta zaczęła rzucać w „nieczystego” wszystkim, co popadło i zdzieliła go pałką. W końcu stwór wyskoczył przez okno i się ukrył. Więcej jego już nie widzieli. Wydarzenie to zostało opisane w raporcie dzielnicowego. Nie powiedział on jednak tego, czym to stworzenie być mogło.

Ciekawe jest to, że psy mieszkające na podwórzu tego domu, uciekły krótko przed pojawieniem się tego stworu i powróciły nad ranem. Na górnej części głowy brata gospodyni pojawiła się plama w kształcie kwadratu, podobnego do oparzenia. Od tego czasu zaczęła boleć go głowa, a w ciągu roku on zmarł. A przecież miał niewiele ponad 30 lat…!

CE3: Polecieli z wiatrem!

Wrzesień 1952 roku. Wieczorem, z bramy obozowej gułagu na brzegu rzeki Czułym wyjechała odkryta ciężarówka. Na pace siedzieli zeki i konwojenci, zaś w kabinie kierowca-cywil i dowódca konwoju. Jechali na budowę znajdująca się 60 km od łagru z poleceniem przybycia przed nastaniem mroku. Kiedy przejechali połowę drogi, naraz zgęstniały chmury i pokazały się błyskawice.

Naraz na poboczu drogi, z dala od zasiedlonych miejsc, szofer dostrzegł dwóch niskich mężczyzn. Podejrzani obywatele byli odziani niezwykle, jak na tą krainę – w „obcisłe, sportowe trykoty koloru ciemnoszarego”. Obydwaj byli bladzi, z łysymi głowami, podobni do siebie, jak jednojajowe bliźniaki. Dowodzący sierżant kazał szoferowi zatrzymać się. Wyszedł z kabiny i kazał obcym pokazać dokumenty. „Sportsmeni” ich nie mieli. Polecił im wejść na pakę i powiedział, że dojdą z nimi do ładu. Obcy bez słowa wykonali jego polecenie. Inni twierdzą, że słychać było jak odpowiadają monosylabami. Wszyscy byli zgodni co do tego, że od pierwszej chwili poczuli, że coś jest nie tak…

W czasie jazdy nad ciężarówką przez cały czas wisiała niewielka chmura. Pioruny zaczęły bić obok pojazdu, ale żaden nie trafił w ciężarówkę. A potem zaczęło się dziać coś najdziwniejszego: samochód podniósł się w górę i poleciał nad drogą! W powietrze poderwali się też Obcy. Przez jakiś czas lecieli oni razem z ciężarówką. Ludzie w ciężarówce siedzieli skamienieli z przerażenia.

Niepojęta siła podniosła ciężarówkę na dość duża wysokość, przenosząc na odległość 35 km od miejsca przeznaczenia i opuściła na drogę. Obcy znikli, a chmura rozwiała się. A potem, choć nie od razu, zaczął pracować silnik.

W końcowym rezultacie, ludzie przyjechali na miejsce przeznaczenia nie z tej strony, z której trzeba, a z przeciwnej. Dowódca konwoju napisał raport, w którym opowiedział tak, jak było. Jego słowa potwierdzili pozostali ludzie, którzy jechali z nim ciężarówką. Znaleźli się świadkowie, którzy widzieli, jak ciężarówka jechała drogą, po której jechać nie mogła – jeżeli uwzględniło się czas jej wyjazdu z gułagu.

Wszyscy uczestnicy incydentu podpisali oświadczenie o konieczności zachowania milczenia na ten temat. Po dziwnych „sportsmenach” zaginął wszelki ślad…

* * *

Trzy grosze tłumacza

Wszystkie te relacje dotyczą bardzo skomplikowanych wydarzeń – Bliskich Spotkań Szóstego Rodzaju z Obcymi istotami, które skończyły się dla ludzi urazami, ranami i po jakimś czasie śmiercią. Taka jest właśnie specyfika CE6. W przeciwieństwie do CE1-3 są one mniej optymistyczne i pokazują, że Obcy i ich technologia wcale nie jest taka pokojowa, jak nam to wpajano od dziesięcioleci.

Pierwszym w naszym kraju, który zwrócił na to uwagę, był Bronisław Rzepecki, który w swym memorandum ostrzegał przez kontaktami z Obcymi – a w szczególności długofalowymi ich efektami, które nierzadko kończą się różnymi urazami psychicznymi i fizycznymi, a nierzadko śmiertelnym zejściem. Przykłady podane powyżej są doskonałą ilustracją tego ostrzeżenia.

I jest jeszcze coś. W moim opracowaniu UFO i Czas (Tolkmicko 2012) wysunąłem hipotezę o tym, że wszystkie (no powiedzmy prawie wszystkie) kryptydy mogą być mimowolnie czy celowo przenoszone w czasie przez chronoloty (czyli UFO) do naszej Rzeczywistości. I to mogą być istoty z dalekiej Przyszłości – kiedy Ludzkość opanuje technikę chronomocji (swobodnego przemieszczania się w Czasie), jak i z dalekiej Przeszłości – np. sprzed czasów Ziemi-śnieżki o których wiemy bardzo niewiele, a w których już mogła istnieć na ziemi wysoko rozwinięta Cywilizacja I Generacji – i to niekoniecznie ludzi…

Po drugie - jak wiadomo, kryptydy te są przystosowane do życia w naszej atmosferze i jedzenia naszych pokarmów, a zatem istoty te nie pochodzą z innych planet, ale z naszej Ziemi.

Po trzecie – żadna z tych kryptyd nie została złapana żywcem. To oczywiste, jeżeli weźmiemy pod uwagę hipotezę o temporalnym pochodzeniu tych istot: Chrononauci likwidują rezultaty swoich działań poprzez zabieranie kryptyd z naszej Rzeczywistości i umieszczaniu ich z powrotem w ich Rzeczywistościach. Tak więc znikanie kryptyd jest de facto (a to wie, czy nie de iure) likwidacją chronoklazmu. Stanisław Lem, który wymyślił ideę chronomocji i opisał w jednym z opowiadań swych Dzienników gwiazdowych zdaje się trafił w dziesiątkę, bowiem wyjaśnia ona wszystkie fenomeny związane z UFO: od fenomenu missing time do chupacabry i Nessie.

Tak już à propos znikania, to mogło dojść do zniknięcia, a nie utajnienia, teczek KGB zawierających dane o CE na terenie Syberii. Po prostu Oni nie życzyli sobie, by ludzie dowiedzieli się o Ich wpadkach i je po prostu zabrali. 

Bo oczywiście zdarzają się Im wpadki i niektóre z nich mogą być właśnie niebezpiecznymi chronoklazmami, jak np. epidemia wirusa HIV wywołującego AIDS czy innych tajemniczych chorób, które wydają się być „nie z tego świata”. Być może mamy do czynienia właśnie z Przybyszami spoza Czasu, a nie tylko z Kosmitami. A kto wie, czy Ludzkość nie wejdzie w kontakt z Innymi właśnie w innej Rzeczywistości poszukując Ich nie tylko w przestrzeniach Kosmosu, ale także w otchłaniach Czasu? Czy wyobrażasz sobie Czytelniku spotkanie ludzi z, dajmy na to, XXXI wieku z Obcymi z np. Układu Syriusza na brzegu syluryjskiego morza albo w puszczy węglowej czy na prerii dinozaurów? Myślę, że warto jest się nad tym dłużej zastanowić.


Źródło – "Tajny XX wieka", nr 34/2012, ss. 32-33
Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©        

wtorek, 6 listopada 2012

Znaleziono winnego śmierci dinozaurów?


Mapa kanadyjskiej Wyspy Wiktorii (Wikipedia)


Igor Krasnowskij

Na terytorium Kanady znaleziono 25-kilometrowy astroblem. Uczeni nie wykluczają, że właśnie spadek „niebiańskiego gościa” spowodowało wyginięcie tych gigantycznych gadów.

Zwyczajne znalezisko

Odkrycia dokonali pracownicy Uniwersytetu Saskatchewan Bryan Pratt i Keith David z Kanadyjskiej Służby Geologicznej.

W 2010 roku badali oni z powietrza Wyspę Wiktorii  znajdującej się w Kanadyjskim Archipelagu Arktycznym, w celu wykonania jej dokładniejszej mapy. Uczeni zwrócili uwagę na to, że krajobraz na północnym-zachodzie wyspy ma całkiem regularny kształt. Uczeni zaczęli badanie tego faktu i kontynuowali te badania w ciągu następnych dwóch lat. Jakież było zdumienie badaczy, kiedy dotarło do nich, że znaleziony krater jest kosmicznego pochodzenia!

Śmiercionośny deszcz

Odkrytemu astroblemowi nadali imię Prince Albert, od nazwy półwyspu, na którym się on znajduje. Znaleziony krater meteorytowy ma średnicę 25 km. Ale według poglądów badaczy, przez kilkadziesiąt milionów lat erozji, ów krater znacznie się zmniejszył. Szacują oni, że był on co najmniej dwukrotnie większy. Obliczenia wykazują, że taki krater powstaje wskutek spadku asteroidy o średnicy 5 km. I jest całkowicie możliwe, ze był to jedynie odłamek większego ciała astronomicznego, który rozpadło się lecąc w kierunku Ziemi i spadło na jej powierzchnię w postaci śmiercionośnego deszczu meteorytów. Wydarzenia te miały miejsce 130-350 MA temu. Dalsze badania pozwolą na sprecyzowanie daty tej katastrofy. Uczeni zakładają, że ten meteorytowy deszcz mógł spowodować zmiany klimatu planety i spowodować globalne ochłodzenie.

Astroblem Prince Albert z powietrza


Astronomiczni „podejrzani”

Jak wiadomo, najbardziej popularna teoria objaśniająca masowe wymarcie dinozaurów, to hipoteza spadku na Ziemię gigantycznej asteroidy albo komety, co spowodowało zmianę położenia osi planety i w rezultacie okres zlodowacenia. Istnieje całe mnóstwo hipotez mówiących o ty, jakie ciało niebieskie odpowiada za ten Epizod. „Podejrzanych” nie brakuje. Według ocen uczonych, meteoryty pozostawiające za sobą astroblem o średnicy >20 km spotyka się 1-3 razy/1 MA. Na powierzchni naszej planety odkryto ponad 200 kraterów (nie licząc tych, które skrywają wody Wszechoceanu) – a niektóre z nich sięgają nawet 300 km średnicy! No i kilka z nich powstało w epoce dinozaurów.

Głównym „podejrzanym” w sprawie wyginięcia dinozaurów jest meteoryt, którego impakt spowodował powstanie 180-kilometrowego kratery Chicxulub w rejonie półwyspu Jukatan, Meksyk. Miał on średnicę około 10 km i spadł 65 MA temu, dokładnie kiedy zniknęły z powierzchni Ziemi wielkie gady. Ale uczeni nie wykluczają, że proces zmiany klimatu rozpoczął się kilkanaście czy kilkadziesiąt milionów lat wcześniej. Kanadyjscy uczeni przypuszczają, że powstanie krateru Prince Albert mogło się stać jego przyczyną.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 34/2012, s. 3

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz  ©

niedziela, 4 listopada 2012

Kamień Czintamani z Agharty i Szamballi (2)



Kilka uwag tłumacza

Agharta, Szamballa… - mityczne krainy podziemi Himalajów. Przyznaję, że urzekła mnie legenda o istnieniu tej krainy, zamieszkałej przez mędrców religii Bön czy lamaizmu – dla innych kraina wiecznej szczęśliwości, a tak naprawdę to jednego i drugiego. Taki podziemny Raj czy Piekło, o którym pisał F. A. Ossendowski czy F. Montyhert. I wreszcie kraina, w której przez jakiś czas przebywali założyciele religii: książę Siddartha Guatama Sakkya-Muni czyli Budda, Paspa, Baber, Issa-Jezus z Nazaretu… Szczególnie ten ostatni miał tam przebywać w czasie lat swego „życia ukrytego”, zanim pojawił się nad Jordanem jako syn boży jak chcą jedni, czy prorok jak chcą drudzy.

Ciekawie brzmi opowieść o koneksjach Aghartyjczyków z Syriuszem. Ta najjaśniejsza gwiazda stała naszego nieba przyciągała wzrok wszystkich kultur naszej planety. Wspomnę jednak tylko o wierzeniach Dogonów z Mali, że ich przodkowie pochodzą właśnie z planet systemu tej gwiazdy i że poza Syriuszem A jest także Syriusz B (o czym wiemy dopiero od 1915 roku), a także Syriusz C, którego istnienia jednak nie potwierdzono, mimo wielu obserwacji dokonanych przez HST. Tym niemniej, opowieść o wylądowaniu „tarczy zawierającej w sobie moc całego świata” pasuje do opowieści Dogonów o lądowania Arki Nommo i Ogo w jeziorze Debb (Debo). Czy jest to tylko zbieżność? Jeżeli nawet, to bardzo zastanawiająca.

Wrót wiodących w głąb Pustej Ziemi nie odkryto, bo i nie można było odkryć – Plutonia niestety nie istnieje, jak przedstawiają ją ezoterycy i różni maniacy w rodzaju adm. Byrda, ale być może istnieje system pieczar i korytarzy pod Azją Centralną, w której ukrywali się ludzie przed różnymi niebezpiecznymi zdarzeniami. To jest o wiele bardziej możliwe, niż Pusta Ziemia. I bardziej zgodne z prawami fizyki.

F. A. Ossendowski twierdzi, że Agharta istnieje już od co najmniej 60.000 lat. Proszę nie zapominać, że około 70.000 – 75.000 lat temu na Ziemi miało miejsce wydarzenie, które omal nie wykończyło ludzi jako gatunku biologicznego – chodzi mi o wybuch superwulkanu Toba w Indonezji. Ta supererupcja szacowana na 8°VEI zasypała tefrą wyspy Indonezji, część Azji Południowo-Wschodniej, cały subkontynent indyjski i spowodowała zmiany klimatyczne w postaci epoki lodowcowej, co nie powinno nikogo dziwić, gdyż objętość wyrzuconego materiału piroklastycznego wynosiła wtedy około 1000 km³ - dla porównania podam, że erupcja Mt. Tambora wyrzuciła ok. 80 km³ materiałów piroklastycznych, co obniżyło średnią temperaturę Ziemi o 2-3°C. Ostatni wybuch superwulkanu Taupo miał miejsce 26.500 lat temu na Nowej Zelandii, ale 12.930 lat temu miała miejsce słaba erupcja superwulkanu Laacher See w Nadrenii-Palatynacie w Niemczech – NB, ładnie się wpisuje w legendę o zagładzie platońskiej Atlantydy. Aktualnie zagraża nam superwulkan Yellowstone i odkryty niedawno Campi Flegrei we Włoszech. A zatem Agharta mogłaby być pozostałością po poprzedniej cywilizacji (czy nawet kilku) istniejących z dalekiej Przeszłości i szukającej ratunku pod ziemią po supereksplozjach superwulkanów, po których zmiany klimatyczne mogłyby unicestwić Ludzkość raz na zawsze.

Tak już nawiasem mówiąc, to właśnie wybuch superwulkanu (czy nawet kilku superwulkanów) na Wyspie Dekańskiej, a nie tylko spadek asteroidy, przypieczętował los dinozaurów i hipotetycznych Dinozauroidów 64.800.032 lata temu. W tym kontekście, Agarti i Szamballa jawiłaby się jako schron dla istot rozumnych z planety Ziemia.

Gdzie leży Agarti? Przyjmując słowa lamów za prawdę, to zakładając, że ptak jest w stanie lecieć z prędkością podróżną 60-100 km/h przez 24 h i przez 7 dób lotu non-stop – Agharta znajduje się w odległości 10.080-16.800 km od Indii. Licząc od punktu leżącego w Indiach i opisanego współrzędnymi: 20°N - 075°E i lecąc na północ wzdłuż 75 południka faktycznie osiągamy Północny Ocean Lodowaty w okolicach Bieguna Północnego. Jednakże ptaki nie mogą latać non-stop, zatem należałoby ten dystans skrócić co najmniej o połowę. W tym układzie Agarti powinna znajdować się pod lasami i bagnami Niziny Zachodniosyberyjskiej. Z pewnego punktu widzenia jest to najbardziej logiczna lokalizacja takiego schronu. Dlaczego?

Dlatego, że jest to rejon bardzo stabilny sejsmicznie, na którym nie występują właściwie żadne trzęsienia ziemi. A właśnie głównym zagrożeniem dla takich schronów są właśnie zjawiska sejsmiczne, które mogłyby zagrażać potencjalnym mieszkańcom tych podziemi. Lokalizacja podziemnego schronu na terenie Himalajów i Tybetu byłaby co najmniej ryzykowną. Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta – dlatego, że jest to obszar bardzo aktywny sejsmicznie. Około 30 mln lat temu Dekan zderzył się z kontynentem azjatyckim wypiętrzając Himalaje. Te góry – podobnie jak Alpy i Karpaty w Europie – wypiętrzają się w dalszym ciągu dając silne trzęsienia ziemi, które od czasu do czasu pustoszą obszary Indii, Pakistanu, Chin i innych krajów tam leżących – w tym także Tybetu (czerwony obszar na mapce). Dlatego też trudno sobie wyobrazić, by na tym obszarze mogły znajdować się podziemne budowle, które byłyby odporne na wstrząsy o sile >5°R! Dlatego właśnie bardziej prawdopodobna jest lokalizacja pod Zachodnią Syberią, która jest stosunkowo bezpieczna sejsmicznie. Oczywiście rzecz jest bardzo trudna do udowodnienia, ale możliwa do zrealizowania oczywiście wymagająca ogromnych nakładów, na które dzisiaj nikogo nie stać.

Może to i lepiej…?                           
  
Źródło – „Tajny XX wieka”, nr 22/2012, ss. 18-19
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz © 
Ilustracje - Internet     

sobota, 3 listopada 2012

Kamień Czintamani z Agharty i Szambhalli (1)




Wadim Ilin

Rerich Nikołaj Konstantynowicz (1874-1947) rosyjski pisarz, malarz, archeolog, podróżnik, kronikarz… W latach 20. mieszkał w Indiach. Roerich rozpatrywał historie i przyrodę jak proces jednej „kosmicznej ewolucji”. Przedsięwziął on ekspedycje do Chin, Mongolii i inne kraje Centralnej i Wschodniej Azji.
(„Wielka Encyklopedia Cyryla i Metodego”)

Historia kamienia

O mitycznym Czintamani (Chintamani – przyp. tłum.) wspomina się w wielu podaniach i legendach, a także w rękopisach i księgach – tych dawnych i tych współczesnych, a osobliwie wschodniego pochodzenia. Został on wycięty w kształcie wielościanu z minerału o kolorze czarnym z świecącymi żyłkami. Był to kamień w tych czasach i nie całkiem kamień – w człowieczym tego słowa zrozumieniu on istnieje tylko częściowo w czterech znanych nam wymiarach czasoprzestrzennych. Kamień Czintamani to coś więcej niż artefakt – to jest klucz do jakichś drzwi tajemnych, które ludzie zamknęli kiedyś w bardzo dawnych czasach…
Według jednej z hipotez, bardzo dawno temu kamień został rozbity na trzy części, a jedna z nich znalazła się w pewnym tybetańskim klasztorze, druga w zagadkowym podziemnym mieście Agharti (Agarta, Agharta – przyp. tłum.) a trzecia część znalazła się w nowojorskim Muzeum Współczesnej Historii.
Zgodnie z dawnymi tekstami, jeden z fragmentów kamienia został wysłany z Tybetu do Jerozolimy – dla króla Salomona, który z kolei rozkuł go na cztery części. Z jednej części zrobiono mu oczko do pierścienia, a trzy pozostałe zawiózł prorok Mahomet, założyciel islamu, do Mekki w 1500 lat później.
Tym trzem fragmentom kamienia Czintamani od dawien dawna kłaniali się muzułmanie, którzy wierzyli w ich nieziemskie pochodzenie. Według legendy, kamienie te są ukryte we wnętrzu Kaaby – dawnej świętości, wokół której zbudowano Wielki Meczet albo świątynię Beit-Ullah.



Poszukiwania Nikołaja Roericha

W czasie ekspedycji do Azji Roerich usłyszał o jednym a ciekawych aspektów wierzeń buddyjskich – a mianowicie legendę o Ośmiu Nieśmiertelnych, zamieszkujących we wnętrzu gór, w podziemnym mieście na granicy Chin i Tybetu. W jednych legendach miasto te nazywa się Agharti, w innych Hsi Uong Mu. Według niektórych relacji, rozmieszczone jest ono niedaleko Lhassy, stolicy Tybetu, i w okolicznych górach znajdują się biegnące doń tunele. Niektórzy historycy pisali, że kamień Czintamani może posłużyć jako znak przewodni – wskazujący drogę do Ośmiu Nieśmiertelnych.
Od przewodnika, którego Roerich pozyskał wśród miejscowych, dowiedział się on, że we wnętrzu górskiego masywu Kunlun znajduje się ogromna jaskinia z wysokimi stropami, w której w czasach prehistorycznych znajdowały się nieprzebrane skarby. Poza tym wspomniał on także o tajemniczych „śnieżnych ludziach”.
Istnieją świadectwa, że w tamte lata przeor lamaickiego klasztoru w Trasilumpo przekazał Roerichowi na znak wielkiego szacunku i zaufania kawałek Czintamani, który – według słów lamy – dostarczono na Ziemię z systemu planetarnego (uwaga!)… Syriusza. (!!!) W jednym ze starych lamaickich tekstów mówi się tym, że:
Kiedy Syn Słońca zstąpił na Ziemię, by nauczać Ludzkość, z nieba spadła tarcza, która zawarła w sobie siły całego świata.
Oglądając później kamień, żona Roericha – Jelena Iwanowna – znalazła na nim zagadkowe symbole. Zbadawszy napis Roerich stwierdził, że inskrypcja została napisana w najdawniejszej wersji sanskrytu i rozszyfrował ją tak:
Moja droga tutaj biegnie pomiędzy gwiazdami. Przyniosłem paterę (naczynie ofiarne) pokrytą pancerzem. I przyniosłem jeszcze skarb, podarek Oriona.
Według słów Jeleny Iwanownej, kamień ten promieniował i to znacznie silniej, niż rad, tylko jego częstotliwość była inna.
Roerich przypuścił, że kamień Czintamani jest jakimś akumulatorem energii psychicznej, nazywanej „szug”, którą może w pewnych warunkach oddawać na zewnątrz. I tak, kiedy człowiek tylko dotknie kamienia, to nabierze takiej siły ducha, możliwości i wiedzy do jasnowidzenia, że jest on w stanie na mgnienie oka ujrzeć Aghartę – miasto Ośmiu Nieśmiertelnych.
Według niektórych świadectw, lama-przeor prosił Roericha o odwiezienie prezentu do Europy i przekazanie go jak najszybciej powstałej w Genewie, w 1919 roku Lidze Narodów, której celem było rozwiniecie współpracy między narodami w dziedzinie zapewnienia pokoju i bezpieczeństwa. Po tym, jak w 1946 roku Liga przestała działać, Roerich ponoć przesłał kamień z powrotem do klasztoru Trasilumpo.
A na dodatek lama-przeor opowiedział Roerichowi dawne tajskie podanie o tym, jak Nieśmiertelni zostali stworzeni z gliny i powietrza przez Mu-Kunga władcy powietrza ze Wschodu, i Uong-Mu – władczyni powietrza z Zachodu. Jednakże w świetle późniejszych podań, Nieśmiertelni zjawili się na Ziemi z planety, znajdującej się w systemie gwiezdnym Syriusza, i zainstalowali swoją forpocztę w górach Tybetu, w celu przeprowadzenia eksperymentów genetycznej hybrydyzacji.



Podziemny świat Agharty-Szamballi

W jednej z ksiąg o ekspedycji do Azji, Roerich wspomina zaobserwowany przez siebie latający dysk. Według słów przewodnika, takie latające dyski wylatują z podziemnego świata Agharti.
Istnieje hipoteza, że Ziemia wewnątrz jest pusta. Zwolennicy tej hipotezy stracili (i do dziś dnia tracą) niemało wysiłków na poszukiwanie wejść do tej podziemnej pustej przestrzeni. Sądzi się, że takie wejścia powinny znajdować się w pobliżu Biegunów, a szczególnie w okolicy Bieguna Północnego. Aktualnie poszukiwania „zagubionych wrót” prowadzi się na różne sposoby, włączają w to analizy zdjęć satelitarnych.
Zgodnie z wierzeniami buddystów, wewnątrz Agharty znajduje się jeszcze bardziej tajemnicze miasto – Szamballa.
W czasie podróży do Tybetu, Roerich i jego żona niejednokrotnie rozmawiali z przedstawicielami buddyjskiego duchowieństwa na wszystkie tu poruszone tematy. Niektóre z tych rozmów zostały opisane w książkach Roericha: „Ałtaj-Himalaje” (1927), „Serce Azji” (1929) i „Szamballa” (1930).
Pamiętam – pisał Roerich – jak w czasie naszego przejścia przez przełęcz w górach Karakorum, mój przewodnik i pomocnik Ladakh zapytał mnie:
- A wiecie panie, dlaczego tam hen wprost przed nami rozpościera się taka niezwykła, górska kraina? Czy wiecie panie, że tam w podziemnych jaskiniach kryją się ogromne skarby, i że w tych jaskiniach żyje niezwykły naród, który odwrócił się od wszystkiego, co jest grzesznego na Ziemi?
Pamiętam także, że kiedy przybliżyliśmy się do miasta Hotan (terytorium dzisiejszego Sinczian – Ujgurskiego Rejonu Autonomicznego Chin – przyp. aut.), to dźwięk uderzeń kopyt naszych koni o ziemię stał się grzmiący, jakby pod nami były jakieś jaskinie czy jakieś próżnie skalne. I nawet ludzie z naszej karawany zwrócili na to uwagę. A kiedy ujrzeliśmy wyloty jaskiń, to nasi ludzie powiedzieli:
- Kiedyś tam, bardzo dawno temu, mieszkali tutaj ludzie, ale wszyscy uciekli do wnętrza Ziemi. Oni znaleźli wejście do podziemnego królestwa.



Święte słowo

A oto fragment rozmowy z jednym z tybetańskich lamów, który zacytowano w książce Roericha, a który miał miejsce w 1928 roku:
- Lamo, opowiedz mi o Szamballi.
- No przecież wy, ludzie Zachodu, nie tylko nie wiecie o Szamballi niczego, i nie chcecie niczego wiedzieć. Najpewniej ty pytasz mnie z prostej ciekawości i z łatwością wymawiasz to święte słowo.
Po długich rozmowach i zapewnieniach Roericha o jego szlachetnych intencjach, lama wreszcie zdecydował się mówić dalej:
Wielka Szamballa leży daleko za oceanem. Jest to wielkie królestwo bogów. Nie ma w nim niczego z Ziemi. Czemu wy, ludzie, interesujecie się nim tak? Tylko daleko na północy, i tylko w niektórych miejscach mógłbyś zobaczyć lśnienie promieni Szamballi. Sekrety Szamballi są doskonale ukryte przed postronnymi.
- Lamo, mu wiemy o wielkości Szamballi. I my wiemy, że to nieopisanie piękne królestwo rzeczywiście istnieje. I wiemy także, że niektórzy lamowie wyższej rangi przebywali w Szamballi… Wiem doskonale o podróży pewnego lamy z Buriacji, którego przeprowadzono poprzez wąskie przejście, dlatego też nie opowiadaj mi o niebiańskiej Szamballi, a opowiadaj mi o tej, która istnieje na Ziemi dlatego, że ja wiem – ziemska Szamballa istnieje! Powiedz mi lamo, jak mogło się zdarzyć, że ziemskiej Szamballi nie odkrył żaden z podróżników? Jeżeli spojrzymy na mapę Ziemi, to widać, że niewiele na niej białych plam. Wszystkie górskie obszary, doliny i rzeki zostały już zbadane.
- No tak, ale póki ci wszyscy ludzie, których ty nazywasz podróżnikami jeszcze wielu rzeczy nie znaleźli na Ziemi. No i niech któryś z nich spróbuje przeniknąć do Szamballi bez zaproszenia! Zapewne słyszałeś, że wokół wysokogórskich plateau płyną potoki i rzeki, których wody są nasycone trucizną zabójczą dla człowieka. Być może nawet widziałeś ludzi, którzy umierali po nawdychaniu się trujących oparów w czasie próby sforsowania tych potoków i rzek. Wielu śmiertelników próbowało dotrzeć do Szamballi nie będąc zaproszeni do niej. Niektórzy z nich znikają bez śladu i na zawsze. Tylko niektórym udało się dojść do świętego miasta, i to tylko w tych przypadkach, kiedy ich karma sprzyja temu celowi.
O zagadkach Szamballi i Agharty pisze Jan Lamprecht w książce „Puste planety” (1998). W niej opisuje się, jak to znany święty lama Kusum Lingpa, lekarz tybetańskiej medycyny, znawca i nauczyciel jednego z kierunków buddyzmu – vadjarayany – prowadził warsztaty w San Jose (CA).
Według słów Lamprechta – W czasie jednego wykładu wygłoszonego w San Jose, lama ów twierdził, że do Agharti można dostać się lecąc z Indii na północ w czasie siedmiu dni. Ja uważam, że lama porównywał ów lot do lotu ptaka, a jeżeli tak, to siedmiodniowy lot przywiedzie nas w samo centrum Arktyki.
Ponad siedemdziesiąt lat temu Roerich w rozmowie z innym lamą usłyszał od niego, że Szamballa leży daleko na północy. A zatem być może, że ten lama jak raz miał na myśli rejon Północnego Oceanu Lodowego?



CDN. 

piątek, 2 listopada 2012

Raport o UFO nad Nara, Japonia




Właśnie przedwczoraj napłynął do mnie email od Pana Kiyoshiego Amamiya, który zaobserwował UFO nad jedną z gór w okolicach miasta Tenri k./Nara w Japonii:  

Drodzy Przyjaciele,

Ja i moja żona chodzimy do szpitala w każdy dzień. Zazwyczaj przebywamy tam od 13:00 do 18:00 przy naszej 40-letniej córce, która leży w śpiączce. Patrzyliśmy przez okno na górę Kongo, i naraz zauważyliśmy UFO ponad jej szczytem. Były tam także widoczne chmury, które utrwaliły się na zdjęciu. Mój aparat fotograficzny może wykonywać zdjęcia w podczerwieni. Kiedy pomarańczowe chmury znikły, przełączyłem aparat na pracę w podczerwieni. Ten obiekt wyglądał na bardziej błyszczący.

Pomarańczowe obłoki:

Te zdjęcia były zrobione około godziny 17:20 JST w dniu 25.X.2012 roku. Świeciły one na zachodzie po zachodzie słońca. Wszystkie te obłoki miały ciemne obramowania. Obiekt znajdował się na takiej wysokości, na której oświetlały go promienie słońca. Jednak jego kolor nie zmienił się na ciemniejszy, tak jak obłoki, które pociemniały. Wykonałem natychmiast serię zdjęć. Obłoki stały się ciemne, a potem znikły. Przełączyłem aparat na pracę w IR. Obiekt świecił biało, co widziałem na ciekłokrystalicznym displaju.

Użyłem aparatu fotograficznego o następujących parametrach:
Aparat – Yashica EZ Digital F5371R
Zdjęcia – 4 serie
PIC0630--0648 normal mode
PIC0649 -- 0654 IR mode
PIC0655--0656 normal mode
PIC0657--0661 IR mode
Pozdrawiam – K.A.









Przyznaję, bardzo ciekawe zdjęcia. Czy to był obłok znajdujący się tak wysoko, że przez długi czas oświetlały go promienie słońca? Być może – niestety – tego nie wiem. Tak czy inaczej, to byłoby właśnie UFO…