Powered By Blogger

czwartek, 4 sierpnia 2016

Antarktyda: ostatnia przystań Trzeciej Rzeszy?





Nikołaj Michajłow


W 1999 roku, na Antarktydzie odkryto nieznanego, śmiercionośnego wirusa. Zapewne dostał się on tutaj z Kosmosu w rezultacie spadku meteorytu. Jednakże wirus ten mógł być także częścią nazistowskiej broni B. 

Antarktydę często nazywa się skarbnicą Ludzkości. To tutaj właśnie pod wielometrową warstwą lodu znajduje się ogromna ilość pożytecznych kopalin, w tym ropa naftowa i gaz ziemny. Rządy wiodących krajów świata nie żałują środków, by się utrzymać na Lodowym Kontynencie. Ale eksploratorzy Antarktydy wciąż napotykają na jakieś niepojęte zjawiska. Wielu uczonych jest przekonanych: tajemnice tej ziemi są w stanie wywrócić do góry nogami nasze wyobrażenia o otaczającym nas świecie i historii.


U-booty z „Konwoju Führera”


Wśród antarktycznych badań i ekspedycji szczególne miejsce zajmuje amerykańska ekspedycja pod dowództwem kontradm. Richarda Byrda, nosząca kryptonim High Jump, przeprowadzona w latach 1946-47. Jej rezultaty nie są zupełnie jednoznaczne i dlatego jest uważana za najbardziej tajemniczą.
Wyprawa ta obliczona początkowo na rok, została nieoczekiwanie zakończona na 5 miesięcy wcześniej. Wszystkie zebrane przez nią materiały do dziś dnia są utajnione. I tylko dzięki skąpym relacjom można było spróbować dojść do prawdy – ale nie w pełnym wymiarze. 

 U-530
 Dowódca U-977 - H. Schaeffer
U-977

Aby to zrozumieć, należy zacząć od najwcześniejszych czasów. W 1945 roku – 10 lipca i 17 sierpnia – argentyńskim władzom poddały się dwa niemieckie U-booty. Pierwszy z nich, okręt podwodny U-530 z załogą 16 osób i dowodzony przez W. Bernharda. Jeńcy opowiedzieli, że przedtem dopłynęli do brzegów Antarktydy i zabudowali tam lodową jaskinię, w której złożyli jakieś skrzynki – najprawdopodobniej jakieś superważne dokumenty III Rzeszy i liczne rzeczy należące do Adolfa Hitlera. Ta operacja nosiła kryptonim Walkiria 2.

Drugi U-boot U-977, którym dowodził H. Schäffer powtórzył podróż tego pierwszego i – wedle słów jego załogi – przewieźli oni na Antarktydę prochy Hitlera i Ewy Hitler née Braun

W 1983 roku służby specjalne przejęły poufny list od H. Schäffera do W. Bernharda mówiący o tym, że zamierza on opublikować swe pamiętniki. W liście zawarta była prośba by tego nie robić i przypomnienie zarazem, że wszyscy załoganci składali przysięgę milczenia i chronienia tajemnicy. 

Wiadomym jest, że jeszcze w 1938 roku, hitlerowcy zainteresowali się Antarktydą i w latach 1938-39 zorganizowali dwie ekspedycje do tych ziem. Zbadane terytorium otrzymało nową nazwę – Nowa Szwabia – Neuschwabenland – i stała się częścią III Rzeszy. W 1943 roku, Grossadmiral Karl Dönitz oświadczył:
Niemiecka flota podwodna jest dumna z tego, że na drugim końcu świata zbudowała dla Führera niedostępną twierdzę. 

To może oznaczać, że do 1943 roku na Antarktydzie została wybudowana niemiecka tajna baza. Do transportu towarów używano specjalnej eskadry U-bootów ze zgrupowania „Konwój Führera”. Według niektórych relacji, przy końcu wojny z tych okrętów w porcie Kilonii zdemontowano wyrzutnie torpedowe i załadowano je kontenerami z różnymi towarami. Poza tym okręty przyjęły na pokład pasażerów, których twarze były skryte poza chirurgicznymi maseczkami. 

Internowani niemieccy marynarze opowiadali, że w czasie roku wojny przewieźli oni setki specjalistów ds. budowy w warunkach antarktycznych i kilka tysięcy więźniów z obozów koncentracyjnych. Do tego dostarczono tam ogromną ilość paliwa i żywności. 


Hitler na Antarktydzie?


Dziwna ekspedycja naukowa


Bezsprzecznie taka informacja nie mogła pozostać bez echa ze strony dowództwa wojsk amerykańskich. Do brzegów Lodowego Kontynentu została wysłana eskadra okrętów US Navy pod dowództwem znanego badacza polarnego i polarnika, kontradmirała Richarda Byrda, który od 1926 roku był uważany za pierwszego lotnika, który przeleciał nad Biegunem Północnym. 

Według oficjalnej wersji, ekspedycja ta z grubsza była naukową, tym niemniej była ona finansowana przez US Navy. W jej skład wchodziło 13 okrętów i kilkanaście samolotów. Celem ekspedycji było zbudowanie stałej naukowej stacji antarktycznej. Jednakże ekspedycja ta składała się z 4600 ludzi, w których jedynie 25 było naukowcami! 

Operacja zaczęła się 26.VIII.1946 roku, a skończyła się pod koniec lutego 1947 roku. Wszystkie dokumenty dotyczące tej lodowej wyprawy od razu zostały utajnione – i do dziś dnia są ukrywane w amerykańskich archiwach, bez prawa ich opublikowania.


Latające dyski


Tym niemniej wiele relacji i świadectw na temat nieudanej ekspedycji przedostało się do prasy. Najważniejsze, czego nie udało się ukryć: eskadra wróciła do USA w mocno niepełnym składzie. Straty wyniosły 1 okręt, 13 samolotów oraz zginęło (czyt.: zostało zabitych) 68 ludzi ze stanu osobowego. 

A zatem co się stało na Antarktydzie w lutym 1947 roku? Amerykańskie gazety napisały: eskadra pod dowództwem adm. Richarda Byrda otrzymała rozkaz odszukania i zniszczenia domniemanej antarktycznej bazy hitlerowców. Ale wojenna wyprawa o mało co nie zakończyła się zgubą Amerykanów. Na podejściu do wybrzeży Ziemi Królowej Maud, okręty zostały zaatakowane przez dziwne aparaty latające w kształcie dysków. Walka z nimi trwała 20 minut, a w jego wyniku jeden okręt został zatopiony i zestrzelono kilka samolotów. 

Wylot tajemniczej jaskini na Antarktydzie - czy jest to niemiecka baza z czasów II Wojny Światowej?

Po kilku latach, jeden z pilotów D. Sunderson udzielił wywiadu magazynowi „Kreis”. Lotnik ów twierdził, że dyskoidalne aparaty latające przelatywały z taką prędkością pomiędzy masztami okrętów, że strumienie powietrza zrywały anteny radiowe! A do tego dyski nie wydawały żadnych dźwięków. Kilka amerykańskich myśliwców zostało zestrzelonych promieniami, które emitowały te „latające talerze”.  Takimi promieniami został podpalony jeden z niszczycieli, wskutek czego okręt ten zatonął. 

Latające dyski znikły tak szybko, jak się pojawiły. Amerykanie zrozumieli: im pokazano, że są tutaj niepożądanymi gośćmi i że następny atak będzie śmiertelny dla wszystkich, którzy przeżyli. O tym incydencie natychmiast zameldowano drogą radiową do Waszyngtonu, skąd otrzymano rozkaz: wracać do Stanów bez jakichkolwiek prób zniszczenia wojennomorskich baz.  


Fabryki w masie lodowca?


Skąd na Antarktydzie mogły się znaleźć takie latające aparaty? Sam kontradmirał Byrd niejednokrotnie powtarzał, że one były zbudowane w tajnych niemieckich fabrykach lotniczych, które znajdowały się w lodowym pancerzu Szóstego Kontynentu. (Zbudowanie takowych byłoby zupełnie niemożliwe ze względu na ruch lodowców antarktycznych, który wynosi średnio 200 m/rok. Jeżeli już, to rzeczone fabryki mogłyby znajdować się tylko we wnętrzu jakichś dużych jaskiń przystosowanych do produkcji. W tym akurat Niemcy byli najlepsi… – przyp. tłum.)

Wkrótce po śmierci Byrda, w 1957 roku, opublikowano niektóre fragmenty dzienników admirała. Wynika z nich, że tamtego dnia poza straszliwym atakiem poleciał on na powietrzny zwiad i „latające talerze” zmusiły go do lądowania. Po wylądowaniu podszedł do niego niebieskooki blondyn i łamaną angielszczyzną polecił mu przerwać ekspedycję. Według notatek Byrda, ten człowiek był Niemcem z tajnej hitlerowskiej kolonii na Antarktydzie. 

Czy coś takiego mogło mieć miejsce w rzeczywistości? Sądząc wedle znanych faktów – tak. Rosyjscy badacze – S. Kriwosziejew i G. Sanin piszą o tym, że aktywność Niemców na Antarktydzie była wiadoma radzieckiemu wywiadowi. I rzeczywiście, istnieje notatka służbowa z dnia 10.I.1939 roku, w której I Zastępcy narkoma NKWD – gen. NKWD W. Mierkułowowi zameldowano właśnie o tym. Nieznany z nazwiska zwiadowca melduje o tym, że według jego rozeznania partia niemieckich naukowców pracuje na Antarktydzie. Z innych dokumentów będących w dyspozycji historyków wynika, że w 1940 roku, na Antarktydzie, na osobisty rozkaz Führera zaczęto budowę dwóch tajnych baz. Były to miejsca ewakuacji i jednocześnie poligony do wypróbowywania nowoczesnych technologii. 

Historycy podliczyli, że pod koniec wojny na terytoriach kontrolowanych przez III Rzeszę istniało ponad 600 podziemnych fabryk i laboratoriów. To oznaczało, że Niemcy mieli ogromne doświadczenie w tym zakresie. 

Samo zrozumiałe, że proces zbudowania podobnej bazy na Antarktydzie wymagał zgromadzenia ogromnych sił i środków, ale rzecz jest całkowicie wykonalna i nie ma w tym niczego nadzwyczajnego.

W opublikowanej w 1969 roku książce ministra uzbrojenia i przemysłu III Rzeszy – Alberta Speera – wskazuje się na to, że pierwsza demonstracja latającego aparatu w kształcie dysku Sack AS-6 miała miejsce jeszcze w 1939 roku, a do 1944 roku aparat już był gotowy do seryjnej produkcji i eksploatacji. Tym sposobem, techniczna możliwość sterowania „latającymi talerzami” przez Niemców – bezsprzecznie - była.


Tajne spotkanie


Amerykańscy dziennikarze piszą, że w dniu 10.III.1947 roku, admirała Richarda Byrda przyjął prezydent USA – Harry Truman. Spotkanie to było absolutnie tajne i tym niemniej, po upływie wielu lat jej treść stała się wiadoma dla prasy. 

Byrd przekazał Trumanowi dokument zaadresowany do rządu USA i zatytułowany „List intencyjny o współpracy”. Pod nim widniał podpis M. Hartmanna – przedstawiającego się jako człowieka odpowiadającego na Nowej Szwabii za prace naukowe i ich wdrożenia. 

Aby zademonstrować Amerykanom gotowość do współpracy, Hartmann przekazał im dokumentację techniczną najnowszego aparatu latającego. Dziennikarze twierdzili, że wręczono ją Byrdowi w czasie spotkania z tajemniczym niebieskookim blondynem. 

Czy była to prawda, czy była to tylko kolejna kaczka dziennikarska? Dowodem na prawdziwość tej hipotezy jest ten fakt, że właśnie w tym czasie w USA zaczął się prawdziwy boom na latające aparaty w kształcie dysku. Prace nad nimi trwały od lat 30., i są one związane z nazwiskiem znanego konstruktora Heinricha Zimmermanna. Aparat nazwany Latający Blin wykonał swój pierwszy lot w 1942 roku, ale był to nieudany model i miał bardzo złe charakterystyki lotu. Po 1947 roku, nieoczekiwanie nabrał on doskonałych właściwości lotnych i miał możliwość wykonywania pionowy wzlot, a zamiast silników tłokowych zastosowano odrzutowe, dzięki czemu ów dyskoidalny samolot osiągał nieprawdopodobną w tym czasie prędkość 3000 km/h. Na bazie tej maszyny zostały później skonstruowane dyskowate UAV.

Oczywiście jest to tylko jedna z możliwych wersji – będąca nawet dostatecznie logiczną. Antarktyczna ekspedycja High Jump do dziś dnia budzi całą masę pytań. I nikt nie postawił kropki na zakończenie jej historii…
 

Moje 3 grosze: Misja „Momi”


Tyle Nikołaj Michajłow. W tej całej historii jest jeszcze jeden ciekawy punkt, a mianowicie – misja okrętu podwodnego Momi (co po japońsku oznacza „zimozielony” albo „jodła”). Na obrazie Johna Meeksa widzimy dwa okręty podwodne: japoński I-52 oraz znany już nam U-530. A oto, co pisze o tym w artykule na stronie SubArt – WWW.SubArt.net


Spotkanie U-530 z I-52 na Atlantyku (obraz J. Meeksa)

Mrucząc swymi silnikami diesla okręt podwodny typu IXC-40 U-530 stoi równolegle do japońskiego okrętu podwodnego klasy C3 i o numerze taktycznym I-52, zaś dwaj japońscy marynarze w gumowej łódce wracają na swój okręt. Jest dzień 23.VI.1944 roku, gdzieś na środku Atlantyku. Niewątpliwie szykuje się coś niezwykłego!
I, jak wszyscy wiemy.. tak właśnie było!
I-52 był tym, który teraz (dla niektórych) był znany jako „Japoński Złoty Okręt Podwodny”. Jego misja nosiła kryptonim Momi, a jego portem docelowym było francuskie Lorient pod niemiecką okupacją.
Całkiem nowy okręt klasy C-3 jest właśnie w swym dziewiczym rejsie. Ma na swym pokładzie superważny, strategiczny ładunek sztucznego kauczuku i innych surowców, kilku inżynierów i techników wypożyczonych do Niemiec i załogę złożoną ze 100 osób…
…oraz dwie tony złota.
Późnym wieczorem dnia 23.VI.1944 roku, doszło do rendez-vous z niemieckim U-bootem U-530, który przekazał Japończykom instalację radarową „Naxos”, dwóch techników do jej instalacji i pilota, który miał ich doprowadzić do Lorient. Oba okręty rozłączyły się i każdy popłynął w swoją stronę w atlantycką noc…
U-530 dowodzony przez Kapitänleutnanta Kurta Langego zanurzył się by kontynuować swój patrol bojowy na Karaibach. W fałszywym poczuciu bezpieczeństwa, być może dzięki bezksiężycowej nocy, komandor Uno Kameo z I-52 tego nie zrobił.
W rzeczy samej, oba okręty podwodne były namierzone przez Aliantów, i w czasie godziny jednostka japońska została odnaleziona przez samolot z (znanego ze skuteczności) lotniskowca USS Bogue. Obrzucono ją bombami głębinowymi, zmuszono do wynurzenia i storpedowano. I-52 poszedł na dno wraz ze stu dziewięcio-osobową załogą i trzema Niemcami na pokładzie. (USS Bogue należał do specjalnego zgrupowania okrętów ZOP zwanego Tenth Fleet – Dziesiątą Flotą, która szczególnie zasłużyła się w Bitwie o Atlantyk – przyp. tłum.)
W 1995 roku, Amerykanin Paul Tidwell w końcu znalazł i sfilmował jego wrak – zaczynając nową historię – znaną dla wielu z nas, a która trwa do dziś dnia. W konsekwencji wrak ten jest Japońskim Cmentarzem Wojennym znajdującym się na pozycji N 15°16’ -  W 039°55’ – pomiędzy Zielonym Przylądkiem a Barbados, i na głębokości ponad 5200 m.
…A co z dwoma tonami złota?
Są tam nadal… „do podjęcia”… jak tylko tego chcecie! Ale lepiej pogadać z Tidwellem, rządem Japonii i kilkoma innymi – najpierw…!
No a co z U-530?
Nie poniósł on nawet najmniejszego zadrapania. Pływał i pracował przez cały następny rok… i nie poddał się nigdy do końca wojny!
W 1945 roku wszedł on do Mar del Plata k./Buenos Aires i oddał się w ręce władz neutralnego kraju…. 

I-52 oraz I-53 w japońskiej bazie wojennomorskiej

Tyle podaje autor tego artykułu, zaś Wikipedia podaje jeszcze ciekawszą informację, a mianowicie:

Obydwa te okręty przewoziły nie tylko ludzi i trefne towary, ale także mieszaninę radioaktywnego tlenku uranu do tzw. „brudnych” bomb – a było tego 2 tony, narkotyki w postaci surowego opium i inne cenne używki i przedmioty.   
 
Tak więc wynika z tego, że tego rodzaju okręty podwodne śmiało mogły transportować przede wszystkim sprzęt do Antarktyki (i Arktyki). Ze swej strony pragnę tylko dodać, że rzecz w zasadzie jest całkiem możliwa, tzn. Niemcy na pewno w Antarktyce byli i być może chcieli mieć tam miejsce schronienia dla samego… Adolfa Hitlera. No właśnie – do dziś dnia nie wiadomo, co NAPRAWDĘ stało się z Führerem III Rzeszy, który na pewno nie zginął w ruinach Berlina.

Po drugie – Niemcy na pewno mieli swój program kosmiczny i nad nim – w miarę swych możliwości – pracowali. Wyprowadzenie działań wojennych w Kosmos dałoby im przewagę nad całą resztą świata już w latach 40. ubiegłego stulecia i nie wiadomo, do jakich rezultatów by doszli, gdyby im nie przeszkodzono… 

Po trzecie – czy Truman poszedłby na współpracę z Niemcami po wojnie? Oczywiście! Przykładem jest SS-Sturmbannführer dr Wernher von Braun i jego rakiety, dlatego też mógłby pójść na współpracę z nazistami z Antarktydy, byle tylko mieć kolejny punkt przewagi nad Sowietami. 

A co to wszystko oznacza? Skoro cywilizacja na tak niskim poziomie rozwoju wyprowadza wojnę w Kosmos, to co dopiero cywilizacja o wysokim poziomie rozwoju technicznego? Nie ma się co łudzić, że postęp technologiczny idzie w parze z rozwojem duchowym i moralnym – bo tak nie jest. A mówię to na przykładzie naszej cywilizacji. Tak zatem nie ma co wołać o Kontakt z Obcym Rozumem, bo może to być wysokorozwinięta cywilizacja technologiczna z jakimś Hitlerem na czele… 


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 42/2015, ss. 20-21 
Przekład z j. rosyjskiego i angielskiego – ©Robert K. Leśniakiewicz        

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Światowe CE5: sobota, 5.VIII.2016 roku





CE5 albo CE-III-F lub psi-CE, to Bliskie Spotkanie Piątego Rodzaju – nawiązanie psychicznej łączności z Bytami czyli Istotami Rozumnymi przybywającymi do nas w UFO. Dołącz do grup na całym świecie by nawiązać kontakt! Tysiące ludzi na całym globie utworzyło grupy kontaktowe.

Teraz mamy najlepszy czas do pokazania naszej światowego zjednoczenia i wstąpienia na wyższy poziom świadomości oraz wejście na ścieżkę prowadzącą świat i Ludzkość do Uniwersalnego, Kosmicznego Pokoju! 

Partycypujemy w tym CE5 poprzez: 

1.      Dołączenie do istniejącej grupy kontaktowej lub utworzenie takowej;
2.     Zaplanowanie sobie wyjścia pomiędzy godziną 21:00 a 24:00 w Waszej strefie czasowej (u nas CEST = GMT + 2). Nie jesteśmy za zbieraniem się w określonym czasie, należy zachować elastyczność, jak ludzie będą w stanie przybyć na określone miejsce pracy w terenie lub tak zaplanować czas, by się spotkać;
3.     Użycie Protokołu CE5 w celu wezwania ET w duchu Uniwersalnego Pokoju;
4.     Podzielenie się doświadczeniami na facebookowej stronie internetowej SiriusDisclosure.

Wyobraźcie sobie, że każdy z nas w tym uczestniczący indywidualnie czy grupa jest światłem świecącym z Ziemi w Kosmos – wszystkie tego samego dnia na całej planecie. Ziemia będzie świecić!

Jeżeli chcesz sformować grupę, wejdź na naszą bezpłatną stronę internetową – www.ETContactNetwork.com i wpisz swe nazwisko oraz dane kontaktowe. Jeżeli nie chcesz używać swego zwykłego adresu email, utwórz specjalny adres tylko dla tego celu, a potem sformuj grupę z innych ludzi. jeżeli nie podasz podstawowych danych o sobie, to nikt nie będzie mógł się z Tobą skontaktować.

Wielkie dzięki wszystkim członkom grup kontaktowych CE5 na całym świecie za kontynuację pracy nad pokojowym kontaktem pomiędzy Ziemią a innymi cywilizacjami międzygwiezdnymi!   

Dr Steven Greer

****

Cóż za wspaniała idea, cóż za pomysł zaiste godzien co najmniej Nobla! Wspaniała idea integrująca podzielony do granic absurdu świat! Niestety jest w tej beczce miodu mała, ale wredna łyżeczka dziegciu. Zakładając bowiem, że mózg każdego z nas jest radiostacją nadającą poza falami radiowymi z
v = c
jeszcze jakieś fale psychiczne z
v >> c
nadajemy całemu Kosmosowi, a przynajmniej Galaktyce nasz sygnał istnienia – OTO JESTEŚMY!!! Czy nie za pochopnie? 

Osobiście podzielam zdanie prof. dr Stephena Hawkinga oraz Bronisława Rzepeckiego, którzy twierdzą, że nie ma się co się specjalnie podniecać Kontaktem z Obcymi, bowiem wcale nie jest powiedziane, że są Oni do nas nastawieni przyjaźnie, a wręcz na odwrót. Ich postępowanie z ludźmi przypomina raczej postępowanie naukowców ze zwierzętami doświadczalnymi. Mało tego – istnieje możliwość nastąpienia realnej, brutalnej i bezlitosnej wojny światów i to takiej, w swych założeniach, jaką widział ją Herbert G. Wells w swej kultowej powieści. Ziemianie zostali tam zredukowani do roli bydła rzeźnego dla Panów z Marsa… Zresztą nie tylko on, bo legion autorów sci-fi opisywał potem czy pokazywał na ekranie – najrozmaitsze „gwiezdne wojny”. 

A tak swoją drogą, czy te właśnie „gwiezdne wojny” nie są przyczyną silentium Universii? Pomyślmy: te cywilizacje, które biorą w nich udział – milczą z wiadomych powodów. Zaś te cywilizacje, które – jak nasza – w swej prostodusznej głupocie dają znać o sobie na całą Galaktykę – są szybko uciszane przez Najeźdźców z którejś z wojujących ze sobą stron, albo w ogóle niszczone, a ich potencjał zostaje wchłonięty przez gospodarkę Najeźdźców. Tak więc istnieje realna obawa, że nasza cywilizacja może być wciągnięta w galaktyczny konflikt, albo po prostu zniszczona, a Ziemia przejdzie do obcych rąk. Dlatego właśnie nie podzielam entuzjazmu dr Greera, a wręcz odwrotnie – uważam, że nie należy dawać znać o sobie! W tego rezultacie w Kosmosie panuje śmiertelna cisza…

Niestety – Ziemianie od wieku emitują w Kosmos sygnały radiowe na częstotliwościach od VLF do UHF, poza tym sygnały naszej TV, co pokazał Carl Sagan w powieści „Kontakt” i Robert Zemeckis w filmie powstałym na jej podstawie. W powieści i filmie wszystko skończyło się dobrze i optymistycznie. W realnym życiu nie będzie tak wesoło i optymistycznie, a może wręcz się skończyć tak, jak w niepokojącym i mrocznym filmie „Wojna światów – następne stulecie” Piotra Szulkina, czy powieściach „Limes interior” i „Wyjście z cienia” Janusza A. Zajdla… 

To, że Oni tu jeszcze nie przylecieli, bo bajki Ericha von Dänikena i jego naśladowców zostawiam babciom, nie oznacza, że Ich w ogóle nie ma. Kto wie, czy nie jesteśmy już namierzani przez jakieś urządzenia Obcych (i dlatego zawsze piszę o Nich „Obcy”), którym zamarzy się podbicie naszej pięknej, niebiesko-zielonej Ziemi i eksterminacja ludzi. Już to raz przerobiliśmy w czasie dwóch ziemskich wojen światowych i nie mamy ochoty na powtórkę. Nikt normalny – dodam, bo idiotów marzących o pochodach wojennych na Wschód, Zachód, Północ i Południe – na świecie nie brakowało i nie brakuje…



Opinie z KKK


Ja pierdzielę..., do reszty sfiksował. (Arystoteles)

*

Czytając ten tekst o grupach pro-kontaktowców odniosłem wrażenie, że dawno temu coś takiego już było. Hitler, Himmler i jego tajna grupa kontraktowców z Pozaziemianami, angielskie grupy, amerykańskie grupy… ostatnia moda zatem to tylko nawrót poprzednich.
Poza tym pewnie zauważyłeś, że w całości tego tematu, we wszystkich wątkach dyskusji, założenie popędza założeniem założenie, a drzewo alternatyw i nierozdyskutowanych gałęzi (co jest zarzewiem nieporozumień i niezgody, najczęściej przy braku świadomości źródła problemu) jest tak spore, że ja wręcz nie zamierzam w nie wnikać. Czemu – zapytasz? Ano temu, że każdy i tak wie lepiej swoje, i tylko co najwyżej echem się odbije to, że wiele tych gałęzi jest spróchniałych, inne widnieją tylko na starych fotografiach, i w ogóle wiatr liście zrzuca.
W tym temacie trzeba zejść do podstaw i zapytać siebie przy każdym zdaniu prostym – czy tak, czy nie, i skąd to niby wiadomo! Bez tego dysputa jest jałowa. Bez tego, każdy znajdzie uprawnienie do sformułowania własnego wniosku, i z powodu ilości interpretacyjnych możliwości, będzie miał jakąś część racji. Ot – nie warto zaczynać rozmowy, jeśli opiera się na kopie założeń.
Od podstaw zaczynając, możemy nagle zrozumieć coś przeciwnego od tego, co już prawie zrozumieliśmy… i wszystkie puzle do wymiany. Takie jest moje zdanie. (Smok Ogniotrwały)

*

Witam, ta sprawa związana z "Sirius Disclosure" wydaje mi się, jak by to powiedzieć, nie do końca mająca coś wspólnego z ujawnieniem prawdy na temat Obcych. Przy okazji wpisu na blogu można się nad nią pochylić. W Internecie jest sporo o tym materiałów, ale jakoś mnie ta cała idea "ujawnienia" mnie nie przekonuje. Osoby związane z projektem są mało wiarygodne. Oczywiście, gdy to piszę na jakimś forum, dostaje mi się. Ludzie w Polsce obłąkańczo w to wierzą. Zachęcam do samodzielnego zapoznania się z dostępnym materiałem. Od wyemitowania słynnego już filmu "Syriusz" minęło parę lat. Ale teoria ta łączy w sobie wiele elementów po prostu na siłę. Mamy jakieś szczątki, dziwne budowle w Układzie Słonecznym itd. Dla twórców to Obcy i ich konstrukcje. Lecz dla mnie równie dobrze te konstrukcje mogą być dziełem poprzedniej cywilizacji. Brak na to dowodów, że tak nie jest. A jeżeli jakieś są, to nie łudźmy się, że pojawią się w Sieci. Ogólnie, kończąc, mam wrażenie, że próbuje się nas na siłę i za wszelką cenę przekonać, to Kosmici i kropka. Ale jeszcze nikt mnie nie przekonał po co Kosmici mieli by budować powiedzmy piramidy w Gizie? (M.S.)

*

Mam identyczny pogląd na tą sprawę. Nie ma Kosmitów, są artefakty po poprzednich cywilizacjach - nawet kilku. Niestety większość Polaków ma mentalność małpy, której podobają się kolorowe opakowania, nawet jeżeli w środku znajduje się - za przeproszeniem - gówienko. No i ten paradygmat... UFO = ETI i koniec i kropka, a kto przeciwko, to wróg. Też się z tym spotkałem i to nawet tutaj, w Anglii. Może nie aż w tak drastycznej formie, jak w Polsce, aleć zawsze. (Daniel Laskowski) 
 


Opracował - ©Robert K. Leśniakiewicz