Powered By Blogger

wtorek, 10 listopada 2020

Zaginiony samolot malezyjski (32)

 


CO ŁĄCZY „PANDEMIĘ” Z ZESTRZELENIEM SAMOLOTU MH17 NAD UKRAINĄ w 2014?

 

Dariusz Nejman

 

17 lipca 2014 roku lecieli na sympozjum samolotem MH17 do Sydney: Joep Lange wybitny wirusolog (wirusy przechodzące z matki na dziecko, HIV, ZIKA ), Glenn Thomas były dziennikarz BBC i wieloletni rzecznik Światowej Organizacji Zdrowia, Pimie de Kuijer oraz Martine de Schutter, znani aktywiści WHO.

 

Czy zamierzali, jak Michael Jackson, ujawnić plan wielkiej depopulacji, to że w spisek zamieszane są elity i największe organizacje międzynarodowe, w tym ONZ i WHO i że do tej zbrodni wykorzystany będzie wyselekcjonowany wirus w szczepionce ?

Przypomnę , że szczepionki jakie szykują dla nas zbrodniarze, to nie są zwykłe szczepionki, to SZCZEPIONKI WEKTOROWE. Czym różnią się od tych tradycyjnych ? Tym że w tradycyjnych szczepionkach są białka jakie łączą się z komórką i infekują komórkę. Nasz organizm zaczyna z nimi walczyć i tworzy przeciwciała jakie niszczą zaatakowane komórki razem z wirusem.

W szczepionkach WEKTOROWYCH znajdą się wyselekcjonowane genetycznie modyfikacje wirusa które przez transfekcję połączą się z naszym DNA i spowodują że nasz organizm, na przykład wątroba, zacznie produkować kopie wirusa.

Wyobraźmy sobie produkcję telewizorów na taśmie produkcyjnej. Zainfekowaną komórkę wirusem możemy porównać do wadliwego telewizora wyprodukowanego na tej taśmie. By partia była niewadliwa testujemy szczepionką tradycyjną wyprodukowane telewizory i usuwamy wadliwe produkty.

W przypadku szczepionki wektorowej chodzi o zainfekowanie taśmy produkcyjnej i oprogramowania sterującego procesem produkcji , tak by wszystkie produkowane telewizory były wadliwe. By usunąć problem trzeba byłoby na nowo postawić taśmę produkcyjną i przywrócić niezainfekowane oprogramowanie.

W języku medycyny oznacza to bardzo skomplikowaną operację usuwania z genu wmontowanego materiału wirusa. Skutki na pewno będą tragiczne, wielu ludzi zacznie chorować na choroby autoimmunologiczne, na nabyty zespół braku odporności, będziemy słabnąć z każdym dniem ,bo nasz organizm będzie wyniszczany przez nieustanną walkę z tym co sam będzie produkował. Staniemy się totalnie zależni od kogoś kto rozwiązał już problem negatywnych skutków szczepionki wektorowej i kto nam sprzeda lek na przeżycie. Staniemy się organizmem modyfikowanym genetycznie GMO.

Ten zmodyfikowany materiał przeniesiemy niestety na kolejne pokolenia. Bez dwóch zdań wirus znacznie skróci życie wielu ludzi i o to chodzi w tej perfidnej zbrodni. W tym kierunku poszły badania nad HIV. Wystarczyło zainfekować takim wyselekcjonowanym wirusem homoseksualistę, który wbudował swój materiał w jego DNA, by jego organizm zaczął produkować kopie wirusa i zarażać innych homoseksualistów drogą płciową. Walka z wirusem wykańczała organizm chorego do tego stopnia, że upośledzeniu ulegał cały system immunologiczny i chorzy całkowicie tracili odporność.

W związku z tym, że zarażono środowisko homoseksualistów, HIV, w nieznacznym stopniu, rozprzestrzenił się poza tę grupę. Kolejny wirus jaki działa w podobny sposób to ZIKA. I tu wracamy do początku artykułu, bo właśnie ten mechanizm od lat badał Joep Lange i był pionierem w tej dziedzinie na świecie, ogromną wiedzę mieli na ten temat Glenn Thomas, Pimie de Kuijer oraz Martine de Schutter.

Lecieli na sympozjum do Melbourne i zapowiadali wielki przełom. Jeżeli udałoby się im zaleźć terapię, albo wyjaśnić proces powstania i przebiegu takiego modelu choroby dla twórców obecnej pandemii, którzy chcą nam wstrzyknąć wyselekcjonowanego wirusa, to byłaby katastrofa.

W przygotowania do tej pandemii włożono mnóstwo wysiłku, wydano miliardy dolarów. We wrześniu 1983 roku przeprowadzono zamach na kandydata na Prezydenta USA, wtedy przekierowano samolot lecący z Anchorage do Seulu, na pokładzie którego był McDonald Patton, by wleciał w radziecką strefę powietrzną , a tam czekał na niego już umówiony SU-15. Zakon Skull And Bones i jego ludzie w dowództwie radzieckich służb i wojska pozbyli się problemu, człowieka który był przeciwny ZSRR i traktowaniu go przez USA jak ukochanego dziecka.

Wielu tego nie wie, ale Boeingi mają wmontowane oprogramowanie, które pozwala na sterowanie samolotem Boeing z terytorium USA. Podejrzewam, a raczej mam pewność , że system przejmuje kontrolę nad samolotem w taki sposób, że piloci nawet nie zdają sobie z tego sprawy. W ten sposób zaginął bez śladu inny Boeing MH370. I tutaj nie było przypadku, bo na pokładzie samolotu byli chińscy wspólnicy Rotschilda, współwłaściciele patentu do mikrokontrolera Kinetis KL02 i Kinetis KL03, wspólnicy w korporacji Freescale Semiconductor (powiązana z Blackstone).

Dzięki którym Chiny mogły rozpocząć produkcje bojowych rojów nanorobotów niewidocznych gołym okiem. Ktoś kto porwał samolot (Skull And Bones) chciał wiedzieć jak daleko posunięta jest ta „owocna” współpraca, jak zaawansowane technicznie są te prace i czy stanowią zagrożenie dla interesów USA.

Podobnie jak w dwóch wyżej wymienionych przypadkach, MH17 zestrzelony nad Ukrainą został przekierowany w strefę walk w Donbasie nad Poznaniem. Czy trafiła go ruska rakieta, czy zestrzelił go ukraiński samolot na jedno wychodzi. Skutecznie pozbyto się niewygodnych ludzi, a tym którzy wiedzą o co chodzi przesłano specjalną wiadomość.[1] 

 


****

 

Nie zamierzam się tutaj ustosunkowywać do tych antyszczepionkowych bredni, bo szkoda mi czasu na czcze dyskusje nad Spiskową Teorią Dziejów. Cała ta informacja trąci humbugiem, aliści są w niej dwie bardzo ciekawe rzeczy, a mianowicie:

·        Lotem tym podróżowali naukowcy związani z badaniami nad wirusami i nanotechnologiami;

·        Firma Boeing Co. opracowała rzekomo system pozwalający na przejęcie kontroli nad swoimi samolotami.

Zastanówmy się nad tym, czy możliwy byłby spisek mający na celu ich wyeliminowanie i co za tym idzie – rozprzestrzenienie COVID-19.

No bo gdyby to był spisek, to musiałyby być weń zamieszane służby co najmniej czterech państw – w tym Polski. Działania te musiałyby być ultratajne i dokładnie skoordynowane w miejscu i czasie. Cały zaś finał miałby miejsce już po zestrzeleniu Boeinga i w jego wyniku winną całej zbrodni byłaby tylko i wyłącznie Rosja. To już raz przetrenowaliśmy fatalnej nocy 31.VIII/1.IX.1983 roku, kiedy to Rosjanie zestrzelili w okolicach Sachalinu południowokoreańskiego Jumbo Jeta szpiegującego dla Amerykanów. Zginęło wtedy ponad 230 osób. Po zestrzeleniu Boeinga-777 lotu MH-17 zachodnie propaganda przypuściła wściekły atak na Rosję, ale śledztwo wykazała, że samolot został trafiony rakietą Buk, których używały obie strony konfliktu w Donbasie.

I tu rzecz przeciekawa, a mianowicie – już w kilka godzin po tragedii Służba Bezpieczeństwa Ukrainy pokazała filmy i zdjęcia mające być dowodami w sprawie. Jeszcze nie ustalono podstawowych faktów, a SBU już wie, kto i jak zestrzelił MH-17! I oczywiście byli to Rosjanie i nikt inny…

Ciekawe, że SBU jakiś dziwnie opieszale prowadziła śledztwa w sprawie zestrzelenia (oczywiście omyłkowo, a jakże!) przez ukraińskie WOPK dwóch rosyjskich samolotów pasażerskich nad Morzem Czarnym, w wyniku których zginęło kilkadziesiąt osób. Co na to zwolennicy STD?

Innymi słowy mówiąc – nie wierzę w żaden spisek. MH-17 rozwalono celowo tylko po to, by wywołać konflikt pomiędzy Rosją, a Zachodem i światem arabskim. Innymi słowy mówiąc III Wojnę Światową. I to mógł być ten spisek przeciwko pokojowi – co pokornie poddaję pod rozwagę fanom STD…

Jeszcze ciekawsza jest informacja o tym, że firma Boeing Co. ma oprogramowanie umożliwiające przejęcie kontroli nad każdym samolotem tej firmy i skierowania go choć gdzie i bądź gdzie z terytorium Stanów Zjednoczonych. OK., skoro tak, to przecież piloci byliby w stanie się zorientować (choćby po położeniu słońca lub gwiazd) gdzie lecą i w jakim kierunku. Każdy z nich MUSI znać się na nawigacji – to warunek sine qua non tego, że siądą na fotelu pilota.

Gdyby istniał taki system, to można by było zapobiec wielu katastrofom, którym uległy tego rodzaju samoloty. Ale nie zapobieżono, ergo albo wywołano je celowo, albo takiego systemu nie ma. Po prostu – NIE MA. Ale oczywiście nie dla zwolenników i stronników STD. Gdyby to była prawda, to nigdy by nie doszło do tajemniczego zaginięcia Boeinga-777 z rejsu MH-370. Oczywiście stronnicy STD wyjaśniają to na swój sposób – oto firma Boeing Co. wraz ze służbami USA dokonała porwania samolotu i przejęła ludzi znajdujących się na jego pokładzie. Gdzie? Ano na wyspę Diego Garcia i do tamtejszej bazy lotniczej. A co dalej? Ano dalej ładunek przejęto, ludzi zamordowano, a samolot wrzucono gdzieś w wody Indyka. I szlus. I tylko nadal nie wiadomo, co było na pokładzie tego Boeinga-777       

niedziela, 8 listopada 2020

Tegoroczna zima ma być ostrzejsza niż poprzednia

 


 

Rudolf Voleman

 

Według dotąd zaobserwowanych zjawisk przyrodniczych, tegoroczna zima ma być zimniejsza od ostatniej. Mówi o tym zachowanie zwierząt w lasach, ilość owoców albo sierść czy opierzenie zwierząt.

- Doszliśmy do listopada, więc już można było powiedzieć, co nas czeka zimą - powiedział meteorolog i obserwator przyrody Rudolf Kovařík z Šindelovej w Rudawach.

- Brakuje mi jeszcze kilka zjawisk, dzięki którym można się dowiedzieć, co nas czeka w zimie. Dzikie zwierzęta stale migrują stadami po całym terytorium kraju i to na wszystkich wysokościach n.p.m. Gdyby zaczęły omijać obszary położone 600 metrów nad poziomem morza i wyżej, byłby znak widoczny, że w tych miejscach pojawiłby się śnieg - wyjaśnił Kovařík.

 

Będziemy cieszyć się słońcem do niedzieli, wtedy rozpocznie się inwersja pogody

 

Według niego jelenie nadal pozostają na wyższych stanowiskach.

- Stopniowo temperatura spada, ale nadal nie można powiedzieć, że w listopadzie poniżej 700 metrów nad poziomem morza będziemy mieć stałe opady śniegu - dodał, dodając, że śnieg pojawi się na środkowych wysokościach w listopadzie, ale nie będzie trwał długo. Zdecydowanie nie według Kovaříka, aby narciarze mogli z niego korzystać.

Inne cechy, które sprawiły, że nasi przodkowie rozpoznali, jak będzie zimno, to cebula. To znaczy, ile ma zewnętrznych warstw. Jeśli jest ich dużo, jak w tym roku, oznacza to, że zima będzie chłodniejsza.

- W tym roku urodziło się bardzo dużo jarzębiny, kasztanów i buków i nie tylko na podstawie tych cech mogę stwierdzić, że ta zima na pewno nie będzie tak ciepła jak ubiegłoroczna - powiedział Kovařík. - Zmieńcie opony na zimę!

 

- Z drugiej strony, jak ktoś czasem się boi, to nie można spodziewać się arktycznej czy syberyjskiej zimy - dodał meteorolog, który stwierdził, że na terenach poniżej 600 metrów nad poziomem morza nie można spodziewać się ciągle zimnej pogody w pierwszych tygodniach zimy.

 

Myszy jeszcze się nie schowały

 

Na przykład grube futro kotów mieszkających na podwórku lub królików domowych w zagrodach również sugeruje, że zima będzie mocniejsza niż w zeszłym roku.

- Kurczaki są pięknie posypane małymi piórkami. A gęsi, które jeszcze nie wylądowały na talerzu przed św. Marcinem, są pięknie upierzone - opisywali mieszkańcy małej wioski w Rudawach.

- Dziki i jelenie mają gęstsze futra niż w zeszłym roku. W zeszłym roku ich futro też było dobre, ale nie tak dobre jak w tym roku - dodał Kovařík.

Czeskie tereny narciarskie są przygotowane do zimy. Mają nadzieję na normalny sezon.

- Ale nie myślmy, że zima będzie tak ostra, na przykład myszy lub podobne pasożyty nie przeniosły się jeszcze w dużych ilościach do budynków mieszkalnych i gospodarskich farm. Jeszcze nie za bardzo - dodał.[1]

Tyle bracia-Czesi.

 

A u nas?

 

Jak na razie, poza Tatrami zimy ni słychu ni duchu. Mimo zapowiadanych opadów śniegu mieliśmy tylko w październiku krótkotrwałe opady deszczu ze śniegiem, zaś śnieg pojawił się na wysokości >600 m n.p.m. i szybko znikł. W Tatrach świstaki poszły spać, ale niedźwiedzie nadal żerują i pałętają się w dolnych partiach gór.

Świerki są pokryte równomiernie szyszkami, co też stanowi sygnał sprzeczny, bowiem wiadomo, że szyszki pojawiają się albo w górnej albo w dolnej części korony drzewa. Teraz są rozmieszczone albo równomiernie albo w górnej i w dolnej części koron. W sumie czeski film – nikt nic nie wie.

Wiewiórki wciąż biegają i gromadzą zapasy. Na Babiej Górze i Luboniu Wielkim ani grama śniegu. A przecież pamiętam czasy, kiedy u nas śnieg leżał już na Wszystkich Świętych…! No i jak dotąd nie było żadnego solidnego przymrozka – dzięki czemu liście opadły dopiero pod koniec października. A zatem być może zima będzie ostrzejsza, ale tylko poprzez kontrast z ubiegłoroczną, bo zwiastunów wielkiej i ostrej zimy na razie nie widać - chociaż... klimat naszej planety jest tak rozchwiany przez EGO (którego rządzące nami chciwe matoły nie chcą widzieć), że można po nim spodziewać się wszystkiego i wszystkie prognozy mogą wziąć w łeb! A nie zapominajmy, że zmiany klimatu mają wpływ na sytuację epidemiologiczną świata, co atoli już jest tematem z innej ballady…

 

środa, 4 listopada 2020

Planety-przybłędy: nowe zagrożenie

 

Przypuszczalny wygląd planety OGLE-2016-BLG-1928

O planetach-przybłędach zwanych także wędrownymi wiadomo już od dłuższego czasu. Niektóre z nich nawet zlokalizowano i okazały się być planetami typy jowiszowego albo niewielkimi globami o gęstości diamentu i o takim właśnie składzie. Osobiście jestem przekonany, że takie kosmiczne diamenty są pozostałościami po gazowych olbrzymach, które pozbyły się atmosfer i pozostało po nich tylko jądra w postaci diamentów właśnie. Bardzo przystępnie wyjaśnił to Arthur C. Clark w powieści „Odyseja Kosmiczna – 3001”, w której przedstawia „diamentową” hipotezę jąder gazowych olbrzymów.

Ale ad rem. W polskiej edycji rosyjskiego „Sputnika” natrafiłem na taką informację:


Niesamowite odkrycie polskich astronomów: natrafili na „bezpańską planetę” wielkości Ziemi

Naukowcy po raz pierwszy odkryli w pustce przestrzeni międzygwiezdnej bardzo małą „bezpańską planetę”, którą można porównać pod względem rozmiarów do Ziemi i innych wewnętrznych światów Układu Słonecznego – poinformowała służba prasowa Uniwersytetu Warszawskiego, powołując się na artykuł w czasopiśmie „Astrophysical Journal Letters”.

„Kiedy otrzymaliśmy pierwsze sygnały, uzyskane dzięki mikrosoczewkowaniu grawitacyjnemu, od razu uświadomiliśmy sobie, że światło odległej gwiazdy jest zakrzywione przez bardzo niewielki obiekt, planetę OGLE-2016-BLG-1928, zbliżoną pod względem rozmiarów do Marsa czy Ziemi. Jesteśmy przekonani, że nie mógł wywołać tego obiekt, krążący wokół gwiazdy, ponieważ odnotowalibyśmy ślady jej istnienia” – powiedział dr Radosław Poleski, planetolog z Uniwersytetu Warszawskiego, którego wypowiedź cytuje biuro prasowe uczelni.

    W ciągu ostatnich dziesięcioleci astronomowie odkryli w leżących niedaleko Ziemi układach ISM jednocześnie kilka bardzo słabo świecących i zimnych ciał niebieskich, które często nazywa się „bezpańskimi planetami”. Ich dokładne pochodzenie i właściwości nie są na razie znane.

Część naukowców uważa je za duże planety, które zostały wyrzucone poza granice ich systemów gwiezdnych w wyniku serii złożonych oddziaływań grawitacyjnych, podczas gdy inni uczeni przypuszczają, że w rzeczywistości są bardzo  zimnymi i niedużymi brązowymi karłami, „nieudanymi” gwiazdami o bardzo małej masie.

Przed tym odkryciem wszystkie potencjalne i znane „bezpańskie planety” były kilkukrotnie cięższe i większe od Jowisza, co nie pozwalało stwierdzić naukowcom, jak często mniejsze obiekty o rozmiarach Ziemi są wyrzucane do przestrzeni międzygwiezdnej. Jest to po części związane z tym, że istniejące instrumenty po prostu fizycznie nie są w stanie zaobserwować tak niewielkich obiektów poza Układem Słonecznym.

 

Ewidencja „bezpańskich planet”

 

Z tego powodu naukowcy próbują znajdować „bezpańskie planety” na podstawie tego, jak bardzo ich przyciąganie wykrzywia światło gwiazd, przechodzących w ich pobliżu. Podobne obserwacje już od wielu lat są prowadzone w ramach projektu OGLE, jednak od czasu jego rozpoczęcia dr. Poleskiemu i innym jego uczestnikom udało się znaleźć tylko czterech kandydatów do roli swobodnych planet.

Poleski i jego koledzy odkryli pierwszą „swobodną planetę” o rozmiarach Ziemi, analizując dane, jakie uzyskano w ramach OGLE jeszcze w czerwcu 2016 roku. Uwagę naukowców zwróciła jedna z gwiazd, położona w Gwiazdozbiorze Strzelca, której światło było skrzywione bardzo niedużą mikrosoczewką grawitacyjną przez zaledwie 42 minuty.

Po szczegółowej analizie tego zjawiska astronomowie potwierdzili, że nie doszło do niego z powodu błędów instrumentów czy aktywności samej gwiazdy, a także określili przykładowe rozmiary „bezpańskiej planety”, która je wywołała. Według ich ocen pod względem swoich rozmiarów i masy jest ona porównywalna do Ziemi czy powiększonej kopii Marsa, ustępującej naszej planecie pod względem wielkości mniej więcej trzy razy.

Naukowcy są praktycznie na 100% przekonani, że ten układ znajduje się w ośrodku międzygwiazdowym, a nie krąży wokół innej gwiazdy, ponieważ wtedy znajdowałby się w ogromnej odległości od niej, przekraczającej dystans między Ziemią i Słońcem ponad ośmiokrotnie.

Odkrycie OGLE-2016-BLG-1928, jak podkreślają dr Poleski i jego koledzy, daje duże nadzieje, że powstające obserwatorium orbitalne WFIRST, przeznaczone do poszukiwań „swobodnych planet”, odkryje dziesiątki podobnych, niedużych obiektów, wyrzuconych z ich systemów gwiezdnych. Z kolei ich „ewidencja” pomoże zrozumieć, jak często tak się dzieje i w jaki sposób podobne procesy mogą wpływać na możliwość zamieszkania całej galaktyki.[1]

 

Pod pewnym względem odkrycie jest niesamowite, bowiem może ono – ale nie musi – mieć związek z legendami o brunatnym karle towarzyszu Słońca, o Nibiru, Nemezis i innych jeszcze nieodkrytych ciałach niebieskich czających się gdzieś hen, w ciemnościach Pasa Kuipera czy Obłoku Oorta.[2]

 

Przyjdzie Nibiru i wyrówna…

 

Czytam te wszystkie posty na portalach społecznościowych i zastanawia mnie, jak można żerować na ludzkiej głupocie i niewiedzy? Kiedy czytam wieści ze świata, to przypominają mi się od razu lata 1980-81, kiedy to na fali społecznych niepokojów pojawiła się fala doniesień o końcu świata, III Wojnie Światowej, itd., itp. Czytając te głupoty można było tylko osiwieć. Teraz mamy znów to samo – do grozy pandemii COVID-19 dołącza się asteroida Bennu, która ma spaść za kilka lat, kolejna – jeszcze gorsza choroba z – a jakżeby inaczej – z Chin, ograne już HAARP i chemtrails oraz inne dopusty boże. To jest raczej normalne – im bardziej niepewna sytuacja społeczno-polityczna – tym bardziej ludzie są podatne na te i inne hiobowe wieści i zwyczajne brednie. Ludzie się boją, a że strach ma wielkie oczy… I tak właśnie jest teraz.

Jednym z takich straszydeł jest planeta (inni mówią o gwieździe) Nibiru. Ta towarzyszka Słońca znajduje się gdzieś na dalekich peryferiach Układu Słonecznego, a okres jej obiegu wynosi co najmniej 3600 lat. Oczywiście Nibiru jest zamieszkała przez jakieś Istoty, które odwiedzały Ziemię przy każdym peryhelium, czyli co te właśnie 3600 lat. Ostatnio ponoć widziano ją w Mezopotamii za czasów Sumeru i Babilonii, więc znakiem tego Nibiru powinna pojawić się teraz na naszym niebie. Ale jak na razie jej nie widać, choć różni panikarze i szarlatani już ją widzą i to w okolicy Słońca!

A teraz na poważnie. Nibiru nie ma, bo gdyby była choćby wielkości Ziemi, to jej wpływ grawitacyjny zaznaczyłby się co każde 3600 lat, co jest oczywiste. Każde przejście tej planety/gwiazdy przez Układ Słoneczny zaowocowałby potwornym chaosem: wytrąceniem planet wewnętrznych z orbit, zwichrowaniem orbit planet-olbrzymów i obruszeniem do środka układu masy komet i asteroid z Pasa Kuipera i Obłoku Oorta. Bombardowanie planet będzie przypominały czasy Wielkiego Bombardowania sprzed 3,8-4,1 GA temu. Bredzący androny o Nibiru czy Nemezis nie zdają sobie sprawy z tego, jak potężną siłą jest grawitacja i jakie efekty dałoby to bombardowanie. Upadek asteroidy Chicxulub 64,8 MA temu, to mały śmieszny epizod w historii naszej planety.

Poza tym na pewno odnotowaliby jej obecność Chińczycy i Hindusi oraz Indianie mezo- i południowoamerykańscy, którzy mieli doskonale rozwiniętą astronomię obserwacyjną. Osobiście obstawiam taką możliwość, że był to obiekt jednopojawieniowy, który przeleciał przez Układ Słoneczny prostopadle od płaszczyzny ekliptyki i przepadł w ciemnościach Kosmosu.

Takie obiekty już znamy – to I1/’Oumuamua i I2/Borisow. Ta pierwsza pochodzi z jasnej Wegi w konstelacji Lutni, odległej o ok. 26 ly. Ta druga pochodzi z pobliża ciemnej gwiazdy Kruger 60/DO Cephei o klasie widmowej M3V– czerwonego karła odległego od nas o 13 ly. Jest to gwiazda podwójna – dwa czerwone karły, z których mniejszy jest gwiazdą rozbłyskową – stąd to DO. Ale obliczenia wskazują, że milion lat temu kometa międzygwiezdna 2I/Borisov przeszła w niewielkiej odległości od tej gwiazdy podwójnej, nominalnie 1,74 parseka, z bardzo małą prędkością względną wyznaczoną na 3,43 km/s. To sprawia, że ten system gwiezdny jest dobrym kandydatem na miejsce pochodzenia tego obiektu. Wraz z dalszymi obserwacjami komety, która w 2019 roku zbliżyła się do Słońca, poprawi się dokładność wyznaczenia jej orbity i będzie można precyzyjniej scharakteryzować jej zbliżenie do gwiazdy Kruger 60. (Jak na razie nie ma żadnych informacji na ten temat.)

Ciekawe jest to, że czerwone karły są gwiazdami, które świecą niezmiennie przez miliardy lat, o wiele dłużej niż nasze Słońce, a zatem życie mogło rozwinąć się tam wcześniej i osiągnąć wyższe formy, niż na Ziemi. Ale to już historia z innej ballady…

Powróćmy do wędrownych planet. Ich geneza nie jest zupełnie jasna. Jedna z hipotez twierdzi, że są to planety wyrzucone grawitacyjnie z formułujących się układów planetarnych. Nasz Układ Słoneczny też takie miał – teraz gdzieś bujają w przestrzeni międzygwiezdnej albo zostały wychwycone przez inne słońca. Może to wyjaśniać istnienie tzw. gorących Jowiszów, które powstały w czasie formowania się układów planetarnych, a potem zostały wyrzucone poza ich pola grawitacyjne, a następnie przechwycone przez inne gwiazdy. Los takiego gorącego Jowisza jest bardzo nieprzyjemny, bo potężne promieniowanie gwiazdy zdziera z niego atmosferę i pozostaje z niego samo jądro – w postaci diamentu…

Znamy takie. Takim obiektem jest kosmiczny diament BPM-37093 Lucy (Cen) V886. To diament o wielkości Ziemi. Obiekt ten jest oddalony o – tylko! – 17 ly, i znajdujący się na RA = 12h38m48s - DEC = -49°50’35” – nieco na południe od gwiazdy Iota Centauri - Alhakim. Obliczono masę tego diamentu – wynosi ona 1027 K. NB, największy ziemski brylant – Cullinan ma masę zaledwie 530 K. A jest ich jeszcze więcej. Wokół pulsara PSR 1257+12/Lich oddalonego o 2316 ly od Ziemi, w konstelacji Panny, krążą aż cztery planety, które mogą składać się z węgla w postaci diamentu.

Kolejną diamentową planetą może być glob krążący wokół gwiazdy 55 Cnc w gwiazdozbiorze Raka, odległej od nas o 40 ly, i noszący oznaczenie 55 Cancri e. Diament stanowi aż 1/3 jej masy.

I jeszcze jeden pulsar i jego planeta z diamentu. Z obserwacji jego układu wynika, że regularność pulsów PSR J1719-1438 jest zakłócana poprzez obecność pobliskiego, masywnego towarzysza, oddziaływującego grawitacyjnie z pulsarem. Masę tego towarzysza oszacowano na „nieznacznie więcej niż masa Jowisza”. Wiadomo także, że planeta rotuje wokół pulsara z okresem nieco ponad dwie godziny, w odległości 372.000 mi/595.500 km od gwiazdy (jest to mała odległość - większa tylko o 56% od średniej odległości Ziemia - Księżyc!) Ta bliskość dwóch ciał umożliwiła obliczenie, jak bardzo gęsta musi być planeta, by nie rozerwały jej siły pływowe (przyciąganie grawitacyjne) pulsara. Wynika z niego, że planeta ma gęstość około 23 g/cm³ (Ziemia tylko 5,5 g/cm³). Wiadomo jednak, że węgiel ściśnięty do takiej gęstości musi się skrystalizować - czyli stać się czystym diamentem. Niestety, wyliczenia te zależne są od inklinacji orbity planety i może jeszcze okazać się, że jej masa została oszacowana błędnie. Po pewnym czasie planeta ta spadnie na pulsara i tak się skończy jej kariera, bo zamieni się w neutrony…

Jak widać, takie wędrowne planety mogą pałętać się w Kosmosie i stanowić problem w lotach międzygwiezdnych. Mogą rodzić się w pobliżu masywnych gwiazd, które po pewnym czasie wybuchają jako Supernowe. Wybuch odziera planety z atmosfery i pozostawia tylko jej węglowe albo węglowo-krzemianowe jądro. Eksplozja może wyrzucić planetę poza zasięg pola grawitacyjnego umierającej gwiazdy i kosmiczny diament rusza w swą wędrówkę przez Galaktykę…

Czy taka planeta może zagrozić Ziemi? Odpowiedź brzmi – tak, co wynika z rachunku prawdopodobieństwa. Możliwość zderzenia z taką planetą jest niewielka, ale większa od zera, ergo coś takiego MUSI się kiedyś wydarzyć. Oby nie za naszego życia. Przypominam, że 4 GA temu Protoziemia zderzyła się z planetą Tea, wskutek czego ponoć powstał Księżyc. Obawiam się, że teraz takie zderzenie skończy się dezintegracją obu planet, i na orbicie Ziemi pozostaną się tylko asteroidy… - tak jak pomiędzy Marsem a Jowiszem.   

wtorek, 3 listopada 2020

Czyżby znów Czarny Baron? – rewelacje z NASA

 


Ujęcia video z NASA pokazują dziwne spotkanie na wokółziemskiej orbicie. Zapis wideo dołączone do tej informacji, zostało umieszczone na YT przez kogoś podpisującego się Streetcap1 który znalazł to wideo w bazie danych archiwum MSK/ISS. Według niego, to 7-minutowe nagranie zostało nagrane i odcięte na koniec, kiedy miał nastąpić punkt kulminacyjny.

Jak widać, wideo przedstawia dwa złote statki kosmiczne, które wydają się albo ładować się nawzajem, albo przynajmniej spotykać się w punkcie obserwacyjnym. Około 7 minuty wideo nagle się urywa, a użytkownik Streetcap1 uważa, że nagranie zostało albo odcięte przez samą NASA, aby ukryć to, co stało się później, albo UFO użyło jakiegoś rodzaju systemu zagłuszającego, który odciął wszystko. kamery w okolicy, zanim można je było zobaczyć.

Wygląd zagadkowych obiektów zaobserwowanych z pokładu MSK/ISS

Teoria ta zbiega się z raportem, który były inżynier NASA Mark McClelland napisał jakiś czas temu, kiedy twierdził, że przypadkowo był świadkiem spotkania między zespołem astronautów a Obcym o wysokości 9 stóp/3 m. Niektórzy uważają, że prędkość obiektów zbytnio pokrywa się z prędkością Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, ale dlaczego ISS miałby spotkać się z UFO? Oczywiście nie wiemy wszystkiego, co dotyczy tej historii, ale wiemy, że jest to jedno nagranie, którego nie zapomnimy w najbliższym czasie.


Od Czytelników

 

Witam Pana

Nawiązując do Pana najnowszego wpisu na blogu wysyłam link do kanału na youtube.

Niejaki John Lenard wypatrzył na orbicie ziemskiej zagadkowe statki kosmiczne być może tajne satelity szpiegowskie ale niektóre obiekty są bardzo dziwne.

Oto jeden z jego filmów:

https://www.youtube.com/watch?v=8gJPfRZlXkc

Pozdrawiam - Marek

 

Dyskusja na FB:

·        Witold Caban: Czy nie było nagranego żadnego komentarza astronautów?

·        Robert Leśniakiewicz: Tego nie wiem...

·        Witold Caban: Te obiekty poruszały się z prędkością zbliżoną do ISS tak długo, dość nietypowo jak dla NOL. Czemu przez tak długi czas nie wykonano zoom - u ? Może to fragmenty czegoś odrzuconego od ISS ?

·        Robert Leśniakiewicz: Może. Osobiście obstawiam, że to jednak był jakiś space-trash. Tym niemniej wierzę w realność istnienia Czarnego Barona. 😉

·        Witold Caban: Prawdę mówiąc pierwszy raz słyszę określenie Czarny Baron ? Co to takiego? Pozdrawiam

·        Robert Leśniakiewicz: Pisałem już nieraz o nim na moim blogu Wszechocean - www.wszechocean.blogspot.com  - wstukaj „czarny baron” w wyszukiwarkę i Cię przekieruje. Poza tym istnieją jeszcze inne nazwy tego fenomenu: Czarny Książę, Czarny Rycerz, Ciemny Rycerz, więc musisz rozszerzyć wyszukiwanie.

·        Witold Caban: ok. 


Zob. także: https://youtu.be/yZF6cGu69NI

Źródło: https://unfoldnews.net/nasa-footage-shows-strange-meeting-in-earths-orbit-5986/?fbclid=IwAR3NksJ1uGWdIIUyNqp8MX-F-I3GPSc0mL0GwRQo0enX-EMSKSHMfb6VGd8


poniedziałek, 2 listopada 2020

Widma jordanowskiego cmentarza


Kolejne prawdopodobne CE2 z fenomenem NNOL/IUFO – niewidzialnych Nieznanych Obiektów Latajacych zaliczyłem wraz z siostrą w nocy z 1 na 2 listopada 1988 roku na Cmentarzu Komunalnym w Jordanowie.

Tego wieczoru przyjechałem około godziny 23:30 do domu ze służby w GPK WOP Łysa Polana i od razu zaproponowałem siostrze pójście na cmentarz, w celu zapalenia lampek na grobach naszych Drogich Nieobecnych. Poszliśmy, i około godziny 23:45 byliśmy na miejscu – przy grobach naszych dziadków i pradziadków leżących w południowo – wschodnim sektorze naszego cmentarza. Pogoda była typowa dla tej pory roku – wiał chłodny „orawiak” zza Babiej Góry, który poganiał grzybowate chmurki „atomówki”. Na niebie świecił Księżyc i gwiazdy. Widzialność była dobra. Temperatura wahała się pomiędzy 0 a +1°C.

Zapaliliśmy świeczki i lampki – wtedy można to było robić bezkarnie, bo wiatr nie zdmuchiwał płomyków, zanim jordanowski proboszcz nie wyrąbał przycmentarnej zieleni – i stanęliśmy przy grobowcu dziadków: siostra po prawej, ja po lewej stronie. I wtedy stało się to.

Najpierw usłyszeliśmy gwizd. Wydawało mi się, że to gwiżdże ktoś stojący za siostrą, zaś z kolei jej wydawało się, że to ktoś za mną. Rozejrzeliśmy się, ale w polu widzenia nie było żywego ni martwego ducha... W chwilę potem usłyszeliśmy kolejny niezwykły efekt akustyczny – skądś dobiegał do nas – albo, jak twierdziła siostra – skowyt potępieńców, albo – jak mi się wydawało – coś na kształt śpiewu chóru gregoriańskiego. Tym razem zdumienie odebrało nam mowę. Nie byliśmy w stanie zlokalizować źródła tego dźwięku. Trwało to kilkanaście sekund, może pół minuty, a potem...

... a potem uderzył w nas deszcz. Co mówię – to była ulewa, nawałnica deszczu! Grube krople waliły w gałęzie, liście, stiuki i marmury. Z sekundy na sekundę ulewa nasilała się. Zdjąłem kaptur i rękawiczki, wyciągnąłem przed siebie ręce i... – i nic! Spojrzałem w górę. Księżyc świecił spokojnym blaskiem, „atomówki” płynęły po nocnym niebie w jego upiornej poświacie i niczego niezwykłego w polu widzenia. Ani jedna kropla nie spadła na nas, ani na żaden przedmiot w polu widzenia w naszym otoczeniu. Spojrzałem na zegarek, było za dwie minuty północ...

- To Oni przybywają na cmentarz – powiedziała siostra zduszonym emocją   głosem.

- Zabieramy się stąd, ale już – odpowiedziałem.

Byliśmy przekonani, że to dusze zmarłych zamanifestowały swą obecność idąc na północne nabożeństwo do kościoła...

Ufologia zna przypadki, kiedy NOL-e manifestują swą obecność dźwiękiem przypominającym szelest spadających kropel wody. Ten NOL, a właściwie NNOL/IUFO zamanifestował swa obecność dźwiękiem – nie widzieliśmy go, pomimo starannej obserwacji  nieba i przyległego terenu. Powiedzmy więc, że to było IUFO, ale co z pozostałymi efektami dźwiękowymi? Mimo naszego racjonalizmu jak dotąd nie znaleźliśmy rozwiązania tej zagadki… 

(Fragment książki „Projekt Tatry”, Kraków 2002)