Powered By Blogger

niedziela, 24 listopada 2013

KTO ZAMORDOWAŁ J.F.K.?

J. F. Kennedy - 35. prezydent USA


Dnia 22 listopada 2003 roku mija okrągła 40. rocznica najsłynniejszego mordu politycznego świata. Tego właśnie dnia, cztery dziesięciolecia temu zamordowano 35. prezydenta USA – Johna Fitzgeralda Kennedy’ego (1917-1963). Zagadka tej zbrodni nie została nigdy rozwiązana, mimo wysiłków policji, FBI, Secret Service i innych agend rządowych Stanów Zjednoczonych.

Niejednokrotnie zastanawiałem się, kto miał powody, by zabić prezydenta supermocarstwa i w miarę czytania obfitej lektury przedmiotu doszedłem do wniosku, że lista potencjalnych zabójców jest długa, a nawet bardzo długa. Wreszcie podzieliłem ich na grupy i wyszło mi, że JFK mógł być zamordowany przez:
1.      KGB na rozkaz Nikity Siergiejewicza Chruszczowa (1894-1971) za upokorzenie jego i Związku Radzieckiego przed całym światem w czasie kryzysu kubańskiego w 1962 roku;
2.    Jak wyżej za kryzys berliński w 1961 roku;
3.    DGI na rozkaz Fidela Castro za to samo, co w pkt. 1.
4.    Jak wyżej za nieudaną inwazję w Zatoce Świń;
5.     Emigranci kubańscy za zdradę w Zatoce Świń;
6.    CIA za inwazję w Zatoce Świń i kilka innych nieudanych akcji przeciwko Castro;
7.     FBI na rozkaz jego szefa Edgara Hoovera (1895-1972), który obawiał się zdjęcia ze stanowiska za swe błędy.
8.    US Army za ukręcenie łba kilku „czarnym projektom” – pomysł rodem z Archiwum X, ale też realny, gdyż szło o ogromne pieniądze;
9.    Mafia, Cosa Nostra i inne grupy przestępcze, które wsparły Kennedy’ego, a który potem nie wywiązał się z danych obietnic – sytuacja przypomina dokładnie to, co ma teraz miejsce na Litwie. Czyżby prezydenta Paksasa też czekała kulka od rosyjskiej mafii???
10.       Zdradzony mąż, czy kochanek jednej w licznych kochanek Kennedy’ego. Może nawet kilku, którzy się sprzysięgli przeciwko uwodzicielowi. Wszak Kennedy był znanym kobieciarzem...
11.   Prokomunistyczny ekstremista w rodzaju Lee Harveya Oswalda, którego oskarżono o to morderstwo, ale wszystko wskazuje na to, że był on tylko kozłem ofiarnym;
12. Osobnik niezrównoważony psychicznie, który pragnął zaistnieć medialnie – takich w USA zawsze było, jest i będzie pod dostatkiem;
13. Ochrona osobista JFK z różnych względów;
14. Wietnamscy komuniści za rozpoczęcie interwencji w Wietnamie w 1961 roku;
15.  Członek klanu Trujillo za zamach na prezydenta Dominikany L. Trujillo (?-1961), za którym to zamachem stała CIA;
16. Richard Milhous Nixon (1913-1994) z zemsty za przegrane wybory;
17.  Lyndon Baines Johnson (1908-1973) z żądzy władzy...
18. Nieznana osoba z nieznanych motywów.

Lista jak widać jest długa. Im dłużej nad nią się zastanawiałem, to tym dłużej wychodziło mi na to, że brakuje w niej jeszcze jednego elementu:

19. Pierwsza Dama Ameryki za liczne romanse JFK z innymi kobietami...

W tym czasie Pierwszą Damą była Jacqueline Bouvier-Kennedy a potem także i Onassis. Zastanawia mnie to, że nikt nie wysunął tej hipotezy. A powinien. JFK był dziwkarzem pierwszej wody, co stanowiło tajemnicę poliszynela. W tej niecnej działalności pomagał mu prokurator generalny Stanów Zjednoczonych, jego młodszy brat Robert Francis Kennedy (1925-1968), który również został zamordowany w niejasnych okolicznościach przez niejakiego Sirhana B. Sirhana w dniu 5 czerwca 1968 roku.

Zleceniodawcą lub zabójcą JFK mógł być rzeczywiście ktoś z wymienionych w pkt. 1-18. Być może nawet – a jest to hipoteza całkiem nieźle broniąca się – mogło być kilku, niezależnie od siebie działających – zabójców! Co na to wskazuje? Przede wszystkim analiza samego zamachu, w czasie którego – jak pokazał to Bogusław Wołoszański w swych programach z cyklu „Sensacje XX wieku” -  strzelano do JFK z czterech różnych miejsc co najmniej 5-krotnie. To pewnik, bo udowadnia to analiza ścieżek dźwiękowych filmów nakręconych przez liczne ekipy TV i filmowców-amatorów. Strzelano przy tym z różnej broni i różną amunicją. Można sobie zatem wyobrazić, że strzelali np. L. H. Oswald, snajper z mafii czy Cosa Nostry i snajperzy z US Army. Albo zdradzony mąż. Albo mordercy wynajęci przez KGB czy DGI. W tym dniu, w Dallas zogniskowały się dwa a może trzy spiski, których cel był jeden – sam JFK we własnej osobie...

A może było inaczej? Może działał ktoś, kto stał od samego początku poza wszelkim podejrzeniem? Ktoś, kto jednak miał potężny motyw, by zemścić się na niewiernym mężu, który przez tyle lat systematycznie zdradzał i upokarzał kobietę, z którą dzielił życie...

Tym kimś była Jackie Kennedy. Oczywiście to nie ona zamordowała JFK, ale mógł to zrobić ktoś z jej rodziny, przyjaciół czy znajomych. Popatrzmy na zastanawiający ciąg gwałtownych wydarzeń – najpierw umiera w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach kochanica JFK – bożyszcze milionów mężczyzn na całym świecie, bogini seksu Ameryki lat 50. XX wieku – Marylin Monroe, a właściwie Norma Jane Baker vel Mortenson (1926-1962). Podobno przedawkowała środki nasenne. No cóż – barbiturany popijane alkoholem stanowią silnie działającą truciznę. A trucizna rzadko stanowi męską broń. Sztylet, kastet, pałka, rewolwer tak – ale nie trucizna. Trucizną zazwyczaj posługują się kobiety... Trudno sobie wyobrazić, że morderca zakradł się do willi MM i najpierw nakarmił ją na siłę pigułkami, a potem wlał jej do gardła whisky. To nie ta metoda i nie ten morderca. Tu raczej obyło się bez przemocy – rzekłbym – elegancko...

Nie to, co z JFK. Ten umierał postrzelony trzema kulami. I od razu zaczęła się koronkowa akcja zacierania śladów i tropów wiodących do zbrodniarzy. Aresztowano Oswalda, którego potem zastrzelił Jack Ruby vel Rubinstein, który z kolei zmarł na raka płuc już w więzieniu. To tak, jak w powieściach Alistaira McLeana prawdziwy morderca zatrzaskuje kolejne drzwi mogące prowadzić do odkrycia prawdy, zabijając wszystkich świadków. To była naprawdę benedyktyńska robota! I nadzwyczaj skuteczna, bo wyeliminowano wszystkich, którzy mogli mieć związek z zabójstwem JFK, poza – oczywiście – osobą głównego zleceniodawcy.

Po JFK śmierć dosięga jego powiernika i pomocnika – brata Roberta. Zabił go jakiś psychopata, podatny na sugestię hipnotyczną – jak twierdzi powołany już tutaj Bogusław Wołoszański. I znowu motywem mogłaby być zemsta. Za co? – najprawdopodobniej za jego wcześniejsze brudne sprawki...

Nie ma co żałować obu braciszków, bo obaj byli siebie warci. Żal mi Jackie, która musiała przeżyć z nimi autentyczne piekło – będąc na zewnątrz Pierwszą Damą Ameryki, była jednocześnie zdradzana i poniżana przez swego męża-kobieciarza. I jeżeli to ona (lub ktoś z jej otoczenia – może sam Arystoteles Onassis???) stoi za tym zabójstwem, to wcale, ale to wcale się jej nie dziwię. Potrafię ją zrozumieć.

Jak więc widzimy,   n i e   m a   żadnej klątwy Kennedych – to, co ich spotkało, sami sobie napytali mieszając politykę ze swoją prywatą, (skądś to znamy!?). To, co tu napisałem, jest tylko hipotezą, ale być może tak właśnie – jak sądzę - należy patrzeć na tą zagadkę historii ubiegłego wieku.

Tak nawiasem mówiąc, to przypomina mi to dość dokładnie dziwne śmierci członków rodziny cesarza Franciszka Józefa, którego żona Sissi i syn – arcyksiążę Rudolf[1] zginęli z rąk zamachowców w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. Podobnie jak w Ameryce, także i tutaj przyczyną mogła być urażona duma i zwyczajna zemsta... Jak w antycznej tragedii. Pod tym względem nic się nie zmieniło, ani na jotę. Ludzie i ich emocje nic się nie zmieniły o czasów Arystofanesa i Sofoklesa czy Homera...



[1] Drugi syn – arcyksiążę Ferdynand też zginął z rąk zamachowców w Sarajewie, co stało się casus belli I Wojny Światowej...

sobota, 23 listopada 2013

Słoneczne przebiegunowanie i kometarna katastrofa



Clas Svahn

To może mieć dramatyczny przebieg, choć w gruncie rzeczy jest to coś rutynowego. Nasze Słońce może wkrótce zmienić położenie swoich biegunów. Biegun Północny Słońca stanie się Biegunem Południowym i vice-versa. Cos takiego dzieje się co 11 lat, a teraz może to nastąpić za 1-2 tygodni w grudniu br. Dla nas na Ziemi oznacza to, że możemy zobaczyć więcej wspaniałych zórz polarnych, ale jednocześnie mieć więcej problemów z łącznością radiową i mieć kłopoty z satelitami na orbicie wokółziemskiej.
Kiedy nastąpi zamiana Biegunów, tego nikt nie wie, ale sam proces już się zaczął i na początku sierpnia Biegun Północny Słońca zmienił kierunek magnetyczny – pisze NASA
Zgodnie z przewidywaniami NASA, zmiana Biegunów nastąpi w czasie 3-4 miesięcy. Naukowcy ze Wilcox Solar Observatory Uniwersytetu Stanforda twierdzą, że nastąpi to w czasie najbliższych tygodni.

To, co się dzieje ma już miejsce po raz czwarty, ponieważ pomiary słonecznego pola magnetycznego rozpoczęto w 1976 roku, ale oczywiście miało miejsce już wielokrotnie wcześniej. I nie ma jakiegokolwiek zagrożenia dla Ziemian.

Trzeba po prostu patrzeć na niebo

Jeżeli będziemy mieli szczęście, to będziemy mogli obserwować wspaniałe zorze polarne (także na naszej szerokości geograficznej – uwaga tłum.) jak i wielka kometę na początku przyszłego miesiąca. Ostatnie doniesienia o komecie ISON mówią o wielkim warkoczu, który rozwinęła już na 7° na niebie, (stan na 18.XI br. – uwaga tłum.) czyli jest dłuższa niż wynosi rozstaw dwóch tylnych kół Wielkiego Wozu (Wielkiej Niedźwiedzicy), a to jest tylko 5°.

Ale duży warkocz może pochodzić z pewnego problemu, a mianowicie – ISON naraz rozwinęła warkocz długi na 15.000.000 km, co może wskazywać na to, że jej głowa może się rozpaść (jak było to w przypadku komety Westa czy Bieli – przyp. tłum), a biorąc pod uwagę, że kometa w locie wokół Słońca może zostać rozerwana przez jego grawitację, istnieje więc ryzyko, iż ISON wyleci z drugiej strony Słońca znacznie słabsza i bledsza, niż to zakładano.

I byłoby bardzo nudno…

Można zaryzykować, i wyjść na godzinę przed wschodem Słońca, by ja zobaczyć. W ciągu kilku dni może osiągnąć jasność planety Wenus (czyli -4,7 mag. – przyp. tłum.) i będzie widoczna dla nieuzbrojonego oka. Więcej można zobaczyć na ruchomej grafice tutaj: http://www.solarsystemscope.com/ison/



Źródło – „DN” z dnia 18.XI.2013 r.
Przekład z j. szwedzkiego – Robert K. Leśniakiewicz ©



piątek, 22 listopada 2013


Drogi Przyjacielu WWF,

Pilnie potrzebujemy Twojej pomocy.

W piątek, 15 listopada, wieczorem, wolontariusze Błękitnego Patrolu WWF odebrali
zgłoszenie o wyrzuconym na brzeg wielkim martwym morskim ssaku. Okazało się,
że jest to ponad siedmiometrowej długości wal butelkonosy. Obecnie pracownicy
Stacji Morski Instytutu Oceanografii Uniwersytety Gdańskiego próbują się dowiedzieć,
jak żył i co doprowadziło do jego śmierci.

W Bałtyku pozostało zaledwie około stu morświnów  –  małych, bałtyckich kuzynów
delfinów i butelkonosego wala. Próbujemy je chronić w ramach Konwencji Bońskiej -
o ochronie wędrownych gatunków dzikich zwierząt.

Dzięki Błękitnemu Patrolowi WWF monitorujemy polskie wybrzeże, niesiemy  pomoc
potrzebującym ssakom morskim, szybko reagujemy w przypadku wszelkich
przyrodniczych zagrożeń, by móc zapobiegać im w przyszłości.

Pomóż nam chronić Bałtyk i zamieszkujące go ssaki!

Prosimy, wspomóż nas swoją darowizną: http://goo.gl/c6ZQBU

Każda przekazana złotówka ma znaczenie!

Dziękuję,

Katarzyna Pietrasik
Koordynatorka Błękitnego Patrolu WWF

TAJEMNICA GENERAŁA KALISKIEGO

 

Kilka lat temu TVN w swym sensacyjnym cyklu „Nie do wiary” przedstawiła jedną z najciekawszych postaci PRL, która mogła mieć kolosalny wpływ na dalsze dzieje Ludzkości i przebieg Zimnej Wojny. Postacią tą był gen. dyw. prof. dr hab. Sylwester Kaliski - były komendant Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. Redaktorzy tego programu wyskoczyli z sensacyjną tezą głoszącą, że uczony ten został zaangażowany przez ówczesnego I sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej towarzysza Edwarda Gierka do stworzenia polskiej bomby wodorowej i wprowadzenia tym samym Polski do ekskluzywnego „klubu atomowego” atomowych mocarstw: ZSRR, USA, Chin, Francji i Wielkiej Brytanii.


Uczony i generał.


Kim był generał Sylwester Kaliski? Encyklopedie podają zwykle garść skondensowanych faktów:
 Sylwester Kaliski - [1925-1978], specjalista w zakresie fizyki, techniki; generał; profesor Wojskowej Akademii Technicznej, (od 1967 jej komendant), członek PAN, minister nauki, szkolnictwa wyższego i techniki; prace z [zakresu] mechaniki, akustyki, teorii pól sprzężonych, inicjator polskich badań nad mikrosyntezą jądrową.
Tyle encyklopedie.

Patrząc na to wszystko z boku zdumiewają dwie rzeczy: po pierwsze - niesamowita pracowitość tego człowieka, rozległość jego zainteresowań, bo oprócz spraw zawodowych zajmował się także sprawami stricte administracyjnymi i stricte naukowymi; po drugie - człowiek ten skupiał w ręku ogromną władzę, co wynika z jego tutaj przytoczonego CV.

Zginął on w niewyjaśnionym do dziś dnia wypadku samochodowym. Niektórzy w jego śmierci dopatrują się działania osób trzecich - innymi słowy mówiąc - zamachu... Wszyscy łowcy sensacji widzą w tym udaną próbę wyeliminowania znakomitego uczonego, wojskowego i polityka z walki o władzę, co niektórzy odebrali jako wyraz tarć i napięć w łonie Komitetu Centralnego PZPR. Inni widzą w tym interwencję służb specjalnych Związku Radzieckiego czy Ameryki.

Prawdą jest to, że gen. Kaliski był jednym z najwybitniejszych polskich uczonych XX wieku, co doceniali Rosjanie i Amerykanie, i kto wie, do czego by doszedł, gdyby nie tragiczny wypadek samochodowy, który przerwał jego życie w najciekawszym miejscu...


Bomba wodorowa dla tow. Gierka?


Jak już tu powiedziałem, redaktorzy z TVN „Nie do wiary” imputują gen. Kaliskiemu to, że został on zaangażowany do wyprodukowania polskiej broni termojądrowej. Brzmiało to prawdopodobnie - boż znając megalomanię Gierka i jego chęć do pokazania Polski jako mocarstwa - czemu bez reszty służyła „propaganda sukcesu” lat 70., a która załamała się w 1980 roku na Wybrzeżu - można by to przyjąć za pewnik. Ze względów propagandowych byłoby to kolejnym sukcesem naszego kraju na drodze do wybudowania komunistycznego społeczeństwa ludzi wolnych i równych - jak eufemistycznie i bombastycznie napisałaby zapewne „Trybuna Ludu”...

Ale nie. To akurat byłoby niemożliwe, a to ze względu na to, że na coś takiego - posiadanie broni termojądrowej przez kraj satelicki, a zatem złamanie monopolu na nią zastrzeżonego tylko i wyłącznie dla Związku Radzieckiego - nie mogło wchodzić w grę! To akurat byłoby całkowicie niemożliwe, a to dlatego, że uniezależniałoby Polskę pod względem militarnym od Wielkiego Brata zza wschodniej granicy! A na to ówczesny gensek Leonid I. Breżniew w życiu by nie pozwolił. I każdy jego następca też.

I właśnie z tego względu ów nieszczęsny program TVN był czystym przelewanie z pustego w próżne... Gierek zbyt uzależnił gospodarkę i obronność PRL od ZSRR, by można ją było oderwać nawet przy pomocy bomby wodorowej. Tu była potrzebna polityka i wola ludu. Dlatego też powstanie Solidarności umożliwiło powolne oddzielanie PRL od ZSRR i RWPG, oczywiście za amerykańskie pieniądze hojną ręką sypane przez CIA.




A może... kosmolot?


Nie zapominajmy, że okres lat 70. to tryumfy amerykańskiej kosmonautyki, objawiające się m.in. lądowaniami Amerykanów na Księżycu. Te loty księżycowe uwypukliły nam dobitnie słabość konstrukcyjną rakiet na paliwo chemiczne. Ogromna dysproporcja masy startowej do payloadu, który można było wyrzucić w Kosmos powodowała, że na programy kosmiczne łożono ogromne pieniądze. Poza tym rakiety na paliwo chemiczne były jednorazowego użytku i za każdym razem trzeba było budować kolejną rakietę - ogromną i kosztowną. Sytuacja zmieniła się trochę na lepsze w momencie wprowadzenia przez Amerykanów do służby wahadłowców, które posiadają wszystkie elementy zwrotne i można je wykorzystywać wielokrotnie.

Ale to jeszcze nie było to. Wahadłowce mogą wylatywać tylko na LEO, natomiast dalej już niestety - nie. Trzeba było albo wynaleźć sposób na wzmocnienie - energetyczne „doładowanie” napędu chemicznego, albo... wynaleźć inny rodzaj napędu. Tym innym rodzajem napędu był napęd jądrowy.

Idea wykorzystania napędu jądrowego zakłada wytworzenie plazmy poprzez kontrolowaną reakcję syntezy wodorowo-helowej, która to reakcja jest najbardziej wydajną energetycznie znaną reakcją jądrową. Taka reakcja przebiega na Słońcu i innych gwiazdach. Taką reakcję wykorzystuje się w bombach wodorowych. Tym razem można by jej użyć w służbie człowieka. Obliczono bowiem, że kosmolot napędzany plazmą z takiej reakcji byłby w stanie rozwinąć prędkości rzędu od 1.000 km/s i to w Układzie Słonecznym! Odkrycie takie otworzyłoby nam właściwie dostęp do wszystkich planet Układu Słonecznego...

Podejrzewam i nie jestem w tym odosobniony, że generał Sylwester Kaliski pracował właśnie nad takim napędem!!!


Poligon i marzenia


A dlaczegóżby nie?

W książkach polskich autorów science-fiction z lat 50. ubiegłego wieku - a dokładniej Stanisława Lema -„Astronauci”, „Obłok Magellana”, Krzyszofa Borunia i Andrzeja Trepki  - „Proxima”, „Zagubiona przyszłość” i „Kosmiczni bracia”, występują opisy napędu plazmowego i fotonowego do tamecznych rakiet kosmicznych. Opisy te są czasami niemal drobiazgowe, jakby autorzy chcieli dać konstruktorom wskazówkę: zróbcie tak a tak, i wtedy powinno się udać wysłać rakietę w Kosmos z prędkością kilku tysięcy kilometrów na sekundę... I kto wie - niestety gen. Kaliski już nie żyje, by dać nam odpowiedź na to - czy nie myślał on właśnie nad zastosowaniem tych rozwiązań na skalę - rzekłbym - przemysłową???...

Nie bez kozery trzeba tutaj przypomnieć, że w latach 70. Rosjanie zamknęli nasz poligon rakietowy w Łebie. Dlaczego? Otóż dlatego, że okazało się, iż polskie konstrukcje rakietowe są o całą klasę lepsze, wydajniejsze i w ogóle optymalniejsze od radzieckich. A że ZSRR chciał za wszelką cenę utrzymać pozycję monopolisty i nie znosił konkurencji jakichś tam Polaków, więc sprawie ukręcono łeb, zamknięto poligon i zamrożono polskie prace nad rakietami na czas nieokreślony.

Tymczasem generał Kaliski - jak widać to z jego CV - zaczął skupiać w swym ręku ogromną władzę: był komendantem WAT, ministrem techniki i szkolnictwa wyższego, generałem LWP i członkiem PAN. To dawało mu nieograniczone możliwości prowadzenia badań nad mikrosyntezą jądrową i co za tym idzie - silnikami plazmowymi dla kosmolotów. To także dawało mu zaplecze polityczne i finansowe. On naprawdę zamierzał zrealizować plan budowy polskiego statku kosmicznego z plazmowym silnikiem rakietowym! Ciekawy jestem, do czego by doszedł, gdyby nie ów fatalny wypadek!? Czy to w ogóle był wypadek...

Nie, nie była to robota CIA czy KGB albo GRU, bowiem wszystkie te instytucje mogły mieć informacje o tym z pierwszej ręki - być może była to robota Kogoś, komu zależało na tym, by pewne wynalazki nie pojawiały się na Ziemi zbyt wcześnie. Najprawdopodobniej wmieszała się w to ta Trzecia Siła, która sprawuje realną władzę na tej planecie, a która od czasu do czasu daje o sobie znać poprzez często niezrozumiałe a spektakularne posunięcia. A to daje nam do myślenia i niejednokrotnie dochodzimy do przekonania, że nie jesteśmy tutaj sami...


---oooOooo---


To, co pokazałem Czytelnikowi w tym artykuliku, jest zaledwie czubkiem góry lodowej problematyki rodem z „Archiwum X”. Takie archiwa istnieją naprawdę i znajdują się w rękach rządowych i prywatnych. W tych archiwach nigdy nie następuje przedawnienie, i są one niedostępne dla profanów.

Opisane przypadki budzą niepokój, bo pokazują, do jakiego stopnia można manipulować faktami w celu ich wykorzystania do celów politycznych, wojskowych czy komercyjnych. Oczywiście są także opinie różnych nawiedzonych uczonych i badaczy, którzy np. w ataku na Pentagon i WTC widzą działania Kosmitów... - co jest tylko barwnym folklorem ufologicznym, i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, która jest o wiele ciekawsza i barwniejsza, niż to się PT Autorom takich hipotez wydaje...

Jestem pewien tego, że nie jesteśmy sami na Ziemi i temu dałem swój wyraz niejednokrotnie na łamach różnych czasopism, w wywiadach radiowych i telewizyjnych oraz w Internecie. I tylko krew mnie chce zalać, kiedy pomyślę o tym, że kilku obrotnych cwaniaków potrafiło sprostytuować to NAJWIĘKSZE MARZENIE LUDZKOŚCI, jakim jest Kontakt z Obcym Rozumem, i zaprzęgło je w rydwan polityki i czyichś brudnych interesów. TO OPRACOWANIE JEST PROTESTEM PRZECIWKO TAKIM PRÓBOM. Zdecydowanie odcinam się od wszelkich prób upolityczniania ufologii - jak to miało miejsce np. w Bułgarii, gdzie istniały plany powołania do życia Bułgarskiej Partii Ufologicznej - a także mieszania do ufologii którejkolwiek z religii, wyznań czy ideologii. W ufologii nie ma na to miejsca, bo ufologia jest nauką - może niezwykłą - ale nauką, i nie ma w niej miejsca na politykę i religię czy choćby najlepsze i najświatlejsze ideologie. Niech to opracowanie będzie przestrogą dla wszystkich tych, którzy chcą się nią kiedykolwiek zajmować.


Te słowa napisałem w 2000 roku, kiedy jeszcze wierzyłem w to, że ufologia ma przed sobą jakąś przyszłość w tym kraju. Naiwnie wierzyłem, że wspólnie da się coś zrobić – i niestety myliłem się. Cóż, nie popełnia błędu tylko ten, kto nic nie robi. Wychodzi bowiem na to, że ufologię od samego początku wprzęgnięto w służbę polityki i co chwilę się o tym przekonujemy. Podobnie jak wszystkie brednie w rodzaju chemtrails czy HAARP stanowi ona dymną zasłonę dla czegoś bardzo groźnego i konkretnie wymierzonego – niestety – w ludzi, ale nie pochodzącego z Kosmosu, tylko z Ziemi. I na Ziemi należy szukać źródeł tego właśnie „czegoś”. UFO i inne sensacyjne brednie straszące nas z nagłówków medialnych to idealna „maskirowka”, która funkcjonuje już od lat, a ludziom wpaja się przekonanie, że to tylko preludium do wielkiego wydarzenia, jakim ma być ów wyczekany i wytęskniony Kontakt. Tylko że obawiam się, że żadnym – choć trochę rozumnym Kosmitom – odejdzie jakakolwiek ochota do kontaktu po obejrzeniu naszych programów TV pełnych agresji, przemocy, nienawiści i strachu. Wysyłamy codziennie miliony watów w Kosmos naszych emisji TV, które są wizytówką naszej cywilizacji. Najgorszą ze wszystkich możliwych… I nie zdziwię się, jak spełni się kiedyś genialna wizja Stanisława Lema, którą zawarł w jednym z opowiadań Ijona Tichego, który wziął udział w debacie Organizacji Planet Zjednoczonych na temat Ziemi i jej mieszkańców, którzy na forum Zgromadzenia Ogólnego OPZ zostali nazwani sztuczniakami potworniaczkami i ohydkami szalejami. No cóż – dostali w swe ręce dowody na nasze zbrodnicze szaleństwo, więc jakże mogło być inaczej…?      

środa, 20 listopada 2013

KAL 007: przerwany rejs

Boeing 747 z Korean Airlines


Kmdr rez. Wadim Kulinczenko


Błąd techniczny na stronie internetowej CNN w kwietniu 2003 roku doprowadziła do publikacji na ogólnie dostępnych witrynach zachodnich mediów nekrologi Dicka Cheneya, Ronalda Reagana, Fidela Castro, Jana Pawła II i innych osób ze świecznika.

30 lat temu, w sierpniu 1983 roku, byłem w składzie bojowej zmiany dyżurnej Centralnego Stanowiska Dowodzenia Floty Wojennej ZSRR. Dyżur byłby nawet całkiem spokojny, gdyby nie meldunek od Floty Oceanu Spokojnego mówiący o tym, że w rejonie Sachalinu został zestrzelony obcy samolot, który naruszył przestrzeń powietrzną Związku Radzieckiego…


Czy były „czarne skrzynki”?


Ten meldunek nas, marynarzy, wcale nie dotyczył. Ale tylko do tego czasu, kiedy rozpoczęto operację ratowniczą, wszak samolot wpadł do morza, a to już jest działka Floty. Pamiętam, że w tym czasie była wściekła pogoń z obu stron – naszej i amerykańskiej – za „czarnymi skrzynkami” zestrzelonego samolotu – i to na dnie morza. Ludzi na miejscu katastrofy nie znaleziono. Owszem, były tam jakieś trepki i manekiny… Poszła informacja, że wyprzedziliśmy Amerykanów, ale co zapisała ta aparatura, pozostaje tajemnicą do dziś dnia. No i czy to były te właśnie „czarne skrzynki”?

Jedno jest jasne: w 1983 roku, Biały Dom chciał wygrać kolejną ideologiczną rundę w Zimnej Wojnie i utwierdzić świat w przekonaniu, że Rosjanie zestrzelili bezbronny, cywilny samolot. No, ale po upływie 30 lat pojawiają się wciąż nowe fakty i dowody…


Diabelski plan


W roku 1981, prezydentem USA został Ronald Reagan, który nienawidził Rosji i od razu postanowił urządzić coś podobnego do Kryzysu Karaibskiego. Ogłosił on „krucjatę przeciwko komunizmowi”.

Kluczowym celem USA było rozmieszczenie w Europie pocisków rakietowych Pershing II u granic Związku Radzieckiego, co dawało Białemu Domowi prowadzenie bardziej ostrego dialogu z Kremlem. Ale powstał problem: Europa była przeciwna temu planowi.

Regan i jego ekipa musiała w jakiś sposób przełamać negatywny stosunek europejskich sojuszników z NATO do amerykańskich planów, a na dodatek nie tylko wskazać im konieczność, ale także i niezbędność rozmieszczenia u nich tychże MRBM (zasięg 1700 km – przyp. tłum.).

Zatem zdecydowano się na użycie prowokacji, wskutek której zostałby zohydzony obraz Związku Radzieckiego na całym świecie. Pretekst znaleziono – na tyle efektywny ze względu na następstwa, i na tyle potworny ze względu na wykonanie. Na szalę rzucono życie niewinnych ludzi.

Została opracowana operacja, za pomocą której zaplanowano ustrzelenie od razu dwóch zajęcy:
·        wykryć stanowiska dalekowschodniej obrony plot. WOPK ZSRR i jednocześnie…
·        …pokazać skrajnie negatywny obraz Związku Radzieckiego na całym świecie.   

Plan, który opracowano, był rzeczywiście diabelskim. Dla jego realizacji wybór padł na cywilny samolot Boeing 747 Jumbo Jet Koreańskich Linii Lotniczych KAL, numer burtowy HL7442, numer lotu KAL 007, na pokładzie którego znajdowało się 246 pasażerów.



Rutyna i niedoróbki


Rejs KAL 007 rozpoczął się zwyczajnie. 31.VIII.1983 roku, Boeing opuścił Nowy Jork i wziął kurs na Anchorage, AK, skąd po dotankowaniu poleciał on w kierunku Seulu po pasie drogi lotniczej Romeo-20 (znanym bardziej jako Red-20 – przyp. tłum.). Jednakowoż poleciał on inną trasą i wszedł w  zamknięty obszar powietrzny  ZSRR, w którym ruch wszelkich zagranicznych pojazdów powietrznych  był zabroniony.

Powstaje pytanie: czy Boeing po prostu zszedł z kursu mając najnowocześniejsze oprzyrządowanie nawigacyjne i trzy niezależnie działające komputery będące w stanie określić położenie samolotu z dokładnością do metra? Nasuwa się tylko jeden wniosek: w komputery wpisano nieprawidłową trasę.

Amerykanie stawiają na błąd pilotów i wyposażenia nawigacyjnego, ale nie przytaczają na to żadnych argumentów. Błąd pilotów? Dowódcą koreańskiego Boeinga był Chun Byung-In – jeden z najlepszych lotników kompanii lotniczej KAL, były pilot wojskowy i na pewno nie samobójca. A swoją drogą, o załodze tego właśnie Boeinga warto powiedzieć coś oddzielnie.

Liczebność załogi wedle etatów wynosiła 18 osób, ale z niewiadomych przyczyn w tym akurat rejsie wynosiła 23. A to oznacza, że na pokładzie było 269 osób, ale na miejscu zagłady samolotu nie znaleziono ani jednego ciała. Dlaczego?

Nawet podczas najstraszniejszych katastrof lotniczych nie zawsze znajdywano szczątki ofiar. Podam tylko jeden przykład z niedawnej przeszłości: dnia 1.VI.2009 roku, samolot Airbus 330-200 kompanii Air France lecący z Rio de Janeiro do Paryża uległ katastrofie nad Atlantykiem. Zginęło 228 osób, a udało się wydobyć ciała tylko 127 ofiar.

Przybyli na miejsce katastrofy radzieccy marynarze nie odnaleźli ani jednego ciała! Natomiast znaleźli wiązkę paszportów – czyż to nie jest dziwne? Na dnie nurkowie znaleźli masę szczątków maszyny. Można to nazwać zagadką Boeinga? A przecież rozwiązanie tej zagadki jest takie proste: pasażerów na pokładzie zestrzelonego samolotu po prostu nie było. Takie niedoróbki można mnożyć.


Kto jest ofiarą?


Po wylocie stratolinera z Anchorage, w rejonie Kamczatki już znajdował się amerykański samolot zwiadowczy RS-135, zewnętrznie podobny do Boeinga 747. W czasie zbliżania się doń Jumbo Jeta, RS-135 zaczął się podchodzić do niego i w pewnym momencie na naszym radarze oba cele zlały się w jedno echo.

Nie ma się więc czego dziwić, że na stanowisku naszych WOPK nabrano podejrzeń, że kursem koreańskiego Boeinga podąża RS-135, by wedrzeć się nad sekretny obszar i tajne obiekty ZSRR. W powietrze poderwano dyżurne MiG-23, ale nie mogły one zidentyfikować samolotu, bowiem nie był oświetlony jego ogon z numerem burtowym. Po minięciu Kamczatki, samolot dalej leciał nad Morzem Ochockim, zaś myśliwce wróciły na lotnisko. I tutaj miała miejsce jeszcze jedna „dziwna” zbieżność – kurs, którym leciał teraz Boeing był „dziwnym trafem” zbieżny z trajektorią lotu satelity radiozwiadowczego Ferret D.

Nad Sachalinem zboczenie z wytyczonej trasy sięgnęło już 500 km. Czy komputery nawigacyjne i piloci mogli pomylić się aż tak? A przede wszystkim czy był to Boeing czy RS-135? Takie naruszenie przestrzeni powietrznej mogło być tylko celowe. Dlatego też postanowiono podjąć adekwatne kroki.

Na przechwyt poleciał myśliwiec Su-15, prowadzony przez ppłk Giennadija Osipowicza. Znajdując się w polu widzenia samolotu-naruszyciela, Osipowicz zrobił wszystko co możliwe i niemożliwe by zwrócić na siebie uwagę i zidentyfikować go włącznie z oddaniem serii z pokładowego działka. Nie wywołało to jakiejkolwiek reakcji ze strony naruszycieli. Obca maszyna tylko zredukowała swą prędkość do 400 km/h, co mogło spowodować przepadnięcie radzieckiego myśliwca w martwy korkociąg.

Z ziemi nadszedł rozkaz – „atakować intruza!” – i ppłk Osipowicz wypełnił swój obowiązek: wystrzelił dwie rakiety R-98 z których jedna trafiła w kadłub ogromnej maszyny i uszkodziła jej system sterowania.

Intruz zaczął zniżać się z umiarkowaną prędkością, ale z wysokości 5000 m zaczęło się jego gwałtowne spadanie. Zostało ono spowodowane już trafieniami amerykańskich rakiet. Taka wersja istnieje i są na to dowody.

Ale dlaczego Amerykanie postanowili dobić ten uszkodzony samolot? Odpowiedź jest prosta: gdyby załodze udało się posadzić Boeinga (nawet na wodę), to świat dowiedziałby się o jego podłej misji, a dla samego Reagana byłaby to polityczna śmierć.

[Wikipedia podaje coś takiego:
O godzinie 17.42 do 17.45 czasu UTC dwa myśliwce - tym razem Su-15 - zostały wysłane w stronę Boeinga. Po 31 minutach samolot przeciął radziecką przestrzeń powietrzną, a wkrótce po tym Su-15 dotarły w jego pobliże. Major Giennadij Nikołajewicz Osipowicz, pilot jednego z Su-15 o numerze taktycznym 805, najpierw wystrzelił salwę ostrzegawczą z broni pokładowej przed kokpitem Boeinga. Ponieważ myśliwca nie wyposażono w amunicję smugową, piloci rejsu nr 007 mogli nie zauważyć strzałów ostrzegawczych. Następnie pilot myśliwca - po otrzymaniu rozkazów z ziemi, o godzinie 18.22 UTC - odpalił w kierunku samolotu pasażerskiego rakiety powietrze-powietrze. Z dwóch wystrzelonych rakiet R-98 (będących późną wersją rakiety R-8M2 Kaliningrad, nazywanej w kodzie NATO Advanced Anab) w cel o godzinie 18.26 trafiła jedna. Była to rakieta naprowadzana radarem. Natomiast rakieta posiadająca głowicę z sensorem termicznym (na podczerwień) chybiła najprawdopodobniej z powodu awarii głowicy lub zapalnika.
Trafienie jednej z rakiet spowodowało poważne uszkodzenie samolotu pasażerskiego, i choć dokładnie nie wiadomo co wydarzyło się po eksplozji, przypuszcza się, iż we wnętrzu maszyny nastąpiła dekompresja, a załoga straciła kontrolę nad odrzutowcem. Samolot wpadł w korkociąg i runął do Morza Japońskiego. W momencie trafienia KAL 007 znajdował się kilka kilometrów poza terenem ZSRR  - przyp. tłum.]

Samolot zwiadowczy RS-135


Druga wersja


I tak samolot-naruszyciel został strącony. Ale w co właściwie trafił ppłk Osipowicz? Czy to był Jumbo Jet czy inny samolot? Dowodów na rzecz ostatniej wersji jest dostatecznie dużo.

Istnieje założenie, że nad Sachalinem leciał jeszcze samolot-zwiadowca RS-135. To właśnie jego zestrzelił Osipowicz. Argumenty? Najbardziej ważkim jest zeznanie złożone przez francuskiego badacza Michela Bruni, który wiele lat poświęcił na badanie tej katastrofy.

Bruni zwrócił uwagę na to, że wśród szczątków znaleziono dwie tratwy ratunkowe. One nie były na wyposażeniu koreańskiego Jumbo Jeta. Co więcej: znalezione na miejscu spadku zestrzelonego przez ppłk Osipowicza samolotu szczątki zbiornika paliwa były pomalowane białą, niebieska i złota farbą (kolorami US Navy), a poza tym znaleziono fragmenty zamocowań dla broni pokładowej. Bruni nie tylko twierdzi, że ppłk Osipowicz zestrzelił RS-135 ale także twierdzi, że obcych samolotów było tam o wiele więcej!

[Znajdowały się tam także 2-3 samoloty rozpoznania radioelektronicznego, okręt rozpoznania radioelektronicznego  - fregata USS Badger a wszystko to było koordynowane z pokładu samolotu dowodzenia, ostrzegania, kontroli i rozpoznania radioelektronicznego E3A Sentry AWACS zbudowanego na bazie samolotu Boeing 707 podobnie jak RS-135, od którego różnił się tylko grzybem potężnej anteny radiolokatora umieszczonym na „plecach” maszyny… Jeżeli więc Rosjanie polowali na jakiś amerykański samolot, to właśnie nie na RS-135, ale na latające centrum dowodzenia – E3A, które wtedy było całkowitą nowością i stanowiło jedno z kluczowych ogniw działania reaganowskiego programu SDI, dlatego wiedza o tych maszynach była dla Rosjan tak cenna. Notabene wszystkie trzy samoloty były do siebie podobne! - uwaga tłum.]

Zorientowawszy się w tej plątaninie i doskonale zbadawszy dostępne mu informacje, Bruni doszedł do wniosku, że na niebie nad Sachalinem doszło do prawdziwej bitwy powietrznej, można rzec – małoskalowa III Wojna Światowa, której ofiarą stał się także południowokoreański Boeing, którego jednak nie zestrzelił ppłk Osipowicz tylko Amerykanie.

Latający radar i zarazem stanowisko dowodzenia - samolot E3A Sentry AWACS


Skutki


Niestety, USA odniosły tutaj sukces. (Inna rzecz, że nikt nie słuchał radzieckiej wersji wydarzeń, bo cały świat został przytłoczony wrzaskiem amerykańskiej propagandy, co stanowi dowód na to, że cała rzecz została doskonale przygotowana – przyp. tłum.) Reagan wprost oświadczył, że zniszczenie Boeinga dało Kongresowi USA bodziec do rakietowego przezbrojenia. Zachodnia Europa dała zezwolenie na rozmieszczenie na jej terytorium rakiet Pershing II.

Ale zdecydowane działanie naszych sił zbrojnych w ochronie naszych rubieży postawiły Waszyngton wobec faktu, że będziemy stanowczy wobec bezceremonialnych działań na naszych granicach.

Należy pamiętać o tym, że podobna prowokacja – nie jest wykluczona. Podobna prowokacja miała miejsce w przypadku katastrofy SSGN K-141 Kursk w sierpniu 2000 roku. Ale tajemnice tych wydarzeń będą na długo schowane w pancernych sejfach służb specjalnych.

Jeden z koreańskich samolotów, które „przypadkowo” „zbłądziły” w locie nad radziecką Północą i zostały zmuszone do lądowania na Syberii. Kroniki radzieckiego WOPK odnotowały co najmniej dwukrotne przypadki przechwytu południowokoreańskich samolotów pasażerskich, które poważnie zboczyły z kursu i weszły w zakazane strefy radzieckiej przestrzeni powietrznej… 

[A mnie nasunęła się ciekawa konstatacja, bo czy nie byłaby doskonałą prowokacja, wskutek której w dniu 10.IV.2010 roku, na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku doszło do katastrofy rządowego Tu-154M z prezydentem Polski na pokładzie? To akurat się ładniutko wpisuje w ten schemat, a że CIA hula sobie w naszym kraju jak u siebie (sprawa więzień CIA i transferu osób przez nią zatrzymanych, przetrzymywanych i torturowanych jest na to wymownym dowodem), więc rzecz jest całkiem możliwa. A cel? Cel jest oczywisty – jak zwykle zohydzenie w oczach Europejczyków obrazu Rosji i Rosjan, ale nade wszystko popsucie stosunków polsko-rosyjskich, które były wtedy jeszcze w miarę poprawne i osiągnięcie jakichś celów strategicznych przez Biały Dom, w których Polska (jak zwykle) znów odegrała rolę pionka na szachownicy… - uwaga tłum.]  


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 30/2013, ss. 6-7

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©