Powered By Blogger

niedziela, 23 lipca 2017

Incydent MTF/CE4 Nova Bystrica 20170528 (Słowacja)






Dr Miloš Jesenský


Przypadek missing time na słowacji -

Notatka o  zaobserwowaniu zjawiska paranormalnego


Data incydentu: 28.V.2017 roku o g. 14:00 CEST
Miejsce incydentu: południowy odcinek trasy rowerowej przy zaporze wodnej Nova Bystrica na Kysucach -  N 49° 20′ 31.85″ - E 019° 2′ 25.21″
Kategoria: Anomalia czasoprzestrzenna (missing time) MTF, prawdopodobne CE4/CE-III-G


Opis incydentu:

Dnia 28.V.2017 roku, pan I.J. (lat 44) wraz ze swą córką L.J. (lat 18) wybrali się na wycieczkę rowerową dookoła jeziora zaporowego na Novej Bystricy. Świadek doskonale zna trasę, a jego córka była tu po raz pierwszy. Zaparkowali samochód w górnej części wsi Zavodskovce, i od tego miejsca pojechali na rowerach. Podczas jazdy koło zapory wodnej, spotkali grupę młodych cyklistów – 3 chłopców i 2 dziewczyny, przy budynku kościoła pw. Narodzenia Panny Marii w byłej zatopionej wiosce Riečnica pojechali drogą na południe od zapory, gdzie miał miejsce ten incydent – dokładniejsze przedstawienie odcinka na załaczonej mapce.

W pewnym momencie świadek I.J. uświadomił sobie, że przejeżdża po raz drugi ten sam odcinek trasy (klasyczne deja vú). Wraz z córką, która jechała przodem, zauważył samochód – zieloną skodę-felicia na czeskich tablicach, które jechało za złotą skodą-octavią na numerach rejestracyjnych z Czadcy (CA). Póki nastawiony był na jazdę to nie zwracał uwagi na detale, póty nie dotarło do niego, że znów jadą po już raz przejechanym odcinku drogi. Uświadomił to sobie dokładnie, kiedy zza zakrętu pojawiło sie przed nimi to samo auto – zielona felicia a za nim złota octavia.  

Z uczuciem zdziwienia i z rosnącym niepokojem próbował przyjrzeć się pierwszemu z samochodów, który miał go minąć na wąskiej drodze w bezpośredniej bliskości. Według jego własnych słów, to się nie udało, tego się nie dało zrobić, bo chociaż samochód miał się z samochodem blisko wyminąć, to widział go nie z boku, ale jakby z odległości, z zupełnie innej perspektywy. Udało mu się jednak spojrzeć przez przednią szybę i boczne okna, i ujrzeć antropomorficzne dwa cienie w przedniej części kabiny, przy czym uczucie niepokoju i zagrożenia stale wzrastało.

Następnie dotarło do niego, że jechali tym odcinkiem drogi już trzykrotnie, ale sytuacja z samochodami się już nie powtórzyła. Usiłował gestami powiadomić córkę, która jechała przed nim, by nie stawała i jechała dalej. Wbrew intensywnemu uczuciu zagubienia usiłował się zorientować, więc wyjął z kieszeni w czasie jazdy telefon komórkowy z aplikacją GPS, który w tej chwili nie funkcjonował. Widziałem tylko czysty ekranik, na którym znajdował sie jeden punkt, a poza tym nic. Podobnie padł komputerowy licznik przebytej odległości i wysokości, który miał zainstalowany na ramie roweru. Zrozumiał wtedy, że się zgubili i nie są w stanie wrócić: Cały czas mi coś mówiło, że nie możemy się zatrzymać, że musimy jechać, i niech to się jak najszybciej skończy. Bałem się o córkę, pomyślałem iż uwięźlibyśmy tam na zawsze, to co by się z nami stało? Pozostałoby tylko zaparkowane, puste auto i co by o tym nasza rodzina pomyślała?   
     
Córka świadka dopełniła wypowiedź ojca i potwierdziła uczucie dezorientacji: Odwróciłam się i zawołałam: tato, czy my nie jeździmy cały czas w kółko? Ona także odczuwała niepokój i intensywne uczucie, że nie mogą się zatrzymać, ale za wszelką cenę jechać dalej.

Na dystansie w przybliżeniu pół kilometra nikogo nie spotkali, a co jest ciekawe, doszło tam do zmiany wyglądu otoczenia. Wszystkie dźwięki naraz ucichły, nie słychać było ani szumu drzew, ani śpiewu ptaków, jednym słowem niczego. Przyroda jakby nie miała koloru, chociaż był piękny, słoneczny dzień, a teraz wszystko było jakieś szare, jakby wszystko straciło kolory, było to nierealne. I przez cały czas owładnęło nimi uczucie przenikającego strachu: Miałem uczucie strasznego niepokoju i beznadziejności tego, co robię i tego, że muszę wciąż jechać dalej. Nie rozglądałem sie ani na prawo, ani na lewo, ani sie nie oglądałem, bo jakoś się nie dało tego zrobić. Gdzieś za wsią Sopkulovce te uczucia zaczęły słabnąć i znikać, a zanim zupełnie nie znikły na zakręcie, który jest najbardziej na południe wysuniętym punktem trasy: Tam spotkaliśmy jakiegoś pana z psem, dźwięki i kolory wróciły, a także wyraźnie się ociepliło. Zaczął prawidłowo pracować telefon komórkowy. Zatrzymaliśmy się, a córka mnie zapytała, co to wszystko miało znaczyć? Później natrafiliśmy na tą grupę chłopców i dziewcząt, którą spotkaliśmy na początku naszej trasy.

Szczegół o wyraźnym ociepleniu pozwala na dedukowanie iż podczas incydentu doszło – poza zniknięciem dźwięków i zmiany percepcji spektrum kolorów także do spadku temperatury. Cenne informacje na temat padnięcia elektroniki daje także komputerek roweru. Cała trasa wokół jeziora ma około 30 km długości, ale komputer pokazał przebycie tylko 22 km. Zagadką pozostaje, czy wskutek działania tego fenomenu przejazd przez inkryminowany odcinek zdarzył sie tylko raz, czy więcej razy. Różnica 8 km może znaczyć, także i to, że świadkowie przebyli ten odcinek może nawet więcej, niż trzykrotnie (najprawdopodobniej pięciokrotnie!) tylko że tego po prostu nie pamiętają. Informacja o brakujących kilometrach potwierdza także różnicę w zarejestrowanej wysokości. Zamiast oczekiwanej wysokości 670 m n.p.m. jak podaje to aplikacja GoogleMaps, świadkowie pokonali jedynie 470 m n.p.m., co wskazuje na to, że wbrew powtórzeniom, nie przejechali oni całej długości trasy. Ale najbardziej interesujacym jest, w takich przypadkach typowy, „utracony czas“ trwający około 40 minut, na który nie mają oni żadnych wspomnień.

W dniu 5.VII.2017 roku świadek powrócił na miejsce incydentu, do czego namówił go jego przyjaciel żeby przebył całą trasę jeszcze raz i skonfrontował ją ze swymi doświadczeniami. I chociaż w tym przypadku nie wydarzyło nic niezwykłego, to pozostała frustracja po przeżytym incydencie: Nie chcę odradzać ludziom przybycia na to miejsce, ale to przeżycie było jednoznacznie negatywne, złe i nie chciałbym tego przeżyc po raz wtóry.

Spisane w czasie spotkania w dniu 20.VII.2017 roku w Kysuckim Nowym Mieście.


Mapka do relacji o incydencie CE4 Nova Bystrica 20170528:
1.      Miejsce spotkania świadków z grupą dziewcząt i chłopców;
2.    Początek odcinka z paranormalnymi zjawiskami;
3.    Koniec odcinka z paranormalnymi zjawiskami;
4.    Powrót do normy;
5.     Ponowne spotkanie z grupą dziewcząt i chłopców wym. W pkt. 1


Moje 3 grosze


U nas także zdarzały się podobne przypadki. Jeden z nich opisał Marcin Mioduszewski w mojej książce „Projekt Tatry“, za co mu cześć i chwała! A oto ten incydent z polskich Tatr:

O tym, że Tatry kryją w sobie wiele tajemnic chyba nie trzeba już nikogo przekonywać. Kartoteka “Projektu...” zawiera wiele niewyjaśnionych po dziś dzień przypadków, niemałą ich część zajmują zaginięcia ludzi. Niektóre z nich mogą być uznane za klasyczne wypadki w górach, czyli po prostu porażki człowieka w konfrontacji z tym niezwykle groźnym żywiołem. Inne jednak to przypadki samobójstw, być może zabójstw, incydenty typu Rip van Winkle, niewyjaśnione zgony i domniemane zniknięcia ludzi spowodowane jakąś formą ingerencji Nieznanych Obiektów Latających.

Do tej pory jednak albo udawało się rejestrować obserwacje NOL-i nad Tatrami, albo dziwne wypadki zniknięć ludzi. Nie było relacji, która bezpośrednio łączyłaby oba te wydarzenia i w dodatku była wiarygodna.

Nie było aż do listopada 2000.... Paradoksalnie przyszło mi takiej opowieści wysłuchać w Krakowie. Byłem wtedy na spotkaniu w biurze pewnej firmy. Podczas rozmowy, zupełnie przypadkowo, jej właściciel poruszył kwestię UFO i zjawisk nieznanych. Okazało się, że jego brat, Krzysztof, również zatrudniony w tej firmie, był uczestnikiem niezwykle dziwnego zdarzenia. Kilka chwil później, po raz pierwszy opowiadał mi tę historię, zupełnie nie wiedząc, że jestem członkiem MCBUFOiZA i, że zajmuję się badaniami takich właśnie fenomenów. Następnie wysłuchałem relacji drugiego świadka – Tomasza – również pracownika tej firmy. Oto co udało mi się ustalić na podstawie opowieści mężczyzn i przeprowadzonej później analizy.

Lubiący chodzić po górach Krzysztof i Tomasz (dane zastrzeżone) postanowili wybrać się na nocną wycieczkę w Tatry. 22 sierpnia 2000 około 23.30 przyjechali pociągiem z Krakowa do Zakopanego. Tuż po północy wyruszyli w góry, szli najpierw do ronda pod Krokwią w Zakopanem, tam skręcili na wschód na drogę prowadzącą na Łysą Polanę. Od czasu do czasu mijali mniejsze skupiska zabudowań, znajdujących się w między innymi na Jaszczurówce i Cyrhli. Dalej droga prowadziła już cały czas przez las. Ruch samochodów na tym odcinku drogi w nocy był znikomy. W czasie marszu obaj wyraźnie słyszeli silnik i szum zbliżającego się od tyłu pojazdu, który jak im się wydawało znajdował się około 300-400 metrów od nich. Kiedy jednak się odwracali nie widzieli nic, nawet odbijających się w oddali świateł. Po chwili sytuacja się powtórzyła. Trwało to aż do godziny 1.30-1.45, kiedy dotarli do wejścia na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego z czarnym szlakiem. (1) Była to niewielka polana, ze szlabanem, drewnianą chatą oraz balami ściętego drzewa. Tu dwójka postanowiła odpocząć.


Około godziny 2.00 Krzysztof i Tomasz wyruszyli w kierunku Hali Gąsienicowej, szeroką, kamienistą drogą w lesie, zatrzymując się co około 30 minut dla zregenerowania sił. Obaj mieli zapalone latarki, dla bezpieczeństwa szli jeden za drugim. Oznakowanie przewidywało przejście tego odcinka w około godzinę. Dwójka szła jednak wolniej, ze względu na nocną porę. Około 3.00-3.15 doszli do skrzyżowania szlaków zwanego Psią Trawką, gdzie znowu chwilę odpoczywali. (2) Tam Tomasz dostrzegł nad drzewami jakiś świecący obiekt w kształcie kuli, który niezwykle szybko przeleciał najpierw w jedną, potem w druga stronę. Zwrócił na to uwagę koledze, który jednak nie widział już niczego i uznał, że pewnie było to tylko przywidzenie. Po krótkim odpoczynku mężczyźni poszli dalej. Był to już ostatni odcinek do Hali Gąsienicowej, który według oznaczeń przechodzi się w 45 minut. Jednak znowu ze względu na porę i nocne zmęczenie czas ten się wydłużył. Po około 45 minutach (około 3.45-4.00) dwójka, przy niewielkim rozszerzeniu drogi, napotkała poukładane, ścięte bale drzewa. Krzysztof i Tomasz postanowili po raz kolejny odpocząć. Usiedli więc na balach, zwróceni do siebie plecami, oparci o swoje plecaki. Siedzieli tak chwilę, najwyżej dwie minuty. W pewnym momencie Krzysztof powiedział, że trzeba już iść, na co kolega odpowiedział “Już zaraz”.

Następne co pamiętają, to jak już świta, a oni z założonymi plecakami idą obok siebie w milczeniu. Dopiero po około 3 minutach otrzęśli się jakby z transu i zdali sobie sprawę, że coś jest nie w porządku. Sprawdzili czas - okazało się, że minęło 40 minut (była 4.25-4.40), a oni nie pamiętają co się z nimi działo. Doskonale znający Tatry Tomasz zupełnie stracił orientację w terenie. Wreszcie po około 20 minutach doszli do schroniska na Hali Gąsienicowej. (3)

Dalsza część wycieczki przebiegała już bez zakłóceń, zarówno Tomek jak i jego kolega zauważyli jednak, że byli niezwykle wypoczęci i właściwie nie czuli zmęczenia (Krzysztofa przestał boleć bark). Po zorientowaniu się, że nie wiedzą, co robili przez 40 minut, byli nieco przestraszeni, czuli się niepewnie. Dalej mężczyźni udali się na Kasprowy Wierch (1985 m n.p.m.), stamtąd zaś na Czerwone Wierchy, by zejść wreszcie do Doliny Strążyskiej.

     I ta oto przedstawiałaby się ta historia. Tak dokładne ustalenie przebiegu zdarzeń było możliwe dzięki współpracy ze świadkami, niemałą pomocą dla mnie była także wizja w terenie, którą przeprowadziłem wraz ze znajomym niemal dokładnie w rok po tym incydencie, bo 31 sierpnia 2001. W praktyce oznaczało to odbycie identycznej, nocnej wyprawy w góry. Nam niestety już nie dopisała tak wspaniała pogoda jak Tomaszowi i Krzysztofowi. O ile nocna część trasy do Hali Gąsienicowej przebiegała przy dość dobrych warunkach atmosferycznych, o tyle kiedy wczesnym rankiem wyruszaliśmy na Kasprowy Wierch zaczęło padać, temperatura spadła do +6°C. Nie było też dla nas zaskoczeniem, że odcinek drogi po masywie Czerwonych Wierchów obdarował nas jeszcze gorszą pogodą. Temperatura, która spadała miejscami do +2°C, opady deszczu, wiatr i co najgorsze widoczność ograniczona do kilkunastu zaledwie metrów dały nam się tyle we znaki, że postanowiliśmy skrócić planowaną trasę, schodząc w dół z Kopy Kondrackiej (2005 m n.p.m.). Po raz kolejny góry pokazały, jak są zmienne i nieobliczalne. Kiedy kierowaliśmy się w stronę Doliny Małej Łąki oczom naszym ukazał się niezwykły widok. Podczas gdy u nas padało, było zimno i mglisto w dolinie, dosłownie na wyciagnięcie ręki, panował ciepły i słoneczny letni dzień.

     Ta 13-godzinna wyprawa w góry nie była tylko naszym prywatnym wypadem. Dzięki niej nie tylko zobaczyliśmy, jak wyglądała trasa Krzysztofa i Tomasza, ale mieliśmy także okazję na własnej skórze poczuć przynajmniej trochę tego, co czuli oni. Jak się później okazało bardzo nam się to przydało.

     Próbując wyjaśnić, co było przyczyną tego zdarzenia, które na zachodzie określa się mianem “missing time” (“zagubiony czas”), pierwszym krokiem było sprawdzenie, czy nie jest to po prostu oszustwo. Nie było to zbyt trudne. Jak już wspomniałem wcześniej, historię tę świadek opowiedział mi zupełnie nie wiedząc, że jestem członkiem MCBUFOiZA. Po co więc miałby kłamać? Późniejsze wielokrotne rozmowy z Tomaszem i Krzysztofem, przeprowadzony wywiad środowiskowy i testy psychologiczne tylko potwierdziły moje przypuszczenia – obaj byli wiarygodni, a ich podejście do tego, co przeżyli było bardzo zdystansowane i zrównoważone.

     Wobec tego zabrałem się za analizę całego zdarzenia. Daruję tu Czytelnikowi przywoływanie wszystkich danych i ustaleń z 11-stronnicowego raportu dotyczącego tego zdarzenia, skupiając się jedynie na najważniejszych aspektach sprawy.

Obaj świadkowie, w czasie, kiedy szli asfaltową drogą z Zakopanego do Brzezin wielokrotnie mieli wrażenie, iż z tyłu zbliża się do nich samochód. Kiedy jednak odwracali się, nic nie widzieli. 31 sierpnia 2001, gdy przechodziłem tą trasą ze znajomym, również w nocy, kilka razy mieliśmy takie właśnie, fałszywe wrażenie. Podobnie jak świadkowie, wydawało nam się, że słyszymy odgłos silnika. Niewykluczone, że był to jakiś efekt akustyczny – odbicie fal dźwiękowych samochodu jadącego gdzieś w oddali, w dole (droga wznosi się ku górze), szumu pochodzącego z położonego poniżej Zakopanego, drzew itp. Bardzo istotny jest tutaj fakt, że ani razu nie mieliśmy tego wrażenia jednocześnie. W świetle tego wykluczyć można z pewną dozą prawdopodobieństwa, że to co spotkało dwójkę było jakimś subiektywnym odczuciem. Czy to, co słyszeli świadkowie na drodze, było tylko jakimś “naturalnym” dźwiękiem, czy miało coś wspólnego z późniejszymi wydarzeniami – na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć się nie da. Warto jednak odnotować fakt zaistnienia tego zjawiska i to, że było ono odbierane jednocześnie przez dwie osoby.

Kolejnym istotnym elementem sprawy jest relacja Tomasza, który twierdzi, że na Psiej Trawce (między godziną 3.00 a 3.20) widział przelatujący niezwykle szybko, gdzieś nad drzewami, obiekt. Świadek nie potrafi określić nawet przybliżonej jego odległości, wysokości ani wielkości, gdyż, jak mówi trwało to zaledwie ułamek sekundy. Zdążył zauważyć tylko, że była to świecąca na biało kula. Właściwie zjawisko to można by uznać za jakieś złudzenie, na przykład spowodowane zmianą natężenia oświetlenia przy patrzeniu na włączoną latarkę, a potem na ciemne otoczenie, gdyby nie to, że Tomasz  po chwili po raz drugi zobaczył taki sam obiekt. Świadek jest tutaj pewien, że obiekt ten przelatywał w przeciwnym niż poprzednio kierunku.

Najbardziej zagadkowym zdarzeniem w całej tej historii jest jednak oczywiście “utrata czasu”. Świadkowie, siedzieli około 2 minut na balach ściętego drzewa, wymienili ze sobą jeszcze uwagę, że czas iść dalej i następne, co pamiętają, to kiedy maszerują ramię w ramię, 40 minut później. Należy sobie zadać pytanie, co mogło być przyczyną tego, że oboje nie pamiętają absolutnie nic z tego co działo się pomiędzy 3.45-4.00 a 4.25-4.40?

Można oczywiście uznać, że Tomasz i Krzysztof po prostu zasnęli na chwilę, zwłaszcza, że było to w nocy, a oni byli zmęczeni marszem. Hipoteza ta jednak upada w konfrontacji z faktami. Skoro zasnęli, to jak wytłumaczyć, że świadomość odzyskali jednocześnie, dopiero podczas marszu? To niemożliwe, żeby podczas drzemki wstali, założyli plecaki, wyruszyli w drogę i szli przez jakiś czas obok siebie. Dodatkowo, oboje zaznaczają, że przez około 3 minuty poruszali się, jakby zahipnotyzowani - już świadomi, lecz jeszcze jakby w transie. Dopiero później całkowicie “oprzytomnieli”. Oczywiście nie wiadomo, czy przez te 40 minut znajdowali się na balach, czy też gdzieś indziej.

Można również zastanawiać się, czy nie był to efekt jakiejś chwilowej utraty pamięci, ale znowu pojawia się tutaj kwestia, że przydarzyło się to w tym samym czasie dwóm osobom. W świetle dostępnych informacji zdecydowanie uznaję to za niemożliwe do wyjaśnienia w kategoriach zjawisk i procesów naturalnych. Jest niemal całkowicie pewne, że mamy tu do czynienia z jakimś nieznanym czynnikiem, który był przyczyną także kilku innych dziwnych zdarzeń.

Krzysztof i Tomasz w swojej relacji podają, że świadomość odzyskali w czasie marszu, gdzieś za miejscem odpoczynku. Oznacza to, że albo przeszli nieświadomie ten odcinek, albo coś “przeniosło ich” w przestrzeni. Ma to ścisły związek z utratą czasu, dlatego nie wchodzą tu w grę żadne naturalne czynniki. Warto zwrócić jeszcze raz uwagę, na rozkład drogi i czasu od momentu odpoczynku:

·        3:00 – 3:20 – postój na Psiej Trawce
·        3:45 – 4:00 – odpoczynek na balach drzewa, “strata” 40 minut czasu
·        4:25 – 4:40 – odzyskanie świadomości podczas marszu
·        4:45 – 5:00 – przybycie na Halę Gąsienicową do schroniska

Droga od Psiej Trawki przewidziana jest przez oznakowanie na 45 minut, jednak w praktyce, w nocy trudno jest przejść ją w tym czasie, co sami sprawdziliśmy (mieliśmy około 15 minut spóźnienia, czas marszu wyniósł około godziny). Jeśli nie liczyć straty 40 minut, idąca nieco wolniej od nas i zatrzymująca się na tym odcinku dwójka powinna dotrzeć na Halę Gąsienicową po czasie od 45 minut do 1 godziny 20 minut. Do zdarzenia doszło zatem około 2,6 km od Psiej Trawki. (Miejsce oznaczone łapką) Ustalenie miejsca incydentu nastręczało pewne trudności, gdyż nie była to żadna polana, a jedynie miejsce, gdzie wtedy składowano drewno. Świadkowie wspominają, że odzyskali świadomość kilka kilometrów za miejscem postoju na balach, zaznaczając jednocześnie, że było to około 20 minut od Hali Gąsienicowej. Jest tu taj pewna sprzeczność, ponieważ od miejsca, w którym odpoczywali było zaledwie około 1,5 km do schroniska (co dokładnie zgadza się z tempem ich marszu i podawanym przez nich czasem przybycia na Halę). Wydaje się więc, że świadkowie popełnili tu błąd, gdyż mogli odzyskać świadomość, kilkadziesiąt, co najwyżej 100 - 150 metrów za balami.

Pamiętamy także, że Tomasz wspomina o utracie orientacji po odzyskaniu świadomości. Jakkolwiek dziwne się to wydaje, nie jest to dla mnie niczym niezwykłym. Podczas wizji terenowej skracaliśmy podane na oznaczeniach czasy przejścia średnio o około 20 minut, co najwyżej dochodziliśmy na czas. Przewidziany na 45 minut odcinek Psia Trawka – Hala Gąsienicowa pokonaliśmy jednak w godzinę, co podczas marszu wywołało u nas niemałą dezorientację. Wiedzieliśmy, że idziemy szybko i już powinniśmy być w schronisku, tymczasem wciąż byliśmy w lesie. Dodatkowym czynnikiem zaburzającym orientację była oczywiście noc oraz całkowity brak punktów odniesienia na tym odcinku. Dlatego właśnie nie sądzę, aby dezorientacja Tomasza miała bezpośredni związek ze zdarzeniem. Według mnie była jedynie jego uboczną konsekwencją.

Tak więc podsumowując, wczesnym rankiem 23 sierpnia 2000 pomiędzy godziną 3.45-4.00 a 4.25- 4.40, w odległości około 2,6 km na południe od Psiej Trawki w Tatrach, doszło do zdarzenia typu “missing time”, w którym dwie osoby straciły 40 minut. Obecny stan wiedzy na temat incydentu nie pozwala na wyjaśnienie, co działo się z mężczyznami w tym czasie. Zaproponowałem, aby incydent ten zaklasyfikować jako zdarzenie “missing time” z bardzo możliwym CE-4 i obserwacją NOL-a typu NL. Jest bowiem wielce prawdopodobne, że chodzi tu o klasyczne zdarzenie nazywane “wzięciem”, co wydaje się potwierdzać obecność BOL-a obserwowanego przez jednego ze świadków.

Opisana powyżej historia to typowy przykład, powszechnie znanego i pojawiającego się na świecie, fenomenu “utraty czasu”. Zjawisko to nie zostało do tej pory w żaden sposób wyjaśnione. Jakkolwiek różne mogą być jego przyczyny, niezwykle często ma ono związek z obserwacjami NOL-i i bliskimi spotkaniami. Również w Polsce notowano wiele takich przypadków. W większości, w takich incydentach, potwierdzone jest niezbicie spotkanie z NOL-em i jego związek ze zdarzeniem. Wydarzenie z 23 sierpnia 2000 roku nie daje nam tej pewności, aczkolwiek wskazuje w dużym stopniu na możliwość ingerencji NOLa i jego powiązanie ze zniknięciem mężczyzn. Nie ośmielę się jednak stwierdzić z całą pewnością, że było to uprowadzenie na pokład NOL-a przez nieznane istoty. O tym świadkowie nic nie wspominają. Mogli być wtedy nieświadomi, może po prostu wymazano im to z pamięci... Może, ale to pozostanie tajemnicą...

Jedno jest pewne – góry jeszcze raz pokazały, że kryją w sobie niejedną zagadkę.

No, to jest więcej niż oczywiste. Poza tym znam kilkanaście relacji ludzi, którzy gubili się w lesie – są one opisane na łamach „Świata UFO“ – w zupełnie banalnych okolicznościach i stwierdzali, że znajdują się ... nie wiadomo gdzie. I to naprawdę jest zagadka.
Oczywiście ludzie chcą to wyjaśnić. Jedna z hipotez głosi, że jest to wpływ trujących roślin rosnących w lasach i pogody. Inna teoria mówi o wpływie pól energetycznych drzew na ludzki mózg, który jest dezorientujący. Drzewa pragną zatrzymać człowieka w lesie po to, by umarł, a jego zwłoki użyźniły glebę...
Trzecia grupa hipotez dotyczy jakichś istot żyjących w lasach i ukrywających sie przed ludźmi. Elfy czy Ukryci Ludzie z celtyckich i germańskich baśni. U nas, na Słowiańszczyźnie, są to różnego rodzaju postacie kobiece – Dziwożony, Południce czy Krasnoludki vel Bożątka płci obojga.
Czwarta grupa hipotez mówi wprost o UFO i Ufiastych, którzy ukrywają się w lasach i wodzą ludzi na manowce w sobie tylko wiadomych celach.
Jak więc widać, lasy nie są wcale takim idyllicznym ustroniem, jakby się to wydawało. Zdarzają się w nich rozmaite zawirowania czasoprzestrzenne – co wielokrotnie opisywali Rosjanie, którzy obserwowali je w tamtejszych lasach, relacje te zamieszczone są na blogu KKK.
Może uda mi się dotrzeć na miejsce tego incydentu, to wtedy będę mógł powiedzieć o tym coś więcej…    


Opinie Czytelników



Nie wiem co myśleć o tych rowerzystach, jakieś takie dziwne to. Niemniej jednak ta historia z tatr jest dla mnie naciągana. Jeden chcę iść, a drugi mówi "jeszcze chwilkę" w środku nocy po długim marszu, jak dla mnie usnęli. W takich sytuacjach nic dziwnego, że skrajnie wyczerpani ludzie lunatykują, albo mają problem z zapamiętaniem rzeczy po obudzeniu. Słyszałem opowieści o żołnierzach co zasypiali stojąc na warcie, czy nawet w czasie marszu  😀😀 Po kilku dziesięciu (no max 150) metrach się ocknęli, ale wyczerpanie plus zaspanie dawało im się we znaki 😏 Pan Marcin Mioduszewski raczej troszkę za bardzo puścił wodze fantazji 😉 (Sectroyer)


Przekład ze słowackiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz                 

sobota, 22 lipca 2017

TRAGICZNY LOS „JOYITY”



Stanisław Sawkiewicz

W roku 1931 w stoczni Wilmington w Los Angeles zwodowano luksusowy jacht przeznaczony dla pewnego potentata filmowego. Nazwano ten piękny statek równie pięknym imieniem MY potem MV Joyita. Był to 69-stopowy jacht z dwoma potężnymi silnikami diesla. Cały jacht wewnątrz wyłożono mahoniowymi okleinami.

W czasie II wojny światowej jacht przejęła US Navy i wykorzystywała go przy patrolach po wodach zatoki Pearl na Hawajach.

W 1952 roku jacht kupiła dr Katharina Luomala z Uniwersytetu na Hawajach i wyczarterowała go narzeczonemu, kapitanowi T.H. Millerowi, który znany był powszechnie jako Dusty Miller.

Miller pływał Joyitą po wodach Pacyfiku ale rejsy te nie przynosiły mu profitów. Był słabym biznesmenem. Jednym z ostatnich pomysłów Millera była próba regularnego przewozu mrożonych ryb co zaowocowało wyłożeniem jachtu warstwą izolacyjną z korka. Wpakowanie w jacht 640 kubików korka czyniło z Joyity jednostkę praktycznie niezatapialną.

W dniu 3 października 1955 roku Joyita opuściła port Apia w Samoa Zachodniej. Na pokładzie było 25 osób, w tym 9 pasażerów oraz 16 członków załogi. Wśród pasażerów był przedstawiciel rządu z Tokelau R.D. Pearless, lekarz i aptekarz z Apii oraz 6 mieszkańców wysp Tokelau, w tym 4-osobowa rodzina z dziećmi.

Kapitanem w tym nieszczęsnym rejsie był T. H. Miller, prócz niego na pokładzie znalazło się 13 marynarzy oraz 2 przedstawicieli firmy handlującej koprą; byli to Brytyjczycy J. Wallwork oraz  G.K. Williams. Załogę, oprócz mata C.R. Simpsona z USA, stanowili mieszkańcy wysp Tokelau, Gilberta oraz Rafy Swain.

Na wyspach Tokelau brakowało żywności a poza tym niezbędna tam była pomoc medyczna w związku z postępującą gangreną ręki u jednego z mieszkańców wyspy. Stąd też Joyita, oprócz dwóch medyków, zabrała w ten rejs 44 worki mąki o wadze 150 funtów każdy, 15 worków cukru o wadze 70 funtów każdy oraz 460 worków na koprę.
Z tym ładunkiem jacht skierował się na północ, w kierunku wysp Tokelau. Do przepłynięcia był dystans 270 mil, to jest około 450 km.

Joyita była spodziewana na wyspach Tokelau w dniu 5 października. Ale 6 października w Fakaofo ogłoszono, że Joyita nie przybyła i zarządzono poszukiwania. Siły lotnicze Nowej Zelandii przeczesały obszar od zatoki Laucala aż do Apii a następnie do Fakaofo i z powrotem ale nie natrafiono na żaden ślad zaginionego jachtu.

Od 6 do 12 października, kiedy to odwołano ostatecznie poszukiwania, przeczesano obszar 100.000 mil kwadratowych. Wydawało się, że Pacyfik pochłonął bezpowrotnie kolejną ofiarę.


Niespodziewanie w dniu 10 listopada 1955 roku, po 38 dniach od wypłynięcia Joyity z portu, kapitan Gerald Douglas, dowodzący statkiem Tuvalu płynącym z Suva do Funafuti, natknął się na dryfującą Joyitę! Podtopiona i opuszczona jednostka dryfowała na północ od Vanua Levu.

Wraz ze znalezieniem Joyity rozsypał się worek zagadek. Pojawiły się pytania, na które nie było odpowiedzi. Kolejne zagadki pojawiły się gdy Joyitę umieszczono w suchym doku na Suvie i poddano szczegółowym oględzinom.

Po pierwsze, gdzie podziało się 25 osób, które były na pokładzie jachtu? Gdyby musiały z jakiegoś powodu opuścić nagle pokład statku to powinny  zostać jakieś ślady bądź nawet coś w rodzaju informacji o tym, tymczasem na nic takiego nie natrafiono. Pojawiły się pogłoski, że całą załogę wymordowano, że mogła to być zemsta japońskich piratów. Ale Joyita pływała po tych wodach od lat a ponadto nie można od tak sobie, wymordować całą załogę nie pozostawiając żadnych śladów.

Nie było również śladu po ładunku, który Joyita zabrała w Apii. Ładownie statku były puste.

Kolejną zagadką był otwarty zawór denny, przez który do statku wlewała się woda. To z kolei sugerowało próbę zatopienia Joyity.

Gazety sugerowały różne możliwości: podwodne trzęsienie ziemi, eksplozję, napad piratów. Ale jak wytłumaczyć stan pokładu? Wyglądał on jakby był przypalony, tak jakby płonęło na nim przez jakiś czas rozlane paliwo. W nadbudówce odnaleziono chronometr pokładowy oraz dziennik okrętowy. Szczegółowa analiza zapisów nie wniosła, niestety, nic nowego do tej tajemnicy.
W tydzień po rozpoczęciu badań prasa doniosła, że odnaleziono na pokładzie japońskie noże. Okazało się jednak, że nie były to żadne okazy białej broni lecz zwykłe scyzoryki. Policyjne testy nie wykazały na nich śladów krwi.

Dalsze badania wykazały, że zalanie ładowni było spowodowane pęknięciem rury systemu chłodzenia. Natomiast  brak kontaktu z jachtem  spowodowany był przerwaniem linki antenowej. Komisja dochodzeniowa ujawniła ciekawy fakt: Joyita zatankowała ponad 2600 galonów paliwa, co wystarczyłoby na rejs 3000 mil podczas gdy do Fakaofo było zaledwie 270 mil. Dlaczego kapitan zatankował tak dużo paliwa?

Kolejne dni ujawniały następne zagadki. Okazało się, że Joyita wyruszyła w rejs bez łodzi ratunkowych, wiedząc o tym, że radio nie działa no i pracuje tylko jeden silnik.

Komandor Peter Plowman Samoa Zachodniej ujawnił dwa intrygujące szczegóły. Ponoć w luku  odpływowym znaleziono pośród śmieci również skalpel, igły oraz katgut a także zbroczone krwią bandaże. Oczywiście, że o niczym istotnym to nie świadczy. Co więcej, sugeruje, że ktoś opatrzył rany poszkodowanemu, a zatem ewentualny napad ktoś przeżył i winien to odnotować w dzienniku okrętowym. Drugi ujawniony po czasie szczegół dotyczył takielunku. Okazało się, że markiza nad pokładem Joyity musiała zostać rozciągnięta po nieszczęściu jakie spotkało jacht. Markiza była przymocowana do złamanego kawałka podpory pokładowej.

Nigdy nie natrafiono na żaden ślad członków załogi lub pasażerów Joyity. Co prawda parę miesięcy później pewien znajomy kapitana Millera utrzymywał, że widział go w Singapurze ale informacji tej nie udało się potwierdzić. W tajemniczy sposób zaginęło 23 dorosłych osób oraz dwoje dzieci. Po ludziach tych nie pozostał żaden ślad na statku. Ich zniknięcie jest nadal tajemnicą.

Joyita powróciła na pacyficzne szlaki. Jacht zakupił w lipcu 1956 roku plantator z Vanua Levu nazwiskiem David Simpson. Już sześć miesięcy później Joyita ugrzęzła na rafie Horseshoe na morzu Koro. Wszystkich 13 pasażerów bezpiecznie ewakuowała MV Yanawai a Joyita dopłynęła do Levuka. W 1958 roku odremontowana Joyita podjęła regularne rejsy pomiędzy Suva a Levuka, lecz znów uderzyła w rafę na Vatuvula w przesmyku Makogai. To był koniec pływania Joyity. Jacht zakupił literat Robin Maugham a następnie odsprzedał go majorowi Casling-Cottle z Levuka, który planował zamienić ten nieszczęsny statek w pływające muzeum. Nic z tego nie wyszło. Fatum nadal ciążyło nad statkiem. Do dziś leży na plaży Ovalau a z rozlatującego się kadłuba sterczą w górę rozsypujące się wręgi.

Tajemnicą pozostał los 25 ludzi, zaginionych bez śladu. Wśród zaginionych znajdował się także kapitan Dusty Miller, który Joyitę znał jak mało kto. I wiedział, że jacht jest niezatapialny. Wiedziała też o tym załoga. Mimo  tego na pokładzie nie zauważono nawet śladu po załodze i pasażerach. Los 25 ludzi pozostanie na zawsze tajemnicą mórz południowych. Niepokojącą  tajemnicą …

Zainteresowanym takimi tajemniczymi, niezwykłymi historiami z mórz naszej planety proponuję zapoznać się z innymi równie intrygującymi historiami jakich pełno w Internecie, dla przykładu – historia jachtu SY KAZ II czy z lutego 2016 roku dzieje jachtu SY Sayo, który dryfował po Oceanie Spokojnym.



Moje 3 grosze


Historia MV Joyita weszła na stałe do annałów morskich tajemnic – nierozwiązanych do dziś dnia i trudno się temu dziwić. Słynny amerykański pisarz, autor morskich thrillerów Clive Cussler napisał, że ofiary Atlantyku można znaleźć po pewnym czasie, ofiary Pacyfiku rozpływają się bez śladu w jego bezkresie. Tak było z Amelią Earhard i wieloma innymi śmiałkami.

Jesienią tegoż samego roku 1955, w niewyjaśnionych okolicznościach na Pacyfiku znika statek SS Avakarimoa. Jeden z polskich pisarzy Franciszek Fenikowski postawił hipotezę, że wszystkie „pacyficzne” zniknięcia statków mają związek z hitlerowskimi U-bootami czy japońskimi sensuikanami, które po przegranej wojnie nie złożyły broni i nadal uprawiały swój piracki proceder, tak jak U-boot Elektra z powieści Leonarda pt. „Inkarnacja” (Warszawa 1984). Kto wie, czy nie miał racji – ale o tym później. Załoga niemieckiego U-boota czy japońskiego sensuikana, którego załoga najpierw przejęła ładunek mąki i cukru wieziony przez statek, a potem puściła załogę i pasażerów wolno do domu - na piechotę… - a rekiny załatwiły resztę… Topienie statku byłoby bezsensownym luksusem, więc go nie zatopiono. Ot i cała zagadka…

Wątek porwania wykorzystał także japoński reżyser Ishirô Honda w filmie „Szerokość geograficzna zero” (1969), w którym okręt podwodny Czarny Rekin wrogiego ludziom dr Malic’a porywa na środku oceanu znanego neurochirurga z córką…

Jeżeli idzie o SY KAZ II, to pisałem już o tym na tym blogu i odsyłam Czytelnika na stronę - http://wszechocean.blogspot.com/2017/01/tajemnica-znikniecia-zaogi-sy-kaz-ii.html. Nie jestem przekonany co do wersji wypadku, choć Piotr Listkiewicz twierdzi, że załoga jachtu po prostu nadużyła napojów wysokoskokowych, co skończyć się mogło tylko tragedią. Tak więc najprawdopodobniej był to nieszczęśliwy wypadek i naprawdę nie ma w tym niczego tajemniczego, ale czy naprawdę?


Tak czy inaczej ponura tajemnica niepokoi i trudno jest się oprzeć jej złowrogiemu urokowi…

czwartek, 20 lipca 2017

Śnieżyce zaskoczyły mieszkańców Santiago i centrum kraju



Liliana Nuñez Orellana


Kolejny email z Santiago de Chile:


Cześć Robert,

Takie opady śniegu w Santiago są czymś niezwykłym, nawet w zimie!
Śnieg pokrył różne miasta i gminy w centralnej części kraju – jak donosi Internet - http://www.t13.cl/noticia/nacional/asi-sorprendio-nieve-santiaguinos. Intensywne śnieżenie zaskoczyło mieszkańców Grand Conception o północy, poza tym zdarzeniem podobna pogoda jest rejestrowana w południowej części centrum kraju. Jak donosi swym użytkownikom BioBioChile, tuż po godzinie 00:30 CLT/05:30 CEST intensywne śnieżyce nawiedziły stolicę i były odczuwane w sąsiednich gminach.
Mamy przerwy w dostawach prądu i osuwiska ziemi.
Dalej na północ, w rejonie Maule są opady śniegu w takich powiatach jak Romeral, San Fernando i na obszarach górskich San Clemente, odnotowano je także w Teno i Curicó. Masz jeszcze trochę zdjęć.

Dobrej nocy!   



Jak widać zrobiło się ciekawiej. Temperatury w Chile poszły nieco do góry, jak widać na mapie pogody i to spowodowało kolejne opady. I pomyśleć, że to wszystko działo się na 33°S!






Przekład z hiszpańskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

SŁONE ŚRODOWISKO WOKÓŁ NAS



Stanisław Sawkiewicz


Wakacje letnie spędzamy zwykle w miejscowościach nadmorskich. Polskie wybrzeże słynie z pięknych i czystych plaż. Zatem można tam znakomicie wypocząć, pospacerować po złocistym piasku i popływać w morzu. A woda tam czysta, ciepła … i słona.

Skąd ten słony, a właściwie słonogorzki smak? Dzisiejszy swój smak woda morska zawdzięcza przede wszystkim rozpuszczonym  niej wielu rodzajom soli. W wodzie morskiej aż 96,5 % to czysta woda. W pozostałej ilości przeważa chlor 55 % i sód 30 %. Znacznie mniej jest innych pierwiastków, takich jak chociażby siarka (ale jako SO4 – 8 %), magnez (4 %), wapń (1 %) czy potas (1 %).

Ponad 80 % soli rozpuszczonych w wodzie morskiej to chlorek sodu, czyli sól kuchenna. Inne związki o charakterze soli to chlorek magnezowy, siarczan magnezowy, siarczan wapniowy, węglan wapniowy i inne.

W 1 km sześciennym wody morskiej znajduje się około 40 mln ton rozpuszczonych substancji. To ogromne ilości. W 1 km sześciennym wody morskiej znajduje się 21,5 mln ton chloru, 1,5 mln ton magnezu, 1 mln ton siarki, 22 tysiące ton węgla, 600 ton magnezu, 11,2 tony żelaza, 3,3 tony miedzi, 1,2 tony tytanu, 0,3 tony srebra, 30 kg rtęci, 4 kg złota i 3 dag radu.

Zasolenie wód morskich jest różne w różnych zbiornikach wodnych. W oceanie zasolenie waha się od 3,2 % do 3,8 %. Największe zasolenie spotykamy w Morzu Czerwonym – 4,1 % a najmniejsze w Bałtyku – 0,8 %. Zasolenie wód Bałtyku waha się w granicach od 1,2 % na zachodzie i w rejonie cieśnin duńskich, przez 0,8 % w rejonie  Zatoki Pomorskiej i większości południowego Bałtyku, 0,70 -0,75 % w rejonie Zatoki Gdańskiej, 0,5 – 0,6 % w centrum i rejonie Gotlandii, 0,2-0,4 % na północy (rejon Szkierów, Zatoka Botnicka i Fińska), aż do 0,05-0,1 % w najbardziej wysuniętych częściach Zatoki Botnickiej i Fińskiej, zwłaszcza w okresie wiosennych roztopów. Jak widać woda w Bałtyku jest w zasadzie nie słona a słonawa.

Rezultatem dwóch procesów : parowania wody i stałego spływu rzek do morza jest powolny wzrost zasolenia mórz i oceanów. I tam gdzie parowanie wody jest największe, a więc w strefie okołorównikowej zasolenie jest na ogół największe. Co ciekawe, w miarę opadania w głąb oceanów zasolenie początkowo maleje a poniżej 1800 m jest stałe i jednakowe.

Nauka nie potrafi dziś odpowiedzieć na podstawowe pytanie, skąd w oceanach znalazło się tyle soli ? Zakłada się, że główne ilości soli dostały się do mórz i oceanów w momencie ich powstawania. To spod skorupy ziemskiej wypływały wody wraz z solami i one ustaliły skład wody morskiej.

Grupa uczonych zgromadzona wokół profesora Paula Knautha z Uniwersytetu stanowego Arizony twierdzi, że oceany na stygnącej zwolna planecie były dwa razy bardziej słone niż dzisiaj. Profesor L. P.  Knauth, wybitny ekspert w dziedzinie geologii, sądzi, że na przestrzeni milionów lat oceany stawały się coraz bardziej słodsze na skutek tworzenia się olbrzymich złóż soli. Nie uważa on by życie mogło powstać w pierwotnym, tak bardzo słonym środowisku.

Niemniej sporo uczonych przypuszcza dziś, że woda w praoceanach i pramorzach była słodka. Znaczy to, że około 4 miliardów lat temu morska fauna i flora nie znały smaku soli!

Hipotezę tę potwierdzają badania profesora Charlesa Apela z Uniwersytetu Kalifornii w Santa Cruz. W szerokiej gamie doświadczeń uczony ten doprowadził do powstania pierwotnych struktur w wodzie „słodkiej”. Okazało się , że po dodaniu do roztworów soli kuchennej, jonów wapnia lub jonów magnezu delikatne błony pierwotnych pęcherzyków rozpadały się. A to w tych pęcherzykach tkwiły pierwotne samo powielające się łańcuchy związków chemicznych, z których powstała dzisiejsza forma DNA.

Charles Darwin przypuszczał, że na Ziemi od jej początków istniały wszelkie związki chemiczne niezbędne do powstania pierwotnych struktur. Darwin sądził, że życie powstało, w jakichś ciepłych zbiornikach wodnych gdzie było pod dostatkiem amoniaku i soli fosforowych, światła, ciepła i elektryczności. Takie prymitywne struktury komórkowe tworzą się łatwiej w wodzie „obojętnej” niż w słonej.

Aby doszło do dzisiejszego zasolenia wód musiały minąć setki milionów lat. Obliczono jednak, że żelazo znajdujące się w morzach liczy zaledwie 2.000 lat, fluor, fosfor, nikiel i mangan około 10.000 lat i dopiero magnez, molibden i bor to ponad milion lat.

W procesie zasolenia niebagatelną rolę spełniły niektóre żywe organizmy. Niektóre z nich wpływają powoli ale systematycznie na wzrost ogólnego zasolenia wód. Flora podmorska miała sporo czasu by przystosować się do coraz bardziej zasolonego środowiska. Wszak rośliny lądowe nie znoszą przecież soli.

Woda morska, a jest jej aż około 13 miliardów km sześciennych, zawiera sporo rozpuszczonych w niej gazów. Te gazy to głównie tlen i dwutlenek węgla. W jednym litrze wody przy powierzchni „zmagazynowanych” jest około6-8 cm sześciennych tlenu. Jest on niezbędny faunie morskiej by oddychać i skutecznie podtrzymywać przemianę materii. Większość fauny morskiej stanowią maleńkie, wręcz mikroskopijne organizmy tworzące plankton. Plankton żyje tuż pod powierzchnią morza a po śmierci opada na dno i o ile nie zostanie pożarty przez podwodne monstra to tworzy podwodne rusztowania bądź też rozpuszcza się w wodzie. Badacze z Scripps Institution of Oceanography w La Jolla w Kalifornii uważają, że w ostatnim czasie oceany tracą tlen w związku z ogólnym ociepleniem klimatu na Ziemi. Wyniki ich badań wskazują, że duża różnica temperatur pomiędzy górnymi a dolnymi warstwami oceanów spowalnia proces ich mieszania się co powoduje zmniejszenie dopływu tlenu do głębin oceanicznych. Efektem takich zaburzeń może być nawet wymieranie niektórych głębinowych przedstawicieli fauny oceanicznej.

Potężne ilości niektórych surowców i materiałów wprost kuszą by spróbować ich eksploatacji. I czyni się to od wieków. Ze względu na duże zasolenie wody morskiej bardzo łatwo jest odzyskać z tej naturalnej „solanki” sól kuchenną. Poza tym taka sól zawiera także sporo substancji mających dobroczynny wpływ na człowieka. Czysty chlorek sodu bez litu, jodu, selenu i magnezu jest sprawcą pogarszającego się stanu zdrowia ludzi. Biała sól to jedna z trzech „białych śmierci” jak twierdzą makrobiotyce; pozostałe to czysty cukier i białe pieczywo. Dziś aż 30 % ogólnego zapotrzebowania na sól kuchenną  zaspokajamy wydobywając ją z wód morskich. Tą samą drogą zaspokajamy połowę światowego zapotrzebowania na magnez i aż 80 % na brom. Zwiększa się wydobycie z wód uranu. Przodują w tym Japończycy, którzy od 1985 roku eksploatują w tym celu wody Pacyfiku.

Zauważono też, że niektóre z organizmów żywych potrafią przechwytywać z wody i koncentrować w sobie pierwiastki, występujące w wodzie morskiej w minimalnych ilościach. Są glony kumulujące w sobie jod, kobalt, wanad a także miedź. Popularne na niektórych stołach homary gromadzą w sobie duże ilości kobaltu.

W 2002 roku, dzięki współpracy amerykańskiego National Geographic Society oraz rosyjskiego Departamentu Nawigacji i Oceanografii, powstało niezwykłe opracowanie: ogromny atlas oceanów zawierający wszystko co współczesna nauka wie o oceanach, pokrywie lodowej, aktywności wulkanicznej, rybołówstwie, zasoleniu wód itd. Atlas ten składający się z setek kart dostępny jest w Internecie pod adresem WWW.oceanatlas.org. Zgodnie z prognozami ONZ wzrost poziomu mórz i oceanów o jeden metr, co ma nastąpić jeszcze w tym stuleciu, dotknie setek milionów ludzi. Podnosząca się woda zagrozi, między innymi, aż połowie ludności Bangladeszu. Zmiany w faunie i florze morskiej monitorowane są w ramach międzynarodowemu programu BIOMARE.

Zgodnie z teorią Oparina w pierwotnym praoceanie w trakcie tak zwanej ewolucji chemicznej z takich elementów jak aminokwasy i cukry powstały pierwsze polimery a w szczególności polipeptydy, proteiny, tłuszcze i węglowodory. To one miały dać życie tej stygnącej powoli planecie. Teoria koacerwatów Oparina była już  wielokrotnie modyfikowana i jak mi się wydaje nie przystaje ona do dzisiejszych poglądów na powstanie życia na Ziemi. Nie wiemy nic na temat warunków w jakich kształtowała się Ziemia. Nie wiemy czy był wtedy tlen w atmosferze czy nie, nie wiemy jaki był ten „pierwotny bulion”, jaki wpływ na życie na Ziemi miały (i mają) komety, meteoryty i inne paskudztwa spadające nam bez przerwy na głowę. Ale to już temat na inną okazję.



Komentarze z KKK


Dziękuję za ciekawy artykuł. A swoja drogą, jeżeli, cyt.: "Tą samą drogą zaspokajamy połowę światowego zapotrzebowania na magnez i aż 80 % na brom. Zwiększa się wydobycie z wód uranu. Przodują w tym Japończycy, którzy od 1985 roku eksploatują w tym celu wody Pacyfiku." A przecież wiemy że Pacyfik jest skażony radioaktywnie po wybuchu elektrowni atomowej w Fukuszimie... Czy sprowadzamy do Polski ich skażoną radioaktywnie sól??? Nasze Morze Bałtyckie również jest skażone, więc nie wiem czy to wychodzi nam na zdrowie.... (Wiewiórka)

Bałtyk jest skażony przede wszystkim chemicznie - począwszy od ścieków przemysłowych na rolniczych skończywszy. Poza tym bezmyślnie i całkowicie nieodpowiedzialnie utopiono w nim kilkaset tysięcy ton różnych BŚT z obu wojen światowych. A do tego wszystkiego dochodzi plastykowa plaga wszystkich opakowań wyrzucanych beztrosko do wody.
Fukushima – no cóż, efekty tej katastrofy są wciąż badane i trudno powiedzieć, jakie będą ekologiczne skutki tego szaleństwa. Na pewno jeszcze gorsze od Czarnobyla.

Co do spadających nam na głowę paskudztw z Kosmosu, to jestem absolutnie przekonany co do tego, że to właśnie one miały i nadal mają swój udział w powstaniu i rozwoju życia na naszej planecie. (Daniel Laskowski)