Powered By Blogger

piątek, 19 marca 2021

Zagadkowa chmura nad Lublinem

 


W dniu wczorajszym otrzymałem od Pani Marty M. z Lublina dwa zdjęcia zagadkowej chmury, które zostały wykonane przez nią w dniu 10.VI.2016 roku, w godzinach rannych. W długim SMS pisze ona, że:


…Chmura kliknięta w dniu 10.06.2016 o godz. 5:30 na lubelskim Majdanku. Powietrze tamtego ranka było nadzwyczajnie przejrzyste, chyba bezwietrznie. Marta M.



W rozmowie Pani Marta oświadczyła, że tego dnia nie było żadnej burzy ani innych zjawisk atmosferycznych. Pogoda była piękna i w zasadzie poza obserwacją tej dziwnej chmury nic szczególnego się nie wydarzyło. Nie stwierdziła także żadnych innych zjawisk nietypowych bądź PSI.

 

Zwracam się z apelem do Czytelników, a mianowicie – czy ktoś ma jakąś koncepcję na to, czym ta chmura być mogła, względnie dlaczego ma ona tak dziwny kształt? Bardzo proszę o Wasze opinie!


Od Czytelników

 

Czołem! Gdzieś widziałem zdjęcia podobnych formacji jednak były to zdjęcia tworzących się wirów. Tu mowa o spokojnym poranku. Widywałem smugi "kondensacyjne" tego kształtu choć nie tak rozbudowane do formy chmury. Widziałem i czytałem że tego rodzaju smugi stają się zalążkiem chmur i tu może być wyjaśnienie skoro nie było wiatrów taki "zakręt " mógł sobie spokojnie szybować. Szkoda że nie ma zdjęcia gdy się trochę przemieściła względem fotografującej. No i oczywiści pozostaje niewidoczny spodek który dla niepoznaki przyoblekł się w taką chmurzastą kieckę 😁. (L.O.-O.)

Chmura.... moim zdaniem jest tam niewidzialny dysk lub obiekt kulisty... widziałam różne chmury w swoim życiu i dzięki ufologii oraz wiedzy o najnowszych technologiach wiem, że chmury to kamuflaż dla UFO lub samolotów! Oto drobny przykład - właśnie dzisiaj znalazłam na Fb!   Dla tych, którzy nigdy osobiście nie widzieli przekroczenia bariery dźwiękowej, oto jej rzeczywiste zdjęcia! Zjawisko to ma miejsce tylko w momencie, gdy samolot przełamuje barierę dźwięku. I dosłownie wygląda, jakby samolot przeleciał przez ścianę. Czyli wiadomo skąd chmura przy UFO https://www.facebook.com/photo?fbid=3970044023055225&set=pcb.5330039237068623 zdjęcia samolotu udostępniłam na swoim profilu! (Eleonora)

Mnie to dość dokładnie przypomina chmurę z której powstaje tornado, ale skąd takie coś u nas i to w nocy? W dzień burzowy to by mnie nie zdziwiło. Musi, co to jest jakiś fenomen meteorologiczny mało nam znany… (Daniel Laskowski)

Na Majdanku jest zakopany kamień Cintamani - https://meditation539.com/2017/06/02/mapa-kamieni-cintamani-w-polsce/. Często w takich miejscach pojawiają się ukryte statki przyjaznych ET, które można zobaczyć w formie obłoków. https://2012portal.blogspot.com/2017/05/cintamani-grid.html; https://meditation539.com/2020/01/01/tatry-obloki-statki/; https://www.facebook.com/sunyang.cai.7 (Galactic Joel)


czwartek, 18 marca 2021

SOS dla Bałtyku!

 

Wrakowisko na polskim Wybrzeżu... (M. Jamkowski)

W ostatnim numerze tygodnika „Nie” ukazał się ciekawy artykuł podpisany przez A.S. a dotyczący skażenia naszego morza przez znajdujące się na jego dnie poniemieckie wraki statków i okrętów z II Wojny Światowej. Podaję ten ciekawy materiał bez skrótów – oto i on:

 

Morsowanie w arszeniku

 

Na dnie Bałtyku, w tym polskim obszarze morskim, zalegają setki wraków – pozostałości głównie po II wojnie światowej i okresie Zimnej Wojny. Około 100 wraków znajduje się w Zatoce Gdańskiej. Razem z wrakami na dnie morza leżą skorodowane zbiorniki wypełnione tysiącami ton paliwa, zbiorniki, które w każdej chwili mogą się rozszczelnić i spowodować katastrofę ekologiczną na niewyobrażalną skalę. Największe zagrożenie stanowią wraki Wilhelma Gustloffa, Generała von Steubena, Stuttgartu, Goi i Frankena. Z pozostałości po statku pasażerskim Stuttgart już cieknie paliwo…

 

Bałtyk jest też wielkim składowiskiem broni chemicznej, którą zatopiono po wojnie. Szacuje się, że w głębinach morza spoczywa nie mniej niż 50.000 ton tzw. BŚT – bojowych środków trujących, głównie gazu musztardowego (iperytu), i nawet 500.000 ton broni konwencjonalnej. Taka mieszanka materiałów niebezpiecznych sprawia, że polskie wody terytorialne są bombą z opóźnionym zapłonem. Nie wiadomo, kiedy ta bomba wybuchnie, ale stanie się to na pewno. Specjaliści przewidują, że uwolnienie paliwa z zatopionych wraków okrętów, iperytu i innych związków, będących pochodnymi rozkładu substancji zawartych w pociskach mogłyby całkowicie zniszczyć życie w morzu na kilkadziesiąt lat.

Zagrożenie jest realne. Zdarzały się wypadki poparzenia gazem musztardowym, m.in.:

·        W 1955 roku na plaży zostało poparzonych 120 dzieci z Żywca przebywających na koloniach w Darłówku;

·        W 1966 roku poparzonych zostało 4 rybaków z Darłowa;

·        W 1977 roku dwunastu rybaków z Darłowa, Kołobrzegu i Ustki;

·        W 1979 roku czterech rybaków z Darłowa i Ustki;

·        W 1997 roku ośmiu rybaków w Władysławowa. 

Czas ucieka. Odpowiedzialna władza powinna bić na alarm i podejmować środki zaradcze. Ale nie pisowski rząd, który ma inne sprawy na głowie.

23 lutego 2021 roku odbywało się posiedzenie komisji sejmowej gospodarki morskiej i żeglugi na którym posłowie wysłuchali informacji przedstawicieli rządu na temat działań podejmowanych w celu przeciwdziałania zagrożeniom wynikającym z zalegania materiałów niebezpiecznych na dnie Morza Bałtyckiego. Choć komisja składa się z 18 wybrańców narodu, to zainteresowanych było tylko czterech, z których jeden (!!!) Dariusz Wieczorek z Lewicy wziął aktywny udział w dyskusji.

Władza też się nie popisała. Rządzący nie wiedzą jaka powinni ponosić odpowiedzialność za materiały niebezpieczne zalegające na dnie Bałtyku na wodach terytorialnych i wyłącznie polskiej strefie ekonomicznej.

Wiceminister obrony narodowej Wojciech Skurkiewicz oświadczył, że najbardziej merytoryczny jest minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, dlatego że wybitnie jest to temat, który jest w kompetencji, w odpowiedzialności tego resortu. Problem w tym, że nie ma takiego ministra. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej zostało zlikwidowane w 2020 roku. (!!!)   

 

Wiceminister infrastruktury, Grzegorz Witkowski powiedział, że nie uchyla się od odpowiedzialności, ale sprawa jest skomplikowana i wymaga wielopłaszczyznowej współpracy członków wspólnoty międzynarodowej, a także wielu resortów i podmiotów na terenie Rzeczpospolitej Polskiej, po czym dodał, że na tym w zasadzie moglibyśmy zakończyć nasze wystąpienie. Mówił jednak dalej plotąc bzdury o tym, że brak jest jednoznacznie przypisanej odpowiedzialności konkretnego organu administracji publicznej , który powinien być przedmiotem wiodącym przy realizacji działań dotyczących zatopionych w polskich obszarach morskich materiałów niebezpiecznych. Czyli po 5 latach rządów PiS, Polska nie jest nawet państwem teoretycznym z dykty, ale państwem hipotetycznym ze słomy.

Wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz zakomunikował, że sprawa dotyczy wielu różnych ministerstw, a rola MSZ jest stosunkowo ograniczona.

Małgorzata Marciniewicz-Mykieta z Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska pocieszała, że nie ma powodów do rozdzierania szat. Bałtyk jest co prawda zanieczyszczony, ale dotychczasowy monitoring nie wskazał na jednoznaczne powiązanie przyczynowo - skutkowe wpływu na obecny stan jakości wód zarówno BŚT jak i wyciekającego paliwa z zatopionych wraków.

Rząd wsparł wierny rycerz prezesa Kaczyńskiego poseł Czesław Hoc, który stwierdził, że zagrożeniem dla Bałtyku jest budowa gazociągu Nord Stream, niemieckich farm wiatrowych, fińskich i szwedzkich hut miedzi, kopalń i fabryk papieru, a zresztą Polacy nie zatapiali broni chemicznej ani broni konwencjonalnej tylko robili to albo Niemcy, albo Rosjanie, albo Alianci, i to Rosjanie wraz z innymi niż Polska państwami Unii Europejskiej powinni zająć się problemem.

 

Postawa PiS może dziwić. W maju 2020 roku Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport „Przeciwdziałanie zagrożeniom wynikającym z zalegania materiałów niebezpiecznych na dnie Morza Bałtyckiego”, w którym nie pozostawiono suchej nitki na rządzie, który nie robi nic, aby zapobiec nieuchronnej katastrofie.

Mimo informacji o potencjalnych zagrożeniach polska administracja morska nie przeprowadziła kompleksowej identyfikacji materiałów niebezpiecznych zatopionych w polskich obszarach morskich i nie rozpoznała skali zagrożeń z tym związanych.

Nie prowadzono monitoringu wód pod względem stężeń BŚT, a także paliwa i produktów ropopochodnych z wraków. PiS-owi nie chciało się objąć monitoringiem nawet rozpoznanych już miejsc zatopień gazu musztardowego i wraków z paliwem. Zdaniem NIK stwierdzono zaniechania administracji morskiej i ochrony środowiska.

Zdaniem NIK to nie złe prawo, rozmyte kompetencje ministerstw i urzędów, ale niechęć do zajęcia się sprawą i zwykłe zaniedbania rządu mogą doprowadzić do katastrofy ekologicznej na niespotykaną skalę. Jeśli dojdzie do tragedii, Kaczyński i spółka zrzucą winę na Tuska (i ekologów rzecz jasna). A ciemny lud to kupi.[1]

A.S. 

  

Moje 3 grosze

 

Od siebie dodam tylko to, że wielokrotnie w czasie moich kolonii i obozów harcerskich nad morzem w Rowach, Świnoujściu, Międzyzdrojach czy Łebie  widziałem wyrzucane na plaże bryły mazutu i innych materiałów ropopochodnych, które zanieczyszczały piasek i trudno było się z nich oczyścić. Niestety, powyższe informacje są groźne i prawdziwe. Bałtyk jest skażony i ta zła sytuacja się pogłębia. Miałem okazję to zobaczyć pracując na wolontariacie w helskim Fokarium im. Prof. Krzysztofa Skóry, gdzie leczono zwierzęta poszkodowane także wskutek kontaktu z BŚT. Ale oczywiście polityków niewiele to obchodzi.

A powinno.

Polska odwróciła się od morza. Polska mając 532 km morskiego wybrzeża powinna wykorzystać go do budowy nowych portów i całej infra- i ultrastruktury do nich. Nie zrobiono nic poza propagandowym zadęciem wokół przekopu Mierzei Wiślanej, który jest nam tak potrzebny, jak dodatkowa dziura sami-wiecie-w-czym, bo Elbląg portem morskim nie będzie przez długie lata, a sam przekop stanowi uszczerbek dla środowiska. Ale znów – kogo to obchodzi? Najważniejszy jest efekt propagandowy i nic ponadto.

A rzecz jest naprawdę haniebna, bo polskie statki pływają – owszem po morzach i oceanach świata – ale już nie rozsławiają polskiej bandery. Owszem, pływają pod banderą Panamy, Wysp Dziewiczych czy Liberii, co uważam za szczególne draństwo! Niemcy, Rosjanie – a zatem kraje uznane przez rządzące sitwy za wrogie – pływają pod własnymi banderami, a my? Wstydzimy się Biało-Czerwonej? Najwidoczniej tak i jak długo tak będzie, tak długo cały ten patriotyczny bełkot będzie można o kant potłuc… Czy o to walczyliśmy całe wieki o dostęp do morza, by teraz odwracać się do niego tyłem? To jest chore i twórcy naszego państwa i Niepodległej przewracają się w grobach.

Jak długo jeszcze będzie trwał taki stan? Jak długo jeszcze będzie się lekceważyło podstawowe prawa ekonomiki, wedle których o rozwoju kraju decydują porty i koleje? Trzeba będzie wiele zmienić po obaleniu panującej antypolskiej sitwy banksterów i gangsterów oraz czarnej mafii wysysającej nasz kraj jak ośmiornica...



[1] „Nie” nr 11/2021, 12-18.III.2021, s. 5.

sobota, 13 marca 2021

Współczesne piractwo

 

Somalijscy piraci - akweny ich działania w latach 2005-2010

Stanisław Bednarz

 

Wydawało się ze piractwo to głęboka historia. Tymczasem  12 marca 2011 roku załoga indyjskiej fregaty INS Tabar schwytała 61 somalijskich piratów i uwolniła 13 przetrzymywanych przez nich marynarzy.

Na przełomie XX i XXI wieku nastąpił renesans piractwa morskiego, inspirowanego przez piratów  somalijskich. Piraci somalijscy – zbrojne grupy rozbójnicze działające na wodach okalających tzw. „Róg Afryki” od momentu rozpoczęcia wojny domowej w Somalii na początku lat 90. XX wieku. Piraci rekrutują się głównie z byłych rybaków. W większości pochodzą z autonomicznego regionu Puntland, przeważnie są to mężczyźni w wieku 20–35 lat. Szacuje się, że istnieje co najmniej pięć zorganizowanych gangów, które liczą ponad 1000 członków Większość uzbrojenia piratów (głównie karabinek AK, granatnik RPG-7, granat RGD-5) pochodzi z Jemenu.

Podstawowym środkiem transportu pozostają szybkie łodzie motorowe, zaopatrzone nierzadko w urządzenia typu GPS. W skład ich grupy wchodzi najczęściej „statek-matka” (udający statek rybacki), który służy do uzupełniania paliwa. Na pokłady atakowanych statków piraci dostają się za pomocą drabin i haków. Ataki trwają bardzo krótko (ok. 20–30 min), co powoduje, że ujęcie sprawców jest bardzo trudne.

W ostatnim czasie stosowana jest też taktyka polegająca na pozorowanych atakach na mniejsze statki (np. kutry rybackie) w celu odciągnięcia uwagi marynarek wojennych patrolujących region, podczas gdy najsilniejsza grupa uderza na bardziej wartościową zdobycz, za którą można zdobyć większy okup.

Początkowo przyczyną piractwa była nadmierna eksploatacja łowisk u wybrzeży Somalii przez zagraniczne kutry rybackie, co pozbawiło miejscową ludność źródła utrzymania. Drugim czynnikiem jest także poziom ubóstwa w Somalii, która jest jednym z najbiedniejszych krajów na świecie (PKB  wynosi ok. 600 dolarów na głowę ). Jednakże w ostatnich latach piractwo stało się bardziej popularnym zajęciem wśród Somalijczyków ze względu na dużą opłacalność. Sumę wymuszeń uzyskaną w 2010 ocenia się na 238 milionów dolarów, przy czym średni okup wzrósł w ciągu ostatnich pięciu lat ze 150 tysięcy do 5,4 miliona dolarów. Piraci z reguły traktują dobrze załogi porwanych statków z uwagi na duże okupy, jakie uzyskują od firm będących właścicielami statków. Na potrzeby przetrzymywanych statków i zakładników piraci przekształcili nadmorskie miasteczka w silnie ufortyfikowane i dobrze zaopatrzone twierdze. Mieści się w nich cała infrastruktura potrzebna do dokonywania wypadów.





Somalijscy piraci i ich ofiary
Pirateria w Zatoce Gwinejskiej

Najsłynniejsze łupy piratów:

1. SY Le Ponant (Francja, luksusowy jacht) – porwany 4 kwietnia, uwolniony 12 kwietnia. Część piratów została pojmana przez francuskich komandosów z okrętu Jeanne d’Arc.

2. MV Lehmann Timber (Niemcy, kontenerowiec) – porwany 28 maja, uwolniony 8 lipca po wpłaceniu 750.000 dolarów okupu.

3.  MV Stella Maris (Panama/Japonia, masowiec) – porwany 20 lipca, uwolniony 26 września po wpłaceniu 2.000.000 dolarów okupu.

4.  MT Stolt Valor (Belize, chemikaliowiec) – porwany 15 września, uwolniony 16 listopada po wpłaceniu 1–2,5 mln dolarów okupu,

5. SY Carré d’As IV (Francja, jacht) – porwany 2 września, uwolniony 16 września po akcji francuskich komandosów.

6. Największą zdobyczą piratów jak do tej pory pozostaje zbiornikowiec MT Sirius Star (Arabia Saudyjska), który został porwany 17 listopada 2008. Uwolniony został 9 stycznia

7. MV Faina (Belize/Ukraina, statek motorowy z 33 czołgami T-72 na pokładzie) – porwany 25 września, uwolniony 5 lutego 2009 po wpłaceniu 3,2 mln dolarów okupu.

Tymczasowy Rząd Federalny Somalii nie jest w stanie uporać się z tym procederem, ponieważ sprawuje kontrolę tylko nad niewielkim fragmentem terytorium kraju. Paradoksalnie, skala zjawiska była najmniejsza podczas rządów islamistów z Unii Trybunałów Islamskich, którzy również obecnie prowadzą działania przeciw piratom. Piractwo zwalczają także władze separatystycznej republiki Somalilandu. W styczniu 2011 komandosi morscy Republiki Korei przeprowadzili Operację Świt, której przyczyną było uprowadzenie przez somalijskich piratów południowokoreańskiego chemikaliowca MV Samho Jewelry. Operacja zakończyła się odbiciem statku i uwolnieniem zakładników z rąk porywaczy. Piraci, którzy przeżyli walkę zostali zatrzymani, a później byli sądzeni za piractwo. 14 marca 2011 indyjska marynarka wojenna osiągnęła znaczący sukces w walce przeciwko piratom. Indyjska Fregata IMS Tabar w trakcie jednej misji schwytała 61 piratów i uwolniła 13 marynarzy. To największy sukces w historii walki z piratami na Oceanie Indyjskim. Zauważalny jest jednak znaczny spadek aktywności wschodnioafrykańskich piratów. W 2019 roku uprowadzili trzy jednostki, tymczasem w pierwszym półroczu 2020 roku nie odnotowano żadnego ataku.

Wody okalające Benin i Nigerię uważane są też za wyjątkowo zagrożone atakami ze. Niestety brak zainteresowania globalnej opinii publicznej sprawia, że walka z piratami pozostawiona jest niemal całkowicie na barkach lokalnych rządów. Na kanwie tych wydarzeń postały 3 filmy.

 

Moje 3 grosze

 

Z tematem piractwa morskiego spotkałem się przy okazji moich studiów tematyki Trójkąta Bermudzkiego i innych obszarów zakazanych Wszechoceanu, a jeszcze wcześniej służąc w GPK Świnoujście – Port, gdzie miałem okazję spotykać się z ludźmi doświadczonymi przez piratów. I tak polskie statki idące na akwen Zatoki Gwinejskiej miały specjalną instrukcję postępowania na wypadek ataku piratów – m.in. miano używać sprzętu gaśniczego do zmywania intruzów za burtę.

Jeszcze lepiej mieli Enerdowcy, bo oni po prostu mieli karabinki AK po jednym na każdego załoganta z ostrą amunicją, pistolety i granaty błysk-dym oraz gazowe. I w razie czego nie patyczkowali się z nikim, strzelali bez ostrzeżenia.


Na akwenach Wszechoceanu znajduje się kilka obszarów szczególnie zagrożonych piractwem. Są to:

1.      Akwen Zatoki Gwinejskiej

2.      Akwen Zatoki Adeńskiej i Morza Arabskiego oraz część Morza Czerwonego

3.      Akwen Malajów – Cieśnina Malakka, Morze Sulu, Morze Południowochińskie, Morze Filipińskie

4.      Akwen Pacyfiku przyległy do Peru, Kolumbii i Ekwadoru

5.      Akwen Atlantyku przyległy do pd. Brazylii

6.      Południowe Morze Karaibskie

7.      Zatoka Meksykańska

8.      Morze Śródziemne

O ile klasyczne piractwo jest uprawiane na wodach otaczających Afrykę i Azję Południowo-Wschodnią, to na Morzu Śródziemnym piraci zajmują się głównie szmuglem ludzi i prochów z Afryki do Europy.

Podobnie jest na Karaibach i w Zatoce Meksykańskiej z tym, że tameczni piraci uprawiają tam szmugiel prochów do USA i towarów luksusowych do krajów Ameryki Środkowej i Południowej.

Tak samo jest po drugiej stronie kontynentu, gdzie kartele narkotykowe uprawiają taki sam proceder. Jest on bardzo lukratywny, o czym przekonuje nas historia karteli z Cali i Medellin i życiorys „cichego dona” Pabla Escobarra.

Jak ogromne siły i środki są zaangażowane w walkę z kartelami narkotykowymi i piractwem na Zatoce Meksykańskiej wiem od amerykańskiego oficera USCG, dowódcy USCGC Gallatin, kmdr Paula M. Regana, który odwiedził Gdańsk w czerwcu 1993 r. Dość powiedzieć, że akweny Zatoki Meksykańskiej są patrolowane przez okręty Straży Przybrzeżnej, samoloty USCG i DEA, a wszystko to jest koordynowane przez będące na stałym dozorze dwa samoloty E3A Sentry AWACS. Koszty ochrony granicy idą w miliardy dolarów, a prochy i tak szerokim strumieniem płyną do USA. Podobnie jak nielegalni imigranci z ubogich krajów Ameryki Południowej i Środkowej.

Jak słusznie zauważa autor powyższego, zasadniczą przyczyną jest panująca w tych krajach potworna, paraliżująca bieda, wyzysk, choroby, skażenie środowiska, bezrobocie i brak jakichkolwiek perspektyw. Taka jest prawda, której bogata Ameryka i Europa nie chce przyjąć do wiadomości. No cóż, Europa wyzyskiwała je przez całe wieki, rabując ich bogactwa naturalne za garść paciorków. W XX wieku Amerykanie robili dokładnie to samo zastępując paciorki dolarami.

Piractwo będzie trwało długo, bowiem jest bardziej atrakcyjne, a ci ludzie nie mają niczego do stracenia, poza swym nędznym życiem, a do zyskania wszystko. Poczucie bezkarności, władzy, wyższości, pieniędzy – nic tak nie podnieca prymitywnych typów, jak właśnie coś takiego. I dlatego walka z piractwem jest i będzie taka ciężka.

Ale nie ma nic gorszego od piratów w białych kołnierzykach, a jest ich coraz więcej, a komputer staje się narzędziem i bronią, przy pomocy której można – bez większego ryzyka – nachapać się szybko i dużo. I tacy piraci XXI wieku są najgroźniejsi.   

piątek, 12 marca 2021

Odyseja RV „Michaił Somow”

 

RV Michaił Somow

Pietr Nikołajew

 

To była pierwsza w historii kraju antarktyczna wyprawa ratunkowa. W dniu 18.II.1986 roku, zaraz po wręczeniu na Kremlu złotych Gwiazd Bohatera Związku Radzieckiego, trzech odznaczonych poprosił na rozmowę Andriej Gromyko. Doskonale znany na całym świecie jako minister spraw zagranicznych, w 1985 roku został mianowany przewodniczącym Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. Dlaczego rozmowa ta odbyła się bez postronnych świadków? Wiele rzeczy z tej akcji ratowniczej nie podlegało rozgłosowi – i do dziś dnia pewne szczegóły nadal są niejawne… 

 

Pole lodowe na 8 Marca

 

Ten rejs dla RV Michaił Somow rozpoczynał się całkowicie banalnie: pożegnanie z rodzinami, wyjście w morze. Banalnie, jeżeli nie liczyć późniejszego przybycia do najbardziej złożonych warunków lodowych, stacji antarktycznej Russkaja, położonej na: S 74°45’56” - W136°48’00”.[1] Wedle grafiku, stacja ta musiała być zaopatrzona nie później niż w lutym, w tym czasie Michaił Somow podszedł do krawędzi pola lodowego w dniu 8.III.1985 roku, kiedy antarktyczne lato już się skończyło. Do Rossijskiej trzeba było jeszcze przełamać około 200 mn/ok. 370 km grubego pola lodowego.

W połowie lat 80-tych, bez względu na to, że sama Antarktyda była już dostatecznie zamieszkała, to każdy rejs statków przebiegał nie tak prosto, jakby się wydawało, a to z powodu surowych warunków klimatycznych i warunków lodowych. Płynąc do Rossijskiej, załoga dowodzona przez Walentina Rodczenko wiedziała o ryzyku. Helikopterowy zwiad ustalił: lód dla statku jest bardzo trudny do sforsowania. Ale wyboru nie było. Przecież jeżeli bez zmiany i z ostatkami żywności polarnicy mogliby jakoś wytrzymać do polepszenia warunków nawigacji (samolotami ich wywieść stamtąd by się nie dało), to bez paliwa, przy temperaturze -50 do -60°C i niżej ludzie zginą.[2] Trzeba by było przebić się ku stacji choćby na taki dystans, żeby można było przewieźć ładunki przy pomocy dwóch śmigłowców.

Lokalizacja antarktycznej stacji Rossijskaja

Po raz pierwszy Michaiła Somowa zatrzymały lody na różnicy głębokości na Morzu Rossa. Sam młody lód nie był strasznym, ale miejscami o kruszył się i przekształcał w kaszę lodową, a w niej statek nie mógł się ruszyć: śruba napędowa w takich warunkach nie kręciła się, a ster zmieniał kierunku.

- Widzimy, jak w pewnej odległości od nas, na mieliźnie, znajduje się góra lodowa o długości co najmniej trzech mil i jak nas powoli niesie w jej stronę – opowiadał Walentin Rodczenko. – Zbliżaliśmy się do niej w czasie trzech dni, ale wreszcie pomiędzy nami i górą lodową tak kaszę sprasowało, że przestaliśmy się do niej zbliżać. I naraz druga góra lodowa zaczęła napierać na nas: mila, pół mili, trzy kable… Już nas zaczęło pochylać na burtę, i już, już dwie góry lodowe się zetkną i zrobią z nas miazgę… I naraz stał się cud: kiedy od nadpływającej góry lodowej dzieliło nas 200 m, Michaiła Somowa naraz ruszyło – najwidoczniej natrafił na silny prąd powierzchniowy. Jednym słowem ta góra lodowa przeszła koło statku, zostawiając za sobą czysty od lodu kilwater. Szybko z niego skorzystaliśmy i wyskoczyliśmy z lodowej pułapki i uciekliśmy ze strefy pływających gór lodowych na jakieś 15 mil…

 

Prawo morza

 

No i prądy morskie poniosły statek na Morze Rossa ku południowi. Ono ukazało się pomiędzy brzegiem Antarktydy na przodzie i barierą gór lodowych z tyłu. Północne i północno-wschodnie wiatry miały siłę huraganu. One pchały w kierunku Michaiła Somowa całe pola lodowe, grożąc zmiażdżeniem statku. Przecież tak właśnie ginęły w Antarktyce statki: z jednej strony były brzegowe rafy, z drugiej dryfujące z wiatrem kry.

I oto dlaczego dowiedziawszy się o sytuacji Michaiła Somowa, kierownictwo Państwowego Instytutu Hydrometeorologicznego i Instytutu Naukowo-Badawczego Arktyki i Antarktyki wydały polecenie, by statek uciekł od nagromadzenia gór lodowych na północ – na akwen Oceanu Spokojnego. Tam była szansa wejścia w rozkruszone lody i na czyste wody. Dokładnie tak, jak w 1973 roku, uratował się dieslowsko-elektryczny statek MS Ob.

Uciekając od skupiska gór lodowych Michaił Somow rozładowywał się dostarczając ładunki śmigłowcami Mi-8 do Rossijskiej. Na początku to, co najbardziej niezbędne: żywność i paliwo, potem zabrano starą zmianę polarników i dostarczono nową.

Pułapka zatrzasnęła się 15 marca: po rozpoczętej kompresji i oblepiania lodami Michaił Somow stracił możliwość poruszania się. Powtórny ścisk lodów doprowadził do pełnego unieruchomienia statku. Zaczął się dryf na zachód, w kierunku gór lodowych, z prędkością 7 mil na dobę.

Sytuacja zmieniała się na gorsze. 17 marca o godzinie 10-tej zaczął się najsilniejszy napór lodów, który trwał do następnej nocy.

- Prawdę powiedziawszy, to było całkiem nieprzyjemne uczucie – wspominał Rodczenko. – Słychać było ciągły, ogłuszający trzask, statek trząsł się febrycznie, kry lodowe pełzły jedna na drugą, podnosząc się do połowy wysokości burty. Niepokoiliśmy się szczególnie o maszynownię i drugą ładownię. Ale wszystko skończyło się dobrze: Michaił Somow wytrzymał. Poza tym, nie oglądając się na to, wciąż utrzymywano zaopatrywanie Russkiej. Takie jest prawo morza: póki są siły, możliwości – zrób wszystko, by pomóc innym.

Na początku kwietnia, helikoptery latały jeszcze na MS Pawieł Korczagin, stojącego u krawędzi pola lodowego od strony oceanu. Tym bardziej, że mogły tam lądować Mi-8, ale kiedy sąsiedzi znaleźli się na granicy zasięgu lotów, to stało się oczywiste: nie wolno ryzykować życiem innych.

17 kwietnia zaczęła się częściowa ewakuacja na MS Pawieł Korczagin. W pierwszym rzędzie polecieli członkowie ekspedycji, która przezimowała na stacji, a potem część załogi statku. Nikt nie chciał porzucać statku, choć wszyscy mówili, ze najpierw pokonanie wszelkich trudności i bezpieczeństwo. Wreszcie kapitanowi przyszło wysłać ich na rozkaz.

Ewakuowano 77 ludzi dosłownie z ostatniej chwili – następnego dnia Pawieł Korczagin musiał odejść – lód narastał i statek sam musiałby prosić o pomoc.

 

Do „elementarza”

 

Na pokładzie statku stojącego w dryfie pozostało 53 ludzi. Należało oszczędzać prowiant i wodę. A paliwo także przy minimalnym zużyciu 5 ton/24 h należało oszczędzać do końca lipca.

W tym najzimniejszym i najgorszym okresie statek znalazł się w takim punkcie planety, o którym w żadnej locji czy w innym morskim „elementarzu” nie było ani słowa. Minął kwiecień, zaczął się maj, a lody stawały się coraz grubsze, wiatry coraz silniejsze, mróz tężał. Jakich jeszcze niespodzianek należało oczekiwać?

W dniu 26 maja w ciągu dwóch dni statek musiał wytrzymać kolejny silny napór. Usłyszano dwa charakterystyczne silne dźwięki rozrywanych metalowych spoin. Maszyna musiała pracować cały czas, by nie zablokowało śrub napędowych i steru. A to prowadziło z kolei do zużycia paliwa, które trzeba było oszczędzać – bo nie wiadomo, co było przed nimi…

Optymizmem napawała myśl, że z Władywostoku na pomoc wyszedł lodołamacz MS Władywostok z ekspedycją ratunkową. Po raz pierwszy w historii rosyjskich badań polarnych. Pozostało im tylko czekać.

Owszem, lodowe więzienie to nie tylko walka o przeżycie. Ekstremalne warunki nieoczekiwanie dały unikalną możliwość dokonania badań naukowych. I tak RV Michaił Somow stał się pływającą stacją naukowo-badawczą. W tym rejonie Oceanu Południowego w tym czasie czegoś takiego nie było! 

Obserwowali oni grubość lodów, zaglądali w wodną toń. Na wschód od Morza Rossa wzdłuż 150-go południka umieścili 15 stacji hydrologicznych. Poprzez szczeliny w lodzie przeprowadzili unikalne pomiary temperatury i zasolenia wody do głębokości 3500 m. To były nie tylko złożone badania wymagające wielkiego doświadczenia – były one prowadzone przy 40-stopniowym mrozie i szkwałowym wietrze. Przyrządy przymarzały do rąk! A ludzie szli i robili swą robotę na bardzo dobry!


Znaczki pocztowe upamiętniające rejs Michaiła Somowa

Rejs do niewiadomego

 

Podróż Władywostoku na pomoc też nie była spacerkiem. Ten lodołamacz był niezbyt wielki we flocie lodołamaczy w tamtych czasach. Jego moc wynosiła 26.000 KM nie wystarczyła, by mógł iść w lodach w linii prostej. Dlatego wykorzystywał drugą taktykę: poczekać i wybijać rozłamy, szczeliny w polach lodowych i powoli zbliżać się do celu. Rejs Władywostoku był także takim rejsem do niewiadomego.

Na drodze do Michaiła Somowa lodołamacz nieraz stawał w lodach. Pewnego razu Władywostok został zatrzymany przez lody na 19 godzin. Można powiedzieć, że cudem udało się im wyrwać.

I wreszcie dnia 22 czerwca, helikopter z lodołamacza wykonał dwa loty na Michaiła Somowa dostarczając na pokład warzywa, owoce, pocztę i sprzęt ekspedycyjny, który był potrzebny do zbudowania lodowego obozowiska – w razie najgorszego z możliwych rozwojów sytuacji, gdyby trzeba było dryfować na krach lodowych.

Dystans pomiędzy statkami powoli się redukował i wreszcie 26 lipca doszło do spotkania, a Michaił Somow wyszedł na czyste wody.

Wyładowany statek był niemal pusty. Jego linia wodna była wysoko ponad wodą. A to oznaczało, że lód nie mógł już dusić statku w swym potężnym uścisku. Trudno było przewidzieć, jak statek będzie łamał lód swym pustym kadłubem, ale na szczęście wszystko dobrze poszło.

Antarktyczna odyseja Michaiła Somowa jeszcze raz potwierdziła zasadę, że trudno jest pokonać człowieka wierzącego we własne siły. 133 noce w lodowym uścisku przy 40-stopniowym mrozie, ludzie zachowali normalny rytm pracy i normalnego życia. A w tym wielkość ducha i wierność swej profesji. Bohaterami Związku Radzieckiego poza kapitanem Walentinem Rodczenko zostali jeszcze dwaj uczestnicy tych wydarzeń Artur Czilingarow – naczelnik ekspedycji ratunkowej na MS Władywostok i Borys Lialin dowódca zwiadu lotniczego helikopterów Mi-8.               

 

Źródło: Tajny i zagadki nr 5/2019, ss. 10-11

Ilustracje - https://pl.ruarrijoseph.com/obrazovanie/90526-istoriya-sudna-mihail-somov.html   

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Russkaja to sezonowa stacja antarktyczna, która została opuszczona w latach 80. i aktualnie jest przygotowywana do wznowienia działalności.

[2] Podobną sytuację opisał Władimir Sanin w powieści pt. „72 stopnie poniżej zera”, Warszawa 1979.

czwartek, 11 marca 2021

Antarktyczny wielki wybuch

 


Jegor Rieszietnikow

 

W mitach wszystkich narodów znajdują się świadectwa i wszechświatowej katastrofie, która przywiodła do zguby dawne cywilizacje. Ale z czym była ona związana? Uczeni wysuwają różne hipotezy. Najpopularniejszymi są: upadek asteroidy, jednoczesne przebudzenie się wulkanów na całej planecie, katastrofalne przesunięcie się osi ziemskiej w przestrzeni. Ale jest jeszcze jedna hipoteza, o której się nie mówi i nie pisze. Ale okazuje się być bardzo realną – jest to hipoteza „wielkiego wybuchu antarktycznego”.

 

Mordercze góry lodowe

 

Lodowce Antarktydy są największe w świecie. W południowej lodowej czaszy Ziemi znajduje się ok. 30 mln km³ lodu. Gdyby ów lód stopniał, to poziom wód Wszechoceanu podniósłby się o 100 m! wiele lodowców powinno się nazwać lodowymi potokami, chociaż nie mają one tak ostro oznaczonej granicy. Tam, gdzie lodowiec wpada do morza, na jego brzegu, lód zaczyna płynąć i pojawiają się lodowce szelfowe. Największym z nich jest Lodowiec Rossa. Ma on grubość 1,6 km i to właśnie od niego odrywają się największe góry lodowe. Największy jak dotąd pływający kęs lodu w Arktyce otrzymał oznaczenie B-15. W ciągu 2,5 roku znajdował się on na Morzu Rossa. Ta góra lodowa swymi rozmiarami przypominała wyspę Jamajkę. Jej powierzchnia wynosiła ok. 11.000 km². Kiedy nastąpiła „południowa wiosna”, B-15 rozpadła się początkowo na dwie części, a potem na 9.

Minęło nieco czasu i jeszcze jedna gigantyczna góra lodowa o długości 200 km oderwała się od lodowca i puściła w dryf. Wedle specjalistów, przedstawia ona poważne niebezpieczeństwo dla żeglugi na tych akwenach. Przy pomocy satelity została odkryta jeszcze jedna ogromna góra lodowa, która jednak była długa „tylko” na 75 km!

Zaczyna się nowy sezon nawigacyjny i góry lodowe stwarzają śmiertelne niebezpieczeństwo dla ruchu lodołamaczy i statków w Antarktyce. Jeszcze gorsze niebezpieczeństwo grozi im ze strony niewielkich gór lodowych – growlerów, których ilość za ostatnie trzy lata ostro poszła w górę i które mogą się stać prawdziwymi „mordercami statków” na wysokich szerokościach południowych. Obserwacje tych „morderców” przy pomocy sztucznych satelitów Ziemi trwają już od 28 lat!



 

„Drżące” antykliny i… lodowe „miny”

 

Najprościej byłoby wyjaśnić pojawienie się morderczych gór lodowych z efektem globalnego ocieplenia – EGO. Na EGO zwala się ostatnio wszelkie susze w Hiszpanii, powodzie w Niemczech, mrozy w europejskiej części Rosji, pożary w jej azjatyckiej części, Australii i Kalifornii. Najpoważniej zajmują się problematyką wzrastania liczby pływających gór lodowych, które wpadają do Wszechoceanu z Antarktydy, amerykańscy uczeni – ale jak raz oni uważają, że problem ten nie jest związany z EGO, chociaż nie są w stanie wyjaśnić przyczyny niebywałej w ostatnim czasie częstotliwości pojawiania się gór lodowych.

No ale skoro nie EGO, to co zwiększa prędkość obrywania się gór lodowych i czym to może grozić Ludzkości?

Zgodnie z poglądami dr. n. geograficznych Jurija Suprunienko, lodowa pokrywa Antarktydy jest bardzo niejednorodna i poprzecinana ogromnymi szczelinami. Szczególne niebezpieczeństwo dla całości lodu przedstawiają tzw. antykliny. Są to strukturalne wypuczenia składające się z najstarszego lodu. I właśnie dlatego w miejscach przebiegu antyklin pokrywa lodowa nie jest jednorodna. Ogromne naprężenia kumulujące się od setek tysięcy lat są w stanie literalnie eksplodować od wewnątrz czterokilometrową warstwę lodu. Tam właśnie powstają prawdziwe lodowe „miny”. Do ich wybuchu potrzebny jest zapalnik, i on się znajduje – są to zaktywizowane ostatnimi czasy odcinki dawnych uskoków. Dosłownie milimetrowe ruchy w górę mogą doprowadzić do katastroficznych procesów wewnątrz lodowców. Najbardziej obfity zrzut gór lodowych do oceanu znajduje się w strefach dwóch gigantycznych rozłamów, które przebiegają nieopodal od lodowca szelfowego Rossa i brzegów Morza Weddella. Są to główne „icebergonośne” rejony Antarktydy. Naprężenia linii sił w lodowej pokrywie tych miejsc – jak sygnalizują to przyrządy geofizyczne – sięgnęło już wartości krytycznych.

Ale jeżeli aktywizacja tych uskoków skutkuje jedynie zwiększaniem się ilości gór lodowych odrywających się od lodowców szelfowych, to może skutkować silnymi trzęsieniami lodowego kontynentu: tak samo jak upadek meteorytu, trzęsienie ziemi czy próby jądrowe na Pacyfiku. Pokrywa lodowa w miejscach „cielenia się” lodowców i powstawania gór lodowych może przejść w ruch. Hipotetyczną katastrofę uczeni już nazwali „Antarktycznym Wielkim Wybuchem”.

 

Słodkowodne jeziora podlodowe

 

Skutki dla całej planety mogą być nieprzewidywalne – ok. 5-6 km³ lodu stanie się górami lodowymi, które pójdą w wody Oceanu Spokojnego i Atlantyku. W najgorszym wariancie dla Ludzkości, ten proces „cielenia się gór lodowych” będzie miał miejsce za 50 lat – gdzieś około roku 2070. Jak tylko zacznie się kruszyć lodowiec szelfowy Rossa, to średni poziom Wszechoceanu zacznie się podnosić w tempie 5-10 cm/rok. A w miarę przesuwania się gór lodowych na niższe szerokości geograficzne, tempo ich tajania może się podwyższyć. Przybór wody także.

Do tego jeszcze na prędkość spływu lodowców może wpłynąć jeszcze jedno – a mianowicie nie tak dawno odkryta jeszcze jedna właściwość lodowej pokrywy Antarktydy. Jego radiowe sondowanie pozwoliło na odkrycie – na początku w rejonie rosyjskiej stacji Wostok, a potem w innych miejscach – podlodowe jeziora słodkiej wody. Rozmiary jeziora pod stacją Wostok wynoszą 800 x 200 km, i zawiera się ono pomiędzy spodem lodowca a skalnym podłożem kontynentu antarktycznego. Tym sposobem lód może się ślizgać po powierzchni wody, jak po smarze. Ilość podwodnych jezior pozwala mówić z jeszcze większą pewnością o możliwości odśrodkowego rozpełznięcia się lodów Antarktydy i obruszeniu go do Wszechoceanu.

Jeszcze w parę lat po „Antarktycznym Wielkim Wybuchu” z powodu pojawienia się wielkich brył lodu w wodach Wszechoceanu, bezpieczna żegluga morska na południowych akwenach Wszechoceanu będzie praktycznie niemożliwa.

Najgorsze jest to, że my jak się okazuje „już to przechodziliśmy”, i szybkie tajanie przybrzeżnych lodowców Antarktydy doprowadziło do katastroficznych planetarnych powodzi.

 

Potop Generalny w nasze dni?

 

Według obliczeń uczonych, poziom Wszechoceanu może podnieść się nawet o 20 m. Nizinne tereny nadmorskie będą zatopione, a jest tego 7% z całości lądów Ziemi. A do tego tereny te stanowią ¼ gruntów ornych świata. Niektóre kraje, jak Niderlandy, znikną z mapy świata. Skutki tego będą dla ich mieszkańców równe z kosmiczną katastrofą.

Biblijny temat Potopu Generalnego zachowała się w pamięci Ludzkości, jak uważają specjaliści, z powodu lokalnych powodzi w miejscach gęsto zasiedlonych przez ludzi, np. w dolinie Mezopotamii. Ale jest całkiem możliwe, że powodem takich świadectw mogłyby być zatopienia regionów nadmorskich i równin spowodowane takim właśnie „Antarktycznym Wielkim Wybuchem”. Badania takich właśnie warstw osadowych w tych miejscach pokazują, że ok. 10.000 lat temu Ziemia przeżyła podobną katastrofę.

Potwierdzeniem tego, że Potop Powszechny wziął się dzięki górom lodowym były przeprowadzone parę lat temu badania związane z dziurami ozonowymi. Uczeni odkryli związki chemiczne niszczące ozonosferę w warstwach geologicznych Ziemi, istniejących o wiele wcześniej od freonowych technologii. Uznano, że źródło tych związków chemicznych znajdowało się w jednym z uśpionych wulkanów Antarktydy, a ślady jego erupcji odnotowano w wielu miejscach na południowym wybrzeżu Afryki. Do tego popiół (tefra) ten nie mógł być przyniesiony przez wiatry i deszcze, bowiem w takim przypadku byłby on rozsypany równomiernie na dużych przestrzeniach. A w tym przypadku popiół wraz z niszczącymi ozon związkami chemicznymi znajdował się w koncentrycznych plamach – co jasno wskazuje na jego antarktyczne pochodzenie – osiadł on tam, gdzie topiły się góry lodowe.

Najbardziej nieprzyjemne w hipotezie „Antarktycznego Wielkiego Wybuchu” jest to, że takie „wybuchy” mają tam miejsce raz na 10.000 lat, kiedy lodowa pokrywa nagromadzi wystarczająco dużo energii do „ruszenia się”.[1]

 

Tymczasem szczeliny rosną…

 

Brytyjscy naukowcy uzyskali wgląd w gigantyczną szczelinę, która spowodowała powstanie kolejnej góry lodowej. Góra lodowa A-74 powstała w zeszły piątek (czyli 26.II.2021 r.)

Udostępniono zdjęcia w bardzo wysokiej rozdzielczości przedstawiające pęknięcie, które spowodowało powstanie kolejnej antarktycznej megagóry lodowej. Lodowy blok o powierzchni 1290 kilometrów kwadratowych oderwał się od szelfu lodowcowego Brunta w zeszły piątek. Otrzymał on nazwę A-74.

Nowe zdjęcia z ostatniej soboty przedstawiają poszerzające się pęknięcie o nazwie „North Rift” dzień po oderwaniu od szelfu. Obrazy zostały pozyskane przez brytyjskiego satelitę Vision-1 dla British Antarctic Survey. Także w rękach BAS znajdują się nowe obrazy radarowe uchwycone w czwartek przez sondę kosmiczną Sentinel-1 UE. Daje to szerszy widok na 150-metrowej grubości górę lodową płynącą w stronę Morza Weddella.




BAS wykorzystuje te wszystkie zdjęcia do opracowania prognozy życia A74. Agencja z Cambridge chce sprawdzić, czy A74 może zderzyć się z zachodnią częścią szelfu Brunta i zainicjować drugie cielenie jeszcze bliżej stacji Halley’a.

Aktualnie baza jest pusta. Po części to z powodu pandemii COVID-19. Trudna sytuacja epidemiologiczna sprawia, że prowadzi się niewiele badań dotyczących Antarktyki. Ale dzieje się tak również dlatego, że BAS musi mieć pewność, czy szelf lodowy Brunta – ogromna pływająca platforma lodowa – pozostanie stabilna w przyszłości.

Góra lodowa, która wycieliła się z Szelfu Lodowcowego Brunta, przesuwa się w stronę Morza Weddella. Halley znajdowałaby się 17 kilometrów od najbardziej prawdopodobnego miejsca drugiego cielenia.

Czujniki GPS znajdujące się w pobliżu Halley’a nie zarejestrowały żadnej reakcji w stanie lodu bezpośrednio pod bazą kilka dni po powstaniu A-74. BAS jest przekonany, że to samo działoby się w przypadku drugiego cielenia, ale agencja najwyraźniej chce mieć stuprocentową pewność w danych.

Satelita Vision-1 został zbudowany przez Surrey Satellite Technology Ltd. z Guildford. To spółka zależna od europejskiego giganta lotniczego Airbus.Vision-1 jest w stanie rozróżniać szczegóły na powierzchni Ziemi na mniej niż metr.[2]  

 

Opracował - ©R.K.F. Leśniakiewicz

 

      



[1] Źródło – „Tajny i zagadki” nr 5/2019, ss. 6-7, przekład mój.

[2] Źródło – BBC News, na stronie M. Rabczewskiej – „Przyroda, pogoda, klimat”  z dn. 6.III.2021 r.