Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morze Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morze Czarne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

CE0X z Syreną koło Krymu

 


Albert Rosales

 

Miejsce zdarzenia: W pobliżu Batilimanu, Przylądek Aja, Półwysep Krymski, Ukraina

Data: 18.VIII.1991

Godzina: 23:30 EEST

Opis incydentu:

Wiaczesław (Sława) Tertus, lider sewastopolskiego zespołu muzycznego „Oreol”, pływał samotnie nocą w okolicach przylądka Aja (Aya), między Sewastopolem a Foros. Jako dobry pływak znajdował się około 100 metrów od skalistego, surowego wybrzeża południowo-zachodniej części Półwyspu Krymskiego. Morze Czarne było całkowicie spokojne, a księżyc w pełni. Rozkoszując się wspaniałym widokiem księżyca, Wiaczesław płynął powoli z prądem morskim. Nagle świadek poczuł, że ktoś szturcha go w ramię. Natychmiast się odwrócił, ale nikogo nie widział, słyszał jedynie plusk wody. Pomyślał, że być może jego koledzy, którzy przebywali na brzegu, robią sobie z niego żarty, więc zaczął płynąć w kierunku brzegu. Nagle ponownie poczuł szturchnięcie lub kopnięcie w ramię. Kiedy tym razem się odwrócił, zobaczył twarz młodej kobiety o długich, jasnych włosach, wyraźnie widoczną w blasku księżyca w pełni. Jej oczy były znacznie większe niż normalne ludzkie i zdawały się emitować fosforyzujące światło. Przestraszony świadek pogłaskał dłoń kobiety, a następnie zaczął płynąć w kierunku brzegu z bardzo dużą prędkością. Za sobą słyszał plusk wody, ale nie odwrócił się, by spojrzeć. Blisko brzegu poczuł bardzo silne ukłucie w plecy, a kiedy w końcu się odwrócił, ponownie zobaczył twarz kobiety, która wydawała się „rozczarowana”, ale nie zatrzymał się i po dotarciu do brzegu wybiegł z krzykiem. Jego przyjaciele podbiegli do niego i na chwilę zauważyli lśniące, srebrzyste ciało, które pojawiło się na chwilę w wąskim pasie wody oświetlonym przez księżyc, i również usłyszeli plusk wody. Wiaczesławowi udało się uspokoić dopiero kilka godzin później po solidnym łyku wódki. Później jednak poczuł pragnienie, by ponownie zobaczyć dziwną „syrenę” i kilkakrotnie odwiedzał to miejsce, pływając samotnie nocami po Morzu Czarnym, ale najwyraźniej nigdy więcej jej nie zobaczył. Śniło mu się, że syrena go przywołuje.

Dodatek HC

Źródło: Walerij B. Iwanow „Tajemnice Sewastopola” Tom 4 w: „Tajemnice przyrody” Sewastopol 2008

Typ: E

Uwaga: Miejsce to jest znane z wielu relacji o spotkaniach z USO i USO oraz istotami, które utożsamiane są z Syrenami. Opisaliśmy je w książce „Bliskie Spotkania z Syrenami”, Hilo i Jordanów 2026. Incydent ten jest kolejnym dowodem na to, że wody Wszechoceanu są zamieszkane przez nieznane nauce rozumne istoty zwane przez nas Syrenami, Rusałkami, Pannami Wodnymi, etc. etc.

Opracował- ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

poniedziałek, 26 maja 2025

Kronika radzieckich spotkań z ogromnymi podwodnymi humanoidami

 


1.     Jezioro Bajkał. Lata 70.–80. XX wieku

 

Lipiec 1977. Baza morska na jeziorze Bajkał, obwód kabański.

Podczas nurkowania szkoleniowego grupy nurków wojskowych (7 mężczyzn) na głębokości około 50 metrów odnotowano kontakt wzrokowy z trzema humanoidalnymi istotami, mającymi co najmniej 3 metry wzrostu. Świadkowie opisali je jako humanoidalne istoty, ubrane w srebrzyste kombinezony, o gładkiej, bladej skórze i dużych, zaokrąglonych hełmach. Nie zaobserwowano żadnego aparatu oddechowego ani środków komunikacji. Istoty poruszały się z dużą prędkością i, według jednego z instruktorów, „ślizgały się po wodzie, nie poruszając kończynami”.

17 lipca 1977. Próba podejścia.

Następnego dnia podjęto próbę podejścia do tych obiektów za pomocą sieci głębinowych i dwóch nurków wyposażonych w urządzenia chwytające. Gdy zbliżyli się do jednego ze stworzeń na głębokości około 5 metrów, wszyscy uczestnicy doznali nagłej dekompresji, nawet bez naruszenia protokołów wynurzania. Trzech zmarło, trzech trafiło do szpitala z powodu poważnych urazów ciśnieniowych. Oficjalna przyczyna: „nagła zmiana ciśnienia spowodowana podwodną mikroeksplozją nieznanego pochodzenia”. Sierpień 1982 r. Zachodni Bajkał, Przylądek Ryty. Funkcjonariusze straży granicznej zgłosili obiekt poruszający się na głębokości, przypominający „mężczyznę pływającego o wzroście około 4 metrów”. Gdy próbowali śledzić obiekt za pomocą sonaru, zniknął on z zasięgu. Sześć minut później odnotowano niewyjaśniony wzrost temperatury wody i awarię sprzętu komunikacyjnego statku. W raporcie wspomniano o „niezidentyfikowanej aktywności podwodnej, niezwiązanej z potencjalną technologią wroga”.

Sierpień 1982. Zachodni Bajkał, Przylądek Ryty.

Funkcjonariusze straży granicznej zgłosili obiekt poruszający się na głębokości, przypominający „mężczyznę pływającego o wysokości około 4 metrów”. Kiedy próbowali śledzić obiekt sonarem, zniknął on z zasięgu. Sześć minut później odnotowano niewyjaśniony wzrost temperatury wody i awarię sprzętu komunikacyjnego statku. W raporcie wspomniano o „niezidentyfikowanej aktywności podwodnej, niezwiązanej z potencjalną technologią wroga”.

1984. Tajny raport Centralnego Instytutu Badawczego Marynarki Wojennej (CNII WMF).

Według niezweryfikowanych, ale pośrednio potwierdzonych danych, po serii incydentów na Bajkale, w CNII WMF utworzono tymczasowy wydział do analizy niezidentyfikowanej aktywności podwodnej. W jednej z notatek napisano: „obserwowane obiekty o cechach biologicznych nie szukają kontaktu, unikają agresji, ale wykazują zdolność do manipulowania środowiskiem. Zaleca się zaprzestanie dobrowolnych podejść do czasu wyjaśnienia natury zagrożenia”.

Notatka z „Military Naval Review” (1991, przeciek).

Krótki artykuł bez autora opisywał „przypadek podwodnych gigantów w jeziorze Bajkał” i sugerował związek z głębinowymi anomaliami geomagnetycznymi odnotowanymi już w latach 30. XX wieku. Publikacja została później usunięta ze wszystkich zbiorów bibliotecznych, ale kopia przetrwała w archiwum UFO „Svet-13”.

Zeznania ustne.

Weterani szkoły nurkowania w Siewierobajkalsku wspominali, że wszelkie wzmianki o „trzymetrowych istotach” zostały wycięte z zapisów szkoleniowych, a przełożeni byli karani nawet za rozmowę. Jeden z instruktorów, pod warunkiem zachowania anonimowości, powiedział: „Te istoty nie przestrzegają praw wody. Wiedzą, że tam jesteś. I jesteś w ich strefie”.

 

2.   Krym i Morze Czarne. Lata 60.–80. XX wieku

 

Czerwiec 1962. Przylądek Aja, południowe wybrzeże Krymu.

Podczas podwodnego szkolenia sił specjalnych na głębokości 30 metrów dwóch żołnierzy zgłosiło, że widzieli „ciemną postać o wysokości ponad 3 metrów” szybko poruszającą się wśród skał. Dowództwo przypisało zgłoszenie stresowi i zaburzeniom percepcji, ale dwa dni później, w tym samym miejscu, nagłe uderzenie zdeformowało metalową konstrukcję boi treningowej. Świadkowie stwierdzili, że „było tak, jakby coś masywnego przeszło pod nami i wynurzyło się”.

Sierpień 1973. Zatoka Laspi.

Radziecki projekt „Głębokość-9”, który badał podwodne jaskinie w pobliżu zatoki Laspi, napotkał anomalie skoków ciśnienia i awarie sprzętu podczas próby wejścia do jednej z jaskiń. Nurkowie słyszeli „kliknięcia i dźwięki podobne do mowy podwodnej, ale bez ust”. Po wynurzeniu jednego z nurków na hełmie znaleziono mikropęknięcia, jakby spowodowane kierunkowym impulsem akustycznym. Zakazano dalszego zanurzania.

1975. Tajna operacja „Topaz”.

Według niepotwierdzonych informacji, ale wspomnianych w archiwach wywiadu morskiego, podjęto dyskretną próbę przechwycenia niezidentyfikowanych obiektów podwodnych w pobliżu Sewastopola. Użyto stalowych sieci głębinowych zrzuconych z dwóch statków. Operacja się nie powiodła: jedna z sieci została rozerwana przez nieznaną siłę, pomimo jej obliczonej wytrzymałości wynoszącej 6 ton. Wszystkie urządzenia monitorujące wykazały równoczesne zakłócenia. W raporcie, do którego uzyskał dostęp oficer straży przybrzeżnej, użyto sformułowania: „kontakt z formą aktywności o nieznanym charakterze, zalecane wstrzymanie dalszych działań”.

Lipiec 1980. Wybrzeże Morza Czarnego, Abchazja.

Statek patrolu przybrzeżnego wykrył niezidentyfikowane obiekty na głębokości 50–70 metrów ze zmienną prędkością do 80 węzłów. Kontakt wzrokowy był krótki: ciemne, wydłużone sylwetki w pozycji pionowej. Jeden oficer zgłosił, że widział „głowę z wydłużoną czaszką, która zwróciła się w naszą stronę”. Spowodowało to zgłoszenie do Centralnego Biura Wywiadowczego Marynarki Wojennej. Wynik śledztwa pozostaje tajny.

1982. Podwodny poligon marynarki wojennej, obwód sewastopolski.

Podczas ćwiczeń dwie sondy głębinowe zniknęły bez wyjaśnienia. Nurek biorący udział w akcji ratunkowej zgłosił „bladą, błoniastą rękę”, która „na chwilę wynurzyła się z piasku i zniknęła”. Jego stan psychiczny zmienił się po incydencie, pojawiły się nocne ataki padaczkowe. Diagnoza medyczna: „ostra reakcja stresowa”.

Zeznania cywilów.

Od lat 70. mieszkańcy nadmorskich wiosek w pobliżu Bałakławy zgłaszali, że widzieli „czarne postacie wynurzające się na powierzchnię w bezchmurne noce”. W jednym przypadku nastolatkowie twierdzili, że „olbrzym z białymi oczami bez źrenic wynurzył się z wody i stał nieruchomo wśród fal, nie dotykając piasku”.

Wniosek radzieckich akwanautów (nieoficjalny, ustny).

Niektórzy emerytowani oficerowie na początku lat 90. wierzyli, że w Morzu Czarnym istnieje ukryta sieć podwodnych jaskiń i tuneli, prowadzących na głębokości niedostępne dla zwykłych nurków. To właśnie tam takie istoty się znajdowały. Natura ich obecności: obserwacja i ochrona, nie agresja — chyba że równowaga głębin zostanie zachwiana.

 

3.   Ogólna analiza. Podziemno-podwodna cywilizacja i jej obserwatorzy?

 

Porównanie incydentów na Bajkale i Morzu Czarnym ujawnia uderzającą zbieżność w parametrach obserwowanych bytów. Niezależnie od geografii — jeziora kontynentalnego lub obszaru morskiego — były to humanoidalne formy o wysokości od 3 do 4 metrów, o dużej manewrowości pod wodą, braku aparatu oddechowego, zdolności do zakłócania pracy sprzętu i przede wszystkim świadomym unikaniu bezpośredniego kontaktu. Nie są to zwierzęta, ani drony, ani ludzie. Są inną formą inteligencji, przystosowaną do środowiska, w którym ludzie są jedynie gośćmi.

Według przecieków z agencji wojskowych (w tym CNII WMF, archiwów straży przybrzeżnej i ustnych raportów powiązanych z GRU), odnotowano następujące zdarzenia:

– cztery próby schwytania zwierząt za pomocą sieci i podwodnych urządzeń — wszystkie nieudane;

– co najmniej siedem zgonów wśród nurków z powodu anomalii reakcji fizjologicznych w bliskim sąsiedztwie;

– zlokalizowane obszary awarii sprzętu, pokrywające się z obszarami, w których znajdowały się te byty;

– obserwacje precyzyjnych ruchów, z monitorowaniem statków i obiektów — dowody świadomej oceny.

 

Poufne raporty wiążą te zjawiska z podwodnymi strefami o bardzo starożytnym pochodzeniu. Przykłady:

– Przylądek Aya pokrywa się geologicznie z zawalonym sklepieniem, zawierającym jaskinie niezbadane od lat 30. XX wieku;

– w Bajkale wykryto anomalie dźwiękowe i sygnały pseudoecholokacyjne, których nie wytwarzał żaden znany gatunek.

 

Niezależni badacze, tacy jak Wadim Czernobrow i W.I. Szemszuk w latach 90. zaproponowali istnienie zamkniętego podziemnego systemu podwodnego łączącego jeziora i morza — w tym Morze Karskie, Bajkał, Sajany, Krym i prawdopodobnie Kaukaz. System ten zostałby zbudowany przez precywilizację przed potopem, a istoty napotkane przez nurków byłyby mieszkańcami lub „patrolowcami” tego kompleksu, działającymi zgodnie z protokołem powstrzymywania.

Z ezoterycznej perspektywy istoty te mogłyby być strażnikami liminalnymi, połączonymi z siecią energetyczną planety, reagującymi na naruszenie węzłów krytycznych. Nie są wrogami, ale nie są gotowe na otwarty kontakt. Ich misja: obserwowanie, ochrona, korygowanie nierównowagi, szczególnie w czasach zanieczyszczeń i testów podwodnych.

Ich „niemożność schwytania” nie ujawnia ograniczeń ludzkiej technologii, ale potwierdza, że ​​mamy do czynienia z czymś bardziej inteligentnym, niż zakładamy, że jest prawdziwe. Po 1985 roku prawie wszystkie programy monitorujące zostały zakończone, a wzmianki o nich zostały usunięte z rejestrów publicznych.

Ale oni wciąż tam są.

A ktokolwiek chce ich znaleźć, musi zejść nie z sieciami, ale z wewnętrzną ciszą.

Woda pamięta. Głębia słucha.

I giganci… też.

 

Wg materiałów z towarzystwa Kosmopoisk

 

Opracował - ©R.K.Fr. Sas – Leśniakiewicz

sobota, 10 marca 2018

Blackie: potwór z Morza Czarnego




Aleksandr Wiatkin


W systemie prądów Morza Czarnego istnieją dwa ogromne wiry, kręcące się przeciwbieżnie do siebie – jeden zgodnie ze wskazówkami zegara, drugi przeciwnie. Na cześć oceanologa dr. Nikołaja Knipowicza, który opisał ten schemat jako pierwszy, nazwano go „Okularami Knipowicza”.

Dawne dokumenty mówią o czarnomorskim smoku, którego przezwano Blackie – a już to dlatego, że zamieszkuje on Morze Czarne, już to ze względu na kolor skóry (black to po angielsku tyle co czarny). W XX wieku zaczęto go nazywać czarnomorską Nessie, przez analogię do słynnego potwora ze szkockiego jeziora Loch Ness.


Przezywaliśmy go Porfirij


To ogromne morskie stworzenie było już opisywane przez starożytnych Greków, Rzymian i Bizantyjczyków. Jeszcze w V w. p.n.e. starogrecki historyk Herodot opowiadał o potworze zamieszkującym Pontus Euxinus – Morze Gościnne – jak nazywano wtedy Morze Czarne.

Potwór był koloru czarnego, z gigantycznym wężokształtnym tułowiem o długości ok. 30 m, z pazurzastymi łapami o niewiarygodnie wielką paszczą z dwoma rzędami zębów przerażających rozmiarów. Opowiadano o tym, że potwór poruszał się z kolosalną prędkością, z łatwością przeganiając najszybsze statki tamtych czasów.

A oto cytat z zachowanych zapisów bizantyjskiego historyka Prokopiusza z Cezarei, żyjącego w VI wieku:

Złapany został morski potwór, którego przezwaliśmy Porfiriejem. Zwierz ten przez ponad pół wieku tyranizował Bizancjum i jego otoczenie. Potwór ten swoim atakiem znienacka zatopił wiele statków i ludzi na nich. Cesarz Justynian rozkazał złapać to monstrum, ale to się nikomu nie udało…

Jak się udało złapać tego zwierza, to wam opowiem. Zdarzyło się to, kiedy morze było absolutnie spokojne, bez fal. Obok ujścia z Morza Gościnnego[1] pływało ogromne stado delfinów, które ujrzawszy potwora rozproszyły się w różne strony. Złapawszy kilka z nich, potwór je pożarł, a potem ruszył w pościg za pozostałymi, póki w podnieceniu łowami nie podpłyną za blisko brzegu. Utknąwszy przy brzegu w głębokim ile, zwierzę zaczęło szarpać się by uciec, ale nie mogło się ruszyć z miejsca. Kiedy to ujrzeli rybacy, to zebrali wszystkich miejscowych mieszkańców i zaczęli tłuc potwora czym kto mógł, poczym już martwe wyciągnięto na brzeg przy pomocy lin. Położywszy stwora na wozy stwierdzili, że jego długość wynosiła 30 łokci, zaś szerokość 10.[2] Wraz z zabiciem morskiego potwora nastąpiło wybawienie nadmorskiej ludności od wszelkich związanych z nim bied…


Równoległym kursem


Potem już tureccy żeglarze niejednokrotnie zawiadamiali sułtana o napadach na statki czarnomorskiego potwora. Widzieli go także rosyjscy marynarze z eskadry adm. Uszakowa, o czym zameldowano później carowi Mikołajowi I. Ten bardzo się zdziwił i zorganizował specjalną ekspedycję na Krym by złapać i zbadać niezwykłego zwierza. Potwora grupa naukowców nie znalazła, ale znalazła jego ogromne jajo ważące niewiele mniej niż pud.[3] Przez jego skorupę był widoczny zarodek podobny do jaszczurki. Rozpoczęte naukowe dyskusje i badania przerwała Wojna Krymska. Co się stało z jajem? – tego nie wie nikt.

Następnie przez dziesięciolecia od czasu do czasu pojawiały się relacje naocznych świadków, świadectwa pochodzące od rybaków i marynarzy o potworze i ogromna ilość nieprawdopodobnych historii. Ludzie doszli do wniosku, że pływające potem wielkie parostatki przestraszyły potwora i on się gdzieś przyczaił.

Tym niemniej w czasie działań bojowych I Wojny Światowej potwór pojawił się ponownie. Opowiedział o tym kapitan niemieckiego U-boota, który zobaczył to ogromne zwierzę, które bezgłośnie przemieszczało się pod wodą równolegle do kursu okrętu. Była księżycowa pełnia i oficer wyraźnie widział potwora przez lornetkę. Pomyślał, czy nie ostrzelać go z broni pokładowej, ale on obawiając się zderzenia rozkazał szybko pójść na głęboką wodę…

W czasach II Wojny Światowej kapitan innego U-boota niejaki Max Hegen także zaobserwował potwora, ale tym razem w dzień. Oficer był tak zdumiony jego widokiem, że natychmiast zameldował o tym Grossadmirałowi Karlowi Dönitzowi.


Psi łeb!


O znajdującym się w Morzu Czarnym gigantycznym potworze wspomina w swych pamiętnikach poeta Maksymilian Wołoszin. Wspomniał on o spotkaniu z nim Michaiłowi Bułchakowowi, który wykorzystał ten dziwny fakt w swej fantastycznej noweli pt. „Fatalne jaja”.

W czasach Związku Radzieckiego opowiadano niemało historii, jak to wąż morski napadał na kuracjuszy i nawet topił niewielkie statki, przez co miejscowi rybacy przez długi czas bali się wyjść w morze. Wreszcie władze w odpowiedzi na mnogie prośby i zażalenia, wysłały w rejon Kara-dagu kompanię czerwonoarmistów aby znaleźć i unieszkodliwić potwora, ale ten z kolei jakby się w wodę zapadł. Nie bacząc na to, że poszukiwania potwora niczego nie dały, ten nie przestawał od czasu do czasu straszyć i terroryzować miejscowych mieszkańców, pokazując się spod wody w najmniej oczekiwane momenty.

 Bałakława i...



...widok na masyw Kara-dag z różnych ujęć

W 1938 roku, tatarski rybak ze wsi Kuczuk-Łambat (dziś Kiparisnoje) wśród skał na brzegu spotkał się oko w oko z potworem. Wprawdzie potwór go nie tknął, ale rybak ze strachu dostał apopleksji. Kiedy znaleziono biedaka, ten powtarzał tylko „psi łeb, psi łeb”. Po dwóch miesiącach rybak zmarł.


Z notatnika Wsiewołoda Iwanowa


W 1952 roku znajdując się w pobliżu Teodozji, czarnomorskiego Blackie’ego w czasie pół godziny obserwował znany radziecki prozaik Wsiewołod Iwanow. Obserwując rozbawione delfiny naraz zauważył on nieopodal nich dziwny, jak się mu wydawało, kamień o obwodzie jakichś 10 metrów, cały pokryty wodorostami. Wcześniej on takiego tutaj nie widział. Zdumiony znaleziskiem zaczął on obserwować, a kamień naraz poruszył się i przekształcił w monstrum o ogromnej wielkości. A oto, co napisał on potem w swym notatniku:

Stworzenie to falującymi ruchami płynęło ku temu miejscu, gdzie znajdowały się delfiny, tj. w lewą stronę buchty.[4] Ono było wielkie, bardzo wielkie, mierzyło jakieś 25-30 metrów, zaś szerokość jego była równa szerokości biurka postawionego na boku. Potwór znajdował się pod wodą na głębokości 1-1,5 metra i wydaje mi się, że było płaskie. Spodnia część tego zwierzęcia była biała, na ile pozwalała dostrzec to głębokość wody, zaś wierzchnia była ciemnobrunatna, co pozwoliło mi uważać to za wodorosty. Potwór poruszał się tak, jak płynący wąż i powoli popłynął w stronę delfinów. One szybko się ukryły. Nie dopadłszy delfinów, a może nawet nie polując na nie, potwór zwinął się w kłębek, a prąd zniósł go ponownie w prawo. I ponownie stał się podobny do brązowego kamienia, porosłego brunatnicami.

Zniesiony prądem ku środkowi buchty na to miejsce, gdzie go ujrzałem po raz pierwszy, potwór znów się rozwinął i zwrócił się w stronę delfinów podnosząc naraz głowę nad lustro wody. Głowa miała rozmiar na rozłożenie rąk i była podobna do wężowej. Nie wiedzieć dlaczego nie widziałem jego oczu, z czego można było wywnioskować, że były one maleńkie. Potrzymawszy głowę nad wodą przez jakieś dwie minuty – ściekały z niej wielkie krople wody – potwór szybko opuścił łeb do wody i szybko popłynął za skały zamykające Sierdolikową[5] Buchtę.   
  
W latach 90-tych ubiegłego stulecia, miejscowi rybacy znajdywali w sieciach zwłoki delfinów z dziwnymi obrażeniami. I tak np. brzuch jednego z delfinów był całkowicie wyrwany jednym kęsem, przy czym szerokość paszczy, która tego dokonała, wynosiła 1 metr, a na skrajach rany znajdowały się ślady ogromnych zębów. Żaden ze znanych morskich drapieżników – w tym rekinów, które mogły tu przypłynąć z Morza Śródziemnego – nie był w stanie tego dokonać.[6]

Niestety, jak dotąd nie uzyskano żadnej dokładnej informacji na temat tego morskiego potwora, w konsekwencji czego samo istnienie Blackie’ego bez względu na mnogie świadectwa, meldunki i relacje naocznych świadków, jest dla uczonych wątpliwe. Dysponujemy jednym, jedynym zapisem video, na którym można zobaczyć coś wielkiego, gigantycznego, płynącego w wodach Morza Czarnego, co zostało sfilmowane przez rodziną Gusarienkowów jesienią 2009 roku.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 49/2017, ss. 30-31
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz




[1] Dardanele.
[2] 1 łokieć = 45 cm.
[3] 1 pud = 16,38 kg.
[4] Niewielka, szeroka zatoka morska.
[5] Sierdolik = krwawnik, kamień półszlachetny występujący na Krymie w rejonie powulkanicznego masywu Kara-dag.
[6] Poza legendarnym Megalodonem.

niedziela, 28 grudnia 2014

SŁOŃCE NAD MORZEM CZARNYM (10)



Morze Śródziemne -  36°N - 018°E

W przeciwieństwie do słonecznej pogody na Morzu Czarnym, Morze Śródziemne było cały czas rozkołysane i wietrzne, a pogoda paskudna. A przecież była dopiero połowa września, i jesienne sztormy nie powinny pojawiać się na tym akwenie. Najwidoczniej jednak przyroda postanowiła inaczej, a rozregulowana przez efekt cieplarniany pogoda zaczęła nam dawać się we znaki na wysokości Cypru, kiedy to wpadliśmy w pierwszy w tej podróży, paskudny sztorm. Dopiero po dwóch dniach żeglugi dopłynęliśmy do punktu opisanego współrzędnymi trzydzieści sześć stopni szerokości geograficznej północnej i osiemnaście stopni długości geograficznej wschodniej.

Wysłaliśmy radiosygnał na umówionej częstotliwości i po trzech godzinach na północnej stronie nieba pojawił się drobny punkt, który rychło rozrósł się do rozmiarów samolotu – hydroplanu, który okrążył Atlantis MMII i usiadł na wodzie. Spojrzałem na jego oznaczenia – G-RHYU. A zatem wszystko się zgadzało. Samolot podpłynął do naszego jachtu. Gemma przycumowała go do rufy i podała trap. Młodziutki pilot zręcznie przeskoczył z pływaka na pokład.
- Hallo! Jestem Bob Baxter – przedstawił się.
- Hallo! – powiedziałem i po kolei przedstawiłem nas wszystkich, poczym zaprosiłem go na obiad. Zjadł szybko to, co mu daliśmy i zaczął się spieszyć. Naïs podała mu pojemnik z płytami i innymi nośnikami, które zawierały dane. Bob zajął miejsce w kokpicie i odpalił silnik. Po paru chwilach samolot wzniósł się w powietrze i znikł na północy. Materiały leciały do Rzymu. Nasza misja była skończona…

Ruszyliśmy na zachód, ku brzegom Hiszpanii. Atis wykreśliła najkrótszy kurs do domu i robiąc trzydzieści węzłów mieliśmy nadzieję, że po trzech dobach znajdziemy się w Kadyksie, gdzie zostawimy Naïs i resztę materiałów, a sami dopłyniemy na zimowe leże do Atlanterra.
- Co będziecie robili, kiedy skończy się ten rejs – zapytała Naïs, kiedy zostaliśmy sami w sterówce.
- Gemma wróci do remontu domu w Atlanterra, a Kris i ja pojedziemy do Polski – też mamy to i owo do skończenia.
- Dla was ta przygoda się skończy i zaczniecie z całą pewnością coś nowego – powiedziała z zazdrością w głosie – a ja będę gadała do studentów, wymyślała teorie naukowe i wiodła życie przykładnego naukowca…
- Znajdź sobie kogoś – poradziłem jej – to wstyd, żeby taka młoda, atrakcyjna i utalentowana kobieta chodziła w samopas…
Na jej ogorzałe policzki wypłynął rumieniec.
- Łatwo ci powiedzieć, bo nie jesteś sam i masz takie wspaniałe kobiety wokół siebie…
- To fakt – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Pamiętasz wschodnią bajkę z tysiąca i jednej nocy o Bachtiarze? – zapytała.
- Mmm… nie – a możesz odświeżyć mi pamięć Szeherezado?
- Owszem – uśmiechnęła się – Once upon a time… żył sobie ubogi człowiek imieniem Bachtiar. Pewnej nocy śniło mu się, że siedzi wygodnie przed chatą przed zastawionym stołem. Po jego prawej ręce siedziało słońce złote, po lewej księżyc z najczystszego srebra, a nad jego głową migotała gwiazda brylantowa. Oczywiście ruszył w świat w poszukiwaniu przygód, bogactwa i sławy, aż wreszcie ktoś straszliwie ważny, chyba sam szach, wezwał go i zlecił mu przyniesienie czegoś z rajskiego ogrodu. Bachtiar udał się tam i przywiózł to, co satrapa mu zlecił, ale… To był rajski ogród i kiedy piękna peri[1] podawała mu to coś, jej dłoń dotknęła ręki śmiertelnika, więc musiała opuścić ogród i zamieszkać z Bachtiarem.
Taka historia powtórzyła się jeszcze dwukrotnie i za każdym razem Bachtiar wracał do szacha czy też sułtana z wypełnioną zleconą mu misją i piękną peri u boku. I wreszcie stało się tak, że pewnego wieczoru Bachtiar usiadł przed swym domem, po prawicy zasiadła pierwsza peri, po lewicy druga, a trzecia stanęła za nim, a wtedy Bachtiar zrozumiał i tak rzekł: Oto spełnił się mój sen – po prawej stronie mam słońce złote, po lewej mam księżyc srebrny, a nad moją głową brylantowa gwiazda migoce…

W lot pojąłem aluzję.
- I jaki z tego wniosek? – zapytałem.
- Że brakuje wam kogoś, a że – jak mawiają Rosjanie – Boh trojcu ljubit… - uśmiechnęła się i jej policzki znów pociemniały.
- No tak, tylko że ty możesz wyglądać jak peri ze wschodnich baśni, ale ja nie jestem Bachtiarem – powiedziałem stanowczo – a poza tym Krystyna i Gemma też tu decydują i to na równych prawach.
Westchnęła.
- Pogadaj z nimi – poradziłem. – Myślę, że się zgodzą i dokooptują do naszego zespołu.
- A ty? – zapytała cichutko.
- A ja zaakceptuję ich decyzję – powiedziałem – i tak jestem w mniejszości. Idź zatem do nich…

Naïs najpierw spojrzała na mnie, potem szybko pocałowała w policzek i znikła pod pokładem. Uśmiechnąłem się.
- Atis! – powiedziałem głośno – proszę, dopisz jeszcze jedną osobę do listy załogi i przypomnij o wpisaniu do musteroli.
- Aye, aye skipper – odpowiedziała Atis. – Przed nami wybrzeża Sycylii.
- Opływamy ją od południa - zadysponowałem.
Widoczny na horyzoncie siny skrawek lądu z górującym nad nim stożkiem dymiącej Etny zaczął odpływać w prawo, a dziób jachtu wykręcił wprost w słońce południa.

Z dołu dobiegł mnie ciepły, kobiecy śmiech.


KONIEC



[1] Wróżka ze wschodnich, głównie arabskich baśni. 

sobota, 27 grudnia 2014

SŁOŃCE NAD MORZEM CZARNYM (9)



Odessa


Wyciągnęliśmy ROV na pokład i od razu ruszyliśmy, z miejsca biorąc kurs na Odessę. Umówiliśmy się z profesorem na dzień jutrzejszy na plaży w pododesskiej Fontance. Nie wiedzieliśmy, czym profesor się kierował wyznaczając nam to randez-vous w tym akurat miejscu, ale się zgodziliśmy. Ostatecznie materiał filmowy o rekinie musiał być przekazany – inne materiały miały polecieć… - nawet nie wiedzieliśmy prawdę mówiąc, gdzie. Zresztą mało mnie to obchodziło. Moje załogantki też jakoś się tym nie mogły przejąć, może poza Naïs – wszak to w końcu była jej działka. Wzięliśmy kurs na Odessę, co też było w trybie alarmowym, boż nie mieliśmy w ogóle zawijać do jakiegokolwiek portu. Ale potwierdziło się podejrzenie, że mamy do czynienia z czymś nietypowym i trzeba było coś z tym fantem zrobić…
- Jak myślisz – zagadnąłem Naïs – skąd ta bestia znalazła się w Morzu Czarnym?
- Prawdę powiedziawszy, to nie mam zielonego pojęcia – odparła obserwując ekrany przyrządów. – Nie wyobrażam sobie, by przybyła tutaj poprzez Morze Śródziemne i cieśniny tureckie.
- Czyli wykluczasz to, że ten rekin przypłynął tutaj sam – zapytałem.
- Stuprocentowo! – odparła.
Westchnąłem.
- No to mamy problem – rzekłem.
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy nawet, jaki…

Mimo pesymistycznych zapowiedzi, noc upłynęła spokojnie. Wielki Biały Rekin nie pokazał się w zasięgu naszej aparatury. Tym niemniej wolałem trzymać się na baczności. Nie wychodziłem ze sterówki, a Naïs towarzyszyła mi przez całą noc – chciała mieć oko na wszystko, co miało związek z Wielką Rybą – czy jak to ona nazywała – Megarybą. Wyrabialiśmy trzydzieści węzłów i odległość trzystu kilometrów dzielącą nas od Odessy pokonaliśmy prawie w pięć godzin, i teraz kołysaliśmy się na redzie czekając na wschód słońca.
- Nie wydaje ci się – powiedziałem do Naïs – że ten rekin trzyma się głębokich wód?
- Tak, i to mnie właśnie dziwi – odrzekła – przecież rekiny zazwyczaj żerują na płytkich wodach, na szelfie. Oczywiście są i oceaniczne rekiny, ale tak na dobrą sprawę nikt nie wie, jak żyły Megaryby…
- Ale zagadką pozostaje, skąd on się tu wziął? – to mnie niepokoiło. – No bo skoro pokazał się jeden, to co stoi ba przeszkodzie, by nie było tutaj całej rodzinki?
- Coś ci powiem – Naïs miała taką minę, jakby wpadła jej do głowy jakaś rewolucyjna myśl. – Ten rekin jest rekinem głębinowym. Nie może wypłynąć na głębinę, bo tam jest siarkowodór i metan. I on o tym wie. Ale poluje z dala od brzegu. Jego ofiarami są delfiny. I tylko delfiny, co też jest oczywiste, bo to największe zwierzęta wodne tego akwenu.
- Wielkie nieba! – wykrzyknąłem – już kapuję! Przecież delfiny czarnomorskie były używane przez Rosjan do walki z okrętami podwodnymi i nawodnymi a także z płetwonurkami!
- Zrozumiałeś! – wykrzyknęła Naïs z tryumfem w głosie. – I to jest właśnie powód, dla którego ta Megaryba się tutaj zjawiła! Chodzi o zatarcie śladu po eksperymentach, które wymknęły się spod kontroli!!!

Te słowa powtórzyliśmy profesorowi, który leżał obok nas na swoim kocyku, w parę godzin później na plaży w Fontance. Leżeliśmy obok siebie na słońcu mając profesora w środku. Gdyby nie okoliczności, to można by było pomyśleć, że to jacyś studenci omawiają wyniki dotychczasowej praktyki ze swym profesorem. Smażyliśmy się na czarnomorskim słońcu rozebrani do rosołu. Krystyna, Gemma i Naïs  w swych bikini przyciągały zainteresowane spojrzenia mężczyzn i nienawistnie-zawistne niektórych kobiet. I tak to powinno wyglądać dla postronnych oczu. Ale tak nie było, bo profesor Milczarek słuchał nas uważnie z drobnym uśmieszkiem przyklejonym do warg i popijał ciepławą colę z puszki. Kiedy skończyliśmy pokręcił przecząco głową.
- Myślenie i wnioski końcowe są w zasadzie prawidłowe, ale sprawy wyglądają trochę inaczej - rzekł.
- Czyli Megaryba i delfiny tresowane do walki z ludźmi należą do tego samego eksperymentu? – zapytałem.
- Nie, panie Laskowski – odrzekł profesor. – Tu było jeszcze coś innego.
- No niechże nas pan oświeci, profesorze! – Krystyna i Gemma były natarczywe, jak małe dziewczynki. – Proooosiiiimy! Przecież to nam się należy! Nadstawialiśmy wszyscy karku dla pana, więc powinien pan nam powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi! Tak nie można! – zakrzyczały go.
- No dobrze – rzekł wreszcie i machnął ręką – powiem wam, o co tutaj chodzi i co jest grane…
Zamieniliśmy się w słuch.
- W połowie lat siedemdziesiątych grupa radzieckich uczonych pod kierownictwem generała KGB zaczęła prace nad projektem, stworzenia jednostki odpowiednio przeszkolonych i wytresowanych delfinów, które można by było wykorzystać do walki w amerykańskimi i natowskimi jednostkami nawodnymi i podwodnymi oraz komandosami z morskich oddziałów desantowych, rozpoznawczych i dywersyjnych. Tak, tak – pani Krysiu – przeciwko pani i pani kolegom! To wiedzą wszyscy…
- …czyli plebs – nie wytrzymała Krystyna. – A co wie elita?
- Elita wie to, że delfiny te długo były posłuszne ludziom i rzeczywiście doskonale nadawały się do walki z okrętami i innymi ludźmi. Problem powstał, kiedy okazało się, że delfiny były w stanie topić zarówno wrogie jak i swoje jednostki… W ten sposób na Morzu Czarnym poszło na dno kilka statków Morfłota i okrętów Floty Czarnomorskiej ZSRR. Po prostu delfiny atakowały wszystko bez wyjątku i jakiejkolwiek selekcji, cokolwiek pływało w ich promieniu działania. Podobnie było z ludźmi – delfiny atakowały zarówno żołnierzy, jak i Bogu ducha winnych plażowiczów. No i trzeba było coś z tym zrobić…
- I wtedy pojawił się Wielki Biały Rekin-zabójca? – poddała domyślnie Gemma.
- Po rozpadzie Związku Radzieckiego zabrakło kasy na eksperymenty i nawet utrzymanie delfinów w wojskowym delfinarium, więc je po prostu wypuszczono. To było w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym. Wielki Biały Rekin pojawił się dopiero w dwa tysiące szóstym i nikt nie wie, skąd. Oficjalnie nie wie. Bo nieoficjalnie mówi się o tym, że okaz megalodona został schwytany w Rowie Mariańskim czy Filipińskim i przewieziono go, a potem wypuszczono w morze, w celu wytępienia agresywnych delfinów. Bo jest jeszcze jeden fakt, o którym nie wiecie – a mianowicie taki, że te delfiny, które  przystosowano do walki z ludźmi są GMO…[1]
- Genetycznie zmutowane? – powiedziałem. – Aaa…, no to teraz rozumiem, dlaczego one atakowały ludzi, a nie traktowały ich, jak osobników swojego gatunku.
- Wybitne skurwysyństwo – powiedziała Krystyna z niesmakiem.
- Całkowicie się z panią zgadzam – grzecznie powiedział profesor. – Zważcie jednak państwo i na to, że tego nie zrobili Rosjanie. To nie oni przywieźli i wpuścili tu megalodona.
- No to kto? – zapytała Krystyna.
- Tego właśnie nie wiemy – zafrasował się profesor. – Nikt jak dotąd nie przyznał się do tego, choć tylko jedno państwo – no dwa kraje na świecie dysponują taką techniką, by dokonać tajnie operacji schwytania i przerzucenia megalodona z Pacyfiku do Morza Czarnego.
- Ameryka i Japonia – odpowiedziała Naïs na nieme pytanie Gemmy.
- Hmmm… - jest jeszcze trzecia możliwość – wtrąciłem niespodziewanie.
- Kto? – wszyscy spojrzeli na mnie, jak na wariata. Wymieniłem szybkie spojrzenia z Krystyną i Gemmą.
- Profesorze, co Komitet Dziewiętnastu wie na temat chronomocji? – zapytałem Milczarka. Ten spojrzał na mnie ze zdumieniem.
- Nic – odrzekł.
- No to niech pan rozważy następującą możliwość – powiedziałem ważąc każde słowo – a mianowicie taką, że ktoś mógł opanować technikę przemieszczania materii ożywionej i nieożywionej w czasie i przestrzeni. Ktoś z dalekiej Przyszłości, kto postanowił naprawić genotypy wszystkich istot z naszej planety. Genotypy te zostały zwichrowane przez nieodpowiedzialne grzebanie w genach i zabawy z mutagennymi czynnikami, takimi jak niektóre środki chemiczne czy radioaktywne. Bo w Przyszłości doszło już do tego, że ludzi trzeba było produkować, a nie rodzić w sposób naturalny.
- To jakaś powieść science-fiction? – zapytał profesor.
- No, dajmy na to… - odrzekłem – ale pasująca do znanych faktów i ich ekstrapolacji. Ci ludzie zorientowali się, że trzeba wyeliminować niektóre GMO z biosfery naszej planety i dokonują tego w sposób, który nie wymaga angażowania technicznych eliminatorów GMO – w tym przypadku wystarczy jeden megalodon… - dokończyłem i pociągnąłem potężny łyk ciepławej coli, bo zaschło mi w ustach.

Profesor przyjrzał mi się uważnie.
- Czy pan wie coś, o czym ja nie wiem? – zapytał poważnym tonem.
- Zgaduję – powiedziałem zgodnie z prawdą.
- No cóż, nikt z Komitetu nie bierze na serio takiej możliwości – powiedział to powoli sondując nasze twarze uważnym spojrzeniem.
- Ale zasadniczo rzecz taka jest możliwa? – powiedziałem.
- Być może – odrzekł. – Nie jestem fizykiem, ale mogę zapytać fizyków. OK., a co państwo powiecie na temat tego, co się przydarzyło wam na pokładzie Admirała Masorina? – zmienił temat rozmowy.
Pokrótce opowiedzieliśmy mu także o tym, co tam się zdarzyło.
- Moim zdaniem – zakończyła Krystyna – to miało na celu pozbawienia nas możliwości wykrycia czegoś, co może zagrażać nam bezpośrednio z kosmosu: jakiegoś asteroidu, komety czy jeszcze czegoś innego, co byłoby możliwe do wykrycia tylko przy pomocy EST
- Być może ma pani rację – profesor sposępniał jeszcze bardziej upodabniając się do Davida Nivena – a to oznacza, że czekają nas kłopoty...

Resztę dnia przeleżeliśmy na plaży, a pod wieczór zabraliśmy się na pokład Atlantis MMII. Równo o ósmej wieczorem podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy wzdłuż brzegów Ukrainy na południe ku Bosforowi.


CDN.




[1] GMO – Genetycznie Modyfikowany Organizm.

piątek, 26 grudnia 2014

SŁOŃCE NAD MORZEM CZARNYM (8)



Morze Czarne – 30 mil na południe od Jałty


Na wysokości przylądka Foros zrobiliśmy zwrot ku wschodowi i znów zaczęliśmy penetrować morze, które tutaj było już głębokie. Sonar sygnalizował głębokość ponad tysiąca metrów. Zupełnie inaczej było w pobliżu Cieśniny Kerczeńskiej, gdzie znajdowaliśmy się na szelfie kontynentalnym.
- Właściwie nie ma sensu penetrować tych głębin, przecież one są abiotyczne – powiedziałem.
- Ba! – ale nie wiadomo, co właściwie się w nich może kryć – powiedziała Gemma.
- Na pewno nie stworzenie oddychające powietrzem rozpuszczonym w wodzie – roześmiała się Naïs. – A w chemiaki Daniela i japońskie Hedory jakoś nie wierzę…
- A co! Posłuchajcie: Chemiacus danielensis L. – jakże to brzmi! – powiedziałem z szyderczą powagą.
Roześmialiśmy się wszyscy.
- Co oznacza to L.? Chyba nie Linneusz? – zapytała Gemma.
- Laskowski, bo to ja je odkryję – odparłem.

Słońce powoli staczało się z szczytu nieba. Morze było niemal gładkie i nie widać było żadnych odznak jakiegoś krótkiego, ale paskudnego sztormu, z którego słynne są te wody. Kobiety wylegiwały się na słońcu, jak foczki – jedna obok drugiej. Miło było popatrzeć na nie pogrążone w błogim odpoczynku. Krystyna spała, Gemma rozmawiała z Naïs, która leżąc na brzuchu klepała w klawiaturę swego laptopa.

Atis prowadziła jacht w kierunku wschodnim. Wyglądało to na zwyczajny, wakacyjny rejs. A ja czuwałem przy sonarach. Do końca wachty pozostały dwie godziny, potem zmieniała mnie Krystyna.
- Gdzie jesteśmy? – zapytałem Atis.
- Trzydzieści mil na południe od Jałty – usłyszałem odpowiedź – czterdzieści…
- Nie trzeba – odpowiedziałem.
- Uwaga! Sonar sygnalizuje obiekt odpowiadający parametrom poszukiwanemu zwierzęciu – odezwała się nagle Atis. – Położenie: prawo sto sześćdziesiąt, odległość trzy mile, głębokość siedemdziesiąt metrów i idzie kursem na nas z prędkością dwudziestu węzłów. Rozmiary: długość około dwadzieścia dwa metry, szerokość trzy i pół metra.
- Cholera, to rzeczywiście jest potwór – pomyślałem.
Rzuciłem okiem na ekran – podłużny obiekt szybko zbliżał się do środka ekranu, gdzie znajdował się Atlantis MMII. Chyba zwabił go nasz sonar.
- Odnotuj pierwszy kontakt i ogłoś alarm! – poleciłem Atis.
- Aye, aye sir! – i po chwili rozległ się buczek alarmowy.

Pierwsza do sterówki wpadła Naïs.
- I co!? Jest!!!??? – zawołała.
- Quod erat demonstrandum – powiedziałem wskazując na ekran.
- Ale wielki! Co to może być? – powiedziała patrząc w jego zielonkawą głębię.
- Na pewno nie waleń – powiedziałem. – Za chudy nawet na najmniejszego wieloryba. Poza tym Turcy widzieliby go przepływającego przez Dardanele i Bosfor.
- A więc rekin? – Naïs zrobiła zdumioną minę. – Ale jaki? Chyba nie Rhincodon typus czy Megachasma pelagios, albo Cetorhinus maximus… One są planktonożerne, a ten…
- Ale one mierzą do dwunastu metrów, a to ma dwadzieścia dwa… - dodałem.
- Chyba, że to jest… - Naïs naraz zbladła. Zrozumiałem ją w lot.
- … Carcharodon megalodon… - dokończyłem za nią. Spojrzeliśmy na siebie. W jej oczach czaił się autentyczny strach.
- Nie do wiary – powiedziała cicho – to niemożliwe…
- Nie mówicie tego serio? – usłyszałem za sobą głos Gemmy. 
- Przecież megalodony wyginęły szesnaście milionów lat temu – dodała Krystyna. Obie ubrały się w jednoczęściowe stroje pływackie i były gotowe do działania. 
- Taaak? No to co tam pływa? – zapytałem wskazując kciukiem na ekran sonaru, na którym biała plama ogromnej ryby rozrastała się i zbliżała z każdą sekundą.
- Eeee, tam – bąknęła Krystyna.
- Krysiu, no kto jak kto, ale ty powinnaś w to uwierzyć… - powiedziałem nawiązując do naszej afrykańskiej odysei. – Atis, proszę daj STOP – poleciłem
- Jest STOP – jacht poruszał się już tylko siłą bezwładu.
- Co robimy? – zapytała Naïs.
- To, po co tutaj przyjechaliśmy – odparłem – wyrzucimy ROV i obejrzymy to coś, cokolwiek to jest.
- Patrzcie! – krzyknęła Gemma wskazując palcem na morze po lewej burcie.
Spojrzeliśmy w tamtym kierunku. W kierunku lądu płynęło bardzo szybko stadko delfinów, a za nim drugie.
- Delfiny wyczuły niebezpieczeństwo – rzekła Naïs. – Tam jest za mocna dla nich konkurencja…
- Atis! Proszę przygotować ROV do zanurzenia – poleciłem.
- Jest przygotować ROV – odpowiedziała Atis.
Z tylnego pokładu wyrósł nagle niewielki dźwig przy którym kołysał się nieduży obły aparat do podwodnych prac, fotografowania i filmowania.
- ROV gotowy – zameldowała Atis.
- Puszczamy – wydałem polecenie – i daj od razu obraz na główny ekran, OK.?
- OK. Puszczam ROV – padła odpowiedź.
Jednocześnie postać Atis znikła z głównego ekranu, a na jej miejsce pojawił się obraz przekazywany przez kamerę ROV. Widać było nasz jacht, a potem już tylko błękitną toń wodną, w którą robot zanurzał się coraz głębiej z każdą chwilą. Ciemniała w miarę schodzenia ROV coraz niżej i niżej.
- Siedemdziesiąt metrów – zameldowała Atis.
W niebieskawej toni widoczność była doskonała.
- Gdzie jest nasz cel? – zapytała Naïs.
- Dwa kable od ROV na południe – usłyszeliśmy w odpowiedzi. – Trzysta siedemdziesiąt metrów…
Obróciłem ROV by spojrzeć temu czemuś w ślepia.
- Jest! – usłyszałem napięty szept Krystyny. – Boże, ależ to kolos!

Ogromny rekin miał biało-szarą skórę, która emanowała zielonkawą poświatą. Zbliżał się bardzo szybko do ROV. Z tej odległości widać było jego duże, szaro-niebieskie oczy. Poza tym nie było żadnych innych znaków szczególnych.
- Mam nadzieję, że to ktoś filmuje – zapytałem.
- Oczywiście – odpowiedziała Atis.
Nie dziwiłem się, że Krystyna wzywała Najmądrzejszego. To była największa ryba, jaką kiedykolwiek widziałem w życiu. I najbardziej drapieżna. Nie było przy niej ryb-pilotów i podnawek. To zły znak…

W jej wyglądzie było coś złowrogiego i pierwotnego. Rekin z filmu Spielberga wyglądał przy tym potworze, jak niewinna szprotka. Prawie na jeden kęsek dla tego potwora, o ile żywiłby się plastikiem… Potwór powoli, jakby od niechcenia ruszając ogonem zaczął opływać ROV. Najwidoczniej sprowokowały go odgłosy pracy śrub napędzających robota.
- Szykuje się do ataku – szepnęła  Naïs.
- Atis? Ile możesz zrobić hałasu swoim hydrolokatorem? – zapytałem tknięty nową myślą.
- Ponad trzysta decybeli – odpowiedziała natychmiast.
- Walnij go wiązką kierunkową i pełną mocą, gdyby był zbyt natarczywy, OK.? – poprosiłem.
- Aye, aye sir! – odpowiedziała.
A potem stało się kilka rzeczy naraz, bo wielki rekin zaszarżował na ROV. Zanim zdążyłem zareagować, Atis puściła serię impulsów w kierunku olbrzyma, który zwinął się i zawrócił.
- Ucieka na południe – powiedziała Gemma obserwująca ekran sytuacyjny.
- Wyciągamy ROV, starczy emocji na dzisiaj. Mamy to, o co nam chodziło. Zaraz nadamy sygnał do profesora i zabieramy się stąd.
- Taki agresywny? – Krystyna wzruszyła ramionami – chyba raczej wściekle głodny, skoro nie pogardził taką nędzną przekąską, jak ROV…
- Aha, tylko nie zapominaj, że zlokalizował już coś, co może zinterpretować jako dużego wieloryba, którego warto zaatakować… - powiedziałem z nutką groźby w głosie. – Na razie się obroniliśmy, ale utraciliśmy efekt zaskoczenia, a nie mamy żadnej broni na pokładzie!
- No nie! – krzyknęła Gemma. – Nie myślisz chyba…
- Nic nie myślę – powiedziałem twardym tonem – ja wiem. Jego następnym celem staliśmy się my…



CDN.