Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chronomocja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chronomocja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 kwietnia 2024

Blaník i jego rycerze – historia mistyfikacji

 


Karel Dudek

 

W 1889 roku na podstawie tej owianej złą sławą historii pewnego autora powstał barwny felieton „Jaka jest prawda”. Ukazał się 18 sierpnia w „Národní polityka”, podpisany jedynie inicjałami H.V.B. zamiast nazwiska, więc do tej pory nie było wiadomo, kto go właściwie napisał. Poza tym ten felieton do dziś stanowi niemal dowód na to, że w górze Blaník rzeczywiście istnieje coś w rodzaju bramy czasoprzestrzennej, przez którą można przedostać się do innej rzeczywistości i spotkać tam nie tylko blanickich rycerzy, ale także inne istoty.[1] Naprawdę?

Jaki był sens felietonu? Wszystko zaczęło się od usunięcia jednego z kamieni węgielnych pod budowę Teatru Narodowego w 1868 roku. Do przepaści w kamieniołomie wpadł niejaki robotnik nazwiskiem Václav Podbrdský i nie odnaleziono wówczas jego ciała. Najwyraźniej stwierdzono zgon. Co ciekawe, po osiemnastu latach (w 1886 r.) pojawił się i zwrócił się do sądu we Vlašimie o wypłacenie utraconej pensji. Opowiedział sądowi szczegółowo swoje przeżycia ze spotkań ze znanymi czeskimi postaciami historycznymi mieszkającymi w Blaníku. Sąd był łagodny. Wystawił właścicielowi kamieniołomu nakaz zapłaty na jedenaście guldenów i na tym koniec. Nie skończyło się to jednak dla żołnierzy, którzy zaatakowali Podbrdskiego za uchylanie się od służby wojskowej. Nawet sąd wojskowy ostatecznie go uniewinnił, myśląc prawdopodobnie o stanie psychicznym danej osoby to samo, co sąd cywilny.

 

Zagadka rozwiązana

 

Wskazówką na ile prawdziwa jest ta historia może być osobowość jej autora, jednak przez długi czas pozostawał on nieznany. Zapytanie do Biblioteki Narodowej nie przyniosło skutku. Tam też nie znali autora felietonu. Więc to było wyzwanie. Na pierwsze odkrycie nie trzeba było długo czekać. Na szczęście autor pod tym skrótem napisał nie tylko ten felieton, ale także książkę „Kolonizacja Serbii – nienarodowy traktat o kolonizacji w Serbii i lekcje dla naszych chłopów”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Kober jako prywatna wydanie w 1880 r. Publikacja musiała uzyskać akceptację cenzury C.K., w przeciwnym razie nie ujrzałaby światła dziennego. Gdyby pozwolono na druk, dzieło to mogłoby już pojawić się w dowolnej antologii lub almanachu, a redaktor nie narażałby się na drukowanie samizdatu. Poszukiwania były kontynuowane.

Autor tego artykułu natknął się także na czasopismo bibliograficzne „Urbánka – miesięcznik przeglądowy literatury, muzyki i sztuki”, t. I. 1880 nr 5. s. 102, gdzie informacja o książce Kolonizacja Serbii podana jest dosłownie, łącznie ze skrótem nazwiska autora H. V. B. Kolejne, drugie wydanie tego czasopisma z 1881 r. było już bardziej rozpowszechnione. Na s. 75 zapisano: „Akta kolonizacji Serbii (por. U. VI. nr 5 s. 102, napisane według Czeskiego Południa nr 23 (4 marca 1881) przez Hynka Viléma Buriana, główny inspektor serbski, ok. urodzony w majątkach, urodzony w 1850 r. w Ml. Vožica.”

Autor felietonu wreszcie utracił anonimowość. Trzeba było przyjrzeć się temu nieco bliżej:

                                        Hynek Vilém Burian

     Ur. 14. 2. 1851 Mladá Vožice – zm. 15. 3. 1908 Nowy Bydžov

Praska „Gazeta ekonomiczna” z 1 kwietnia 1908 roku opublikowała na pierwszej stronie portret Buriana i nekrolog na stronie 77. Tylko jedna kolumna, ale wystarczy. Te trzy informacje były niezbędne do dalszych badań. Do 1888 roku był dyrektorem szkoły ekonomicznej w Czeskich Budziejowicach, w latach 1870-72 odbył stałą służbę wojskową i władał ośmioma językami. Poliglota. Pisał artykuły, polemiki, felietony. Do pisma „Tábor”, do „Czeskiego Południa”, a nawet do pisma, które istnieje do dziś, do pisma „Vesmír”, 15.02.1890 nr 9. t. XIX s. 98 – artykuł pt. „Ślepy Słowianin”. Jego fachowe publikacje z zakresu pomologii utrzymywały w swoim czasie wysoki poziom naukowy. Można je jeszcze spotkać w niektórych antykwariatach i na pewno nie są tanie.

Mladá Vožice są oddalone od Blaníka o 18 kilometrów, a dla grupy chłopców nie była to wówczas żadna odległość. Dla pana Buriana Blaník stał się najwyraźniej sprawą serca i pięknym wspomnieniem dzieciństwa.

Kamień dla Teatru Narodowego został przysłany z Blaníka w 1868 roku i być może autor felietonu nie był pierwszym, który o nim pisał. W końcu minęło 21 długich lat. Nie był. W czasopiśmie „Budivoj”, rok XXII, nr 58, z czwartku 22 lipca 1886 roku znajdował się dokładnie ten sam tekst i nawet ten sam tytuł. Trzy lata wcześniej. Jednak podczas bardziej szczegółowej lektury nie pominięto kilku danych, które przydały się w dalszych badaniach. Nie było jej już w kolumnie. Był tam numer nakazu zapłaty z sądu właszimskiego dla kamieniarza i numer pułku, w którym sądzono bohatera kolumny Podbrdskiego za uchylanie się od służby wojskowej. Autor artykułu nie jest wymieniony. Ale nic nie zostało stracone. W tym samym roku na stronie 103, z datą 30.12.1886, znalazła się wzmianka „Vojtík v Blaníku”. Podpisał się ponownie H. V. B. Jeżeli pan Burian był autorem lipcowego artykułu, to dlaczego sam się nie podpisał? Numer nakazu zapłaty mógł być znany jedynie osobie, której dotyczył, oraz osobom z sądu. Czy pan Burian miał na dworze znajomego, który przekazał mu tę informację, dla większej wiarygodności historii? Czego obawiał się Burian, kiedy trzy lata później usunął tę informację ze swojej kolumny w „National Politics”?

 

Gdzie się podział Podbrdský?

 

To jeszcze nie koniec sprawy. Trzeba było rozprawić się z panem Václavem Podbrdským, który odegrał główną rolę w tej historii.

Rozpoczęły się poszukiwania w rejestrach. Dziesiątki rejestrów, tysiące stron. Louňovice pod Blaníkem, Kamberk oraz inne miasta i wsie. Dopiero w Domašínie autor odniósł sukces. W metrykach miejskich, które od 1980 roku wchodzą w skład Vlašimi. I nie tylko w rejestrach. Na miejscowym cmentarzu odnalazł także grób rodziny Podbrdských, o którą dbano z miłością i troską. W kwietniu 1868 roku pan Václav Podbrdský miał pracować przy ciosaniu kamienia dla Teatru Narodowego. Rejestry niewiele pomogły w tym zakresie. Znaleziono w nich tylko jednego Wacława. W chwili łamania kamienia miał 81 lat, więc nie było o nim mowy. (28.08.1787 + 4.08.1871 Państwowe Archiwum Regionalne w Pradze. Domašín 01 s. 59 - Domašín 07 s. 158)

 

Dalszych informacji w tym kierunku dostarczyło czasopismo Muzeum Narodowego w Pradze, seria historyczna nr 3-4, rok 1983.

 

Blaníkowi poświęcono także obszerny, kilkustronicowy artykuł poświęcony wszystkim kamieniom z historycznych miejsc Czech, przesłanym na fundacje Teatru Narodowego. Pewien, najwyraźniej bardzo przedsiębiorczy urzędnik, nadleśniczy z Louňovic pod Blaníkem, nazwiskiem Čeněk Fisher, zdecydował, że i on się dołoży. Z pewnością kamienia nie rozbił sam, powierzył go niejakiemu Františkowi Růžičce i panu Staňkowi. Mówią, że to doświadczeni kamieniarze. To zależy. Jedyna osoba o tym nazwisku z Louňovic urodziła się w roku 1850, a więc była osiemnastoletnim chłopcem. Siła niewątpliwie tak, ale na pewno nie doświadczenie murarza. Kamień, który wybili, nie pasował. Był za mały. Pan Fisher najwyraźniej też go nie lubił. W liście z 14 kwietnia 1868 roku nieśmiało pyta Pragę, jak duży powinien być ten kamień. Z krzyżem po zabawie. Była to bezużyteczna praca i kamień trafił do piwnicy miejscowego browaru. Drugi kamień już się udał i dziesiątego maja z wielką pompą wysłano go do Pragi. Zamieszczone zostało tu także oświadczenie geologów. Kronika Louňovic podaje, że kamień wydobywano na Slepičí skále, około 500 metrów od szczytu Velkégo Blaníka. Jednak lokalna ortorula nie zawierała turmalinu, ale kamień wysłany do Pragi tak. Coś tu nie gra. Turmalin w ortuli znajdował się w kamieniołomie Křížovský, około trzykrotnie dalej od szczytu, w kierunku północno-wschodnim. Kronika najwyraźniej mówiła o pierwszym, nieudanym kamieniu.

Rok 1866 był czarnym rokiem dla Austrii. Na początku było samozadowolenie możnych, bezkrytyczna ocena własnych sił i ogólny entuzjazm społeczeństwa, przetwarzany przez propagandę. Potem przyszła bitwa pod Sadową i ciężkie otrzeźwienie. Nawet kac był długi. Ludność pod Blaníkiem bardzo odczuła konsekwencje przegranej wojny z Prusami. Zmuszeni byli zakwaterować i nakarmić żołnierzy pruskich. I ich konie, oczywiście. W drugiej połowie XIX wieku nie trzeba było się starać o rozstrzelanie. To nie było potrzebne. Wystarczyła ludzka nieostrożność. W Domašínie, który dziś jest częścią Vlašimi, w tym samym roku pożar strawił pięć domów. Na razie. Nie minie dużo czasu, zanim wypali się kolejnych osiemnaście. Na szczęście żołnierze pozostali z tyłu i zostawili miejscową ludność w spokoju. Na ich miejscu zaczęła szaleć cholera. Ponad trzydzieści osób zginęło w niecałą jesień. Natura przejęła kontrolę i ukarała ludność nieurodzajami, które trwały kilka lat. Deszcze i mrozy przeplatały się z upałami i suszą. Profesor gimnazjum František Augustin Slavík szczegółowo opisał tę niefortunną historię w swojej książce „Historia Domašína, jego osady parafialnej i dawnego folwarku w Táborsku”, wydanej w Táborze w 1882 r. Bieda, głód, choroby. Żałosne podejście do życia.

Władze straciły panowanie nad sobą. Nakazy, zakazy, ograniczenia. Każdy obóz ludowy, każde spotkanie, każdy dobrowolny spektakl teatralny był niebezpieczny. Rok 1848 nadal bardzo żywo zapisał się w pamięci ludzi. Jednak kamieniem węgielnym pod Teatr Narodowy było już coś, czego nawet władze nie odważyły ​​się zabronić. To naprawdę nie było warte zamieszek, które z pewnością po nich nastąpią. Prawdziwy Václav Podbrdský potrafił zrobić to samo, co wielu jego rodaków w tamtym czasie. Zdobył pieniądze, sprzedał, co mógł, a potem po prostu patrzył, jak Statua Wolności zbliża się doń z pokładu trzeciej klasy parowca. Była to jedna z możliwości wyjaśnienia jego nieobecności, która trwała osiemnaście lat.

 

Amerykański ślad

 

Cleveland w stanie Ohio to dziś duże miasto liczące trzy miliony mieszkańców. Leży nad brzegiem jeziora Erie, pomiędzy przemysłowymi gigantami Pittsburghem i Detroit. W czasach, o których tu piszemy, mieszkała tu prawie 30-tysięczna mniejszość czeska. Miasto w mieście i czeskie czasopismo „Dennice novoveku”. W piątek 20 maja 1887 roku w dziale Muzeum Głupoty ukazał się ciekawy artykuł. Pewnie domyślasz się który. Tak, ten sam artykuł, co rok wcześniej w „Budivoju”, ten sam artykuł, co dwa lata później w „National Politics”. Wysłany do USA przez jakiegoś emerytowanego oficera. Ciekawość i ciekawość, którą pan Václav Šnajdr, właściciel gazety, bardzo chętnie imponował swoim rodakom. I na samym końcu. Ta sama gazeta dwanaście lat później, w czwartek 26 stycznia 1899 roku, opublikowała artykuł zatytułowany „Medytacja niedzielna”. Podpisano przez Podbrdskiego. Nic więcej. W tym druku nazwiska żeńskie nie zostały odmienione, co rozwiązano, umieszczając imię, aby było jasne, czy autor był mężczyzną, czy kobietą. Znajdował się tu jedynie podpis Podbrdskiego, zatem autorem niewątpliwie był mężczyzna.

Kto zatem w 1886 roku stanął przed sądem wojskowym? Mówi się, że został rozpoznany przez krewnych i sąsiadów. Jeśli jego historia była tylko bzdurą, dlaczego wracał? Nostalgia? Sąd uniewinnił go wówczas, skłaniając się ku ocenie obrony, że nie byłoby to najlepsze dla stanu psychicznego oskarżonego. Stracili nim zainteresowanie żołnierze i władze z pewnością także. Na pewno nie był chory psychicznie. Jak twierdzi mistrz kamieniarski Šolínek, pracowali oni wówczas z prochem. Czy mistrz powierzyłby takie dzieło swemu robotnikowi, gdyby nie był przy zdrowych zmysłach? Kim był ten Podbrdský w Dennicy Novovek ze stycznia 1899 roku? Dziś prawdopodobnie nie uda się tego dowiedzieć.

 

Sprawa rycerza Putzlachera

 

Można by wszystko zakończyć faktem, że ci autorzy Odrodzenia odegrali razem, a ostatecznie z nami, swego rodzaju farsę, o której dziś nam umyka, i odesłać historię Blaníka i jego rycerzy tam, gdzie jej miejsce, czyli do krainy legend i bajki.

Ale co mamy z tą, tym razem prawdziwą historią, która wydarzyła się kilkadziesiąt lat wcześniej i mocno zaniepokoiła ówczesne władze?

Opisano ją na s. 444-446 w czasopiśmie „Illustrirte chronik” Böhmen – Praga 1853. Drukowano tuszem, na szczęście dobrej jakości, dzięki czemu tekst był czytelny. Przy pomocy tłumacza i logiki autor tego artykułu uzyskał następujący tekst:

 

Przyczynek do historii góry Blaník w Czechach

 

W roku 1826 lub 1827 w ciepły i słoneczny letni dzień komisarz okręgowy Beroun, rycerz Tomáš Putzlacher z Pragi, przybył do wsi w pobliżu góry Blaník, gdzie odbył oficjalne spotkanie. Po zleceniu postanowił udać się do swojego przyjaciela z młodości, hrabiego Küenburga, który zaprosił go już do Mladej Vožicy. Droga prowadziła bardzo blisko góry Blaník. W dobrym humorze rozmowny pan Putzlacher zaczął opowiadać swojemu ochroniarzowi, z którym siedział w powozie, o rycerzach pod dowództwem szlachcica Zdenka. Jego słuchacz wyśmiał to i pozwolił sobie na obraźliwą uwagę na temat śpiących rycerzy. Komisarz okręgowy upomniał szydercę, aby był cicho, ale to nie pomogło. Podróżnicy byli jeszcze za Blaníkiem, gdy na spotkanie z nimi wyruszyła duża grupa jeźdźców. Grupa rycerzy w ciemnoniebieskich zbrojach, z przyłbicami na twarzach. Twarze z długimi, krzaczastymi brodami. W rękach trzymali miecze bojowe. W tumanach kurzu galopowały tuż za tylnymi kołami wozu, aby pasażerowie mogli za nimi podążać. Woźnica starał się jechać jak najszybciej.

Jego ochroniarz popadł w głęboką nieprzytomność. Grupa jeźdźców towarzyszyła im przez bardzo długi czas, aż w końcu zniknęła w tumanach kurzu piaszczystej drogi. W Mladej Vožicy lekarz musiał otworzyć żyłę omdlałemu mężczyźnie i powrót do zdrowia trwał cztery długie godziny.

Pan Puzlacher przebywał u hrabiego przez kilka dni, aż pacjent wyzdrowiał. Jednak incydent z rycerzami blanickimi szybko rozprzestrzenił się po całym mieście i okolicach. Już trzeciego dnia Putzlacher otrzymał list od starosty z Tábor, w którym prosił o wizytę przed wyjazdem do Pragi. Musiał złożyć przysięgę zeznań i nakazano mu zachować najwyższą tajemnicę służbową wydarzenia. Musiał także nakazać zachowanie tej tajemnicy swojego ochroniarza i woźnicy. Nic nie mówić na ten temat. Cały protokół został natychmiast przesłany do Pragi, do najwyższego wówczas burgrabiego, hrabiego Chotko.

Wszystko, co tu zostało powiedziane, opowiedział mi stary człowiek, urzędnik hrabiego, i dał mi słowo honoru. Opowiedział o innym zdarzeniu, które miało miejsce jesienią następnego roku. Na górze Blaník odbyło się wielkie polowanie. Jeden z myśliwych zastrzelił daniela, a kiedy poszedł po niego, jeden z rycerzy już go niósł. Położył daniela na ziemi, odszedł kilka kroków i zniknął.

Byłoby wysoce pożądane, aby na dowód prawdziwości tej narracji niektórzy z panów pracujących nad tą ilustrowaną kroniką zwrócili się do archiwów wspomnianych władz lub do hrabstwa hrabiego Küenburga i jego urzędników w Mladej Vožicy lub do byłego komisarza powiatowego w Beroun, pana Tomáš Putzlacher, obecnie starosty powiatowego w Chrudimiu.

Wszystko wydarzyło się tak, jak opisałem i nie dodałem ani słowa, co potwierdzam swoim podpisem.

Jan Křtitel Peterka – lekarz praktykujący.

W Pradze 12 marca 1852 r.

 

Ciekawe, prawda? Autor tego artykułu, co zrozumiałe, potwierdził istnienie rycerza Tomáša Puzlachera (1795 -1872). On naprawdę żył, nie był postacią fikcyjną. Nie był to skostniały austriacki urzędnik tamtych czasów, ale osoba wykształcona. Jako wojewoda w Pilźnie zabiegał o remont i ponowną konsekrację kościoła św. Jakuba Wielkiego w Nepomucenie (1857 – 1859), który został zniesiony w czasie reform józefińskich.

W tym przypadku postępowanie władz jest również zrozumiałe. A co by było, gdyby wśród Czechów zaczęły krążyć pogłoski, że rzeczywiście mają w Blaniku własną armię w odwodzie?

 

Zainteresowanie III Rzeszy

 

Ale ta historia wciąż się nie kończy! Po dokładniejszym zbadaniu skały Veřejovej można odkryć kilka starannie wykonanych otworów w dnie jednej z nisz. Krążą pogłoski, że jest to dzieło grupy ludzi z nazistowskiego projektu Ahnenerbe. Zainteresowanie wyraził SS-Reichsführer Heinrich Himmler, mający obsesję na punkcie germańskiego mistycyzmu. A co jeśli wejście do tajemniczej, podziemnej krainy Agartha jest właśnie tutaj? Po co trudzić się aż do Tybetu? To, co wówczas odkryli, najwyraźniej gdzieś przepadło podczas niszczenia materiałów tej organizacji. Kto wie?

Tegoroczny Wielki Piątek był dla naszej grupy badaczy naprawdę bardzo ciekawy. Mieliśmy zamiar spędzić noc na Skale Veřejovej na Blaníku. Zawiasy są częścią drzwi, czyli wejścia, w tym przypadku gdzieś na zawsze. Imię pasujące i być może prawdziwe. Są miejsca, które pomimo całego Twojego sceptycyzmu wobec plotek i plotek, wprowadzą Cię w niepewność. Wahasz się. A co jeśli... Zachowasz to dla siebie, ale jestem pewien, że inni myślą to samo. Tak było również w tym przypadku. Za stożkiem światła latarki zaczynał się bukowy, tajemniczy las i postrzępione skały. Była pełnia księżyca, ale była doskonale ukryta za niskimi chmurami pełnymi śniegu i wody. Ciemno, choć w pysk daj. Nie byliśmy wyposażeni ani w różaniec, ani w kropidło. Urządzenia pomiarowe i technika dokumentacyjna były w pogotowiu. Przyznam, że nawet przez chwilę zastanawiałem się, co bym zrobił, gdyby skała rzeczywiście się otworzyła. Na szczęście (lub niestety) przyroda uchroniła nas od wahań, przy pomocy gradu lodowego, później obfitych opadów śniegu i wreszcie ulewnego deszczu. Około wpół do drugiej w nocy zrezygnowaliśmy z kolejnego pobytu i resztę nocy spędziliśmy w samochodach, na parkingu pod Blaníkiem.

Badacz i autor tego artykułu nie chciał jednak szukać wyłącznie na monitorze komputera. On i jego koledzy uznali za konieczne skupienie się na Blaníku w najważniejszym miejscu. Na Skale Veřejovej. Wybrał także ważny dzień otwarcia skał, a dokładniej Wielki Piątek tegorocznej Wielkanocy. Niestety natura nie sprzyjała zespołowi badawczemu. Księżyc był w pełni, ale ukryty za niskimi chmurami. Po północy śnieg zamienił się w ulewny deszcz, a wyprawa wolała spędzić resztę nocy w samochodach na parkingu.

Na razie więc możemy być spokojni, w Blaníku nie dzieje się nic szczególnego ani nadzwyczajnego. Tylko w naszej historii literatury pojawiła się jeszcze jedna obnażona mistyfikacja literacka.

 

Dodatek od Autora

 

To nie ma znaczenia. Śpiące wojsko jest wszędzie. Babia Góra w Polsce, Sitno na Słowacji, Blaník w Czechach, Jindřich Ptáčník[2] śpi na wzgórzu w Niemczech, Król Arthur w Anglii, we Francji… Krótko mówiąc, na każdym właściwym wzgórzu jest armia.

Ta sprawa jest o tyle ciekawa, że ​​w archiwum jest orzeczenie sądu, więc będzie w tym trochę prawdy, więc w Blaníku czasami Czas naprawdę robi ze swoim czasem, co chce…

 

Moje 3 grosze

 

Jeżeli idzie o Polskę, to najczęściej mówi się o śpiących rycerzach w tatrzańskim Giewoncie oraz w Czantorii na Górnym Śląsku. Niestety, pomimo tylu dziejowych zawieruch rycerze ci śpią nadal snem nieprzebudzonym i nie wychodzą, by walczyć za Polskę. Może to wszystko, co przeszliśmy jest jeszcze niewystarczające do Ich interwencji? A może dowiedziawszy się o broni termojądrowej i rakietach zwyczajnie dali sobie spokój? Miejmy nadzieję, że jednak wyjdą z jaskiń w czasie III Wojny Światowej.

Jakże to wszystko gorzko brzmi…

I wszystko byłoby OK., gdyby nie mały drobiazg, a mianowicie raport z brytyjskiego Projektu Pennine. Otóż tam także wspomina się o spotkaniach z rzymskimi wojownikami i innymi „duchami” i „widmami” z czasów rzymskiego panowania na tych ziemiach. No i oczywiście istnieje wiele raportów o obserwacjach i Bliskich Spotkaniach z Nieznanymi Obiektami Latającymi i ich pasażerami. Dlatego uważam, że błędem byłoby całkowicie przekreślać relacje spod i z Blanika.

Podobnie dziwne rzeczy, szczególnie z Czasem maja miejsce w niemieckich  Alpach Wapiennych, a związane są z masywem górskim Mt. Untersberg, gdzie m.in. zanotowano zniknięcia i zjawianie się ludzi w poślizgach czasowych, co opisał swego czasu Peter Krassa. A tak już nawiasem mówiąc, to niedaleko znajdowała się górska kwatera Führera III Rzeszy, który przebywał w niej często i stanowiła centrum kierowania państwem i centrum decyzyjne operacji wojennych na frontach II Wojny Światowej. I kto wie, czy Hitlerowi i jego akolitom nie przyszło czasem do głowy, by nie dało się zmienić niekorzystnych zmian na frontach przy pomocy manipulacji Czasem?

Osobiście jestem zdania, że poza pracami nad bombą A, sztucznym złotem i innymi szalonymi pomysłami bonzów III Rzeszy, w kompleksach Der Riese w Górach Sowich na Dolnym Śląsku, toczyły się tam prace nad chronomocją – tj. przemieszczaniem się w Czasie. Niektórzy badacze zagadnienia, jak np. Gerd Burde w swym filmie twierdzi wprost, że naziści chcieli opanować podróże w Czasie i takim pojazdem-chronolotem był dyskoplan V-7.

Ale to jest już temat z innej ballady…

 

Przekład z czeskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz   



[2] Henryk I Ptasznik (876-936) – król Franków Zachodnich, pogromca Słowian. Himmler uważał się za jego wcielenie i kontynuatora.

czwartek, 25 listopada 2021

Czy UFO podróżują w Czasie?

 


Obcy są Amerykanami: czy UFO są pilotowane przez wędrujących w Czasie ludzkich „odległych potomków”?

Obserwacje Dalekie i Bliskie Spotkania z UFO miały i nadal mają miejsce od stuleci, od czasów faraona Tutmozisa III, którego skryba opisywał „gorejące dyski”, które widział on płynące niebem w 1440 r. p.n.e. Potem odnotowano niezliczoną ilość tego rodzaju doświadczeń od czasu tego pierwszego znanego nam ufoincydentu, z ogromną ilością w ostatnich latach, które nie przypominają jeden drugiego.

Pewien akademik stał się znanym po opublikowaniu nowej teorii „obalającej paradygmat”, że obserwacje UFO są realne – a Obcy są odległymi potomkami ludzi, którzy powracają na Ziemię z odległej Przyszłości w celu badania swego gatunku od swej ewolucyjnej Przeszłości.

Dr Michael Masters – profesor biologicznej antropologii w Montana Technological University w Butte (MO) jest przekonany, że jego teoria wyjaśnia wszelkie osobliwości w opisach Obcych.

- To jest głębokie spojrzenie w naszą ewolucyjną Przeszłość – mówi on w wywiadzie dla Express.co.uk - w kontekście naszej biologicznej i kulturowej ewolucji i jeżeli te same dominujące trendy, które charakteryzują ostatnie 6 mln lat ewolucji hominidów są kontynuowane w Przyszłość, to będziemy mieli taką formę bardzo podobną do tej, jaka jest raportowana w przypadkach wielu CE z Obcymi. Oni będą mieli znacznie rozwiniętą mózgoczaszkę dzięki rozwojowi mózgu i co najważniejsze zmieni to zasadniczo kształt czaski na bardziej kulisty  i okrągły, dojdzie do redukcji jej dolnej części, która dominowała przez ostatnie 6 mln lat ludzkiej ewolucji.

Tak więc patrząc na opisy tych wszystkich istot, jeżeli potraktujemy je poważnie i uwierzymy w ich prawdziwość, to fakt że wciąż są w nich opisywane dwunożne, wielkogłowe, o małej twarzy i bezwłose człekokształtne istoty – jak sądzę jest to godne rozważenia.

 

Prof. Masters, który napisał książkę pt. „Identified Flying Objects” właśnie na ten temat sądzi, że teoria ta jest słuszna z dwóch powodów.

- Jest to przede wszystkim testowalny model, który daje mu trochę więcej wiarygodności, przynajmniej jako naukowego środka do badania tego – w tym sensie, że jeśli nadal będziemy istnieć, w końcu osiągniemy punkt, w którym wiemy niezależnie od tego, czy to my wsiadamy do tego statku i cofamy się w czasie, aby zbadać naszą własną ewolucyjną przeszłość, czy nawet unicestwiamy siebie i niszczymy rasę ludzką, nadal zasadniczo testowaliśmy i fałszowaliśmy tę hipotezę – powiedział on.

- Ale nawet poza tym, biorąc pod uwagę którekolwiek z tych doniesień, ponieważ ponownie nie można ich uznać za dowód w sensie naukowym – byłyby one rozpatrywane w wątpliwość zeznania świadków sądowych, ale w nauce nie całkiem pasuje do ustawy, jeśli chodzi o dowody. Patrząc na historię naszego gatunku i rodowód hominidów, nie tylko w kontekście zmian biologicznych, które właśnie opisałem, ale także technologicznych. Wiemy, że jesteśmy tutaj teraz – wiemy, że istniejemy i prawdopodobnie będziemy istnieć w przyszłości, prawdopodobnie będziemy mieć tę fizyczną formę, którą opisałem, i prawdopodobnie będziemy mieć bardziej zaawansowaną, bardziej wyrafinowaną technologię, która, ponieważ nic w prawach fizyki nie zabrania, prawdopodobnie wiąże się również z możliwością cofania się w czasie. Więc łącząc wszystkie te elementy razem, spodziewalibyśmy się zobaczyć coś bardzo podobnego do tego, co tak powszechnie opisuje się w odniesieniu do tego zjawiska.

Naukowiec, mający doświadczenie w anatomii ewolucyjnej człowieka i badaniach biomedycznych, nie zraża się sceptycyzmem wielu ekspertów co do możliwości podróżowania w czasie.

- Jeśli spojrzymy na sposób, w jaki cofnęlibyśmy się w czasie, możemy faktycznie czerpać z ponad 100 lat rzetelnych badań naukowych w dziedzinie fizyki – stwierdził on. - W 1915 roku, kiedy Einstein opublikował swoją ogólną teorię względności i wraz z 10 równaniami pola, które jej towarzyszyły, przedstawił sposób, w jaki może być możliwe podróżowanie w czasie wstecz.

Mając van Stockuma, profesora Franka Tiplera, wszechświat Gödla, wszystkie te modele i wszystkie te wzory, które zostały opracowane z oryginalnych równań pola Einsteina, pokazują, że jeśli masz wystarczająco dużą masę lub wysoce energetyczne ciało z siłą obrotową, może tworzyć renderowanie i może tworzyć reorientację późnych stożków w przeszłość, a zatem zamkniętą krzywą przypominającą czas.

Więc więcej niż tylko wiara i to, czy to ma miejsce, czy nie, istnieje szeroki konsensus fizyków, że nie ma nic w prawach fizyki, które tego zabraniają, a jeśli tak jest, biorąc pod uwagę naszą długą historię innowacji technologicznych, jest bardzo prawdopodobne, że wymyślimy sposób na zaprojektowanie czegoś i sposób na zbudowanie materiałów, które wytrzymają te energie i te siły.

Ponieważ tak powszechnie czerpie z energetycznych, masywnych bytów z rotacją, które wydają się być czymś podobnym do UFO, twierdzę, że są to prawdopodobnie same wehikuły czasu, które mają formę, która może pozwolić na funkcję podróż w czasie do tyłu.

Profesor Masters przyznaje jednak, że dziwnym jest, że lepsi technologicznie Obcy chcieliby odwiedzić Ziemię.

- Dlaczego mieliby Oni odwiedzać naszą Przeszłość? – pyta on. – Czego chcielibyśmy się z tego dowiedzieć i nauczyć? Jakie mają bodźce, aby nie tylko to robić, ale pozostać ukrytym w swoich działaniach i starać się nie wtrącać się zbytnio w przeszłość – ma to sens w kontekście podróży w czasie, ale nie w kontekście dodatkowej hipotezy pozaziemskiej.

Dlaczego mieliby wędrować przez cały wszechświat, po prostu pojawiali się tutaj i badali kilka osób, a następnie wracali do domu, bez względu na to, jak długo zajęłoby to, dokąd zmierzają we Wszechświecie.

 

Hitlerowskie UFO i...

...tajemnicze urządzenie zwane Dzwonem

Moje 3 grosze

 

Nie jest to nowa idea, bowiem od czasów H.G. Wellsa i H.P. Lovecrafta pisze się o podróżach w Czasie i roztrząsa się możliwe ich konsekwencje. Także wielu autorów powiązało podróże w Czasie z Ufiastymi. Ja pisałem o tym jeszcze w 2010 roku w książce pt. „UFO i Czas” (Tolkmicko 2011) w której napisałem wprost, że gatunek ludzki wskutek zatrucia środowiska i nierozważnej zabawy z atomami zdegenerował się tak dalece, że wytworzył całą gamę form i kształtów, które obserwujemy w czasie CE w tym Szaraków. I najgorsze – od procesów tych nie było już jakiegokolwiek odwrotu. Degeneracja zagroziła nam tym, że nie mogliśmy egzystować jako gatunek Homo sapiens sapiens. Trzeba było znaleźć sposób odwrócenia tego procesu – i znaleziono! Była to chronomocja.

To właśnie dzięki niej można było odwrócić wszystkie negatywne trendy i przywrócić istotom ludzkim normalny wygląd – stąd właśnie wzięły się te wszystkie anielskie istoty widziane w czasie CE. Są Oni finalnym produktem procesu odwrócenia degeneracji Ludzkości. Wszystkie szczegóły Czytelnik znajdzie w powołanej książce.

Reasumując – NOL-e są niczym innym jak pojazdami poruszającymi się w Czasie i to wydaje się być pewnym. Ale początki tego sięgają czasów pierwszych prób z chronomocją, które miały miejsce jeszcze w latach 40-tych XX wieku. To właśnie te wszystkie nazistowskie UFO alias V-7, Haunebu, Glocke i urządzenia Bell-jar były de facto pierwszymi chronotrakami, które (na szczęście) nie działały jak należy, powodując ofiary śmiertelne wśród eksperymentatorów, co opisał w swych pracach Igor Witkowski. Ale Niemcy już myśleli na poważnie o zastosowaniu czasolotów do działań wojennych i zmian Rzeczywistości. Na szczęście dla Ludzkości ich plany runęły w gruzach, chociaż kto wie, co kryje się w zawalonych korytarzach i komorach kompleksów Riese w Górach Sowich i innych odludnych miejscach. Co mogłoby się z tego wykluć, to opisał barwnie Daniel Laskowski w swych powieściach hipotetycznych.    

  

Źródło – Science Mystery News - http://newsnow24hrs.com/?p=453&fbclid=IwAR3vI9OFJRHE3qQNA120ZOStdqPG7kLFpJNlZ4i0l7oLqWJOTdPdcgU6e8M

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

sobota, 17 lipca 2021

Die Glocke - tajemnicza technologia III Rzeszy. Jako pierwszy opisał ją Polak

 


Bartłomiej Sieja

 

Pod koniec II wojny światowej III Rzesza mogła liczyć już tylko na cud. I Hitler ten cud przepowiadał. Miały nim być projekty znane jako “Wunderwaffe”, a jednym z nich pojazd pionowego startu powietrznego Die Glocke, czyli Dzwon.

    Pod koniec II wojny światowej Adolf Hitler zapowiadał produkcję tajnej broni

    Po wojnie pojawiło się wiele teorii na temat m.in. latających spodków produkowanych w III Rzeszy

    Pod koniec lat 90. polski autor ogłosił, że posiada informacje na temat Die Glocke - napędu antygrawitacyjnego.

Po przytłaczającej serii zwycięstw w pierwszych latach II wojny światowej, III Rzesza zdawała się być głównym rozgrywającym na mapie świata i potęgą dosłownie niepowstrzymywalną. Zakusy Hitlera rosły jednak wraz z kolejnymi sukcesami, co musiało w końcu doprowadzić pasmo zwycięstw do końca. Przegrana pod Stalingradem w 1943 roku i kontrofensywa aliantów z osławionym lądowanie w Normandii w 1944 przyczyniły się do przechylenia szali zwycięstwa i zmusiły III Rzeszę do odwrotu.

 

Ku upadkowi III Rzeszy

 

Hitler do samego końca wierzył jednak w przewagę technologiczną swojego kraju. III Rzesza była domem dla wielu naprawdę wyjątkowych naukowców, których lista dokonań robi ogromne wrażenie. Niemcy nie bali się eksperymentować z nowymi typami pojazdów, wprowadzając na wyposażenie armii pierwsze samoloty odrzutowe, czy też tak zwane “latające skrzydła”. Mając do dyspozycji pierwsze komputery (Z1, Z2 i Z3), obliczenia aerodynamiczne stawały się znacznie prostsze i skomplikowane równania możliwe były do wykonywania “od ręki”.

Paradoksalnie, to właśnie pogoń za coraz to nowszymi technologiami, mogła kosztować Niemców wiele przegranych bitew. Podczas, gdy zarówno Amerykanie, jak i Rosjanie, stawiali na relatywnie proste konstrukcje i unifikację np. w zakresie wykorzystywanej amunicji, tak wyposażenie III Rzeszy było pod koniec wojny mocno zróżnicowane, nie mówiąc o tym, że naboje z jednego typu karabinu bardzo rzadko pasowały do innego.

Jednoczesne rozpoczynanie prac nad nawet kilkudziesięcioma skomplikowanymi projektami także nie pozostawało bez wpływu na budżet państwa. To, w jakim rozkroku stanęli inżynierowie III Rzeszy pokazuje chociażby projekt bombowca o ujemnym skosie skrzydeł Junkers Ju 287. Pierwszy prototyp został wykonany dosłownie z wykorzystaniem elementów innych samolotów, by jak najbardziej uciąć koszty.

 

Ostatnia nadzieja Hitlera

 

Z drugiej strony postęp technologiczny w dziedzinie militariów był dla Hitlera powodem do dumy i propagandy. Gdy już wszystko wskazywało na to, że zarówno Sowieci od wschodu, jak i Brytyjczycy z Amerykanami od zachodu będą w stanie dojść nawet do Berlina, pozostała jedynie propaganda. Cele były dwa - przekonać własnych obywateli i żołnierzy, że pomoc jest już na wyciągnięcie ręki, jak i odstraszyć nieco wrogów. A to nie było zadanie łatwe - bitwa na łuku kurskim pokazała, że Rosjanie są w stanie zwyciężać przewagą liczebną i mimo znacznie większych strat, wygrywać kolejne bitwy.

O tym, jakie tajne projekty miały się ukrywać pod określeniem Wunderwaffe, zaczęto spekulować w zasadzie od samego zakończenia II wojny światowej. Większość niemieckiej elity naukowców znalazła nowe domy i prace dla dotychczasowych wrogów, ale wiele projektów zostało zapomnianych i najpewniej zniszczonych w obawie przed wpadnięciem w obce ręce.

 

Supertajna broń

 

Od tego czasu pojawiały się mniej lub bardziej wiarygodne lub fantastyczne opowieści o tajnych broniach Hitlera. Od wykorzystania zjawisk paranormalnych (i nawet próbach stworzenia armii nieumarłych) po latające spodki. I właśnie ten ostatni temat wrócił do ogólnoświatowej dyskusji tak historyków, jak i fanów teorii spiskowych za sprawą polskiego pisarza Igora Witkowskiego i jego książek “Supertajne bronie Hitlera” (1998-2001, 8 tomów), czy “Prawda o Wunderwaffe” (2007).

Trzeba mieć jednak na uwadze, że Witkowski porusza w swoich książkach wiele tematów z pogranicza fantastyki i historii, a za przykłady niech posłużą takie tytuły, jak “Wilkołaki Hitlera” (2009), czy “Chrystus i UFO” (2009). Już samo to wskazuje, że fakty historyczne, wykorzystywane przez Witkowskiego, mogą służyć kreowaniu teorii spiskowych.

Polski pisarz twierdzi w swoich książkach, że jeszcze w latach 90. skontaktował się z nim człowiek, który w PRL miał kontakty, bądź pracował w służbach wywiadowczych kraju i poinformował o istnieniu dokumentów, według których III Rzesza opracowała supertajne rodzaje napędów. Jednym z wynalazków, tworzonych w ramach projektu nazwanego Chronos, miał być właśnie Dzwon (niem. “Die Glocke”).

Stworzony przez Witkowskiego opis urządzenia znajduje się w “Supertajnych broniach Hitlera”:

Zasadniczą część dzwonu stanowiły dwa masywne cylindry-bębny o średnicy jednego metra, które w trakcie eksperymentu wirowano w przeciwnych kierunkach z ogromnymi prędkościami. Bębny wykonane były ze srebrzystego metalu i obracały się wokół wspólnej osi. Był nią dość niezwykły rdzeń o średnicy rzędu kilkunastu–dwudziestu centymetrów przymocowany swym dolnym końcem do masywnego postumentu dzwonu. Wykonany był z ciężkiego, twardego metalu. Przed każdą próbą w jego wnętrzu umieszczano coś w rodzaju podłużnego, ceramicznego pojemnika o ściankach osłoniętych warstwą ołowiu o grubości ok. 3 cm. Miał on długość ok. 1–1,5 metra i wypełniony był dziwną metaliczną substancją o złoto-fioletowym odcieniu i zachowującą w temperaturze pokojowej konsystencję lekko ściętej galarety.

Witkowski powiązał te informacje z plotkami na temat budowy antygrawitacyjnych silników, którymi interesował się już wcześniej. Był wręcz przekonany o tym, że Dzwon jest projektem silnika dla pojazdów pokroju Haunebu, czyli latających spodków, jakie miały być rzekomo budowane w tajnych zakładach Gór Sowich.

 

Czym mógł być Dzwon?

 

Temat Die Glocke został podchwycony również za granicą. Brytyjski dziennikarz zajmujący się tematami militarnymi i lotniczymi, Nick Cook, w 2001 roku opisał Dzwon w swojej książce “The Hunt for Zero Point”. Posunął się on nawet o krok dalej od Witkowskiego w swoich rozważaniach na temat możliwego wykorzystania Die Glocke, sugerując, że mógł to być nawet projekt wehikułu czasu. Wskazał on również, że SS-man – generał SS Hans Kammler, miał przekazać Amerykanom informacje o Dzwonie w zamian za wolność.

Zakładając, że projekt Die Glocke rzeczywiście istniał, można się zastanowić nad tym, czym mógł być w rzeczywistości. Jeżeli miał być napędem antygrawitacyjnym, to na pewno nie był projektem udanym i trudno wierzyć w to, że III Rzesza rozwijała go od 1942 roku do końca wojny. Znacznie większe prawdopodobieństwo ma teoria, że Dzwon był projektem powiązanym z energią atomową - mógł być akceleratorem cząstek (cyklotronem), znanym już od lat 30.

 

Dzwon w wizji artysty

Czy Dzwon został wymyślony?

 

Najbardziej prawdopodobna teoria jest jednak taka, że Witkowski historię o “przekazaniu informacji” wymyślił, bądź też na podstawie prawdziwego wydarzenia o kontakcie z osobą mającą informacje o projekcie, obudował własne teorie na temat interesujących go napędów antygrawitacyjnych. Dowody na takie rozwiązanie sprawy zebrał w swoim artykule “Dzwon (die Glocke) – koniec tajemnicy” Bartosz Rdułtowski, również pisarz, a jednocześnie wieloletni czytelnik książek Witkowskiego.

Rdułtowski wskazuje, że większość opisów Dzwonu, jego działania i budowy, jest parafrazą opisów technologii antygrawitacji z poprzednich książek Witkowskiego w tych tematach. Podsumowanie “dochodzenia” wskazuje niemal jednoznacznie, że Die Glocke to w całości wymysł pisarza:

    Na zasadniczy trzon opisu „dzwonu”, który Igor Witkowski zaprezentował w 1998 roku, składały się więc informacje, które już rok wcześniej opisał w swojej książce o UFO i napędzie antygrawitacyjnym! Tylko że wówczas nie dotyczyły one zagadki najtajniejszego projektu III Rzeszy, a jedynie powojennych badań nad antygrawitacją!

Jedynym dowodem, że Die Glocke mogło kiedykolwiek istnieć, jest więc polski autor książek o UFO i wszystkie tropy na ten temat zaczynają się właśnie u niego. Pytanie, czy mu wierzyć pozostawiam już wam. (Onet.pl)

 

Moje 3 grosze

 

Sprawa Dzwonu obśmiewana przez sceptyków i traktowana serio przez entuzjastów, ma swoje drugie dno. Powiem wprost – najprawdopodobniej rację ma Nick Cook, który w Dzwonie widzi wehikuł czasu. Doszedłem bowiem do podobnego wniosku po przestudiowaniu działalności nazistowskich „uczonych” z Ahnenerbe w Azji i Ameryce Południowej oraz krajach Bliskiego i Środkowego Wschodu.

Mówi się, że poszukiwali oni tam śladów Ariów – przodków „prawdziwych Niemców” i właśnie zapożyczyli wschodnią symbolikę do swych celów – m.in. swastykę, która dla Hindusów jest świętym symbolem szczęścia, ognia i Słońca. Rzecz jest nawet logiczna, jak spojrzymy na nią z tej strony. Ale jako że medal ma dwa końce, to spójrzmy na to z drugiej strony, a mianowicie – czy w Przeszłości nie ma śladów po współczesnych Ariach, którzy dostali się tam z Teraźniejszości III Rzeszy? Idąc śladem takiego myślenia, jeżeli emisariusze Hitlera znaleźli się w Przeszłości na wymienionych terenach, to powinni po sobie pozostawić jakieś ślady: materialne w postaci chronoklazmicznych artefaktów, przekazu kulturowego w postaci mitów, legend, baśni, przekazów ustnych, itd. itp., oraz przekazu genetycznego – którego możemy szukać dopiero dzisiaj, kiedy mamy fizyczne możliwości odczytywania kodu DNA. Naziści mogli jedynie robić pomiary antropometryczne i na ich podstawie ocenić, czy takie wizyty w Przeszłości Ludzkości miały miejsce.

W każdym razie idea, że naziści pracowali nad technikami chronomocji ma sens. W takim kontekście Dzwon mógł być po prostu wehikułem czasu. Czy zadziałał? Trudno powiedzieć, należałoby jeszcze raz zbadać miejsca, w których naziści poszukiwali swych przodków – Ariów. No i oczywiście archiwa Ahnenerbe, w których powinny znajdować się wyniki badań z lat 1935-1945 i wcześniejszych. 

No i sprawa z Kecksburga, PA, z dnia 9.XII.1965 roku. Opisano ją na tym blogu na stronie: https://wszechocean.blogspot.com/2015/06/i-zadrzay-domy.html, więc tam odsyłam zainteresowanych. To, co tam spadło i wpadło w ręce Amerykanów zjawiskowo przypomina właśnie Dzwon – Amerykanie nazwali to bell-jar device – urządzenie dzwon-dzbanek ze względu na kształt. Należy więc przypuszczać, że technologia ta jest obecnie rozpracowywana i unowocześniana – o ile incydent z Kecksburga jest autentykiem…

Incydent z Kecksburga ma to do siebie, że niewiele o nim wiadomo. Polska Wikipedia podaje, co następuje:

9 grudnia 1965 nad prowincją Ontario w Kanadzie oraz północno-wschodnimi stanami USA przeleciał nietypowy bolid, któremu towarzyszyła hukowa kanonada – meteoroid miał rozsiewać w locie rozżarzone metalowe fragmenty które spadając na pola, wywołały w niektórych miejscach pożary traw. Media i eksperci uspokajali ludność twierdząc, że to tylko najprawdopodobniej kosmiczny kamień jednak kilka chwil po obserwacji bolidu, w lesie koło wsi Kecksburg spadł z nieba tajemniczy obiekt. O godzinie 16:45 Bill Bulebush montował w swoim samochodzie CB-radio, kiedy nagle usłyszał dochodzące z góry „skwierczenie”:

Wysiadłem z auta i podszedłem do drogi, gdzie mogłem to obserwować z lepszej perspektywy. To wyglądało tak, jakby ten obiekt nie mógł się zdecydować, co ma zrobić. To coś unosiło się w powietrzu i robiło zwroty, kierując się ku rozpadlinie. Wsiadłem więc w samochód i ruszyłem polną drogą.

Około 18:30 do stacji radiowej w Greensburgu zadzwoniła Frances Kalp mieszkająca na farmie oddalonej około kilometra od Kecksburga, która powiedziała dziennikarzowi stacji Johnowi Murphy’emu że jej dzieci widziały katastrofę „czegoś” w miejscowym lesie. Murphy zawiadomił o tym policję stanową lecz wkrótce po tym jak zjawili się w lesie, dowiedział się od policjantów że „nie mogą niczego znaleźć” i że przekazują sprawę US Army. Wojskowi zjawili się bardzo szybko otaczając las szczelnym kordonem i nie pozwalając nikomu zbliżyć się do miejsca katastrofy. John Murphy wspominał potem, że w międzyczasie podsłuchał relację jednego z policjantów, który mówił o zauważonym między drzewami „pulsującym niebieskim świetle”.

Bill Bulebush znalazł się w grupce miejscowych dobrze znających okoliczne lasy, którym udało się dostać na obszar, gdzie spadł tajemniczy obiekt zanim pojawiło się tam wojsko. Bulebush kierował się szlakiem połamanych przez upadający obiekt drzew, wyczuwając w powietrzu silną woń siarki. Gdy dotarł na miejsce katastrofy zobaczył „to coś co nie miało drzwi, łączeń, niczego. Spoczywało na ziemi, jakby stygło”. Inni którzy widzieli obiekt, twierdzili zgodnie że kształtem przypominał żołądź albo pocisk i nie był zbyt duży – jego wysokość ocenili na około 3 metry. Inni świadkowie sugerowali, że poszycie obiektu emitowało światło albo że był on otoczony przez jakieś „pole siłowe” a w locie wyglądał jak ognista kula. Dwóch świadków którzy widzieli obiekt w lesie w odległości kilkudziesięciu metrów, opowiadało że błyskał na niebiesko „jakby ktoś spawał”. Dwóm strażakom polskiego pochodzenia którzy przeczesywali las, udało się podejść bardzo blisko obiektu: jeden stwierdził że znaki na kadłubie na pewno nie były rosyjskie, a drugi że owe znaki przypominały mu „egipskie hieroglify” i że obiekt wydawał się nienaruszony, a żarzące się poszycie sprawiało wrażenie, jakby dopiero co odlano go z metalu:

Dla mnie wyglądał jak żołądź. Nie miał skrzydeł ani silnika. Nie miał stateczników. Nie miał ogólnie tego, po czym mógłbym rozpoznać znany sobie samolot. Z tyłu miał coś jakby „zderzak”, a na nim właśnie te hieroglify – jakby gwiazdy, kółka, linie i różne takie. Do dzisiaj niczego podobnego nie widziałem. Staliśmy wokół i oglądali ten obiekt, aż z lasu wyszło dwóch ludzi, którzy stanowczo nakazali nam odejść.

 

Grupa świadków, którzy obserwowali wojskowych krzątających się między drzewami, mówiła o ciężarówce, która wywiozła stamtąd okryty plandekami stożkowaty obiekt.

Badanie incydentu w Kecksburgu od początku stanowiło duży problem. Policja i wojsko zaprzeczały, by cokolwiek znaleziono a gazeta „Tribune-Review” z Greensburga, która opisała zdarzenie ze wszystkimi dziwnymi szczegółami, w kolejnym wydaniu opublikowała (prawdopodobnie wymuszone) dementi, stwierdzając, że w lesie upadł meteoryt.

Dziennikarz John Murphy intensywnie badał sprawę z zamiarem przedstawienia wyniku swoich ustaleń w radiowym reportażu „Obiekt w lesie”. Na krótko przed tym Murphy’ego odwiedzili funkcjonariusze służb specjalnych, którzy wymusili na nim zwrot najcenniejszych materiałów. Po wyemitowaniu ocenzurowanej i okrojonej wersji reportażu Murphy stracił zapał do dalszego badania sprawy i niechętnie o niej mówił. Zmarł w 1969 podczas wakacji w okolicach miasta Ventura w Kalifornii, potrącony przez niezidentyfikowanego kierowcę.

Ufolog Stan Gordon dotarł do oficjalnych dokumentów na temat incydentu w Kecksburgu, które były przechowywane przez Siły Powietrzne USA. Wynikało z nich, że zdarzeniem interesowały się różne ośrodki zaczynając od Dowództwa Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej (NORAD) na Centrum Kosmicznym Johna F. Kennedy’ego (KSC) kończąc, musiało więc mieć ono duże znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego. Z tych dokumentów wynika że o 2:00 w nocy odwołano poszukiwania, niczego nie znajdując i że forsowane przez wojsko i władze wytłumaczenie mówiło o obserwacji meteoroidu.

 

W 1966 a więc rok po incydencie badacz zjawisk niezwykłych Ivan T. Sanderson, sporządził dokładną analizę obserwacji bolidu, które poprzedzały zdarzenie w Kecksburgu. Doszedł on do wniosku, że jasny obiekt, pozostawiający wyraźną smugę dymu, był widoczny aż przez sześć minut. Poruszał się wolniej niż spadająca gwiazda, ale zbyt szybko jak na samolot i bez wątpienia to on spadł do lasu koło farmy Frances Kalp. Na przestrzeni lat pojawiali się wojskowi oferujący różnego rodzaju przecieki. Jeden z nich twierdził, że widział „metalowy żołądź” w bazie lotniczej we wsi Lockbourne w stanie Ohio a drugi, że w bazie Wright-Patterson niedaleko Dayton również w Ohio.

Ekspert od technologii kosmicznej James Oberg zasugerował, że za incydent w Kecksburgu odpowiedzialne były szczątki radzieckiej sondy kosmicznej Kosmos 96, która wystartowała z zamiarem dotarcia do Wenus, ale nie zdołała opuścić orbity okołoziemskiej w wyniku usterki. Sonda miała kształt stożka, ale była znacznie mniejsza od tego z Pensylwanii. Zgodnie z raportem United States Space Command (USSPACECOM), szczątki radzieckiej sondy spadły w Kanadzie kilkanaście godzin przed incydentem w Kecksburgu. Specjalista NASA Nicholas L. Johnson zajmujący się między innymi kosmicznymi śmieciami wykluczył, by te dwie sprawy cokolwiek łączyło.

Dziennikarka Leslie Kean wygrała z NASA proces o udostępnienie informacji na temat incydentu w Kecksburgu. Poszukiwania dokumentów, nadzorowane przez sąd, zakończono w 2009, a wnioski Kean opisała w specjalnym raporcie w którym nie znalazły się żadne nowe ustalenia. NASA miała obowiązek badać przypadki katastrof zagranicznych statków kosmicznych na terytorium Stanów Zjednoczonych, ale w sprawie incydentu w Kecksburgu agencja miała niewiele do powiedzenia. Według Leslie Kean i innych ufologów w Kecksburgu nie rozbił się radziecki statek kosmiczny ale jakiś tajny pojazd amerykański generujący promieniowanie radioaktywne.

 

Ciekawe, nieprawdaż? A może Niemcom udało się wyrzucić Dzwona na orbitę w 1945 roku, z której spadł dopiero w 1965? Coś takiego w zasadzie było możliwe, bo rakiety nośne już mieli, albo ten Dzwon przemieszczał się nie tyle w przestrzeni, ile w Czasie? Jeżeli wydarzenie w Kecksburgu jest prawdą, to teraz Amerykanie mają tą technologię i dokonują prób przemieszczania się w Czasie – chronomocji. Ciekawe tylko, czy mają ją również Rosjanie???   


Opinie Czytelników

 

To nie takie proste pozbyć się masy, gdyby to było łatwe to już dawno byśmy fruwali jak duchy. Lewitacja nadprzewodnikowa trochę trąca o to, ale wkład energii jest niewspółmierny do efektów, jest ograniczony i w takiej formie nigdy nie znajdzie praktycznego zastosowania do swobodnego żeglowania w przestrzeni. Obawiam się, że nigdy nie osiągniemy takiego stanu, jaki demonstrują zjawiska UFO. Musieliby się z nami podzielić taką wiedzą. Nieraz myślę, że tajemnica tkwi w skojarzeniu materii i antymaterii, a to byłby zupełnie inny świat, zupełnie dla nas niedostępny - teraz i w przyszłości. Może po śmierci wchodzimy w taki obszar? Łatwo sobie wyobrazić co by się działo, gdybyśmy potrafili, albo wygasić kosmiczną falę grawitacyjną, albo wytworzyć taką antyfalę, przecież świat rozleciałby się w jeden wielki chaos. Hitler może coś i kombinował, ale to nie była antygrawitacja jaką chcielibyśmy mieć, a jej osiągi były z pewnością marniejsze od drona. (Avicenna)

Dzięki! Materia i antymateria, to ma sens, ale pod warunkiem, że mielibyśmy technologię przemysłowego otrzymywania antymaterii. A tego jeszcze nie potrafimy. (Platon)

Pisanie o "Dzwonie" na podstawie "Supertajnych broni Hitlera" jest już mocno nieaktualne. Wiele lat później znacznie więcej pisałem o tym np. w książce "Nowa prawda o Wunderwaffe", gdzie są już albo zreprodukowane dokumenty dotyczące tego projektu, albo w bibliografii są odnośniki do dokumentów archiwalnych z nim się wiążących. Poświęciłem na weryfikowanie tej historii kilkanaście lat, jeżdżąc do archiwów na trzech kontynentach (!), a poza tym po wielu programach dokumentalnych włączyło się w poszukiwania także kilku badaczy zagranicznych. W efekcie tego, udało się dotrzeć do różnych materiałów, które całą historię wzbogaciły i ułatwiły zrozumienie o co w niej naprawdę chodziło. Nie jest to już obraz prosty, jak w "Supertajnych broniach Hitlera", ale dla większości czytelników jest mimo wszystko zrozumiały. Są w każdym razie dokumenty (z amerykańskiego archiwum NARA) mówiące wprost, że Niemcy eksperymentalnie podchodzili do grawitacji kwantowej w związku z pracami nad napędem. Jest to ciekawe z wielu powodów. Po pierwsze ukazuje postęp naukowo-techniczny w nieznanym dotychczas świetle. Po drugie pokazuje plany SS na prowadzenie wojny w wymiarze strategicznym, z użyciem broni masowego rażenia (rewolucyjne obiekty latające miały ją przenosić). A po trzecie, ciekawie zazębia się to z podobnymi pracami współczesnymi, bo jeśli np. siły zbrojne USA zgłaszają patenty oparte na tych samych zjawiskach fizycznych, to świadczy jednoznacznie, że można mówić o kontynuacji. Widać, że jest to ten sam kierunek. Najtajniejszy projekt badawczy III Rzeszy zaczyna więc ukazywać swój aspekt przyszłościowy, więc jeszcze o nim usłyszymy. (Igor Witkowski)