Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legendy miejskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legendy miejskie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 maja 2026

Wąwóz Stolarza - Labirynt strachu czy prehistoryczne sanktuarium?


 

Franciszek Kovár

 

Są miejsca, które natura zrobiła jakby na zamówienie dla tych, którzy muszą zniknąć ze świata. Wąwóz Stolarza pod Krupiną to jednak nie tylko geologiczny unikat. To miejsce, gdzie zapierająca dech w piersiach moc wody spotyka się z niestrudzonym dziełem ludzkich rąk, które wyrzeźbiły tajemniczą „Dúpencję” w miękkim wulkanicznym tufie.

 

Zagadka rolnika w pyle wulkanicznym

 

Kiedy Andrzej Kmet’ poznawał to miejsce, zafascynował go kontrast między dziką przyrodą a śladami ludzkiego osadnictwa. Sam wąwóz zachowuje się jak wąska blizna w ziemi, gdzie ściany rozciągają się do kilku metrów wysokości. Prawdziwa tajemnica zaczyna się jednak w skalnych kryjówce zwanych Dúpence. Burmistrz zadał sobie pytanie, które zadałby sobie każdy odwiedzający: Kto miał tyle cierpliwości, żeby wnieść dom bezpośrednio w trzy ściany i kiedy to się stało?

 

Czy oficjalna historia to tylko wierzchołek góry lodowej?

 

Chociaż podręczniki mówią głównie o antytureckich kryjówce z XVI wieku, patrząc na precyzję i atmosferę tego miejsca, wyłania się bardziej śmiała teoria. Wiele wskazówek sugeruje, że historia wąwozu Tesary jest znacznie starsza niż nam się wydaje.

Miękki tuf wulkaniczny był idealnym materiałem dla osób z epoki brązu lub żelaza. Możliwe, że to, co teraz uważamy za średniowieczne kryjówki, to właściwie fundamenty prehistorycznych sanktuariów lub miejsc kultu, które wykorzystywali nasi przodkowie przez tysiące lat przed przybyciem Ottomanów. Podobnie jak w skalistych miastach świata, tutaj kamień mógłby służyć również jako brama między światami.

 

Tajemnica zalanego pałacu: Gdzie jest Dwunasta dziura?

 

Oprócz trzech znanych obiektów (Jednodziura, dwudziura, ósemka) wśród mieszkańców wędruje fascynująca legenda. Mówi się o istnieniu innej, znacznie większej przestrzeni - podobno aż 12-komorowego pałacu skalnego, który miał być sercem całego kompleksu.

Plotka głosi, że to wejście było:

• Celowo zasypane przez samych mieszkańców, aby chronić swoje największe sekrety przed wrogami.

• Zakopane pod gruzami przy potężnym zawaleniu się skały, które na zawsze wymazało wejście z mapy.

Również Andrzej Kmet’ zauważył w swoim czasie pewne luki terenowe, które wskazywały na ubytki głęboko pod powierzchnią, ale zagadka pozostała nierozwiązana.

 

Atmosfera, która trwa od wieków

 

Wejście do wąwozu Tesary oznacza spacer po linii czasu, której początek nie jest znany. Jeśli Dupence to naprawdę tysiącletnie sanktuaria, to ta zalana „wielodziura” może być najważniejszym świadectwem, czekającym jeszcze na swe odrodzenie. Być może jesteśmy kolejnym pokoleniem próbującym wyjaśnić coś, co było tu długo przed nami – dziedzictwo kultury, które lepiej niż my rozumiało skałę i ciszę.

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

czwartek, 20 lutego 2025

O smokach w Tatrach (i nie tylko!)

 


Badania w trudno dostępnych dżunglach Ameryki Południowej, Afryki czy Azji przynoszą co jakiś czas odkrycie zwierząt zupełnie nieznanych naukowcom. Często nawet takie, na których istnienie żaden zoolog wcześniej nie postawiłby ani grosza. Podobnie jest z tajemniczymi głębinami oceanów, o czym świadczą zwłoki wyrzucone na brzeg przez przypływ. A co z Europą Środkową, w której brakuje większych lasów i innej dzikiej przyrody? Że nie mogą tu mieszkać żadne nieznane zwierzęta? Ale mimo to, dlaczego tak wiele doniesień na ich temat pojawia się ze stosunkowo niedawnych czasów?

Ogromne kamienie staczają się po zboczach Tatr Wysokich. Podczas gdy ziemia się trzęsie, a skały pękają, jeden z pasterzy próbuje ocalić swoje biedne życie i stado owiec. Tymczasem dachy domów pękają nie tylko w pobliskich dolinach. Niektóre części budynków, w tym piwnice, walą się jak domek z kart. Nieszczęśni ludzie, mieszkający zwłaszcza w okolicach Slavkovskégo štítu, ale także w Kieżmarku i dalszej Lewoczy, mogli jedynie patrzeć na niszczenie swoich domów.

Kiedy te niszczycielskie trzęsienia ziemi miały miejsce na Słowacji?

5. i 6 sierpnia 1662, Spisz. W Tatrach było tak duże trzęsienie ziemi, że wielka skała, a właściwie góra, runęła i rozpadła się na głazy. Przełamano także wiele wzgórz i powstało nowe jezioro, a właściwie zbiornik wodny” – tak zaczyna się opis przerażającej sytuacji w „Zipserische oder Leutschauerische Chronica” („Kronika Spiska lub Levočská”), pochodzącego od niemieckojęzycznego pastora i kronikarza Lewoczy Gašpara Haina (1632–1687). Ten ważny i ponadprzeciętnie wykształcony człowiek swoich czasów opisał w nim okres od 744 do 1684 roku.

Czy opisane straszne trzęsienie ziemi mogło naprawdę mieć miejsce, mimo że nie mamy na to innych bezpośrednich dowodów? Zdaniem historyków autor kroniki był osobą godną zaufania. Równie wiarygodna powinna być jego znana twórczość literacka. Ponadto Gašpar Hain miał nie tylko wysokiej jakości wykształcenie uniwersyteckie i wysoką inteligencję jak na swoje czasy, ale także niezwykłą równowagę i perspektywę. A był także rówieśnikiem opisywanej klęski żywiołowej, która miała nastąpić w roku jego trzydziestych urodzin. Że wciąż od czasu do czasu coś wymyślisz? Jeszcze bardziej zaskakujący jest dalszy ciąg tekstu jego „Kroniki Spiskiej”, opisujący zeznania tajemniczego smoczego potwora!

 

Czy to UFO zderzyło się ze słowacką górą?

 

Pojawił się także żywy smok. Siedział w opuszczonym kościele w Štrbie, gdzie można go było widzieć przez kilka dni. Nikt jednak nie odważył się do niego zbliżyć i w końcu zginął – pisał szanowany obywatel Lewocza, pochodzący z bogatej niemieckiej rodziny kupieckiej. Że była to jedynie dzika fantazja kronikarza i zarządcy miasta Lewoczy w jednej osobie, czy też wymysł, którego nie zweryfikował? Jednak według zachowanych zapisów Hain z pewnością nie był marzycielem nierealistycznym.

Ponadto jego szczególną wzmiankę o smoku potwierdza także ważny polski znawca historii Tatr, historyk literatury i pisarz dr Jacek Kolbuszewski, w swojej książce „Skarby króla Gregoriusa”. Jednak polski ekspert dodał w swojej pracy inne niesamowite szczegóły. Tego dnia ziemia nagle się zatrzęsła i było tak silne, że nie tylko dachy domów w Lewoczy, Kieżmarku i Spiskiej Nowej Wsi popękały... Ci, którzy w czasie trzęsienia ziemi patrzyli na Tatry, mogli na własne oczy zobaczyć, jak cały wierzchołek Sławkowskiego Szczytu zamienił się w gruz, jak lawina kamieni zmiażdżyła lasy i jak wielka czarna chmura uformowała się nad górą. Ci, którzy obdarzeni byli najlepszymi umiejętnościami obserwacji, widzieli także sprawcę całego zdarzenia, ogromnego smoka lecącego wysoko nad Tatrami. Wydarzenia te zapisał Gašpar Hain, kronikarz miasta Lewoczy – pisze wspomniany polski historyk.

Nie można wykluczyć szczególnych wydarzeń, które miały miejsce w drugiej połowie XVII wieku w kraju naszych wschodnich sąsiadów. Co właściwie mogło się wydarzyć w okolicach Sławkowskiego Szczytu, a później we wsi Štrba w roku 1662? Według interpretacji Kolbuszewskiego mogłoby się wydawać, że za trzęsienie ziemi i zniszczenie szczytu Sławkowskiego Szczytu odpowiada obiekt, który Hain zidentyfikował jako smoka. Czy było to więc ciało, które uderzając w szczyt słowackiej góry spowodowałoby jego zniszczenie, a następnie upadek poszarpanych skał? Czy może to być gigantyczny meteoryt, a może nawet to, co dzisiaj nazywamy UFO?

Czy było to nieznane zwierzę?

 

Na pierwszy rzut oka wyjaśnienie zawarte w ostatnim zdaniu brzmi całkiem logicznie. Ale bezpośrednio ze wspomnianej „Kroniki Spiskiej” dowiadujemy się bardzo ciekawych i kluczowych informacji dla naszych opóźnionych poszukiwań! To, co starożytny kronikarz Lewocza nazywa smokiem, przez kilka dni (siedzi!) przebywało w kościele Štrbie. I to było zanim umarło. Jeśli była to część meteorytu lub może jakiś stały przedmiot, nie mogła ani siedzieć, ani ginąć! Przecież uznany słowacki pisarz i badacz Miloš Jesenský zwraca uwagę na możliwy związek pisarstwa Haina z jakimś nieznanym zwierzęciem w książce „Największe tajemnice i tajemnice Słowacji – część 2”. Czy to oznacza, że ​​Hain, od którego imienia do dziś nosi się ulica w Lewoczy, miał na myśli żywą istotę lub jakieś zwierzę? Ale jakie to mogłoby być zwierzę?

W średniowieczu, ale także w okresie renesansu i baroku zwierzęta niezbyt znane Europejczykom często nazywano smokami. Najczęściej dotyczyło to dużych gadów i podobnych potworów, głównie krokodyli. Przecież możemy to zobaczyć na przykład w przypadku tzw. smoka brneńskiego. Tak naprawdę jest to wypchany martwy krokodyl, który wisi pod sufitem w przejściu Ratusza Staromiejskiego w Brnie. Jak się tam dostał? Według najczęściej opowiadanej historii został on poświęcony mieszkańcom miasta w 1608 roku przez nowo wybranego wówczas margrabiego morawskiego i króla Czech i Węgier Macieja Habsburga.

 

Dar nieznanego króla

 

Władca ten otrzymał już wcześniej krokodyla w prezencie od delegacji tureckiej. A ponieważ prawdopodobnie nie lubił tego dziwnego egzotycznego zwierzęcia, wylądowało ono w Brnie. Choć wieść o rzekomym darze Matyáša dla największego miasta Moraw znajdowała się w 1749 roku w kopalni wieży ratuszowej w Brnie, zdaniem historyczki i znawczyni dziejów Brna Mileny Flodrovej wszystko mogło potoczyć się inaczej. W archiwach brneńskich odkryła rachunek na cztery złote monety, zapłacony pewnemu malarzowi za ożywienie kolorów wypchanego smoka już w 1568 r. Według innych relacji martwy krokodyl brneński został odnowiony i odrobaczony w latach 1578 i 1579. Czy zatem historyk może mieć rację, sądząc, że smok mógł pojawić się jako symbol Brna już na początku XV wieku? Łączy to z możliwym nadaniem miastu Orderu Smoka przez króla czeskiego i węgierskiego oraz późniejszego cesarza rzymskiego Zygmunta Luksemburskiego za zasługi w walce z husytami.

Jego smocze stowarzyszenie elitarnych chrześcijańskich wojowników datuje się na rok 1408. Nie wszyscy się do niego dostali, jedynie ważni sojusznicy Czerwonego Lisa, jak nazywali tego władcę niektórzy zbuntowani Czesi.

Odkryto tu (w zamku Špilberk w Brnie) kamienny piec z herbem cesarza Zygmunta, otoczony smokiem, w takiej postaci, w jakiej znamy go z przejścia Ratusza Staromiejskiego – mówi Flodrová. Ale nawet na powiązanie brneńskiego smoka z Zygmuntowskim zakonem chrześcijańskich bojowników przeciwko heretykom spośród muzułmańskich Turków, czy nawet rodzimych Kalikstynów, nie ma jednoznacznych dowodów. W każdym razie w przypadku krokodyla na Ratuszu Staromiejskim powinien to być rzekomo pierwszy brneński smok, który tu wisi. Ale czy naprawdę tak było?

 

Smok brneński z Trutnova

 

Według innej wersji historia brneńskiego smoka powinna powstać już w XI wieku. W tym czasie do południowomorawskiego miasta należało sprowadzić pierwotnego smoka z Trutnova w północnych Czechach. Przecież to miasto nad rzeką Úpą ma w swoim godle sanie. Jak brzmi cała historia?

Według Ondřeja Vašáty’ego, historyka z Muzeum Karkonoskiego, legenda pochodzi od trutnowskiego kronikarza Simona Hütla, który po raz pierwszy zanotował ją w XVI wieku. Kto miał być bohaterem tej starożytnej historii? Tradycyjna opowieść głosi, że do założenia miasta w średniowieczu potrzebowano dużo drewna, ale drwale zobaczyli w pobliskim lesie sanie. Dlatego powinni byli nazwać dzielnego rycerza Trutem. Co było dalej? Mówi się, że odważny pogromca smoków nie był leniwy i zabił groźnego potwora w jaskini. Ale według innych trutnowski smok powinien zostać zabity przez zatrutą owcę wypełnioną wapnem palonym. Tak czy inaczej samo miasto Trutnov miało nosić imię nieustraszonego Truta.

W 1024 r. odbyło się w Brnie sejm ziemski. Z tej okazji mieszkańcy Trutnowa podarowali księciu pluszowego smoka, który następnie zostawił go miastu Brno. Tam, zawieszony w korytarzu Ratusza Staromiejskiego, spoczywa do dziś – czytamy na stronie Czeskiego Radia. Jak to było?

Wiemy już, że obecny krokodyl brneński tak naprawdę nie pochodzi i nigdy nie pochodził z Trutnova. Niezależnie od tego, czy podarował je miastu brat Rudolfa II, król Maciej, czy też jeden z jego poprzedników. Przecież Trutnov (i podobno Brno) jeszcze w 1024 roku należał do odległej przyszłości. A co by było, gdyby w średniowieczu w Karkonoszach żyło bardzo rzadkie i już wymarłe zwierzę, które wpłynęło na czeskie i morawskie legendy? Co ciekawe, nie można tego wykluczyć. Przecież cztery wieki później, w XV wieku, lasy graniczne nie tylko na północy Czech należały do ​​obszarów leśnych prawie nieprzeniknionych. Terytorium, na którym niedźwiedzie, wilki i pieski biegały szczęśliwie. A może towarzyszyły im jakieś nieznane dotychczas nauce potwory?

 

Co sugeruje baśń z Krakowa

 

Co gorsza, opowieści o smokach lub imionach z nimi związanych można spotkać także w wielu innych miejscach Europy Środkowej. W końcu nie musimy iść daleko! Podobna historia wiąże się z Krakowem, gdzie w tzw. Smoczej Jaskini pod Zamkiem Królewskim na Wawelu miał mieszkać krwawy smok. Czy to tylko żart dla dzieci, czy może zniekształcona pamięć? Smok Wawelski to, podobnie jak w przypadku Trutnowa, jeden z nieoficjalnych symboli i atrakcji turystycznych malowniczego nadwiślańskiego miasteczka uniwersyteckiego.

Według starożytnej legendy smok mieszkał w swojej jaskini bezpośrednio na Wzgórzu Wawelskim. Jak to bywa z dobrymi smokami, zażądał cotygodniowej porcji bydła, a w zamian pozwolił miastu żyć w pokoju... Ale pięknymi dziewicami też nie pogardził. Władca miasta Krak nie chcąc dalej wspierać szaleństwa smoka, wezwał więc swoich dwóch synów, Lecha i Kraka II. Było dla nich jasne, że smoka nie pokonają rękami, więc postanowili go przechytrzyć. W następnym tygodniu wśród bydła ukryto skórę owczą wypełnioną siarką, którą zajadał łapczywie. Doszedł nad rzekę, gdzie pił, pił i pił, aż brzuch mu pękł, spalony siarką – czytamy w jednej z kilku wersji staropolskiej opowieści.

 

Czy możemy pomyśleć o jego inspiracji jakimś starożytnym i prawdziwym wydarzeniem? W końcu dlaczego podobne historie o smokach możemy znaleźć niemal na całym świecie? I dlaczego europejskie opowieści o nich są zgodne co do ich siedlisk w ciemnych jaskiniach, gadziego wyglądu i mniej więcej stałego gustu w jedzeniu mniejszych zwierząt, księżniczek i zwykłych ludzi? Czy zatem w przypadku rzekomych sań mogło to być prawdziwe i dawno wymarłe w Europie zwierzę, z którym nasi przodkowie spotykali się jeszcze sto, a może i więcej lat temu? Czy może to być mięsożerny gad nieznany nauce, jak zwykle opisuje się w opowieściach rzekome smoki?

Ta na pierwszy rzut oka nieprawdopodobna hipoteza jest dziwnie potwierdzona przez inne pośrednie wskazówki i tropy. Należą do nich wiarygodne przekazy historyczne pochodzące z różnych miejsc Europy Środkowej. Wśród nich nie możemy zapomnieć o legendarnym mięciutkim robaku, niemieckim Tatzelwurmie. Znam je jednak również pod nazwą Springwurm, czyli skaczący robak!

 

Trup austriackiej bestii

 

Legendarny potwór miał na początku XX wieku zamieszkiwać wysokogórskie obszary Alp austriackich, szwajcarskich i włoskich. Jak wyglądał ten smok? Jego ciało, sięgające 1,4 metra długości, przypominało dziwną jaszczurkę lub kubańskie cygaro z dwiema przednimi nogami! (Według niektórych źródeł miał cztery nogi – przyp. red.). Głowa miała być podobna do kociej, a łuskowata skóra była ciemnego koloru. Dlaczego jego ukąszenie miałoby być silnie trujące? Niektórzy kryptozoolodzy uważają, że mógł to być daleki krewny jadowitego kornika meksykańskiego, ale nie jest to pewne.

Jak zauważył nieżyjący już badacz Ivan Mackerle, w 1908 roku w austriackiej Styrii ów gad rzekomo zaatakował gajowego. Potwór skoczył mu na twarz z odległości około trzech metrów. Myśliwy przeżył jednak niespodziewany atak bestii, być może także dzięki szczęściu i rozsądnej obronie nożem. Teraz trzymaj się! Dlaczego austriackie potwory, podobnie jak smoki ze starożytnych opowieści, również bawiły się w odległych i wysokogórskich jaskiniach? Mówi się, że z nich wychodziły zwykle dopiero wcześnie rano lub późnym wieczorem.

Czy to w ogóle możliwe? Jak wyjaśnimy odkrycie rzekomo zwłok nieznanej jaszczurki w szwajcarskim kantonie Solura w 1828 roku? A może niedawne odkrycie szkieletu podobnego zwierzęcia w Austrii w 1924 roku? Czy przypadkowi świadkowie znaleźli szczątki tajemniczych bestii, Tatzelwurmów lub innych pospolitych zwierząt? Niestety, żadne ze znalezisk nie zostało zbadane przez ekspertów, więc nic nie jest pewne. Zresztą Tatzelwurm można było zobaczyć po raz ostatni na krótko przed wybuchem II wojny światowej.

 

Straszne potwory z Moraw

 

Śpiew ptaków umila piękny sierpniowy dzień. W spokojnej ciemności lasu chłopiec zbiera jagody. Za chwilę będzie miał ich pełen kosz i zacznie wracać do domu. Jednak gałęzie nagle pękają w kierunku pobliskiej skały. Dlatego patrzy wstecz i nie może uwierzyć własnym oczom! W pobliżu kamieni na skraju lasu pojawiają się dwie ciemne sylwetki zwierząt. „Ratunku, ratunku!” – woła. Próbuje się uratować, uciekając, ale skaczące potwory są szybsze. Na jednym ze stoków dogania biegaczy i młody człowiek staje się ich ofiarą.

Tylko straszna bajka dla niegrzecznych dzieci? Zupełnie nie! Według zachowanego austriackiego pomnika ta pozornie fantastyczna historia wydarzyła się naprawdę w pobliżu miasteczka Unken! Nieszczęśliwą ofiarą był syn miejscowego rolnika Fuchsa.

Czy w naszej rodzimej tradycji spotykamy także gadzie potwory? Tak. Zwłaszcza na Morawach i we wschodnich Czechach aż do początku XX wieku ludzie opowiadali sobie nawzajem liczne historie o tajemniczych latających wężach i smokach. Według różnych regionów te dziwne stworzenia nazywano świnią, pająkiem i innymi rzeczami. Dlaczego podczas lotu miałyby być otoczone iskrami lub ogniem? Czy w tych przypadkach chodziło o pomylenie mitologicznych i fikcyjnych potworów z rzeczywistymi ciałami kosmicznymi, które czasami przelatują nad naszymi głowami, na przykład z meteorami lub kometami (albo z UFO – przyp. red.)? W końcu te przedmioty również świecą lub błyszczą i jest to najbardziej logiczne możliwe wyjaśnienie.

 

Tajemnica, która wciąż stawia opór

 

Jednak legendy morawskie i polskie znają także innego tajemniczego potwora. Według czeskiej publicystki Evy Soukupovej ten gadzi potwór powinien był być wyposażony tylko w dwie przednie łapy. I o dziwo, miał też okazjonalnie atakować i zjadać pasące się bydło. Z Lipníku nad Bečvou (rejon ołomuniecki) zachowała się legenda o pasterzu, z którego stada podobne zwierzę musiało kiedyś zjadać małe jagnięta. Że opowieści o dziwnych gadach, tzw. Tatzelwurmach, oparte są na prawdziwych wydarzeniach? A czy te potwory żyły nie tylko za granicą, ale także w kraju?

Na koniec artykułu przenieśmy się na południe Polski, niedaleko granicy ze Słowacją. „W rejonie doliny Nowosadca pomiędzy cyplem beskidzkim a Gorcami od niepamiętnych czasów pasterzy nękała stado dziwnych najeźdźców. Były mniej więcej wielkości człowieka, wyglądały jak jaszczurki i poruszały się na dwóch kończynach. Zwykle, choć bardzo rzadko, widywano je w lasach na zboczach gór, które poprzecinane są niezliczonymi jaskiniami. Polowali na bezdomne bydło lub owce na małych, strzeżonych, odległych pastwiskach” – stwierdza znany czeski enigmatyk i pisarz Arnošt Vašíček w książce „Planeta razhad: Tajemná minulost’”.

Polskie jaszczurki rzekomo odważały się nawet na nieustraszone wilki, a ostatni z nich miał być widziany w 1897 roku. Ich istnienie potwierdzają zapisy z miejscowego polskiego klasztoru. I co dziwne, oni też mieli zamieszkiwać nory w górskich jaskiniach. Jeśli spojrzymy na mapę, z polskiej Doliny Nowosadu do Tatr Wysokich i Szczyrby (gdzie podobno w 1662 roku widziano tajemniczego smoka) nie jest już tak daleko. Czy to przypadek? A może o obszarze występowania unikalnych gadów-potworów?

Czy do niedawna mogły przetrwać w pobliżu nas dziwne zwierzęta, które wyginęły bez naszej wiedzy? W końcu tylko w XX wieku działania człowieka wyginęły dziesiątki tysięcy gatunków zwierząt. Czym więc były tajemnicze smocze bestie, których klasyfikację i pochodzenie, jeśli łaskawy czytelnik pozwoli, pozostawimy przyrodnikom do ich uczonych dyskusji...

 

Moje 3 grosze

 

Do tego materiału można dodać tylko to, że Smoka Wawelskiego zamordował – według innej wersji legendy – szewczyk Skuba przy pomocy barana wypchanego siarką i smołą. Dalej wiadomo, Smok zeżarł barana, siarka i smoła paliła mu wnętrzności i zaczął więc chłeptać wodę z Wisły. Smoka rozerwała wytworzona wskutek zalania wodą ognia para i Smok zginął.

Odnośnie wydarzeń w Gorcach i Spiszu, gdzie ponoć grasują jeszcze jakieś człekokształtne gady, to mówi się o Neodinozaurach alias Dinozauroidach, które przetrwały 66 mln lat gdzieś w podziemnych przestrzeniach Agharty, Plutonii czyli Pellucidaru. NB, następny materiał na tym blogu będzie poświęcony CE0 z tajemniczymi gado-ludźmi w Brazylii. Polecam także inne relacje o spotkaniach z Reptilianami na tym blogu.   

 

Materiał z TV Brno 1

Zdjęcie z magazynu „Záhady života”

Przekład ze słowackiego - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

 

 

wtorek, 2 lipca 2024

Legendy miejskie Lipiecka

  


Wiktor Bumagin

 

Zanurzony w zieleni Lipieck ze swoimi 430.500 mieszkańcami uważany jest za drugie pod względem liczby ludności miasto w Obwodzie Czarnej Ziemi, piąte w Centralnym Okręgu Federalnym i dopiero 39. w całej Rosji. Stanowi trzon największej rosyjskiej aglomeracji specjalizującej się w pełnocyklowej metalurgii żelaza. I choć miasto jest nudno uprzemysłowione, jego mieszkańcy znają wiele ciekawych, czasem wręcz bajkowych historii o swoim Lipiecku.

 

Lipiecka miłość Hermanna Göringa

 

Oczywiście najsłynniejszą miejską legendą Lipiecka jest historia miłosna lokalnej piękności Nadieżdy Goriaczowej i przyszłego ministra lotnictwa Rzeszy Niemieckiej Hermanna Göringa. Zacznijmy od tego, że zgodnie z Traktatem Wersalskim podsumowującym skutki I wojny światowej Niemcy utraciły prawo do posiadania ponad 100-tysięcznej armii i nie mogły już produkować czołgów, samolotów, łodzi podwodnych i podobnego sprzętu. Władze niemieckie, przy pomocy młodego Związku Radzieckiego, zdołały jednak obejść to porozumienie. To właśnie na terenie ZSRR otwarto wspólne kursy dla załóg czołgów, w Czapajewsku otwarto fabrykę produkującą zakazaną broń chemiczną, a w Lipiecku powstała tajna szkoła lotnicza, która działała w latach 1925–1933.

Już w 1923 roku utworzono tam Wyższą Szkołę Pilotów Wojskowych. Jednak po kilku latach zamknięto ją pod pretekstem „niewystarczającego zaplecza materiałowego i technicznego”. W rzeczywistości szkołę zamknięto ze względu na to, że na jej miejscu ulokowano 4. Odrębny Oddział Szkoleniowy, mający realizować „zadania specjalne w zakresie szkolenia radzieckiego i zagranicznego personelu lotniczego”. Co więcej, przez personel zagraniczny nie mieli na myśli przyjaciół z Kominternu, jak mogłoby się wydawać, ale Niemców.

To tam, według legendy, wielokrotnie reprodukowanej w prasie i innych mediach oraz książkach udających poważne, Hermann Göring przeszedł swego rodzaju przekwalifikowanie. Wraz z innymi niemieckimi pilotami był częstym gościem lokalnych dansingów, gdzie poznał bardzo atrakcyjną córkę zawiadowcy stacji, Nadieżdę Goriaczewą. Początkowo kochankowie porozumiewali się za pomocą rosyjsko-niemieckich rozmówek, a następnie, aby lepiej zrozumieć swoją „Herę”, Goriaczewa zaczęła uczyć się niemieckiego.

Jednak burzliwy romans nie trwał długo. Już w 1926 roku Göring wyjechał do ojczyzny, a Nadia pozostała w Lipiecku. Pilot obiecał jednak wrócić i zabrać ze sobą ukochaną. Rozpoczęła się między nimi korespondencja, która pomimo małżeństwa Göringa trwała rzekomo aż do końca czerwca 1941 roku. Goriaczowa napisała do niego, że jest gotowa nosić swoją miłość przez całe życie, a kiedy „gruby Herman” spadł z konia i zranił się w nogę, zainteresowała się zdrowiem kochanka. Część listów z Rzeszy nie docierała jednak do Nadieżdy i trafiała do archiwów NKWD.

Oczywiście romantyczna legenda, ale w rzeczywistości Göring nie miał wówczas czasu na studia w ZSRR, a już na pewno nie na romanse. Faktem jest, że podczas leczenia przypadkowego urazu uzależnił się od morfiny, po czym przez długi czas próbował pozbyć się narkomanii. (Göring uzależnił się od morfiny po postrzale, który odniósł w czasie próby puczu w Monachium – przyp. tłum.) Göring był nawet leczony z tego powodu w dwóch austriackich klinikach psychiatrycznych. I dlaczego potrzebował przekwalifikowania w Lipiecku? W czasie I wojny światowej, począwszy od jesieni 1915 roku, Göring był pilotem myśliwca, a od 3 lipca 1918 roku dowodził 1. Dywizjonem Myśliwskim Richthofena, elitarną jednostką lotniczą armii niemieckiej. W bitwach powietrznych zestrzelił 22 samoloty wroga i został odznaczony Krzyżem Żelaznym (Było to odznaczenie Pour le Mérite czyli Order Zasługi – przyp. tłum.). W latach dwudziestych nie nastąpiły żadne rewolucje techniczne, a on, jako pilot pierwszej klasy, najwyraźniej po prostu nie potrzebował przekwalifikowania. Dlatego historycy coraz częściej zgadzają się, że jego pełny imiennik studiował w Szkole Lotniczej w Lipiecku, ponieważ nazwisko Göring (lub Goering) jest bardzo powszechne w niektórych regionach Niemiec, a imię Hermann również nie jest tam rzadkością.

Z tej legendy wynika kolejna legenda. Podobno podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej Niemcy nie zbombardowali Lipiecka, skoro Göring wydał taki rozkaz, dbając o bezpieczeństwo swojej ukochanej. Jednak na podstawie danych z dokumentów archiwalnych i wspomnień mieszczan lokalni historycy dowiedli czegoś przeciwnego: Lipieck był wielokrotnie bombardowany. Ich głównym celem było lotnisko wojskowe i zabudowania zakładów metalurgicznych. Na przykład fabryka Swobodny Sokół została zbombardowana 11 razy. Doszło także do nalotów na budynki mieszkalne i Sobór Narodzenia Pańskiego, ale na szczęście nie spowodowały one dużych ofiar wśród ludności cywilnej.

 

I Piotr Wielki był tutaj

 

Ale co z Hermannem Göringiem, gdy wśród miejskich legend Lipiecka pojawi się sam pierwszy cesarz wszechrosyjski Piotr Wielki! Jedna z tych legend opowiada, jak pewnego dnia Piotr I, zatrzymując się w klasztorze Paroi, zobaczył tam złoża rudy brunatnego żelaza i zaczął mówić opatowi klasztoru, że zamknie klasztor i otworzy na jego miejscu hutę żelaza. Następnie bracia klasztorni obiecali pokazać władcy miejsce, w którym leży jeszcze więcej żelaza. Takim miejscem okazał się klasztorny młyn. Tam powstała pierwsza huta żelaza w Lipiecku. Fabryki powstałe wówczas w tym bardzo małym miasteczku produkowały bogaty asortyment wyrobów dla armii i marynarki wojennej Piotra Wielkiego: armaty, kule armatnie, kotwice, pistolety, stroiki, bagnety, granaty, bomby, miecze, kordy, młotki, śrubokręty, dłuta, żelazo, drut, gwoździe i doskonałej jakości stal.

Innym razem, spacerując z admirałem Senjawinem wzdłuż rzeki Lipówki, cesarz zauważył źródło tryskające z ziemi. Wiedząc doskonale o leczniczych właściwościach wód mineralnych, Piotr I nakazał zbadać skład wody źródlanej i zainstalować studnię w miejscu jej źródła. To dzięki wodom mineralnym i dalekowzroczności wielkiego reformatora Rosji XIX i początku XX wieku prowincjonalny Lipieck stał się znany w całym imperium jako „rosyjskie Baden-Baden”. Kurort był ulubionym miejscem wypoczynku szlachty z całej Rosji.

W XIX wieku Lipieck został wychwalany jako kurort przez słynnego dramaturga, księcia Szachowskiego. Jego wodewil o życiu kurortowym, miłości i oszustwie „Lekcja dla kokietek albo wód lipieckich” wystawiany był na scenach teatralnych Moskwy i Petersburga z liczną publicznością. Jedna z bohaterek spektaklu wykrzyknęła z zachwytem: „Wyznaję wam, że Lipieck to raj naziemny! Życzliwość mieszkańców i rozkosze natury przydadzą mi się tu bardziej niż cała woda świata!” Ogólnie rzecz biorąc, przez lata wody Lipiecka odwiedzało wielu wybitnych ludzi: cesarz Aleksander I Błogosławiony, wciąż następca tronu - Aleksander II Wyzwoliciel, w towarzystwie poety Wasilija Żukowskiego, a także Nikołaja Karamzina, Aleksandra Gribojedowa, poetę Piotra Wiazemskiego, pisarza Piotr Boborykina, Jurija Lermontowa (ojciec Michaiła Lermontowa), rodzina Gonczarowów z wciąż małą Natalią - przyszłą żoną Aleksandra Siergiejewicza Puszkina, jego „cudowną chwilą” Anną Kern i pierwszą rosyjską poetką Anną Buniną.

 

Atrakcje z diabelstwem

 

Jeśli chodzi o obwód lipiecki, jak na rosyjskie standardy jest on bardzo mały, choć malowniczy. Powierzchnia 24.047 km kw. zapewnia mu dopiero 72. miejsce wśród regionów Federacji Rosyjskiej jako całości i ostatnie wśród pięciu regionów regionu gospodarczego Centralnej Czarnej Ziemi. Ale pomimo tych niewielkich rozmiarów, w regionie jest mnóstwo miejsc owianych legendami, niosącymi ze sobą najróżniejsze czary. Na przykład w pobliżu wsi Zamaraika w obwodzie wołowskim w obwodzie lipieckim znajduje się obszar zwany Idolkami. Od dawna znane jest jako wylęgarnia sabatów czarownic i innych diabelskich zachowań. Tam, dokładnie na odwrót, powtórzył się wątek „Nocy przed Bożym Narodzeniem” Gogola – diabeł jechał na człowieku.

Chłop imieniem Iwan, który w zapleczu rosyjskim nosił szczerze dziwny przydomek Misterch, wracał do swojej wioski przez Zamarajskie Idolki, gdy nagle Bóg jeden wie, co wskoczyło mu na ramiona. To coś zaczęło bić Iwana po bokach futrzastymi nogami i kopytami, a jego szponiasta łapa chwytała chłopa za włosy. Podnosząc głowę, Misterch zobaczył jedynie rogi i świński pysk z wystającymi kłami. Diabeł jeździł na Iwanuszce, aż zapiały pierwsze koguty, po czym zeskoczył i zniknął.

W Zamarayce pamiętają także miejscowego żołnierza, który w dawnych czasach służył na Zakarpaciu. Po demobilizacji zdecydował się tam pozostać, aby się dorobić. Osiedlił się w domu młodej, niezamężnej kobiety. A potem pewnego dnia demon naprawdę go zdezorientował - wkradł się do pokoju gospodyni z jawnie grzesznymi myślami - będąc młodym, zdemobilizowanym! A potem zobaczył, że gospodyni natarła się jakąś maścią, przeczytała formułę i poleciała do komina. Żołnierz przypomniał sobie ten bełkotliwy tekst, również posmarował się maścią i poleciał za nią.

Z odległego Zakarpacia szybko polecieli do miejsc znanych zdemobilizowanemu z dzieciństwa, a mianowicie do Zamarskich Idolek. A tam sabat czarownic działał pełną parą. Na zgromadzeniu żołnierz spotkał miejscową czarodziejkę Paraszę, która go rozpoznała i była bardzo zaskoczona. Ale zakarpacka wiedźma również go zauważyła, po czym natychmiast przeczytała kolejny tekst i natychmiast znaleźli się z powrotem tam, skąd przybyli. Wkrótce żołnierz opuścił Ukrainę i udał się do domu. W swojej rodzinnej wiosce ponownie spotkał czarodziejkę Paraszę, która surowo zabroniła mu mówić komukolwiek o ich spotkaniu na sabacie. I żołnierz utrzymywał tę tajemnicę niemal przez całe życie, całą swoją niezwykłą historię opowiadając dopiero przed śmiercią.

Inną anomalną strefę ziemi lipieckiej można zobaczyć, jeśli przed dojazdem do wsi Masłowka w obwodzie Dankowskim skręcimy natychmiast w lewo w pobliżu drogi zaporowej i pojedziemy polną drogą pofałdowaną wzdłuż koryta rzeki Paniki. Tam po 3 - 4 kilometrach na pewno natkniecie się na zaporę na rzece, na lewo od której będzie wzniesienie, na którym porozrzucane są ogromne kamienie. Miejsce to uważane jest za złowieszcze ze względu na starą legendę. Mówią, że ponad sto lat temu we wsi niedaleko tego „ogrodu skalnego” mieszkały zakochane w sobie Aniutka i Wania. Uwielbiali spotykać się przy tych dziwnych kamieniach. Wszystko zmierzało w stronę ślubu, ale wtedy rodzice Iwana szukali dla niego znacznie bogatszej narzeczonej i „poślubili” syna wbrew jego woli. Aniutka przybyła na miejsce ich spotkania i rzuciła się ze skał w dół zbocza, spadając i umierając. Iwan często tęsknił za swoją pierwszą miłością, przychodził do cennych kamieni i pewnego dnia niespodziewanie zobaczył tam swoją Aniutkę. Już miał do niej biec, lecz zamiast nóg dziewczyna miała diabelskie kopyta – z powodu grzechu samobójstwa urocza piękność stała się wilkołakiem.

Od tego czasu miejsce to cieszy się złą sławą. Ani mieszkańcy Masłówki, ani innych okolicznych wsi – Trebunoka i Bigildino – prawie nigdy nie chodzą na te kamienie, choć stanowią one specjalnie chroniony obszar przyrodniczy, uwzględniony we wszystkich regionalnych katalogach turystycznych. Co więcej, w całym rejonie Dankowskim zakątek ten czasami nazywany jest „Złymi Kamieniami”, czasem „Diabelskimi”, czasem „Czarownicami”.

 

Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Sas - Leśniakiewicz

 

środa, 13 kwietnia 2022

Tajemnice góry Blaník: igraszki z czasem (2)

 

Kondrac pod Blanikiem - obraz Augusta Satry

VI.                  O woźnicy, owczarczyku, dziewczynce i owieczce w Blaniku

 

Pewien woźnica jechał bryczką z młyna do domu. Nagle usłyszał tętent koni i wojskowy marsz. Rozejrzał się i zobaczył zbliżających się doń rycerzy. Konie się spłoszyły i pociągnęły brykę w kierunku rycerzy, którzy weszli do wnętrza góry, która się za nimi i woźnicą zamknęła z hukiem. Dopiero po 10 latach wydostał się z niej. Opowiadał on później, że w Blaniku śpi zaklęty rycerz Vok z Rożemberka. Kiedy usłyszał, że nie było go 10 lat to nie chciał wierzyć, wszak wszystkiego był tam 10 dni…

*

Pewnego dnia pewien owczarczyk[1] pasł owce u podnóża Blanika, i zgubiła mu się jedna owca. To zdarzyło się nagle i postanowił pójść i jej poszukać. Szukał jej i szukał, przeszedł wszystkie wąwozy – owcy nie znalazł. Na drugi dzień znalazł jaskinię, która wiodła do wnętrza tej góry. Wszedł do niej i wkrótce usłyszał beczenie swej owcy. Ale skała się zamknęła z wielkim hurgotem. Stał tak w gęstej ciemności, półżywy ze strachu. Naraz pokazał się skrzacik i powiódł go do miejsca, gdzie spał król Wacław ze swymi rycerzami. Kiedy wszedł, obudził się król i zaproponował mu służbę – miał on się zajmować ich bronią i końmi. I owczarczyk został. Nie trwało to długo i wkrótce przyszedł do niego karzełek i zwolnił go ze służby a podając mu torbę rzekł:

- Oto twa zapłata! – a owczarczyk ją wziął i odszedł.

Na zewnątrz spojrzał do torby – był w niej sam owies. – No to też się przyda – pomyślał idąc do domu. A tam wszystko się zmieniło: nikt go nie poznawał, i jedynie starzy ludzie opowiadali, że słyszeli od swych ojców, że pewien owczarczyk 100 lat temu zniknął na Blaniku. Owczarczyk poprosił, by mu dali jakieś miejsce do zamieszkania. Potem otworzył torbę i wysypały się z niej same złote talary. Kupił za nie piękne gospodarstwo i został najbogatszym gospodarzem znanym w całej okolicy.

*

Inny owczarczyk, który także wszedł do środka, opowiedział o tym inaczej. Rycerzem w Blaniku jest Stojmir ze swymi towarzyszami. Kiedy Czechy były opanowane przez najeźdźców, to rycerz Stojmir wycofał się do Blaniku, gdzie miała miejsce końcowa bitwa, w której wszyscy polegli. Następnego dnia po bitwie tamtejsi mieszkańcy nie znaleźli ani jednego ciała i domyślili się, że nieprzyjaciele je wzięli, by zdołować Czechów do reszty i całkowicie. Stało się jednak inaczej. O północy rozległ się dźwięk trąb, który obudził mieszkańców. Wyszli zobaczyć co się dzieje i ku swemu zdumieniu zobaczyli ćwiczących rycerzy. Kiedy skończyli swe ćwiczenia to napoili konie w rzeczce Blanici i zniknęli w Blaniku. I tak się dowiedziano, gdzie znajdują się ci martwi rycerze.[2] 

*

Wydarzyło się to dokładnie we czwartek, kiedy pewnej wiosny pod Blanikiem jedli obiad – mieli groch. (Inna wersja tego podania wskazuje dokładnie na to miejsce. Stało się to w Lunovicach[3].) Ledwie zasiedli przy misie, to służący zatrąbił im, że pora wygnać owce na pastwisko. Dzieweczka odłożyła łyżkę i poszła wyganiać owce gospodarza. Na trasie przegonu oddzieliła się jej jedna owca od stada, a dziewczynka podążyła za nią i obie dostały się do Blaniku. Już ja miała zawrócić, kiedy naraz otworzyła się skała i obie znalazły się w jej środku. Skała natychmiast się zamknęła. W środku ujrzała ona wielu wojaków, którzy zażądali, by im tam posprzątała. Kiedy była już gotowa, to w nagrodę za swą pracę dostała pełny worek śmieci. Potem wojacy ja wypuścili. Dziewczynce było ciężko i wyrzuciła połowę śmieci z worka jeszcze przy skale. W domu ją pytali, gdzie tak długo była, bo nie było jej cały rok. Tak więc opowiedziała im, gdzie była i co robiła i co widziała, a potem wysypała to, co pozostało w worku. Jakież było ich zdumienie, kiedy zamiast śmieci na ziemię wysypało się złoto. Udała się więc na to samo miejsce, gdzie wysypała najpierw śmieci z worka, ale nic nie znalazła.[4]

*

Pewnej dziewczynce umarli rodzice. Z całego majątku pozostała jej tylko jedna owieczka, którą się do tego czasu najwięcej cieszyła. Pewnego razu, w dniu św. Jana Chrzciciela[5] pasła ją w pobliżu blanickiej skały. Naraz owca przestraszyła się czegoś i uciekła, uciekała aż na Blanik gdzie znikła. Dziewczynka szukała jej, ale nie znalazła po niej ani śladu. Wieczorem zobaczyła jakieś drzwi, podeszła do nich i otworzyła. W środku ujrzała wielką ilość wojska, które siedziało wokół okrągłego stołu. Wojacy ci spali, ale co godzinę budzili się i pytali czy już czas? A ich wódz im odpowiadał – śpijcie dalej!

Dziewczynka prosiła, by jej owieczkę oddali, ale dowódca nie chciał jej oddać, póki mu nie przysięgnie, że przez jakiś czas będzie mu służyć. Dziewczynka przyrzekła i służy im do dziś dnia, a owieczkę dostanie wtedy, gdy wojsko z Blanika wyjdzie na pole.[6]

 

VII.              W Blaniku (z Rohožné)

 

Tam, gdzie za Pragą Blanikiem jest wielka łąka, ale nigdy z niej siana nie zbierano, bowiem to wszystko pójdzie do Blanika. W jednej z wiosek koło Blanika służyła dziewczynka u chłopa. Pewnego dnia zasiedli do obiadu. I wybiegła im z chlewa świnia. Dziewczynka przestała jeść i pobiegła za świnią. A świnie uciekała w pola, a ona biegła za nią. Dobiegły obie do Blaniku, a tam skała była otwarta – tam wbiegła świnia a ona za nią. Dziura się za nią zamknęła, jak tylko tam weszła. Biegała zaz świnią tu i tam, aż wreszcie podszedł do niej wojak i powiedział jej, że gdyby była tak dobra i sprzątnęła gnój spod koni, bowiem już tak cuchnie, że nie da się wytrzymać. A inni wojacy, co tam leżeli mieli głowy na rękach. A ona zapytała wojaka, jak długo oni tam są. A wojak jej powiedział, że jak długo będą te ptaki, które mają te białe pióra, a jak ich nie będzie to oni wyjdą. A kiedy taczka z gnojem była gotowa, wojak dał jej coś do woreczka i przykazał, by otworzyła go dopiero jak przyjdzie do domu. Ale ona była niecierpliwa i kiedy znalazła się na łące to otworzyła worek, a tam były same kobylińce.[7] I znowu, jak w poprzednich przypadkach weszła do domu, a tam wszyscy siedzą przy obiedzie. A ona zapytała, czemu na nią tak długo czekali? A oni ze zdumieniem odpowiedzieli:

- Gdzieżeś ty była tak długo? Akurat rok temu wybiegłaś za świnią na pole. Cużeś tam tak długo robiła?

No i im opowiedziała o tym, gdzie była i co robiła. Na dowód na to pokazała worek gdzie jeszcze znajdowały się jakieś kobylińce, a to było samo złoto! Pobiegła pod skałę po resztę, ale skała była zawarta i już niczego tam nie było…[8]

***

Tyle na temat tajemniczych zdarzeń w górze Blanik mających powiązania z Czasem i jego spowolnieniem. Bo to jest oczywiste, że wewnątrz tej góry dochodzi do spowolnionego upływu czasu, co niesie ze sobą konsekwencje w postaci zjawiska dylatacji czasu.

Wygląda to tak, jakby wnętrze góry poruszało się z prędkością relatywistyczną, czyli

v > ½ c

co wynosi około 144.000 km/s, skądś to znamy – nieprawdaż?

Oczywiście – znamy to z kultowej powieści polskiego pisarza sci-fi Adama Snerga-Wiśniowskiego pt. „Robot”. Tam też występują dwa miasta: jedno „normalne”, drugie relatywistyczne - poruszające się z v = 0,9999 c – stosunek upływu czasu w mieście relatywistycznym do miasta zwykłego ma się tak jak 1 : 10.800. Jednej godzinie miasta relatywistycznego równa się 180 godzin w mieście „normalnym”. 1 sekunda miasta relatywistycznego to 3 godziny w mieście „zwykłym”.

W przypadku wnętrza góry Blanik mamy do czynienia z czymś podobnym. Czas tam płynie o wiele wolniej i tamtejszy 1 dzień wynosi 10 lat dla reszty świata. Wydaje mi się, że twórcy tych legend nieświadomie przekazali nam okruchy wiedzy wielkiej i dawno już zapomnianej… Wiedzy pochodzącej z dalekiej przeszłości, o której wspominają tylko niektóre religie. Jak zresztą w wielu innych przypadkach znanych badaczom Nieznanego. I to tłumaczy zainteresowanie wszelkiej maści naukowców i pseudonaukowców SS-Ahnenerbe z III Rzeszy Blanikiem i innymi górami, w których znajdują się jaskinie i krążące wokół nich legendy, baśnie, powiarki i inne przekazy ustne przechodzące z ojca na syna i z pokolenia na pokolenie.

Czantoria - góra na Górnym Śląsku, w której śpią rycerze...

I  jeszcze jedno – to, że istnieją te legendy o uśpionym wojsku i fenomenach czasowych na obszarze Czech, Polski, Austrii i innych krajów CK Imperium Austrowęgierskiego wynika właśnie z tego, że było to jedno państwo, na terytorium którego istniał swobodny przepływ ludności z kraju do kraju. Istniało także przenikanie kultur i co za tym idzie przenikanie legend, podań, baśni, itd. itp. Ludzie opowiadali sobie różne bajki, które potem były dostosowywane do lokalnego folkloru i już zostawały jako „nasze”. Oczywiście to jest jedna z możliwości, bo rzeczywistość może być całkiem inna, a jaka – zaraz zobaczymy…        

 

CDN.     



[1] Pasterz owiec, juhas.

[2] K. Příborský.

[3] Dzisiaj Louňovice pod Blaníkem.

[4] J. Martínek, Chmelná u Čechtic

[5] Czyli 24.VI.

[6] Jan Fejral, Velký Bernárec u Jindř. Hradce w „Národní pohádky a povĕsti” s. 106.

[7] Koński nawóz.

[8] To opowiadał Francek Moravec. Zob. Jar. Hošek – „Povidki z okoli svojanovského ve vych. Čechách” w „Český Lid”, t. V s. 336