Powered By Blogger

niedziela, 7 lipca 2013

Legendy góry Untersberg

Masyw góry Untersberg

Nina Koniewa


Nie znamy dokładnych dat narodzin i śmierci Karola Wielkiego. Najprawdopodobniej urodził się on w roku 742 i zmarł mając 72 lata. Nieznane jest także miejsce jego urodzenia – o prawo do miejsca jego urodzenia ubiega się wiele miast.

Czy kiedykolwiek słyszeliście o górze Untersberg (1801 m n.p.m.) wznoszącej się na granicy Niemiec i Austrii nieopodal Salzburga? To dzieki niej na świecie pojawiły się niezliczone narodowe legendy, mity i bajki. Tajemnicza góra jest źródłem historycznych i przyrodniczych zagadek.


Kiedy obudzi się Karol Wielki


Najbardziej znana legenda Untersbergu stała się podwaliną pod baśnie braci Grimm. Mówi się w niej, że pod górą już trzecie stulecie śpi siedząc za ogromnym kamiennym stołem, sam Karol Wielki. (Inna wersja legendy mówi o cesarzu Fryderyku Barbarossa – przyp. tłum.). A obudzi się on wtedy, gdy jego broda trzykrotnie owinie się dookoła stołu, a nad głowa przestana mu latać wrony. Kiedy to nastąpi, skończy się bitwa pomiędzy Dobrem a Złem, a które to wydarzenie stanie się początkiem Złotego Wieku.

Wedle podań ludowych, nie tylko Karol znalazł swą przystań w tej górze. Wraz z nim śpią książęta, rycerze i słudzy. A poza tym mieszkają tam gnomy, które chronią sekrety  i skarby góry, a w nocy wychodzą na polowanie.  


Mieszkańcy podziemnego świata


Dzisiaj na masywie Untersbergu kręci się pełno turystów. To jest ulubione miejsce ich wędrówek i rajdów turystycznych oraz weekendowych wypadów w góry. Panorama Salzburga, który znajduje się niedaleko od granicy z Niemcami w pogodne dni zachwyca klarownością widoku ze szczytów masywu i plateau. Sam masyw składa się z kilku wierzchołków: Berchtesgadener Hochthron – 1972 m n.p.m., Rauheck – 1892 m, Gamsalpkopf – 1888 m, Salzburger Hochthron – 1853 m, Mitterberg – 1840 m, Geiereck – 1805 m. Z salzburskiej strony Untersbergu można dojść do znanej jaskini Kolowarthöle długiej na 16 km oraz do lodowej Schellenberger Eishöle. W tych górach znajduje się ponad 500 jaskiń, z których 110 nie jest jeszcze w ogóle spenetrowanych.

Ogromna ilość naturalnych krajobrazów poraża podróżników. Lasy i polany, labirynty jaskiń, rzeki i bagna u podnóża góry, ogromne poziome plateau na dużej wysokości – wszystko to pozwala pofantazjować o istnieniu mitologicznych mieszkańców tego parku Przyrody: druidów, czarownic, leśnych demonów, koboldów i elfów.


Zaginione wesele


Mieszkańcy wsi znajdujących się w pobliżu góry, opowiedzą wam swoją legendę, związana z ich miejscem zamieszkania. Folkloryści zapisali tutaj wiele historii. Opowiada się je w tych miasteczkach takim głosem, żeby nie przestraszyć czy rozdrażnić górskich duchów i innych bohaterów legend.

Opowiada się tedy, że w 1858 roku, zaginął tutaj cały orszak weselny. Po ceremonii zaślubin młodzi i goście udali się do domu panny młodej by tam poimprezować. Przy dźwiękach kapeli, weseli i beztroscy szli koło góry Untersberg. I naraz, jeden z gości zaczął opowiadać o tym, że w tym miejscu zaginał bez wieści pewien cesarz ze swym dworem, i jakoby od tego czasu z góry pojawia się jego duch, który szczodrze obdarowuje wędrowców. Pan młody jak tylko o tym usłyszał, zaczął przywoływać ducha cesarza i prosić o podarunek dla swej wybranki.

Naraz w stoku góry otworzyło się wejście i wyszedł z niego siwy starzec. Zaprosił on wszystkich do swej podziemnej pieczary. Wesoła kompania skorzystała z zaproszenia. Zdumionym oczom ludzi pokazała się amfilada sal, w jednej z których znajdował się nakryty stół. Zmęczeni drogą młodzi i ich goście zasiedli za nim, wypili, przekąsili i wkrótce zasnęli. Obudziwszy się, wyszli z jaskini i poszli w dalszą drogę. Ale jakież było ich zdumienie, kiedy dotarło do nich, że nie poznają otaczającej ich okolicy, a ci których spotykali na swej drodze zwracali się do ni9ch w nieznanym języku. Ludzie szli szukając swej wioski, a kiedy wreszcie doszli do niej, to też jej nie poznali. Powrócili zatem do kościoła, w którym odbyły się zaślubiny i opowiedzieli o wszystkim księdzu, który zupełnie nie był podobnym do tego, który udzielał młodym ślubu. Ten zaś otworzył stare foliały i znalazł zapis o tym, że ongi z tej miejscowości zaginęło wesele, ale że było to 500 lat temu! (Wynika z tego, że to wesele albo odbyło się w roku 1358, albo dopiero pojawi się z dziury w czasie w roku 2358! Ale nie wymagajmy logiki od ludowych bajek… – uwaga tłum.)


Nierozszyfrowany napis


Jednym z pierwszych doniesień związanych z Untersbergiem, zostało opisane przez klerka niejakiego Lazarusa Gitschnera. W 1529 roku ten młody człowiek jakimś cudownym sposobem dostał się do środka tej  zaczarowanej góry (Reichenball) i przebywał tam całe 7 dni. W jednej z jaskini napotkał on mnicha, który pokazał mu podziemne korytarze, sale i kościoły. Lazarus nie tylko opisał swe przygody, ale także odrysował znajdujący się tam naskalny napis. Inskrypcja wyglądała tak:

S.U.R.G.E.T.S.A.T.U.M.
S.O.R.G.E.I.S.A.T.O.M.

Wielu kryptologów w naszych czasach próbowało rozszyfrować zagadkowy sens tego naskalnego napisu, ale jak na razie, to zupełnie bezowocnie…

W 1794 roku podobna historia przytrafiła się innemu miejscowemu mieszkańcowi. Pewnej nocy szedł on drogą okalającą masyw górski i napotkał on karzełka, który zaprosił go do siebie. Mężczyzna się przestraszył, ale zaproszenie przyjął. Dziwny człowieczek odkrył podróżnemu jego przyszłość, a do tego dał mu 180 złotych dukatów, które się nigdy nie gubiły, gdyby je utracił.

Wstrząsająca historia zdarzyła się pewnej zakochanej parze. Rodzice zabronili się im pobrać, więc uciekli w góry w których szczęśliwie przeżyli 200 lat. Kiedy minęły dwa wieki, zakochani trzymając się za ręce wyszli z wnętrza gór tak młodzi, jakimi byli wcześniej. Ale w ciągu kilku chwil postarzeli się bardzo i umarli trzymając się za ręce…


Czy otworzą się drzwi?


I w naszych czasach góra Untersberg nadal żyje swoim tajemniczym życiem. Kilka lat temu zaginęła tam bez wieści cała grupa turystów. Ich poszukiwania zajęły kilka tygodni. Ratownicy przeszukali każdy szlak, każdą ścieżkę i jaskinię tego masywu górskiego… A potem naraz stało się jasne, że poszukiwana grupa znalazła się… na Bliskim Wschodzie.

W sierpniu 1987 roku, na spacer w góry wybrała się młoda para małżeńska z Monachium i ich koleżanka. Wkrótce na parkingu, z którego turyści wyruszyli w góry, zostało znalezione ich białe auto, zaś sami młodzi turyści zniknęli… Ezoterycy i mistycy wyjaśnili, że młodzi ludzie wpadli w pułapkę czasową poprzez portal, który otwiera się tylko raz w roku – 15 sierpnia – w dzień Wniebowzięcia NMP. Wrota te znajduja się w jednej z jaskiń Untersbergu. Po tym u podnóża góry zaczęli zbierać się ludzie. Wszyscy oni oczekiwali na pojawienie się zaginionych. No i młodzi ludzie się znaleźli. Tylko gdzie? Po trzech miesiącach, oni zadzwonili do swoich przyjaciół ze statku płynącego po Morzu Czerwonym. Na pytanie o to, jak się tam znaleźli, odpowiedzi nie było. (Zob. „Tajemnice góry Untersberg” - http://www.paranormalne.pl/tutorials/article/18-tajemnice-gory-untersberg/ - przyp. tłum.)

19.X.2001 roku zaginął tam Max Brandt z Siegsdorfu. 39-letni mężczyzna zaparkował samochód i udał się w góry. Poszukiwano go kilka miesięcy. Do akcji weszły grupy poszukiwawcze z Austrii i Niemiec, uruchomiono wszystkie dostępne środki techniczne. Krewni, przyjaciele i koledzy Brandta czesali metr po metrze masyw Untersbergu. Naczelnik miejscowej policji Peter Ottmann określił ją jako największą w historii. Ale jak dotąd, nie ma najmniejszego śladu po Maksie Brandtcie…

Legendy góry Untersberg interesują historyków i etnografów, biologów i geologów, a także ezoteryków i psychotroników. Nad zagadką anomalii czasowych w jaskiniach Untersbergu pracują wszyscy, którzy zetknęli się z tym fenomenem, ale mimo ich wysiłków zagadka ta pozostaje nierozwiązaną.


Moje 3 grosze


O fenomenie Untersbergu po raz pierwszy wyczytałem w książce Petera Krassy i Reinharda Habecka pt. „Biblioteka palmowych liści” (wyd. Uraeus, Gdynia 1994). W jej 15. Rozdziale pt. „Królestwo czarów z Untersbergu”, (ss. 176-187) piszą oni o spotkaniach z dziwnymi istotami zamieszkującymi wnętrze tej góry. I tak prawią oni o przygodzie baroneta Ingomara von Lex, który w 1956 roku zagubił się gdzieś w masywie Untersbergu, a po powrocie opowiedział niewiarygodną historię o tym, jak to jego przyjaciel o wyglądzie krasnoludka zaprosił go do wnętrza góry, do jakiejś jaskini. Doszli tam do jakiegoś małego jeziorka, w którego pobliży znajdowało się wielu ludzi. Byli oni podobni do ludzi, ale niemal przeźroczyści. Potem wraz z krasnalem i towarzyszącym mu psem wyszli na powierzchnię. Okazało się przy tym, że Ingomar i jego pies przebywali w tajemniczej jaskini parę chwil, a w rzeczywistości nie było ich aż pięć godzin!

Inna historia przekazana przez niemieckiego bajkopisarza Ludwiga Bechsteina mówi o dziewczynce, która weszła do jaskini, w której przebywała – według jej relacji 7 lat – podczas kiedy w rzeczywistości na ziemi minął już cały wiek…

W innym przypadku mały pastuszek dostąpił zaszczytu spotkania samego cesarza Karola Wielkiego. Zaprowadzony przez gnoma do jaskini, w której znajdowała się ogromna sala, w której stali lub siedzieli spętani spowolnionym czasem rycerze, giermkowie, a na złotym tronie siedział sam cesarz. Obok niego trwali w bezruchu inni panowie i duchowni. Pastuszek wyszedł wyprowadzony przez gnoma, który dał mu cenny prezent i znikł równie tajemniczo, jak się pojawił.

Inna historia mówi o leśniczym, który przenocował w jednej z jaskiń Untersbergu i następnego dnia rankiem znalazł złotą bonanzę i… drzwi prowadzące do jakiegoś dziwnego świata, którego mu jednak nie dane było zobaczyć.

Kolejna historia mówi o młodym małżeństwie, którzy udali się w góry. Mężczyzna zobaczył jaskinie i poszedł ja spenetrować. Kiedy nie wracał, jego żona zgłosiła jego zaginięcie na posterunku żandarmerii. Przeszukano całą okolicę, ale go nie znaleziono. Po tygodniu zaginiony znalazł się sam i ze zdumieniem stwierdził, że był w tej jaskini tylko jakieś 2-2,5 godziny…

Inną przygodę z anomalia czasową przeżył dr Eugen Koeberle, który wybrał się na wycieczkę na Untersberg i został przepędzony ze szczytu przez potężną burzę z gradobiciem. Po pewnym czasie spotkał on krasnoludka, który sprowadził go do jakiejś jaskini gdzie pokazał mu wiele dziwnych rzeczy, ale zabronił mu opowiadać o nich innym ludziom. Według dr Koeberlego pobyt tam trwał jakieś 2 godziny, w rzeczywistości upłynął cały tydzień…!

Według powołanych tutaj autorów, Untersberg nie jest jedyną górą, wokół której krążą takie własnie legendy. Podobną sławą cieszy się Mt. Shasta w Kalifornii, Gavea k./Rio de Janeiro, gdzie też dochodzi do zagadkowych wydarzeń związanych z Czasem. W swej pracy zatytułowanej „Projekt Tatry” (Kraków 2002) zaproponowałem dla tego rodzaju fenomenów nazwę Fenomenu Ripa van Winkle – postaci z bajki Washingtona Irvinga, która też przeskoczyła w Czasie o 200 lat, i co najciekawsze – ma miejsce także w Tatrach i Beskidach…[1]

Ale to już inna historia.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 10/2013, ss. 22-23
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©     




[1] Materiał ten zostanie wkrótce udostępniony Czytelnikom na blogu „Xięgi niewydane”. 

sobota, 6 lipca 2013

Zagadka katastrofy samolotu nr CCCP-46276

Samolot An-24B 


Siergiej Dunajew


Katastrofy lotnicze zdarzają się w następujących przypadkach: przy starcie – 11%, przy osiąganiu zadanego pułapu lotu – 7%, w czasie lotu – 5%, przy zmniejszaniu pułapu lotu – 3%, przy podchodzeniu do lądowania – 12% i przy lądowaniu – 25%.

40 lat temu, 22.I.1973 roku, miała miejsce straszliwa katastrofa lotnicza, jedna z najbardziej zagadkowych i tajemniczych historii w dziejach radzieckiego lotnictwa cywilnego. Wiarygodnego wyjaśnienia tej katastrofy nie znaleziono do dziś dnia.


Rejs miał się ku końcowi…


Samolot An-24B o numerze burtowym CCCP-46276 należący do Krasnodarskiego Oddziału Aerofłotu, wykonywał zwyczajny rejs na trasie Krasnodar – Wołgograd – Saratow – Kazań – Perm, mając na pokładzie 5 członków załogi i 39 pasażerów. Wspomniany lot miał się już kończyć i do lądowania w Permie pozostało jedynie 20 minut. An-24B leciał na wysokości 5400 m w specjalnym korytarzu powietrznym przeznaczonym dla samolotów państwowych, zaś jego trasa przebiegała nad rejonem w którym często-gęsto znajdowały się obiekty wojskowe i przemysłowe. Ochronę tychże obiektów przed powietrznym szpiegostwem w ZSRR traktowano to bardzo poważnie, a przyczyny tego były bardzo ważkie. Za burtą samolotu panował syberyjski mróz – przy ziemi wynosił on -41°C – ale warunki atmosferyczne były idealne: CAVU[1] i wiatr 0°B. I to właśnie dlatego u kontrolerów lotu w Permie pojawiły się złe przeczucia, kiedy to o godzinie 02:00 czasu lokalnego utracono łączność z samolotem z Krasnodaru.


Straszne znalezisko przy wsi Pietuchowa


Rozpoczęta akcja poszukiwawczo-ratownicza rychło została uwieńczona powodzeniem, jeżeli można tak powiedzieć o następstwach katastrofy. W odległości pół kilometra od wsi Pietuchowa i 95 km od Permu znaleziono obrócony na plecy kadłub An-24B z oderwanymi konsolami (część skrzydła za gondolami silnikowymi). Nikogo żywego tam nie znaleziono. Badając krok za krokiem okoliczności katastrofy eksperci wyjaśnili okoliczności tragedii, które wywołały jednocześnie niezrozumienie i strach.

An-26B był wyposażony w komplet przyrządów zapisujących wszystkie parametry lotu, w tym także rozmowy załogi. Wszystkie przyrządy ocalały. Z odczytu ich zapisów wynikało, że wypróbowany i dobry samolot naraz „zbiesił się” bez jakichkolwiek widocznych przyczyn zwalił się w prawy martwy korkociąg, który naraz zmienił się w lewy i statek powietrzny wpadł w spiralę śmierci… O tym, jak bardzo nieoczekiwanie doszło do katastrofy mówią jedynie rozmowy pilotów, którzy zdążyli się tylko zorientować, a potem cała ich uwagę przykuły ewolucje samolotu.

Dowódca załogi, były wojskowy lotnik-instruktor Jewgienij Diegtiariew na próżno walczył z obezwładnioną maszyną, tak że na jego palcach zaciśniętych na wolancie powstały sińce. I udało mu się – wyprowadził samolot do lotu poziomego na wysokości 2700 m. No i tutaj „Antek” znów „zwariował” i zaczął ostro nabierać wysokości jakby zamierzał wykonać martwą pętlę. Na takie manewry żaden samolot pasażerski nie jest obliczony. W szczytowym punkcie pętli oderwały się końce skrzydeł i ogon, a samolot po prostu spadł na ziemię płasko na plecach.

Nie doszło do pożaru. Wyciekające paliwo błyskawicznie pochłonęła półtorametrowa warstwa śniegu. Ta śnieżna poduszka odegrała rolę amortyzatora, ochroniła życie – jak to ustaliła ekspertyza medyczna – siedmiu pasażerom. Wszyscy oni mieli ciężkie obrażenia ciała i przy natychmiastowym udzieleniu im pomocy mogliby to przeżyć. Niestety – ten sam śnieg, który ochronił ich od śmierci w zderzeniu z ziemią, zmniejszył ich szanse na ratunek.

Spójrzmy na to tak: wieś, godzina druga w nocy, na zewnątrz minus czterdzieści stopni, słowem – i psa byś nie wygonił, a tu nagle huk i trzask. Ci nieliczni, którzy przebudzili się i spojrzeli w okno niczego nie zobaczyli – wszak nie było pożaru!
- Co to za diabelstwo?! Dobra, rankiem rzucimy okiem, wieczorem zmądrzejemy… - i pietuchowcy wrócili do łóżek. Czy można ich za to potępić?

W tym samym czasie, jeden z pasażerów lecący na zimowy urlop podchorąży szkoły oficerskiej, był w stanie wydostać się z kabiny pasażerskiej poprzez trupy i szczątki, jakimś niewiarygodnym sposobem nie bacząc na rany, przeszedł 500 m poprzez kopny śnieg do najbliższego domu, ale… zapukać do drzwi już mu sił nie stało. Można sobie wyobrazić przerażenie i gorycz gospodarza domu, który rankiem otworzył drzwi – przecież temu człowiekowi mógł pomóc!

Ostatnia żyjąca pasażerka, półtoraroczna dziewczynka zmarła w kabinie pasażerskiej w godzinę przed przybyciem pomocy. Drugiego tak ponurego, strasznego i przygnębiającego wypadku w kronikach lotnictwa radzieckiego nie było…


Uderzenie z zewnątrz czy od wewnątrz?


Przetransportowanie szczątki samolotu na permskie lotnisko położone 100 km od miejsca katastrofy, w kopnym śniegu i czterdziestostopniowym mrozie było niewyobrażalnie trudno. Tym niemniej dokonano tego w krótkim czasie, przy czym zrobiło to wojsko – a to szczególny moment! Żołnierze targają gołymi rękami szczątki samolotu w śniegu po pierś i ściągali wszystko, co mogło chociaż w przybliżeniu wyglądać na fragmenty jego konstrukcji!

W Permie zajął się nimi doświadczony inżynier, naczelnik Wydziału Kontroli Technicznej Krasnojarskiego Oddziału Aerofłotu – Nikołaj Bierdnikow. Cel jego śledztwa był prosty i logiczny: wykazanie, że katastrofa miała miejsce wskutek ostrych zmian kątów pochylenia osi samolotu w stosunku do linii horyzontu spowodowanych przez przerwanie cięgieł mechanicznych łączących wolant z lotkami sterów samolotu. Na dzień dzisiejszy, krwawe doświadczenie wykazuje, że w 99,99% te ciągła rwą się wskutek zmęczenia metalu albo błędów eksploatacji (technik zapomniał dokręcić śrubę czy coś w tym rodzaju), i tylko w 0,01% wskutek warunków zewnętrznych czy sabotażu. Tak więc doświadczony ślusarz, nie mówiąc już o doświadczonym inżynierze, obejrzawszy miejsce rozerwania metalu, może stwierdzić co spowodowało jego zerwanie: zmęczenie metalu czy uderzenie. W samolocie An-24B nr burtowy CCCP-46276 cięgła mechaniczne zostały przerwane przez uderzenie.

Następnym krokiem ekspertów pod kierownictwem Bierdnikowa – było ustalenie kierunku, z którego nadeszło to uderzenie: z wewnątrz czy z zewnątrz? Wariant eksplozji na pokładzie trzeba było bezapelacyjnie odrzucić: ekspertyza pokazała brak na powierzchniach elementów wewnętrznych związków azotowych, które zawsze występują w takich przypadkach. Ale skoro nie z wnętrza, to znaczy się – z zewnątrz?

A z zewnątrz brakowało fragmentu poszycia pomiędzy 7. a 11. Wręgą, czyli jakieś 1,5 m szerokości. A na bok od tej dziury na poszyciu pozostał ślad jakby farby, tak jakby ktoś przeciągnął po duralu poszycia kawałkiem żelaza pomalowanego farbą ochronną. Innymi słowy, coś ciężkiego werżnęło się w lewą burtę statku powietrznego, przecinając cięgła sterownicze skazując samolot na zagładę. No i pojawiło się przypuszczenie: An-24B został zestrzelony pociskiem rakietowym dlatego, że leciał on nad „polem minowym” w specjalnym korytarzu powietrznym, i po prostu zszedł z kursu. A to dlatego, że u przeklętych wojaków jest zawsze tak: „tylko zrobić krok w prawo, krok w lewo – najpierw strzelać potem gadać”.  


Bardzo źli wojacy


Badanie tej katastrofy stało się ciężką próbą dla tych, którzy to robili, i inaczej być nie mogło. Ale przedstawiciel sztabu Uralskiego Okręgu WOPK wyłożył na stół bezdyskusyjny i morderczy zarazem dokument: oficjalne oświadczenie, zgodnie z którym w nocy 20/21 stycznia wojsko nie prowadziło strzelań rakietami plot., nawet ćwiczebnymi, i nie podrywało w powietrze pościgowców.

I tutaj współczesnemu Czytelnikowi winni jesteśmy wyjaśnienie, bo ma prawo o to zapytać:
- Pomyślcie! Wojsko oświadcza, że o niczym nie wie? Kto im przeszkadzał kłamać, by uniknąć odpowiedzialności?

Przeszkadzał wojskowy kontrwywiad – II Główna Dyrekcja KGB (kontrwywiad gospodarczy) i Prokuratura ZSRR. Te dwie instytucje były powołane po to, by trzymać wojsko w ryzach i nie pozwalać armii na samowolę – już to z głupoty, już to celowo, czy z poduszczenia wrogich wywiadów. I swoja robotę robili porządnie – o czym można napisać tysiące artykułów i opowiadań. I wszelkie przestępcze działania wojskowych, wskutek których ponosili śmierć cywile były u nas karane bez litości. A zatem po liniach specsłużb oświadczenie to brzmiało – u nas nikt nie strzelał! Ale najważniejsze – z punktu widzenia autora, który pracował z uzbrojeniem wszystkich typów – to całkowicie paranoidalny (a może nie?) radziecki system zabezpieczania bezpieczeństwa broni. Radziecką rakietę przeciwlotniczą nie można wystrzelić ot tak sobie, z głupia frant. Jest ona integralną częścią złożonego systemu: kabina dowodzenia – stanowisko startowe – rakieta i ma to właśnie chronić przed wariatami i przestępcami. Odpalać je może tylko i wyłącznie starszy oficer – dowódca Dywizjonu Rakiet Plot. w stopniu nie niższym od majora. I gdyby coś podobnego miało miejsce w 1973 roku, to prokuratura wraz z kontrwywiadem zaraz by dorwała delikwenta i postawiła przed sądem.


I tak…


Na wstępie powiedziano, że katastrofa samolotu o numerze bocznym CCCP-46276 jest jedną z najbardziej tragicznych katastrof w historii Aerofłotu. Ale patrząc na ilość ofiar, to wydarzenie nie było tak rekordowym, były – niestety – o wiele większe katastrofy. Ale biorąc pod uwagę wszystkie niewyjaśnione i zgubne okoliczności – incydent nad Permem nie ma sobie równych…


* * *


Kiedy czytałem ten artykuł, to przypominała mi się nasza, polska tragedia sprzed 44 lat, która wydarzyła się w Paśmie Babiogórskim, nieopodal szczytu Policy – 1369 m n.p.m.. Wtedy tam też rozbił się samolot An-24 o znakach SP-LTF, popołudniem 2.IV.1969 roku. W tej katastrofie zginęły 53 osoby – pasażerowie i członków załogi. Dzisiaj tragedię tą upamiętnia pomnik jej ofiar. I podobnie jak w przypadku samolotu CCCP-46276, do dziś dnia nie są znane prawdziwe przyczyny tej katastrofy. Pisze o tym Małgorzata Musiałek z Jordanowa w 2011 roku na łamach „Wiadomości 24” oraz Przemysław Semczuk na łamach „Newsweeka”:
Pisałem także ja na łamach „Echa Jordanowa” – materiał ten znajduje się na stronie:
Tajemnica ta nadal jest niewyjaśniona. Czyżby to, co się działo w okolicach Permu miało swój odpowiednik w okolicach Babiej Góry?  

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 11/2013, ss. 6-7
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©     



[1] Bezchmurne niebo, widoczność nieograniczona.

piątek, 5 lipca 2013

Wodoloty i ekranoplany

Ekranoplan bojowy Łuń


Giennadij Czernienko


W Japonii zbudowano jednomiejscowy aparat latający na zwykłe bateryjki o mocy 1,5 W. Samolot o masie 60 kg w czasie testów mógł przelecieć na jednym „załadowaniu” 390 metrów.

O tych aparatach latających trudno powiedzieć – samoloty to czy statki? Na pewno one są i jednym i drugim. No i mają niecodzienną nazwę – ekranoplany. Na świecie jest ich niewiele, a wszystkie są doświadczalne. Największe i najsilniejsze z nich zbudowano w naszym kraju.


Zdumiewający obiekt


W środku lat 60. XX wieku, amerykańskie satelity zwiadowcze i szpiegowskie zauważyły na Morzu Kaspijskim zdumiewający obiekt. Stało się jasne, że w ZSRR przeprowadza się próby nad nową bronią – ni to okrętem, ni to samolotem przenoszącym rakiety.

Angielski magazyn „Jane’s” zajmujący się problematyką techniki wojskowej różnych krajów pisał tak:
Gigantyczna radziecka skrzydlata maszyna wykorzystująca wpływ bliskości wody, z rozpiętością skrzydeł 40 m, długością 90 m, przechodzi próby na Morzu Kaspijskim. Rozpoczęto je w 1965 roku. Ekranoplan rozwija prędkość 560 km/h.

Redaktorzy tego magazynu nie mylili się. Aparat, o którym mowa, był rzeczywiście ekranoplanem o niewidzianych rozmiarach i masie ponad 400 ton! I właśnie dlatego amerykańscy wojskowi nazwali ten dziwny aparat The Caspian Monster – Potwór z Morza Kaspijskiego!

Prace nad nim były otoczone najściślejszą tajemnicą państwową. Nawet nazwisko głównego konstruktora utajniono. Ono było szeroko znane, ale akurat ze względu na budowę innych statków i okrętów. No bo któż nie znał Rostisława Jewgieniewicza Aleksiejewa, projektanta całej floty pasażerskich wodolotów typu: Rakieta, Meteoryt czy Sputnik?

Ale Aleksiejew nie był ojcem tej idei, bo o istnieniu efektu ekranu wiedziano od dawna. Ale zbudowanie dostatecznie solidnego ekranoplanu i to o takich rozmiarach, poza Aleksiejewem nikomu się nie udało.

"Morderca lotniskowców" w akcji (wizja artysty)


Dynamiczna poduszka


Rostisław Jewgieniewicz zainteresował się ekranoplanami jeszcze w latach 50. XX wieku, kiedy się wyjaśniło, że prędkość 100-150 km/h stanowi optymalny i maksymalny przedział dla wodolotów. Żeby pokonać tą barierę prędkości, należało statek podnieść z wody i pozwolić mu lecieć nisko nad jej powierzchnią – ekranem – na wysokości 3-4 metrów. Powstająca w tym przypadku warstwa sprężonego powietrza stawała się dynamiczna poduszką, na której opierały się skrzydła pojazdu, poruszającego się z dużą prędkością. Dzięki temu pojazd ten staje się o wiele bardziej ekonomiczny i ładowny od zwykłych samolotów.

Opracowując swoje zadziwiające aparaty Aleksiejew widział w nich w pierwszej kolejności okręty wojenne: transportowe, desantowe i przenoszące pociski rakietowe. Idee Aleksiejewa znalazły poparcie Nikity S. Chruszczowa. Na opracowanie bojowych ekranoplanów wyłożono ogromne środki finansowe, zbudowano unikalne stocznie i laboratoria badawcze oraz zorganizowano ogromne biuro konstrukcyjne.

W bazie w Czkałowsku przeprowadzono badania ponad 1000 specjalnych modeli statków latających. Pierwszy doświadczalny ekranoplan  o masie 3 ton, opracowany w 1961 roku, miał parę skrzydeł nośnych. Okazał się on nieudanym i Aleksiejew odrzucił go, dając fory drugiemu – samolotowemu z jednym krótkim skrzydłem i wysokim ogonowym usterzeniem.

Ten 550-tonowy, do dziś dnia nie mający sobie równych, aparat Rostisław Jewgieniewicz nazwał statkiem-makietą w skrócie KM[1], tym samym podkreślając, że jest to maszyna doświadczalna.



Ekranoplan w jednym z rosyjskich portów Morza Kaspijskiego - zdjęcie satelitarne z GoogeEarth


Przy wyspie Czeczeń


To właśnie o tym statku-makiecie pisał „Jane’s”. Opisujący go redaktor był niedaleko od prawdy podając parametry kaspijskiego potwora: jego kadłub przypominający fantastyczną rybę miał długość 92 m, wysokość od kilu po czubek statecznika pionowego steru wynosiła 22 m, rozpiętość skrzydeł – 37,6 m. W dziobowej części na poziomym wysięgniku znajdowało się 8 silników turboodrzutowych, to one zabezpieczały wzlot tej ciężkiej maszyny. Na części ogonowej znajdowały się jeszcze dwa silniki turboodrzutowe nadające całości prędkość marszową w czasie lotu.

Ekranoplan-gigant został zwodowany w Gorkim (obecnie Niżny Nowgorod) w marcu 1966 roku i przez miesiąc holowano go Wołgą do Morza Kaspijskiego. Jako że był to obiekt ultra-sekretny, to odłączono mu skrzydła i przykryto siatka maskującą. Płynęli tylko w nocy, a w dzień trzymali się ustronnych miejsc.

Bazą doświadczalną była bezludna wyspa Czeczeń w okolicach Kaspijska k./Machaczkały. Pierwszy lot/rejs (???) w dniu 18.X.1966 roku Aleksiejew poprowadził sam. Miało to miejsce wcześnie rano, o świcie. Zaryczały silniki i statek ruszył do przodu, pomknął po gładzi morza, a po chwili oderwał się od wody i poleciał na wysokości kilku metrów, jak to było zaplanowane. Tak zaczęły się loty nad Morzem Kaspijskim i lądem.

Ekranoplan rozwijał prędkość 500 km/h, był bardzo manewrowym i pozwolił na wykonywanie tak ostrych zwrotów, podczas których końcówka skrzydła niemal dotykała wody!



Desantowy Orlionok


Jeden ze świadków lotu kaspijskiego potwora wspominał:
Nasz barkas był już niedaleko od brzegu, kiedy od strony morza zaczął narastać ryk silników. I naraz zobaczyliśmy, jak do nas zaczyna zbliżać się niepojęty, żelazny potwór – ni to samolot, ni to statek, który mknął nisko nad wodą. Przeraziło nas to i wprawiło w osłupienie. Kiedy ów pojazd znalazł się w odległości 100 m, wykonał on ostry wiraż i poleciał w kierunku wyspy, a jego skrzydło omal nie dotknęło wody. Ale nie, woda pod nim jakby się ugięła, dziwny statek wyrównał lot i odleciał w stronę lądu.

W czasie państwowych testów, Aleksiejew oddał ekranoplan w ręce profesjonalnych pilotów oblatywaczy. Miało to swój cel, bo błędy mogły doprowadzić do poważnej awarii czy wręcz katastrofy. No i coś takiego się wydarzyło w dniu 25.VIII.1964 roku, w czasie prób z ekranoplanem SM-5. W morzu zerwał się silny wiatr. Lotnicy zdecydowali się na lot nad falami, ale oderwawszy się od ekranu maszyna naraz straciła stabilność i spikowała w wodę zabijając pilotów.

Nowy ekranoplan – Oriełok – został zbudowany w 1972 roku. On także przypominał z wyglądu samolot, ale był o wiele mniejszy od kaspijskiego potwora i miał takie przeznaczenie, jak okręt desantowo-transportowy. Można go było załadowywać na brzegu. Jego delfini nos można było odchylić na bok i bojowe wozy mogły swobodnie wjechać do jego wnętrza i wyjechać zeń.

Łuń w locie 


Oto cud!


Ani jeden kraj w świecie, z wyjątkiem naszego, do dziś dnia nie posiada czegoś podobnego. Rostisław Jewgieniejewicz pracował z wielkim oddaniem, nie wiedząc, co to odpoczynek, przezywając życiowe problemy. A trudności napotykał on na każdym kroku. Zwłaszcza z Oriołkiem miało miejsce takie wydarzenie, które nie tylko mocno wpłynęło na przyszłość ekranoplanów, ale i na życie ich generalnego projektanta.

To było w listopadzie. Po sztormie na Morzu Kaspijskim szalały jeszcze fale. Lot wymagał od załogi maksymalnej koncentracji. Na pokładzie znajdowało się 40 ludzi, w tej liczbie Aleksiejew i członkowie technicznej komisji z zastępcą ministra przemysłu stoczniowego na czele.

Statek wykonał już kilka skrętów i zaczęto przygotowywać się do wodowania w poprzek fal. Pilot zrobił to tak ostro, że materiał kadłuba nie wytrzymał uderzenia o wodę. Przyrządy momentalnie wyłączyły się. Aleksiejew spojrzał przez wierzchni luk, i bez słowa usiadł za sterami.
- Do bazy! – rzucił krótko. I ruszyli.

W bazie wychodząc z ekranoplanu wszyscy krzyknęli ze zdumienia: statek… nie miał steru, który urwał się w chwili uderzenia o wodę! Rostisław Jewgieniejewicz powiedział wtedy ni to żartem, ni serio:
- Ster zgubili, ale jednak dolecieli. Oto cud!

Wodolot typu Kometa w polskich barwach armatora Bosman Express na szlaku ze Szczecina do Świnoujścia

Jeden z pierwszych wodolotów pod polską banderą. 
W PRL Żegluga Gdańska i Żegluga Szczecińska posiadały cała flotyllę wodolotów. W tzw. "wolnej" Polsce pozostało po niej tylko wspomnienie...  


Statki przyszłości


Jednak w Moskwie, w ministerstwie, spojrzeli na to całkowicie inaczej. Wniosek był kategoryczny: ekranoplan jest niedostatecznie bezpieczny, a to znaczy że jest konstrukcyjnie niedopracowany. Awaria stała się dla urzędników doskonałym pretekstem do porzucenia na rzecz konstrukcji lotniczych.

Pod pretekstem uwolnienia go od prac administracyjnych, Aleksiejew został zdjęty ze stanowiska dyrektora CBK. W jego kompetencjach pozostały dwa oddziały, więc przeniesiono go na jeszcze niższe stanowisko.

Ostatnią pracą Aleksiejewa stał się ekranoplan Łuń o masie przeszło 400 ton. Na „plecach” tego okrętu zamontowano 6 kontenerów z przeciwokrętowymi pociskami rakietowymi klasy woda – woda.

Rostisław Jewgieniewicz nie dożył do prób swego latającego nosiciela pocisków rakietowych. Zmarł on po długiej i ciężkiej chorobie w dniu 9.II.1980 roku, w 64. roku życia.

Finansowanie budowy ekranoplanów po śmierci Aleksiejewa zostało znacznie ograniczone. Bardzo spadło tempo robót. Zbudowane okręty rdzewiały na Morzu Kaspijskim.

Już po śmierci Aleksiejewa na bazie okrętu Łuń został opracowany statek ratowniczy Spasatiel – zgodnie z nazwą[2] przeznaczony dla niesienia pomocy w przypadku morskich katastrof. Zaczęła się jego budowa. Ale najwidoczniej czas wielkich ekranoplanów, o których marzył Aleksiejew, jeszcze nie nadszedł. Ale on prędzej czy później nastąpi. Tylko potrzeba jak powietrza idei i pracy wielkiego konstruktora.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 11/2013, ss.8-9
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©
Zdjęcia - Internet  



[1] Od słów korabl-makieta.
[2] Spasatiel w j. ros.: ratownik.

czwartek, 4 lipca 2013

Grzyb wodorowy

Wybuch Car-bomby


Kmdr Wadim Kuliczenko


W roku 1975 A. D. Sacharow został laureatem Nagrody Nobla. W grudniu 1979 roku, po wprowadzeniu radzieckich wojsk do Afganistanu niejednokrotnie występował on z krytyką agresji ZSRR na ten kraj. 22 stycznia następnego roku zesłano go do Gorki…

Około 60 lat temu w Semipałatyńsku Związek Radziecki wypróbował pierwszą bombę wodorową typu RDS-6s. Litera „s” oznaczała „słojka” – zakodowaną nazwę jednej z kluczowych idei przekazanych przez jeszcze wtedy nikomu nieznanego fizyka Andrieja Sacharowa. Już w osiem lat po Semipałatyńsku, w 1961 roku, na wyspach Nowej Ziemi na Północnym Oceanie Lodowym, dokonano testu bomby wodorowej o mocy 50 Mt TNT – najsilniejszego jak dotychczas urządzenia tego rodzaju, jakiego użyto na Ziemi.[1]

Modele pierwszych radzieckich bomb jądrowych i termojądrowych - od lewej: RDS-1, podwieszona pod sufitem - RDS-4 i RDS-6s 


Historia powstania wojskowej termojądrówki


Pierwszą myśl o stworzeniu bomby termojądrowej rzucił w 1941 roku Enrico Fermi w rozmowie z Edwardem Tellerem. Dla genialnego Włocha, w swoim czasie któremu Mussolini finansował program badań atomowych i wyjazd do Ameryki, wojskowa termojądrówka była „po prostu dobrą fizyką”. Zaś niezbyt mocny uczony Teller miał talent organizatora i lobbysty, będącego na dodatek fanatycznym antykomunistą. Ci dwaj stanowili dobraną parę.

W ZSRR początek pierwszych prac nad bombą termojądrową datują się na 1945 rok, kiedy to I. W. Kurczatow otrzymał informację o badaniach nad syntezą termojądrową prowadzonych w USA. Nie bacząc na to, że w ZSRR nie było jeszcze nawet bomby atomowej, postanowił równolegle pracować także nad bombą H.

Wielu znanych uczonych radzieckich: P. L. Kapica, L. D. Landau i inni, przewidując perspektywy takiej pracy uchylali się przed nią pod różnymi pretekstami. Naukową częścią tego projektu pokierował I. E. Tamm, który włączył młodego fizyka Sacharowa do listy pracowników. To właśnie Sacharowowi przypadła zasadnicza idea zbudowania tak potężnej bomby. Zrozumiał on całą grozę swego dzieła, ale swoją robotę wykonał, podobnie jak jego mistrz Tamm tłumacząc, że był to „raj dla fizyka-teoretyka”.

Tak, to była fantastyczna fizyka i… Nasi uczeni używali schematów rozpracowanych przez Amerykanów – a wszystko to działo się w czasie pierwszej potyczki Zimnej Wojny. Wymagało to kolosalnej ilości obliczeń, i kiedy w Stanach wykorzystywano najszybsze z istniejących EMC, to w Związku Radzieckim postąpiono prościej: zmobilizowano wszystkie instytuty matematyczne i oddziały Akademii Nauk. Każdy z nich wykonywał swoją część obliczeń w ślepo.[2] Poza tym zwiększono nabór na wydziały matematyczno-fizyczne uniwersytetów. W rezultacie tego, ZSRR w roku 1950 stał się światową potęgą w zakresie ilości matematyków. Pierwszy wariant radzieckiej bomby H został sporządzony i… wyrzucony do kosza. Nasi uczeni znaleźli błąd Amerykanów wcześniej od nich samych!

Schemat budowy bomby RDS-6s zbudowanej na zasadzie "słojka" A. Sacharowa: 1 - korpus bomby wypełniony styropianem, 2 - otulina z uranu-238, 3 - ładunek roboczy złożony z 7 warstw wodorku litu i uranu, 4 - otulina z uranu-238, 5 - drugi ładunek roboczy z deuterku litu i trytu, 6 - ładunek zwykłego materiału wybuchowego, 7 - moderator neutronów, 8 - "zwierciadło" neutronów, 9 - ładunek plutonu-240 (Internet)


„Słojka”


Już w 1949 roku, radzieccy fizycy przestawili się na oryginalny model Sacharowa-Ginzburga. Ideę „słojki”[3] która zakładała ładunek jądrowy otoczony warstwami lekkich i ciężkich metali, podał Andriej Dimitriewicz Sacharow, a Witalijemu Łazariewiczowi Ginzburgowi przyszła do głowy myśl zastosowania litu w połączeniu z drogim i trudnym do uzyskania trytem.[4]

I chociaż Amerykanie jako pierwsi na świecie wypróbowali „urządzenie termojądrowe” o mocy 10,4 Mt TNT (było ono wielkim i nieprzenośnym), to od dnia 1.XI.1952 roku nie potrafili wyprzedzić Rosjan w konstrukcji broni termojądrowej. I w ponad pół roku później, dnia 12.VIII.1953 roku, Związek Radziecki zdetonował pierwszą bombę H. Jak to się mówi – proces ruszył…

Przy tej okazji nie mógłbym nie odejść od głównego toku opowiadania i nie opowiedzieć o tym, że Sacharow z żalem wspominał niektóre epizody tamtych lat. Na przykład, kiedy zwrócił się do kontradmirała P. F. Fomina z racjonalizatorskim wnioskiem: wystrzelenia na wodach USA torpedę z 100 Mt ładunkiem termojądrowym w celu zmiecenia z powierzchni Ziemi wszystkich portów Wschodniego Wybrzeża USA falami tsunami.
- Ech wy uczeni, całkiem oszaleliście! – wykrzyknął Fomin. – My marynarze zwykliśmy bić się z wrogiem w otwartej walce, a nie likwidować światowe zaludnienie!


Kuzkina mat’


50-megatonową bombę H budowano w straszliwym napięciu. Przecież Nikita Chruszczow wcześniej upublicznił całemu światu datę i moc termojądrowego wybuchu – bezprecedensowe wydarzenie! Błąd był wykluczony! Sacharow aktywnie uczestniczył w przygotowaniach nazywając przyszła bombę „gwoździem programu” próbował wytłumaczyć Chruszczowowi, by nie naruszał jako pierwszy moratorium na testy broni nuklearnej. Bezskutecznie! Nasz przywódca widział we snach jak pokazuje Jankesom Superbombę[5] – tąże samą obiecaną im kuzkiną mat’.

Rankiem, 30.X.1961 roku, kiedy delegaci na XXII Zjazd KPZR jednogłośnie przegłosowali wyniesienie ciała Stalina z Mauzoleum na Placu Czerwonym, strategiczny bombowiec Tu-95 pomalowany specjalną białą farbą dolatywał właśnie do jednej z wysp archipelagu Nowej Ziemi. Ośmiometrowej długości, żelazny obiekt nie pomieścił się w komorze bombowej i wisiał pomiędzy jej rozchylonymi drzwiami, jak potworne dziecko wyrywające się z trzewi matki…

Błysk światła eksplozji widziano na Syberii, na Alasce i Europie Północnej. W odległości setek kilometrów od epicentrum, na kontynencie w domach na wybrzeżach wyleciały szyby. W całej Arktyce na godzinę przerwana została łączność radiowa. Kłębiący się, gigantyczny grzyb poeksplozyjny dosięgnął wysokości 67.000 m, zaś radioaktywny obłok po trzech godzinach po eksplozji zajmował powierzchnię 100 x 200 km. Skały znajdujące się na wyspach w pobliżu epicentrum eksplozji zostały wyrównane na gładką płaszczyznę, jakby wyprasowano je ogromnym żelazkiem.

Poligony atomowe i atomowy śmietnik na Nowej Ziemi: 1 - strefa, w której w latach 60. dokonywano prób z bombami H, w tym słynną Car Bombą o mocy 58 Mt w dniu 30.X.1961 r., 2 - ostatnie naziemne testy nuklearne, 3 - miejsce przeznaczone dla programów długoterminowych testów jądrowych, 4 - strefa prób i składowania materiałów radioaktywnych, 5 - 550 kontenerów zawierających paliwo z reaktorów z 4 okrętów podwodnych (8 reaktorów z czego 3 załadowane), 6 - 1450 kontenerów z płynnymi odpadami radioaktywnymi, 7 - 1850 kontenerów, okręt podwodny K-27 z jego reaktorami jądrowymi, 8 - 250 kontenerów, 9 - 400 kontenerów, 10 - 4750 kontenerów, ładunek z MS Nikołaja Baumanna oraz centralny przedział lodołamacza NS Lenin z jego 3 reaktorami jądrowymi, 11 - 870 kontenerów, 12 - odpady radioaktywne wypromieniowujące  3,4 kCi (125,8 TBq)!!! 13 - 650 kontenerów, 14 - 1 reaktor jądrowy, ale bez paliwa, tym niemniej wypromieniowujący 1,85 kCi (Wg. Gerard Chaliand i Michel Jan - "Atlas de nucleaire civil et militaire", 1993)   


Skutki


Potworny wybuch na Nowej Ziemi, wbrew nadziejom Andrieja Dimitriewicza, nie spowodował szybkiego zamknięcia porozumienia o zakończeniu prób z bronią jądrową. Obie strony jakby oszalały: w ciągu tego samego roku dokonały one ponad 200 testów nuklearnych zatruwających atmosferę Ziemi!

W dniu 5.VIII.1963 roku, opamiętawszy się wreszcie, ZSRR, USA i Zjednoczone Królestwo podpisały wielostronicowe porozumienie o przerwaniu dokonywania testów jądrowych w atmosferze, przestrzeni kosmicznej i pod wodą. Później do tego porozumienia dołączyło wiele innych krajów.

Po kilkunastu latach uczestnicy termojądrowych projektów w USA i ZSRR zaczęli mówić o tym, że żałują tego, co zrobili. Inni pozostali przy swoich poglądach. Wielu z nich już zeszło z tego świata.

A termojądrowa fuzja jeszcze wisi na ścianie naszego domu, stanowiąc groźne przypomnienie i znanym prawie scenicznym, które głosi, że jak pokazujemy broń w pierwszym akcie sztuki, to w jej trakcie musi ona wypalić…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 10/2013, ss.8-9
Przekład z j. rosyjskiego, czeskiego i francuskiego –
Robert K. Leśniakiewicz © 



[1] W innych źródłach podaje się 58, 60 czy nawet 62 Mt. 
[2] Tzn. nie znając wyników obliczeń innych jednostek organizacyjnych zaangażowanych w projekt.
[3] Słowo „słoj” w języku rosyjskim oznacza warstwę.
[4] Chodzi o zastosowanie wodorku litu w postaci wodorku litu - HLi, w którym atomy lekkiego wodoru - 1H zostały zastąpione jego ciężkim izotopem ³H – czyli trytem - T.
[5] Nazywaną także Car-bombą przez analogię do armaty - Car-puszki i dzwonu - Car-kołokoła…