Powered By Blogger

czwartek, 5 grudnia 2013

Niebezpieczna alchemia

"Alchemik" - obraz Thomasa Wijka


Oleg Łoginow


W 1669 roku, niemiecki alchemik Brand Henning w czasie poszukiwań kamienia filozoficznego spróbował zsyntetyzować go z wyprażonego ludzkiego… moczu i w rezultacie tego odkrył fosfor, który zaczął sprzedawać drożej niż samo złoto…

Alchemików często uważa się za oszustów i złodziei. I nie bez powodu. Pośród nich było mnóstwo hochsztaplerów i szarlatanów. A najbardziej znani z nich wszystkich wierzyli święcie, że przy pomocy kamienia filozoficznego można zwyczajne metale przekształcić w złoto i srebro oraz uzyskać eliksir wiecznej młodości. W trakcie tych szczytnych poszukiwań oni tracili zdrowie w laboratoriach wypełnionych oparami rtęci, lądowali w więzieniach czy na szafocie. I swoimi doświadczeniami bądź niepowodzeniami wzbogacali ludzką wiedzę. Później alchemię uznano za pseudonaukę. Ale jak na ironię, w losach Ludzkości była ona pierwszą nauką, w której powiązano teorię z eksperymentem.


Legendy krążą…


Alchemicy nie znaleźli kamienia filozoficznego, ale za to dokonali wielu odkryć i doniosłych spostrzeżeń. I wielu z nich zapłaciło za swe dokonania, a Ludzkość tak czy inaczej uważa ich za szarlatanów. Owszem, gwoli sprawiedliwości należy uznać, że oni sami dali po temu powód często-gęsto fałszując rezultaty swoich doświadczeń dla zwyczajnej sławy.

Ojcem-założycielem alchemii nazywają mitycznego Hermesa Trismegistosa, którego wyznawcy przedstawiali jako po trzykroć wielkiego władcę dusz i maga w swej mocy równego Bogu. A od tego idea otrzymywania złota z byle czego już wisiała w powietrzu. Uczeni mężowie dawnych imperiów: Chin, Egiptu, Asyrii, Indii – potrafili otrzymywać stopy metali, z czego sporządzono wywód, iż można w sztuczny sposób otrzymywać metale szlachetne. Mówi się nawet, że sama egipska królowa Kleopatra parała się alchemią i nawet napisała traktat pt. „Chrysopeia” co znaczy „robienie złota”!

W Europie alchemią zaczęto się parać stosunkowo późno - w XIII wieku. I chociaż już dawno wykazana, że złota z mniej szlachetnych metali się nie wykona, to jednak wciąż krążyły legendy o alchemikach, którym to się jakoby powiodło…


Dzika pogoń za złotem


Życzenie robienia złota na skalę przemysłową wykończyło wreszcie alchemię. Od przedstawicieli tej nauki wszyscy wymagali tylko jednego: złota, złota i jeszcze raz złota. Alchemicy zostali postawieni w złożonej sytuacji. Ci, którzy produkowali złoto byli szarlatanami, zaś ich oszustwa prędzej czy później demaskowano. Zaś ci, którzy twierdzili, że to jest niemożliwe, uznawani byli za kłamców. W rezultacie i jedni i drudzy źle na tym wychodzili.

W Średniowieczu alchemików traktowano tak jak fałszerzy monet i poddawano ich szczególnie wyrafinowanym torturom i kaźni. A w Niemczech opracowano cały ceremoniał przed zamordowaniem. Nakładano na nich pozłacane szaty i kołpaki, i wieszano ich na pozłacanych szubienicach. Mówi się, że w 1590 roku, w Monachium w ten sposób powieszono alchemika Bragadino. On demonstrował transmutacje w złoto zwyczajnych kamieni, a potem brał zadatek i… znikał. W liczbie oszukanych przezeń był wenecki doża i Hercog Bawarski. Tak spektakularny koniec Bragadino nie odstraszyła innych alchemików i ich kaźń była kolejną. W Würtemberdze wykonano wyrok na Georgu Honaurze, w Prusach – na Kronemannie a w Polsce – na Kalttenbergu.

Ale najciekawszą osobą z liczby skazanych  alchemików był szwedzki generał Otto von Peikule (Pikul). Służył on w armii polskiego króla Augusta II Saksońskiego (Mocnego) – walczącego po stronie cara Piotra I w wojnie ze Szwecją. W 1705 roku, pod Warszawą von Peikule dostał się do szwedzkiej niewoli i jako zdrajcy groziła mu kara śmierci. Chcąc uratować swe życie, generał, który na dodatek był praktykującym alchemikiem, zwrócił się do króla Karola XII z prośbą o ułaskawienie, obiecując w zamian ozłocić monarchę. I ten dał na to swą zgodę. Według legendy von Peikule sporządził 147 złotych dukatów i medal z łacińskim napisem „To złoto stworzono przy pomocy chemicznej sztuki w Sztokholmie w 1706 roku”, ale król i tak stracił go w dniu 17.II.1707 roku. Jednakże jest to możliwe, że tylko są to złośliwe plotki i Karol XII został pomówiony o ten czyn. Był on człowiekiem honoru i potrafił dotrzymywać słowa. W tej sytuacji jawnym oszustem był von Peikule. Znany szwedzki chemik Jöns J. Berzelius w 1802 roku postanowił powtórzyć doświadczenie generała wedle jego zapisków i – rzecz jasna – złota nie otrzymał.

"Alchemik Sędziwój" - obraz Jana Matejki

Ale wśród samych alchemików panowały surowe prawa. W XVII wieku, w Würtemberdze, alchemik Mühlenfels skradł cudowny proszek do produkcji złota, Michałowi Sędziwojowi, który on z kolei dostał od słynnego szkockiego alchemika Alexandra Setona Kosmopolity. Mühlenfelsa w końcu powieszono za oszustwa, ale Sędziwój nie otrzymał z powrotem czarodziejskiego proszku, którego sam nie potrafił sporządzić i sam potem został szarlatanem. (Sprawa ta wyglądała nieco inaczej, bowiem Sędziwój dokonał transmutacji, czego nie potrafiono wyjaśnić do dnia dzisiejszego. Zob. R. Leśniakiewicz – Referat na XIV Festiwal Ezoteryczny – „Tajemnice polskich alchemików”, Bratysława 2004, na - http://wszechocean.blogspot.com/2011/12/sprawa-nr-007h-tajemnice-polskich.html - przyp. tłum.)

Wybitny angielski filozof, mnich z zakonu oo. Franciszkanów, Roger Bacon, alchemik i autor książki „Zwierciadło alchemii” uniknął wyroku, ale według niektórych danych, spędził on 15 lat swego życia w klasztornym odosobnieniu, czytaj: więzieniu.

Saksoński kurfirst August Mocny wsadził za kratki alchemika Johanna Böttgera, kiedy się zorientował, że kiedy ów znajdzie się na wolności, to zacznie produkować złoto. Nieszczęsny więzień próbował zrobić sztuczne złoto i tak i siak, ale poniósł fiasko. Chociaż… - zamiast tego skutecznie odkrył tajemnicę produkcji porcelany równie dobrej jak chińska i którą ceniono wyżej od złota!  


Niesławny koniec


Schyłek alchemii zaczął się w XVIII wieku, po fiasku, które ponieśli adepci tej nauki. Ostatni angielski alchemik James Price pragnął odrodzenia swej ulubionej nauki. W laboratorium swego domu w hrabstwie Surrey, na oczach wysoko postawionych gości dodał on do rtęci biały proszek, a ona przekształciła się w srebro. Potem dodał do tego czerwony proszek i otrzymał złoto. Eksperyment przyniósł mu rozgłos. Jednak nie wierzący w cuda chemicy z Królewskiego Towarzystwa Chemicznego postawili Price’owi ultimatum: albo powtórzy to doświadczenie na oczach speckomisji, albo obwołają go szarlatanem. James Price przyjął komisję u siebie w domu, zaprowadził do laboratorium, potem przeprosił, wyszedł na zewnątrz i wypił zawczasu przygotowany kielich wina z kwasem pruskim. Anglik pozostaje dżentelmenem, nawet jeżeli jest alchemikiem…

A oto niemiecki alchemik prof. Zemler zakończył swoja działalność nie tak elegancko. W trakcie doświadczeń udało się mu uzyskać złoto z soli. Swoje doświadczenie chciał on zademonstrować autorytatywnej komisji. Na sali zgromadzili się uczeni i nawet ministrowie, by na własne oczy ujrzeć ten cud. Kiedy z kolb z solą na świat eksperci wyjęli kawałeczki złota, świadkom ze zdumienia zaokrągliły się oczy. Ale kiedy okazało się, że to miedź, na sali rozległ się śmiech…

Zagadkę tego fenomenu rozwiązano wkrótce. Okazało się, że służący profesora starał się pomóc swemu panu, wkruszył więc do kolb nieco złota, owczego próby dawały pozytywny rezultat. Ale niedługo przed tym, kiedy profesor zdecydował się na pokaz dla szerokiej publiczności, jego służącego powołano do wojska. Ten zaś polecił podsypać złotem sól swojej żonie. Okazała się ona damą nader praktyczną: stwierdziła, że wyrzucać złoto na taką bzdurę to zbytek i zamiast złota wsypała miedź. Tak więc ekonomiczne myślenie kobiety na długo zatrzymało badania alchemiczne w Niemczech. Prawdę powiedziawszy, alchemia znów wróciła do łask w czasach Trzeciej Rzeszy – ale to już osobna historia.


Dzisiejsi alchemicy


Sny i marzenia średniowiecznych alchemików znów odświeżył w ZSRR Rawil Niewmiatow, którego nazwano radzieckim Geoffreyem de Peyracem. On skupował od robotników z Duliewskiej Fabryki Porcelany roztwór, którym malowano złocone wzory na farfurkach pozyskiwał z niego złoto. Prawdę rzekłszy, to eksperci kategorycznie oświadczyli, że coś takiego jest niemożliwe. Ale Niewmiatow utarł im nosa i zademonstrował im swoją technologię. W ten sposób skazał sam siebie na śmierć. Domorosłego chemika rozstrzelano wyrokiem Moskiewskiego Sądu Rejonowego.

Zachód nie może się pochwalić takimi zaradnymi ludźmi. Ale tam też mają domorosłych alchemików. Niedawno w Irlandii Północnej aresztowano narkomana Paula Morana, który próbował wydobyć złoto z… ekskrementów. Efektem jego eksperymentu było zapalenie się domu spowodowane przez palne gazy: metan i siarkowodór. Alchemik poszedł na trzy miesiące do więzienia, a jego sąsiedzi musieli wyłożyć 3000 funtów na remonty domów.


Moje 3 grosze


Alchemia w III Rzeszy, to osobny i fascynujący temat. Hitlerowi i jego klice złoto było potrzebne, to oczywiste, bo bez niego nie dałoby się prowadzić wojny. Rabunek związany z eksterminacją Żydów i innych narodów Europy przynosił Niemcom pewną ilość złota, ale potrzeba go było o wiele, wiele więcej.

Najpierw próbowano wydobyć złoto z wody morskiej – obliczono, że wody Wszechoceanu zawierają prawie 15.000 ton tego metalu. Niestety – jego nikłe stężenie wynoszące średnio 0,004 ppb – stanowi barierę opłacalności wydobycia.

W opracowaniu „Wunderland…” zasugerowałem wraz z dr Milošem Jesenským możliwość, że niemieccy naukowcy-atomiści pracowali nad wytworzeniem sztucznego złota – drogą przemian atomowych. Niestety – a może na szczęście – jedynym stabilnym izotopem złota jest ¹⁷⁹Au – zaś wszystkie inne izotopy i izomery złota rozpadają się po pewnym czasie – od T1/2 = 186 dni (¹⁹⁵AU*) do T1/2 = 30 μs (¹⁷¹Au*). Ale to wiemy dopiero TERAZ. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziano i dlatego Niemcy mogli nad tym eksperymentować. Gdzie? – ano w słynnym i tajemniczym kompleksie Riese w Górach Sowich.  Synteza złota w reaktorze jądrowym jest możliwa, jednak bardzo kosztowna i ekonomicznie nieopłacalna, ale to też wiemy dopiero TERAZ.

To wiele wyjaśnia – oczywiście ich głównym celem była bomba atomowa i docelowo wodorowa, zaś produkcja złota mogła być tylko produkcją uboczną wzbogacania uranu i produkcji plutonu. Dlatego właśnie prace te prowadzono w głębokich sztolniach, bowiem Niemcy nie mieli do dyspozycji prerii Nowego Meksyku i pustyń Newady. W przypadku uruchomienia niekontrolowanej reakcji łańcuchowej mogli zrobić tylko jedno – zawalić szyby i sztolnie, by nie doszło do ulotu radioaktywności na zewnątrz. Przecież Dolny Śląsk był regionem zamieszkałym przez ludność niemiecką, która by najwięcej oberwała w przypadku przejścia reaktorów jądrowych w stan nadreaktywności, czyli tego, co mieliśmy w Harrisburgu, Czarnobylu i Fukushimie. Po takiej katastrofie po prostu by doszło do stworzenia naturalnego, skalnego sarkofagu. Wystarczyło zdetonować ładunki wybuchowe by spowodować zasypanie niebezpiecznego urządzenia nuklearnego tysiącami ton ziemi i skał. I takie zawalone kompleksy są w Górach Sowich! Czyżby to były ślady po próbach urządzeń jądrowych produkujących… złoto w najgłębszych szybach i sztolniach Gór Sowich? To właśnie poddaję pod rozwagę Koleżankom i Kolegom z Dolnego Śląska.

A tak swoją drogą, to kto powiedział Niemcom o szkodliwości radioaktywności i sposobach zminimalizowania jej skutków? Sami to wymyślili? Owszem, mieli takich fizyków, jak Max von Laue, Wernher Heisenberg czy Otto Hahn, ale czy mogli dokonywać eksperymentów wielkoskalowych? Chyba nie. Nie mieli gdzie. Jest jedna możliwość – a mianowicie: Niemcy ściągali dane od Amerykanów i ich wyniki przystosowywali do swoich warunków.  Ciekawy jestem, kto był niemieckim szpiegiem w Alamogordo? Niemożliwe? – ależ skąd! Jak najbardziej możliwe. Skoro radziecki wojskowy wywiad GRU i cywilny wywiad NKWD miały swe siatki w USA – wedle skromnych rachunków w USA i UK Rosjanie mieli prawie 800 szpiegów – co podaję na odpowiedzialność Petera Wrighta i Jamesa Angletona – a zatem umieszczenie jednego agenta w Los Alamos i prowadzenie go nie było takie trudne, przy tak niskiej skuteczności FBI i kontrwywiadu wojskowego (CIS), które śledziły amerykańskich komunistów. A może któryś Rosjan pracował na dwie strony? To było możliwe, bowiem radzieckie i niemieckie specsłużby kochały się miłością wzajemną do dnia 22.VI.1941 roku, a i potem też mogły ze sobą współpracować w zakresie wykradania Amerykanom ich tajemnic atomowych. To oczywiście jest tylko hipoteza, na którą nie mam żadnych dowodów. Ale nie taka znów nieprawdopodobna, jak to się wydaje.

Ale to temat na inną balladę…         


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 33/2013, ss.18-19

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz (C)

środa, 4 grudnia 2013

Kometa C/2012 S1 (ISON) a koniec świata

Ledwie skończyła się mania końca świata w 2012 roku, a już kolejni amatorzy Armagedonu wieszczą kolejny. (Herschel) 

Ledwie kometa ISON przeleciała punkt przysłoneczny rozwijając w przestrzeni swe dwa warkocze w kształcie litery V, a już pojawiły się proroctwa z nią związane i – jakżeby inaczej – hipotezy na temat jej niezwykłego pochodzenia i niezwykłych właściwości.

Więc od razu pojawiła sie wersja, że jest to kosmolot zamaskowany na kometę. Ale to nic ciekawego, bo to samo było z kometą Hale-Bopp pod koniec lat 90. XX wieku. Tak samo było z kometą Bieli, tak samo było z kometą Westa oraz Shoemakera-Levy’ego 9 – której szczątki zbombardowały Jowisza. Wtedy też widziano fragmentację jądra tych komet i nawet doprowadziło to do samobójstwa członków sekty Heaven’s Gate, którzy widzieli w tym wielkie UFO. Dla mnie to kolejny dowód na szkodliwość religii na umysł człowieka i na to, że głupota jednak nie boli… 

Kolejna ciekawostka, do której dorabia się już sensację – kliknij Czytelniku w link: http://worldofufo.blogspot.in/2013/11/ufo-near-ison-and-enke-2013.html

Kometa ISON i kometa Encke 2 zbliżają się do punktu przysłonecznego swych orbit. A poza nimi widoczne są obiekty, które - a jakżeby inaczej - uznano za UCO... 

Czy to UFO śledzi komety ISON i Encke? Nie jestem w stanie zidentyfikować tego obiektu jako meteoru lub planetę, więc uważam, że to jest jednak odkryty przeze mnie Nieznany Obiekt Latający. Musiałem zastosować kilka filtrów, aby uzyskać ostry obraz obiektu, który jak się wydaje przemieszcza się z ogromną prędkością. Jeżeli ktoś wie, czym ten obiekt jest, niech napisze do mnie. Zauważyłem również drugi obiekt na dole, daleko na lewo od komet. To UFO czy coś innego? 

Zapewne to jakieś meteoroidy poruszające się pomiędzy Ziemią a kometami. W przestrzeni kosmicznej jest tego jak maku, a ich szybki ruch wynika po prostu z tego, że znajdują się one bliżej Ziemi, a co za tym idzie mogłyby dostrzeżone, sfilmowane i wreszcie ich prędkość względem Ziemi mogła być zauważona jako bardzo duża. W sumie nihil novi sub Sole – nomen-omen. To zdjęcie zostało wykonane jeszcze zanim kometa nie doleciała do peryhelium. I kolejna brednia:

Przede wszystkim ukryć spisek!
Dzięki Anthony ...
Właśnie uświadomiłem sobie pogląd Słońce (żółty) przez satelitę pokazał różne ekspozycje czasowe (markery) jeszcze kłamali pokazano zamrożone w czasie statycznego obrazu Słońca ... To jest dziwne! Jestem przekonany, że nie chcą, aby świat wiedział o wielkości jądra fragmentaryzacji. Jedynym powodem, mogę zaproponować jest jej możliwie dużo skał, które zostaną uruchomione przecinających orbitę Ziemi. Pozwala poczekać i zobaczyć. Byłem też oglądanie astronomów wszystko na linii na razie na UStream i były to najlepsze astronomowie świata patrząc na obraz słońca i powtarzał świst ... nie kometa ... następnie masowego przekazu Nadmierne obciążenie kłamstwo, że rozpadło GDY Lasco ZDJĘCIA pokazał EXIT fragmenty GDZIE oczekiwano. Zapomnieli o zamrożeniu LASCO może myśleć dobrze widzieliśmy to fragment ... tam będzie oczywiście nic do zobaczenia.

Oho! - a więc mamy już UFO i spisek no i oczywiście zapowiedź bombardowania Ziemi przez resztki komety! – no nie! – doprawdy ręce i nogi opadają. Sens tego bełkotu jest jasny – uczeni, czy ktoś, kto za nimi stoi – pokazują nam nieprawdziwe obrazy tej komety. Przede wszystkim ukrywa się fakt, że na Ziemię runą pozostałości tej komety, co spowoduje kataklizm.



Jądra komet się rozpadają, bo taka jest ich natura. Na zdjęciach pokazany rozpad jądra komety Hale-Bopp, który spowodował m.in. samobójstwo członków sekty Heaven's Gate...


Dowodem na ów spisek mają być zdjęcia sfałszowane przez astronomów. Zastanawiam się tylko nad tym, czy ci piewcy końca świata sami wierzą w to, co głoszą. Z uporem idioty, wbrew rozumowi jakiemukolwiek rozsądkowi głoszą wszem i wobec swe bajki. Na co oni liczą? Na sławę i poklask? To oczywiste, że każdy chce mieć swe wielkie 5 minut w mediach, ale czy warto…? A poza tym, jak spełni się ich ponure proroctwo, to czy będzie ktoś, kto ich będzie za to oklaskiwał?
I dalej:

Do Ziemi zbliża się kometa ISON. Możliwe potworne zderzenie!

Grzegorz Wasiluk, 2013-12-01 15:41

W noc noworoczną zapłonie ogień na niebie i nastąpią uderzenia wielu dużych meteorytów. 4 stycznia 2014 z naszym światem może zderzyć się rozbite jądro komety. W Wigilię ma nastąpić potwierdzenie albo odwołanie alarmu. Jak doniosła agencja RIA Novosti, rosyjscy i białoruscy astronomowie, którzy w ubiegłym roku wykryli to ciało niebieskie i od tego czasu dokładnie je obserwują - Nowiczonok i Newskij - są przekonani, że po zderzeniu z heliosferą rozbita na dwa roje meteorów kometa zbliża się w kierunku naszej planety. Znaczna część z nich jest na tyle mała, że powinna spłonąć w atmosferze, ale najprawdopodobniej wiele dużych odłamków pierwszego roju spłonie tylko częściowo. Tak więc mogą nastąpić nadzwyczajne, ale i być może niebezpieczne fajerwerki w noc noworoczną. Cztery dni później przelecą nad Ziemią albo w nią uderzą znacznie większe meteoryty, których wielkości i trajektorii na razie jeszcze nie da się określić. W przypadku ich uderzenia w obszary zamieszkałe mogłoby dojść do katastrofalnych skutków. Dokładne pomiary będzie można przeprowadzić dopiero 24 XII. Główne rosyjskie obserwatorium astronomiczne podało oficjalny komunikat w tej sprawie. 4.01.2014 nastąpi (co jest już dzisiaj stuprocentowo pewne) koniunkcja planet; Merkury, Ziemia, Jowisz i Pluton ustawią się na jednej linii ze Słońcem. Zdaniem astrologów może to zwiastować przełomowe, a być może katastrofalne wydarzenia w skali kosmicznej.

No, jak to głoszą astrologowie, to mogę spać spokojnie. Oni i inni wróżkowie od siedmiu boleści stawiają tak trafne prognozy, że coś niesamowitego. Tylko że nie potrafią podać prawidłowych sześciu liczb do Totka. Taka to ich „wiedza”. Gdyby ich przepowiednie się sprawdzały, to Totek i inne Lotto by dawno zbankrutowały, a oni sami byliby miliarderami, tymczasem cienko przędą piszą swe wypociny do kolorowych szmatławców licząc na rozgłos. Nie dajmy się ogłupić!  Owszem, Słońce jest w stanie rozwalić kometę, ale nie jest w stanie zmienić jej trajektorii! Trzy Prawa Keplera są udowodnione naukowo i eksperymentalnie, więc nie ma się czego bać. Jak ruina po komecie ma polecieć w odległości 63 mln km od Ziemi, to poleci. No chyba, że się czymś zderzy, to wtedy może się ta trajektoria zmienić, ale tylko wtedy.


Rozpad jądra komety Westa


No cóż – żyjemy w społeczeństwie rządzonym i tresowanym przez media i to na zasadzie odruchu warunkowego. Jak psy Pawłowa. Szkoda czasu na komentowanie i prostowanie tych idiotyzmów, tylko że w te idiotyzmy wierzy wiele osób i w razie niespełnienia się tych przepowiedni będą znajdywali kolejne możliwości końca świata, a nie logicznego i naukowego wytłumaczenia tego, co się dzieje, czy już stało. Z uporem paranoika będą wypatrywali kolejnych końców świata i Armageddonów po to, by się bać. Bo my, ludzie, bardzo lubimy, wręcz uwielbiamy się bać, jakby ten świat za mało miał strachu! Tak to właśnie jest. Jak napisał ongi Jan hr. Potocki – UMYSŁ LUDZKI MA TĄ WŁAŚCIWOŚĆ, ŻE RAZ ZAKOSZTOWAWSZY CUDOWNOŚCI RAD BY KAŻDĄ RZECZ POD NIĄ PODCIĄGNĄĆ. Tak jak teraz.   

wtorek, 3 grudnia 2013

Powołżski Park Jurajski

Ichtiosaurus


Walerij Jerosiejew


Kości dinozaurów znajdowano już w dawnych czasach. W Antyku uważano, że są to pozostałości półbogów i bohaterów Wojny Trojańskiej, a począwszy od Średniowiecza do XIX wieku nazywano je kośćmi biblijnych, przedpotopowych potworów. W Chinach takie znaleziska uważano za kości legendarnych smoków i przypisywano im niecodzienne właściwości. I dopiero w XIX wieku uczeni doszli do wniosku, że te ogromne kopalne kości należą do ogromnych gadów, które znikły z oblicza planety miliony lat temu.

Plesiosaurus


Wołżańskie jaszczury


Uważa się, że termin „dinozaur” do leksykonów nauki wprowadził jako pierwszy angielski paleontolog i biolog Richard Owen, który w 1842 roku w swoim traktacie opisał znalezienie w różnych punktach Wielkiej Brytanii skamieniałe pozostałości dawnych zwierząt. Zdumiony rozmiarami kopalnych szkieletów, a w szczególności ogromnych zębów tych wymarłych zwierząt, uczony przyznał im osobna nazwę stanowiącą zbitkę greckich słów: deinos - straszny i sauros – jaszczur. Prawdę powiedziawszy, podobne kości i na brzegach mglistego Albionu  wpadały w ręce sawantów na długo przed pracami Owena, ale nie było w ich opisach żadnej nazwy tych potworów.

W I połowie XIX wieku, geologom udało się ustalić, że czas rozkwitu dinozaurów przypada na okres Jury w Erze Mezozoicznej, który zaczął się 200 MA temu (dokładnie 201 MA – przyp. tłum.) Przez wiele lat uważano, że szczątki tych zwierząt znajdują się tylko w Wielkiej Brytanii, póki w 1858 roku nie znaleziono w USA doskonale zachowany szkielet kopalnego gada, który został nazwany hadrozaurem. W czasie następnych dekad, kości jurajskich gadów znaleziono na wszystkich kontynentach planety: od Australii i Afryki do obu Ameryk.

Co się zaś tyczy naszej Rosji, to na terytorium Imperium Carów szczątki mezozoicznych gadów po raz pierwszy znalazł geolog z Symbirska – Piotr Jazykow (brat znanego w tym czasie poety Nikołaja Jazykowa). W 1832 roku opublikował on artykuł w czasopiśmie „Gornoj Żurnał”, w którym informował on o kościach nieznanego stworzenia znalezionego przezeń na prawym brzegu Wołgi w jej środkowym biegu. Dzisiaj specjaliści sądzą, że chodziło o kości dawnego gada, który później otrzymał nazwę Ichtiozaurus, to dosłownie znaczy rybojaszczur. Niestety, dokładne miejsce znaleziska nie dotrwało do dzisiejszych czasów.

Później, w czasie wielkich poszukiwań przeprowadzonych w 1841 roku przez ekspedycję pod kierownictwem angielskiego profesora Rodericka Murchinsona zostało ustalone ponad wszelką wątpliwość, że prawy brzeg Wołgi w jej środkowym biegu jest zbudowany z nawarstwieniami skalnymi morskiego pochodzenia z okresów Jury i Kredy – czyli w wieku 70 – 200 MA. Geolodzy doszli do wniosku, że to właśnie tutaj można znaleźć kompletne szkielety gadów z tego okresu czasu. Niestety, nikt nie zamierzał zająć się poszukiwaniami tychże w tym czasie, a szkoda.

I tylko w latach 90. XIX wieku na zboczu góry we wsi Nowaja Racziejka w syzranskim powiecie miejscowy mieszkaniec znalazł dziwne, okrągłe kamienie, podobne do kości jakiegoś zwierzęcia. Przez kilka lat bawiły się nimi chłopskie dzieciaki, póki kamieni tych nie ujrzał nauczyciel miejscowej szkoły włościańskiej Konstantin Frołow. Będąc człowiekiem wykształconym i ciekawym z natury, postanowił pokazać je studentowi, którym się przyjaźnił.

Po roku student znów powrócił do tej wsi, ale już nie sam, lecz z znanym aspirantem (doktorantem) Piotrem Kazanskim, który wyjaśnił że w tym masywie skalnym znajdowały się najwidoczniej resztki szkieletu morskiego gada z Jury – Ichtiosaurusa. Jego wnioski doskonale się potwierdziły, kiedy wraz z miejscowymi chłopami dokładnie przeszukał stok – i ponownie znalazł tam skamieniałe kości. Według relacji aspiranta, takie właśnie kręgi znajdowały się w kolekcji British Museum, a w Rosji nikt nigdy nie znalazł czegoś podobnego.

O tej naukowej sensacji w skali rosyjskiej paleontolog opowiedział w swoim artykule pt. „O kostiach ichtiozaura, najdiennych w Syzranskom ujezdie Simbirskoj guberni”, który ujrzał świat w 1903 roku, w uznanym wydawnictwie „Trudy obszcziestwa jestiestwoispitatielej Kazanskowo uniwersitieta”. Od miejsca znalezienia uczony nazwał ten gatunek wodnego jaszczura Ichtiosaurus volgensis – ichtiozaurus z Wołgi. Do dziś dnia jest on uważany za pierwszego przedstawiciela gadów z okresu Jury, którego szczątki znaleziono w Rosji.

Były to faktycznie pierwsze szczątki jurajskich gadów znalezione na terytorium Rosji. Potem znaleziono je także pod Moskwą, Sankt Petersburgiem, na Syberii i na rosyjskim Dalekim Wschodzie.


Znaleziska gadów morskich


Zgodnie z ogólnie przyjętą w tych czasach koncepcją geologiczną, na granicy Paleozoiku i Mezozoiku (jakieś 230 MA temu) na naszej planecie miały miejsce znaczące zmiany w składzie fauny kręgowców. Gady ssakokształtne, które pojawiły się pod koniec Permu, na początku Ery Mezozoicznej ustąpiły miejsca drugiej grupie gadów, z której wywodzą się dinozaury. Do tego większość paleontologów uważa, że tym słowem można określić tylko jaszczury lądowe z okresu Jury. Natomiast mieszkańców mórz w tych czasów, odróżniających się od lądowych dinozaurów budową ciała (ichtiozaurów, plezjozaurów, pliozaurów[1], i in.) powinno się nazywać po prostu gadami wodnymi.

Pliosaurus

Na terytorium Środkowego Powołża takich szczątków znaleziono niemało także w czasach radzieckich, a także w szybach i sztolniach Kaszpirskiego Zagłębia. I tak np. w 1936 roku niejaki robotnik Boczkariew odbijając kawałki skały na głębokości 148 m natknął się na dziwny przedmiot. Sztygar Piestow przekazał znaleziony artefakt do okręgowego muzeum górnictwa. Znalezisko okazało się być fragmentem paszczy ichtiozaura i ją można podziwiać do dnia dzisiejszego w oddziale geologii i paleontologii Samarskiego Muzeum Historyczno-Krajoznawczego im. Pietra Ałabina.

Ale najbardziej poczesne miejsce w ekspozycji muzealnej zajmują dwie rekonstrukcje gadów z Mezozoiku – pliozaura o długości 9 m i ichtiozaura, którego gabaryty są niewiele mniejsze. Wszystkie te eksponaty przekazał tutaj Władimir Jefimow – dyrektor muzeum paleontologicznego wsi Undora, który w czasie długich lat badał jurajskie warstwy na prawym brzegu Środkowej Wołgi.

Wszystkie jego znaleziska zostały dokonane na szerokim odcinku wołżańskiego wybrzeża ciągnącego się od Undoru do Syzrania. W czasie jego działalności, udało mu się odkryć mnóstwo skamieniałych, kostnych fragmentów dawnych jaszczurów, z których około 70% należało do rzędu ichtiozaurów. Na podstawie części szkieletów znalezionych przez Jefimowa, w końcu lat 90. XX wieku, została wykonana makieta ichtiozaura, którą możemy teraz oglądać w sali samarskiego muzeum.

A oto fragmenty szkieletu pliozaura Jefimow znalazł w 1986 roku na granicy Samarskiej i Uljanowskiej Obłasti. Najlepiej ze wszystkiego zachowała się dolna szczęka z zębami, część kości potylicznej i niektóre elementy górnej szczęki, a także prawa łopatka i oba biodra. Poza tym na tym miejscu udało się uczonemu znaleźć ponad 20 fragmentów kręgosłupa. Potem, jak fragmenty kostne tego jaszczura przekazano do Samary, uczeni sporządzili makietę tego stworzenia.


Leninia stellans


Lenin błyskający


W czasie swej długoletniej pracy, Władimir Jefimow odkrył dziesiątki gatunków kopalnych zwierząt, którym ponadawał nazwy od miejsc ich znalezienia – jak np. undorozaur czy symbirskozaur. Innymi razami dawne zwierzęta otrzymują nazwy od nazwisk uczonych, którzy maja do czynienia z paleontologia czy geologią: ierchovia, biriukovia i inne.

Ale niedawno miał miejsce kuriozalny przypadek, związany z jednym z ostatnich znalezisk Jefimowa. W marcu bieżącego roku (2013) w wersji on-line czasopisma „Geological Magazine” uniwersytetu w Cambridge, pojawiła się informacja o kolejnym ichtiozaurze, którego szczątki Jefimow odkrył w Siengiljejewskim Rejonie. Dawnego jaszczura w Anglii bez wiedzy paleontologa nie wiedzieć czemu ochrzcili Leninia stellans – Lenin błyszczący. Wedle danych uczonego, ów jaszczur żył w okresie 113 – 117 MA temu, miał 6 m długości, płynął z prędkością 7 km/h i mógł głęboko nurkować. Tego ichtiozaura zaliczono do rodziny oftalmozaurów (Ophtalmosaurus) bowiem fragment jego czaszki posiadał kostny pierścień chroniący oko, co stanowi wielką rzadkość. Ale inicjatywa Uniwersytetu Cambridge nadania temu jaszczurowi nazwy Lenina dla dyrektora była co najmniej nieoczekiwana.
- Nigdy nie nazwałbym ichtiozaura od nazwiska jakiegoś politycznego działacza, to jest po prostu nieetyczne – stwierdził Jefimow. – Autorzy publikacji wiedzieli, że ja zajmuję się badaniem dawnych gadów, ale o tym, że nadali odkrytemu przeze mnie gadowi imienia Lenina już mnie nie poinformowali. Teraz będę rozmawiał z Anglikami i postaram się im przedstawić mój punkt widzenia, i naprawić to, co się da.


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 33/2013, ss. 16-17
Ilustracje - Internet
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz © 



[1] Gatunek krótkoszyjego plezjozaura.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Jest nadzieja, że kometa ISON jednak będzie słabo widoczna



Clas Svahn


Co pozostało z komety ISON, po jej bliskim spotkaniu ze Słońcem w dniu 28.XI.2013 roku, to niewiele w porównaniu z tym, co było. Wygląda na to, że ubyło jej sporo materii.

Komecie ISON udało się przetrwać przejście przez punkt przysłoneczny, ale duża jej część została zniszczona, co było widać, kiedy wyszła po drugiej stronie tarczy słonecznej. Pozostaje jednak nadzieja, ze kometa będzie widoczna gołym okiem na początku grudnia.

Niestety, w niedzielę opublikowano zdjęcia z Solar Telescope SOHO pokazujące, że kometa jest niemal niewidoczną.

- Obawiam się, że to wyszło ze spotkania ze Słońcem to są nędzne resztki – mówi Karl Battams, astrofizyk z US Navy Aarkstore Laboratory na Twitterze, co podała NBC News.

Według Battamsa, blask komety jest teraz tak słaby, że jest ledwie widoczna gołym okiem. I najprawdopodobniej ISON będzie coraz słabsza i widoczna tylko przez lornetki.

Jednakże ISON dostarczyła naukowcom wiele informacji jako pierwsza kometa z Obłoku Oorta, z zewnętrznej krawędzi Układu Słonecznego, która została zbadana przy pomocy nowoczesnych przyrządów naukowych. Obiekty z Obłoku Oorta pochodzą bowiem z czasów tworzenia się Układu Słonecznego, więc posiadają one informacje na temat tego, jak się on tworzył 4,6 mld lat temu.

Obłok Oorta znajduje się w odległości 1 ly od Słońca.    


Źródło – „DN.se” z dnia 01.XII.2013 r., godz. 17:55 CET

Przekład z j. szwedzkiego – Robert K. Leśniakiewicz ©

niedziela, 1 grudnia 2013

ZAGADKI KRÓLOWEJ ZIMY



Miloš Jesenský, Robert K. Leśniakiewicz


Ostatnio epatujemy się wydarzeniami na Słowacji, kiedy to w czasie niszczycielskiego orkanu – a orkan to wiatr o sile powyżej 12 stopni w skali Beauforta – zostały zniszczone lasy na obszarze słowackich Tatr[1], a nie pamiętamy o tym, że jeszcze 10 lat temu środkową Europę trapiła ekstremalna zima, która pod wieloma względami była rekordowa na Słowacji. Nad Europę wtargnęło niezwykle zimne, polarne powietrze, które nad morzami Północnego Oceanu Lodowatego nabrało wilgoci i zaczęła się niezwykle ostra zima. Ciężkie śniegowe chmury pojawiły się nad Marokiem i Algierią, śnieg zasypał Sardynię i palmy na plażach Hiszpanii – od Costa Brava do Costa del Sol. Wszyscy pamiętamy przekazy telewizyjne przypominające raczej jakiś fantastyczny horror pogodowy czy katastroficzny, na których widzieliśmy nicejskie Côte d’Azur czy Koloseum w Rzymie, przy którym dzieci jeździły na sankach i nartach... Anglię śnieg zasypał i wydawało się, że to się nigdy nie skończy, a w Walii kierowcy nie mogli wykopać się z półtorametrowych zasp...

Także temperatury były bardzo niskie i w Wenecji zamarzła Laguna Véneta. W Anglii zamarzały jajka w chwilę po zniesieniu ich przez kury, we Francji farmerzy musieli używać wiertarek do wydobycia porów z ziemi. W Bratysławie padł rekord niskiej temperatury – było tam –24,6ºC, co jednak jest niczym w porównaniu z tym, co w tym czasie było w Laponii, gdzie temperatura spadła do –50,5ºC! W Polsce najniższe temperatury wahały się pomiędzy –28ºC a –33,3ºC.

A przecież wiemy o tym, że takie zimy nie były jeszcze najgorszymi i znane są przypadki jeszcze gorszych anomalii pogodowych, które opisano w starych kronikach, w których archaicznym językiem opisane są kaprysy królowej Zimy, i tak:

Zima na przełomie roku Pańskiego 1644 i 1645. Od Wigilii Bożego Narodzenia do dnia Nawrócenia św. Pawła (25 stycznia) była ona bardzo sroga. Woda w potokach zamarzła do dna i młyny nie mogły mleć, bo wody nie stało w ich jazach.

1708 roku – Bratysława. Na św. Michała (29 września) nastała straszliwa zima. Żołnierze stojący na warcie zamarzali na śmierć na swych postach. Okrutna zima trwała aż do następnego roku.

Fascynującym fenomenem immanentnie powiązanym z każdą zimą jest opad śniegu. Encyklopedie nas pouczają, że kiedy temperatura powietrza zbliża się do punktu zamarzania wody, to powietrze zawiera dużą ilość pary wodnej i dochodzi w nim do łączenia się małych kryształków lodu w twory w kształcie  śniegowych płatków. Pytamy tedy, dla kogo jest przeznaczona uroda tych drobnych sześcioramiennych gwiazdek śniegowych pokrytych przecudnymi ornamentami krysztalików lodu, którą można się zachwycać i studiować tylko pod szkłem powiększającym czy mikroskopem? Płatki śniegu składają się z drobniutkich, ostrokończystych kryształków lodu wodnego, lodowe kwiaty na szybach tworzą grupy włóknistych kryształków lodu, zaś lodowe tafle na jeziorach tworzą się poprzez masywne nagromadzenie się długich, spiczastych kryształów lodu, których spodnie powierzchnie są równoległe do powierzchni wody.

Komuś może się to wydać dziwne, ale poezja może być zbieżna z nauką i obrazuje to fakt, iż w roku 1893 niemiecki badacz Hellman opublikował katalog około 3.000 kształtów płatków śniegowych, które badał i z iście niemiecką precyzją pedantycznie przerysowywał przez kilka lat. Okazało się przy tym, że żaden wzór nie powtórzył się po raz wtóry i kryształki lodu w śnieżynkach są tak niepowtarzalne, jak odciski linii papilarnych...

Śnieg nie powstaje ot, tak sobie prosto – kształt płatków śniegu jest tym regularniejszy, im bardziej nieruchome jest powietrze i większa wysokość, z której spadają. Poza tym mgła sprzyja regularności płatków, wiatr je zbija i rozbija, miesza i drobi. Kiedy śnieg pada gęsto, płatki zbijają się w większe agregaty i lecą w powietrzu, jak kartki papieru. Takie śnieżne „agregaty” mogą mieć rozmiary od 8 do 12 cm średnicy, podczas kiedy „normalne” gwiazdki śnieżne mają rozmiary nie przekraczające 8 mm? Standardowy rozmiar śnieżynki wynosi zaledwie 2 mm, zaś waga jedynie 3 mg, zaś stosunek masy do powierzchni wyjaśnia urokliwą powolność padania śniegu w czasie spokojnej, bezwietrznej pogody. Ale co można myśleć o notatce kronikarza, która dla nas ludzi XXI wieku stanowi kompletną zagadkę:

24 października 1726 roku. Kieżmark na słowackim Spiszu. Była śnieżyca, i także w Kieżmarku padały ogromne śnieżne płatki. Pewien podróżny twierdził, że także w Chrasti i Markušovicach padały tak wielkie śnieżne płatki, jak dwie dłonie...

 – czyli ich rozmiary wynosiły jakieś 22-24 cm średnicy! 23 grudnia 2004 roku mieliśmy w Jordanowie śnieżycę, w czasie której płatki – płaty raczej – śniegu osiągały wielkość od 3 do 5 cm – a jakiż to był spektakularny widok! Ten fenomen był wywołany przez nagłe wtargnięcie ciepłego i wilgotnego powietrza polarno-morskiego nad zastałe nad Beskidami chłodne i suche powietrze arktyczne. Na wytworzonej linii frontu padał gęsty śnieg o ogromnych płatach – zjawisko w czasie górskiej zimy dość często spotykane, ale tym razem płaty śnieżne były wyjątkowo duże... Niestety – masywny napływ ciepłej masy powietrza spowodował odwilż, która „zlizała” cienką warstewkę śniegu i Wigilia oraz Boże Narodzenie 2004 roku były po błocie i wodzie, wbrew przewidywaniom red. Andrzeja Zalewskiego z Euro Eko-Radio i naszych domorosłych przepowiadaczy pogody. Nawiasem mówiąc, tej zimy mieliśmy w Europie rekordowy gradient ciśnienia atmosferycznego – różnica ciśnień pomiędzy Wyżem Azorskim nad Hiszpanią i Niżem Norweskim nad Półwyspem Skandynawskim wynosiła aż 100 hPa! To było coś, czego nigdy przedtem nie odnotowano na naszym kontynencie!

„Głęboki, błękitny śnieg”, to jest nie tylko tytuł powieści niemieckiego pisarza Horsta Beselera, ale jest to także realnie istniejące zjawisko, na które można natrafić w zaśnieżonej krainie, niekoniecznie dodając do tego przymiotnik „głęboki”. Kolorowe śniegi, by ten fenomen wyjaśnić należałoby podjąć detektywistyczne poszukiwania sprawcy. I tak okazałoby się, że niebieskie zabarwienie śniegu powodują rozwój na śniegu mikroskopijnych sinic z rodzaju Cyanophyta. Ale to nie wszystko, bowiem jest jeszcze śnieg zielony, który barwią skupiska włóknistych zielenic z gatunku Coliella i Raphidonema. Dramatycznym widokiem może być także widok śniegu czerwonego, którego skutkiem była zwiększona ilość nabożeństw w kościołach w czasach Średniowiecza, które miały na celu odwrócenie gniewu Bożego, kiedy w okolicy pojawiały się złowieszcze krwawo-czerwone plamy na śniegu – „złe znaki z nieba”. Ten ciekawy fenomen zbadano dokładnie w XIX wieku. Dzisiaj wiemy, że spowodowany jest on przez mrozoodporne bakterie z gatunku Spherella, które namnażają się na powierzchni śniegu barwiąc ją na karminową czerwień.

22 lutego 2003 roku, w Polsce – w województwach podkarpackim i małopolskim – spadły kolorowe śniegi. Jak poinformowały o tym media, na śniegu pojawiły się rdzawe plamy jakiejś nieprzyjemnie pachnącej amoniakiem substancji. Oczywiście nie musiały to być jakieś mikroorganizmy, co zostało dokładnie zbadane przez SANEPID w Rzeszowie i Nowym Sączu, ale pyły nieorganiczne. Śniegi mogą być barwione przez rdzawy pył pochodzący z pustyń, żółta od lessu, czarna od sadzy ze spalonych związków węgla czy różnokolorowa od różnych związków chemicznych rozpylonych w powietrzu. Nieżyjący już niestety słynny polski pisarz i propagator ufologii Lucjan Znicz-Sawicki w swych pracach z cyklu „Goście z Kosmosu – NOL” podaje kilka przykładów obserwacji kolorowych chmur poprzemysłowych, które następnie osadzały się na śniegach Arktyki, Antarktyki czy na lodowcach Europy i Ameryki. Wydawałoby się zatem, że ów rdzawy proszek był to po prostu piasek przywiany przez silne wiatry znad Sahary, który potem osadził się na śniegach Podkarpacia i Małopolski, ale...

Ale właśnie ów nieprzyjemny, amoniakowy zapach przywodzi na myśl koncepcję, że mamy do czynienia z meteoroidem lub małą kometą. Kosmiczny gość przeniknął do atmosfery i eksplodował na dużej wysokości. nie mógł być widocznym, bowiem tej nocy południowa Polska była pokryta gęstymi chmurami, z których padał deszcz ze śniegiem. Ów pomarańczowy pył meteorytowy zawierał najprawdopodobniej najprostsze związki organiczne: amoniak – NH3, metan – CH4, siarkowodór – H2S z ich paskudnymi zapachami, który spadł na tereny Małopolski i Podkarpacia i spowodował alarm przeciwchemiczny, co dowodzi, że czarnobylska lekcja jednak nie poszła na marne... Ta egzotyczna skądinąd hipoteza ma swe potwierdzenie w postaci informacji z marca 2004 roku – otóż pojawiły się oficjalne informacje na temat przelocie bolidu oznaczonego EN 200204 Łaskarzew, który widziano nad Polską w dniu 20 lutego 2004 roku, o godzinie 18:54 CET/17:54 GMT, który poruszał się z prędkością powyżej 10 km/s i widziany był pomiędzy Kozienicami a Garwolinem.

A teraz z innej beczki. Na powierzchni śniegu ukazują się dziwne znaki i figury geometryczne, które z miejsca kojarzą się z letnimi agrosymbolami czy agroformacjami i należałoby je nazwać śniegosymbolami czy lodoformacjami. Na Słowacji na razie nie odnotowaliśmy czegoś takiego, głównie ze względy na łagodne i niemal bezśnieżne zimy, ale w Polsce odnotowano pojawienie się lodoformacji na zamarzniętej tafli jeziora Rosnowo w koszalińskim, w dniu 26 lutego 2001 roku, o czym powiadomiła nas pani Elżbieta Suska z Klubu Badaczy Megalitów. NB, w pobliżu znajdują się sanktuaria kręgów kamiennych w Rosnowie i Grzybnicy. Pojawiły się tam dwa geometrycznie doskonałe kręgi, o średnicach 5 m i 0,5 m. Lodoformacje pojawiły się wcześniej, bo w latach 90. na ukraińskiej rzece Mża, po zaobserwowaniu nad nią przelotu i lądowania Nieznanego Obiektu Latającego. W roku 2003 lodoformacje pojawiły się na niektórych jeziorach Kanady, Skandynawii i USA. Zainteresowanych odsyłamy na stronę internetową www.earthfiles.com Lindy Moulton-Howe oraz szwedzkiego czasopisma „UFO-Aktuellt” – www.ufo.se. Jak dotąd w Polsce nie zaobserwowano pojawienia się lodoformacji poza wypadkiem rosnowskim, ale nie znaczy to, że ich nie było...

Śniegosymbole znajdowano tam, gdzie śniegu bywa pod dostatkiem – w krajach Wspólnoty Niepodległych Państw. W literaturze ufologicznej znane są przypadki zaobserwowania Nieznanych Obiektów Latających, które pozostawiały za sobą na śniegu dziwne znaki w kształcie kilkudziesięciu współśrodkowych kręgów. Pisaliśmy już o tym na łamach „Czasu UFO” i dlatego tylko sygnalizujemy ten problem, który tam był szeroko omawiany.

Kolejnym zimowym problemem są zagadkowe przestrzeliny w caliźnie lodowej pokrywy szwedzkich i fińskich jezior. Na ten temat pisaliśmy już na łamach „Nieznanego Świata” i nadmienimy tylko, że w roku 2003 zjawisko to zaobserwowano na kilku innych jeziorach Półwyspu Skandynawskiego. Wytłumaczeniem tego fenomenu zajęli się uczeni, którzy doszli do wniosku, że mogło to być spowodowane spadkiem meteorytu. Rzecz w tym, że nikt tego spadku nie widział...

Kolejną zagadką królowej Zimy jest dziwne wydarzenie, które miało miejsce w słonecznym Teksasie, wczesnym rankiem 14 grudnia 2004 roku, na autostradzie I-20 w okolicy Morfa. Ted Jeczalik – artysta malarz z Clearwater (FL) wracał z Teksasu do domu międzystanową „dwudziestką”. Do wschodu słońca brakowało może 15 minut i Tadek zachwycony wspaniałą grą kolorów na wschodnim horyzoncie postanowił zrobić zdjęcie. Nie zatrzymując samochodu wyjął „cyfrówkę” i pstryknął fotkę. Ku swemu zdumieniu na zdjęciu zobaczył poza złocistoróżową łuną zorzy porannej także jakiś świecący obiekt, który utrwalił się w lewym-górnym rogu kadru. Czy to UFO? – pomyślał. Doszedł jednak do wniosku, że mógł to być meteor lub jakiś kosmiczny złom, który wpadł w atmosferę i spłonął. Na pewno nie był to księżyc, który w opisywanym momencie znajdował się głęboko pod wschodnim horyzontem i nie mógł być widoczny na niebie. NB, jest to teren występowania dziwnych fenomenów świetlnych na bagnach i trzęsawiskach, które mogą, ale wcale nie muszą mieć związek z wydobywającymi się z błot gazami...

Jak jesteśmy przy meteorach, to chcielibyśmy przypomnieć wydarzenie, które opisał Clas Svahn w artykule pt. Hålet som förbyllar Härjedalen zamieszczonym w kwartalniku UFO-Aktuellt nr 1,2002 i zatrzymać się przy nim dłużej: 

Dziwna dziura w ziemi, która pojawiła się nieopodal kościółka w Vemhån – pisze on – oraz zaobserwowane światła na niebie w pobliskich miejscowościach Sveg i Kramfors zmusiły tamtejszych mieszkańców do zastanowienia się, czy aby nie odwiedzili ich Przybysze z przestrzeni kosmicznej.
W dniu 16 lutego 2002 roku, parę minut po godzinie trzeciej po południu, Jan-Evert Persson znajdował się na drodze wiodącej do jego domu w miejscowości Vemhån, leżącej w odległości około 5 km na północ od miasteczka Sveg w Härjedalen (Ärjedalen). W pewnym momencie ze swego samochodu dostrzegł on ciemniejszą powierzchnię na jednolicie białej pokrywie śnieżnej. Zaintrygowany zatrzymał auto, wysiadł i podszedł do tajemniczego miejsca, gdzie stwierdził, że znajdował się tam dół o głębokości około pół metra i średnicy około 80 cm. Ziemia była rozrzucona wokoło, tworząc na śniegu cienką warstwę, która tworzyła z kolei doskonale widoczną, ciemną plamę.
-  Dół był świeży - mówi Jan-Evert - Ja często przejeżdżam koło tego miejsca i to musiało powstać w ciągu kilku ostatnich dni. Nigdy przedtem nie widziałem tutaj czegoś takiego i musi, co ten dół wykonało coś, co spadło z nieba.
Potem gazeta Östersunds-Posten napisała o telefonach otrzymanych od trzech osób, które krótko po godzinie siódmej wieczorem zaobserwowały tajemnicze światła na niebie. Doniesienia o tym nadeszły zarówno z Härjedalen i Ångermaland, (krainy położonej jeszcze bardziej na północ od Härjedalen).
Tak opisywał to Beny Ohlsson z Brunflo w swym raporcie do centrali UFO-Sverige:
- Jechałem właśnie szosą E-14, kiedy byłem w odległości 1,5 km od Brunflo, naraz zobaczyłem płomień na niebie. To dziwne światło wlokące za sobą ognisty ogon poruszało się z kierunku NE i leciało na SW. Trajektoria jego lotu była spadkowa i obiekt rychło skrył się za lasem.
Inny świadek - Ulf Jonsson z Duvberg położonego półtora kilometra na północny-zachód od Sveg - tak opowiada o tym zjawisku:
- Kula miała kolor żółtawo-pomarańczowy i silnie świecąc jak lampa, zatoczyła łuk na niebie. Zostawiała po sobie ognisty ślad tak, że przypominała rakietę. W końcu eksplodowała płomieniem i następnie pozostał po niej tylko dym.
Oczywiście wydarzenie to błyskawicznie rozniosło się po całej okolicy i ludzie od razu zaczęli podejrzewać, że widziany fenomen był gościem z przestrzeni kosmicznej - meteorytem. Szwedzki ekspert numer jeden od meteorytów - Bertil Lindblad z Lund udzielił wywiadu mediom, w którym powiedział, że:
- Kosmiczne kamienie, które wpadają w ziemską atmosferę około godziny 18:00 mają szansę dotrzeć do jej powierzchni, w przeciwieństwie do tych, które spadają o godzinie 6:00. wynika to z różnych prędkości ich wtargnięcia w atmosferę naszej planety. Wygląda zatem na to, że świadkowie widzieli właśnie taki meteor...
Dla Jana-Everta Perssona ta sprawa nie skończyła się tak szybko i przez kilka dni był on bohaterem mediów.
- Potem przez to wydarzenie nie miałem ani chwili spokoju - powiada on. - Co chwilę ktoś dzwonił z prasy z całej Szwecji oraz miejscowego radia i TV.
Pewne norweskie przedsiębiorstwo zamierza prowadzić poszukiwania za tym domniemanym meteorytem. Jan-Evert jednakże samodzielnie chce rozwiązać ten problem. Prowadził przez tydzień poszukiwania meteorytu przy pomocy detektora metali, ale bez rezultatu.
- Poczekam do maja, kiedy wreszcie stopnieją śniegi, wtedy będę mógł poszukać tego czegoś dokładniej - oświadczył Jan Evert-Persson.
Nie wierzę w to, że był to jakiś zwyczajny kamień z nieba. Żaden meteoryt nie jest w stanie wykonać takiego krateru poimpaktowego, który miałby idealną formę wyciśniętego w ziemi walca - co doskonale widać na zdjęciu, nie mówiąc już nic o tym, że taki impakt musiałby być głośny jak wybuch kilkudziesięciu dekagramów dynamitu czy trotylu... Miejscowi niczego nie widzieli i nie słyszeli, a zatem albo nie był to meteoryt, albo teoria o impaktach meteorytów jest fałszywa. Trzeciego wyjścia nie ma!

Sprawa ma szerszy kontekst, jako że od początku roku 2002 dzieją się dziwne rzeczy na świecie, i tak koło Ziemi przelatują trzy asteroidy: 1998WT24, 2001YB5 i ostatnio 2002EM7; na Zatoce Meksykańskiej pojawiły się tajemnicze „czarne wody” nie wiedzieć skąd; ni stąd ni zowąd spadły na Ziemię dwa satelity, które nie powinny spaść: EUVE i Pegasus, zaś na Bawarię spadły niedawno trzy deszcze „meteorów” na Monachium, Pullach i Passau i kilka innych miejscowości w nocy 4/5 kwietnia 2002 roku, zaś w dwa dni potem jeden, który przypominał w mikroskali sławetny Meteoryt Tunguski...

Ale powróćmy na ziemię. Mówiąc o zagadkach zimy nie sposób nie przypomnieć słynnej tajemnicy „bestii z Devonshire”, która spowodowała panikę w tym hrabstwie wczesnym rankiem 8 lutego 1855 roku. Miano „bestii” nadano jej raczej na wyrost, bowiem trudno nazwać bestią istotę, której ślady miały niewielkie wymiary, ale za to ciągnęły się w linii prostej na przestrzeni 160 km i nie powstrzymało jej nawet szerokie na 3 km ujście rzeki Exe! Na tej zagadce – opisanej zresztą na łamach Nieznanego Świata – połamały sobie zęby autorytety zoologiczne i wszystko wskazuje na to, że to sam diabeł in persona harcował owej ciężkiej zimy po Devonshire...

W Polsce pod koniec 2004 roku także pojawiła się zagadka zoologiczna w postaci zwierzęcia, którego prasa brukowa ochrzciła mianem polskiej Chupacabry vel Czupy, której ofiarami padają króliki i kury w miejscowościach sąsiadujących z leśnymi masywami Puszczy Goleniowskiej. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia nie z brazylijską Chupachabrą, ale z dużym wilkiem czy psem – np. owczarkiem kaukaskim, który zdziczał i znalazł upodobanie w mordowaniu drobiu i królików. Takie przypadki nauce są znane i nie ma w nich niczego niezwykłego... Oczywiście sprawa została zbadana przez CBZA i wszystko wskazuje na to, że sprawa jest „szemrana”. I taką się też okazała, bowiem wyszło na to, że mieliśmy do czynienia z rosomakiem...

Reasumując – zima jest równie ciekawa, jak lato i pozostałe pory roku, a w Europie Środkowej dzieją się rzeczy równie ciekawe jak w innych częściach świata, a nawet jeszcze ciekawsze. Tylko trzeba czasami odwagi, by wytknąć nos poza próg swego domu...

Poza tym jeszcze jedno: patrzymy na te zdjęcia i coraz częściej zadajemy sobie pytanie – jak długo jeszcze będziemy cieszyć się w Europie urokami zimy, zanim wycofa się na Bieguny pod wpływem coraz silniejszego efektu szklarniowego?


* * *


Upłynęło już 10 lat od napisania tych słów i w niczym nie straciły one na swej ponurej aktualności. Efekt Globalnego Ocieplenia – wbrew chciejstwu przemysłowców i opiniom przekupionych przez nich „uczonych” nadal postępuje w najlepsze, co przejawia się przede wszystkim w ilościach i mocy uderzających w nas kataklizmów pogodowych. Tajfuny na Pacyfiku, huragany i orkany na Morzu Śródziemnym, uderzenia zimy w Hiszpanii i Sardynii. To wszystko świadczy o coraz większym zamęcie w klimatycznej maszynie naszej planety, która utrzymuje nas przy życiu. Ale tego nie chcą dostrzec wszyscy ci, którym gospodarka oparta na węglu i innych paliwach kopalnych przynosi krociowe zyski, więc zrobią wszystko, by jak najpóźniej wprowadzać czyste, ekologiczne sposoby dobywania energii odnawialnej i będą nadal truć nas dymami i gazami ze spalania węgli i ropy naftowej. I wciąż dodawać do powietrza dwutlenek węgla, tlenki siarki i inne produkty zatrzymujące ciepło w atmosferze.

Z drugiej strony wciąż będą nam grozić zwolennicy energetyki atomowej, którym wydaje się, że atom i jego rozszczepienie, to akurat najlepszy sposób na przetrwanie kryzysu energetycznego. Nieprawda – lekcje Three Mile Island, Czarnobyla i Fukushimy pokazują, że igramy z ogniem, nad którym nie potrafimy zapanować. Nie wierzę w zapewnienia, że energetyka jądrowa jest czysta i bezpieczna. Okazało się, że wystarczy byle trzęsienie ziemi i trochę wody, by padły wszystkie zabezpieczenia i wnętrza reaktorów jądrowych wyemitowały miliardy bekereli w atmosferę i zaświniły całą północną hemisferę. Efekty tego poczujemy za kilka i kilkanaście lat, i będą one bardzo złe.

Nasza, ludzka działalność zmienia oblicze Ziemi i niestety są to zmiany na gorsze. Nie ma czegoś takiego, jak pozytywny wpływ cywilizacji na biosferę naszej planety. I obawiamy się, że procesu tego już nic nie powstrzyma, no chyba że nasza Ziemia pozbędzie się nas tak, jak pies, który pozbywa się pcheł…



[1] Chodzi o huragan z dnia 19.XI.2004 roku, kiedy to prędkość wiatru wzrosła do 173 km/h.