Powered By Blogger

środa, 27 grudnia 2017

Diabeł z Dewonu (1)

Ślady Diabła z Devonshire

Pragnę powrócić do wydarzeń, które przebiegły w hrabstwie Devonshire 163 lata temu, a które tak opisano w Wikipedii i innych źródłach kryptozoologicznych.

*

W piątek, 8 lutego 1855 roku, ludzie zamieszkujący hrabstwo Devon w Anglii, obudzili się i znaleźli osobliwość czekającą na nich na świeżym śniegu. Małe odciski podków, jedna za drugą ułożone w prostej linii, osiem i pół cala każda. Szerokość śladów wynosiła od 1,5 do 2 cali. Ślady wydawały się wykonane przez zwierzę bardziej dwunożne, niż czworonożne.

Jeśli byłaby to prawda, to to nieznane zwierzę podróżowałoby przez blisko 100 mil/160 km, przez 18 osad i przekraczałoby akweny wodne, takie jak np. rzeka Exe w Exmouth. W pewnych miejscach ślady podobno pojawiały się na szczytach dachów, a także przeskakiwały (lub jak chcą niektórzy, przechodziły) przez wysokie mury. Wnioskując ze śladów, zwierzę zaglądało do okien, innym razem zbliżyło się i nagle zawróciło od drzwi domu. Ślady zdawały się być wykonane po godzinie 19:00, nocą 7 lutego, kiedy śnieg przestał padać.

Przybysze chodzili po okolicy przez całe mile. Tysiące świadków widziało ślady. Po tym niezwykłym wydarzeniu, drzwi domostw były na noc zamykane, a kilku śmiałków narażało się po zapadnięciu ciemności w celu odnalezienia autorów śladów. Londyński Times wspomniał o tym wydarzeniu w artykule z 16 lutego, a do Illustrated London News nadesłano list pt. „Devil’s Footprints (Ślady Diabła)”. Niektórzy świadkowie szkicowali później to, co widzieli. Niektórzy twierdzili, że odciski wykonał diabeł we własnej osobie. Inni obwiniają o wykonanie śladów od ropuchy do kangura. Nigdy więcej nie stwierdzono pojawienia się już w okolicy takich śladów.



Opisy śladów Diabła z Devonshire

Jednak przypadek z Devonshire nie jest tak wyjątkowy, jak by się mogło zdawać. Według „Illustrated London News” z 14 marca 1855 r. podobne ślady miały się pojawiać co roku na pewnym wzgórzu w pobliżu granicy niemiecko-polskiej. Ślady mniej regularne i w ogóle mniejsze odkryto w 1945 roku w Belgii, natomiast od XIX wieku na plażach New Jersey grasuje tzw. „diabeł z New Jersey”, pozostawiający tropy bardzo podobne do tych pochodzących od jego „kuzyna” z Devonshire. W 1924 roku James Alan Rennie, przemierzający zamarznięte jezioro w północnej Kanadzie, widział co prawda jak powstawały niezwykłe ślady, ale nie dostrzegł co je wykonywało. Po prostu tropy pojawiały się nagle bez żadnej widocznej przyczyny. Podróżnik pisał później: „Mimo że nie było widać żadnego zwierzęcia ani innej żywej istoty, ślady pojawiały się jeden za drugim zbliżając się niepowstrzymanie właśnie w moim kierunku. Stałem jak skamieniały i ze zgrozy nie byłem w stanie zdobyć się na żadną jasną myśl. Ślady było widać w odległości pięćdziesięciu metrów, potem dwudziestu, dziesięciu. Wreszcie rozległ się plusk. Krzyknąłem głośno, kiedy woda opryskała mi twarz. Wytarłem oczy, odwróciłem się i zobaczyłem, jak ślady biegną dalej po powierzchni jeziora...” Opowieść Rennie uznano za opis halucynacji człowieka zbyt długo pozostającego w izolacji od innych ludzi, co nie wydaje się zbyt przekonujące, bo przecież nie był on niedoświadczonym nowicjuszem, jeżeli chodzi o samotne wędrówki.

Znacznie wcześniej, w maju 1840 roku, kapitan Clark Ross dowodził dwoma statkami biorącymi udział w wyprawie badawczej południowych rejonów arktycznych. Kpt. Ross w swoich wspomnieniach zatytułowanych „Voyages of Discovery and Research in Southern Arctic Regions (Podróże Badawcze i Odkrywcze Po Południowych Regionach Arktycznych” z 1847 roku, wspomina, że podobne ślady zostały odnalezione na wyspie Kerguelenie.

„Nie widzieliśmy żadnego lądowego zwierzęcia; jedynym co mogliśmy odnaleźć na tej wyspie, były pojedyncze ślady kuca lub też osła, znalezione przez oddzielony od nas oddział porucznika Birda i opisane przez doktora Robertsona jako mające 3 cale długości i 2,5 cala szerokości, o dwóch wgłębieniach po każdej stronie i mających kształt podków”. Było całkowicie nieprawdopodobne, że zwierzę zostało wyrzucone na ląd z jakiegoś statku. Śledzili je przez jakiś czas w ostatnio spadłym śniegu, mając nadzieję ujrzenia stworzenia, ale zgubili je na obszarze skalistym, pozbawionym śniegu.

*

Jedna z najmłodszych relacji dotyczących tajemniczych śladów pochodzi z października 1950 roku. W owym czasie pewien człowiek o nazwisku Wilson natrafił na odludnej plaży na zachodnim wybrzeżu Devon, na dosyć duże, znane już nam ślady. Nietypowa była tylko ich wielkość, odstępy między poszczególnymi odciskami wynosiła ok. 2 m, a także to że sprawiały one wrażenie jakby usypanych z piasku. Odciski „kopyt” zaczynały się tuż obok bardzo stromej ściany skalnej i dalej biegły wprost do morza. Wilson wykluczył tutaj działanie człowieka, ponieważ na pewno był pierwszą osobą, która zeszła do zamkniętej z trzech stron ścianami skalnymi zatoki tuż po odpływie.

Sto lat później po tajemniczym „diable z Devonshire”, podobne dziwne zdarzenia miały miejsce na angielskim wybrzeżu. Pierwszy wypadek miał miejsce w listopadzie 1953 roku na wyspie Cafey, gdzie morze wyrzuciło na brzeg ciało dziwacznej istoty. Stworzenie miało 80 cm wysokości, i zdawało się za życia poruszać na dwóch nogach. Głowa zwierzęcia była nieforemna i zaopatrzona w wyłupiaste oczy. Istota pokryta była grubą, brunatną skórą o czerwonawym odcieniu. Sprawą tych niezwykłych zwłok zajęli się zoolodzy sprowadzeni przez lokalne władze z Londynu. Przeprowadzili oni szereg różnych badań, zmierzyli, sfotografowali stwora i stwierdzili, że jest on nieznany nauce i nie przypomina jakiegokolwiek znanego gatunku. Niestety, z niewiadomych przyczyn ciało istoty zostało spalone, co być może miało zatrzeć dowody na istnienie tych stworzeń.

Jednakże rok później w sierpniu 1954 roku, wielebny Joseph Overs natknął się na podobne szczątki unoszące się na powierzchni wody w kałuży utworzonej przez przypływ. Padlina ta była później badana przez lokalną policję. To znalezisko było większe, miało 4 stopy długości, krótkie nogi, cienką różową skórę (przypominającą świńską) zamiast łusek i ważyło około 12 kilogramów. Na głowie stwór posiadał bardzo duże oczy, szerokie (,,ziewające") usta z ostrymi zębami, i dwie dziury tam, gdzie powinien być jego nos. Zwierzę posiadało również skrzela. Ważne było to, że stworzenie miało pięć palców na stopach, przypominających wklęsły łuk, pasujący do śladów znalezionych w hrabstwie Devonshire i na Kerguelenie. Sprowadzeni eksperci również nie byli w stanie stwierdzić, do jakiego gatunku należało dziwne zwierzę.

Niezwykłe ślady były brane za pozostałości stworzeń z innych wymiarów, obecność ekstraterrestiałów lub też widmowego jeźdźca.

Nie wydaje się być prawdopodobne to, że miejscowi ludzie sfałszowali ślady. Po co mieliby to robić? Na pewno nie chcieliby wychodzić na dwór nocą w taką pogodę. Większe prawdopodobieństwo sfałszowania śladów jest w przypadku ekspedycji kapitana Rossa, z tego powodu, że widziało je niewielu świadków. Niemniej jednak teoria głosząca, że w głębiach oceanów żyją inteligentne być może istoty, które od czasu do czasu urządzają sobie przechadzki po lądach, wydaje się być interesująca.

17 marca 1855 roku korespondent ,,Illustrated London News'' pisał z Heidelbergu − powołując się na autorytet nie wymienionego z nazwiska „polskiego doktora medycyny” − że na Piaskowej Górze, niewielkim wzniesieniu na granicy Galicji, ale jeszcze w granicach Królestwa Polskiego, takie ślady na śniegu widać każdej zimy, a czasami także na piasku i że „miejscowa ludność przypisuje to siłom nadprzyrodzonym”.[1]

*


CDN.

[1] Źródło: WWW.kryptozoologia.prv.pl  i Wikipedia. 

niedziela, 24 grudnia 2017

UFO nad Tenri i St. Maarten



Donosi nam Kiyoshi Amamiya z Tenri:


Ujrzeliśmy Nocne Światło

W dniu 27.XI.2017 roku, o godzinie 17:50 wyszliśmy z separatki naszej córki Shimy i schodziliśmy po schodach.

Kiedy moja żona i ja opuściliśmy szpitalny hall, ujrzałem „gwiazdę” bardzo jasną, położoną na górze i nieco w prawo. Przesuwała się powoli w kierunku północnego-wschodu. Wycelowałem aparat fotograficzny w jej stronę i zacząłem robić zdjęcia.

Świecący obiekt przesunął się przez tarczą Księżyca (w konstelacji Wodnika). Pewna kobieta wyszła także ze szpitala o także obserwowała Nocne Światło.
- To jest spadająca gwiazda – rzekła.

Obiekt poruszał się wciąż. Potem zasłonił go dach szpitala. Zmieniłem pozycję i patrzyłem nań poza dachem szpitala. Jednakże tam już nie było tego światła.
- To trwało jakieś trzy minuty – powiedziała moja żona patrząc na zegarek. A oto zdjęcia tego NL:   



Drugi ciekawy przypadek – tym razem Obiektu Dziennego – udało mi się znaleźć na YT, na filmiku ukazującego okolice lotniska na St. Maarten na Karaibach – zob. https://www.youtube.com/watch?v=XBWCPxnkyPA. Mniej więcej w połowie filmu pokazano podejście do lądowania i lądowanie Boeinga-747 Jumbo Jet w barwach chińskiej kompanii CATHAY PACIFIC CARGO z Hong Kongu, o numerze rejestracyjnym B-LJE. 

I tu rzecz ciekawa – w 5 minucie i 6 sekundzie na ujęciu pokazującym podchodzącego do lądowania Boeinga nieco w lewo i na górze widać jasny punkt, który przypomina kulkę zawieszoną w powietrzu. Żeby było ciekawiej, to ten obiekt błyska nieregularnie białym światłem, co wyraźnie widać na filmie.












Co to było? Ptak? – być może, ale ptaki regularnie łopoczą skrzydłami i przesuwają się, zaś ten obiekt jest jakby nieruchomy. Może to inny samolot? Gdyby tak było, to światło byłoby stałe i zmieniałoby pozycję. Balon? Możliwe, ale też nie wisiałby nieruchomo. Tak czy owak, ten obiekt wypełnia definicję UFO – Nieznany Obiekt Latający…


Czy ktoś może ma jakiś pomysł?      

sobota, 23 grudnia 2017

KATASTROFA SAMOLOTU AN-24



(Relacja świadka tamtych wydarzeń)

Jest kwiecień 2017 r. Myśli moje powracają do tragicznej katastrofy lotniczej 2 kwietnia 1969 r. Samolot PLL „LOT” – turbośmigłowiec AN- 24 rozbił się pod szczytem Policy. Zginęły 53 osoby: 47 pasażerów i 6 członków załogi. Pomimo upływu 48 lat moje wspomnienia są tak żywe, jak by to wydarzyło się wczoraj.

2 kwietnia 1969 r. (środa, Wielki Tydzień) byłem jedynym lekarzem dyżurnym w Szpitalu Powiatowym w Makowie Podhalańskim. Miałem 29 lat i 5 letni staż w zawodzie lekarza. Po katastrofie czytałem w prasie, że nad Krakowem była piękna pogoda i dobra widoczność. Dziwiono się jak piloci mogli nie zauważyć Krakowa. Ja zapamiętałem to zupełnie inaczej. W godzinach południowych pogoda była zmienna. Co chwilę pojawiały się krótkotrwałe śnieżyce i robiło się całkiem ciemno. Po chwili zamiecie ustępowały i pojawiało się piękne słońce i tak na zmianę: raz słońce, raz burza śnieżna.

Około godz. 16-tej przechodziłem przez dziedziniec szpitalny i było znów ciemno i bardzo zła widoczność. Uwagę moją zwrócił bardzo głośny i przerażający warkot samolotu przelatującego chyba na niskiej wysokości. Pomimo wytężania wzroku i zadzierania głowy, samolotu nie dostrzegłem z powodu zadymki śnieżnej. Po kilkunastu minutach odebrałem z Pogotowia w Suchej Beskidzkiej wiadomość, że pasażerski samolot rozbił się w rejonie Babiej Góry i mamy przygotować się na przyjęcie ponad 50-ciu poszkodowanych. Dyrektor Pogotowia poprosił mnie o powiadomienie mojej żony, która miała rozpocząć dyżur lekarski w Pogotowiu o godz. 18-tej, aby niezwłocznie wyszła na pobocze drogi obok szpitala, a przejeżdżająca karetka zabierze Ją do Zawoi.

Dla mnie rozpoczął się gorączkowy okres organizacyjny. Powiadomieni systemem alarmowym do szpitala zgłosili się wszyscy pracownicy mieszkający w Makowie i okolic. Dyrektor Szpitala – dr Wiesław Chaja był w tym czasie w Krakowie i do Szpitala prosto z drogi zgłosił się ok godz. 20-tej. Kierowanie akcją ratowniczą chciałem obarczyć chirurga 10 dr Józefa Habinę, ale powiedział mi, że ja sobie z tym lepiej poradzę. Wszyscy działaliśmy jak w transie. Laboratorium przygotowało testy do oznaczania grupy krwi i szkło do wykonywania prób krzyżowych, statywy i próbki krwi itd.

Punkt krwiodawstwa zrobił zestawienie posiadanych zapasów krwi i osocza oraz płynów krwiozastępczych. Telefonicznie połączyłem się z okolicznymi szpitalami i możliwości kierowania do nich poszkodowanych. Szpitale przekazały mi zestawienie posiadanych zasobów krwi.

Personel naszego szpitala zagęszczał sale robiąc dodatkowe miejsca. Ściągnięto z magazynu „S” materace, pościel, narzędzia i środki opatrunkowe. Pospiesznie sterylizowano zestawy chirurgiczne. Przypominam sobie nieżyjącego już Aleksandra Wciślaka, pracownika Sanatorium PKP, pseudonim „gipsik”. Pan miejsce katastrofy Olek mieszkał naprzeciw szpitala i od pierwszej chwili przygotowywał opaski gipsowe. Robił to z niesamowitą wprawą i tych opasek przygotował tyle, że jeszcze przez prawie 2 lata korzystaliśmy z tych zapasów. Pielęgniarki przygotowywały zestawy do przetaczań, płyny infuzyjne, drobny sprzęt, przylepce, próbówki itp. Pracownicy administracyjni spinali razem blankiety historii chorób, karty gorączkowe i karty zleceń. Przygotowywali tasiemki do oznaczania numerami nieprzytomnych osób. Około 20-tej anonimowy telefon powiadomił centralkę telefoniczną, że pierwsza partia rannych jest w drodze do szpitala. Wiadomość okazała się niestety fałszywa. Okazało się, że wiele karetek z Suchej, Żywca, Nowego Targu, Szczawnicy, Rabki, Myślenic musiało wracać do swoich baz w żałobnym nastroju.

Wg relacji mojej Żony Krystyny, karetki z Suchej pierwsze dotarły do przysiółka Podpolice i utknęły w zaspach śnieżnych w sąsiedztwie leśniczówki. Do leśniczówki dotarli też ochotniczo dwaj ordynatorzy Sanatorium Pulmonologicznego PKP w Makowie Podh. Dr Jędrzej Trzciński i dr Czesław Kopacz – nasi nieco starsi przyjaciele. O zmierzchu do leśniczówki dotarł funkcjonariusz MO p. Mentel, który powrócił z miejsca wypadku. Był w strasznym stanie fizycznym i psychicznym przemoczony, zziębnięty, a przede wszystkim przerażony. Dr Krystyna Bednarzowa wspomina, że musiała mu podać środki uspakajające. Wylękniony, krzyczał że wszyscy zginęli, że na drzewach są szczątki ciał, że tam jest piekło i żeby tam nie iść. Żona pomimo młodego wieku (27 lat) była Kierownikiem Przychodni Obwodowej i podlegało Jej całe lecznictwo otwarte. Uspokoiła zebranych i zadecydowała, że nie można oprzeć się tylko na relacji dzielnego milicjanta i musi ktoś z fachowców stwierdzić, że faktycznie nie ma ratunku dla ofiar. Dr Trzciński i dr Kopacz ochotniczo podjęli się misji dotarcia na miejsce katastrofy. Od żołnierzy WOP dostali odpowiednie buty. Nadleśniczy mgr inż. Roman Lewandowski dał Krysi kożuch, lecz dżentelmeńscy lekarze nie zgodzili na Jej wyprawę w skrajnie trudnych warunkach, przy 1 m śniegu i zapadającym zmroku. Towarzyszył im żołnierz. Niestety, na miejscu musieli potwierdzić relację milicjanta. Na ściętych skośnie świerkach zwisały jelita i fragmenty wnętrzności jak „łańcuchy na choinkach”. Na miejsce katastrofy dotarli kierując się zapachem paliwa. Obaj bohaterscy lekarze już nie żyją.

Za życia bardzo niechętnie mówili o szczegółach zastanych na miejscu katastrofy. Wspominali, że nie życzą nikomu takich przeżyć. Nie sądzę, aby ich niechęć do opisywania szczegółów wynikała z zakazu mówienia o tym. Służby specjalne wszystkich świadków zobowiązywały do tajemnicy. Dotyczyło to także goprowców, którzy w następnych dniach pomagali wojsku „kompletować” zwłoki i zwozić w dół, skąd transportowane były do Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie. Poufne relacje goprowców były przerażające. Nawiasem wspomnę, że dr Czesiu Kopacz był późniejszym teściem dr Ewy Kopacz, której los nie oszczędził podobnych widoków w kwietniu 2010 r.

Wracam do mojego dyżuru w makowskim szpitalu. Przypominam, że w tym czasie w Makowie telefony działały na korbkę. Na portierni szpitala prymitywna centralka. Wszystkie rozmowy odbywały się w trybie „na ratunek”. Sąsiednie szpitale były bardzo życzliwe i wszędzie zapewniano mnie o pomocy i postawieniu w stan gotowości zespołów zabiegowych.

Byłem pełen podziwu dla postawy personelu naszego szpitala. Pracownicy zjawili się gromadnie w nieprawdopodobnie krótkim czasie, bez zbędnych ponagleń, przygotowywali drugą izbę przyjęć, dodatkowe sale zabiegowe na chirurgii i ginekologii, uruchomiono zasoby leków, sprzętów, narzędzi, bielizny z magazynu „S”. Przygotowano materace do uruchomienia dodatkowych miejsc.

Około północy w dyżurce lekarskiej odwiedzili mnie dr Henryk Matuszewski – Naczelnik Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia w Krakowie i dr Leon Boni - Kierownik Powiatowego Wydziału Zdrowia w Suchej Beskidzkiej. Zameldowałem Naczelnikowi jak przebiegał dzień od powiadomienia o wypadku do chwili odwołania gotowości. Był bardzo serdeczny, pochwalił poczynania organizacyjne i wróżył mi sukces w organizacji ochrony zdrowia. Podziękowałem za uznanie lecz wyraziłem nadzieję, że los oszczędzi mi w przyszłości takich emocji i daremnych wysiłków.

Przyczyna katastrofy turbośmigłowca AN -24 w dniu 2.04.1969 r. do dziś nie jest wystarczająco wyjaśniona. W prasie pojawiły się artykuły próbujące wyjaśnić lub zagmatwać okoliczności. W wielu publikacjach podnoszono, że nad Krakowem panowała dobra pogoda i dobra widoczność. Ja, nawet dziś pod przysięgą mogę powtórzyć, że nad Makowem samolot przelatywał w śnieżycy i bardzo złej widoczności.

Lek. Jacek Bednarz
Ordynator Oddziału Medycyny Paliatywnej
b. dyrektor Szpitala w Makowie i Suchej Besk.
Maków Podh. 10.04.2017 r.


Post scriptum

Wspomnienie o katastrofie w 1969 r. piszę w kwietniu 2017 r., po kolejnych obchodach „miesięcznicy” smoleńskiej katastrofy. Długo zgrzytało mi w uchu słowo „miesięcznica” przypominające fizjologiczno- ginekologiczny termin. Obawiam się, że ktoś wymyśli „kwartalnicę”. Mając w pamięci uroczyste przyjmowanie trumien i wystawne pogrzeby ofiar smoleńskiej katastrofy z ogromnym smutkiem słucham słów ważnego polityka o „barbarzyństwie rosyjskim i polskim w traktowaniu ofiar, o bezczeszczeniu zwłok”. Ogarnia mnie zdumienie gdy słyszę słowa godnej współczucia żony jednej z ofiar, że nie spocznie dopóki choćby mały szczątek innej osoby będzie profanował zwłoki Jej Męża. Myślałem, że Ofiary doznały zbratania przez swój tragiczny los, swoistego braterstwa krwi, która wsiąkła a tę samą niegościnną ziemię. Jeśli nawet mały szczątek znajduje się w trumnie innej osoby, to jest to wyrazem jedności, jakby wzajemnej komunii. Tak mi się wydawało. Rzeczywistość jest, niestety, inna, zasmucająca. Przychodzą na myśl opowiadania leśników jak w 1969 r. po stopieniu śniegów musieli odstraszać dzikie ptactwo i leśną zwierzynę, aby rzeczywiście nie bezcześciła fragmentów ciał ofiar, bo nie wszystkie udało się od razu zebrać.

Przychodzą mi na myśl rodziny, które zezwalają na pobranie narządów do przeszczepów od zmarłych krewnych. Przecież Ci ludzie nie będą domagali się zwrotu narządów od zmarłych biorców. Myślę też mimo woli o losie amputowanych kończyn, zrakowaciałych narządów usuwanych dla ratowania chorych Osób.

O zmarłych powinniśmy myśleć i mówić z miłością i szacunkiem. Powinniśmy ! Przecież wierzymy w „świętych obcowanie, ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny”.


Jacek Bednarz


(Relacja zamieszczona na łamach "Echa Jordanowa" nr 119/2017)

piątek, 22 grudnia 2017

Czarna data



Dzień przesilenia zimowego był przez niektóre ludy nazywany czarną datą. Wieść niesie, że właśnie tego dnia urodził się Josif Wissarionowicz Dżugaszwili – Stalin, jeden z największych tyranów XX wieku.


Mój kalendarz - 21 grudnia przesilenie zimowe było o godzinie o 17:28 czasu polskiego. Jest to zarazem najkrótszy dzień w roku. Właśnie wtedy słońce na naszej kopule nieba osiąga najdalszy południowy punkt w roku. Słońce i wstąpi w znak Koziorożca, tym samym witamy astronomiczną zimę.  

Jeśli dziś znajdziemy się na wybrzeżu, w okolicach Władysławowa, dzień będzie trwał 7 godzin i 15 minut, w Warszawie 7 godzin i 42 minuty, a Krakowie 8 godzin i 4 minuty. Najdłużej widno będzie na krańcach południowych naszego kraju – np. Zakopanem 8 godzin i 9 minut. Tym samym różnica w długości dnia między północą a południem Polski wyniesie aż 54 minuty. Ale już w Sztokholmie długość dnia to tylko 6 h 5 min., w Helsinkach 5 h 40 min., w Reykjaviku 4 h 7 minut, ale w Rzymie 9 godzin 7 minut.





Najstarsi ludzie na Ziemi wiedzieli, że długość dnia i położenie wschodu oraz zachodu słońca zmieniają się w sposób regularny. Zbudowali w tym celu zabytki takie jak Stonehenge w Anglii i inne budowle w szczeliny których słońce zaglądało w dniu przesilenia. Ponieważ Ziemia jest pochylona pod kątem 23°27’, to w grudniu półkula północnej pochyla się najbardziej od naszej gwiazdy. W dniu przesilenia zimowego słońce pozostaje za linią horyzontu w każdym miejscu za kołem podbiegunowym północnym. Warto jednak wspomnieć, że dzień przesilenia zimowego wcale nie oznacza, że słońce wzejdzie najpóźniej, a zajdzie najwcześniej. Najwcześniejszy zachód słońca – ma miejsce przed grudniowym przesileniem już 13 grudnia, z kolei najpóźniejszy wschód po przesileniu - 25 grudnia.


W krajach północy powolny powrót Słońca czczono od dawien dawna, do dziś ostał się jako dzień św. Łucji. Przed wprowadzeniem kalendarza gregoriańskiego 1582 najkrótszy dzień w roku wypadał 13 grudnia stąd ta św. Łucja. Przysłowie mówi bowiem że święta Łuca dnia przyrzuca – przyrzucała ale w kalendarzu juliańskim. Dni od 21do 24 grudnia to tylko sekundowe wydłużenie. Ale już 25 grudnia będzie o 1 minutę dzień dłuższy na tzw. kurze postąpienie a w Nowy Rok na barani skok 7 minut. Skąd się wzięło to kurze postąpienie. Na Wawelu jest wieża przy wschodnim narożniku zwana z racji wyglądu kurzą stopką. Dzień po przesileniu zimowym promień słońca padał na herb królestwa na ścianie. Dworzanie mówili że dnia przybyło na kurzą stopkę.


Opracował – Stanisław Bednarz

czwartek, 21 grudnia 2017

Kolejka na Gubałówkę



Dziś jest 79 –letnią staruszką ale przeszła lifting i operacje plastyczne i wygląda jak 50-tka

Mój kalendarz - 79 lat temu 20 grudnia 1938 roku oddano do użytku najpopularniejszą w Polsce kolej linowo-terenową - na Gubałówkę. Zbudowana została na zlecenie Ligi Popierania Turystyki. Budowę rozpoczęto w lipcu, a uruchomiono 20 grudnia 1938, po zaledwie 168 dniach budowy.

Pomysłodawcą i inicjatorem budowy był inż. Aleksander Bobkowski – ówczesny wiceminister komunikacji, który wcześniej doprowadził do otwarcia pierwszej kolei górskiej – na Kasprowy Wierch i linowo-terenowej – na Górę Parkową. Prace prowadziła firma „Linkolkasprowy”.

Motywacją do podjęcia budowy, były przygotowania do Narciarskich Mistrzostw Świata FIS, w Zakopanem. Dzięki uruchomieniu kolei, wszystkie konkurencje biegowe rozegrały się właśnie w Paśmie Gubałowskim.

Po 168 dniach na szczyt Gubałówki regularnie jeździły dwa wagoniki poruszające się po jednym torze z mijanką mniej więcej w połowie drogi. Trasę długości 1338 m pokonywały w ok. 5 minut. Koszt inwestycji przekroczył 1.254.000 ówczesnych złotych. Ostatnią całkowitą modernizację zakończono 15 grudnia 2001. Nowoczesne wagony z przeszklonym dachem umożliwiają podczas przejazdu oglądanie panoramy Tatr.






Producentem pierwszych wagonów był Von Roll Berno ze Szwajcarii, natomiast obecnie eksploatowanych Garaventa i Mostostal Czechowice Tabor kolei sprzed modernizacji w 2001 został wykorzystany do adaptacji dawnego wyciągu szybowcowego i budowę kolei linowo-terenowej „Żar” z Międzybrodzia Żywieckiego. Prezentuje się po przemalowaniu pięknie.

Koleje linowo-terenowe są jednym z najlepszych środków transportu do pokonania dużych różnic wysokości na niewielkiej długości. Stąd, tego typu rozwiązania spotkać można przede wszystkim w górach, a także w miastach położonych na wzgórzach. W Polsce, poza Zakopanem, takie kolejki funkcjonują jeszcze w Krynicy na Górze Parkowej oraz w Międzybrodziu Żywieckim na Górze Żar. Jeśli chodzi o miasta, to linowe koleje terenowe można spotkać chociażby w Pradze czy w Budapeszcie.


Opracował – Stanisław Bednarz