Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Program Apollo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Program Apollo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2024

Eagle has landed!

 


 

Stanisław Bednarz

 

Pamiętam ten wieczór  20 lipca 1969 r., wracałem wieczór z plażowania na Międzywodach, pogoda była taka jak dzisiaj. Nagle wzeszedł Księżyc wtedy sobie uzmysłowiłem oni tam będą za chwilę i pomknąłem na transmisję. Dziś jest dla mnie nie wyobrażalne że przy tym poziomie postępu technologicznego było to możliwe. „To był  mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości". A od tego momentu minęło już 55 lat.

Mimo postępu technologicznego zaistniałego od tamtego czasu, nikt nie powtórzył jak dotąd sukcesu programu Apollo.

 

21 lipca 1969

 

21 lipca o godz. 02:56 UTC, pięć dni po starcie rakiety nośnej Saturn V z misją Apollo 11, amerykański astronauta Neil Armstrong postawił pierwszy krok na powierzchni Księżyca. Transmisja na żywo z lądowania Apollo 11 była oglądana w telewizji przez ponad pół miliarda ludzi. Pobiła ówczesny rekord oglądalności. Wydarzenie transmitowano również w polskiej telewizji, choć żaden z krajów boku wschodniego nie zdecydował się na taki krok…

Lot na Księżyc wymagał m.in. opracowania nowej, potężniejszej rakiety nośnej, niż stosowane do tej pory. W ramach misji Apollo 11 użyto rakiety Saturn V...

Start misji Apollo 11 nastąpił 16 lipca 1969 r. z Centrum Lotów Kosmicznych na przylądku Canaveral (Floryda).

Dzień później uruchomiono główny silnik, aby skorygować kurs w stronę Księżyca.

19 lipca minięto punkt, w którym grawitacja Księżyca przezwycięża grawitację Ziemi, dokonano też wejścia na orbitę okołoksiężycową.

20 lipca moduł księżycowy Eagle (Orzeł) oddzielił się od głównego statku. Załogę modułu stanowili: Neil Armstrong i E. Buzz Aldrin; w statku na orbicie okołoksiężycowej pozostał Michael Collins. Tego samego dnia o godz. 20:17 UTC Orzeł wylądował na powierzchni Księżyca na Morzu Spokoju (ciemne obszary widoczne ciemno na Księżycu nazwano morzami, Podczas lądowania trzeba było przejść na częściowe sterowanie ręczne, bowiem automatyczny system kierował statek ku regionowi zbyt usianemu skałami. Astronauci byli w pogotowiu do natychmiastowego startu, gdyby okazało, iż jedna z podpór zapada się w księżycowym pyle lub gdyby nastąpił jakiś inny problem.

Wyjście astronautów na powierzchnię nastąpiło po kilku godzinach od wylądowania. 21 lipca o godz. 02:56 UTC Neil Armstrong po drabince zszedł z lądownika i postawił pierwszy krok na powierzchni Księżyca, Następnie astronauci robili zdjęcia, nagrywali filmy, przeprowadzili badania naukowe, zebrali próbki skał (trochę ponad 21 kg) i postawili amerykańską flagę. Umieścili też odbłyśnik do odbijania wysyłanych z Ziemi wiązek laserowych, co umożliwiło precyzyjne zmierzenie odległości do Księżyca. Armstrong i Aldrin pokonali na Księżycu dystans około 250 metrów, spędzili na powierzchni 21 godzin i 36 minut (w tym 2 godziny - poza lądownikiem), po czym powrócili do modułu dowodzenia na orbicie i udali się w podróż powrotną na Ziemię.

24 lipca Apollo 11 wodował na Oceanie Spokojnym. Potem astronauci musieli przejść kwarantannę trwającą trzy tygodnie, na wypadek, gdyby zarazili się jakimiś bakteriami lub wirusami…

Najciekawsze, bo moc obliczeniową i inne parametry komputerów, których używano w misji Apollo 11, porównuje się czasem z dzisiejszymi możliwościami analogicznych urządzeń - podkreślając, że obecnie większość smartfonów ma moc obliczeniową znacząco przekraczającą możliwości komputerów ze statku Apollo 11

Istnieją teorie spiskowe ja to nazywam legendy miejskie twierdzące, że lądowania amerykańskich wypraw programu Apollo na Księżycu w latach 1969–1972 były mistyfikacją. Zwolennicy tego poglądu uważają, że amerykańscy astronauci nie wylądowali na Księżycu, a NASA sfałszowała zdjęcia, próbki skał księżycowych. W każdym kraju są świry.

 

Moje 3 grosze

 

W noc lądowania na Księżycu po prostu spałem snem sprawiedliwego. Sam moment lądowania obejrzałem sobie później, bo był pokazywany przez naszą TV i to wielokrotnie w różnych programach. Tym razem nasza TVP stanęła na wysokości zadania i rangi wydarzenia. W krajach socjalistycznych rzecz przedstawiono jako niezbyt ważną i eksponowano przede wszystkim osiągnięcia kosmonautyki ZSRR. To było oczywiste. Potem oczywiście pomniejszano rangę tego osiągnięcia i lansowano podbój przestrzeni kosmicznej przy użyciu automatów. Radzieckim sukcesem były wtedy miękkie lądowania aparatów z serii Łuna, jako pierwsza Łuna-9 lądowała 3.II.1966 roku na Oceanie Burz. Potem była Łuna-10 i inne. Odpowiedzią na program Apollo był radziecki program Łunochod, który zaczął się w 1969 roku od wystrzelenia księżycowego łazika Łunochod-201, który uległ katastrofie na kosmodromie Bajkonur. Dopiero łazik Łunochod-1 wylądował bez problemów w dniu 10.XI.1969 roku w okolicach Przylądka Heraklidesa na styku Morza Deszczów i Zatoki Tęczy. Jednakże mimo tych sukcesów, Rosjanie na Księżycu nie wylądowali zadowalając się długotrwałymi lotami orbitalnymi…  

piątek, 17 lutego 2017

Tajne projekty: Samolot à la latający talerz (2)




Model pojazdu zbudowany przez NASA Langley w 1961 roku dla proponowanego samolotu kosmicznego Programu Apollo

Ich projekty ucierpiałyby od mniejszego gorąca, niż stożek czy skrzydlaty soczewkowaty pojazd, i w konsekwencji, mogłyby mieć mniejszą osłonę termiczną. Taki pojazd miał wagę wynoszącą 5218 lb/2367 kg i średnicę 16 ft/4,88 m. Pojazd ten również spełniał wymóg zasięgu 1000 mi/1600 km. Z powodu swej średnicy statek kosmiczny musiał być umieszczony do góry nogami na szczycie rakiety nośnej, z modułem napędowym ponad nim i modułem załogowym pod jednostką napędową. Siedzenia dla załogi obracałyby się o 90° i miałyby pełne wyposażenie startowe i do lądowania, z dostępem poprzez luk na spodzie talerza. 

Kontrolne płaszczyzny aerodynamiczne byłyby składane i przylegałyby niemal płasko do pojazdu, rozkładałyby się w czasie lotu ślizgowego w ostatniej fazie lądowania. Niemniej jednak uważano tą konstrukcję za bardzo stabilną ze względu na pułap lotu trzymanie kursu, co powoduje bezpieczne podejście do lądowania i lądowanie. Rozpatrzono kilka opcji lądowania w tym konwencjonalne lądowanie na pasie i wodowanie na spadochronie. Ale inżynierowie z Convair wiedzieli od początku, że ten soczewkowaty kształt wymaga innego napędu i modułów misyjnych M-1 z podstawowej specyfikacji STG. Wprowadzenie ratowniczego systemu startowego stał się także poważnym wyzwaniem technicznym. Pod koniec marca 1961 roku zakończyli oni większość prac technicznych nad studium Programu Apollo i doradzili NASA podstawowy kształt soczewki stwarzał zbyt wiele problemów do procedowania przez Convair i doradzili agencji skoncentrowanie się nad rozwijaniem wersji podstawowej M-1

Inną faworyzowaną opcją pół-dyskoidalnego statku kosmicznego był projekt z prostą krawędzią spływu, który był intensywnie rozpracowywany przez General Electric i Bell Aerospace. Projekt ten miał współczynnik ciągu (L/D ratio) wynoszący 0,70 i będący w stanie uniknąć wielu problemów z nagrzewaniem i wagą związanych z oryginalnymi propozycjami z Langley. A zatem projekt statku  Apollo miał wagę brutto 6470 lb/2936 kg, długość 15 ft/4,57 m i szerokość 10’10”/3,29 m. Projekt ten zakładał lepszą ochronę termiczną i inne udogodnienia. 

Bell Aerospace były bardzo entuzjastyczne, co do tego projektu i zaproponowały wiele opcji lądowania. Te zaś zawierały wodowanie przy użyciu spadochronu i lądowanie na konwencjonalnym pasie przy użyciu płóz czy podwozia. Jednakże General Electric w porę dostrzegł, że będzie to napotykało takie problemy, jakie miał Bell Aerospace. Tak więc STG zdecydowała, że będzie dalej procedować z prostą kapsułą M-1, a NASA ewentualnie miała zlecić North American Aviation budowę modułu dowódczego dla Projektu Apollo.

Zdumiewające, bo bardzo podobny projekt kapsuły został wybrany dla CEV NASA czyli Załogowego Pojazdu Eksploracyjnego, który wymieni wahadłowce kosmiczne. Moduł ten będzie stanowił centralny komponent nowego systemu przelotów promowych do ISS, powrotu na Księżyc i być może podróży na Marsa albo w misji typu randez-vous z asteroidami. O wiele większy niż Apollo, 4-6 osobowy CEV został wybrany ze względu na bezpieczeństwo i niskie koszty. Z trzech oryginalnych planów statku kosmicznego z wczesnych lat 60., jedynie M2-F1 został aktualnie zbudowany i przetestowany. 

[A teraz najciekawsze.] NASA nie jest jedyną agencją interesującą się pracami badawczymi i, w pewnym czasie zanim amerykańska misja księżycowa została zaaprobowana przez administrację J. F. Kennedy’ego, zanim ruszyły początkowe prace Projektu Apollo, już ktoś zajmował się „czarnymi projektami”. To USAF pracowały nad swoim ultra-tajnym planem postawienia bazy na Księżycu od 1967 roku, i studia tego projekty nosiły kodowe oznaczenie SR-183, a potem SR-192, zatytułowane „Military Bombardment Retaliatory Capability From a Moon Base”, co można przetłumaczyć jako „Możliwości wojskowego odwetowego bombardowania z bazy księżycowej”. 

[NB, to właśnie m.in. o tym pisał swego czasu ppłk Philip J. Corso w swej książce „The Day After Roswell” (1997), którą swego czasu skrytykowałem na łamach kwartalnika „UFO” za przesadę i przerysowanie pewnych kwestii związanych z Wydarzeniem w Roswell – przyp. tłum.]  

Ten tytuł doskonale podsumowuje cały ten projekt! Cały ten projekt został nazwany Projekt Lunex (od Lunar Expedition Program) i gen. mjr J. R. Holzapple podjął wyzwanie zaplanowania go. (zob. il. )

 Kapsuła powrotna Apollo-8
 Współczesne rakiety nośne dla statków kosmicznych (NASA)
 Lądownik księżycowy USAF zaproponowany dla Projektu Lunex - rakieta nośna przymocowana do księżycowego lądownika (USAF)
 Wizja techniczna statku księżycowego USAF z Projektu Lunex zaprojektowanego do lądowania na Księżycu i powrotu na Ziemię. Ten projekt z wczesnych lat 60., był utajniony na kilka dziesięcioleci. (USAF)


CDN.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Czyżby jednak NASA nie łgała…?






Niedawno na Facebooku wywiązała się ciekawa dyskusja na temat spiskowej teorii głoszącej, że Amerykanie na Księżycu nie wylądowali, a cała wyprawa Apolla-11 została sfingowana w studiach Hollywoodu przez jednego ze znanych reżyserów. Przedstawiam mój głos w tej dyskusji, który rzuciłem na papier w 1998 roku, a który nigdy nie został opublikowany (ciekawe dlaczego?):


Łukomoria bolieje niet…
W. Wysocki

Łękomorze, Łękomorze… Ta wyśniona kraina, której już nie ma i więcej nie będzie, rosyjska kraina cudów. Przekładając to na polskie realia końca lat 90., i w ogóle fin-de-siecle’u XX wieku i drugiego tysiąclecia, to w naszym kraju znajdzie swe miejsce każda brednia, byle podana atrakcyjnie i w kolorowym papierku i brzmiąca dostatecznie wiarygodnie. Ostatnio rozpleniły się niektóre pisma, których redaktorzy zapragnęli dołożyć ludziom kolejną porcję sensacji – na siłę, na chama, byle się dobrze sprzedała!


W „Nieznanym Świecie” nr 7/1998, w artykule pt. „Największa brednia ostatniego stulecia” wykazałem, że podawane przez niektórych dziennikarzy i pisarzy wątpliwości, co do lądowania Amerykanów na Księżycu są bezzasadne i – co więcej – są one wyssane z palca. O ile jeszcze książka Vankina i Whalena jako-tako opisuje wydarzenia rzekomo mające miejsce w czasie lotu Apolla-11 stosując tryb przypuszczający, to już autor artykułu pt. „Fałszywe lądowanie na Księżycu”, zamieszczonego w „Faktor X” nr 2/1998 przedstawia „dowody” na to, że Amerykanie wcale nie wylądowali na Księżycu, i że cała sprawa została sfingowana od A do Zet. Dowodem na to mają być zdjęcia z tej wyprawy. Obawiam się jednak, że autor tego artykułu nie odrobił dobrze lekcji, co postaram się wykazać w poniższym artykule.


Dowodem na to, ze autor nie przygotował się jak należy do napisania swego tekstu jest już pierwsze zdanie. Brzmi ono dosłownie tak:
…w czerwcu 1969 r. … jedna piąta mieszkańców Ziemi z zapartym tchem patrzyła jak Neil Armstrong stawia pierwsze kroki po Księżycu – koniec cytatu.
W rzeczywistości wyprawa Apollo-11 miała miejsce w dniach 16-26 lipca 1969 roku. Błąd tłumacza? – wątpię.


Drugie zdanie i następna nieścisłość:
Apollo-13 wracał na Ziemię po nieudanym lądowaniu na Księżycu.
Nie było żadnego lądowania Apolla-13 na Księżycu – ani udanego, ani nieudanego. Po prostu Apollo-13 obleciał Księżyc dookoła i powrócił na Ziemię bez próby lądowania!


A teraz zdjęcie nr 1. Przedstawia ono Armstronga i Aldrina mocujących flagę na księżycowym gruncie. Autor ma pretensję o to, że jeden z astronautów rzuca zbyt długi cień i to przemawia – według niego i stronników Spiskowej Teorii Dziejów – za nieautentycznością zdjęcia. OK., a czy autor tego zastrzeżenia wziął pod uwagę jeden znaczący drobiazg, a mianowicie, że flaga USA też rzuca cień, który dodał się do cienia selenonauty. Co więcej – teren za Armstrongiem lekko podnosi się, więc siłą rzeczy jego cień musiał być nieco skrócony? 


Zdjęcie nr 2 przedstawia Aldrina i autor ma pretensję do tego, że widocznych jest zbyt wiele szczegółów jego skafandra, które powinny być niewidoczne, jako że inaczej rozprasza się światło w próżni a inaczej w atmosferze. Autor tego błyskotliwego jak galareta zarzutu nie wziął widać pod uwagę tego, że światło zostało odbite i rozproszone na księżycowym gruncie. To jest dokładnie tak samo, jak robi się zdjęcia przy użyciu gazety, kiedy model siedzi tyłem do źródła światła i dzięki trzymanej przezeń gazecie w ręku można zrobić zdjęcie jego twarzy – o czym autor jako zawodowy fotograf wiedzieć powinien!!!


Pozostałych zarzutów nie komentuję nawet, bo chociaż mam dużą dozę wyobraźni, to nijak nie mogę dwóch zakreślonych przezeń przedmiotów skojarzyć  z 12-metrową wieżą czy helikopterem, natomiast doskonale się to kojarzy z flagą USA widoczna w ostrym perspektywicznym skrócie i masztem nadawczym stacji centralnej zestawu aparatury pomiarowej ALSEP – jeszcze wtedy zwanej EASEP.


Jeżeli zaś idzie o ściemnienie powierzchni Księżyca za Aldrinem, to proszę nie zapominać o tym, że Apollo-11 wylądował tuż po wschodzie Słońca nad Mare Tranquilitatis, co było podyktowane troską o ich bezpieczeństwo. Wszak nie zapominajmy, że w pełnym słońcu księżycowego południa temperatura skał księżycowych wynosi od +100 do +110°C w punkcie przysłonecznym, a tego nie wytrzymałyby żadne systemy podtrzymywania życia astronautów.


Zdjęcie nr 3 ukazuje fragment Morza Spokoju  z widocznym na nim cieniem Apolla-11. Autor zarzuca NASA, że z wysokości 95 km nie można uzyskać takiego cienia pojazdu kosmicznego! Otóż można! – a pomaga przy tym właśnie brak powietrza! Niezbyt ostry kontur cienia Apolla-11 w tym przypadku dowodzi tego, że statek kosmiczny znajdował się na orbicie wokółksiężycowej, a to dlatego, że promienie słoneczne przelatując dystans 95 km zdążyły się nieco ugiąć na krawędziach Apolla-11, czego nie są w stanie zrobić na bliższe odległości, stąd ostre jak żyletka cienie gór widocznych na terminatorze. Zdjęcie wykonano teleobiektywem i dlatego cień statku kosmicznego jest tak duży. I to wszystko – zagadka wyjaśniona bez uciekania się do STD…


Zdjęcie nr 4 przedstawia LEM stojący na Księżycu i autor dopatruje się mistyfikacji w tym, że: nie ma krateru pod dyszą wylotową, widać odcisk w pyle protektora buta selenonauty i na ocienionej burcie lądownika widać napis UNITED STATES. To ostatnie zjawisko wyjaśnia istnienie światła odbitego i rozproszonego na księżycowej ziemi. Dysza hamująca LEM-a nie wydmuchała całego pyłu spod niego i powstały odciski butów selenonautów, zresztą pył księżycowy trafiony odrzutem silników rakietowych zawsze odchodził radialnie po stycznej od punktu uderzenia gazów wylotowych i z braku powietrza po prostu nie mógł unosić się kłębami wokół lądownika i spadał na grunt – stąd ślady butów. To jest właśnie kolejny dowód na prawdziwość tego zdjęcia!


Zdjęć nr 5 i 6 nie komentuję, bo zrobiłem to już w artykule pt. „Największa brednia ostatniego stulecia”, więc się nie będę powtarzał.


Zdjęcie nr 7 jest rzeczywiście zagadkowe, ale tylko na pierwszy rzut oka. Niestety – jest ono jak najbardziej autentyczne! Zdjęcie to wykonano niemal pod słońce, stąd widoczny blik na lewej-górnej części hełmu selenonauty, a także jaśniejszy pięciokąt w lewej-górnej części kadru. Trzymany przez astronautę przyrząd odbija słoneczne światło na skafander selenonauty! Jak widać ze zdjęcia, fotografujący stał w znacznej odległości (którą pogłębia jeszcze wypukła krzywizna szybki hełmu selenonauty) i na lekkim wzniesieniu. Dlatego też mógł on sfotografować górną część hełmu tego astronauty. Oczywiście rozkład świateł i cieni na zdjęciu jest najzupełniej prawidłowy.


Naprawdę zagadkowe zdjęcie jest fotka nr 8. Przyznaję, że jedynym naprawdę intrygującym elementem tego zdjęcia jest owa tajemnicza litera „C” na jednym z kamieni. Wyjaśnienie, które podaje autor jest jednak infantylne. Trudno przypuścić, by reżyser tego spektaklu był aż tak drobiazgowym i oznaczał literami poszczególne kamienie…! Nie mówiąc już o tym, że ustawił go dokładnie tak. By owo nieszczęsne „C” rzucało się ludziom w oczy… - nie, takich cudów nie było i nie ma.


Pozostałe zastrzeżenia są łatwe do obalenia – być może cieniutka kreseczka została na zdjęciu zaświetlona, podobnie jak prawe ramię krzyżyka stykające się z jasnym elementem pojemnika na plecach selenonauty, przy jego biodrze. Oba te elementy są bardzo jasne i mogło być tak, jak twierdzi autor, choć przyznaję – nie jestem przekonany do końca słuszności jego wywodu. Przyglądając się zdjęciom nr 4, 5 i 6 dochodzi się do wniosku, że owe krzyżyki są słabo widoczne na szczególnie jasnym tle (grunt czy fragmenty konstrukcji lądownika), więc w tym przypadku bardzo jasne, a właściwie najjaśniejsze, fragmenty obiektów fotografowanych przez selenonautów mogły zaświetlić cienkie jak włos linie krzyżykowych markerów.


Ślady opon. Nie wydaje się, by ktoś poza selenonautami manewrował tym pojazdem, a to dlatego, że nie ma żadnych śladów na podłożu, poza odciskami podeszew butów selenonautów, no chyba że ekipa skręcała łazikiem przy pomocy jakiegoś dźwigu, ale wtedy nie mogłyby powstać ślady kół na podłożu księżycowym. Co do jakości i ostrości śladów, to wszyscy selenonauci relacjonowali, że pył księżycowy jest bardzo drobny i przypomina drobno sproszkowany cement. Zasadą jest, że im drobniejsze ziarna pyłu, tym wyraźniejszy odbija się w nim ślad – o czym wie każdy policjant czy tropiciel śladów i aż dziwne, że autor nie zapytał o to jakiegokolwiek traseologa o opinię przed napisaniem swego wypracowania.


I cóż nam pozostaje? Jeżeli podane przez autora „fakty” i „dowody” są takiej lichej próby, to jego wiarygodność wynosi równe i okrągłe zero. Obawiam się, że redaktorzy „Faktora X” padli ofiarami mistyfikacji rodem z „Archiwum X” Nuttera i spółki. Oczywiście wszystkie tego rodzaju pseudo-zagadki rajcują zwolenników STD i im podobnych bredni, które prowadzą niezorientowanego Czytelnika na manowce.


A jednak ten element z literą „C” ze zdjęcia nr 8 bardzo mnie ucieszył – a to dlatego, że przecież coś podobnego – regularny układ kamieni na zdjęciach powierzchni Księżyca (które wprawdzie nie były oznakowane literami, cyframi czy innymi znakami) zaobserwowano z pokładu bezzałogowej sondy księżycowej Łuna-9, która miękko wylądowała na Srebrnym Globie i przekazała z niego telewizyjne obrazy. Inkryminowane kamienie były spolerowane od góry i co ciekawe – owe powierzchnie skierowane były ku Słońcu! Oto zagadka z długiego łańcucha zagadek księżycowych… Tak więc najbardziej zagadkowym jest zdjęcie nr 8 z tego numeru „Faktora X”.


Jest jeszcze jeden kontrargument, który kompletnie rozwala brednie autorów i zwolenników STD piszących na temat misji Apollo-11. Otóż wszyscy „zapomnieli” albo nie chcieli pamiętać o tym, że cały ten słynny lot – od startu na Cap Canaveral do wodowania na Pacyfiku – był obserwowany przez służby kosmiczne i wywiadowcze ZSRR. Co więcej – potwierdziły one, że ten lot się odbył i przebiegł tak, jak podali to Amerykanie, co zresztą podały nasze czasopisma specjalistyczne. Gdyby to była ściema, jak sugerują to zwolennicy STD, to fakt ten zostałby szybko i bezlitośnie wykorzystany przez propagandę Związku Radzieckiego. To pewnik, bo nie zapominajmy o tym, że trwała Zimna Wojna i każdy punkt przewagi był wykorzystywany bez pardonu! I nie wierzę w to, że Breżniew, Kosygin, Andropow i Greczko przegapili taką gratkę, by dokopać Amerykanom. Takich cudów nie było i nie ma. Trwała zaciekła rywalizacja w Kosmosie i lot na Księżyc był jednym z powodów, że w latach 70. doszło pomiędzy dwoma supermocarstwami do tzw. détente – odprężenia, które skończyło się w 1980 po wyborze na prezydenta USA Ronalda Reagana i jego obłędnych planów Gwiezdnych Wojen.


Tak więc nie wierzę w „księżycowy spisek”, bo zbyt wiele faktów przemawia za tym, że owej nocy 20.VII.1969 roku, o godzinie 21:17 GMT, lądownik LEM Eagle rzeczywiście wylądował na powierzchni księżycowego Mare Tranquilitatis, a jego załoga widziała coś, czego nie miało tam być. Ale to już osobna historia…      

wtorek, 13 września 2011

Dlaczego nasz „łunnik” pozostał na Ziemi?









Wasilij Micurow

Wśród wielu zadań, które stawiają przed sobą uczeni i inżynierowie, pracujący w zakresie kosmonautyki, najbardziej pierwszorzędną i prestiżową była kwestia wysłania człowieka na naturalnego satelitę naszej planety, na Księżyc. W końcu lat 50. i na początku lat 60. rozpracowaniem tego problemu zajęli się uczeni w USA i u nas – wtedy jeszcze w ZSRR.

Bez naszej NASA

Na Księżyc – według poglądów naszych konstruktorów – należało wysłać co najmniej dwóch kosmonautów, wysłanników Ziemi. Powinni oni wyjść na powierzchnię Księżyca, przeprowadzić niezbędne badania i powrócić do domu tą samą rakietą, którą przylecieli. Dlatego też statek kosmiczny musiałby mieć payload wynoszący co najmniej 100 ton, zaś masa startowa tego statku kosmicznego musiałaby wynosić co najmniej 3.000 ton. A zatem należało zastosować silniki o ogromnej mocy.

W roku 1960, rząd Związku Radzieckiego przyjęło uchwałę o budowie rakiety nośnej obliczonej na payload 40-50 ton. Poza tym uchwalono także termin jej skonstruowania – trzy lata. Do prac nad nią zaangażowano dziesiątki przedsiębiorstw, instytutów i ośrodków badawczo-rozwojowych, biur konstrukcyjnych, itp. Jednego centrum koordynacyjnego, które byłoby w stanie ogarnąć to wszystko, u nas nie było. Wszystkim zajmowała się „wierchuszka”, która przekazywała polecenia na dół i rozliczała z wykonawstwa zadań.

Korolow w kierownictwie programu księżycowego

Szefem programu księżycowego był Generalny Konstruktor Techniki Kosmicznej Siergiej Pawłowicz Korolow. Marzenia o rakiecie, która byłaby w stanie lecieć nie tylko na Księżyc, ale także na Marsa zajmowały jego myśli przez długi czas.

Na początku lat 60. Korolow opracował scenariusz pilotowanego lotu na Księżyc i przekazał go rządowi. Scenariusz ten okazał się być najbardziej racjonalnym.

Na poziomie oficjalnym, zadanie wylądowania człowieka na Księżycu zostało postawione w 1964 roku. Jednakże nie udało się zbudować silnika, który byłby w stanie wynieść na orbitę 100 ton, więc zdecydowano się na wysłanie na powierzchnię Księżyca tylko jednego kosmonauty. Drugi zaś miał czekać na niego na wokółksiężycowej orbicie.

W Bajkonurze postanowiono wybudować nowy kompleks startowy. Rakieta N-1 (Н-1) wyszła ze stadium planów, a stała się realną rzeczywistością. Zaczął się trening kosmonautów. Specjalna grupa lotników-kosmonautów „Łuna” składała się z trzech załóg. Do pierwszej – głównej – weszli: Aleksiej Leonow i Oleg Makarow. Do grupy dublerskiej weszli: Walery Bykowskij i Nikołaj Rukawisznikow, a do trzeciej – rezerwowej: Paweł Popowicz i Witalij Sewastianow. Program treningu był obszerny. Kandydaci uczyli się gwiezdnego nieba i szczegółów reliefu powierzchni Księżyca. Uczyli się pilotowania członem powrotnym i lądownikiem księżycowym, którym mieli się poruszać po powierzchni Księżyca.

Główny problem – silniki

Niestety – prace nad skonstruowaniem silnika o ogromnej mocy nie przynosiły żadnych rezultatów. Wprawdzie Korolow wypuścił już serię rakiet, ale w tym przypadku ich moc należało zwiększyć 15 razy.

Paliwem do tych rakiet była zazwyczaj nafta z skroplonym tlenem, ale możliwości tego czynnika roboczego szybko się wyczerpały. Korolow zatem zabrał się za drugi rodzaj paliwa, który dałby jeszcze większą moc – ciekły wodór i ciekły tlen. Takie właśnie paliwo – według Siergieja Pawłowicza – należało zastosować w II i III stopniu rakiety, które miały się poruszać w bezpowietrznej przestrzeni. Zaprojektować i skonstruować taki silnik byłoby w stanie Biuro Konstrukcyjne na czele którego stał W.  P. Głuszko. Aliści ten ostatni sądził, że ciekły wodór jako paliwo rakietowe jest bez perspektyw. Ze swej strony preferował on fluor, kwas azotowy i heptyl (C8H18) – środki chemiczne skrajnie toksyczne. Można je było stosować w technice wojskowej, a nie w rakiecie pilotowanej przez ludzi. Oto właśnie dlaczego Korolow odrzucił propozycje Głuszkowa i zaczął szukać innych współpracowników.

Zwrócił się on tedy do Biura Konstrukcyjnego pod kierownictwem N. D. Kuzniecowa, gdzie opracowywano silniki dla lotnictwa. Niestety, ograniczony czas i możliwości tego BK nie były w stanie zbudować takiego silnika rakietowego. Tak zatem postanowiono skonstruować booster dla N-1 w postaci całej wiązki silników rakietowych średniej mocy, i tak I stopień miał 30 silników rakietowych, II stopień – 8, a III stopień – 4. Tak więc taka rakieta nośna była w stanie wynieść na orbitę wokółziemską ładunek o masie 95 ton. Cała trudność polegała na tym, by zsynchronizować pracę wszystkich silników. Do tego celu skonstruowano specjalny system Kord, który okazał się być bardzo kapryśnym i nieprzewidywalnym.

Bez Korolowa

W styczniu 1966 roku, w czasie rozruchu robót nad projektem skończyło się kierownictwo S. P. Korolowa, który zmarł. Na czele jego BK stanął jego zastępca akademik W. P. Miszin, który kontynuował prace nad rakietą N-1. Wreszcie w dniu 21 lutego 1969 roku rozpoczęły się próby. W 70. sekundzie po starcie, w rufowym odcinku I stopnia zaczął się pożar i lot trzeba było zakończyć.

3 lipca 1970 roku, w czasie próbnego startu odmówiła posłuszeństwa pompa tłocząca ciekły tlen. Nastąpiła potężna eksplozja, która zniszczyła cały kompleks startowy. Jego odbudowa i budowa nowej rakiety kosztowała niemało czasu.

27 lipca 1971 roku przystąpiono do trzeciego startu. Rakieta nieco uniosła się nad ziemię, ale wskutek utraty równowagi i ta próba się nie powiodła…

23 listopada 1972 roku po raz czwarty odpalono N-1. wszystkie silniki I stopnia rakiety nośnej pracowały normalnie, lot trwał 112 sekund. Niestety, w ogonowej części rakiety znów wynikła niesprawność i normalny lot się skończył. Tym niemniej jednak ten start i lot był niewątpliwym sukcesem. Teraz było już oczywistym, ze do zwycięstwa pozostało niewiele!

Tymczasem w montażowni kompleksu kosmicznego w Bajkonurze przygotowywano do startu jeszcze dwie rakiety. W sierpniu 1974 roku powinien odbyć się piąty test, a przy końcu roku – szósty. No a potem trzeba by było oddać rakietę N-1 w normalną eksploatację. Niestety, plany te nie zostały zrealizowane. Najpierw zamrożono prace przy „łunniku” (lądowniku księżycowym). A w maju 1974 roku na miejsce akademika Miszina głównym konstruktorem został W. P. Głuszko!

Już w pierwszy dzień oznajmił on, że projekt N-1 był błędem i że przyszedł on do BK Korolowa „nie z pustym portfelem”. Przedstawił on propozycje konstrukcji rosyjskiego promu kosmicznego – shuttle’a, który w ciągu 10 lat zmaterializował się w postaci Burania i rakiety nośnej Energia. I niestety, ten całkiem udany projekt nie był kontynuowany. Potem już nie tylko rozlatywały się statki kosmiczne, ale w powietrze wyleciało całe państwo ZSRR.

Amerykanie na Księżycu

Na początku lat 60. zostaliśmy wciągnięci w kosmiczny wyścig ze Stanami Zjednoczonymi. Wiele naukowych i inżynierskich problemów rozwiązywało się u nas z pozycji wąsko pojętego „priorytetu”. Jednak nastąpił dzień 16 lipca 1969 roku, kiedy amerykański kompleks Saturn-5/Apollo-11 wystartował z Ziemi i po pięciu dniach jego dowódca N. Armstrong a potem E. Aldrin stanęli na Księżycu. Ten historyczny moment pokazywano w TV na całym świecie. Nie pokazano go tylko w ZSRR i Chinach.

W ciągu czterech lat NASA przeprowadziła po locie Apollo-11 jeszcze kilka lotów załogowych. W sumie sześciokrotnie amerykańscy astronauci przebywali na Srebrnym Globie. Z punktu widzenia „priorytetów” wszystko stało się absolutnie jasnym i w naszej prasie ukazały się artykuły o tym, że wysyłanie ludzi na Księżyc z punktu widzenia nauki jest bez sensu. A pełna dramatyzmu historia projektu N-1 była znana niewielu ludziom. (NB, których obowiązywało Prawo Burdego: „kto wie – milczy, kto mówi – nie wie nic”) I wieloletniej pracy tysięcy radzieckich naukowców, inżynierów i robotników jakby w ogóle nie było…

„Łunniki” już niepotrzebne

Jednakże na początku lat 70. znaleźli się specjaliści, którzy rozumieli, że zamknięcie tematu N-1 odbije się negatywnie na całej naszej kosmonautyce. Akademik W. P. Miszin chodził po gabinetach różnych ważnych osobistości, pisał listy do XXV Zjazdu KPZR kierownik programu rakietowego B. A. Dorofiejew. Uczeni prosili o tak niewiele – zezwolenie na start pozostałych dwóch rakiet, które gotowe do lotu stały na równiku Wszechoceanu.[1] Jednakże klamka zapadła i los N-1 był przesądzony, bowiem programami naukowymi rządzili nie naukowcy ale polityczne kierownictwo.

W historii nieudanego programu księżycowego radzieckiej kosmonautyki ukazane zostały jasno bolesne problemy ówczesnego radzieckiego społeczeństwa. I dlatego właśnie ów program nie mógł być zrealizowany, bowiem bez reszty podporządkowano go polityce i wyścigowi pomiędzy mocarstwami.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 24/2011 ss. 6-7

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz © 



[1] Na platformie startowej na Oceanie Indyjskim.