Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spiskowa Teoria Dziejów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spiskowa Teoria Dziejów. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 lutego 2020

Zaginiony samolot malezyjski (32)





Czip Rotschilda i zeznanie kapitana X

Z postępem czasu, coraz więcej autorów rozwija konspiracyjną teorię o wymuszonym lądowaniu  samolotu z lotu MH-370 gdzieś na Oceanie Indyjskim, np. na wyspie Diego Garcia, gdzie się znajduje amerykańska baza wojskowa USAF, US Navy i amerykańskich Sił Kosmicznych. Pojawiły się niepotwierdzone informacje, że na pokładzie zaginionego Boeinga-777 znajdowała się grupa utalentowanych specjalistów od software’u z Chin, pracujących dla prywatnej firmy Freescale Semiconductor Ltd. w Teksasie. Ci zaś mieli opracować rewolucyjny mikroczip Kinesis KL-03 o wielkości 2 mm umożliwiający futurystyczne operacje wojskowe i szpiegowskie. Czip ten pozwoli konstruować drony wielkości muchy, rozsiewać chemiczne i biologiczne toksyczne czynniki, infiltrować elektronikę w rozmaitych przyrządach, także w pojazdach cywilnych i wojskowych. A co jest najważniejsze: można je implantować w ciało człowieka.

Twórcy tego czipu: Wang Peidong, Chen Zhijun, Cheng Zhihong i Jing Li, którzy byli właścicielami patentu, i który każdy z nich jest 20% udziałowcem, mieli podróżować z Kuala Lumpur do Pekinu, lotem MH-370. Po uznaniu ich za zmarłych, stuprocentowym udziałowcem stała się firma Freescale, kontrolowana przez grupę inwestycyjną Blackstone Group Ltd. Partnership z kapitałem 200 mld USD. Jej największym akcjonariuszem jest amerykański magnat finansowy Nathaniel Rothschild.[1]

Prawa do udziału zostały przeprowadzone już w trzy dni po zniknięciu malajskiego samolotu. To otwiera drogę do teorii spiskowej: Czy specjaliści komputerowi zmierzali do komunistycznych Chin po to, by przekazać im tą kluczową technologię? Redaktor naczelny czasopisma „Veterans Today” Gordon Duff opublikował informacje wspierające jego twierdzenie o tym, że nie jest możliwe, że światowe mocarstwa nie wiedziały o tym, jakie były dalsze losy zaginionego samolotu:
Wiemy o tym, że Boeing 777-200 jest samolotem z systemem fly-by-wire z kontrolnymi mechanizmami, które umożliwiają CIA „w przypadku nagłej potrzeby” na zdalne sterowanie taką maszyną. Potwierdziła to, że istnieje już taki design i implementacja firma Boeing Co., Raytheon Co. i kilku komercyjnych pilotów. Opisy wydarzeń w czasie lotu MH-370 zamieszczone przez „New York Times” i innych mediach głównego nurtu mediach były nieprecyzyjne i mylące. Kiedy tylko ogłoszono zaginięcie lotu MH-370 malezyjskich linii lotniczych, to zaczęła się masywna tajna akcja poszukiwawcza. Nikt nic o niej nie mówi, nic nie ma o niej napisane, a jej skali do dziś dnia nikt nie zna.[2] 

Poza tym Duff dalej twierdzi, że to co podawała światowa prasa o zaginięciu i katastrofie MH-370 to bzdury, w rzeczywistości lot był cały czas monitorowany przez satelitarny system i współpracujące ze sobą stanowiska NORAD-u przy pomocy tajnego urządzenia zainstalowanego na pokładzie Boeinga. I to nie jest żadna fantazja – już w grudniu 2006 napisał o tym naukowy publicysta John Croft na stronach czasopisma „Flight Global”:
Firma Boeing uzyskała amerykański patent na system, który po aktywacji odbiera pilotom wszelkie możliwości sterowania samolotem i skieruje go na inne miejsce przeznaczenia. Tego „odpornego” autopilota mogą aktywować także sami piloci, kiedy padną pokładowe czujniki, albo mogą przejąć sterowanie samolotem agentury CIA (lub inne) jeżeli kontrolę w kokpicie przejmą np. terroryści. Boeing twierdzi, że cały czas poszukuje i testuje sposoby, którymi można zwiększyć bezpieczeństwo i efektywność światowej floty powietrznej.[3] 

Przypomnijmy, że w tym samym czasie, już w 2006 r., Raytheon Corporation otrzymała również kontrakt na wdrożenie „Advanced Route Assessment System” (ARES) we współpracy z już istniejącym systemem pod nadzorem CIA.

Było też zeznanie jednego pilota, nazwijmy go Kapitanem X, który lata samolotem Boeing-777, i skomentował to dla „New Eastern Outlook”:
To wspaniały, bezpieczny samolot. Większość systemów ma potrójną redundancję, więc jeśli jeden kompletny obwód się zepsuje (a nie mam na myśli tylko jego części), zwykle na pokładzie są dwa kolejne, które przejmą jego rolę. Został zaprojektowany z myślą o łatwości użytkowania, aby piloci z krajów trzecich mogli z nim latać. Funkcje bezpieczeństwa i zwolnienia zostały również wbudowane w malezyjskie samoloty. Jest w nim wiele systemów komunikacyjnych: trzy radia VHF, dwa systemy SatCom, dwa systemy radiowe HF, plus transpondery, monitorowanie w czasie rzeczywistym CPLDC i ADS B za pośrednictwem SatCom i ACARS przez VHF, HF i SatCom. Dyspozytorzy zawsze wiedzą, gdzie jesteśmy - znają naszą pozycję, wysokość, prędkość i tak dalej. Wiedzą także, jakie komputery i system nawigacji pokazują nam na desce rozdzielczej. Wielki Brat widzi wszystko! Nie można wyłączyć tylko kilku urządzeń sterujących, a jednym z nich jest układ monitorowania silnika. Malezyjski samolot, podobnie jak nasz 777, miał silniki Rolls Royce Trent. Rolls Royce wynajmuje nam nasze silniki i zdalnie monitoruje ich aktywność, dopóki silniki działają. Kilka lat temu jeden z naszych Boeingów-777 wykazywał stopniowy wyciek oleju. Ta awaria nie była tak poważna, że ​​wywołała ostrzeżenie w samolocie, ale mieli problem z Rolls Royce'em. Mają siedzibę w Anglii, więc skontaktowali się z naszą agencją, która wysłała wiadomość do załogi za pośrednictwem SatCom i powiadomiła ich o prośbie Rolls Royce'a o dokładne monitorowanie ciśnienia oleju i temperatury silnika w lewym silniku. Załoga odpowiednio się założyła. Samolot wylądował bez żadnych problemów, ale po upuszczeniu na ziemię lewy silnik wyłączył się, co zapewnił zamienny system operacyjny, który nie pozwala na wyłączenie silnika, gdy maszyna jest w powietrzu, tylko na ziemi. Przyzwoita technika. Najważniejsze jest to, że Rolls Royce monitoruje te silniki w 100% podczas pracy.[4]

 Zwolennicy spisku MH-370 wierzą zatem, że samolot był stale monitorowany nawet po tym, jak „oficjalnie” zniknął z cywilnych ekranów radaru. Twierdzą, że na pokładzie były ukryte systemy, które mogłyby przejąć kontrolę nad samolotem i skierować go na lądowanie. Ten pogląd jest nie tylko domeną autorów przesuwających cienką linię między faktami a fikcją. Sir Tim Clark, dyrektor generalny Emirates Airline, obsługujący 127 samolotów Boeing-777, powiedział, że jest bardzo niezadowolony z dochodzenia w sprawie tego zdarzenia i powiedział: Uważam, że sterowanie samolotem zostało przejęte z zewnątrz i był on pod kontrolą do samego końca[5].[6]  



Dr Miloš Jesenský 





[1] Co do MH-370, to przypominamy, że podobna sytuacja miała miejsce w przypadku naszego lotu do Smoleńska, gdzie na pokładzie jednego samolotu znalazły się główne osoby w państwie: prezydent, marszałkowie, dowódcy rodzajów wojsk i parlamentarzyści... Był to dokładnie taki sam błąd, który potem powielili szefowie Freescale.
[2] DUFF, Gordon: „Flight 370: The CIA Hoax.” Dostupné na https://www.veteranstodayarchives.com/2014/03/27/flight-370-the-cia-hoax-gordon-duff/
[3] CROFT, John: „Boeing autopilot would seize back control from hijackers”. Dostępne na https://www.flightglobal.com/boeing-autopilot-would-seize-back-control-from-hijackers/70937.article
[4] „About the Malaysian airlines Boeing 777 that disappeared”. Dostępne na http://lorenzo-thinkingoutaloud.blogspot.com/2014/03/about-malaysian-airlines-boeing-777.html
[5] SPAETH, Andreas:  „Emirates Head Critical of MH370 Investigation.” Dostępne na https://www.spiegel.de/international/business/mh370-emirates-head-has-doubts-about-investigation-a-996212.html
[6] Przekład z j. słowackiego – R.K.F. Leśniakiewicz.

czwartek, 26 września 2013

Jeszcze o chemtrails


Tajemnicze chemtrails tworzą na niebie siatki rozwiewające się w Cirrusy (Thinkstock)

W ostatnim (10/2013) numerze „Nieznanego Świata” ukazał się list jednego z Czytelników, Pana Leszka Korolkiewicza z Warszawy, którzy nie zgadza się ze mną, co do mojego zdania na temat istnienia chemtrails. Otóż twierdzi on, że chemtrails istnieją i z całą pewnością są dziełem jakiejś grupy trzymającej władzę – jak nazwę ją umownie – która przy pomocy samolotów rozsiewa w atmosferze jakieś chemiczne środki, które mają mieć wpływ na całą ekosferę planety.

Zacznę od tajemnicy. Zwolennicy Spiskowej Teorii Dziejów a priori zakładają, że na porządek rzeczy realny – czyli całość stosunków panujących na naszym świecie – jest odpowiedzialna cała seria spisków, machinacji i innych niejawnych działań, które zmierzają do wygubienia Ludzkości jako takiej, albo całkowitego podporządkowania jej sobie przez garstkę jakichś bliżej nieokreślonych ludzi (przypominają się Nieznani Ojcowie z kapitalnej powieści Arkadego i Borysa Strugackich pt. „Przenicowany świat”, którą polecam Czytelnikom jako pasjonujące studium political-fiction), którzy są Masonami, Różokrzyżowcami, Żydami, komuchami, plutokratami, itd. itp. – co stanowi właśnie o nośności tej legendy miejskiej, czy w ogóle Legendy. Jak zwał tak zwał, nieważne – tak czy owak jest to tylko Legenda. Może głównie dlatego, że w historii było wielu takich, którym marzyło się jawne czy niejawne podbicie świata i zniewolenie Ludzkości, co nigdy się im nie udawało, ale zawsze cierpieli przez to niewinni ludzie. Oczywiście nowoczesna technika daje pewne możliwości modyfikacji planów takiego podboju, ale znów – ci „ktosie” musieliby dysponować ogromnymi środkami finansowymi i rozległym aparatem agenturalnym wzorowanym na służbach specjalnych, by przekupywać i/albo trzymać „za mordę” polityków oraz zneutralizować pracowników specsłużb we wszystkich krajach świata. To raz.

Po drugie – czy wszystkie rządy wszystkich krajów bez względu na ustrój polityczny, religię, przynależność etniczną, itd. przyłączyłyby się – i to dobrowolnie – do wszechświatowego spisku mającego na celu zniewolenie czy likwidację nadmiaru populacji Ziemian? Raczej chyba nie, bo przede wszystkim coś takiego uderzyłoby w rządzący establishment. I prędzej czy później ktoś by „pękł” i tajemnica przestałaby być tajemnicą. Nie kupuję tego. Przy takich podziałach i przeciwstawnych interesach jest to po prostu NIEMOŻLIWE.

Po trzecie wreszcie – jaki jest cel tego przedsięwzięcia? Na to nie ma jasnej odpowiedzi. Jedni widzą w tym wojnę meteorologiczną. Inni – wprowadzanie globalnej polityki depopulacyjnej - chodzi tu o zmniejszenie populacji ludzkiej do 1,5 mld osobników. Prawdę powiedziawszy, to w Polsce mamy ją od 1989 roku, kiedy to dzięki rządom różnych cymbałów-liberałów i patriotów-idiotów Polacy zaczęli masowo opuszczać Polskę nie mając dla siebie jakichkolwiek perspektyw na przyszłość w kraju ojczystym, a dzietność spadła poniżej granicy alarmowej i narodowi grozi zapaść demograficzna – i nie trzeba niczego rozsiewać nad naszym krajem... Chyba, że nasze rządy-nierządy rozsiewają nad nami psychotropy, dzięki którym ludzie nie wychodzą na ulicę, a w każdych wyborach głosują na tych samych skompromitowanych polityków, na których później psioczą i… - znów wybierają ich przy następnej okazji. Tu się zgodzę – ten fenomen jest czymś chorym i nienormalnym.

Ciekawą hipotezę postawiła lub cytowała w kontekście celu tworzenia chemtrails w swych materiałach Pani Zofia „Eleonora” Piepiórka, która stwierdziła, że rządy wszystkich krajów Ziemi prowadzą niejawne prace nad likwidacją efektu globalnego ocieplenia i dziur ozonowych poprzez wprowadzanie w górny warstwy atmosfery odpowiednich związków chemicznych, które mają za zadanie powstrzymanie szkodliwego promieniowania UV, albo pochłaniają dwutlenek węgla, metan i inne gazy odpowiedzialne za EGO z atmosfery. Myśl ciekawa, ale… - dlaczego prowadzone jest to niejawnie? Jak znam życie, to ci, którzy by to robili, od razu rozpoczęliby kampanię reklamową: „Patrzcie! Oto my (Amerykanie, Rosjanie, Unia Europejska, …) ratujemy świat przed przegrzaniem/promieniowaniem UV/czymś tam jeszcze przy pomocy naszej, niepowtarzalnej, ekologicznej, wspaniałej, przyszłościowej, mądrościowej, …, techniki!!!” A tu nic… Nikt się do tego nie przyznaje… Dziwne to – nieprawdaż? W tym skomercjalizowanym do granic absurdu świecie NIKT nie chce zareklamować TAKIEGO ważnego przedsięwzięcia??? Takich cudów nie było, nie ma i nie będzie, jak długo sukces będzie miarą wszystkiego. Tego też nie kupuję.

Poranne contrails na niebie (Maria J. Krzymińska)

Pan Korolkiewicz obserwuje przelatujące samoloty i zostawiane przez nie contrails. Ja też.  Widzi on różnice, które – jego zdaniem – wskazują na to, że ma do czynienia nie z contrails a z chemtrails i je wypunktowuje. Otóż wedle niego smugi:
1.      Nie zanikają po paru-parunastu minutach, (inaczej jak smugi kondensacyjne).
2.     Są od początku dość szerokie (w przeciwieństwie do smug kondensacyjnych.
3.     Rozpraszają się powoli (do kilku godzin), tworząc szerokie pasma chmur.
4.     Na ogół nie powstają na niższym pułapie (to już moje wrażenie).
5.     Tworzone są (także) w tych miejscach, gdzie nie ma regularnych przelotów.
6.    W zbliżonym czasie pokrywają sporą połać nieba liniami równoległymi i krzyżującymi się wzajemnie (jakby chodziło o pokrycie smugami danego obszaru).
7.     Są okresy, gdy zjawisko to nie jest widoczne oraz w dni wielkiego natężenia (a przecież zwykły ruch lotniczy odbywa się dość regularnie).
8.     Samoloty odrzutowe latają od bardzo wielu lat, ale zjawisko chemtrails obserwuje się dopiero od bodajże 2004 roku).


Pozwolę sobie ustosunkować się do powyższego. A zatem:

Ad. 1 -  Znikanie contrails zależy od trzech czynników: wilgotności powietrza, temperatury powietrza i jego ruchu na danej wysokości. Im większa wilgotność powietrza, tym dłużej para wodna rozprasza się w atmosferze. Proszę nie zapominać, że atmosfera składa się z wielu warstw, które różnią się od siebie temperaturą i wilgotnością. Warstwy te są ograniczone w poziomie ale także w pionie, dzięki czemu contrails są albo bardziej, albo mniej widoczne na niebie. Widoczność contrails to po prostu kwestia fizyki atmosfery, a nie sypania czegoś przez samoloty.
Ad. 2 – szerokość smug zależy przede wszystkim od ilości i rozmieszczenia silników samolotów. Samoloty w rodzaju Tu-154M, Boeing 727, IŁ-62 mają silniki umieszczone w tyle kadłuba i smugi kondensacyjne są wąskie. Samoloty mające silniki umieszczone pod skrzydłami, jak np. Boeing 737, Boeing 747 Jumbo Jet, Dreamliner czy Airbusy  produkują szerokie smugi kondensacyjne, co jest uwarunkowane konstrukcyjnie i nie ma w tym żadnej tajemnicy. No chyba, że ktoś bardzo tego chce…
Ad. 3 – słuszne spostrzeżenie. Contrails rozpraszają się powoli, kiedy na danej wysokości nie ma żadnego wiatru.  Jak już pisałem, atmosfera dzieli się na wiele warstw, które są ruchome i nieruchome względem siebie. Samolot przelatując przez nie pozostawia contrails, które rozwiewają się szybko, gdy samolot znajduje się w warstwie ruchomej atmosfery (np. w strefie turbulencji) i pozostają długo kiedy samolot przeleciał w strefie względnego spokoju. Takie zjawiska często obserwuje się latem i zimą, kiedy nad kontynentem wiszą nieruchawe gorące wyże azorskie lub zimne wyże rosyjskie. I faktycznie – rozpraszają się powoli tworząc warstwy chmur z rodzaju Cirrus.
Ad. 4 – nie, powstają na właściwie na każdej wysokości powyżej 2-3 tys. metrów, w warstwach chłodniejszego i zimnego powietrza, co sprzyja kondensacji pary wodnej i jej przekształcenie w kryształki lodu.
Ad. 5 – korytarze powietrzne, to drogi lotnicze, których szerokość w ruchu krajowym wynosi 10 mn/18,5 km, zaś międzynarodowym 20 mn/37 km, a zatem samoloty mogą – ale nie muszą niewolniczo trzymać się ściśle określonych i wytyczonych linii wiodących z jednego lotniska na drugie po ortodromie.

Mapa korytarzy powietrznych nad Polską (SkycraperCity)

Ad. 6 – proszę sobie obejrzeć mapy ruchu lotniczego dostępne chociażby w Internecie – np. WWW.flightradar24.com i zobaczyć, ile samolotów i jakich linii lotniczych przelatuje nad obszarem Polski, z jakich i w jakich kierunkach. Jeżeli jest tak, jak postuluje Pan Korolkiewicz i inni stronnicy STD, to w takim razie w spisku muszą uczestniczyć te właśnie linie lotnicze, jakie uczestniczą w ruchu nad Polską, i ich samoloty. Jeżeli te wszystkie samoloty przelatują przez taki nieruchomy, wyżowy, masyw powietrza, to siłą rzeczy powstanie siatka linii równoległych czy przecinających się. Takie widowiska są szczególnie piękne w czasie wschodu i zachodu słońca, bowiem w warunkach atmosferycznego wyżu powietrze na terminatorze jest spokojne, bowiem jeszcze nie działa lub już nie działa maszyna dostarczająca energię atmosferze – słońce. I to wszystko. Nie ma w tym żadnej tajemnicy.
Ad. 7 – tak jest. Szczególnie, kiedy atmosfera jest w ruchu, a dzieje się to w czasie, kiedy nad pewnym obszarem znajdują się aktywne niże poruszające całe masy powietrza, co objawia się jako wiatr. Też zjawisko całkowicie wyjaśniane na zasadach fizyki atmosfery.
Ad. 8 – nieprawda. Zjawiska takie, jak opisał Pan Korolkiewicz były obserwowane od zawsze, tzn. od czasu, kiedy samoloty zaczęły latać na dużych wysokościach i to nie tylko odrzutowe, ale także tłokowe. O samym zjawisku chemtrails mówi się od końca lat 90.,kiedy zaczęło się mówić także o HAARP. Legenda łączy ze sobą te dwie sprawy.


Co do związków chemtrails z takimi tematami, jak UFO, GMO czy HAARP to istnieje związek – według niektórych znawców tego zagadnieniami Legendy – który sprowadza się znowu do Teorii Wielkiego Spisku, w którym biorą udział ludzie, Kosmici i kto tam jeszcze. Nie muszę mówić, że jest to doskonała pożywka dla twórców i producentów z Hollywood.

Zjawisko istnieje, bo chemtrails to są zwykłe contrails, które składają się w głównej mierze z pary wodnej i dwutlenku węgla. Opowieści o tym, jak to jakieś strasznie szkodliwe związki chemiczne są dosypywane do paliwa lotniczego wkładam pomiędzy bajki. Rzecz w tym, że paliwo lotnicze musi mieś określony stan, skład i czystość, by się do czegoś nadawało. Poza tym w komorach spalania silników odrzutowych i turboodrzutowych panuje temperatura +2000°C, i mało który związek chemiczny to wytrzymuje. No, chyba że komponenty dosypywane do paliwa lotniczego tworzą szkodliwe związki chemiczne dopiero po spaleniu. Tu powinni wypowiedzieć się chemicy.

Swoją drogą contrails są szkodliwe głównie dlatego, że zwiększają ilość dwutlenku węgla w atmosferze – samolot przelatujący z Europy do Ameryki spala kilka ton tlenu z atmosfery! Co więcej, contrails zwiększają albedo Ziemi, a co za tym idzie odbijają część promieniowania słonecznego w kosmos. I to właśnie na tym polega ich szkodliwość.

Oponenci – wbrew temu, co twierdzi Pan Korolkiewicz – też patrzą w niebo, tylko że widzą to, co widzą, a nie to, co chcieliby zobaczyć. To samo mam w kwestii UFO. Świadkowie ufozjawiska widzą wiele rzeczy, które utożsamiają z kanonicznymi UFO, a które nimi nie są – ale za to są czymś innym, np. nietypowo oświetlonym samolotem czy innym pojazdem powietrznym. Tym niemniej świadkowie są przekonani o tym, że widzieli UFO, bo bardzo chcieli je zobaczyć. To pewnik. Niewielu świadków przyznaje się do błędu, a jeszcze jak mają okazję pokazać się w TV czy mediach, to już całkiem.  Szczególnie to dotyczy mieszkańców USA, dla których pięć minut w TV jest szczytem marzeń. To okrutna prawda, ale prawda.

I tutaj właśnie pojawia się problem, który mamy także w przypadku ufozjawiska. Nazywam to „problemem informatora zero”. Chodzi o to, by badając jakiś incydent dotrzeć do osoby czy innego źródła, które podało informacje jako pierwsze. Bo to właśnie stanowi o wiarygodności danego wydarzenia. Nie tyle ilość naocznych i nie-naocznych świadków, ale właśnie to pierwotne źródło. Takim przykładem jest ufokatastrofa w Gdyni z 1959 roku. Wydarzenie to jest autentyczne, bowiem Bronisław Rzepecki, który je badał, dotarł do właśnie informatora zero – w tym przypadku ludzi, którzy widzieli spadek obiektu do basenu portowego nr 4. Dlatego właśnie bardzo chciałbym wiedzieć, kto jako pierwszy wyciągnął sprawę chemtrails na światło dzienne. Dlaczego? Ano dlatego, że wiedziałbym wtedy, komu zależało na tym, by sprawa ta została nagłośniona zgodnie z jedną z kardynalnych zasad śledztwa: is id fecit cui bono, cui prodest. Innymi słowy mówiąc, co ta cała gadanina o chemtrails ma przesłonić? I tego właśnie trzeba szukać.


Sprawa istnienia contrails ma jeszcze jeden aspekt. Obawiam się, że nie contrails czy chemtrails są groźne, ale nazwijmy to wprost i bez ogródek – nieczystości – które są wylewane z samolotów nam na głowy. Samoloty wylewają nam na głowy paliwo lotnicze, zrzucając je w niektórych sytuacjach. Samoloty zrzucają nam na głowy kule z zamrożonych fekaliów… - że to niemożliwe? Ależ najbardziej tak! Badania dowiodły, że na wysokości 11 km nad ziemią, w temperaturze -50°C ciekłe czy półpłynne odchody zamarzają natychmiast po wydostaniu się na zewnątrz i tworzą warstwę lodu grubiejącą w czasie rejsu. Kiedy samolot wleci w cieplejszą warstwę powietrza, wtedy lód odrywa się i spada siejąc popłoch. Takie śmierdzące amoniakiem kule lodu spadały na pola w Europie. I w Stanach też. A co z tego wynika? Ano to, że już się nie dziwię, że w Europie i Ameryce pojawiają się jakieś dziwne infekcje w rodzaju wirusa Hanta czy Zachodniego Nilu, grypy świńskiej i ptasiej, o innych mniej znanych już nie wspomniawszy. Skąd się to bierze? Ano dosłownie i w przenośni – z nieba… A zatem chemtrails to nie problem chemiczny, ale biologiczny – jeżeli już. Inną rzeczą jest, że być może niektóre firmy mogą pozbywać się w ten sposób jakichś supertoksycznych odpadów chemicznych – myśl też jest urocza, ale potrzebne są twarde dowody.

Pan Korolkiewicz ma rację, to jest szeroki temat. Wojny meteorologiczne są twardą rzeczywistością, nad tym się faktycznie pracuje, ale obawiam się, że realizowane są to innymi sposobami w oparciu o inne zjawiska fizyczne, a już na pewno nie w oparciu o HAARP. To kolejna bajeczka, którą też coś osłoniono. Tylko co?

Dowody w postaci zdjęć, filmów i relacji – na które powołuje się Pan Korolkiewicz – owszem, poświadczają istnienie faktu. Poświadczają je tak, jak kasjer z banku poświadcza przyjęcie czeku od pana Kowalskiego na np. 200 złotych. On tylko poświadcza, że pan Kowalski dostał te dwie stówy, ale nic nie mówi o tym, od kogo pan Kowalski te dwie stówki otrzymał i za co. Podobna sytuacja zresztą panuje w naszej ufologii, która skupia się na opisach zjawisk i nie stara się odpowiedzieć na konkretne i podstawowe pytanie: skąd ci Obcy się biorą? Jaki jest cel ich pobytu i aktywności na Ziemi? Jaki jest Ich wpływ na nas i naszą cywilizację, etc. etc. To akurat wynika – jak zauważył celnie niestety nieżyjący już Zbigniew Blania Bolnar -  z istniejącego paradygmatu, że UFO = ETI, którego trzymamy się jak – za przeproszeniem – pijany płotu, nie dostrzegając innych możliwości.


Wracając do chemtrails, to obejrzałem powołane przez Pana Korolkiewicza filmy i mnie nie przekonały. Może dlatego, że nigdy sam nie zaobserwowałem czegoś takiego, co na nich pokazano? – a przecież też obserwuję samoloty od kilku lat i kilka razy zauważyłem dziwne rzeczy, ale związane z czymś zupełnie innym, o czym już tu pisałem na tym blogu. Może także dlatego, że nie ufam głównie amerykańskim źródłom, które przede wszystkim gonią za sensacją i oglądalnością. No i niestety ich wiarygodność pozostawia sobie wiele do życzenia, bo też robione są one przede wszystkim pod publikę. Życie nauczyło mnie sceptycyzmu i radziłbym wszystkim zajmującym się takimi sprawami, by podchodzili do tych wszystkich tych sensacyjnych i wystrzałowych informacji z pewną dozą zdrowego rozsądku – bo to wyjdzie nam wszystkim na zdrowie.  

niedziela, 18 sierpnia 2013

Chemtrails z rana (jak śmietana!)



Miałem dzisiaj okazję zobaczyć wcześnie rano piękne okazy tzw. chemtrails na porannym niebie. Te parowe ślady ciągnęły się kilometrami za przelatującymi nad nami samolotami, a potem powoli rozpływały się w lazurowej przestrzeni. 






Oczywiście to żadne chemtrails tylko zwyczajne contrails – smugi kondensacyjne pary wodnej i dwutlenku węgla pozostałe po spaleniu w komorach spalania silników odrzutowych mieszaniny paliwa lotniczego i tlenu z atmosfery, a także nieco tlenków azotu. I to wszystko. Oczywiście nie dla zwolenników Spiskowych Teorii Dziejów i stronników poronionych teorii o chemtrails, które według nich są rozpuszczane w atmosferze i zrzucane na ludzi przez:
·        światowy rząd,
·        rządy narodowe,
·        rząd USA,
·        Rosjan,
·        Chińczyków,
·        masonów,
·        Żydów,
·        komuchów,
·        nie-komuchów,
·        Kosmitów,
·        Aghartyjczyków,
·        Lemurejczyków,
·        kogoś tam jeszcze (niepotrzebne skreślić)

w celu:

§  wymordowania Ludzkości,
§  zniewolenia Ludzkości,
§  totalnego ogłupienia Ludzkości,
§  totalne ogłupienia populacji Polski,
§  ograniczenia populacji,
§  walki z dziurami ozonowymi,
§  walki z EGO,
§  walki z efektami przebiegunowania Ziemi,
§  walki z zatruciem atmosfery,
§  walki z Kosmitami,
§  walki z kimś/czymś-tam-jeszcze….. (wpisz propozycje)
§  wojny meteorologiczej kogoś z kimś … (wypisać ewentualne typy),
§  masowego szczepienia ludzi i zwierząt,
§  masowego infekowania ludzi i/lub zwierząt i roślin…. (wypisz czym)
§  jakieś inne…… (jakie?), (niepotrzebne skreślić).


Gdyby choć jedna z wymienionych tu możliwości była prawdziwa, to już by nas tu nie było. Ale miłośnikom STD to nie przeszkadza i wciąż z uporem snują swe chore urojenia, wymyślając coraz to nowsze „teorie” na ten temat.





A tymczasem contrails rozpływają się w stratosferze dając początek chmurom Cirrus, albo rozwiewają się w ogóle, a para wodna po kilku dniach czy nawet tygodniach spada z deszczem i innymi opadami na ziemię czasem o tysiące kilometrów dalej. I – wbrew temu, co głoszą stronnicy STD – nie da się dokładnie przewidzieć ani miejsca ani czasu spadku tej wody, dokładnie tak, jak nie da się przewidzieć kierunku przemieszczania się prądów powietrznych na wysokościach 10-12 km nad ziemią, gdzie powstają contrails, co absolutnie przekreśla możliwość przeprowadzenia skutecznego ataku na jakieś terytorium, nie mówiąc już o tym, że w atmosferze następuje rozproszenie pary wodnej i produktów spalania paliwa lotniczego. Gdyby to był jakikolwiek środek chemiczny, zostałby on tak rozcieńczony, że jego stężenia nie dałoby się nawet podawać w ppm czy ppb. Szkodliwość takiego aerosolu byłaby minimalna albo zerowa. Ale to już stronników STD nie obchodzi.

Przykład gęstości ruchu lotniczego nad Polską w dniu 18.VIII.2013 r., o g. 08.38 CEST


Prawdę napisał dr Bernard Huevelmans twierdząc, że wszyscy lubimy się bać i że strach jest najgorszym wtedy, kiedy przybiera ludzkie oblicze. Dawniej mieliśmy Nosferatu czy potwora Frankensteina – dzisiaj mamy chemtrails… 


wtorek, 16 kwietnia 2013

Czyżby jednak NASA nie łgała…?






Niedawno na Facebooku wywiązała się ciekawa dyskusja na temat spiskowej teorii głoszącej, że Amerykanie na Księżycu nie wylądowali, a cała wyprawa Apolla-11 została sfingowana w studiach Hollywoodu przez jednego ze znanych reżyserów. Przedstawiam mój głos w tej dyskusji, który rzuciłem na papier w 1998 roku, a który nigdy nie został opublikowany (ciekawe dlaczego?):


Łukomoria bolieje niet…
W. Wysocki

Łękomorze, Łękomorze… Ta wyśniona kraina, której już nie ma i więcej nie będzie, rosyjska kraina cudów. Przekładając to na polskie realia końca lat 90., i w ogóle fin-de-siecle’u XX wieku i drugiego tysiąclecia, to w naszym kraju znajdzie swe miejsce każda brednia, byle podana atrakcyjnie i w kolorowym papierku i brzmiąca dostatecznie wiarygodnie. Ostatnio rozpleniły się niektóre pisma, których redaktorzy zapragnęli dołożyć ludziom kolejną porcję sensacji – na siłę, na chama, byle się dobrze sprzedała!


W „Nieznanym Świecie” nr 7/1998, w artykule pt. „Największa brednia ostatniego stulecia” wykazałem, że podawane przez niektórych dziennikarzy i pisarzy wątpliwości, co do lądowania Amerykanów na Księżycu są bezzasadne i – co więcej – są one wyssane z palca. O ile jeszcze książka Vankina i Whalena jako-tako opisuje wydarzenia rzekomo mające miejsce w czasie lotu Apolla-11 stosując tryb przypuszczający, to już autor artykułu pt. „Fałszywe lądowanie na Księżycu”, zamieszczonego w „Faktor X” nr 2/1998 przedstawia „dowody” na to, że Amerykanie wcale nie wylądowali na Księżycu, i że cała sprawa została sfingowana od A do Zet. Dowodem na to mają być zdjęcia z tej wyprawy. Obawiam się jednak, że autor tego artykułu nie odrobił dobrze lekcji, co postaram się wykazać w poniższym artykule.


Dowodem na to, ze autor nie przygotował się jak należy do napisania swego tekstu jest już pierwsze zdanie. Brzmi ono dosłownie tak:
…w czerwcu 1969 r. … jedna piąta mieszkańców Ziemi z zapartym tchem patrzyła jak Neil Armstrong stawia pierwsze kroki po Księżycu – koniec cytatu.
W rzeczywistości wyprawa Apollo-11 miała miejsce w dniach 16-26 lipca 1969 roku. Błąd tłumacza? – wątpię.


Drugie zdanie i następna nieścisłość:
Apollo-13 wracał na Ziemię po nieudanym lądowaniu na Księżycu.
Nie było żadnego lądowania Apolla-13 na Księżycu – ani udanego, ani nieudanego. Po prostu Apollo-13 obleciał Księżyc dookoła i powrócił na Ziemię bez próby lądowania!


A teraz zdjęcie nr 1. Przedstawia ono Armstronga i Aldrina mocujących flagę na księżycowym gruncie. Autor ma pretensję o to, że jeden z astronautów rzuca zbyt długi cień i to przemawia – według niego i stronników Spiskowej Teorii Dziejów – za nieautentycznością zdjęcia. OK., a czy autor tego zastrzeżenia wziął pod uwagę jeden znaczący drobiazg, a mianowicie, że flaga USA też rzuca cień, który dodał się do cienia selenonauty. Co więcej – teren za Armstrongiem lekko podnosi się, więc siłą rzeczy jego cień musiał być nieco skrócony? 


Zdjęcie nr 2 przedstawia Aldrina i autor ma pretensję do tego, że widocznych jest zbyt wiele szczegółów jego skafandra, które powinny być niewidoczne, jako że inaczej rozprasza się światło w próżni a inaczej w atmosferze. Autor tego błyskotliwego jak galareta zarzutu nie wziął widać pod uwagę tego, że światło zostało odbite i rozproszone na księżycowym gruncie. To jest dokładnie tak samo, jak robi się zdjęcia przy użyciu gazety, kiedy model siedzi tyłem do źródła światła i dzięki trzymanej przezeń gazecie w ręku można zrobić zdjęcie jego twarzy – o czym autor jako zawodowy fotograf wiedzieć powinien!!!


Pozostałych zarzutów nie komentuję nawet, bo chociaż mam dużą dozę wyobraźni, to nijak nie mogę dwóch zakreślonych przezeń przedmiotów skojarzyć  z 12-metrową wieżą czy helikopterem, natomiast doskonale się to kojarzy z flagą USA widoczna w ostrym perspektywicznym skrócie i masztem nadawczym stacji centralnej zestawu aparatury pomiarowej ALSEP – jeszcze wtedy zwanej EASEP.


Jeżeli zaś idzie o ściemnienie powierzchni Księżyca za Aldrinem, to proszę nie zapominać o tym, że Apollo-11 wylądował tuż po wschodzie Słońca nad Mare Tranquilitatis, co było podyktowane troską o ich bezpieczeństwo. Wszak nie zapominajmy, że w pełnym słońcu księżycowego południa temperatura skał księżycowych wynosi od +100 do +110°C w punkcie przysłonecznym, a tego nie wytrzymałyby żadne systemy podtrzymywania życia astronautów.


Zdjęcie nr 3 ukazuje fragment Morza Spokoju  z widocznym na nim cieniem Apolla-11. Autor zarzuca NASA, że z wysokości 95 km nie można uzyskać takiego cienia pojazdu kosmicznego! Otóż można! – a pomaga przy tym właśnie brak powietrza! Niezbyt ostry kontur cienia Apolla-11 w tym przypadku dowodzi tego, że statek kosmiczny znajdował się na orbicie wokółksiężycowej, a to dlatego, że promienie słoneczne przelatując dystans 95 km zdążyły się nieco ugiąć na krawędziach Apolla-11, czego nie są w stanie zrobić na bliższe odległości, stąd ostre jak żyletka cienie gór widocznych na terminatorze. Zdjęcie wykonano teleobiektywem i dlatego cień statku kosmicznego jest tak duży. I to wszystko – zagadka wyjaśniona bez uciekania się do STD…


Zdjęcie nr 4 przedstawia LEM stojący na Księżycu i autor dopatruje się mistyfikacji w tym, że: nie ma krateru pod dyszą wylotową, widać odcisk w pyle protektora buta selenonauty i na ocienionej burcie lądownika widać napis UNITED STATES. To ostatnie zjawisko wyjaśnia istnienie światła odbitego i rozproszonego na księżycowej ziemi. Dysza hamująca LEM-a nie wydmuchała całego pyłu spod niego i powstały odciski butów selenonautów, zresztą pył księżycowy trafiony odrzutem silników rakietowych zawsze odchodził radialnie po stycznej od punktu uderzenia gazów wylotowych i z braku powietrza po prostu nie mógł unosić się kłębami wokół lądownika i spadał na grunt – stąd ślady butów. To jest właśnie kolejny dowód na prawdziwość tego zdjęcia!


Zdjęć nr 5 i 6 nie komentuję, bo zrobiłem to już w artykule pt. „Największa brednia ostatniego stulecia”, więc się nie będę powtarzał.


Zdjęcie nr 7 jest rzeczywiście zagadkowe, ale tylko na pierwszy rzut oka. Niestety – jest ono jak najbardziej autentyczne! Zdjęcie to wykonano niemal pod słońce, stąd widoczny blik na lewej-górnej części hełmu selenonauty, a także jaśniejszy pięciokąt w lewej-górnej części kadru. Trzymany przez astronautę przyrząd odbija słoneczne światło na skafander selenonauty! Jak widać ze zdjęcia, fotografujący stał w znacznej odległości (którą pogłębia jeszcze wypukła krzywizna szybki hełmu selenonauty) i na lekkim wzniesieniu. Dlatego też mógł on sfotografować górną część hełmu tego astronauty. Oczywiście rozkład świateł i cieni na zdjęciu jest najzupełniej prawidłowy.


Naprawdę zagadkowe zdjęcie jest fotka nr 8. Przyznaję, że jedynym naprawdę intrygującym elementem tego zdjęcia jest owa tajemnicza litera „C” na jednym z kamieni. Wyjaśnienie, które podaje autor jest jednak infantylne. Trudno przypuścić, by reżyser tego spektaklu był aż tak drobiazgowym i oznaczał literami poszczególne kamienie…! Nie mówiąc już o tym, że ustawił go dokładnie tak. By owo nieszczęsne „C” rzucało się ludziom w oczy… - nie, takich cudów nie było i nie ma.


Pozostałe zastrzeżenia są łatwe do obalenia – być może cieniutka kreseczka została na zdjęciu zaświetlona, podobnie jak prawe ramię krzyżyka stykające się z jasnym elementem pojemnika na plecach selenonauty, przy jego biodrze. Oba te elementy są bardzo jasne i mogło być tak, jak twierdzi autor, choć przyznaję – nie jestem przekonany do końca słuszności jego wywodu. Przyglądając się zdjęciom nr 4, 5 i 6 dochodzi się do wniosku, że owe krzyżyki są słabo widoczne na szczególnie jasnym tle (grunt czy fragmenty konstrukcji lądownika), więc w tym przypadku bardzo jasne, a właściwie najjaśniejsze, fragmenty obiektów fotografowanych przez selenonautów mogły zaświetlić cienkie jak włos linie krzyżykowych markerów.


Ślady opon. Nie wydaje się, by ktoś poza selenonautami manewrował tym pojazdem, a to dlatego, że nie ma żadnych śladów na podłożu, poza odciskami podeszew butów selenonautów, no chyba że ekipa skręcała łazikiem przy pomocy jakiegoś dźwigu, ale wtedy nie mogłyby powstać ślady kół na podłożu księżycowym. Co do jakości i ostrości śladów, to wszyscy selenonauci relacjonowali, że pył księżycowy jest bardzo drobny i przypomina drobno sproszkowany cement. Zasadą jest, że im drobniejsze ziarna pyłu, tym wyraźniejszy odbija się w nim ślad – o czym wie każdy policjant czy tropiciel śladów i aż dziwne, że autor nie zapytał o to jakiegokolwiek traseologa o opinię przed napisaniem swego wypracowania.


I cóż nam pozostaje? Jeżeli podane przez autora „fakty” i „dowody” są takiej lichej próby, to jego wiarygodność wynosi równe i okrągłe zero. Obawiam się, że redaktorzy „Faktora X” padli ofiarami mistyfikacji rodem z „Archiwum X” Nuttera i spółki. Oczywiście wszystkie tego rodzaju pseudo-zagadki rajcują zwolenników STD i im podobnych bredni, które prowadzą niezorientowanego Czytelnika na manowce.


A jednak ten element z literą „C” ze zdjęcia nr 8 bardzo mnie ucieszył – a to dlatego, że przecież coś podobnego – regularny układ kamieni na zdjęciach powierzchni Księżyca (które wprawdzie nie były oznakowane literami, cyframi czy innymi znakami) zaobserwowano z pokładu bezzałogowej sondy księżycowej Łuna-9, która miękko wylądowała na Srebrnym Globie i przekazała z niego telewizyjne obrazy. Inkryminowane kamienie były spolerowane od góry i co ciekawe – owe powierzchnie skierowane były ku Słońcu! Oto zagadka z długiego łańcucha zagadek księżycowych… Tak więc najbardziej zagadkowym jest zdjęcie nr 8 z tego numeru „Faktora X”.


Jest jeszcze jeden kontrargument, który kompletnie rozwala brednie autorów i zwolenników STD piszących na temat misji Apollo-11. Otóż wszyscy „zapomnieli” albo nie chcieli pamiętać o tym, że cały ten słynny lot – od startu na Cap Canaveral do wodowania na Pacyfiku – był obserwowany przez służby kosmiczne i wywiadowcze ZSRR. Co więcej – potwierdziły one, że ten lot się odbył i przebiegł tak, jak podali to Amerykanie, co zresztą podały nasze czasopisma specjalistyczne. Gdyby to była ściema, jak sugerują to zwolennicy STD, to fakt ten zostałby szybko i bezlitośnie wykorzystany przez propagandę Związku Radzieckiego. To pewnik, bo nie zapominajmy o tym, że trwała Zimna Wojna i każdy punkt przewagi był wykorzystywany bez pardonu! I nie wierzę w to, że Breżniew, Kosygin, Andropow i Greczko przegapili taką gratkę, by dokopać Amerykanom. Takich cudów nie było i nie ma. Trwała zaciekła rywalizacja w Kosmosie i lot na Księżyc był jednym z powodów, że w latach 70. doszło pomiędzy dwoma supermocarstwami do tzw. détente – odprężenia, które skończyło się w 1980 po wyborze na prezydenta USA Ronalda Reagana i jego obłędnych planów Gwiezdnych Wojen.


Tak więc nie wierzę w „księżycowy spisek”, bo zbyt wiele faktów przemawia za tym, że owej nocy 20.VII.1969 roku, o godzinie 21:17 GMT, lądownik LEM Eagle rzeczywiście wylądował na powierzchni księżycowego Mare Tranquilitatis, a jego załoga widziała coś, czego nie miało tam być. Ale to już osobna historia…