Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syriusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syriusz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 stycznia 2026

CE0/4 z Syriatami w Rosji

 


Albert Rosales

 

Lokalizacja: Ochock, Daleki Wschód, Rosja

Data: styczeń 1957

Godzina: noc

Opis incydentu:

Galina Wiktorowna Safirowa opowiadała o kilku spotkaniach z dziwną kobietą ubraną na czarno w dzieciństwie. Galina pamiętała, że ​​jako mała dziewczynka gdzieś się wybierała i znalazła się w dziwnym korytarzu. Korytarz był słabo oświetlony i miał około 3 metrów szerokości. Po lewej stronie zobaczyła dziwną, wysoką kobietę w czarnym, obcisłym kostiumie. Niewielkie światło w korytarzu pochodziło z kilku paneli ściennych. Galina dostrzegła kilka ciemnoczerwonych wzorów na panelach ściennych, które zdawały się z nich wystawać. Galina i wysoka, obca kobieta szły tym korytarzem, aż dotarły do ​​metalowej obudowy, a dokładniej balkonu, który wisiał nad ogromną, pustą przestrzenią, przypominającą gigantyczną podziemną jaskinię, również bardzo ciemną z natury. Najbardziej zdumiewającym szczegółem Galiny była podłoga – nie była po prostu metalowa, składała się z wypukłości i nacięć, i ten szczegół zapadł jej w pamięć. Kiedy Galina i obca kobieta opuściły „balkon”, przeszły korytarzem o wysokich, gładkich ścianach z czarnego, polerowanego materiału bez szwów. Po prawej stronie, około 2 metry od podłogi, znajdowało się małe okno, z którego sączyło się słabe żółte światło. Pod oknem znajdowała się gruba, czarna płyta o wymiarach około 50 x 50 cm.

Obca kobieta kazała Galinie stanąć na tej płycie. Miała wrażenie, jakby znajdowała się w ogromnej, ciemnej jaskini o niekończących się, wysokich sufitach. Ściana naprzeciwko świadka miała nierówną powierzchnię z szarego kamienia; wyglądała jak naturalna jaskinia lub klif. Słychać było dudnienie niewidocznych maszyn. Nagle coś przypominającego platformę lub windę zaczęło powoli się unosić. Przerażona Galina przycisnęła plecy do ściany. Wkrótce za plecami Galiny pojawiło się okno, a pod nią Galina zobaczyła coś, co przypominało parę lub mgłę, a w mgle dostrzegła coś, co wyglądało na maszyny wydające głośne dudnienie. Z powodu ciemności nie można było ich wyraźnie zobaczyć. Wspomnienia Galiny zostały w tym momencie przerwane. Miała jednak jeszcze co najmniej dwa spotkania z dziwną kobietą w czerni. Podczas tych kontaktów wysoka kosmitka powiedziała Galinie, że podziemna baza należy do przedstawicieli układu gwiezdnego Syriusza. Powiedziała również Galinie, że musi pamiętać o swojej pierwotnej ojczyźnie, która była planetą krążącą wokół jednej z dwóch gwiazd o nazwie Syriusz – α CMa - Wielkiego Psa. Kosmitka powiedziała Galinie, że musi o tym pamiętać w przyszłości. Galina w jakiś sposób zrozumiała, że ​​w procesie ewolucji jej dusza” narodziła się na tej odległej obcej planecie krążącej wokół Syriusza. Zanim Galina zachorowała i jej kontakty ustały, miała kolejne spotkanie i po raz pierwszy pojawił się tam dodatkowy obcy uczestnik. Był to obcy mężczyzna. Galina zrozumiała również, że obcy w jakiś sposób postanowili zostawić ją w fizycznym ciele na Ziemi, aby mogła wypełnić swoje przeznaczenie na tej planecie. Galina dowiedziała się od obcych, że wiele tysięcy lat temu, gdy układy planetarne wokół Syriusza stanęły w obliczu katastrofy przestrzennej, wysoko rozwinięta cywilizacja zaczęła podejmować działania. Na pierwszym etapie zaczęli zapuszczać się głęboko w głąb własnej planety. Przez cały czas trwały jednak przygotowania do ewentualnej migracji na inną planetę. Dlatego kosmici z Syriusza zaczęli adaptować się do życia na Ziemi ponad 20 000 lat temu. Ludzki kod genetyczny był podobny do kodu Syriusza, ale istniały pewne podstawowe różnice, takie jak kolor skóry i kształt czaszki, inny wzrost, a wszyscy byli wegetarianami. Ich uniwersalnym symbolem był pierzasty wąż. Najwyraźniej pierwsi kosmici z Syriusza na Ziemi stali się pierwszymi boskimi faraonami, jednak ze względu na niezwykłe promieniowanie słoneczne na Ziemi kosmici czuli się bardziej komfortowo, mieszkając w górach lub pod ziemią.

Dodatek HC

Źródło: bezpośrednio od dr. Antona Anfałowa, helek05@mail.ru  

Typ: G

Uwaga:

Opowieść ta nawiązuje także do środkowoazjatyckich legend o podziemnym świecie Agharti, który powstał około 61.000 lat temu ze względu na katastrofy żywiołowe lub konflikty zbrojne na powierzchni Ziemi. Niewykluczone jest także i to, że pod naszymi stopami znajdują się bazy ale nie Pozaziemian lecz ludzi I generacji (vide powieść Robina Cooka „Uprowadzenie” z 2004 roku), którzy powrócili z gwiazd po jakiejś kosmicznej katastrofie. I tu przypominają się legendy Dogonów o ludziach z układu gwiezdnego Syriusza A, B i C. Wygląda więc na to, że jest w nich więcej prawdy, niż moglibyśmy się spodziewać…      

Opracował - ©R.K.Fr. Sas - Leśniakiewicz

poniedziałek, 29 lipca 2013

Gdzie ukrywają się gwiezdni bogowie?



Borys Szarow

Niedaleko od chińskiego miasta Kun-Min znajduje się „Królestwo Małych Ludzi” – park tematyczny, w którym pracują jedynie karły. Każdego dnia oni odtwarzają dla widzów sceny z bajek, tańczą i śpiewają.

Cywilizacja różnie docierała do niektórych narodów, które żyły w odosobnieniu oddzielone od sąsiadów. Ogromna ilość plemion – w nie tylko odosobnionych przypadkach – znikało z powierzchni Ziemi nie wytrzymując wtargnięcia w swe życie obcych ludzi. Niestety – niektóre z nich zabrały ze sobą do grobu niezwykłe tajemnice, które można by było wyjaśnić dopiero teraz.


Zagadkowe dyski


Tybet – z całą jego zagadkowością – jest miejscem na tej planecie, które zostało słabo zbadane przez etnografów. Przecież nie są to dżungle Amazonasu czy Afryki Równikowej, gdzie do tej pory mieszkają plemiona, które jeszcze nie spotkały białego człowieka. Ale to właśnie tam narodziła się sensacja, która obiegła cały świat w XX wieku.

W 1962 roku, chiński profesor Tsum Um Nui opublikował artykuł o swych pracach, które trwały przez 20 lat. On opierał się na odkryciu dokonanym w 1937 roku przez jego rodaka, archeologa Chi Pu Tei. Opisał on dziwne znaleziska z gór Bajan – Kara – Uła[1] na granicy Chin i Tybetu, w prowincji Kham.[2]

W trudnodostępnych jaskiniach archeolodzy dziwne groby zmumifikowanych istot, które okazały się być szczątkami doczesnymi… wymarłego gatunku małp górskich. Ich wzrost nie przekraczał 138 cm, czaszki były nieproporcjonalnie wielkimi i wydłużonymi. Jednakże małpy, które są w stanie budować systematycznie grobowce dla zmarłych, to nonsens i dlatego archeolodzy zostali wyśmiani.

U stóp każdego zmarłego znajdował się kamienny dysk, który przypominał płytkę gramofonową. Ich grubość nie przekraczała 1 cm, zaś średnica – 30 cm. W środku dysku znajduje się dziurka o średnicy 2 cm. Od jej centrum odchodzi niegłęboki rowek, który otaczał dysk po spirali i kończył się na jego krawędzi. Na bokach rowka znajdowały się niezrozumiałe znaki.

Materiał, z którego wykonano dyski przypominał granit, ale miał on jeszcze domieszkę kobaltu i innych rzadkich pierwiastków, których wtedy nie potrafiono zidentyfikować. Co więcej, uczonych zdumiał wiek dysków – 12.000 lat, co ustalono tylko po powierzchownym zbadaniu. Wszystkiego ekspedycja Chi Pu Teia odkryła 716 takich dysków.

Dyski te rozproszono po różnych chińskich muzeach, a na temat dziwnych szczątków zaczęły się ostre dyskusje antropologów. W górach na granicy z Tybetem już wcześniej znajdowano szkielety ludzi o bardzo małym wzroście.


Zagubieni w górach


Takich „małyszy” Tybetańczycy i Chińczycy od dawna nazywali Kam i Dropa.[3] Przez długi okres czasu uważano, że to półlegendarne i możliwie, ze całkowicie wymarłe plemiona tutejszych pierwobylców. Dla sąsiadów nie przedstawiali oni żadnego zagrożenia czy korzyści i dlatego nimi się nikt nie interesował. Jednakże tajemnicze dyski zmieniły stosunek do tych plemion. Podróże w te rejony Tybetu są bardzo trudne, a obecnie są także zabronione przez władze chińskie.

Ale w czasach, kiedy odkrycia Chi Pu Teia stały się dopiero znane, wciąż można było dostać się do tych miejsc. Jednym z tych badaczy stał się Anglik – Cyril Robin-Evans. W 1947 roku zwiedził on rejon, w którym odkryto tajemnicze groby i w odizolowanej od świata górskiej dolinie odkrył nieznane i dziwne plemię.

Wzrost mężczyzn rzadko przekraczał 1,3 m, a kobiety były jeszcze niższe. Antropologicznie Dropowie nie pochodzili ani od Chińczyków, ani od Tybetańczyków czy nawet Mongołów. Wódz plemienia – Lurgan-La pokazał Robinowi-Evansowi dysk, podobny jak dwie krople wody do tego, który znalazł Chi Pu Tei i wyjaśnił mu, że temu przedmiotowi kłania się jego plemię. Poza tym wódz opowiedział zadziwiającą historię Dropów.

Oni uważali się za potomków Pozaziemian przybyłych na Ziemię tysiąc lat temu. To nie była pierwsza wizyta przedstawicieli ich rasy – w górach Tybetu jeszcze 20.000 lat temu Pozaziemianie zbudowali coś w rodzaju kolonii dla odszczepieńców, których nazywali Kam. To właśnie do nich przylecieli Dropowie. Jednakże statek kosmiczny uległ awarii i odwiedzający musieli pozostać na nowym miejscu i przystosować się do niego. Sąsiedzi przyjęli ich wrogo i zanim Dropowie ustawili się jakoś na nowym miejscu, wielu z nich zostało zabitych. Potem stosunki pomiędzy plemieniem a Robinem-Evansem popsuły się i musiał on wracać do cywilizacji. Także historię opowiedzianą przez Lurgana-La uczeni uznali (a jakżeby inaczej) za niewiarygodną, tak że nie zdecydował się on wydać książkę o Dropach. „Kosmiczni bogowie na wygnaniu” świat ujrzał dopiero w 1978 roku, już po śmierci autora.


Rewolucja miesza szyki


Ale wróćmy do Tsum Um Nui’a. Póki antropolodzy próbowali rozwiązać zagadkę Dropów dedukcyjnymi metodami, on zajmował się rozszyfrowaniem dysków. Rezultat był oszałamiający. Swój referat Um Nui zatytułował: „Dawne teksty mówiące o statku kosmicznym, który przybył na Ziemię 12.000 lat temu”. Rozszyfrowane napisy całkowicie potwierdzały relację Robin-Evansa, z tym że historia Dropów została tam napisana o wiele dokładniej. Należy tutaj dodać, że chiński profesor nic nie wiedział o ekspedycji Anglika.

Nui’owi w chińskiej ojczyźnie nie dowierzano. Najpierw nikt nie chciał opublikować jego opracowania, a potem po prostu mu tego zabroniono. Uczonemu przyszło uciekać do Japonii, i dlatego ten temat (w ChRL) został utajniony. Ale przekład napisów z tajemniczych dysków tak czy owak przedostał się do Europy – i w Belgii, RFN i Anglii zaczęły się pojawiać artykuły o Dropach. Niestety, z powodu niedokładności przekładu, cała ta historia zaczęła obrastać całkowicie bzdurnymi szczegółami, ale ufolodzy już złapali nowy temat. Jednakże przez długi czas dyski rozpatrywano w oddzieleniu od plemienia Dropów jako osobny problem. Ufolodzy zakładali bowiem, że te niecodzienne artefakty wpadły w ręce Dropów przypadkowo, a i antropologowie niezbyt interesowali się Kosmitami, o ile w ogóle...

Czas działał na niekorzyść. W Chinach zaczęła się tzw. „rewolucja kulturalna”. Tybet dostał się pod chińską okupację i dostać się w góry Bajan-Chara-Uła było dla cudzoziemców właściwie niemożliwe. Na wszelkie pytania na ten temat, urzędnicy Państwa Środka odpowiadali, że prof. Chi Pu Tei i prof. Tsum Um Nui nie ma i nigdy nie było, a dyski z grobowców Dropów to czyjś wymysł. Do tego jeszcze Nui zmarł w 1964 roku pozostawiając jedynie resztki swych prac.

Odrzucając i ukrywając znaleziska prof. Tei’a Chińczycy próbowali zatrzeć ślady, np. rozpuszczając pogłoski, że tajemnicze dyski zostały przesłane do ekspertyzy w AN ZSRR. Od tego czasu zapytania wysyłano do Moskwy – ale bez rezultatów, bo tam niczego nie wiedzieli więcej, niż w Europie.

Po raz ostatni dyski te wpadły w oczy badaczom w 1974 roku. Australijczyk – inż. Ernst Weneger w muzeum w Banpo nawet sfotografował jeden z nich. Niestety, Weneger był tylko miłośnikiem dziwnych i tajemniczych historii, a nie uczonym i niczego nie udało się mu wydobyć od personelu muzeum. O co najdziwniejsze: w 20 lat później muzeum to odwiedził znany pisarz Peter Krassa i ŻADNEGO DYSKU JUŻ TAM NIE BYŁO! Podobnie jak nie było żadnego pracownika tego muzeum, który by pracował więcej, niż 10 lat! Krassie udało się jedynie uzyskać opis i rysunki dysków Dropów w jednym ze zborników. Ale redaktor wydania twierdził, że zamieszczono w nim rysunki dysków o średnicy 1,5 m, które kiedyś były przedmiotami kultu. Ponadto wedle słów redaktora, NIGDY żadnych Dropów czy Kamów NIE BYŁO! Przepadły też kości znalezione przez prof. Tei’a, i dyski i dosłownie wszyscy ludzie, którzy się z nimi stykali.[4] 


Pekińska mgła


Kilka ekspedycji w rejon, gdzie udał się Robin-Evans nie dały jakiegokolwiek rezultatu z punktu widzenia odkrycia śladów zagadkowego plemienia. Ale w trudnodostępnych górskich jaskiniach archeolodzy odkryli różne dziwne rysunki naskalne. Nieznani artyści dokładnie przedstawili na kamieniach Słońce, Ziemię i Księżyc, a także wielką ilość gwiazdozbiorów. Kilka z nich przedstawia grupę gwiazd obrazujących system Syriusza. Od jednej z gwiazd ciagnie się punktowana linia. Ona omija Słońce i dotyka Ziemi.

Wiek rysunków został oceniony na 10.000 lat, a przecież system gwiezdny Syriusza został odkryty przez astronomów dopiero w XIX wieku.[5] Być może Dropowie usiłowali uwiecznić pamięć o swoim pochodzeniu, tak jak oni to rozumieli, zanim utraciliby swe dziedzictwo przodków.

W 1995 roku, w chińskiej prowincji Syczuan w nadzwyczajny sposób odkryto nieznane nikomu plemię. Na pierwszy rzut oka byli oni kopiami Dropów opisanych przez Robin-Evansa: wzrost – 120-130 cm, wydłużone, nieproporcjonalnie duże czaszki i stanowiących zupełnie nie pasujący do otoczenia typ antropologiczny. Przedstawicieli karzełkowatego narodu usiłowano się dopytać, czemu przenieśli się oni zza gór, ale żaden z nich nie mówił w języku han. Tak więc informacja o tych „liliputach” jest skąpa i niewiarygodna.

Plemię to liczy wszystkiego 120 osób: mężczyzn i kobiet. Mniej więcej tyle samo Dropów było w czasie ekspedycji Robin-Evansa. Takie zachowanie niezmienionej wielkości przez długi czas populacji jest typowym dla małych izolomikrogrup plemiennych.

Chińczycy nie spieszą się z udzielaniem informacji i pomagać w badaniach. Ich wersja sprowadza się do tego, że plemię Dropów nigdy nie istniało, a niski wzrost mieszkańców wioski tłumaczy się stosunkowo wysokim stężeniem soli rtęci w miejscowych źródłach. Także prof. Nui’a w swej ojczyźnie nazywają mistyfikatorem i twierdzą, ze nie ma nawet takiego chińskiego imienia. Być może coś takiego wynika z mylnego przekładu z japońskiego.

Wszak ta mgła, jaką pokrywają historię Dropów w Pekinie, przywodzi na myśl iż Chińczycy coś chcą ukryć przed światem. Chcą oni za wszelką cenę wmówić badaczom, że to plemię z gwiazd jest li tylko wymysłem.[6] A jeżeli w Państwie Środka nie tylko rozszyfrowano dyski Dropów ale i  wyekstrahowali z nich jakąś pożyteczną informację? Tak czy inaczej, pytań w tej całej historii jest jak dotąd więcej, niż odpowiedzi…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 17/2013, ss.32-33
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©                               



[2] Albo Kam - historyczna nazwa nieistniejącej już prowincji w Chinach. Jej terytorium rozpościerało się  na pd-wsch. część Tybetu i część prowincji Syczuan.
[3] Nie mylić z Dropkami – tybetańskimi pastuchami. 
[4] Tok myślenia urzędniczych przygłupów jest identyczny bez względu na ustrój: skoro czymś interesują się TAMCI, to należy to natychmiast utajnić, a ludzi albo wymienić, albo zmusić do milczenia lub do kłamania. Tak właśnie było w przypadku dysków Dropów. A to oznacza jeszcze, że sprawą zainteresowały się chińskie służby specjalne i że jest ona przez nie badana. 
[5] Towarzysza Syriusza A przewidziano obliczeniowo przez F. W. Bessela w 1844 roku, a został on odkryty w 1860 roku przez A. G. Clarka.
[6] Istnieje możliwość, że obaj uczeni i całe plemię zostało po prostu zlikwidowane fizycznie przez siły specjalne lub wojsko. Zamordowanie 150 ludzi na ograniczonym terenie nie jest trudną operacją i można ją było przeprowadzić skutecznie i w krótkim czasie. Historia Ludzkości zna nie takie zbrodnie, że wspomnę eksterminacje całych wsi indiańskich przeprowadzonych przez białych konkwistadorów czy niemieckie pacyfikacje na Zamojszczyźnie, ukraińskie rzezie na Wołyniu, czystki etniczne i religijne w byłej Jugosławii,  plemienne w Rwandzie, itd.   

wtorek, 23 kwietnia 2013

KSIĘŻYCOWE SEKRETY (5)




W mitach religijnych Dogonów z Mali występują elementy sugerujące, że ich przodkowie przybyli na Ziemię z gwiazd – a dokładniej z α Wielkiego Psa czyli Syriusza – zwanego przez nich Tolo. Co ciekawe – wiedzą oni, że Syriusz A ma swego maleńkiego towarzysza – Syriusza B zwanego przez nich Po-tolo. I wiedzą oni, że jest to gwiazda tak gęsta, że mały kubik jej materii waży tony. Skąd to wiedzą? Kto im to powiedział???  

Niejednokrotnie zastanawiałem się nad tym i doszedłem do przewrotnego wniosku, że wcale nie chodziło o Syriusza, ale o Proximę Centaura (α Centaura C, Toliman C) – co opisałem w swoim referacie na VI Kongres Ufologiczny w Koszycach, w listopadzie 1997 roku. Rzecz w tym, że ewentualny układ planetarny Syriusza jest wybitnie niesprzyjający życiu białkowemu. Dogonowie – zresztą jak my sami też – składają się z białek, więc nie mogliby przeżyć tam ani sekundy w strumieniu zabójczych promieniowań emitowanych przez oba słońca A i B α CMa. To jest biofizyczny pewnik.

Wydaje się zatem, że Dogonowie czczą najjaśniejszą gwiazdę naszego nieba, którą przed tysiącami lat mogła być nie Syriusz, ale Proxima. Protodogońska cywilizacja zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że jej macierzysta gwiazda wciąż przygasa i postanowiła się wynieść z układu planetarnego Proximy. Nie mogła się przenieść na planety ciasnego układu gwiezdnego Alfy Centaura, bo ich po prostu tam nie było… Układ Tolimana  jest bardzo ciasny, jego wieka półoś mierzy zaledwie 23,6 AU, a jego składniki wirują wokół wspólnego ośrodka masy raz na 90,1 roku. I mimo tego, że widma obu słońc Tolimaka są przyjazne życiu – zob. Tabela IV, to ze względu na ciasnotę układu nie zdecydowali się Oni na wprowadzenie tam swej planety.

[Odnośnie Syriusza, to chyba, że ich przodkowie zamieszkiwali wnętrze jakiejś planety czy mechanoplanety… taka możliwość także istnieje. Tak czy inaczej, żadnej planety w układzie Syriuszy nie odkryto. Podobnie rzecz się ma z układem Tolimak A i B. Proxima być może ma jakiś układ planetarny o masie planet równej złożonym masom Jowisza i Saturna, ale jak dotąd dwudziestowieczne obserwacje Tolimana C nie znalazły potwierdzenia...]

Tabela IV – Porównanie właściwości fizycznych Słońca, Tolimana i Syriusza

Gwiazda
Odległość od Ziemi
Jasność absolutna
Typ widma
Moc promien.
Planety
Słońce
1 AU
+4,84
G2V
1
8
Proxima
4,28 ly
+15,1
M5e
0,000008
1(?)
α Cen A
4,34
+4,4
G2V
1,5
---
α Cen B
4,34
+5,73
K5V
0,44
---
α CMa A
8,69
+1,4
A1V
24
---
α CMa B
8,69
+15,3
A5wd
0,002
---

W świetle tego, co prawią Dogonowie, Syriusz ma jakoby mieć planetę zwana Gwiazdą Kobiet, albo z dogońska Emme-ya-tolo. Balet Syriuszów przedstawia rysunek. Żeby było całkiem ciekawie to nadmieniam, że odległość Układu Tolimaka od Ziemi jest niemal połową odległości Ziemi od Układu Syriusza…



A co do tego ma nasz Księżyc?

Przypomnijmy mit dogoński – kosmita Nommo i kosmita Ogo realizując wolę Boga-Ammy przebywali przestrzeń kosmiczną przy pomocy arek. Wedle Dogonów jedna z nich miała być nasza Ziemia. A może ową arka nie była nasza Ziemia, ale właśnie Srebrny Glob, którego celem podróży były Ziemi, Wenus i Mars – jedyne biogeniczne planety w Układzie Słonecznym, które zostały zasiedlone przez Proximian-Protodogonów?

I jeszcze à propos Syriusza i Proximy. Po definitywnym przygaśnięciu termojądrowego ogniska Proximy przestała ona być najjaśniejszym czerwonym obiektem naszego nieba – a jej jasność przed przygaśnięciem musiała wynosić jakieś -2…-3 mag. już to jej samej, już to całego układu Tolimaka. Po przygaśnięciu Proximy do swej dzisiejszej jasności – czyli jedynie +11,3 mag. – Dogonowie automatycznie przestawili się i zaczęli czcić najjaśniejszą gwiazdę obecnego nieba – czyli Syriusza, którego jasność wynosi -1,47 mag., chociaż przed tysiącami lat musiała być nieco wyższa i plasowała się w granicach -2,5 mag.

Proximianie-Protodogonowie postanowili się wyprowadzić się ze swego układu gwiezdnego. Toliman A i B od razu wypadł z Ich rachuby, bowiem układ potrójny jest niestabilny i nie sądzę, by można go było obsadzić biogenicznymi planetami. Takie planety raz po raz wypadałyby z ekosfery układu, a co za tym idzie – życie w formie wolno rozwijającej się wegetacji na ich powierzchni byłoby niemożliwe. Co Im pozostało? – tylko kosmiczna, międzygwiezdna żegluga  w stronę najbliższej gwiazdy – ku Słońcu z jego trzema biogenicznymi planetami. Grali o najwyższą z możliwych stawek – o życie i przetrwanie swej rasy oraz cywilizacji, którą stworzyli. I wygrali!

Jak tego dokonali? Bardzo prosto (oczywiście dla Nich) – wzięli ze swego układu niewielka planetkę, przebudowali ją tak, by nadawała się do podróży międzygwiezdnej i załadowali się na nią ze swym dobytkiem. Potem rozpędzili ją do VIII i opuścili Układ Alfy Centaura. 


Nie wiadomo, ile trwała taka podróż. Może 5 minut, może 50.000 lat – tego nie wiadomo. Wiadomo natomiast, co się stało u celu podróży na orbicie Sol-3. Luna/Księżyc została zakotwiczona na swej dzisiejszej – cudacznej orbicie tak bardzo ja różniącej od innych księżyców Układu Słonecznego, co dobitnie pokazuje Tabela V, a co stanowi jeszcze jeden dowód na to, że układ planety podwójnej Ziemia – Księżyc jest naprawdę „nie z tego świata”:

Tabela V – Księżyce Układu Słonecznego

Księżyc
N(°)
Ruch
D(km)
(Z) Księżyc
18,2 – 28,6
n
3476
(M) Phobos
1,1
n
15
(M) Dejmos
0,9 – 2,7
n
8
(J) Io
0,0
n
3730
(J) Europa
0,0
n
3150
(J) Ganimedes
0,0
n
5150
(J) Callisto
0,0
n
5180
(J) Amalthea
0,4
n
150
(J) pozostałe
>24
różnie
<100
(S) Mimas
1,5
n
450
(S) Enceladus
0,0
n
450
(S) Tethys
1,1
n
1100
(S) Dione
0,0
n
1100
(S) Rhea
0,4
n
1400
(S) Tytan
0,3
n
4200
(S) Hyperion
0,4
n
400
(S) Dione B
0,0
n
<100
(S) pozostałe
≥1,0
n
≤100
(U) Ariel
0,0
w
500
(U) Umbriel
0,0
w
400
(U) Titania
0,0
w
1000
(U) Oberon
0,0
w
900
(U) Miranda
0,0 – 0,3
w
230
(U) pozostałe
bdb
bdb
bdb
(N) Tryton
160,0
w
4500
(N) Nereida
27,5
w
1200
(N) N1
bdb
bdb
bdb

Jak widać z powyższego zestawienia, tylko nasz Księżyc spełnia warunki, by wraz z Ziemia stworzyć układ planety podwójnej, którego oba składniki krążą wokół barycentrum. Poza tym Księżyc przypomina duże księżyce masywnych planet i jego średnica jest niemal równa średnicom księżyców galileuszowych, ale kąt nachylenia orbity do równika planety upodabnia go do planetoid wychwyconych przez masywne planety i zmuszone do pełnienia roli ich księżyców. O czym to świadczy? Ano o tym, że Księżyc może nie pochodzić z Układu Słonecznego! Mógł on przylecieć  skądinąd – być może nawet z Układu Proximy czy Syriuszów…

CDN.