Powered By Blogger

poniedziałek, 6 lutego 2012

Patomski fenomen (2)



Patomski fenomen

Siergiej Kożuszko

Arizoński Meteor Crater powstał w wyniku spadku na Ziemię meteorytu o masie 300.000 ton. Wybuch przy impakcie jest porównywalny z wybuchem 1000 bomb atomowych typu Hiroszima.

Jakuci koczujący w tajdze w okolicach Bodajbo od dawna nazywali ten zagadkowy obiekt Gniazdem Ognistego Orła, i wreszcie pod koniec XX wieku fenomen ten otrzymał w kręgach naukowych nazwę Patomski Krater. 

Nieoczekiwane odkrycie

Latem 1949 roku, geolog Wadim Kołpakow prowadził pomiary w Bodajbowskim Rejonie Irkuckiej Obłasti, w celu sporządzenia mapy geologicznej ZSRR. Na stoku Pogórza Patorskiego badacz natknął się na dziwny hełm[1] o charakterystycznej, stożkowatej formie jakby krateru na swym szczycie, porażającej swoimi rozmiarami: wysokość krateru wynosi 40 m, natomiast szerokość krateru w średnicy – 80 m. W rozmowach z żyjącymi tutaj tubylcami – Ewenkami i Jakutami – geolog ustalił, że ludzie z tych narodów od zawsze wiedzieli o tym hełmie i nazywali je „niedobrym miejscem”.

Nie bacząc na to, że o swoim odkryciu Kołpakow powiadomił kierownictwo, Patomski Krater nie zainteresował kręgów naukowych i władz, a o całej sprawie rychło zapomniano. Ale już wiosną 1959 roku jeszcze jeden geolog – Siergiej Sztyrko – w wiosce Pieriewoz, w tymże Bodajbowskim Rejonie po prostu spotkał się z Ewenkiem, który opowiedział mu o gnieździe ognistego orła. Sztyrko zapalił się do tej idei zobaczenia krateru i w końcu lata, zebrawszy garść czterech entuzjastów, wyprawił się na północ Pogórza Patorskiego. Ale przeciwieństwa nie dały na siebie długo czekać: już w 24 godziny po wyruszeniu jeden z członków ekspedycji złamał nogę, zaś drugi dostał zawału, wskutek czego grupa musiała wrócić do domu.

Uczestników następnej, nieoficjalnej ekspedycji zorganizowanej w 1963 roku, literalnie od samego początku zaczęły trapić różnorakie nieszczęścia. I tak jeden z członków ekipy rozrąbał sobie nogę toporem. Drugi silnie się poparzył przy rozpalaniu ognia na jednym z popasów. Nie dochodząc do krateru odległego o kilka kilometrów zmarł na zawał serca geochemik E. I. Worobiew. Mimo tego grupie udało się dotrzeć do zamierzonego celu, zebrać interesujący materiał naukowy, który oficjalną naukę nic nie obchodził. I tylko, w 40 lat potem (!!!) zainteresowała się tym zwyczajna, szkolna grupa badawcza…

Hipotezy uczonych

W dniu dzisiejszym istnieje kilka hipotez, co do istnienia Patomskiego Krateru. Tak więc niektórzy uważają, że powstał on wskutek spadku na Ziemię supergęstego obiektu, np. fragmentu gwiazdy neutronowej, który werżnąwszy się w naszą planetę przebił ją niemal na wylot i zastygł kilkaset metrów od powierzchni.

W końcu XX wieku, stała się popularna myśl o tym, że Patomski Krater ma związek ze spadkiem słynnego Meteorytu Tunguskiego (który spadł w dniu 30 czerwca 1908 roku, o godzinie 07:17.11 IRKT/23:17.11 GMT), jednakże późniejsze badania pozwoliły na ustalenie faktu, że wiek krateru wynosi nie mniej, niż 500 lat. Dlatego też to wydarzenie sprzed 100 lat nie mogło być przyczyna powstania Gniazda Ognistego Orła. Jednakże stronnicy meteorytowych wersji nie dali za wygraną, i doszli d wniosku, ze kilka stuleci temu na Syberię spadło jakieś kosmiczne ciało, co potwierdzają stare legendy Ewenków i Jakutów o ognistym smoku, który czasami przelatuje nad tajgą, a od którego oddechu kipi woda w rzekach, paliły się drzewa, a ludzie i zwierzęta ulegali oparzeniom.

Zgodnie z jeszcze jedną gadką, Patomski Krater powstał wskutek samoczynnej eksplozji uranu, którego pokłady znajdują się w tych krajach. Ruchy tektoniczne ziemi mogły spowodować skoncentrowanie się dużej ilości atomów uranu i w rezultacie do samoczynnej reakcji łańcuchowej (jak ma to miejsce w Oklo w Gabonie). Konkretnym potwierdzeniem tej hipotezy mogą być ślady podwyższonej radiacji w słojach drzew okrążających krater, które wskazują na to, że taki naturalny wybuch mógł mieć miejsce 150-200 lat temu.

Oczywiste i niewiarygodne

Jednakże żadna z przedstawionych przez oficjalną naukę hipotez nie doczekała się potwierdzenia do dziś dnia. Ten fakt stał się powodem wysypu najrozmaitszych wersji na temat pochodzenia Patomskiego fenomenu. Jedna z nich głosi, że pojawienie się w tajdze tej niezwykłej formacji ma związek z jakimś sztucznym kosmicznym obiektem. No bo skąd wzięły się tam niezwykłe metaliczne kuleczki, a także inne metalowe przedmioty – namagnesowane krążki i inne przedmioty ze srebrzystego metalu, których wielką ilość znaleziono w kraterze? Według poglądów ufologów, Nieznany Obiekt Latający wciąż znajduje się pod powierzchnią krateru. Poza tym to UFO nawet udało się namierzyć w czasie geomagnetycznego sondażu terenu…

I rzeczywiście, w 2007 roku, grupie irkuckich uczonych przy pomocy specjalistycznego sprzętu geomagnetycznego, udało się namierzyć pod kraterem jakiś elipsoidalny obiekt o długości 500 m i znajdujący się 100 m pod kraterem, i charakteryzującego się anomalnie wysoka przewodnością elektryczną. Jednak uczeni nie kwapią się do badania tego „czegoś”, ani wypowiadać się o jego naturze…

Zgodnie z inną, niemniej fantastyczną hipotezą, krater ten został zrobiony przez jakąś cywilizację, znajdującej się wewnątrz Ziemi. Ów przedziwny hełm jest swego rodzaju bramą, przez którą mieszkańcy Podziemia wydostają się na powierzchnię naszej planety. Zwolennicy tej hipotezy twierdzą także, że Tunguska Eksplozja i pojawienie się w roku 2002 tzw. Witimskiego Bolidu – to dzieło rak tajemniczych mieszkańców Podziemi, którzy prowadzą eksperymenty z nieznanymi Ludzkości energiami w bezpiecznej dla siebie odległości, z zamiarem zawojowania w Przyszłości naszego świata.

Nierozwiązane zagadki

W dniu dzisiejszym teren na którym znajduje się Patomski Krater zadziwia wielką ilością anomalnych zjawisk. W pniach drzew rosnących w okolicy krateru można znaleźć ogromne – o średnicy 15 cm – dziury na wylot, przypominające przestrzeliny artyleryjskie. Drewno na ich krawędziach wykazuje ślady radioaktywności i silne namagnesowanie.

Ale to jeszcze mały pikuś. Zdarzało się, że lotnicy, którzy zapuścili się nad tamten rejon opowiadają, że krater ten od czasu do czasu… znika! I zamiast hełmu widzą oni tylko bezkresny las tajgi!

Jak wynika z opowieści miejscowych – Ewenków i Jakutów – poza Gniazdem Ognistego Orła mają tam miejsce dziwne, niewytłumaczalne i wręcz mistyczne wydarzenia. Pastuchowie wypasający w tych stronach, w nocy obserwują niejednokrotnie dziwne niebieskawe świecenie nad kraterem. I zazwyczaj w ich stadach znika bez śladu jeden renifer. Rankiem ślady zaginionego renifera znajdują oni na skraju krateru, za krawędzią którego one się nagle urywają.

Mieszkający w okolicy Jakuci wybierając się w stronę krateru nigdy nie biorą ze sobą broni. Istnieje bowiem przesąd, że każdy – kto ma ze sobą broń – ginie od niej. I co więcej – nie można jej potem odnaleźć…

Zupełnie niedawno irkuccy uczeni oświadczyli, że rozwiązali zagadkę Patomskiego Krateru: krater powstał w wyniku silnych wyrzutów gazu – metanu, którego bogate pokłady znajdują się w tej części Północno-Wschodniej Syberii. No cóż – być może iż w XXI wieku syberyjskim badaczom wreszcie postawili kropkę nad „i” w wieloletnich sporach rosyjskich uczonych wokół znanego Patorskiego fenomenu.

Koniec tajemnicy?

Rzeczywiście to ostatnie stwierdzenie może być prawdziwe. Takie rzeczy, jak wyrzuty metanu się zdarzają. A co w takim razie z tym obiektem, który został namierzony przy pomocy georadaru? Być może jest to tylko pusta komora po erupcji gazu. Może jest to wbity tam meteoryt, choć ta wersja jest niezbyt przekonująca, bo wystarczy popatrzeć na zdjęcia choćby Meteor Crater w Arizonie, czy kratery poimpaktowe w Kanadzie czy Australii. To jest zupełnie coś innego. Nie jest to także krater wulkaniczny, bo nie ma nawet śladu erupcji lawy czy popiołów.

Dziwne efekty świetlne w okolicach krateru mogą być spowodowane obecnością rud uranowych czy uranowo-torowych, które mogą wywołać jonizację powietrza – szczególnie gdy jest ono nieruchome. Pojawiające się świecące obiekty mogą być właśnie takimi obłokami zjonizowanego powietrza. To może także powodować zakłócenia łączności i powstawanie ech na ekranach radiolokatorów oraz problemy z radionawigacją i łącznością radiową nad tym obszarem. A cała reszta z opowiadań Ewenków i Jakutów, to po prostu folklor…

Ale czy to jest cała prawda o tym fenomenie?

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 40/2011, ss. 22-23

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©    



[1] Wzgórze, pagórek o łagodnych kopulastych zboczach.

niedziela, 5 lutego 2012

Patomski fenomen (1)

W Gnieździe Ognistego Orła znajduje się ogromne jajo!



Ostatnio media odgrzały dość starą sprawę Patomskiego Krateru, w którym może znajdować się albo unikalny meteoroid, albo statek kosmiczny z innych światów. Przypominam pierwszy materiał na ten temat, który opublikowałem na łamach „Nieznanego Świata” w roku 2010. A oto i on:

* * *

Pod Patomskim Kraterem na głębokości 100 metrów uczeni wykryli dziwny trójwymiarowy obiekt. Ostatnio w 2007 roku zakończyła się kolejna ekspedycja „Komsomołki” na Patomskij Krater. Pierwsze, najbardziej wstępne rezultaty były opublikowane natychmiast po jej zakończeniu (=> „Komsomolskaja Prawda” z 19.07.2008) i oto wreszcie uczeni opracowali wszystkie otrzymane dane. Wniosek okazał się oszałamiającym.


Dla naukowców to Patomskij krater, ale miejscowi Jakuci wolą nazywać anomalię Gniazdo Ognistego Orła. Na Patomskom Plateau na 59°17'4.14"N - 116°35'20.64"E znajduje się tajemnicze wzgórze. Jest ono na granicy Irkuckiego Obwodu i Jakucji, mniej więcej w 200 kilometrów od najbliższej cywilizacji (centrum okręgu wydobywania złota, miasta Bodajbo), gdzie nad jaskrawo-zieloną tajgą wznosi się mroczna góra z równym, jak by nożem odciętym szczytem. Dominuje ona w miejscowym krajobrazie i przyciąga spojrzenie z każdego punktu, jak piramida Cheopsa. Na wybudowanie takiej góry, według obliczeń uczonych, potrzeba nie mniej niż pół miliona ton kamieni! Podobnej formacji nie ma nigdzie na świecie.

- Latem 1949 roku badałem Bodajbinskij Okręg Irkuckiego Obwodu do ułożenia geologicznej mapy ZSSR - opowiada odkrywca Patomskiego Krateru. Kiedy po raz pierwszy zobaczył krater, pomyślał, że to miraż. Z dala on przypominał gigantyczną hałdę kopalnianą. Ale skąd tu górnicy? Przecież to głuchy okręg tajgi. Druga myśl była taka, że jest to archeologicznym artefaktem. Ale miejscowi Ewenkowie i Jakuci przy moim do nich szacunku – to nie są wcale dawni Egipcjanie.

Rozmiary krateru rzeczywiście wywierają wrażenie. Wysokość wynosi 70 metrów (jak 20-piętrowy dom. – przyp. red.), a zewnętrzna średnica - koło 180 metrów (no bezpośrednio jak stadion Łużniki. – przyp. red.). I według rozeznania geologa, kiedy w latach 70. zobaczył zdjęcia powierzchni Księżyca, to krater ten wydał mu się zjawiskowo podobnym do księżycowego.

Właściwie, ta anomalia tylko dla uczonych i Patomskij Krater, a miejscowi Jakuci wolą nazywać to miejsce „Gniazdo Ognistego Orła”. Dlaczego tak - dokładnie nie wiadomo...
        
Tym razem uczeni przywieźli wyposażenie na ogólną wagę powyżej kwintala.
        
W zeszłym roku znaleziono anomalię magnetyczną.

„Komsomołka” razem z naukowcami Rosyjskiej Akademii Nauk już nie pierwszy rok zajmuje się badaniem unikalnego krateru. Nie udało się dociec, czym jest ten krater, chociaż jest na jego temat wiele hipotez. Przypomnę, że w ekspedycji 2006 roku uczeni pod nim, na głębokości 100 - 150 metrów, znaleźli anomalię magnetyczną.  Przy czym na tyle silną, że przyrządy wykryły zmianę pola magnetycznego w terenie, na obszarze dwa razy przewyższającego rozmiary krateru. Tworzy ją jakiś przedmiot, składający jest z żelaza, innego ferromagnetyku? Czy coś jeszcze? Wtedy określić tego nie udało się. To jest zadaniem obecnej ekspedycji.

Tam rzeczywiście coś jest!

Wcześniej do naszych ekspedycji zapraszaliśmy tylko przedstawicieli Rosyjskiej Akademii Nauk. Tym razem z nami udali się jeszcze i przedstawiciele prywatnej kompanii jest Irkuckie Przedsiębiorstwo Elektro-Zwiadowcze S.A. (IERP), które prowadzi doktor geologiczno-mineralogicznych nauk Aleksander Pospjejew. Kompania proponuje usługi badań geofizycznych – od poszukiwań skarbów do poszukiwań kopalin. Teraz jest to jedna z czołowych organizacji tego rodzaju w tym obwodzie.

Zdecydowaliśmy się zatrudnić prywaciarzy z dwóch przyczyn. Po pierwsze, takie teraz są czasy, że komercyjne firmy posiadają więcej nowoczesnego i unikalnego wyposażenia, niż instytuty RAN. A po drugie, IERP S.A. – to kompania na rynku autorytatywna. I nie opłaci się mieszać się jej w jakieś machinacje, ryzykując swoim dobrym imieniem. Okaże się, że pod kraterem niczego nie ma - tak i oświadczą. Jeśli jest, to też nie będą wymyślać niczego zbytecznego. Żadnych fantazji w rodzaju latających talerzy, czasolotów albo baz Kosmitów.
        
W kraterze pracowali przedstawiciele sześciu instytutów RAN i jednej komercyjnej kompanii.
- Z czterech stron od krateru na pewną odległość mierzymy różne składowe pola elektrycznego i magnetycznego - objaśnia Aleksander Pospjejew. - Rejestrując prądy różnej częstotliwości, można prześledzić przewodność gruntu na różnych głębokościach.
W praktyce to wyglądało tak: przez kilka dni trzej ludzie w nieprzebytym lesie biegali do góry - na dół po wzgórzach z pół setką kilogramów aparatury na grzbiecie. Zajęcie w ulewę jest niezbyt zachwycające. Natomiast, jak okazało się, bardzo produktywne.

Aleksander Pospjejew:
- Teraz na sto procent mogę potwierdzić, że pod kraterem stwierdziliśmy obecność trójwymiarowego obiektu, mającego zwiększoną przewodność elektryczną. Przypomina on w kształcie cylinder lub elipsoidę, której wierzchołek znajduje się na głębokości mniej więcej 100 metrów. Na dół on odchodzi na 600 - 700 metrów. Ale, sądząc według rezultatów, on składa się nie z żelaza, nie z jakiegokolwiek innego znanego ludzkości metalu. Ale to, że on tam się znajduje jest faktem!

To zbiega się z rezultatami eksperymentu, który zrobił doktor nauk fizyczno-matematycznych, kierujący laboratorium falowej dynamiki Instytutu Problemów Mechaniki RAN Igor Simona.
- Wychodząc z dwóch założeń stworzyliśmy model - objaśnia Igor Walentinowicz – Krater ten powstał wskutek uderzenia we wzgórze jakiegoś ciała o wysokiej gęstości. Obiekt zatrzymał się na pewnej głębokości po dojściu do podziemnej jamy wypełnionej gazem pod wielkim ciśnieniem - geolodzy wiedzą o istnieniu takich soczewek.  Gaz jak tłok wypchnął przemieloną impaktem naszego obiektu ziemię na powierzchnię.
- Matematyczny model i wyliczenia wykazały realność naszych przypuszczeń, - kontynuuje uczony. - A w laboratorium przeprowadzono eksperyment, gdzie w miejsce skał wapiennych Krateru Patomskiego użyto rzecznego piasku i okruchów granitu. W obu przypadkach kształt powstałych kraterów był podobny.  
        
Pomoc specjalistom okazał także korespondent „Komsomolskiej Prawdy” Andriej Moisjejenko.  

Skąd ten przybysz?

Cóż więc to było? Coś z kosmosu wbiło się w Ziemię? Czy gigantyczny gwiazdolot z jakimiś pozaplanetarnych, kosmicznych stopów, o których istnieniu uczeni napomykali w żartach? Czy półkilometrowy meteoryt dziwnej formy utknął w wnętrzu naszej planety?

Amatorzy niecodziennych zjawisk zacierali z radością ręce. Oto jak skomentował rezultaty tego zwiadu jeszcze jeden uczestnik naszej ekspedycji - współpracownik Instytutu Dynamiki Ziemi RAN, dr nauk geologiczno-mineralogicznych Borys Gołubow:
- Mam wielkie wątpliwości, czy natknęliśmy się na kosmiczny artefakt. Można objaśnić anomalię i bardziej ziemskimi przyczynami. Na przykład, jak przypuścili w IERP S.A., obiekt został utworzony przez ciecze - słoną wodę z podniesioną przewodnością elektryczną, która podniosła się z wnętrza Ziemi do jakiejś jamy pod kraterem. Inne przypuszczenie, że jama ta mogła utworzyć się na wskutek uderzenia ciała kosmicznego, które z wielką prędkością wbiło się w Ziemię. Właściwie, to zamarzając, to topniejąc, woda mogła wypchnąć na powierzchnię stertę kamieni, która utworzyła Patomskij Krater. Jest i inny racjonalny wariant. Na przykład, podniesienie słonej wody z głębokości pod działaniem zmieniającej się struktury hydrotermalnej - innymi słowami, coś wydarzyło się w wnętrzach planety i woda poszła do góry. Ale niewykluczone, że oba mechanizmy działały razem.

„Podziemną” wersję zaproponowali także geofizycy z Uniwersytetu Irkuckiego. Zbadali oni skład powietrza, gruntu i górotworów w samym kraterze i w jego okolicach. Stwierdzono podniesioną ilość metanu wydobywającego się z wewnątrz ziemi.
Teraz badacze z IERP badają okolice krateru. Potem uczeni spróbują razem odtworzyć trójwymiarowy wygląd „jajka”, ukrywającego się pod Patomskim Kraterem.
Ale na tym zagadki „Gniazda Ognistego Orła” nie kończą się...
                  
Nie przegapcie okazji!

26 lutego w sali konferencyjnej Instytutu Fizyki RAN, który jest naukowym kuratorem naszych ekspedycji, starszy pracownik naukowy Instytutu Słoneczno-Ziemskiej Fizyki OD RAN Sergiej Jazjew wygłosi odczyt pt. „Patomskij Krater – Zagadkowa formacja naturalna na północy Syberii”.

Źródło: „Komsomolskaja Prawda” - http://www.penza.kp.ru/daily/24251.3/448519/


CDN.

sobota, 4 lutego 2012

Semipałatyńsk – następstwo Hiroszimy



 Radzieckie testy nuklearne w Semipałatyńsku...
...i ich dalekosiężne efekty, których rzekomo w ogóle nie ma, bo energia jądrowa jest przecież taka bezpieczna... (Foto - Internet)


Igor Krasnowskij

Równo 48 lat temu pomiędzy ZSRR a USA i Wielką Brytanią został podpisany Międzynarodowy Traktat o zakazie doświadczeń z bronią jądrową w powietrzu, kosmosie i pod wodą. Do tego czasu, próbne wybuchy atomowe przeprowadzano byle gdzie i byle jak, bez jakiegokolwiek względu na efektu, jakie wywierają one na środowisko.

Zagadkowy uśmieszek Stalina

6 i 9 sierpnia 1945 roku USA zademonstrowały całemu światu swoje śmiercionośne know-how – bomby atomowe zostały zrzucone na japońskie miasta Hiroszima i Nagasaki. Na krotko przedtem, w czasie Konferencji Poczdamskiej prezydent USA Harry Truman powiedział Stalinowi, że w jego kraju wyprodukowano broń o straszliwej sile rażenia. Reakcja radzieckiego przywódcy zdumiała amerykańskiego prezydenta: Josif Wissarionowicz tylko się uśmiechnął i życzył Trumanowi powodzenia w użyciu tej broni przeciwko Japończykom. Churchill sądził, że Stalin po prostu nie zrozumiał, o czym właściwie była mowa. Jednakże w rzeczy samej Stalin doskonale zrozumiał, tylko nie dał tego po sobie poznać. A uśmiechnął się on zagadkowo tylko dlatego, że Związek Radziecki już od dwóch lat pracował nad swoja wersją bomby A.

Rząd amerykański był przekonany, że tak minimalnie do roku 1952 USA będzie jedynym państwem posiadającym tą straszliwą broń. Przecież zaraz po zajęciu Berlina, Stany Zjednoczone już zadbały o to, by władze radzieckie nie dostały do swych rąk prace nad atomem prowadzone przez niemieckich uczonych, a także wywiozły wszystkich niemieckich specjalistów-jądrowców. No i Amerykanie zdumieli się, kiedy w sierpniu 1949 roku odkryli pierwszy radziecki test jądrowy.

Śmiercionośne „grzyby”

W celu badań nad bronią jądrową na terytorium Kazachskiej SRR wydzielono specjalny poligon – Semipałatyński. Jego powierzchnia obejmowała wszystkiego 18.500 km². Pierwsza radziecka bomba atomowa RDS-1 o mocy 22 kt została zrobiona na wzór amerykańskiej bomby Fat Man, który eksplodował nad Nagasaki. Na poligonie wzniesiono 37-metrową wieżę, na której szczycie zamontowano bombę. Po wybuchu na tym miejscu pojawił się trzymetrowy krater. W dużym promieniu od epicentrum eksplozji runęły wszystkie budynki, czołgi przewróciły się do góry gąsienicami, tak samo samoloty i działa, poza tym zerwało z przęseł most kolejowy, który znajdował się w odległości 1,5 km od PUNKTU ZERO. Z 1538 rozrzuconych na poligonie zwierząt doświadczalnych zginęły 345, pozostałe zostały poważnie ranne. O eksperymencie powiadomiono władze partyjne i państwowe.

Potem śmiercionośne „grzyby” zaczęły pojawiać się nad Kazachstanem. Bomby eksplodowały na ziemi, podwieszone na wieżach, w powietrzu zrzucane z samolotów i w podziemnych szybach. 12 sierpnia 1953 roku, Związek Radziecki wypróbował bombę wodorową RDS-6s o mocy 400 kt, w sumie 10-krotnie silniejsze od obu bomb zrzuconych na japońskie miasta. 11 października 1961 roku, w Kazachstanie ziemia drgnęła od silniejszego uderzenia – radzieccy specjaliści odpalili pierwszą podziemną bombę jądrową.

Wypalona ziemia

No i jak wiadomo, stopniowo do rządów wszystkich światowych mocarstw doszło, że tym wszystkim, co mają, mogą zniszczyć całą Ziemię. W ciągu 14 lat – od 1949 do 1963 roku – na samym tylko Semipałatyńskim Poligonie przegrzmiały atomowe eksplozje o sumarycznej mocy 2500 razy większej od amerykańskiej bomby Little Boy, zrzuconej na Hiroszimę. 10 października 1963 roku, przywódcy ZSRR, USA i Zjednoczonego Królestwa zebrali się w Moskwie i podpisali Traktat w którym zobowiązali się przeprowadzać testy jądrowe tylko pod ziemią. I w 1989 roku terytorium Kazachstanu przestały targać wybuchy atomowe. A w sierpniu 1991 roku, rząd Republiki Kazachstanu podał do wiadomości informację o zamknięciu Poligonu Semipałatyńskiego.

Od tych czasów minęło 20 lat, ale na niektórych obszarach tego terenu poziom promieniowania nawet dzisiaj dochodzi od 10.000 do 20.000 μR/h, przy normie tła radioaktywnego gruntu wynoszącej 20-25 μR/h. Skażone radioaktywnie pozostaje areał 304.000 km² ziemi na byłym poligonie. Przez te lata badań niebezpieczne dla życia dawki promieniowania otrzymało 1.323.000 ludzi.

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 41/2011, s. 3

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©  

piątek, 3 lutego 2012

Czerwona rtęć: genialna blaga

Jewgienij Leszukonskij

W roku 1924, w USA, wybuchła gruba afera związana z wydobyciem ropy naftowej. Przed sądem stanęli wyżsi urzędnicy Stanów. W ZSRR na ten temat pojawił się felieton, w którym po raz pierwszy padło sformułowanie „sprawa pachnie ropą”.

Pogłoski o „czerwonej rtęci” – związku chemicznym, który jakoby zmienia właściwości materii i było wykorzystane do radzieckiej obrony – krążyły jeszcze w latach 70. Od tego czasu służby specjalne różnych krajów, a także terroryści, zaczęły polować na tym wielofunkcyjnym katalizatorem znanym także jako RM-20/20 9handlowa nazwa czerwonej rtęci od słów Red Mercury), jednakże wszelkie próby uzyskania tego związku pozostały bezowocnymi. Być może dlatego, że on po prostu… nie istnieje.

Poszukiwania cudownego katalizatora

Nie bacząc na to, czerwonej rtęci żaden handlowiec nigdy nie widział, była ona kompleksowym i całkiem udanym projektem. W latach 70. światową opinią publiczną (ale nie w ZSRR – cenzura!) wstrząsnęła wiadomość – w laboratoriach radzieckiego kompleksu wojskowo-przemysłowego zsyntezowano wielofunkcyjny, toksyczny i radioaktywny katalizator, który posiada na dodatek całą masę specyficznych właściwości. No i podobno dzięki niej uczeni z Sowietów opracowali całą linię nowych unikalnych rodzajów broni. Czerwona rtęć występuje także w detonatorach bomb termojądrowych i laserach o ogromnej mocy, które z orbity mogły razić naziemne cele. Bez RM-20/20 istnienie takich rodzajów broni było niemożliwym z tej przyczyny, że czerwona rtęć jest ich istotnym komponentem. Trzeba tu powiedzieć, że specsłużby (w tym przede wszystkim wywiady wojskowe państw paktu NATO) zapragnęły zdobyć ten wielofunkcyjny katalizator, zaś sojusznicy ZSRR (wtedy było ich jeszcze dużo) zwrócili się do rządu radzieckiego z prośbą o dostarczenie im próbek tego przekraczającego wszelkie zrozumienie środka chemicznego. Jednak ani jedni, ani drudzy nie osiągnęli swego celu.

Szpiedzy z kapitalistycznych mocarstw poszli na skróty i próbowali zwerbować specjalistów pracujących w zakładach pracy, które teoretycznie mogli mieć dostęp do czerwonej rtęci. Radzieccy kontrwywiadowcy w tej wojnie zatrzymali dziesiątki zagranicznych agentów i zwerbowanych obywateli ZSRR, którzy usiłowali znaleźć choćby jakiś ślad informacji na temat RM-20/20. Dlatego też powstała hipoteza – plotki o RM-20/20 zostały rozpuszczone celowo przez KGB w celu zaktywizowania wrogich siatek wywiadowczych w ZSRR i tym samym ich ujawnienie. Ta hipoteza ma oczywiście pełne prawo istnienia.

Jednakże pomimo tego, agentury obcych służb wywiadowczych nie przerwały swej roboty i chcieli oni potwierdzić istnienie RM-20/20. A w tym czasie przybliżała się głasnost’ i pierestrojka.

Bajeczka stulecia!

W końcu lat 80. informacja o istnieniu czerwonej rtęci dotarła wreszcie do obywateli naszego kraju. Rozumie się, że nie było to coś konkretnego, ale ludzie (zorientowani prawicowo, mający na pierwszym planie złotego cielca) zaczęli działać. Gazety zaczęły pisać o zakupach i sprzedaży czerwonej rtęci, ale – co jest oczywiste – prawdziwym RM-20/20 tam nie pachniało. Agenci zachodnich wywiadów (w rolach kupców) mieli nadzieję (drobne sito w takich przypadkach nie przeszkadza) trafić na sprzedawców katalizatora. No a nasi obywatele (sprzedawcy) szukali „jeleni”, którym pod szyldem RM-20/20 można było wcisnąć, co się tylko dało. Przy czym nie wszyscy byli aferzystami, korzystali po prostu z okazji.

I tak np. poszła plotka, że czerwonej rtęci używa się w zaokiennych termometrach. I natychmiast zaznaczył się deficyt tego towaru w sklepach. Ludzie skupywali termometry, rozbijali je i zlewali barwioną ciecz do butelek, by ją potem sprzedać, czy po prostu skupywali całe kontenery termometrów... Natomiast naszym służbom było wiadome, że w roku 1989, pracownicy CIA, MOSSAD-u czy MI-5[1] i innych wywiadów dokonali kilkaset zakupów kontrolowanych, które kosztowały je kilka milionów dolarów. W ani jednej z nich nie było jakiegokolwiek śladu RM-20/20, tylko ten sam kolorowany spirytus z termometrów. Do barwienia różnych świństw używano farb akwarelowych, wody z aniliną, czy nawet tłuczoną cegłą. A tylko KGB miała wyniki, bo posypały się aresztowania wrogiej agentury, która dała się nabrać na tą bajeczkę, ba! – brednię stulecia!

Złote czasy dla aferzystów

Należy zaznaczyć, że niektórzy cwaniacy zarobili na „niby to czerwonej rtęci” miliony dolarów. Oni przewozili ogromne partie (niekiedy kolejowe cysterny) tego wielofunkcyjnego katalizatora za granicę (w głównej mierze tranzyt przebiegał przez terytorium Ukrainy), zaś w roli kupujących wcielali się agenci rozmaitych wywiadów  (już nieco mniej ochotnie), nie mających środków technicznych terroryści wszelkiej maści i kalibrów (burzliwy rozwój terroryzmu prawie przypadł na te właśnie lata), a także obywatele państw trzecich pragnący najpierw zakupić partię RM-20/20 po to, by z zyskiem odsprzedać swemu rządowi. W celu oszukania kupców, rosyjscy dilerzy mieli nawet dokumenty i certyfikaty potwierdzające, że towar był zsyntetyzowany według receptur i w zakładach radzieckiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Zdarzało się też, że w gazetach ukazywały się artykuły pisane na zamówienie aferzystów mówiące o tym, że np. „…w Jekaterinburgu z wojskowej  fabryki nieznani sprawcy wyprowadzili trzy cysterny czerwonej rtęci”. Takie publikacje wraz z lewymi dokumentami pokazywano kupcom. I nie patrząc na to, że z rosyjskich republik byłego ZSRR na Zachód szły dziesiątki ton RM-20/20, ten cudowny katalizator nie wpadł nikomu w ręce…

Ostatnie z tego rodzaju afer datuje się z 2008 roku. W Ufie zatrzymano oszustów, którzy proponowali sprzedaż termosu pełen zafarbowanej na czerwono zwyczajnej rtęci (twierdzili oni, że jest to przechodzony katalizator) za 5.000.000 rubli. Oszuści powiedzieli kupującemu, że wykradli ten materiał z jednej z wojskowych fabryk , a która produkowała czerwoną rtęć za zezwoleniem… CERN (!!!). Oczywiście to była bzdura.

25 milionów razy droższa od złota

Zainteresowanie wywiadów NATO czerwoną rtęcią stopniowo wygasło – ich specjaliści stwierdzili bezdyskusyjnie, że coś takiego nie istnieje. Jednakże na RM-20/20 cały czas uganiają się terroryści i dyktatorzy.

I tak np. w 1998 roku, niedługo do rozpoczęcia bombardowań Iraku przez lotnictwo NATO, Saddam Husajn ufundował nagrodę miliarda dolarów temu, kto dostarczy mu choćby 1 gram czerwonej rtęci. (!!!) Przy jego pomocy tyran zamierzał zbudować superbroń, która pozwoliłaby pobić Amerykanów i ich sojuszników. Dla porównania – 1 gram złota o próbie 999 kosztuje około 40 USD, a zatem nietrudno policzyć, że 1 gram RM-20/20 był dla Husajna 25.000.000 razy droższy od złota!

Podobną cenę wyznaczył parę lat temu król Arabii Saudyjskiej, który widział w RM-20/20 stuprocentowe panaceum na wszystkie choroby onkologiczne.

W roku 2001 terrorysta Szamil Basajew oświadczył, że dysponuje większą ilością czerwonej rtęci i zamierza jej użyć przeciwko siłom zbrojnym Federacji Rosyjskiej w Czeczenii oraz cywilom na terytorium Rosji. FSB potraktowała to jako blef. I tak było w rzeczywistości, bo Basajew przeprowadzał „zwykłe” ataki terrorystyczne bez użycia „techniki specjalnej”.

W parę lat później jeden z liderów al-Quaedy (al-Kaidy) też oświadczył, że posiada broń której podstawą działania jest RM-20/20, a chodziło tu o tzw. „brudną bombę atomową”. Informacja ta wywołała panikę wśród Amerykanów, do których była adresowana ta groźba. Służby specjalne USA wytropiły i ujęły terrorystę. Przesłuchiwany rychło przyznał się do tego, że kłamał po to, „…by posiać strach i zwątpienie w sercach i umysłach niewiernych…”

…Jeszcze w latach 70. czerwoną rtęć pragnęły posiąść bardzo poważne struktury. O ile terroryści czy tropiciele tajemnic państwowych nie mieli doświadczenia w tej kwestii i można się z nich pośmiać, to wywiadom państw NATO trzeba oddać to, co im należne. Przez 30 lat poszukiwań nie znaleziono nawet śladów czerwonej rtęci. Sądząc z tego wszystkiego można tylko to, że cała ta afera z RM-20/20 to była tylko genialna ściema, puszczona pomiędzy lud przez radzieckie służby specjalne. One zorganizowały „kontrolowany przeciek informacji” po to, by wyselekcjonować krąg osób, które zainteresuje czerwona rtęć i związane z nią możliwości.

RM-20/20 a sprawa polska

W mojej służbowej działalności na granicy Polski też spotkałem się z czerwoną rtęcią. Kiedy w 1989 roku Polska odzyskała swoją quasi-niepodległość i zostały znacznie rozluźnione dotychczasowe rygory w ruchu granicznym, do służb operacyjnych Wojsk Ochrony Pogranicza, a po maju 1991 roku Straży Granicznej RP, zaczęły docierać sygnały o nielegalnym transferze materiałów rozszczepialnych z krajów byłego ZSRR do Europy Zachodniej oraz do krajów Bliskiego i Środkowego Wschodu via Europa Zachodnia. W informacjach na ten temat pojawiło się także hasło „czerwona rtęć”. Temat stał się modnym we wczesnych latach 90., ale potem umarł śmiercią naturalną.

Wzmożone kontrole obywateli państw WNP nie dały żadnego śladu czerwonej rtęci, ale za to doszło do kilku wpadek przemytników wiozących pojemniki z radioaktywnym cezem czy tzw. pastylki paliwowe z mieszaniną uranu z plutonem. Przy okazji wyszło jeszcze, ile naprawdę wynosi skażenie w okolicach Czarnobyla, i kilka innych rzeczy równie nieprzyjemnych, nijak się mających do uspokajających raportów atomistów z CLOR i PAA.

Zagrożenie to wzrosło po 21 sierpnia 1991 roku, kiedy to skończył się ów dziwny pucz Janajewa-Kriuczkowa-Pugo, po którym wywalono z roboty wielu funkcjonariuszy KGB mających dostęp do wielu dziwnych spraw i miejsc. Być może to oni właśnie kolportowali te dziwne pogłoski i zgarniali za nie grubą kasę, wszak truizmem jest stwierdzenie, ze najwięcej i najlepiej zarabia się na ludzkim strachu i głupocie…

Szwedzka TV za BBC nadała program poświęcony czerwonej rtęci, w którym wprost stwierdza się, że RM-20/20 nie tylko istnieje, ale nawet pokazuje się na dowód buteleczki wypełnione jakimś czerwonawym płynem o wyglądzie i konsystencji rtęci. Co więcej – straszy się tam ludzi walizkowymi bombami termojądrowymi o mocy od 300 kt do 1 Mt i więcej. Ich konstrukcję ponoć oparto właśnie na RM-20/20. No i oczywiście pojawiają się uczeni, którzy wiedzą, jak to wygląda naprawdę. Podaje się także skład tego związku – jest to amalgamat rtęci i antymonu o wzorze chemicznym Hg2Sb2O6-7. Związek ten sam w sobie niebezpieczny i trujacy, bo rtęć i antymon są szkodliwe dla zdrowia, ale nie radioaktywne czy żrące. Być może była to właśnie taka „kupiona” audycja na zamówienie służb specjalnych Wielkiej Brytanii i innych krajów. Pojawiła się ona w TV w roku 1994 czy na początku 1995, kiedy zainteresowanie RM-20/20 osiąga swe apogeum.

Nie znaleźliśmy na Łysej Polanie ani 1 grama czerwonej rtęci – to prawda, ale za to ujawniliśmy ładunki metali kolorowych i nieżelaznych przewożone na polskie złomowiska. Ujawniliśmy także proceder kradzieży i wywozu za granicę miedzianych przewodów trakcji kolejowej, wskutek czego zapuszkowaliśmy trzech złodziei. W 1993 roku ujawniono ładunek 5 litów rtęci przewożone w słoju przez Bułgarów, przypadkowo słoik ten rozbił się i trzeba było wzywać służby ochrony środowiska w celu dekontaminacji tego niebezpiecznego skażenia. Poza tym cała masę różnych toksycznych paskudztw wwożonych do Polski w celu ich „utylizacji” – najczęściej w rzekach…

Przy okazji polowania na RM-20/20 wyszło na jaw, że Polska jest krajem, w którym odbywają się spotkania pomiędzy radzieckimi atomistami a wysłannikami bliskowschodnich reżimów – obywatelami Iranu, Iraku, Pakistanu, w Zakopanem, Nowym Targu czy Krakowie. Poza tym zaktywizowali się „dyplomaci” z Indii i Chin… Czyżby oni też byli zainteresowani RM-20/20? Chyba raczej nie – oni pewnie pilnowali tych pierwszych i tych drugich, by nie dogadali się ze sobą. I siebie nawzajem też…

Zgadzam się z tezą autora, że cała ta sprawa to totalny blef, nieprawdopodobna ściema, jakaś super-głupawka, który – podobnie jak np. osławiony Incydent w Roswell – miał za zadanie ściągnąć uwagę służb na nieistniejący fakt po to, by można było ujawnić rozmiar wrogiej penetracji – w tym przypadku USA przez KGB i GRU. Tak samo KGB powtórzyła ten trick w stosunku do zachodnich specsłużb podsuwając im inteligentnie brzmiący bzdet o niezwykłej substancji zdolnej tysiąckrotnie wzmocnić siłę rażenia wybuchu jądrowego i moc lasera… Nie zapominajmy tego, że w 1980 roku Amerykanie zaczynają mówić o planach Gwiezdnych Wojen, programach SDI/NMD i innych egzotycznych programach wyprowadzenia działań wojennych w Kosmos. A że na akcję musi być reakcja, to pojawił się mit o czerwonej rtęci…  

I to by było na tyle – jak powiedziałby Jan Tadeusz Stanisławski

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 39/2011, ss. 18-19

Przekład z j. rosyjskiego i komentarz –
Robert K. Leśniakiewicz ©       



[1] Autorowi chodziło o MI-6, która jest służbą wywiadu, a nie MI-5, która jest kontrwywiadem. 

czwartek, 2 lutego 2012

Ostatni rozkaz Bormanna


Andriej Bystrow

W latach 30. w ZSRR próbowano zbudować latającą łódź podwodną, ale projekt ten nie wypalił. Pomysł ten zrealizowano w USA – w latach 60. pojawiły się tam samoloty, które mogły wodować i zanurzać się w wodzie.

We wrześniu 1967 roku, do redakcji zachodnioniemieckiej gazety „Die Welt” wszedł młody człowiek. Przedstawił się jako Werner Horn i położył na biurko rękopis. Wedle jego słów, był to wojenny pamiętnik jego ojca, dowódcy hitlerowskiego okrętu podwodnego U-536Zygfryda Horna. Jednak redaktora ów dokument nie zainteresował. Nie było zainteresowania wojennymi memuarami, więc z tego, czy może jeszcze jakiegoś innego powodu, zwrócił on rękopis Wernerowi. Potem o tym pamiętniku długo niczego nie słyszano. Teraz znów odkryto go na nowo, w dramatycznych okolicznościach.

Uratować dokumenty!

14 kwietnia 1945 roku, okręt podwodny Wherwolf pod dowództwem Zygfryda Horna stanął na redzie bazy U-bootów w Kielu.[1] Ten okręt mógł osiągnąć pełne zanurzenie w ciągu 40 sekund i to na głębokość powyżej 100 metrów. Jego zaopatrzenie w środki do przeżycia pozwalało na dwumiesięczny, autonomiczny rejs, a dwa diesle Kruppa o mocy 2200 KM każdy pozwalały na osiąganie nawodnej prędkości marszowej przekraczającej 18 kts (33,3 km/h). Idąc pod tzw. „chrapami” okręt mógł osiągnąć prędkość 12-14 kts (22,2 – 25,9 km/h) nie wynurzając się na powierzchnię. W poprzednich miesiącach ten U-boot polował na konwoje na Północnym Atlantyku. Rozkaz powrotu do Kielu przyszedł niespodziewanie.

Hornowi polecono zameldować się. Spotkał się z nim SS-Standartenführer Hans Rattenhuber (1897-1957)[2], szef służby ochrony Führera oraz adiutant Grossadmirala Karla Dönitza (1891-1980). Obecność tych dwóch postaci mogła oznaczać tylko jedno – wezwanie do Berlina. I tak też się stało – na Horna czekał Reichsleiter NSDAP Martin Bormann (1900-1945). Wraz z silną eskortą dowódca okrętu podwodnego pojechał na lotnisko.

Horn nie po raz pierwszy spotykał się z Reichsleiterem. Pierwszy raz miało to miejsce w dniu 23 marca 1942 roku, kiedy to Bormann nagrodził Fregattenkapitäna[3] za niezwykły wyczyn – zatopienie amerykańskiego krążownika z przedstawicielami dowództwa US Navy na pokładzie. Teraz ten bliski współpracownik Hitlera (nie zapomniał tego spotkania) rozkazał mu wywieźć i zabezpieczyć skórzaną teczkę (a w niej cały plik papierów w wodo- i ognioodpornym kontenerze) z jakąś „dokumentacją Bittnera”, o którym dowódca okrętu podwodnego nigdy nie słyszał.
- Powinien pan uchronić te dokumenty – rzekł Bormann – za wszelką cenę. Nawet za cenę życia. Dopóki nie nadejdzie czas i pana nie znajdą. Proszę uważać to za część ochrony naszego Führera, którą panu powierzono. Ze szczegółami zapozna pana Rattenhuber.

Zagłada Wherwolfa

Fregattenkapitäna zaprowadzono następnie do gabinetu Rattenhubera. Standartenführer wyjaśnił:
- Z Kielu wypłynie pan przez Mały Bełt popłynie pan na Kattegat, potem na Skagerrak, opłynie pan od północy brzegi Anglii a następnie do brzegów Argentyny. Nasza służba dyplomatyczna w tym kraju otrzymała rozkaz spotkać się z wami. Dalsze instrukcje otrzymacie na miejscu. W przypadku ataku na was okręt, Grossadmiral podjął następujące przedsięwzięcia, a mianowicie – na wybrzeżach Małego Bełtu i na waszym kursie na wyspach Ærø, Fionia, Samsø i Anholt znajdują się zorganizowane ekipy ratownicze mające jedyne zadanie – przyjść wam z pomocą.

A jednak Wherwolfowi nie dane było dopłynąć do Argentyny. W dniu 17 kwietnia 1945 roku okręt podwodny przeszedł obok wyspy Samsø i ruszył w stronę wschodniego akwenu Kattegatu. Angielski lotnik miał małe szanse namierzyć „chrapy” zanurzonego okrętu podwodnego przy złej pogodzie. Ale los sprzysiągł się przeciwko Hornowi. Spotkanie z Anglikiem miało miejsce 200 mil od Kilonii, w pobliżu wyspy Anholt. Lotnik zrzucił bomby głębinowe i U-boot poszedł na dno cieśniny. Nasz Fregattenkapitän zawinął kontener w kilka warstw wodoodpornej tkaniny i tak bez tego doskonale zabezpieczone „papiery Brittena” a następnie przymocował je do siebie przy pomocy paska. Horn rozkazał swej załodze ubrać się w stroje nurków i opuścić okręt przez rury wyrzutni torpedowych. Kuter wysłany z Anholt podniósł z wody wszystkich uratowanych z zatopionego U-Boota. Wśród uratowanych był dowódca okrętu, ale jego misja skończyła się, zanim zaczęła się na dobre…

Fregattenkapitän Zygfryd Horn nie wrócił już do Niemiec. W roku 1946 po internowaniu w Skandynawii, pod cudzym nazwiskiem przewieziono go do Anglii, gdzie go rozpoznano, osądzono i skazano. Po odsiedzeniu wyroku osiedlił się w Irlandii, a dokładniej w Dublinie. Ze swoją żoną Anną już się nie spotkał, bo zmarła w Szwajcarii w 1948 roku, o czym dowiedział się o wiele później. W 1965 roku nawiązał kontakt ze swym synem Wernerem – ówczesnym studentem Sorbony – a potem też zmarł. Będąc jedynym spadkobiercą, Werner otworzył skrytkę bankową ojca i znalazł tam jego pamiętnik i skórzaną teczkę z szyfrowymi zamkami.  W teczce tej znalazł on cały plik dokumentów datowanych na wczesne lata 40.

Morderstwo w hotelu Meuron Hoff

22 września 1994 roku, w pokoju monachijskiego hotelu Meuron Hoff znaleziono zwłoki Wernera Horna, zabitego strzałem w serce. Śledztwo w tej sprawie powierzono komisarzowi monachijskiej policji Teodorowi Lenzowi. Ten najpierw udał się do domu Horna i porozmawiał z jego gospodynią. W jego gabinecie ona znalazła resztki skórzanej teczki i wyjaśniła, że teczka ta należała do ojca Wernera i była pamiątką. Opowiedziała komisarzowi także, iż Werner bardzo kochał ojca i często czytał jej na głos różne urywki z jego pamiętników. A na krótko przed morderstwem jej gospodarza odwiedzał jakiś „nieznajomy pan”, który mówił z dziwnym akcentem. O czym rozmawiali, tego nie wie, ale domyśliła się, że chodziło o sprzedaż jakichś dokumentów za okrągłą sumkę. Następnego dnia Werner wyjechał zabierając dokumenty ze sobą. Na prośbę Lenza gosposia przekazała mu pamiętniki ojca Wernera.

Komisarz Lenz prowadząc sprawę dokładnie i profesjonalnie znalazł w niej także i rosyjski ślad. Poprzez Interpol na pomoc niemieckiemu policjantowi ruszył rosyjski pułkownik FSB Jurij Michałowicz Szatiłow. Lenz przekazał mu kserokopię memuarów Horna. Po pewnym czasie zebrano niezbite dowody. „Nieznajomym panem” okazał się być rosyjski kryminalista-oszust i recydywista, postać wyjątkowo ciemna, niejaki Griewskij, poszukiwany także za inne przestępstwa. Udało się go odnaleźć, ale nie udało się go aresztować. Griewskij zorientował się, że policja jest na jego tropie i kiedy stwierdził, że się już jej nie wymknie, to  zastrzelił się, natomiast teczka z dokumentami vel „papierami Brittena” – na co wskazywały dane z pamiętników Zygfryda Horna – znalazła się w posiadaniu FSB. Tylko że połapać się w treści tych dokumentów nie było łatwo…

Tajemnica Horsta Brittena

Dokumenty przekazano do ekspertyzy grupie naukowców pod kierownictwem doktora nauk fizyczno-matematycznych, profesora zwyczajnego, członka Rosyjskiej Akademii Nauk Federacji Rosyjskiej Władimira Andriejewicza Gorieckiego. Pomimo oficjalnego zamknięcia sprawy, mógł on powiedzieć tylko tyle:
- Horst Britten był postacią znaną nie tylko w Niemczech. We wszystkich kręgach naukowych całego świata na jego temat krążyły legendy. Ten utalentowany fizyk stworzył niemało śmiałych idei w zakresie najbardziej zaawansowanych technologii. Niestety – był to zatwardziały nazista i bliski przyjaciel Hitlera. Kiedy stało się jasnym, że III Rzesza przegrała wojnę, to on skończył ze sobą. Te wszystkie papiery to jego najbardziej radykalna praca. To właśnie tutaj znajduje się jego teoria na temat zimnej syntezy jądrowej. W praktyce jest to przewrót w światowej gospodarce – nowe, niemal niewyczerpane źródło darmowej energii. Wszystkie typy elektrowni – w tym jądrowe – stają się bezużyteczne w jednej chwili. Nastąpiłby niebywały kryzys gospodarczy, zawaliłyby się wszystkie systemy walutowe i w ogóle cały stary świat oparty na tradycyjnych metodach uzyskiwania energii. A potem nastąpiłaby era nigdy niewidzianego dotąd wzrostu ekonomicznego państwa, które posiadłoby ten sekret. Oto, czym jest właśnie zimna synteza jądrowa. Czy takie państwo albo grupa ludzi posiadająca w ręku dokumenty Brittena mogłaby dyktować swoją wolę reszcie ludzi? Oczywiście! I czy znaczy to, że te dokumenty są bezcennymi? O nie, one nie są warte nawet złamanego szeląga. Horst Britten był pewien, że odnalazł właściwą drogę, ale pobłądził. Już po wojnie jego uczeń Max Fürstenberg kontynuował jego prace w Ameryce i dowiódł, że kierunek w którym szedł Britten był bezowocny. Współczesna fizyka nadal nie rozwiązała tego problemu. A i owszem – „papiery Brittena” zawierają coś, co można określić naukową mitologią. One były doprowadzone do 1945 roku i niektórzy sądzą, że wnioski Maxa Fürstenberga i innych fizyków powstały w oparciu o niepełną dokumentację. Ale one właśnie leżą przede mną i widzę dokładnie zbieżności z wnioskami Brittena i Fürstenberga – z tym, że ten ostatni poszedł jeszcze dalej i wykrył błędy w rozumowaniu. I należy sądzić, że do takich samych wniosków doszedłby i sam Britten, gdyby los podarował mu nieco więcej czasu…

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 39/2011, ss. 6-7

Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©  


[1] W Kilonii znajdowało się dowództwo Krigsmarine - OKK.
[2] Wg. Wikipedii: nie był to SS-Standartenführer – pułkownik, ale SS-Gruppenführer –  generał-porucznik.
[3] Polski odpowiednik – komandor-porucznik.