Powered By Blogger

niedziela, 9 grudnia 2012

Antarktyda – kolebka cywilizacji?


Antarktyda bez pokrywy lodowej (Internet)


Wadim K. Ilin

Według konwencji z 1961 roku, Antarktyda nie należy do żadnego państwa. Na tym kontynencie prowadzi się tylko działalność naukową. W dniu dzisiejszym działa tam ponad 45 całorocznych stacji naukowych.

W artykule pt. „Topografowie przedpotopowego świata” zamieszczonym w „Tajny XX wieka” nr 25/2012, mówiło się o m.in. o średniowiecznych (!) mapach Antarktydy, która została odkryta dopiero w styczniu 1820 przez żeglarzy z rosyjskiej ekspedycji Bellinghausena – Łazariewa. A teraz przedłużymy rozmowę na ten temat.

Kiedy Antarktyda pokazała swą twarz?

Na niektórych ze wspomnianych map Szósty Kontynent pokazuje się częściowo lub nawet całkowicie wolnym od lodu. Twórcy tych map twierdzą przy tym, że opracowując je korzystali z jeszcze starszych źródeł. A przecież odkryć kontury lądu skrytego pod antarktycznymi lodami udało się dopiero w XX wieku za pomocą specjalistycznej aparatury i techniki teledetekcji satelitarnej. No i co? I to, że okazało się iż kontury kontynentu są identyczne z tymi, jakie widzimy na starych mapach, które wyrysowali dawni kartografowie! Według słów uczonych, częściowo wolna od lodów Antarktyda była około 6000 lat temu, a całkiem wolna – bez mała 15.000 lat temu.

Kto zajmował się geodezja i kartografią w tych czasach, kiedy na Ziemi, sądząc po współczesnych ocenach, nie istniała żadna cywilizacja?

Hipoteza włoskiego admirała

W 1974 roku, we Włoszech pojawiła się książka „Cywilizacja pod lodami” admirała w stanie spoczynku Flavio Barberi’ego. Na podstawie danych archeologicznych, starych dokumentów, podań, mitów, tradycji dawnych narodów, a także wiedzy o ich naukowych i technicznych osiągnięciach autor doszedł do paradoksalnych wniosków.

Doszedł on mianowicie do tego, że wszystkie ziemskie cywilizacje powstały praktycznie w jednym czasie w różnych częściach na kuli ziemskiej: w Mezoameryce i Ameryce Południowej, w Mezopotamii, Centralnej Afryce, Wschodnich Chinach, Azji Południowo-Wschodniej i co najciekawsze – pomiędzy nimi nie było żadnej łączności czy bezpośredniej styczności. Naprasza się nam wniosek, że w dalekiej Przeszłości istniała jakaś wielka Supercywilizacja, która stała się źródłem pochodzenia wszystkich innych kultur na Ziemi.

A zatem, gdzie taka cywilizacja mogła powstać?

Klimat Ziemi w epoce Plejstocenu

Wiadomo, że w okresie pomiędzy 50 a 12 tys. lat temu lodowiec o grubości 3 km pokrywał północny-wschód Ameryki Północnej aż do Wielkich Równin na zachodzie i do dzisiejszego Nowego Jorku (40°43’ N – przyp. tłum.) na wschodzie. Zaś w Europie pokrywa lodowa sięgała szerokości geograficznej Londynu i Berlina (51 - 52°N – przyp. tłum.) a do tego poziom wód Wszechoceanu był niższy o prawie 100 metrów od dzisiejszego.

Uważa się, że powstanie takiej grubości czasz lodowych było następstwem globalnego ochłodzenia na Ziemi. W geologii ten okres nazywany jest Plejstocenem. W tym czasie cała powierzchnia Syberii wraz z wybrzeżami Północnego Oceanu Lodowatego i Alaską była wolna od lodów, a zamieszkiwały ją różne gatunki zwierząt – mamuty, reny, renifery, nosorożce włochate, niedźwiedzie jaskiniowe i wiele innych. To oznacza, że klimat Syberii był dostatecznie łagodnym. W tym samym czasie na półkuli południowej gromadziły się lodowce, ale za to na znacznej części Antarktydy przylegającej do Atlantyku lody zniknęły i klimat jej był umiarkowanym. Wyjaśnić to można tylko w ten sposób, że w tym czasie oś obrotu Ziemi była nachylona pod mniejszym kątem do płaszczyzny równika i bieguny geograficzne zajmowały inne położenie. (Biegun Północny znajdował się na Grenlandii, zaś Biegun Południowy na Oceanie Indyjskim u wybrzeży Australii – dop. tłum.)

Pierwsi mieszkańcy Ameryki Południowej

Przy takiej dyslokacji Biegunów stałe prądy powietrzne – passaty – wiały na półkuli południowej w stronę Ameryki Południowej. Do tego powinien powstać prąd morski, który szedł od południowo-wschodniego wybrzeża Azji przez Ocean Indyjski, omijał Afrykę Południową i dosięgał Ameryki Południowej, wchodził w Cieśninę Drake’a pomiędzy Ziemią Ognistą a Antarktydą i poruszał się wzdłuż jej zachodniego brzegu i rozpływał się w Oceanie Spokojnym. Prąd ten płynął w kierunku Antarktydy i grzechem byłoby nie posłużyć się nim. Narody epoki Paleolitu zamieszkujące w rejonie Indonezji, już 50.000 lat temu mogły już mieć prymitywne statki. W tym czasie nastąpiło zasiedlenie bliskiej Australii.  Badania ludzkich czaszek, których wiek nie przekraczał 12.000 lat znalezionych w Ameryce Południowej wykazały, że pierwotni mieszkańcy tego regionu należeli do tej grupy etnicznej, co australijscy Aborygeni. A takie znaleziska obalają teorię o zasiedleniu kontynentu amerykańskiego przez Cieśninę Beringa (hipoteza Beringidy – przyp. tłum.) znajdującej się pomiędzy Czukotką a Alaską.

Pogrzebane pod lodem, uniesione do morza

W ciągu tych 40.000 lat, które minęły od pierwszego zwodowania pierwszych statków i do końca Plejstocenu, grupy ludzi z azjatyckich i południowoamerykańskich wybrzeży, a także z południowych Indii i południowej Afryki mogli pojawić się u wybrzeży Antarktydy. To było możliwe pod warunkiem, że wpadali oni w bieg tego już tu wspomnianego równikowego prądu oceanicznego. W sprzyjającym klimacie ludzie ci zajęli się rozwijaniem kultur, których ziarna przywieźli ze sobą. W ślad za tym zaczęły pojawiać się nowe narzędzia pracy i nowe typy osiedli, zrobiono pierwsze kroki w postępie technicznym ludzkiej cywilizacji. A kiedy mieszkańcy Antarktydy nauczyli się budować prawdziwe oceaniczne statki, to zaczęły się rejsy do innych kontynentów. Jest oczywistym, że rezultatem tego stało się powstawanie przybrzeżnych kolonii, w Ameryce Południowej, która znajdowała się najbliżej. Ten proces mógł pozostawić jakieś ślady, ale problem polega na tym, ze poziom Wszechoceanu był wtedy niższy od obecnego o 130 m, i dlatego trzeba by było ich szukać w głębinach. Jeżeli zaś idzie o osiedla i miasta na Antarktydzie, to są one pogrzebane pod lodowym pancerzem, który skuł Szósty Kontynent, i uniesione przez lodowiec w morze, wszak zaczynając od końca Plejstocenu zalodzenie objęło stopniowo cały kontynent. Przyczyną stała się globalna katastrofa.

Asteroida trafiła w Ziemię

Jakieś 12.500 lat temu w Ziemię trafił duży asteroid (lub kometa), wskutek czego zmieniła się konfiguracja biegunów geograficznych naszej planety. Potwierdzają to częściowo znaleziska na północy Syberii ciała zamarzniętych mamutów (Elaphas primigenius), w żołądkach których zachował się pokarm, którymi się żywiły. One wszystkie zginęły natychmiastową śmiercią wskutek nagłego i ostrego ochłodzenia. Natomiast wieczna marzłoć następowała na te ziemie powoli, stopniowo przez tysiąc lat.

Wedle poglądów Alexandra Tollmana z Wiedeńskiego Uniwersytetu i Victora Klabe z Oksfordzkiego Uniwersytetu, kataklizm ten miał miejsce pomiędzy 10.000 a 9600 rokiem p.n.e., kiedy to na Ziemię spadły odłamki ogromnej komety.

Na Antarktydzie, która zajmowała centralne położenie w ziemskiej masie oceanicznej poziom wody powinien podnieść się tak wysoko, że jej wszystkie miasta znalazły się pod wodą. Jeżeli ktośkolwiek pozostał po tym przy życiu, to zginął wskutek śnieżyc trwających kilka miesięcy non-stop.

Czy to jest Atlantyda?

Uratowali się jedynie ci, którzy znajdowali się w tym czasie na morzu. Część z tych żeglarzy wylądowała w Ameryce Pd., Afryce i Azji. Tam oni zmieszali się, zasymilowali z ocalałymi po kataklizmie mieszkańcami tamtych kontynentów, dając podwaliny pod powstanie kolejnych narodów, nacji i plemion. Przy okazji nauczyli oni tych ludzi wszystkiego, co sami umieli w swej zaginionej ojczyźnie.

Tak więc globalna katastrofa i wywołany przez nią „potop wszechświatowy” spowodowała rozprzestrzenienie się tej cywilizacji, która początkowo rozwinęła się na Szóstym Kontynencie. Jednocześnie rozpoczął się proces zakładania przyczółków ludzkiej cywilizacji w różnych miejscach na kuli ziemskiej.

Uczeni mężowie nie są w stanie wyjaśnić, dlaczego schodkowa piramida egipskiego faraona Dżosera rządzącego w XXVIII wieku p.n.e. jest tak podobna do zikkuratów zbudowanych przez Sumerów w tychże latach w antycznej Mezopotamii. I dlaczego piramidy cywilizacji Azteków i Inków – pierwszych cywilizacji powstałych na terytorium kontynentu amerykańskiego – wyglądają jak stylizowane kopie wyżej wspomnianych budowli?

Najwidoczniej ten fakt historyczny wraz z zagadkowymi mapami dawnej Antarktydy, mitami o Potopie Światowym, o bogach – nauczycielach Ludzkości, mogą służyć jako argumenty za hipotezą Flavio Barberi’ego. Jej prawdopodobieństwo potwierdza także i to, po 20 latach po nim, w 1995 roku zupełnie podobne idee zaczął głosić amerykański badacz Graham Hancock w swej książce „Ślady bogów” oraz team kanadyjskich uczonych Randy & Rose Flem-Ath w pracy „Koniec Atlantydy”.

Moje 3 grosze

Hipoteza, którą przedstawił Vadim Ilin jest bardzo ciekawa, bo stawia kwestie istnienia wysoko rozwiniętej cywilizacji w całkiem nowym świetle. I właśnie kto wie, czy nie ma racji bytu hipoteza głosząca, że pierwszą rozwiniętą cywilizacja była ta, która znajdowała się na Antarktydzie i potem dopiero zasiedliła ona wyspę Atlantydę, którą wypchnął z dna oceanicznego pióropusz gorąca…

Sama Atlantyda zapadła się wskutek erupcji superwulkanu, który utworzył się pod jej powierzchnią, a której wyzwalaczem był impakt ciała kosmicznego o średnicy 1-5 km (tzw. Planetoida A Otto Mucka) – albo zapadła się na dno oceanu wskutek zniknięcia bądź przesunięcia się strumienia gorącej magmy tworzącej „hot spot”. Podobna sytuacja ma miejsce na dzisiejszej Islandii, Kanarach, Galapagos czy Hawajach, które literalnie stoją na gorących kolumnach magmy…

Osobiście jestem zdania, że wyspa Atlantyda zapadła się pod wodę wskutek supererupcji, jednakże miała ona miejsce pod wodą i dlatego pozostawiła niewiele śladów poza – jak pisał któryś z kosmografów czy nawet sam Aristokles Ateńczyk – ogromną ilością mułu i pumeksu, który dostarczyła wyspa zapadając się na dno… To pasuje właśnie do supererupcji, po której wyspa zapadła się na dno Atlantyku.

Planetoidy i planety karłowate w porównaniu z Ziemią (Internet)


Czy trafienie Ziemi przez asteroidę mogło zmienić nachylenie jej osi obrotu do płaszczyzny ekliptyki? Obawiam się, że nie i to z bardzo prostego powodu – a mianowicie: Masa Ziemi wynosi ok. 6 x 10^21 ton. To jest ogromna bezwładność. Masa największej planetoidy – czy jak kto woli planety karłowatej z Pasa Asteroidów – 1 Ceres wynosi zaledwie 9 x 10^17 ton. Masa asteroidy Chicxulub, która wykończyła świat dinozaurów na granicy K/Pg mogła wynosić 10^12 ton, zaś energia jej impaktu szacowana jest na 4 x 10^23 J albo 100 Tt TNT. Masa hipotetycznej Planetoidy A, która posłała na dno Atlantydę mogła wynosić 1-5 bilionów ton, i nie więcej. Ale wszystko to jest za mało, by spowodować odchylenie się osi obrotu Ziemi aż o 23,5°. Poza tym coś takiego byłoby straszliwym kataklizmem, który dotknąłby przede wszystkim Wszechocean naszej planety, który – zważywszy bezwładność zawartej w nim wody – literalnie wystąpiłby z brzegów i zalał kontynenty. Nastąpiłby Potop Generalny, po którym na świecie nie przetrwałyby żadne żywe istoty. Podobnie byłoby z atmosferą, która też ma swoją bezwładność i uderzyłaby w powierzchnię Ziemi straszliwymi huraganami… Nie ma śladów po tak straszliwym kataklizmie, więc jego zasięg nie był ogólnoświatowy, ale lokalny. I to się zgadza z wynikami badań. Ale to tak na marginesie.

To, że ta hipotetyczna Protocywilizacja istniała widać także z badań prof. dr Benona Zbigniewa Szałka, który badając języki wielu narodów, pisma i m.in. dysk z Phaistos doszedł do wniosku, że kiedyś na Ziemi panował jeden język i jedno pismo. NB, wzmianki o tym spotykamy także w Biblii, w Księdze Rodzaju:

Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa. A gdy wędrowali ze wschodu, napotkali równinę w kraju Szinear i tam zamieszkali. I mówili jeden do drugiego: "Chodźcie, wyrabiajmy cegłę i wypalmy ją w ogniu". A gdy już mieli cegłę zamiast kamieni i smołę zamiast zaprawy murarskiej, rzekli: "Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi". A Pan zstąpił z nieba, by zobaczyć to miasto i wieżę, które budowali ludzie, i rzekł: "Są oni jednym ludem i wszyscy mają jedną mowę, i to jest przyczyną, że zaczęli budować. A zatem w przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Zejdźmy więc i pomieszajmy tam ich język, aby jeden nie rozumiał drugiego!" W ten sposób Pan rozproszył ich stamtąd po całej powierzchni ziemi, i tak nie dokończyli budowy tego miasta. Dlatego to nazwano je Babel, tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi. Stamtąd też Pan rozproszył ich po całej powierzchni ziemi (Biblia Tysiąclecia, Rdz 11,1-9)

Jaki stąd wniosek? Oczywisty: Bóg czy bogowie, bali się ludzi i twórczej mocy ich intelektu… A to oznacza, że nie byli wszechmocni i wszechwiedzący! 

Tak czy inaczej, można pokusić się o spróbowanie poszukania śladów tej Protocywilizacji na Szóstym Kontynencie. Wprawdzie lodowy pancerz Antarktydy płynie z prędkością ok. 200 m/rok – co szczególnie dotyczy tzw. strumieni lodowych, to jednak są miejsca, w których przepływ lodowców jest wolniejszy i istnieje szansa, że na ich dnie znajdują się jakieś artefakty po tych ludziach. Szanse minimalne, ale istnieją. Mam nadzieję, że nie będą to takie ślady, jak w horrorach w rodzaju „Coś” (1982  prequel 2011) czy „Obcy kontra Predator” (2004)…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 29/2012, ss24-25
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©       

czwartek, 6 grudnia 2012

Chemtrails: czy „maskirowka”?


Contrails nad Zatoką Pucką



Od czasu do czasu wraca problem chemtrails, którymi rządy poszczególnych państw w ramach Nowego Porządku Świata - NWO, pacyfikuje ludność poszczególnych krajów jak i całej planety. Przypomina mi się chemiczna utopia opisana przez Stanisława Lema w opowiadaniu „Kongres futurologiczny” (1973), w którym ludzkość zostaje poddana chemicznej psychoterapii, której celem jest przesłonięcie faktów ogromnego przeludnienia, kryzysu gospodarczego i na dodatek globalnego ochłodzenia. To był Lem, natomiast w dniu dzisiejszym krążą wśród pospólstwa legendy miejskie na temat chemtrails, przy pomocy których rząd światowy (musi iluminacki, masoński czy jeszcze jakiś inny, a na pewno żydowski i to związany z Klubem Bilderberg) trzyma w ryzach zniewolone narody.

To zapewne pasowałoby do Polski, w której Polacy z bezrozumnym wręcz idiotycznym uporem głosują wciąż na tych samych skompromitowanych polityków i nie chcą niczego zmieniać, wbrew bijącej w oczy niesprawiedliwości, niekompetencji i pazerności tychże. Za tzw. „komuny” podwyżki cen o kilka groszy wywoływały histerię – dzisiaj podwyżki cen o wiele złotych nie wywołują żadnych reakcji. Ludzie przywykli do tego, że w tzw. „wolnej” Polsce człowieka można okraść w majestacie prawa i nie ma na to żadnego sposobu. No ale to jest kwestia 23-letniego prania mózgów propagandą o tym, jak to jest nam dobrze w „wolnym” kraju, a będzie jeszcze lepiej, karmienia ludzi banialukami o „zielonych wyspach”, czy wreszcie opowieściami o civitas Dei, prawie i sprawiedliwości, które na pewno zapanuje – tylko za bardzo nie wiadomo, kiedy… I tutaj nie ma żadnej chemii, poza wypróbowanym, goebbelsowskim prawem głoszącym, że kłamstwo powtórzone milion razy staje się prawdą.








Contrails oświetlone podhoryzontalnym słońcem wyglądają niezwykle ekspresyjnie...


Tak właśnie jest i nie potrzeba żadnych środków farmakologicznych, by doprowadzić do tego bezkrytycznie nastawionych do rzeczywistości, ogłupianych przez media, niedoedukowanych ludzi i w razie czego, gładkie zwalenie win na mitycznych „onych”, a z braku takowych na Żydów, komunistów, gejów z lesbijkami, ekologów i ekologistów czy Zielonych, a ostatnio w modzie są Kosmici – szczególnie wredni i odpowiedzialni za efekt globalnego ocieplenia. To wszystko robi się w ramach trwającej od lat 40. ubiegłego stulecia wojny psychologicznej USA najpierw z Blokiem Wschodnim, a teraz prawie z całym światem. Przypomina to dość dokładnie rzeczywistość kreowaną przez Nieznanych Ojców z powieści „Przenicowany świat” (1973) Arkadego i Borysa Strugackich przy pomocy systemu przekaźników promieniowania o określonych częstotliwościach działających na mózgi ludzkie – coś à la dzisiejszy HAARP. Tak zatem – jak widać – wszystko już było i zwolennicy Spiskowej Teorii Dziejów z udziałem chemtrails i HAARP nie wymyślili nic nowego, a wręcz można by ich spokojnie oskarżyć o plagiat i wygrać ewentualny proces!

Miejska legenda o chemtrails zrodziła się wskutek zbiegu kilku okoliczności, a mianowicie istnieniu i rozprzestrzenianiu się:
v informacji o formach i metodach prowadzenia wojny chemicznej (przykład: stosowanie przez Amerykanów i Rosjan defoliantów w czasie wojen w Wietnamie i Afganistanie);
v pogłosek o powstaniu i działalności NWO oraz przejawach jego działania: kryzysach finansowych i gospodarczych mających na celu deregulację światowej gospodarki w celu podporządkowania sobie lub zniszczenia opornych państw i grup narodowościowych, religijnych, i in., stworzenia rządu światowego opanowanego przez Żydów, czemu ma służyć szerzący się ateizm, antysemityzm przez nich indukowany w społeczeństwach w celu oskarżenia ich i spacyfikowania, itp.
v informacji i pogłosek na temat zmian klimatycznych związanych z globalnym efektem cieplarnianym i próbom jego powstrzymania;
v informacji i pogłosek o dziurze ozonowej i środkach zaradczych;
v pogłosek o przejawach działalności na Ziemi wrogich Kosmitów;
v informacji o pojawieniu się GMO będących rezultatem inżynierii genetycznej;
v informacji i pogłosek o eksperymentach naukowych, których cel jest niejasny lub związany z obronnością państw. Typowym przykładem jest HAARP, EISCART i inne tego typu instalacje
v pogłosek o zmianie magnetyzmu Ziemi i możliwych środkach zaradczych…

Jak widać, spektrum zagadnień i związany z nim obszar niejasności jest ogromny, i właśnie w takich mętnych wodach doskonale czują się specjaliści od wojny psychologicznej i zajmujące się dezinformacją służby specjalne wielu krajów.

Znany pisarz Wiktor Suworow (alias Władimir Bogdanowicz Rezun) ex-major GRU – a zatem człowiek doskonale zdający sobie sprawę z tego, co pisze – zacytował, kiedyś jednego ze swych wykładowców z Akademii GRU: Nie wierzcie w to, co wam bez końca pokazują, szukajcie tego, co przed wami skrywają. A kiedy wreszcie znajdziecie, nie cieszcie się przedwcześnie. Być może macie do pokonania kolejną łamigłówkę. Pamiętajcie – każdej ważnej tajemnicy bronią co najmniej dwa zabezpieczenia. Albo trzy... („Samobójstwo” 2004) 

W wielu rzeczach nie zgadzam się z Suworowem, ale akurat w tej sprawie zgadzam się w stu procentach. Tak rzecz się ma z tajemnicą UFO i innymi tajemnicami. Gdyby USAF posiadały technologię UFO, to czy ich służby specjalne zezwoliły na gadaninę takiemu Bobowi Lazarowi czy Johnowi Learowi i zdradzanie ich największych tajemnic? Nie, tak nie było, nie ma i nie będzie, bo służby mają swe tajemnice, które nigdy nie wyjdą na jaw – z różnych względów i tylko w Polsce powierza się idiotom pieczę nad nimi. W służbach obowiązuje to, co kiedyś napisał Herman Zdzisław Scheuring w swej książce „Czy królobójstwo” (Londyn 1964): Ale istnieją archiwa tajne, do których profani nie mają dostępu, a których tajemnice nie przedawniają się nigdy. To właśnie tą zasadę złamał Macierewicz publikując m.in. listy naszych agentów na Wschodzie. Na Kremlu i Łubiance chyba przez dwa tygodnie pili z radości po publikacji raportu tego nieodpowiedzialnego popaprańca po likwidacji WSI…

Rzecz polega na tym, że opowieści o UFO, chemtrails, itd. itp. przeciętny obywatel USA (teraz także i Polski) łyka jak gęś kluski w papce serwowanej mu przez media. Ale w tym szaleństwie jest metoda – chodzi o narzucenie określonych skojarzeń i taki obywatel na widok nieznanego mu samolotu będzie przysięgał, że widział UFO, a nie nowy typ samolotu. Korzyść podwójna: UFO tworzy „przykrywkę” dla nowej zabawki chłopców w mundurkach, a jednocześnie tworzy się kolejna legenda. Słowem – pełna maskirowka jak to nazywają Rosjanie.

Do czego zmierzam? A do tego, że gdyby nawet miała miejsce jakaś akcja rozsiewania środków chemicznych (jakich i po co?) nad kontynentami naszej planety byłoby to nie do ukrycia przed personelem naziemnym i latającym i prędzej czy później ktoś by się wygadał. Cudów nie ma. Nixonowi też się wydawało, że jego szwindle wyborcze nie wyjdą na jaw, a one zostały zdemaskowane szybciej, niż mu się to wydawało. Efekt był bardzo szybki – Nixon poszedł w odstawkę.








Contrails w różnych stadiach rozwiewania się w stratosferze - tworzące je kryształki lodu mogą spaść tysiące kilometrów dalej od miejsca powstania. Na niektórych zdjęciach widać tworzące się tęczowe tzw. perłowe obłoki - pearl clouds


Jak to się ma do chemtrails? Zakładam, że jesteśmy podtruwani przez środki chemiczne wylewane nam na głowy z samolotów. Na filmach pokazuje się opryski dżungli defoliantami z samolotów i helikopterów. Rzecz w tym że zrzuty, czy jak kto woli opryski, są dokonywane z wysokości kilkudziesięciu metrów. Tylko wtedy oprysk jest skuteczny, bo czynnik roboczy – w tym przypadku defoliant – osiąga stężenie groźne dla życia roślin i zwierząt (w tym oczywiście ludzi) i jest letalny. Natomiast zrzut jakiegoś środka chemicznego na wysokości 10-12 km nad Ziemią nie ma sensu, bowiem kropelki tegoż zamarzają tworząc chmury zwane Cirrus – które dorobiły się nawet osobnej nazwy: Aviation Inducted Cirrus. Chmury te rozwiewają się i co za tym idzie czynnik roboczy rozprasza się – rozcieńcza w milionach metrów sześciennych powietrza. Jego skuteczność w takim rozrzedzeniu wynosi dokładnie zero. Jeżeli spada na Ziemię, to w odległości 1000 i więcej kilometrów od atakowanego obszaru. Ale to nie przekonuje zwolenników STD, którzy opowiadają coraz to nowe historie mające potwierdzić wiarygodność ich rojeń.

Bardzo fajnie na filmach pokazano opryski dokonane przez samoloty pasażerskie. Rzecz w tym, że faktycznie – te samoloty zrzucały coś ze swych zbiorników w skrzydłach. Oczywiście – są to zrzuty paliwa przed lądowaniem i nic ciekawego w tym nie ma – oczywiście poza skażeniem naftą lotniczą kilku kilometrów sześciennych atmosfery. Tu się zgodzę – paliwo lotnicze jest toksyczne i potencjalnie niebezpieczne dla zdrowia istot żywych.

Innym argumentem stronników istnienia chemtrails jest to, że samoloty czasami zostawiały za sobą smugi a czasami nie, ergo wylewały ze swego wnętrza jakieś chemiczne paskudztwa. Rzecz jest o wiele prostsza, niż się komu wydaje. Samoloty lecą w powietrzu, które – w troposferze – jest złożone z wielu warstw przemieszczających się w poziomie i pionie. Odczuwamy to lecąc samolotem w postaci tzw. turbulencji. Samolot wpada w warstwy powietrza ciepłe i wilgotne oraz  zimne i suche, dzięki czemu smuga kondensacyjna znika lub pojawia się. Zwykłe zjawisko fizyczne i nie ma w nim niczego tajemniczego. Oczywiście nie dla wielbicieli STD.     

Innym problemem są zrzuty nieczystości, które zamarzają na kadłubach samolotów – co zostało udowodnione w warunkach laboratoryjnych, w sztucznie chłodzonym tunelu aerodynamicznym – i odrywają się od nich tworząc śmierdzące amoniakiem bryły lodu spadające z nieba. To jest autentyczne zagrożenie, bo taka bryła może spaść komuś na głowę i po prostu zabić. W kale czy moczu mogą znajdować się niebezpieczne drobnoustroje chorobowe, które mogą spowodować epidemię gorączki krwotocznej czy innego dopustu Bożego. Ale to i wszystko. Nie ma w tym żadnej tajemnicy.

A teraz uważam, że prawidłowo postawione pytanie brzmi: kto za tym stoi i komu to służy. Komu jest potrzebna bajeczka o chemtrails? I trzeba przede wszystkim tutaj szukać odpowiedzi. Ja podałem tylko jedną z możliwości – ochrona nowych zabawek przez chłopców w mundurkach. Oczywiście może to być również coś innego – o czym mogę nie mieć zielonego pojęcia. Jedno jest pewne – jeżeli ktoś chciał uzyskać „dach” przykrywający jakąś tajemnicę, to mu się to udało. Postulat Suworowa jest nadal w mocy, a zatem nie cieszmy się, bo ta tajemnica może mieć swoje drugie i trzecie dno…      

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Bieczewninka – zapomniana baza okrętów podwodnych




Konstantin Fiedotow


Rosyjski okręt podwodny Pantera, zbudowana w 1916 roku, stał się jedynym w świecie OP, który uczestniczył w trzech wojnach: I Wojnie Światowej, Wojnie domowej i Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej (II Wojnie Światowej).

Żeby potencjalny nieprzyjaciel nie dowiedział się o miejscu znajdowania się zatoki Bieczewińskiej (Bieczewinki), w oficjalnych dokumentach ona nazywała się Finwal. Zwyczajna pocztę przesyłano na adres Pietropawłowsk Kamczacki -54, co częściowo odkrywało położenie tego supertajnego obiektu wojskowego.


Komórka dla Gławkoma[1]


Pierwszą budowlą, która pojawiła się tam u końca lat 60. na urwistym brzegu zatoki Bieczewińskiej była zwykła drewniana komórka. Ale nie zamieszkał w niej rybak-samotnik, czy nie był to schron przeciwdeszczowy dla pograniczników, tylko była to… komórka zastępcy ministra obrony ZSRR, głównodowodzącego marynarką wojenną, admirała floty Związku Radzieckiego[2] Siergieja Gieorgiewicza Gorszkowa. Zbadawszy okolicę i oceniwszy walory strategiczne zatoki, admirał floty ZSRR rozkazał wybudować tutaj pirsy dla OP, wznieść wojskowe miasteczko, zabezpieczyć ochronę i tajność tego obiektu.

W maksymalnie krótkim czasie, w sąsiedztwie admiralskiej szopy pojawiły się trzy domy dla ekipy oficerów: dwa trzypiętrowe i jeden dwupiętrowy, zbudowano sklepy, żołnierskie koszary, kotłownia, magazyny, dieslowska elektrownia i garaże. Przeznaczenie tego ostatniego wzbudzało zdumienie, bowiem drogi lądowej do zatoki nie było wcale. Dostać się tam można było albo śmigłowcem albo niewielkim stateczkiem, który przypływał tutaj raz na tydzień. Poza ludźmi wielki, oceaniczny holownik przywoził tam wszelkie produkty, które trafiały do sklepów i były natychmiast rozchwytywane. W oczekiwaniu na przybycie kolejnej dostawy, miejscowi żywili się konserwami i chlebem, który wypiekano w naprędce zbudowanej piekarni. Oczywiście mieszkańcy buchty chcieli mieć więcej życiowych udogodnień, ale wszyscy rozumieli, że tajny obiekt był przeznaczony do bazowania radzieckich okrętów podwodnych. Wszystko było podporządkowane temu zadaniu.

Na początku w Bieczewince bazowało 5 OP projektu 641[3], przeniesionych tutaj z Floty Północnej przez Północną Drogę Morską. Potem w sierpniu 1971 roku, przybyła z Kamczatki 182. Brygada Dieslowskich OP, pod dowództwem komandora Walentina Beca. Część z niej została przeformowana. Od tego czasu była ona samodzielną jednostką i miała na swym stanie 10 OP projektu 641 i jeden projektu 640[4], wyposażony w bardzo silna stację radiolokacyjną do wykrywania celów powietrznych. W skład brygady wszedł także szkolny OP projektu 690 Kefal.[5]


Z kałasznikami na jagody


Zatoka broniła się. Wraz ze składem głowic torpedowych postawiono dwie baterie zenitówek, wprawdzie starych, pamiętających jeszcze ostatnią wojnę, ale sprawnych i z nowym wyposażeniem. Artylerzyści-przeciwlotnicy mieli dyżury całodobowe i od czasu do czasu mieli ćwiczebne strzelania. Ale to nie było wszystko. Na przeciwległym brzegu buchty na, przylądku Szipunskim rozmieszczono baterię rakiet plot. Zatoka Bieczewinskaja była dziurą zabitą deskami, ale osiedle Szipunskij, to było miejsce, gdzie diabeł powiedział „dobranoc”. O życiu mieszkających tam ludzi opowiadał nam służący tam w tych czasach Jurij Zawrażnyj:
- Przez zatokę widać było na wulkanicznym stożku zenitowo-rakietowy dywizjon; w porównaniu z nimi to my mieszkaliśmy w Paryżu. Oni świeżą wodę wytapiali ze śniegu, a na jagody to ich kobiety wybierały się z kałachem na plecach – niedźwiedzi tutaj od groma. W czasie świąt oni od czasu do czasu wybierali się do nas i już przywykliśmy do wibramowych buciorów dopełniających welurowych i szyfonowych kreacji „rakietówek”.


Koreański „szpieg”


Rakietowy dywizjon na przylądku Szipunskim okazał się być mało przydatnym do walki z wysoko latającymi celami. Pokazały to dobitnie wydarzenia z 1983 roku. Zawrażnyj wspomina:
- Byłem wtedy dowódcą odcinka. Pewnej nocy dzwoni do mnie dowódca POWT[6] i chrypi:
- Dowódca POWT nr 2, starszy marynarz Kirpikow melduje, że na posterunku bez wydarzeń. – potem zamilkł… i – w zamyśleniu: – Nad strefą właśnie leci samolot.
- jaki samolot?
- A… nie widzę. Ciemno. Wysoko leci.
- A na słuch to jaki? Odrzutowy czy tłokowy?
- A diabli wiedzą towarzyszu poruczniku, nie orientuję się za bardzo? Mówię, że leci wysoko.
- Pozycyjne widać?
- Nie, nie widać. Prawdę powiedziawszy już odleciał… gdzieś tam… – najwidoczniej pokazywał mi palcem skąd dokąd, ale ja przecież nie mogłem tego zobaczyć, bo dzieliło nas co najmniej dwieście metrów nieprzeniknionej nocnej ćmy, ja w pomieszczeniu, a on na zewnątrz.
- No dobrze – położyłem słuchawkę. A co? Leci? No to niech leci dalej. Tym lepiej, bo już poleciał. Leciał wysoko, i tak nie miałem go czym zestrzelić. Przeleciał i nic się nie stało. Zatelefonowałem do dyżurnego dywizjonu i powiedziałem mu o samolocie (no i do diabła z nim), a potem przytrenowałem oko na tapczanie i kontynuowałem służbę. Następnego dnia zdałem służbę zmiennikowi. I jeszcze w ciągu tego dnia cały świat dowiedział się, że koreański Boeing zszedł z kursu, przeleciał nad Kamczatką, i to akurat nad nami, a nasi przeciwlotnicy zestrzelili go gdzieś nad Sachalinem biorąc go za amerykański samolot zwiadowczy RC-135.

Rakietowcy z Szipunskiego dostali wtedy popalić od przełożonych, chociaż mieli za zadanie ochraniać nie przestrzeń powietrzną kraju, ale bazę okrętów podwodnych – i to od wtargnięcia nad nią od strony morza…[7]  


Nieoczekiwany finał


Wojskowe miasteczko rosło i się rozwijało. Wkrótce pojawiła się szkoła 10-latka z hala sportową, klub, przedszkole, przybywało i domów mieszkalnych. Przy pirsach cumowały nowe okręty. Ale w 1996 roku, garnizon podpadł pod redukcję. OP, które wtedy nie były tu przypisane, zostały detaszowane do innych baz, zaś ludzi i ich dobytek wywieziono okrętami do Pietropawłowska Kamczackiego. Opustoszały domy żołnierskich rodzin, przestały być potrzebne wpółzatopione pirsy, a w przysiółku Szipunskij zostało porzuconych dziesiątki beczek z toksycznym paliwem rakietowym. Nie mogli go wywieźć, albo nie chcieli. Pewnego dnia przyleciał helikopter i… rozwalił beczki seriami z kaemu…

Od tego czasu ziemia w tym miejscu jest martwa. Nawet niedźwiedzie i rosomaki, które znowu stały się gospodarzami buchty, nie chodzą na teren byłego dywizjonu rakietowego…


3 grosze od tłumacza: miasto-widmo


Historia tej bazy zainteresowała mnie, bowiem dziwnym się wydawało porzucenie jej mimo doskonałego strategicznego położenia na Kamczatce. Choć Zimna Wojna się skończyła, to jednak Rosjanie nie zamierzają zrezygnować ze swego udziału w grze o dominację w basenie Oceanu Spokojnego, która będzie się rozgrywać w XXI wieku. Właśnie tam przeniesie się światowe centrum handlu, przemysłu i biznesu i o gospodarce świata będą decydowały indeksy giełd w Tokio, Taipei, Pekinu i Szanghaju, Singapurze, Sydney, Wellington czy Manili.

Szukając materiału graficznego dokopałem się do informacji o tym, że baza i miasto o nazwie Rybaczij zostało porzucone wskutek skażenia, ale nie tyle chemicznego, a promienistego. A oto, co pisze na ten temat Wikimapia.org:


Kamczatka, Ribaczij (52°55’09” N - 158°29’32” E) – rosyjska baza okrętów podwodnych Floty Pacyfiku znajduje się na południowym brzegu Półwyspu Kraszennikowa, nad Zatoką Kraszennikowa w okolicach Pietropawłowska Kamczackiego.


Okręty podwodne z napędem atomowym operowały z bazy w Ribaczim od połowy lat 60. Od wczesnych lat 80. Rybaczij stał się największą rosyjską bazą nuklearnych OP obsługująca 14 radzieckich SSBN.[8] Jednakże w dekadę później, w marcu 1998 roku, liczba ta spadła do 9 pozostających w służbie OP klasy Delta (a dokładniej Delta III) – po wycofaniu ze służby 3 okrętów klasy Delta I i 3 okrętów Yankee I pomiędzy 1993 a 1997 rokiem. Od roku 1999 ilość aktywnych SSBN spadła do 4, wraz z 1 skasowanym SSBN (prawdopodobnie klasy Yankee) pozostały na Kamczatce. […]


Najgorszym problemem wiążącym się z tą bazą jest duża ilość skasowanych, wycofanych ze służby OP, które w niej zadokowano. W roku 2000 znajdowało się tam aż 17 [!!!] OP w Zatoce Kraszennikowa, z których tylko trzy zostały pozbawione reaktorów jądrowych. […]


Radioaktywność nie przekracza zadanych norm na większości akwenu Zatoki Kraszennikowa. Pomiary dokonane w pobliżu bazy Ribaczij wykazały dość niski poziom promieniowania wynoszący 8 Bq/kg. (Źródło - http://wikimapia.org/118355/Kamchatka-Rybachiy-Nuclear-Submarine-Base, przekład mój uwaga tłum.)


Według innych źródeł, w bazie i mieście doszło do skażenia radioaktywnego, którego źródłem były nierozbrojone okręty podwodne oraz wcześniejszy problem ze skradzionym katalizatorem platynowym, co stało się przyczyną opuszczenia bazy (i to w ciągu jednej nocy) i powstania kolejnego miasta-widma… (Zob. http://webecoist.momtastic.com/2010/04/15/ghost-towns-places-abandoned-due-to-disasters-pics/ - uwaga tłum.)

Co do zestrzelenia koreańskiego Boeinga z lotu KAL-007, to jestem przekonany, że doszło do fatalnej pomyłki i Rosjanie chcieli zestrzelić nie „pasażera”, ale śledzący całą operację wywiadowczą latający radar i stanowisko dowodzenia – samolot E2A Sentry AWACS – a dokładniej chodziło im o jego elektroniczny „miąższ” którym był nafaszerowany od dziobu do ogona, a które to samoloty stanowiły jedno z najważniejszych ogniw amerykańskiego systemu obronnego oraz programu SDI/NMD. 


Wygląda na to, że dopiero teraz zaczynamy poznawać tajemnice radzieckich (i nie tylko) miast-widm, które są niemymi świadkami szaleństwa Zimnej Wojny. Póki co jest w nich miejsce na wszystko – począwszy od tajemnic sztabów dywizji i flot Az do tajemnic UFO i USO, bo jestem pewien, ze w niejednym z nich pracowano także nad nimi…


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 29/2012, ss.20-21
Przekład z j. rosyjskiego i angielskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©                      



[1] Od „gławnyj komandir” - głównodowodzący.
[2] Stopień wojskowy nie mający odpowiednika w polskiej Marynarce Wojennej.
[3] W kodzie NATO – klasa Foxtrott – SS czyli myśliwski lub torpedowy OP.
[4] W kodzie NATO – klasa Whiskey – SSK czyli tzw. patrolowy lub radarowy OP.
[5] W kodzie NATO – klasa Bravo – SS.
[6] Punkt Obserwacji Wzrokowo-Technicznej.
[7] W opisywanym przypadku KAL-007 leciał od strony lądu, więc przeciwlotnicy nie otwierali ognia do samolotu, który opuszczał przestrzeń powietrzną Związku Radzieckiego.
[8] Rakietowy okręt podwodny z napędem atomowym.

niedziela, 2 grudnia 2012

Widma Czarnego Moru

W Europie chodziły legendy o Morowej Dziewicy, która płynie w powietrzu widzialna jedynie dla nielicznych ludzi...



Emilia Gałagan

Ostatnia wielka epidemia dżumy, znana także jako mandżurska epidemia, miała miejsce na północnym-zachodzie Chin w latach 1910-1911. Jej ofiarą padło ponad 60.000 osób, zaś według innych danych aż 100.000.

Człowiek Średniowiecza był bezbronnym przed wielka ilością śmiertelnie groźnych chorób. Ludzie nie mieli zielonego pojęcia, jak rozprzestrzeniają się infekcje, nie wiedzieli niczego o mikroorganizmach. Za to była szeroko rozpowszechniona wiara w dopusty boskie. Chorobę uznawano za karę Bożą, a także rezultat mieszania się w życie człowieka nadprzyrodzonych sił. Epidemia dżumy w XIV wieku kosztowała Europę życie 1/3 jej mieszkańców i nie mogła nie zrodzić w ciemnych umysłach ludzkich legend, które objaśniały przyczyny straszliwej choroby.


Ofiary Czarnego Moru (dżumy dymienicznej) - ilustracja z toggenburskiej Biblii



Zwiastuny nieszczęścia


Wśród ludzi krążyło wiele głupich opowieści o znakach zwiastujących pojawienie się Czarnej Śmierci. We Francji obserwowano zadziwiające „deszcze gwiazd spadających” – wydawało się, że gwiazdy zdecydowały się porzucić swe przyrodzone miejsca i postanowiły masowo spaść na Ziemię. Krążyły słuchy o tym, że jakaś wieśniaczka rozkroiła bochen chleba i zobaczyła wypływającą zeń krew…

W grudniu 1347 roku, w Watykanie nad papieskim pałacem widziano słup ognia, chociaż pożaru nie było. Dzwony w katedrze św. Marka w Wenecji zaczęły same dzwonić, bez jakiegokolwiek udziału człowieka.

Płytka wiedza średniowiecznego człowieka rysowała mu coraz to inne fantastyczne obrazy. Fra Michaele Piazza, sycylijski mnich zostawił po sobie dokładna kronikę wydarzeń w tych dziwnych latach i jak o autentycznym fakcie pisze on o wielkim czarnym psie, który wpadł do messyńskiego kościoła i mieczem – trzymanym w jednej z przednich łap – począł rąbać wystrój świątyni.

I nadeszła dżuma… Dniem i nocą wielu ludzi umiera na głównych ulicach miasta – pisał Giovanni Boccaccio w swym „Dekameronie” –  książce, która jest ucieczką od grozy Czarnego Moru. – Zejście ze świata innych, umarłych w swoich domach, nawet nie zauważonych przez sąsiadów do tego czasu, póki zgnilizna nie zaczęła rozkładać ich trupy. Jeżeli w domu umierał ktoś, to wkrótce cały rejon zamieniał się w cmentarz…


Purpurowa szarfa


Ludowa świadomość zaczęła personifikować to, co stało się udziałem ludzi.
Kiedy Czarny Mór zaczął już swój marsz po Europie, zaczęto mówić o tajemniczej Morowej Dziewicy (Lady Dżuma), która – oczywiście jak widmo – płynie w powietrzu – widzialna tylko dla niektórych śmiertelników. Niezmiennie pokazuje się ona tym, kto staje się jej ofiarą – i dni jego są policzone. Opowiadali także, że Morowa Dziewica chodzi po ulicach miast i wsi, i wybiera dom, który chciałaby odwiedzić, wsuwa pod jego drzwi lub wrzuca przez okno swoją jasnopurpurową szarfę.

W całej Europie była rozpowszechniona legenda o nieustraszonym chłopie. Pewnego dnia o zmierzchu, stojąc na progu swego domu położonego na samym skraju wioski ujrzał on kobietę, która szybko zbliżała się do niego. Ona nie szła, ale leciała nad ziemią, bo niczym innym nie można było objaśnić jej szybkiego ruchu. Wyglądała ona blado i chorobliwie, a na jej szyi widać było szkarłatną wstążkę, której koniec ściskała w ręku. Rolnik zrozumiał, że przed nim pojawiła się sama Morowa Dziewica. Rzucił się do domu i porwał topór. Kiedy Dziewica podeszła do drzwi i machnęła ręką, w której dzierżyła szarfę. Wtedy chłop przymrużył oczy i ciął ją toporem po ręce. Kiedy otworzył oczy, to nikogo nie ujrzał – wydawało mu się jednak, że u jego stóp coś czerwienieje, ale były to ostatnie promienie zachodzącego słońca…

Sam chłop wkrótce zachorował i umarł, ale innych domów w tej wsi Dżumowa Dziewica już nie tknęła.


Przestraszony pastor


Nawet kiedy epidemia zabrała tysiące istnień ludzkich i skończyła się, pamięć narodu zachowała mnóstwo legend o widmach, które się wtedy pojawiły i były tak czy inaczej związane z dżumą. W angielskim hrabstwie Hamsphire znajduje się wieś Verham Dean k./Andover przez którą przebiega droga zwana Choot Caseway. Wychodząc ze wsi droga wznosi się na pagórek. W księżycowe noce można zauważyć tam, jak na wzgórze to idzie drogą człowiek uginający się pod ciężarem ogromnego worka. Ale on nigdy nie dochodzi do szczytu wzgórza, bo ten człowiek – to widmo. Jego droga dłuży się już niejedno stulecie. Wiele, wiele lat temu był on pastorem w Verham Dean, a kiedy rozpoczęła się tam epidemia dżumy, to kazał on przenieść się chorym na to wzgórze, by odizolować ich od zdrowych mieszkańców. Obiecał chorym przynosić jedzenie i troszczyć się o nich. Ale strach okazał się silniejszym i kapłan wyszedłszy ze wsi z workiem prowiantu nie udał się na wzgórze. Słysząc jęki i płacze chorych, rzucił worek i zaczął uciekać. Legenda mówi, że za karę za swą małoduszność musi wlec swe brzemię na wzgórze już od wielu lat.

Rozprzestrzenianie się epidemii dżumy dymienicznej w Europie w latach 1347-1353


Brudne pieniądze


Na północy Anglii pokazuje się inne widmo, którego pojawienie się też jest kojarzone z dżumą. Sunstie Hall (???) (Linconshire???) to bogate miasto, ale kiedy nocą pójdzie się do sadu, który otacza duży dwór, to można zobaczyć na brzegu ruczaju człowieka, który coś myje w wodzie. Jest to pierwszy właściciel tego dworu – niejaki Robinson. Opowiadają o nim, że był on znanym londyńskim zawadiaką, birbantem i szaławiłą. Kiedy zaczęła się epidemia dżumy, wiele domów okazało się skażonymi i opuszczonymi, a pozostawione w nich dobra – nikomu nie potrzebne. I tak ów Robinson nie bał się plądrować takie domy i brać wszystko, co można było spieniężyć – klasyczny szaber. Zebrał on dostatecznie dużo pieniędzy by porzucić Londyn i postanowił wrócić do ojcowizny. Tak zatem kupił on Sunstie Hall, gdzie przeżył do końca swoich dni.

Ale po śmierci Robinsona czekała surowa kara – jeż przez kolejne stulecie usiłuje on umyć swe pieniądze, zdobyte niegodnym sposobem, ale do dziś dnia nie widać rezultatów jego trudów…


Widmo ostrzegające przed nieszczęściami...


Zwiastunka nieszczęścia


Następną historię o widmie, które niepokoi mieszkańców South Peterville w Kornwalii, odnotował w swej kronice pomocnik pastora John Rudalle w XVII wieku. Pisze on o tym, że jeden z parafian niejaki Mr. Bligh opowiedział mu iż jego dziecko przechodząc przez skwer przed domem każdego ranka widzi dziewczynkę, która jest jakby utkana z powietrza. Dziewczynka ta gestami przywołuje go do siebie.

Sam chłopiec twierdzi, że ta młoda lady to ich sąsiadka Dorothy Ginlet, która umarła kilka lat temu. Bywała ona często w domu Bligha, bawiła się z jego synem, i dlatego Bligh sądził, że po prostu chłopiec tęskni za swoją starszą przyjaciółką. Ale pewnego dnia onże sam zauważył sylwetkę dziewczynki stojącą na skraju skweru, która jednak szybko znikła.

Tak też Bligh zaprosił Rudalle’a i wczesnym rankiem wraz z synem udali się na spotkanie z widmem. Dbały o szczegóły Rudalle odnotował, że tego dnia był lekki przymrozek, a na trawie połyskiwał szron. Widmo pojawiło się naraz przed nimi wyłaniając się nieoczekiwanie z mgły. Bligh i Rudalle poznali Dorothy Ginlet, która nie patrzyła jednak na nich, ale na chłopca. Naraz usłyszeli jej głos, choć usta widma ani drgnęły:
- Wkrótce tysiące dusz porzucą tą ziemię.
I po tych słowach widmo znikło.

To było w 1665 roku, który stał się dla Anglii niefortunnym, bowiem wybuchła epidemia dżumy dymieniczej w Londynie, która pochłonęła 100.000 ofiar czyli około 20% ówczesnej populacji stolicy Wielkiej Brytanii.

Ducha Dorothy Ginlet widziano jeszcze niejednokrotnie na skwerze przed domem Blighów, ale nie rozmawiał on z ludźmi. Opowiadają, że nadal można zobaczyć tam widmo dziewczynki, które ucieka od dorosłych, ale przywołuje gestem dzieci. Może jeszcze raz to widmo ostrzeże świat o grożących mu nieszczęściach…


Niby nie wierzymy, ale…


…sprawa straszliwych epidemii, które miały miejsce w tzw. ciemnym tysiącleciu chorób w latach 700 – 1700 stanowi jedną z najciekawszych zagadek historii. Temu ciekawemu zagadnieniu poświecił jedną ze swych książek dr Miloš Jesenský. W pracy „Atomowe wojny bogów” twierdzi on, że te straszne epidemie i pandemie Czarnego Moru (dżumy dymieniczej – Yersinia pestis i innych „morów” – w tym słynnej grypy „hiszpanki” N1H1 – zostały spowodowane przez… orbitujące wokół Ziemi czy znajdujące się na Ziemi kontenery z bronią B pozostała po atomowych wojnach bogów-astronautów. Zainteresowanych odsyłam do jego pracy na stronie - http://hyboriana.blogspot.com/2012/07/bogowie-atomowych-wojen-1.html i dalsze.

Jeżeli idzie o opisy Czarnego Moru, to najbardziej szokującym, poza opisem w „Dżumie” Alberta Camusa, jest jedno z opowiadań Gustawa Morcinka o Morowej Dziewicy ze zbioru „Przedziwne śląskie powiarki” (1961), w którym w sposób dość wstrząsający i działający na wyobraźnię opisuje on epidemię dżumy w Cieszynie najprawdopodobniej w 1585 roku, w czasie której zmarło 3000 osób, czyli 1/3 populacji tego miasta.

W artykule wzmiankuje się o tym, że epi- i pandemie Czarnego Moru (i innych śmiertelnych chorób) wywoływały komety czy deszcze meteorów. Tak było ZAWSZE i wcale nie jest to jakiś zabobon. Komety mogą być nie tyle wylęgarnią życia, ale jego medium – roznosicielami po układach planetarnych.

Astronomowie twierdzą, że nie mamy pozaukładowych meteoroidów czy komet. Nie zgadzam się z tym, bowiem od czasu do czasu przylatuje do nas jakaś kometa o nietypowym, pokręconym składzie chemicznym – jak np. kometa C/1996 B2 Hayakutake.

W składzie chemicznym Komety Hyakutake – podaje Wikipedia - wykryto obecność etanu (C2H6) i metanu (CH4). Analizy zawartości związków chemicznych w komie dały podstawy do przypuszczeń, że jądro komety ukształtowało się w chmurze międzygwiazdowej w temperaturze ok. 20 K. Ilość deuteru w lodzie wodnym komety była zdecydowanie większa niż notuje się w wodach ziemskich oceanów. Stąd przypuszczenie, iż nie można upatrywać w kometach, które uderzały w naszą planetę, jedynego źródła pochodzenia wody na Ziemi.


...i kometa C/1996 B2 Hayakutake, która mogła być przybyszem z innego układu gwiezdnego... (Źródło - "Wiedza i Życie" nr 2/1997)


Co więcej, czego nie podała już Wikipedia, którą tu zacytowałem – kometa ta zawierała 1000 razy więcej rodników cyjanowych (CN-) i cyjanowodoru (HCN) niż „normalne” komety, stąd jej zielony kolor. Pisze o tym Jarosław Włodarczyk na łamach „Wiedza i Życie” nr 2/1997:

W programie obserwacji uczestniczyło kilka dużych radioteleskopów z całego świata. Uzyskane rezultaty sugerują, że kometa Hyakutake zawiera materię, która zalega w przestrzeni międzygwiazdowej, daleko poza granicami Układu Słonecznego. Odkryto bowiem, że w materii kometarnej występuje izocjanowodór (HNC), i to w takiej samej proporcji do cjanowodoru (HCN), jak się to obserwuje w obłokach gazu i pyłu międzygwiazdowego. Wspiera to hipotezę, że gazy występujące w przestrzeni międzygwiazdowej są składnikiem jąder komet, trafiwszy tam w postaci lodu wmrożonego w gwiezdny pył.

Odkrycie to nie musi, oczywiście, świadczyć o tym, że kometa Hyakutake przybyła do nas z głębin naszej Galaktyki. Może jednak wskazywać na to, że część materii tworzącej obłok, z którego 4,5 mld lat temu uformowało się Słońce, nie uległa przeobrażeniu, zachowując swój pierwotny skład chemiczny. Innymi słowy, to komety dostarczyły na Ziemię wodór, węgiel, azot i tlen - pierwiastki, z których dziś zbudowane są żywe organizmy - w związkach chemicznych tworzących się w przestrzeni kosmicznej niemal od początków istnienia Wszechświata.

Po co ten asekurantyzm? Tak po prostu być mogło i Kometa Hayakutake po prostu przybyła do nas z głębin Galaktyki. No tak – ale w środowisku astronomów istnieje paradygmat głoszący m.in., że wszystkie komety obserwowane w ciągu stuleci były i są tylko i wyłącznie kometami układowymi i nie ma mowy o tym, że mogą pochodzić z innych układów gwiezdnych, podobnie zresztą rzecz się ma z meteorytami pozaukładowymi. Wszelkie odstępstwa od niego są traktowane jako naukowa herezja! A co z tego wynika? – coś niezmiernie oczywistego, a mianowicie: skoro komety są siewnikami życia przemieszczające się pomiędzy układami gwiezdnymi, to Kosmos kipi życiem, które rozwija się wszędzie tam, gdzie tylko znajdzie warunki dogodne do swego rozwoju i to w całej Galaktyce.  

A to już nie jest nawet prawo dialektyki, to jest prawo fizyki!

To, że jeszcze nie znaleziono (czyżby??? – a Meteoryt Grenlandzki, którego sprawę opisał m.in. Kazimierz Bzowski) meteorytów pozaukładowych, to wcale nie świadczy o tym, ze ich nie ma. I idę o zakład, że takowych wiele spadło na Ziemię w minionych epokach geologicznych, kiedy Układ Słoneczny mógł znajdować się blisko innych układów gwiezdnych, które przemieszczały się w przestrzeni obok niego. Kiedyś na łamach „Meteorytu” rzuciłem pomysł, by właśnie takich poszukać chociażby w hałdach górniczych na Górnym Śląsku, gdzie wśród kamieni znalazłby się niejeden meteoryt. Ale jak to u nas – odzewu nie było. Może jednak po tej publikacji ktoś zajmie się tym na serio? Myślę, że warto, bo meteoryty obok wartości naukowej i kolekcjonerskiej mają niemała wartość materialną…

A zatem za łopaty i szukajmy meteorytów w ziemi!

Źródło – „Tajny XX wieka” nr 23/2012, ss.36-37
Przekład z j. rosyjskiego –
Robert K. Leśniakiewicz ©