Powered By Blogger

poniedziałek, 23 lutego 2015

Zaginiony samolot malezyjski (20)



Z winy wojskowych: omyłkowe zestrzelenia


Jurij Daniłow


W 1896 roku, w Berlinie runął na ziemię szybowiec. Jego pilot Otto Lilienthal objaśniwszy z naukowego punktu widzenia jak ptaki latają w powietrzu, zginął. Była to pierwsza w świecie katastrofa lotnicza ze skutkiem śmiertelnym…

Dnia 17.VII.2014 roku, w Donieckiej Obłasti Ukrainy rozbił się Boeing-777 należący do kompanii Malaysia Airlines. Wszystkich 283 pasażerów i 15 załogantów zginęło. Zgodnie z oficjalną wersją, stratoliner został zestrzelony przy pomocy rakiety. Jeżeli ta informacja się potwierdzi, to lipcowa katastrofa stanie się największą w historii awiacji z udziałem wojskowych w ciągu ostatnich 50 lat. Chcę przypomnieć naszym Czytelnikom katastrofy lotnicze, które powstały z winy wojskowych, po II Wojnie Światowej do naszych dni.


Zestrzelenie Boeinga 747 Jumbo Jeta przez radziecki mysliwiec w 1983 r. (wizja artysty)


Myśliwce i „zabłąkane” rakiety 


·        W dniu 23.VII.1954 roku, chińskie myśliwce biorąc hongkoński samolot pasażerski DC-4 za samolot zwiadowczy zestrzeliły go. Zginęło 10 osób.
·        Dnia 30.VI.1962 roku miała miejsce największa katastrofa tamtych czasów w ZSRR – liniowy Tu-104 w około godzinę po starcie zaczął szybko się zniżać i rozbił się. Wszystkie 84 osoby na jego pokładzie zginęły. Później stało się jasne, że w tym czasie jednostka WOPK pod Magańskiem prowadziła ćwiczebne strzelania i jedna z rakiet ziemia-powietrze „zagubiła się” w burzowym froncie, przeprogramowała się z ćwiczebnego celu i trafiła w samolot.
·        Dnia 11.IX.1968 roku nad Morzem Śródziemnym, w okolicy Nicei, francuski samolot pasażerski SE-210 Caravelle III został trafiony rakietą ziemia-powietrze w okolicy wyspy Île du Levant, gdzie miały miejsce ćwiczenia przeciwlotnicze. W rezultacie katastrofy zginęło 95 osób.


Pomyłki nawigacyjne


·        Dnia 21.XII.1973 roku, Boeing-727 należący do libijskich linii lotniczych z powodu pomyłki nawigacyjnej skierował się w stronę izraelskiej bazy lotniczej na półwyspie Synaj. Poderwano dyżurną parę myśliwców na przechwyt, piloci wzięli tą maszynę za egipski samolot (w tym czasie trwała wojna z Egiptem) przejęty przez terrorystów. Piloci libijskiego samolotu nie odpowiadali na nakaz lądowania i samolot zestrzelono. Zginęło 216 ludzi.
·        Dnia 20.IV.1978 roku, południowokoreański Boeing-707 zszedł z kursu, wszedł w przestrzeń powietrzną ZSRR nad Karelią i zignorował wezwania do lądowania poderwanego na przechwyt myśliwca. W rezultacie czego radziecki Su-15 otworzył do niego ogień i piloci Boeinga zmuszeni byli do siadania na tafli jeziora Korpijarvi. Po ostrzale Boeing stracił część skrzydła, która na radarach WOPK wyglądała jak rakieta. Na jej przechwyt poleciał jeszcze jeden Su-15, który ostrzelał cel w powietrzu. W rezultacie incydentu zginęło dwóch pasażerów.
·        W dniu 27.VI.1980 roku, włoski samolot pasażerski DC-9 znalazł się na polu bitwy libijskiego i natowskiego lotnictwa nad Morzem Tyrreńskim i został zniszczony rakietą powietrze-powietrze wystrzeloną prawdopodobnie z francuskiego myśliwca. Zginęło 81 ludzi.


Rakietowy system PLOT. S-200 w akcji


Rozkaz - zniszczyć naruszyciela!


·        W nocy 30.VIII/1.IX.1983 roku miała miejsce jedna z najsłynniejszych katastrof lotniczych z udziałem lotnictwa cywilnego i wojskowego. Boeing-747 z południowokoreańskich linii lotniczych KAL naruszył przestrzeń powietrzną ZSRR i został zestrzelony przez samolot Su-15. Zginęło 269 osób.
- Widziałem jak w przedzie idzie ten sam – obcy. Nie jestem inspektorem drogówki, który może zatrzymać intruza i zażądać okazania dokumentów. Leciałem za nim, żeby przerwać mu lot – wspomina pilot tego myśliwca ppłk Giennadij Osipowicz. – Pierwsze, co powinienem zrobić, to zmusić go do lądowania. A jak się nie podporządkuje, to za wszelką cenę przerwać lot. Innego wyjścia po prostu nie było.
Tak więc przybliżyłem się i złapałem go w celownik radiolokacyjny. Zaświeciły się kontrolki odpalania rakiet. Znalazłszy się w odległości 13 km od intruza zameldowałem – „Cel uchwycony – idę za nim, co robić?” Ziemia odpowiada – „Cel naruszył granicę państwową. Cel zniszczyć”.
Pierwsza rakieta trafiła w ogon – ukazały się żółte płomienie. Druga rozwaliła połowę lewego skrzydła – wtedy zgasły światła i stroboskopy.
W dniu 14.VI.1993 roku eksperci Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego – ICAO – opublikowali dokument, w którym doszli do wniosku, że dowództwo WOPK ZSRR sądziło, iż wydaje rozkaz do zestrzelenia amerykańskiego samolotu szpiegowskiego RC-135, którego wcześniej zaobserwowano w tym rejonie. A rejon ten był bogaty w tajemnice: na Sachalinie znajdowało się sześć strategicznych baz lotniczych i centrum Marynarki Wojennej, na Kamczatce znajduje się poligon rakietowy ICBM w Kura, w Morzu Ochockim pomiędzy Sachalinem a Kamczatką pływały atomowe okręty podwodne z SLBM na pokładzie. Poza tym nie jest przypadkiem, że w czasie lotu południowokoreańskiego liniowca, nad tym rejonem trzykrotnie przelatywał amerykański satelita radiozwiadowczy Ferret D, który rejestrował wszystkie parametry aktywizującej się sieci łączności radzieckich WOPK. Dlatego też istnieją wszelkie podstawy do stwierdzenia, że koreański Boeing został rzucony przez CIA na rozpoznanie bojem.

[Osobiście uważam, że Rosjanom chodziło nie o samolot szpiegowski RC-135, ale o coś jeszcze innego, a mianowicie o samolot Boeing 707 E-3A Sentry AWACS – latające stanowisko dowodzenia i kontroli obszaru powietrznego – jedno z kluczowych ogniw Programu SDI/NMD albo Gwiezdnych Wojen prezydenta Ronalda Reagana, który tej nocy znajdował się także przy radzieckiej przestrzeni powietrznej, i z którego koordynowano działania kilku samolotów radiozwiadu, satelity Ferret D oraz okrętu rozpoznania radioelektronicznego USS Badger. Tak czy inaczej, była to operacja szpiegowska wymierzona przeciwko ZSRR i kroki przezeń podjęte były słuszne i uzasadnione. Zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2013/11/przerwany-rejs.html i http://wszechocean.blogspot.com/2012/12/bieczewninka-zapomniana-baza-okretow.html,  – uwaga tłum.]


Samolot KAL zmuszony do lądowania w radzieckiej Karelii


Obrona przed możliwym atakiem

·        W dniu 3.VII.1988 roku, irański Airbus A-300 został zestrzelony przez dwie rakiety klasy woda-powietrze odpalone z amerykańskiego krążownika przeciwlotniczego USS Vincennes – zabito 290 pasażerów i załogantów.  
·        Jeszcze do tego, w dniu 8.VII.1988 roku, ten sam okręt grożąc użyciem broni zmusił do zmiany kursu jeszcze jednego pasażerskiego stratolinera lecącego nad Zatoką Perską, co omal nie doprowadziło do kolizji z innym samolotem pasażerskim…  
Później dowódca krążownika oświadczył, że samolot nie odpowiadał na wezwania i został rozpoznany jako myśliwiec F-14 sił powietrznych Iranu, poczym podjęto decyzje o jego zniszczeniu. Prezydent USA Ronald Reagan w związku z tym oświadczył, że rakiety wystrzelono w przypadku „obrony przed zagrażającym atakiem” w „obronie koniecznej”.
Ciekawe, że wcześniej – w incydencie z zestrzelonym przez radzieckie WOPK południowokoreańskim Boeingiem z lotu KAL-007 – waszyngtońska administracja wyrażała zdumienie, jak w ogóle można pomylić samolot pasażerski z wojskowym.

[No właśnie. Ciekawy jestem jak można było pomylić radarowe echo dużego Airbusa z echem mniejszego F-14, które różnią się między sobą także pułapem i innymi parametrami lotu? Jest oczywistym, że było to albo zaniedbanie/niedoszkolenie obsługi radiolokatorów krążownika, albo celowe działanie. W kontekście tego drugiego przypadku należy sądzić, że było to niestety celowe działanie – uwaga tłum.]        


Szczątki malezyjskiego Airbusa zestrzelonego na Ukrainie


Sprawy na Kaukazie…

·        Dnia 9.V.1992 roku miał miejsce jedyny szczęśliwy incydent w szeregu katastrof lotniczych z udziałem wojskowych – armeński samolot pasażerski Jak-40 wywożący uciekinierów ze Stepanakertu do Erewania został ostrzelany przez azerbejdżański samolot szturmowy Su-25, ale załoga wykonała perfekcyjnie awaryjne lądowanie. Nikt nie zginął, tylko samolot spalił się do cna.
·        W dniu 21.IX.1993 roku, w czasie gruzińsko-abchaskiego konfliktu przy pomocy rakietowego systemu plot. z abchaskiego kutra rakietowego został zestrzelony gruziński liniowiec Tu-134 w rejonie Suchumi. Zginęło 25 (mówi się także o 27 lub 28) osób.
·        Następnego dnia, także z kutra rakietowego, został uszkodzony jeszcze jeden gruziński samolot pasażerski Tu-154. Pilotom udało się posadzić samolot, ale na nieszczęście wypadł on z pasa startowego i zapalił się. Zginęło 108 osób.
·        Wieczorem tego samego dnia, jeszcze jeden Tu-154 został ostrzelany w czasie podchodzenia do lądowania, ale rakieta nie trafiła w cel.


Zmiana celu i terroryści


·        W dniu 4.X.2001 roku, rosyjski Tu-154 został zestrzelony rakietą ziemia-powietrze z kompleksu plot. S-200 przez WOPK Ukrainy nad Morzem Czarnym. Zginęło 66 pasażerów i 12 załogantów.
W chwili przelotu stratolinera w rejonie Teodozji miały tam miejsce ćwiczenia szkolno-bojowe ukraińskiego WOPK mające na celu nauczenie wykrywania i niszczenia celów powietrznych pozorowanego nieprzyjaciela przy pomocy systemów pocisków rakietowych plot. klasy ziemia-powietrze. Mimo tego, że generalicja i rząd Ukrainy odżegnał się od tego incydentu, to podniesione z dna morza szczątki samolotu i ciała podróżujących nim ludzi nosiły charakterystyczne okrągłe dziury po kulach, którymi wypełnione są głowice bojowe pocisków rakietowych kompleksu S-200. Poza tym różnica w czasie pomiędzy wybuchem samolotu i zarejestrowanym przez Amerykanów startem pocisku rakietowego tym rejonie jak raz pasowała do czasu dolotu do celu tej rakiety. W końcu strona ukraińska musiała przyznać, że do katastrofy doszło wskutek zmiany automatycznego naprowadzania na cel z bezpilotowego samolotu-celu na rosyjskiego pasażera.
·        W dniu 9.I.2007 roku, terroryści z ugrupowania Islamska Armia w Iraku zestrzelili mołdawski samolot pasażerski An-26 w czasie jego przelotu nad irackim Bagdadem. Zginęły 34 osoby.


Moje 3 grosze


Do tej ponurej listy należałoby jeszcze dopisać i polski epizod, a mianowicie tajemniczą i nigdy nie wyjaśnioną katastrofę samolotu PLL LOT An-24 o znakach SP-LTF z lotu LO-165, która wydarzyła się w dniu 2.IV.1969 roku pod szczytem Policy w Beskidzie Wysokim. Zginęło wtedy 53 osoby – pasażerów i załogantów. A tak pisałem o niej na łamach „Echa Jordanowa”:

Także i ta katastrofa jest osłonięta gęstym woalem tajemnicy. Badający tą sprawę dziennikarz „Gazety Krakowskiej” red. Jerzy Pałosz sądził, że po upadku komunizmu w Polsce uda mu się dotrzeć bez przeszkód do świadków i dokumentów. Rychło okazało się, że świadkowie mówią niewiele, a i gros dokumentów spoczywa nadal w safesach MSWiA, MON i  IPN, bez szans na ich rychłe odtajnienie. Sprawa ta przypomina angletonowską „dżunglę luster”, tropy przecinają się nawzajem i czasem wykluczają, zaś odbicia oślepiają i dezorientują... (=> J. Pałosz – „Tragedia pod Zawoją” w „Gazeta Krakowska” z dn. 10 kwietnia 1994, ss. 6 i 7 oraz z dn. 11-12 kwietnia 1994, s. 3) Jedno jest pewne, że ówczesne władze PRL zrobiły wszystko, co w ich mocy, by sprawę tej katastrofy wyciszyć i ukręcić temu łeb. Prawda była zbyt niewygodna... […]
Istnieje kilka hipotez, co do przyczyn tragedii pod Zawoją:
1.Porwanie samolotu i ucieczka do Austrii;
2. Zestrzelenie samolotu przez czechosłowackie WOPK;
3.Błąd pilotów, którzy po przeleceniu Krakowa usiłowali zawrócić samolot i wskutek błędu nawigacyjnego uderzyli w stok Policy;
4.Błąd obsługi naziemnej lotniska Kraków – Balice, która obserwowała samolot Li-2 (lecący przed SP-LTF) i podawała dane, na których oparli się piloci AN-24;
5. Działanie innych czynników niezależnych od ludzi, fatalnych warunków pogodowych, błędów technicznych, awarii systemów nawigacyjnych, itd.
Tak czy inaczej, każda z tych przyczyn doprowadziła do tego, że w dniu 2 kwietnia 1969 roku, o godzinie 16:07 samolot AN-24 rozbił się na stoku Policy. W katastrofie zginęły 53 osoby. Nie przeżył nikt. Red. Pałosz stawia w swym artykule kluczowe dla sprawy pytanie: co zaabsorbowało uwagę załogi LO-165 w rejonie Jędrzejowa, że przegapiła ona tamtejszy marker i wzięła zań następny marker lotniska w Krakowie – Balicach? Na to pytanie nie odpowiedział nikt.







Zdjęcia archiwalne z miejsca katastrofy LO-165 nad Zawoją 
(Archiwum KWP Kraków)

Hipoteza ufologiczna, która wysunąłem ongi zakłada, że w dniu 2 kwietnia 1969 roku samolot rejsowy PLL LOT An-24, nr lotu LO-165, który po prostu rozbił się wskutek pomyłki nawigacyjnej popełnionej przez operatora radiolokatora z lotniska Kraków-Balice, zmylonego widocznym na ekranie radiolokatora echem jakiegoś samolotu lecącego właśnie nad ... Skawiną! Mogło to być oczywiście UFO, ale… Kontroler lotu wydawał polecenia właśnie dla tego obiektu, zaś załoga lecącego o 40 km dalej na południe LO-165 wykonywała je. Efekt tego przy panującej wtedy ohydnej, kwietniowej pogodzie mógł być tylko jeden - samolot werżnął się kilkadziesiąt metrów poniżej głównego szczytu Policy... […]



Tablice pamiątkowe i pomnik upamiętniające tragedię pod Policą z kwietnia 1969 roku (Internet)

Ciekawą hipotezę wysunął jeden z ekspertów do spraw katastrof lotniczych i prawnik Mariusz Fryckowski, który wysunął hipotezę, że samolot mógł mieć bombę (lub podobnie działające urządzenie) na pokładzie i jego działanie spowodowało jego zgubę, albo został on zestrzelony przy pomocy karabinu (rusznicy) przeciwpancernej. Pomysł jest o tyle ciekawy, że nikt jego nie wziął pod uwagę i nikt nie szukał śladów działania takiej broni, która mogła miotać pociski o kalibrze 7,92 mm (polski kppanc.  wz. 35 UR, Urugwaj o zasięgu rażenia 300 – 500 m) lub 14,5 mm (radziecki PTRD lub PTRS na odległość 500-800 m), które jednak zostały wycofane z uzbrojenia WP i raczej nie mogły być użyte przeciwko temu samolotowi. Karabiny te przeżywają jednak pewien renesans. Od lat 80. w wielu armiach świata wprowadza się tzw. „wielkokalibrowe karabiny wyborowe” [ang. AMR (Anti Materiel Rifle) - karabin do niszczenia sprzętu technicznego o kalibrze .50 czyli 12,7 mm], których koncepcja częściowo wywodzi się z karabinów przeciwpancernych - służą one do precyzyjnego niszczenia lekkiego sprzętu z dużych odległości.  
    
Tak czy owak – sprawa ta jest nierozwiązaną do dziś dnia.


Tekst i zdjęcia – „Tajny XX wieka” nr 36/2014, ss. 12-13
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©       

niedziela, 22 lutego 2015

5 najbardziej trujących rzeczy na Ziemi



Siergiej Wasilienkow


Trucizny otaczają nas ze wszystkich stron. Ludzie nawet nie zdaja sobie sprawy z tego, jak często się z nimi spotykają w życiu codziennym. Tak np. zepsute puszki konserw mięsnych, w których znajdują się bakterie botulinowy – Clostridium botulinum - mogące szybko przenieść nas do grobu. Albo rozbita świetlówka może spowodować silne zatrucie. Także zastrzyki z botoksu, które aplikują sobie współczesne pięknotki nie są tak bezpieczne, jak się wydaje. Dzisiaj zapoznamy się z piątką najbardziej paskudnych i najjadowitszych trucizn.


Cyjanek – HCN, KCN, NaCN…


Zabójca idealny! Działa natychmiast i nieważne jak dostanie się do organizmu – czy wziewnie czy doustnie. Cyjan związuje się z żelazem we krwi blokując jego możliwość przenoszenia tlenu przez czerwone ciałka krwi. Wystarczy minimalna ilość cyjanku, by wyprawić się w drogę na tamten świat.

Ta trucizna jest znana od dawien dawna. W dniu dzisiejszym używa się jej do tracenia przestępców. Poza tym cyjanków używa się w przemyśle do produkcji plastyków i… rafinacji złota. Jest niezastąpiony, chociaż niebezpieczny…

[Cyjanowodoru używano w niemieckich komorach gazowych do zabijania ludzi przy pomocy tzw. Cyklonu B – cyjanowodoru w ziemi okrzemkowej. Jeżeli idzie o zastosowanie w przemyśle, to wszyscy pamiętają katastrofę ekologiczną w Rumunii i na Węgrzech, kiedy w lutym 2000 roku do Dunaju spuszczono kilkaset tysięcy litrów skażonej cyjankami wody z rafinerii złota w Rumunii, co spowodowało zagładę życia biologicznego w Cisie i dolnej części Dunaju – zob. R. Leśniakiewicz - „Śmierć pachnie migdałami” w http://wszechocean.blogspot.com/2013/04/smierc-pachnie-migdaami.html  uwaga tłum.]

W przyrodzie cyjanki spotyka się w pestkach niemal wszystkich drzew ogrodowych, np. wiśni, moreli, migdałów i in. Dlatego też bądźcie ostrożni, bo jeżeli zjecie ich za dużo to możecie się zatruć.



Botulina, BTX – C6760H10447N1743O2010S32   


Botulina czyli inaczej jad kiełbasiany albo BTX o długim i skomplikowanym wzorze chemicznym, jest to bardzo silna trucizna organiczna, którą używa się do produkcji Botox’u. Tego samego, które pięknotki całego świata używają do przedłużania młodości. Oczywiście w Botox’ie znajduje się minimalna dawka jadu kiełbasianego, ale może ona wywołać poważne następstwa (a nawet śmierć w przypadku nieumiejętnego jego stosowania – przyp. tłum.). Części twarzy, do których jest wprowadzany, mogą się na zawsze zdeformować. Ale kosmetyczny defekt nie jest tak straszny. Po nieudanych zastrzykach z Botox’u mogą się zacząć problemy z defektami skórno-mięśniowymi i wtedy potrzebna jest interwencja chirurgiczna.

Botulina może znaleźć się w zwyczajnych konserwach mięsnych, rybnych i jarzynowych. Po degustacji takich przekąsek rozwija się botulizm – poważna choroba w czasie której następuje paraliż i śmierć.

[Nad botuliną pracowano w wojskowych laboratoriach wszystkich głównych państw biorących udział w I i II Wojnie Światowej oraz w czasach Zimnej Wojny. Ze względu na swe właściwości biofizyczne i biochemiczne botulina jest uznana za broń biologiczną i chemiczną jednocześnie. Odnotowano próbę użycia jej jako broni B przez japońską sektę Najwyższa Prawda – Aum, która na szczęście nie wypaliła… – uwaga tłum.]


Sarin – C4H10FO2P


Został on wytworzony w celach pokojowych – jako pestycyd do ochrony pól przed szkodnikami.  A okazał się bardzo silną trucizną, działająca na skórę i oczy, a wziewnie także na organy wewnętrzne. Jest to najbardziej toksyczny i najsilniej działający bojowy środek trujący – BŚT, w historii Ludzkości.

Człowiek porażony sarinem umiera bolesna śmiercią. Początkowo odczuwa się duszności, wymioty, przestają pracować organy wewnętrzne, potem ofiara wpada w komę i umiera.

Kilkukrotnie używano go jako BŚT, ale potem go zabroniono.

[Sarinu żyto w 1988 roku w czasie ataku gazowego w Halabdży, Irak, gdzie zginęło 5000 cywilnych ofiar. Wspomniana już powyżej sekta Aum rozpyliła sarin w tokijskim metro w 1995 roku, gdzie zginęło 12 osób. Sarinu podobno użyto także w Syrii w 2013 roku i miało tam zginąć 1300 osób – przyp. tłum.]


Tetrodotoksyna, TTX - C11H17N3O8      


W japońskich restauracjach amatorom ekstremalnych wrażeń podaje się rybę fugu. Fugu czyli nadymka albo rozdymka tygrysia – Takifugu rubripes – jest źródłem tej bardzo niebezpiecznej trucizny. Ale nie tylko. TTX spotyka się u wszystkich ryb z rodzaju rozdymkokształtnych, kolcobrzuchowych i tetrodonowatych.

TXD wywołuje paraliż, zawroty głowy, wyczerpanie, nudności, problemy z oddychaniem, koma i śmierć w ciągu 6 godzin.

Mówi się, że czarownicy wudu posługują się tą trucizną by zamienić człowieka z żywego trupa – zombie. Jej działanie na człowieka jest tak silne, że nie sposób odróżnić paraliżu od śmierci. Człowieka będącego  pod wpływem tej trucizny można łatwo uznać za martwego. Potem on „zmartwychpowstaje”, ale przy tym traci swoje „ja” i przekształca się w żywego trupa…

[W Japonii mawia się: „Chcesz jeść fugu, to najpierw napisz testament”. Mimo to jada się je chętnie. Ostatnio hoduje się na skalę przemysłową nietrujące odmiany fugu, które można spożywać bez ryzyka śmiertelnego zatrucia. Wszystko zależy od składu chemicznego wody, w której żyją te ryby i karmy, która się im podaje – uwaga tłum.]   



Rtęć – Hg


Rtęć, jak wiadomo, jest używana w wielu urządzeniach. Znajduje się ona w lampach, termometrach, bateriach… najbardziej niebezpieczne są jej pary. One porażają centralny układ nerwowy, mózg i serce.

Znanym jest zdarzenie, kiedy dzieci pod nieobecność rodziców bawiły się bateriami rtęciowymi i pozostały kalekami na cała resztę życia. O ile przeżyły zatrucie, oczywiście. Takie są skutki działania par rtęci na organizm. Następuje porażenie nerek i innych organów wewnętrznych.

Istnieje organiczna rtęć, która występuje w niektórych owocach morza. Jeżeli przez długi czas będziemy spożywać takie ryby, to można oślepnąć. A to wszystko z powody smażonej rybki na obiad.

[W 1950 roku prof. Iwan Jefremow napisał bardzo ciekawe opowiadanie pt. „Jezioro górskich duchów” (w innych wydaniach „Tajemnicze jezioro”), w którym opisał przygodę radzieckiego geologa, który gdzieś w górach Ałtaju odkrywa jeziorko płynnej rtęci dzięki… obrazowi ludowego malarza, który omal nie przypłacił tego odkrycia życiem. Zob. I. Jefremow – „Księżycowa skała i inne opowiadania”, Warszawa 1952 – polecam! – uwaga tłum.]


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 36/2014, s. 3
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz © 

sobota, 21 lutego 2015

Różowe obłoki i widowisko na niebie


Dwa dni temu sygnalizowałem pojawienie się intensywnie czerwono-karminowo-amarantowych zórz wieczornych na naszym niebie, co przypominało nam możliwość pojawienia się wiatru halnego. I rzeczywiście, w dniu wczorajszym, przy spadającym w tempie 1-1,2 hPa/h ciśnieniu, zaczęło dmuchać od południa, a temperatura poszła do góry i wczoraj było u nas +9,8°C w najcieplejszym punkcie dnia.

Ciekawa rzecz, że moja siostra przebywająca w tym czasie w Grecji sygnalizowała opady śniegu, które zresztą ogarnęły także Turcję i Palestynę. Potężna zima panuje także w USA. A u nas? A u nas dość przyjemne przedwiośnie, co bynajmniej nie oznacza, że zima się nie upomni o swe prawa! Należy spodziewać się jeszcze jej nawrotów w marcu…

Jako już rzekłem, wiatr halny zwiastowały czerwone, karminowe i amarantowe obłoki widoczne na zachodzie i w czasie wschodu Słońca. Poza tym w dniu wczorajszym, w godzinach 17-19 mogliśmy – przy wspaniałej widoczności – podziwiać koniunkcję trzech ciał niebieskich: młodego Księżyca, brylantowej Wenus i słabiutkiego Marsa w konstelacji Wodnika. Nawiasem mówiąc dzisiaj wieczorem nastąpi koniunkcja Księżyca i Uranu w konstelacji Ryb, ale będzie to widowisko tylko dla posiadaczy instrumentów astronomicznych, bowiem jasność tego ostatniego jest bardzo mała.

Czekamy na wiosnę.


Operacja „Broken Arrow” za Północnym Kołem Polarnym

Lokalizacja Thule/Qaanaaq AFB na Grenlandii


Jack Phillips


Jak sie wydaje, już zapomniano historii katastrofy bombowca USAF B-52 z czterema bombami wodorowymi na pokładzie, która miała miejsce na Grenlandii, 750 na północ od Północnego Koła Polarnego.

Samolot spadł w dniu 21.I.1968 roku, w okolicy Thule AFB po pożarze w kabinie, który zmusił załogę do opuszczenia maszyny. Sześciu załogantów było w stanie opuścić samolot katapultując się, ale jeden zginął.

Trzy z czterech bomb zostały znalezione i były one przedmiotem długich wysiłków oczyszczenia terenu, w którym uczestniczyli Amerykanie i Duńczycy. Żadna z bomb nie eksplodowała, bo nie były one uzbrojone przez załogę.

BBC raportowało kilka lat temu, że czwarta nuklearna głowica została porzucona w lodach po wielkiej operacji zebrania 500 mln galonów/2,2 mld litrów lodu, w którym znajdowały się radioaktywne materiały z bomb.

Samolot P-3B należący do NASA ląduje na pasie w Thule AFB

Bombowiec strategiczny B-52 z podwieszonym X-51A WaveRider

Od lat Pentagon twierdził, że wszystkie cztery bomby zostały „zniszczone”, od kiedy BBC dzięki amerykańskiej Ustawie o Wolności Informacji – FOIA - dokopał się do prawdy.

Zgodnie z „Daily Mail”, jeden akapit z odtajnionych dokumentów mówi, że: …spekulacje, że coś przetopiło się przez lody, tak jak spalanie pierwotne lub wtórne… – w odniesieniu do zaczernionego obszaru lodu. W publikacji zaznacza się, że „głowica” została po prostu pozostawiona pod lodem.

Poszukiwania napotkały na dużą ilość problemów i je porzucono. W czwartkowej audycji BBC odnotowano, że: pozostaje pytanie o to, czy wszystko zostało wydobyte.

Jim Zinglersen, który był reprezentantem Grenlandii powiedział BBC w czwartek, że w tym czasie nie orientował się, jak jest to złe.
- Nie mogłem tego wywąchać. To śmierdziało jak dieslowskie paliwo. Widziałem tylko wielki, ogromny, czarny obszar na lodzie – powiedział on o wraku samolotu, kiedy wysłano go na jego poszukiwania.

Powiedział on, że zbudował tam lądowisko dla helikopterów i kilka igloo przy miejscu katastrofy by pomóc w wydobyciu wraka.

Stwierdził on, że pozostało wiele pytań bez odpowiedzi.
- Nie mam pewności, czy kiedykolwiek znajdziemy na nie odpowiedzi mówi on wszystkie te rzeczy są utrzymywane w tajemnicy. I nie możemy znaleźć dalej.

Bomby wodorowe Mark-28 na wózku transportowym

Thule AFB powstała jako przeciwwaga dla wzrastającego zagrożenia ze strony ZSRR. Baza i jej bombowce została zlokalizowana w odległości 2700 mi/4320 km od Moskwy.
- Ten incydent był przedmiotem wielu kontrowersji w tym czasie, jak i przez następne 40 lat. Duńskie władze w 1965 roku odkryły, że Amerykanie magazynowali broń jądrową w Thule AFB, wbrew ich życzeniom. Tą katastrofę postrzegano jako wyłom w duńskiej polityce utrzymywania strefy bezatomowej i spowodował mnóstwo dyplomatycznych problemów – czytamy w poście na SonicBomb.com


Moje 3 grosze


Katastrofa w Qaanaaq/Thule AFB i następująca po niej operacja „Broken Arrow” jest jedną z bardziej mrocznych tajemnic Zimnej Wojny. W swym obrazie przypomina mi nieco katastrofę z Palomares, która miała miejsce w dniu 17.I.1966 roku w przestrzeni powietrznej nad Hiszpanią. Obydwie te katastrofy wryły mi się w pamięć dlatego, że uświadomiłem sobie, jak bardzo niebezpieczny jest świat, w którym przyszło nam żyć. Trwała Zimna Wojna i nasze życie wciąż zależało od jakiegoś wariata, którego palec spoczywał na przycisku atomowym. A jednak paradoksalnie, tamten świat był o wiele bardziej bezpieczny od tego, którego mam za oknem.

Katastrofa w Thule AFB i jej następstwa nie jest tak znana, jak ta w Palomares. Poza tym, Amerykanie nie mają się czym chwalić – o ile katastrofa w Palomares skończyła się odzyskaniem wszystkich bomb i rakiet i w sumie pokazała światu techniczne możliwości Ameryki we Wszechoceanie, to w Qaanaaq nadal gdzieś w lodach spoczywa bomba wodorowa Mark-28/B28/Mk28 – jedna z sześciu! – o mocy 25 Mt (jak twierdzą Rosjanie) albo „tylko” 1,1 – 1,45 Mt (jak twierdzą Amerykanie)*.

Tak czy owak, katastrofa ta była największą i najbardziej brzemienną w skutki katastrofą nuklearnego bombowca B-52 w historii. Problem polegał na tym, że na lód spadł samolot, którego paliwo zapaliło się tworząc ścianę ognia nie do przebycia. W pięciu bombach eksplodowały ładunki trotylu, które rozerwały korpusy bomb uwalniając do środowiska radioaktywny pluton - ²³⁹-²⁴⁴Pu* z ładunków inicjujących oraz właściwy materiał wybuchowy w postaci deuterku i trytku litu - ²-³HLi*. Jedna bomba została zagubiona i do dziś dnia jej nie odnaleziono…

Czyżby?

Istnieje pewna paskudna możliwość, a mianowicie taka, że to właśnie ona eksplodowała i spowodowała „zaciemnienie” w dniu 7 lub 9.XII.1997 roku na znacznej części Południowej Grenlandii, co później zwalono na konto tajemniczego zjawiska zwanego Bolidem/Meteorytem Grenlandzkim, a o którym u nas pisał m.in. Kazimierz Bzowski. Oczywiście nie mam dowodów, ale wcale nie jest powiedziane, że za to zjawisko nie była odpowiedzialna eksplozja termojądrowa zagubionego w 1968 roku ładunku H. To o czym pisał ongi Kazimierz Bzowski pasuje również do obrazu wybuchu termojądrowego o niedużej mocy, który mógłby spowodować opisane przezeń zjawiska. Jest taka możliwość, że Meteorytu Grenlandzkiego nigdy nie było… - a wszystko to jest kolejną legendą wymyśloną przez „zaciemniaczy” z USAF albo CIA w celu ukrycia faktu eksplodowania utraconego ładunku termonuklearnego na terytorium innego państwa. Takie rzeczy też się zdarzały w historii zabawy Ludzkości z atomami… Poza tym, po historii z więzieniami CIA na terytorium Polski, których ponoć nie było a były, przestałem wierzyć Amerykanom, bo ich wiarygodność jako sojuszników – dla mnie – jest żadna. Oni postępują zgodnie z własnym interesem, a nie interesem sojuszników, którzy są im potrzebni tylko do osiągnięcia celów amerykańskiej polityki. I aż dziw, że nasi rządzący tego prostego przecież faktu nie chcą czy nie potrafią zrozumieć i pakują nasz kraj w kolejną awanturę – tym razem na Ukrainie…           



Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz © 

----------------
* - Prawdopodobnie, jak w przypadku Palomares, chodziło tu o cztery bomby wodorowe i dwa pociski rakietowe z głowicami jądrowymi, a nie o sześć bomb wodorowych. 

piątek, 20 lutego 2015

Bioroboty wśród ludzi

Czy to jest Ich prawdziwa twarz...?


Dina Kuncewa

Kto ich rozpoznać zdoła?
Kto zdoła ich zrozumieć?
Niepoznawalni zgoła,
zmieszani z nami w tłumie…
To jeźdźcy znikąd jadą -
różowo śnieg się pali -
i długą kawalkadą
znikają w mroźnej dali…

S. Abramow – „Jeźdźcy znikąd”


W lipcu 1967 roku, mieszkaniec Toledo, OH, Robert Richardson jadąc w nocy omal nie werżnął się samochodem w przyziemionego NOL-a. Po tym wydarzeniu odwiedzili go „Ludzie w Czerni” – MiB i poprosili go, by nikomu nie opowiadał o tym wydarzeniu.

Od czasu do czasu w Internecie i innych mediach pojawiają się relacje o tajemniczych Nieznajomych. Na pierwszy rzut oka Oni wydają się być całkiem normalnymi ludźmi, ale niektóre cechy Ich powierzchowności i zachowania przywodzą na myśl to, że są to Istoty z Innych Światów. Jak na razie żadna wersja i hipoteza nie została potwierdzona…

W relacjach o obserwacjach i Bliskich Spotkaniach z UFO przewija się motyw Ich zainteresowania naszymi instalacjami militarnymi...


Znikający donikąd


Niemało tego rodzaju historii miało miejsce w mieście Togliatti, które – prawdę mówiąc – uważa się za jedno z najbardziej anomalnych miast w Rosji. A oto zdarzenie, które miało miejsce pod koniec lat 70. Do autobusu jadącego z Żigulewska do Togliatti wsiadło pięciu pasażerów, ubranych w skórzaną odzież. Płaszcze, garnitury, krawaty, koszule, czapki – wszystko mieli jednakowe. Twarze mężczyzn także były jednakowe, wąskie z bródkami i pozbawione wyrazu, tylko w oczach świeciła jakaś niepojęta siła. Ach prawda – jedną z tej piątki była kobietą, też ubrana w skórzane ubranie i z kolorową chustkę na głowę zamiast szalika. Do tego Oni wcale nie wchodzili przez drzwi, ale niewiadomym sposobem materializowali się wewnątrz autobusu. Stanęli na pomoście kręgiem, plecy w plecy. Nie rozmawiali ze sobą, tylko patrzyli na siebie wymieniając spojrzenia. Pasażerce, która opisała tą całą historię wydawało się, że Oni porozumiewają się telepatycznie. W momencie pojawienia się Obcych, rozmowy w autobusie umilkły… Nieznajomi wyszli z autobusu na przystanku koło portu rzecznego. Widok Ich zasłonił przejeżdżający właśnie autobus, a kiedy przejechał, Ich już nie było…

Mieszkaniec Togliatti, o imieniu Wadim pewnego letniego dnia jechał trolejbusem. W rejonie Prospektu Stiepana Riazina do trolejbusu wsiadł młody człowiek. Był to blondyn, ubrany w jasne ubranie, nowiutkie, jakby prosto ze sklepu. Usiadł naprzeciwko Wadima i siedząc przed nim lekko się uśmiechał. Wadim na sekundę zwrócił uwagę na to, co się działo za oknem, a kiedy znów spojrzał przed siebie – zagadkowego Pasażera już nie było. W ogóle było tylko kilku pasażerów, a trolejbus jeszcze nie dojechał do przystanku. Gdzież się podział ten Nieznajomy?


„Mechanik statku kosmicznego”


W lutym 1981 roku, w jednym z leningradzkich hoteli miało miejsce zagadkowe zdarzenie. W hotelowym hallu, na oczach trzech pracownic pojawił się mężczyzna. Do tego nikt nie widział, jak ten Gość wchodził przez drzwi albo wychodził z windy – On po prostu pojawił się niewiadomo skąd przy jednej z kolumn na środku sali. Wygląd Gościa był całkiem normalny, tylko na Nim nie było wierzchniej odzieży. W ręce dzierżył On walizeczkę, na oko dość ciężką, chyba z metalu.

Nieznajomy poprosił o możliwość skorzystania z telefonu. Mówił przy tym jakimś niezwykłym, głośnym głosem, jakby mówił do mikrofonu. Świadkowie potem wspominali, że jego głos był monotonny, pozbawiony niemal intonacji, dokładnie tak jakby mówił robot. Pomiędzy poszczególnymi słowami robił równe pauzy. Pracownice pozwoliły mu skorzystać ze służbowego telefonu, jednocześnie uprzedzając Go, że jest to wbrew przepisom. Na to Gość zaczął wyjaśniać, że jest to sprawa najwyższej wagi.
- Jestem mechanikiem statku kosmicznego – powiedział On. – Mamy awarię. Jak ja nie znajdę swego pomocnika, to nie będziemy mogli odlecieć.

Mężczyzna wyjął jakąś kartkę, wykręcił numer i zaczął mówić do słuchawki:
- To ja. Musimy się spotkać jak najszybciej. Inaczej nie zdążymy odremontować… Inaczej my nie odlecimy…

Ta rozmowa telefoniczna trwała jakieś 3-4 minuty. A potem Gość nie odkładając słuchawki zwrócił się do kobiet przy stoliku.
- Dziewczyny, a gdzie ja się znajduję? – zainteresował się On.
- A jak się pan tutaj znalazł, skoro pan nie wie, gdzie się znajduje? – zdziwiła się jedna z pracownic.

Na to Nieznajomy w ogóle nie odpowiedział, ale powtórzył swe pytanie. Odpowiedzieli mu. Usłyszawszy nazwę hotelu, Gość poprosił o jego adres i zapytał, czy jest w pobliżu stacja metro. Wyjaśniwszy, że najbliższą stacją metro jest Plac Aleksandra Newskiego, dziwny facet natychmiast wyznaczył swemu telefonicznemu rozmówcy spotkanie na tej stacji, podziękował kobietom, wziął swoją walizeczkę i zapytał, gdzie jest wyjście, poczym skierował się w stronę drzwi i… znikł.

Rozmów o tym epizodzie potem było dużo. Pracownice doszły do wniosku, że dziwny Gość na pewno nie był wariatem czy pijanym. Ale kim właściwie był? Choć z drugiej strony przecież się im przedstawił – mechanik statku kosmicznego!

Atomowe laboratoria Los Alamos, NM


Fantomowi szpiedzy


Odnotowano niemało wypadków pojawienia się UFO i dziwnych Nieznajomych w obiektach o znaczeniu obronnym.

I tak w połowie ubiegłego stulecia, niezrozumiałe rzeczy działy się w KB-11, znajdującym się w tajnym radzieckim mieście Arzamas-16. Wspomniane Biuro Konstrukcyjne projektowało bronie jądrowe. I oto w krótkim czasie zmieniła się w nim duża ilość szefów ochrony i zabezpieczenia obiektu. Dopiero w czasach głasnosti zostało podane wyjaśnienie tego faktu. Jeden z dawnych pracowników ochrony opowiedział dziennikarzom o tym, że na terenie obiektu niejednokrotnie pokazywały się nieznane osoby, które przenikały tam w niepojęty sposób, szczególnie w czasie nocy. Elementy służby na posterunkach ich nie widziały. A jeżeli nawet ktoś zwrócił na nie uwagę i zwracał się do nich, to ci ludzie zamiast odpowiedzi z miejsca próbowali się oddalić.

Kilkukrotnie ochroniarze usiłowali ująć tajemniczych Nieznajomych, ale ci wchodzili do pokojów i znikali. Przy czym w pokojach tych nie było okien, i można się było do nich dostać tylko przez drzwi, zablokowane przez ochronę.

I dowódców zabezpieczenia i zwykłych ochroniarzy karano za to, że dopuścili do przeniknięcia niepowołanych osób na teren Biura i nie potrafili ich zatrzymać. Ktoś kiedyś powiedział, że naruszyciela ujęto – ale w rzeczywistości była to jeno pogłoska, która miała na celu uspokojenie nastrojów pracowników i wyższego naczalstwa.

W 1958 roku, w budynku National Atomic Laboratory w Los Alamos, NM, został odkryty nieznany nikomu mężczyzna, który chodził po pokojach. I chociaż wszystkie drzwi miały zamki, Nieznajomemu w jakiś sposób udało się je otworzyć. Ochraniający budynek żołnierze z MP zaczęli do niego strzelać, ale wydawało się, że tego człowieka kule się nie imają. Potem on po prostu znikł. Przeszukanie budynku nie dało rezultatu, a na zamkach nie stwierdzono żadnego śladu włamania.

W Szwecji dyżurny ochroniarz biura kompanii zajmującej się opracowywaniem uzbrojenia, zauważył na monitorze trzech Nieznajomych, którzy szybkim krokiem szli korytarzem zaglądając do wszystkich gabinetów pod rząd. Ich zachowanie wydało się ochroniarzowi tak dziwne, a poza tym ta trójca wyglądała niezwykle: wszyscy Oni byli identycznego wzrostu i w ciemnych ubraniach. Interesującym było to, że pracownicy, którzy Ich napotykali zachowywali się tak, jakby Ich nie widzieli. Połączywszy się z ochroną na poszczególnych piętrach, dyżurny dowiedział się, że Ich nikt tam nie widział! Otrzymali polecenie zatrzymania Nieznajomych. Ale na monitorach widać było, jak ochroniarze zderzają się z tajemniczymi postaciami nie widząc Ich!!! Potem nieznajomi wypadli z pola widzenia kamer. Nie udało się ich odnaleźć.

Niektórzy eksperci od zjawisk paranormalnych sądzą, że mogą to być jedynie projekt je, fantomy. Tak więc obok miejsc lądowania UFO nierzadko obserwowano człekopodobne sylwetki, które jakoby mogły przenikać na wylot przez różne przedmioty, a także nagle pojawiać się i znikać.

W wielu przypadkach zaobserwowano obecność człekokształtnych istot towarzyszących UFO


Zombies, którzy utopili się w stawie


Oto jeszcze jedno tajemnicze wydarzenie. W 1990 roku, w rejonie podmoskiewskiej miejscowości letniskowej pojawiła się grupa składająca się z 11 mężczyzn jednakowego wzrostu. Przybysze byli odziani w jednakowe jasne kombinezony. Poruszali się bardzo dziwnie, wykonując synchronicznie wysokie podskoki. Widzieli ich miejscowi oraz wojskowi. Do tego później wszyscy świadkowie przyznali, że zbliżając się do Nieznajomych w kombinezonach odczuwali nieuzasadniony strach.

W 2008 roku, w mieście Avviano we Włoszech, gdzie znajduje się jedna z baz rakietowych NATO, policja usiłowała zatrzymać samochód za przekroczenie prędkości. Na nakaz zatrzymania się, kierowca w ogóle nie reagował. Patrol ruszył za nim w pogoń. Na oczach policjantów gonione auto wbiło się w trailer i eksplodowało… Chociaż nie było żadnych szans na uratowanie pasażerów samochodu, drzwi samochodu się otwarły i wyszło stamtąd dwóch ludzi w płonącej odzieży. Oni szybko pobiegli w kierunku najbliższego gaju i skryli się za drzewami. Próba pościgu za nimi była bezowocna.

Później jeden z miejscowych mieszkańców twierdził, że spotkał tych Nieznajomych. Według jego słów przypominali Oni bardziej… zombie, którzy wstali z grobu, niż ludzi. Na jego oczach Nieznajomi doszli do stawu i znikli w wodzie. Nie jest wykluczone, że były to bioroboty – tak nie po człowieczemu Oni/One się zachowywali…

Amerykański ufolog Robert Duffin twierdzi, że rzecz idzie o Pozaziemianach, którzy starają się zbierać informacje. I tak np. interesują ich współczesne prace nad uzbrojeniem. Ale to tylko hipoteza. Także nie wolno na pewno twierdzić, że „fantomy” i „mechanicy statków kosmicznych” są Pozaziemianami, Kosmitami. Albo jak ich zwiemy Przybyszami z równoległych światów. A co, jeżeli Oni są związani z jakimiś to tajnymi pracami naukowymi, np. z teleportacją? Zagadek jest dostatecznie dużo w naszym świecie. 


Moje 3 grosze


Idea eksploracji Ziemi przez Obcych przy pomocy automatów ma sens. Przecież lepiej narażać maszyny – nawet cyborgów, neuromaty – niż żywe istoty. Dałem temu wyraz w artykule pt. „Obcy z Kosmosu – żywi czy martwi” opublikowanego na łamach „Wizji Peryferyjnych” gdzieś w połowie lat 90. ubiegłego stulecia, a który można znaleźć w Internecie na - http://wszechocean.blogspot.com/2011/11/obcy-z-kosmosu-zywi-czy-martwi.html , gdzie przyjąłem założenie iż odwiedzają nas nie tyle Obce Istoty, ale ich mechaniczne czy neuromechaniczne kopie.

Ale nie koniecznie musza to być Obcy, ale maszyny należące do naszych dalekich przodków albo potomków, Wodnych Ludzi czy mieszkańców Agharty którzy sami nie mogą – z tych czy innych względów – operować w naszym świecie i naszym Czasie. Dlaczego? – odpowiedź znajduje się w moim opracowaniu pt. „UFO i Czas”, do którego odsyłam zainteresowanych.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 36/2014, ss.32-33
Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©