Powered By Blogger

środa, 24 listopada 2021

Zagadka Meteorytu Skomielna Biała rozwiązana?

 


W mojej książce „Projekt Tatry” (Kraków 2002) opisałem pewne dziwne i dość tajemnicze zdarzenie, które miało miejsce w czerwcu 2001 roku w okolicznych lasach miejscowości Skomielna Biała, leżącej przy „zakopiance” na N 49°3820 - E 019°5521, na wysokości 570 m n.p.m. i tak pisałem o tym w mojej książce:

 

Następny tego rodzaju przypadek zdarzył się w rok później:

... a stało się to w rocznicę spadku Meteorytu Tunguskiego, 30 czerwca 2001 roku, we wczesnych godzinach rannych. A oto relacja dla Nieznanego Świata:

Czasami zdarzają się takie dni, w których w nasze życie wtargnie coś niezwykłego, co zmienia je na czas dłuższy, albo nawet do jego końca. Dzień, w którym zjawia się żyrafa, a my patrząc na nią mówimy do siebie: „Nie, przecież to jest niemożliwe!”

Taki „dzień żyrafy” wydarzył się w te wakacje. 30 czerwca 2001 roku, o godzinie 05:30 CEST (03:30 GMT), kiedy to 19-letni mieszkaniec miejscowości Skomielna Biała - pan Andrzej B. wybrał się do lasu porastającego zachodnie stoki Lubonia na grzyby. Kiedy był już w lesie, usłyszał nad głową dziwny gwizd - jakby przelatującego odrzutowca - i po chwili coś, tnąc po drodze gałęzie świerków, wbiło się w ściołę w odległości 15-20 metrów od struchlałego młodzieńca. Andrzej podszedł bliżej i ku swemu niebotycznemu zdumieniu ujrzał wbity w ziemię niemal 6-kilogramowy blok lodu o dziwnym, czerwonawym zabarwieniu. Stało się to w okolicy punktu opisanego współrzędnymi: N 49°39’ i E 019°57’ - patrz mapka. Oczywiście  zapakował znalezisko do plecaka i przyniósł do domu.


Oczywiście powiadomiono o wszystkim redakcję tygodnika „Nasze Strony” i krakowski OTV. Bryła została sfilmowana przez ekipę z TVP Kraków i migawki zostały wyemitowane w dniu 1 lipca 2001 roku w dwóch wydaniach „Kroniki” krakowskiej TV. Informacja o spadku niezwykłego meteorytu była wyemitowana na stronach telegazety TVP Kraków przez cały dzień 2 lipca br. Rezultatem tego był reportaż pt. „Prosto z nieba” zamieszczony w numerze 27(377)/2001 z dnia 8 lipca 2001 roku, autorstwa Roberta Miśkowca i Pawła Góreckiego. Autorzy opisali perypetie, jakich doznali próbując odpowiedzieć na pytanie, co to właściwie było i skąd się wzięła bryła zmrożonej solanki w środku lata w beskidzkim lesie?! Pozwolę sobie streścić ich przygody i zacytować niektóre wypowiedzi, bo są tego warte![1]

 

Redaktorzy „Naszych Stron” zrazu zadzwonili do zakopiańskiego IMGW do Michała Furmanka, który orzekł, że niemożliwe jest, by lodowe gradziny osiągały tak ogromne rozmiary. Wysunął on przypuszczenie, ze najprawdopodobniej bryła lodu pochodzi z... samolotowej lodówki, którą ktoś czyścił lecąc nad Beskidem Wyspowym.

 

Kolejny telefon redaktorzy „Naszych Stron” wykonali do Instytutu Astronomii Obserwatorium Astronomicznego UJ w Krakowie. Telefon odebrał... portier, który stwierdził w rozmowie, że nie połączy ich z żadnym z naukowców, bo nikt nie będzie kładł na szalę swego autorytetu, wypowiadając się na temat takiego zjawiska, którego nikt nie zbadał, ani nie dotknął. (!!!) I dalej - cytuję po literkach - Mamy sporo takich dziwnych telefonów. O UFO i tym podobnych zjawiskach. Instytut nie zajmuje się takimi sprawami. Poza tym lód by na Ziemię nie doleciał, bo by się spalił w atmosferze - zapewnił ich portier, osoba uważająca siebie za nader kompetentną.

 

Adiunkt Nadleśnictwa Nowy Targ mgr inż. Andrzej Głodkiewicz stwierdził, że nie jest możliwe utrzymanie się na drzewie takiej bryły lodu z zimy, nawet gdyby znajdował się on w jakiejś dziupli. Bryłę lodu można w lesie znaleźć, ale tylko i wyłącznie pod grubą warstwą trocin w lodowni, w której przechowuje się siewki, nasiona, owoce leśne, itp.

 

Następną osobą był dyrektor Obserwatorium Astronomicznego na Suchorze w Gorcach, prof. dr hab. Jerzy M. Kreiner z Katedry Astronomii WSP Kraków. Oto jego wypowiedź dla „Naszych Stron”:

 

W pobliżu Ziemi krąży wiele bolidów, w tym również lodowych. Jest jednak bardzo mała szansa, żeby taki obiekt - jak ten spod Lubonia - dotarł na powierzchnię Ziemi z Kosmosu. Przelatując przez kilkadziesiąt co najmniej kilometrów atmosfery, stopiłby się wskutek gorąca wywołanego tarciem. A jaka była temperatura bryły w chwili jej znalezienia? Była chłodna - to macie odpowiedź: kosmiczne pochodzenie jest wykluczone. Poza tym, czy lód w bryle zmieszany był z kawałkami skał? - Nie - To też wyklucza przypuszczenie, że mógł to być bolid, meteor. Lodowe bolidy, które znamy, są zbite z lodu i kawałków skał.

 

W porcie lotniczym im. Jana Pawła II w Krakowie-Balicach wykluczono hipotezę o tym, że mógł to być lód z samolotu.

Krakowski meteorolog pracujący onegdaj dla LOT-u, pan Jan Adamski stwierdził, że to są jednak ogromne gradziny:

To normalne zjawisko spotykane w Europie południowej, we Włoszech, w Hiszpanii, we Francji. W chmurach burzowych dochodzi do kumulacji cząsteczek wody wokół jąder [kondensacji]. Tworzą się gradziny, które znamy jako grad. Oczywiście grad w porównaniu z bryłą spod Lubonia, to drobnica. Proszę jednak pamiętać, że już w samej chmurze burzowej gradziny ulegają rozbiciu, obijają się przecież. Wszystko się tam kotłuje. Opady kilkukilogramowych brył lodu, znane z południowej Europy, to 10-20 brył o wadze 5-7 kg. Dlaczego w ogóle dochodzi do tego, że bryły lecące z wysokości 10.000 m dolatują, skoro powinny się rozpadać w drobne gradziny - tego nie wiemy. O tym, co się dzieje we wnętrzu chmur burzowych praktycznie nic nie wiemy - z prostego powodu: każdy, kto próbował wlecieć i obserwować chmurę burzową od środka, kończył na cmentarzu.

 

Oczywiście, że z samolotów zrzuca się substancje ciekłe - nie z lodówek, tylko z toalet. Mało jednak prawdopodobne, by doszło do zestalenia się takiego „aerozolu” w masywną bryłę. No i pasy dróg lotniczych biegną bliżej Babiej Góry, w okolicach Policy i Jabłonki. Artykuł kończy się ubolewaniem, że nikt nie potraktował serio tego niezwykłego znaleziska i pan Jan B. schował je w zamrażarce. Być może ktoś poprowadzi badania dalej...

 


I tyle mądrości objawionej specjalistów. Piszę te słowa nie bez przekąsu, bo zrozumiałem to, dlaczego w naszym kraju jest taki bałagan, skoro to cieć decyduje o tym, kogo ma z kim połączyć, a kogo nie! Po przeczytaniu tego akapitu w relacji reporterów „Naszych Stron” ogarnęła mnie zgroza. Uważam to za skandal i winni tego skandalu powinni pożegnać się z profesurami i stopniami naukowymi, bo dla mnie reprezentują oni poziom intelektu dokładnie równym z poziomem owego „kompetentnego” ciecia... Teraz nie dziwię się, że polscy naukowcy odnoszą sukcesy tylko za granicą, w kraju nie mają najmniejszych szans rozwinąć skrzydeł, bo im są one skutecznie podcinane przez zmamuciałych i sprykowaciałych kolegów, którzy już dawno powinni być na emeryturze!

Prof. Kreiner zachowuje się tak, jakby w życiu nie słyszał o zjawisku ablacji - dzięki któremu możliwe są powroty ziemskich statków kosmicznych na Ziemię, nie mówiąc już o tzw. „korytarzach wejścia” w ziemską atmosferę, które zawierają się w przedziale 10-20°. Co oznacza, że ciało, które wejdzie w atmosferę pod kątem mniejszym od 10° zostanie odbite od niej w przestrzeń kosmiczną, zaś pod kątem większym od 20° - spłonie w atmosferze. Dla mnie jest to oczywiste, że duży meteoryt lodowy z zawiesinami z pyły kosmicznego wszedł w atmosferę pod kątem zawartym w przedziale <10°-20°>. Wskutek zjawiska ablacji część lodu odparowała i uchroniła tym sposobem niewielki ułamek masy meteorytu - około 10% - który spadł Andrzejowi B. niemal pod nogi... Dlatego też jego pierwotną masę możemy ocenić na jakieś 60-100 kg.

 

·        Spadek lodowych brył miał istotnie miejsce w styczniu 2000 roku i jak podawały media w dniu 12 stycznia 2000 roku na belgijskie Liége spadła lodowa kula, cuchnąca amoniakiem. Oczywiście posądzono o to jakiś samolot, który pozbył się nieczystości z WC...

·        20 stycznia na okolice Toledo, w miejscowościach Tocina, Alcudia i Aunion z jasnego nieba spadło około 60 brył lodu. Największa z nich miała masę 10 kg.

·        25 stycznia dwa lodowe pociski spadły na włoskie Treviso.

·        27 stycznia na Treviso, Bolonię, Mediolan, Wenecję i inne miejscowości północnych i środkowych Włoch spada lawina lodowych brył, z których największe mają masę 5-7 kg! Wydarzenia te wiązałem wtedy z przejściem w pobliżu Ziemi Komety Milenijnej - C/1999 S4(LINEAR), która sprawiła nam taki zawód, jak sławetna kometa C/1973 E1(Kohoutek) w 1974 roku... Teraz przez Układ Słoneczny przechodziła kolejna kometa oznaczona jako C/2001 A2(LINEAR), więc wydarzenie ze Skomielnej Białej można było skojarzyć z jej pojawieniem się na niebie. Można ją było obserwować w pierwszej dekadzie lipca w konstelacjach Wieloryba, Ryb i Pegaza, gdzie jej jasność była na granicy widzialności okiem nieuzbrojonym. Nawiasem mówiąc wstrząsająca tragedia rosyjskiego samolotu pasażerskiego Tu-154, który w dniu 3 lipca 2001 roku rozbił się pod Irkuckiem, wskutek czego 150 osób poniosło śmierć na miejscu mogła tez być spowodowana uderzeniem takiej lodowej „piguły”, o czym już pisałem na łamach „Nieznanego Świata”...[2]

 

Nie bez znaczenia jest jeszcze jeden przedziwny fakt - otóż meteoryt Skomielna Biała spadł dokładnie w... 93. rocznicę spadku słynnego Meteorytu Tunguskiego, którego pochodzenie, skład chemiczny i mechanizm potwornej eksplozji, z jaką skończył swój żywot nad tajgą są kompletną tajemnicą!

 

Tyle wiedziałem do dnia 5 lipca.

 

6 lipca 2001 roku, pojechałem wraz z Majką i Danielem Wójtowiczami do Skomielnej Białej, by dowiedzieć się czegoś więcej u samego źródła. Dwa dni wcześniej rozpytywałem ludzi zamieszkałych w pobliżu miejsca impaktu, ale niczego konkretnego się nie dowiedziałem, nawet nie potrafiono wskazać mi jego miejsca. Mówiono o tym, że meteoryt uderzył nie w stok Lubonia, ale Zbójeckiej Góry, tuż przy drodze numer 7 - „zakopiance”, niedaleko motelu i przekaźnika telefonii komórkowej. Udało mi się w końcu dotrzeć do pana Andrzeja B., który potwierdził wersję wypadków podaną już w prasie i TV. Wykonałem kilka zdjęć i zapis wideo - widać na nich wyraźnie, że meteoryt ma kształt aerodynamiczny - jakby kropli wody, a jego boki są wygładzone pędem powietrza. Jednolita barwa meteoru w pewnym miejscu staje się ciemniejsza - jakby znajdował się tam jakiś wrostek z czarniawego osadu czy innego barwnika. Wykonałem także pomiary radioaktywności - bo tego obawiali się p. B. - i stwierdziłem, że meteoryt wypromieniowywał tylko 0,014 µSv/h, podczas, kiedy tło radioaktywne gruntu trzymało się w granicach 0,016 - 0,018 µSv/h promieniowania β i γ.   W rozmowie ze świadkiem udało mi się tylko uściślić miejsce impaktu, które wskazałem strzałką na mapce. Najgorsze było w tym wszystkim to, że ci ludzie nie wiedzieli, co począć z tym fantem. Mówiło się o wysłaniu tego meteorytu do AGH w Krakowie, bądź na UJ, gdzie ktoś wykonałby analizę. Najgorsze także było to, że ktoś z Krakowa postraszył tych ludzi, że to oni będą musieli zapłacić niebagatelne pieniądze za wykonanie analizy!!!  - co uważam (i nie tylko ja) za przejaw kompletnej paranoi. W ten sposób można było stracić cenny dla nauki meteoryt. Wyglądało na to, że w Krakowie nikt tym nie chciał się zająć na poważnie, a mnie diabli brali, bo najchętniej zatelefonowałbym do mojego znajomego z tokijskiej telewizji NHK. Dla Japończyków zrobić reportaż z Polski o kawałku głowy komety, to pestka. I z całą pewnością wyłożyliby każde pieniądze na analizy... W takich przypadkach NHK jest sponsorowana przez NASDA[3], a wszystkie tego rodzaju artefakty są przewożone do Ośrodka Badań Kosmicznych NASDA w Kagoshima.

W rozterce i nie wiedząc, co robić zatelefonowałem do Roberta Bernatowicza i powiadomiłem go o tej sprawie. Niestety - był dokładnie w takiej samej sytuacji, jak ja i niczego mi nie mógł poradzić. Potem wykonałem telefon do Andrzeja Kotowieckiego znanego cieszyńskiego meteorytologa. On także nic nie mógł poradzić - a problemem było wykonanie analizy, do czego potrzebne jest laboratorium... Napisałem list do następnego meteorytologa-amatora pana Romana Rzepki z Giżycka, w którym przesłałem mu materiały prasowe dotyczące tego incydentu. Dopiero udało mi się przełamać impas w telefonicznej rozmowie z prof. dr hab. Bogdanem Rompoltem z Instytutu Astronomii Uniwersytetu Wrocławskiego, którego bardzo zainteresowała ta sprawa. Jego opinia, po zreferowaniu mu faktów, była jednoznaczna - mamy do czynienia z głęboko zamrożonym lodem kometarnym, pochodzącym z jądra głowy komety lub z mikro-komety, która rozpadła się gdzieś w atmosferze nad Beskidami... To właśnie dzięki takim mikro-kometom powstają tajemnicze „pearl clouds” - perłowe obłoki, które są skutkami eksplozji tego rodzaju ciał niebieskich na wysokości 25 km nad Ziemią. Próbki tego dziwnego, czerwonawo-pomarańczowego czy też brzoskwiniowego w kolorze, lodu zostaną zbadane w laboratorium IAUW. Ta instytucja była mi znana z ubiegłego roku, kiedy to Małopolskie Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych przesłało jej materiały dotyczące obserwacji spadku Meteorytu Beskidy - patrz zdjęcie - w dniu 6 maja 2000 roku, a który to meteoryt był widziany w pasie województw południowych, jak leciał nad Polską i eksplodował nad Republiką Czeską, siejąc wokół odłamkami, jak szrapnel.

Czy takie rzeczy, jak rozpad jąder kometarnych są możliwe? Oczywiście, że tak. Doskonale ilustruje to załączona sekwencja zdjęć otrzymanych ze Słowacji, a które przedstawiają częściowy rozpad głowy komety P/Hale-Boppa. Te dwa obiekty oznaczone na zdjęciach jako UNK-1 i UNK-2 to właśnie są one takimi odłamkami. To właśnie one spowodowały członków sekty „Heaven’s Gate” do popełnienia zbiorowego samobójstwa, bowiem jej członkowie wzięli je za UFO...

W dniu 7 lipca zatelefonował do mnie Andrzej Kotowiecki, który powiadomił mnie, że wysłał e-maile do uczonych z Krakowa i Warszawy, którzy zainteresują się tym meteorytem i dokonają odpowiednich badań.

Mnie natomiast zainteresowała dziwna zbieżność czasoprzestrzenna dwóch - tak na pozór odległych od siebie - wydarzeń. No bo spójrz Czytelniku: w dniu 30 czerwca, tyle, że 1908 roku - na tajgę syberyjską spadł Meteoryt Tunguski, który spustoszył ją straszliwie. Miało to miejsce o godzinie 00h17m11s GMT.  Meteoryt Skomielna Biała spadł około godziny 03h30m GMT - a zatem różnica wynosi tylko trzy godziny z kilkoma minutami. I dalej: Meteoryt Tunguski spadł na 60°55’ szerokości geograficznej północnej, zaś Meteoryt Skomielna Biała spadł na 49°39’ szerokości geograficznej północnej - co stanowi różnicę tylko około jedenastu stopni. To nie jest dużo - biorąc pod uwagę dzielący te wydarzenia dystans 93 lat!... Wydaje się zatem, że hipoteza stawiająca na kometarne pochodzenie Meteorytu Tunguskiego zyskała kolejny punkt!

 

Jak widać, to nie było UFO, lecz rzadkie bo rzadkie, ale naturalne zjawisko przyrody, które w naszym świecie stanowi pewną anomalię. Czy zmienia to w jakiś sposób atrakcyjność i sensacyjność tego wydarzenia? Bynajmniej! Jest to 42 meteoryt, którego lot ku ziemi obserwowano w naszym kraju.[4]

 

Pozostaje nam tylko czekać na wyniki badań Meteorytu Skomielna Biała. Mam nadzieję, że jeżeli nawet okaże się on „tylko” zamarzniętym fragmentem głowy kometarnej, to i tak pomoże on nam dowiedzieć się więcej na temat pochodzenia komet w Układzie Słonecznym i o jego historii. Patrząc i dotykając ten kawał dziwnej materii odczułem zdziwienie - że to jest takie ładne, niedowierzanie i zarazem fascynację - że to przybyło z Kosmosu, tak jak kiedyś, w mym dzieciństwie, kiedy to po raz pierwszy pokazano w naszej czarno-białej TV  film zrobiony z przekazanych przez Rangera 9 zdjęć Srebrnego Globu w rejonie krateru Alphonse... Ktoś w TV wpadł na cudowny - moim zdaniem - pomysł, by jako podkład dźwiękowy wstawić „Symfonię z Nowego Świata” Antonina Dvořaka. Nie mógł trafić lepiej. A teraz, po tylu latach trzymałem w ręku słony i zimny okruch spoza tego świata, który znam, i znów w uszach zabrzmiała mi niepokojąca muzyka arcydzieła czeskiego kompozytora... I pomimo trzydziestostopniowego upału poczułem nagły wiew chłodu czarnej pustki, w której ten kawał zamrożonej solanki przemierzał miliardy miliardów kilometrów w chłodzie niemal Zera Absolutnego aphelium i żarze palących promieni słonecznych w peryhelium, przez setki czy nawet setki tysięcy cykli, kiedy jeszcze Wszechświat był młody, a Ziemia dopiero formowała się z dysku akrecyjnego Słońca... I to była mocna rzecz!

 

W następnym wydaniu „Naszych Stron” z dnia 12 lipca 2001 roku, jego reporter w artykule „Bryła z... soli?” sugeruje, że nie był to żaden meteoryt, a tzw. lizawka dla zwierząt. Pisze on tak:

Tymczasem rozwiązanie zagadki pochodzenia bryły jest być może bardzo proste i bardzo... bliskie. Do naszej redakcji zadzwonili właściciele hurtowni soli kłodawskiej „Magia” z Nowego targu - Andrzej Sięka i Marcin Gołębiowski: Przyjeżdżajcie do nas, chyba wiemy, co to jest - zapewniali nas przez telefon.

Nasz reporter udał się do hurtowni by to sprawdzić.

              - Po przeczytaniu artykułu byliśmy bardzo ciekawi, co to mogło być. Gdy dokładniej przypatrzyliśmy się bryle na zdjęciu byliśmy niemal pewni, że to kryształ soli - mówi Marcin Gołębiowski.

Rzeczywiście, bryła znaleziona w Skomielnej Białej, po dokładnym obejrzeniu okazała się kilkukilogramowym kryształem soli, tzw. „lizawką”. Zimny i mokry od deszczu kryształ soli do złudzenia przypomina bryłę lodu. Od właścicieli hurtowni dowiedzieliśmy się, że solne kryształy kupują m.in. bacowie wyrabiający oscypki, ale najczęściej zaopatrują się w niego myśliwi.

Postanowiliśmy pójść tym tropem i dowiedzieć się, czy rzeczywiście myśliwi rozmieścili lizawki w lesie pod Luboniem Wielkim w okolicach Skomielnej Białej. Skontaktowaliśmy się z działającym na tym terenie kołem łowieckim „Knieja” ze Skawy.

- Rzeczywiście, pod koniec maja kupiliśmy dużą ilość tych kryształów , które rozmieściliśmy także w lasach koło Skomielnej Białej [...] - wyjaśnił nam Michał Zapała z Raby Niżnej, łowczy koła „Knieja”.

Ale myśliwi zostawiają lizawki na zwalonych pniach drzew i na ziemi, nigdy nie na wysokościach

- Jestem pewien, że słyszałem huk uderzenia o ziemię - zapewnia Andrzej B.  - nie widziałem jednak, jak ta bryła spadała. [...]

Właściciele nowotarskiej hurtowni twierdzą, że ten rodzaj lizawki jest na Podhalu nowością.

- Spotykana do tej pory lizawka dla zwierząt była mniejsza i miała czarny kolor. Ta kolor ma lekko pomarańczowy i jest naturalnym kryształem soli. Ludzie tego jeszcze nie znają. Rozprowadzamy go na tym terenie dopiero od niedawna - twierdzi Andrzej Sięka.

 

Faktycznie, sól z Kłodawy ma lekko pomarańczowe zabarwienie i zawiera domieszkę soli potasowych - stąd lekko gorzki smak. Podobnego zdania jest także prof. Bogdan Rompolt. Czekajmy zatem na wyniki analizy...[5] Trochę szkoda, że nie było to UFO, czy tylko „anomalne zjawisko” - a lizawka (czy aby?), ale tak czy inaczej znowu dane mi było posmakować Nieznanego, poznać nowych ludzi nie bojących się szukać odpowiedzi na pytania i - niejako przy okazji - powrócić sercem do czasów, kiedy mój świat nie był tak skomplikowany, a problemem było tylko napisanie wypracowania czy rozwiązanie słupka równań pierwszego stopnia jako zadanie domowe...

A sprawa pozostaje nadal otwarta i bynajmniej nie jest wyjaśniona do końca. W dalszym ciągu  n i e   m a  odpowiedzi na kluczowe pytanie, co właściwie wystraszyło Andrzeja B. tak, że wziął za meteoryt pierwszy lepszy niezwykle wyglądający kamień, który najprawdopodobniej jednak był zawleczoną tam przez kogoś lizawką? Co to było? Samolot odrzutowy? - ale w takim razie dlaczego nikt nie słyszał go poza świadkiem? Meteoryt, który spadł gdzieś w pobliżu świadka? - tego też się nie da wykluczyć i prof. Rompolt sugeruje taką możliwość - w takim przypadku należałoby poszukać go w tym rejonie. A może to był jednak Nieznany Obiekt Latający? Odpowiedź być może znajdziemy w przyszłości.

To, że znaleziskiem zainteresowali się wrocławscy astronomowie pozwala mi żywić nadzieję, że są w Polsce ludzie, którzy nie boją się wyzwania i są nade wszystko   o t w a r c i   n a   n o w o ś ć   N i e z n a n e g o   - są gotowi badać nieznane fenomeny i nadstawić karku dla swych racji, nawet wtedy, kiedy ciemny i sprzedajny motłoch jest odmiennego zdania. I chwała im za to!...

No właśnie, badania wykonane w Instytucie Geologii Uniwersytetu Wrocławskiego wykazały, że jednak była to tylko... lizawka solna z soli kłodawskiej. Ale wbrew pozorom to wcale nie stanowi żadnego rozwiązania zagadki, bowiem coś leciało i coś wydzielało dziwny świszczący huk, jak silniki samolotu odrzutowego. Jak twierdzi prof. dr hab. Bogdan Rompolt - to „coś” tam wciąż jeszcze jest... - „i rośnie, i rośnie!...” - jak złowróżbnie dodaje moja siostra.

Tymczasem ciekawe wyjaśnienie podał astronom - amator z Giżycka mgr inż. Roman Rzepka, który stwierdził, że istnieje pewien rodzaj meteorów, który zachowuje się w nietypowy sposób, co objawia się m.in. wykonywaniem dziwnych ruchów w atmosferze, a co może wynikać z ich odmiennego od znanych nam meteorytów, składu chemicznego i budowy fizycznej. Hipoteza ta jest jak dotąd nie do zweryfikowania, bo żaden taki jeszcze nie wpadł uczonym w ręce - a jeżeli nawet, to i tak się o tym nie dowiemy, a to dlatego, że zmieniłoby to obraz świata lansowany przez współczesną naukę...

 

I to było wszystko z mojej strony na rok 2001. Jednakże czas płynie i pozwala na zweryfikowanie dziwnych wydarzeń z nieodległej przecież Przeszłości... Jestem pewien, że mamy do czynienia z koincydencją dwóch wydarzeń. Pierwszym z nich był przelot samolotu zdążającego do portu lotniczego w Krakowie-Balicach i znalezienie przez świadka dziwnej bryły soli.  

Całe wydarzenie przedstawiało się następująco:

W dniu 30.VI.2001 roku, ok. godziny 05:30 CEST nad lasem przelatywał samolot podchodzący do lądowania w Krakowie-Balicach. Wskutek zejścia na niższy pułap w warstwy cieplejszego powietrza od jago kadłuba oderwała się bryła tzw. „błękitnego lodu” zamarzniętej wody i nieczystości zmieszanych ze środkiem odkażającym w kolorze niebieskim. Bryła ta spadła do lasu i roztrzaskała się o rosnące tam świerki. Drobne kawałki lodu szybko stopiły się i wsiąkły w glebę i ściółkę leśną.

Świadkiem całego zdarzenia był pan B., który akurat zbierał grzyby w tamtej okolicy. Nie widział samolotu, ale słyszał odgłos pracy jego silników. Potem usłyszał trzask bryły lodu uderzającej w drzewa i rozsypującej się na fragmenty. Zaczął się rozglądać i wówczas jego wzrok padł na leżącą na ziemi bryłę soli będącej lizawką dla zwierząt. A że była ona nietypowa – i kształt i kolor sugerowały przedzieranie się przez atmosferę – uznał on, że to właśnie ten kryształ solny jest gościem z Kosmosu. I to wszystko, finis, punctum…

Samolot poleciał dalej, a świadek udał się do domu. Resztę znamy. Uważam, że takie scenario dobrze się broni i ma sens. Trochę szkoda, że to nie meteoryt lodowy czy inny przybysz z Kosmosu!  


Zdjęcia: TVP-3 OTV Kraków



[3] National Space Development Agency - Japońska Narodowa Agencja Kosmiczna - teraz JAXA.

[4] Zainteresowanych odsyłam do „Nieznanego Świata” nr 8,2000 - gdzie w artykule pt. „Kometa Milenijna i lodowe kule” podałem listę tych obserwacji bez Meteorytu Beskidy z 6 maja 2000 r. i Meteorytu Skomielna Biała,  także stronę http://wszechocean.blogspot.com/2016/03/kolorowe-sniegi-w-polsce.html.  

[5] Analiza wykonana przez Laboratorium Instytutu Geologii Uniwersytetu Wrocławskiego w sierpniu 2001 roku wykazała, że niestety mamy do czynienia tylko z kawałem soli kłodawskiej...

środa, 17 listopada 2021

‘Oumuamua nie jest bryłą azotowego lodu?

 


Aleksander Kowal

 

Skąd wziął się ‘Oumuamua? Odrzucono jedną z hipotez na temat pochodzenia tego tajemniczego obiektu. 19 października 2017 roku na terenie naszego układu wykryto obiekt pozasłoneczny, który zyskał nazwę ‘Oumuamua. Z czasem pojawiły się liczne hipotezy dotyczące jego pochodzenia, a jedna z nich została właśnie obalona.

 

Prawdopodobnie najgłośniejszą z hipotez była ta wysunięta przez Aviego Loeba, który twierdzi, iż ‘Oumuamua był w rzeczywistości sondą wystrzeloną przez pozaziemską cywilizację. Pojawiały się też głosy sugerujące, że obiekt ten był po prostu bryłą złożoną z zamarzniętego azotu.

 

Ciemnoczerwony kolor, kształt przypominający cygaro oraz brak związania grawitacyjnego z naszą gwiazdą powodowały, że ‘Oumuamua spędzał badaczom kosmosu sen z powiek. Dość prawdopodobny scenariusz zakładał, że pozasłoneczny gość był fragmentem planety podobnej do Plutona, lecz krążącej wokół innej gwiazdy. W jego składzie miał dominować zamarznięty azot, jednak wspomniany Avi Loeb (oraz jego współpracownik, Amir Siraj) przedstawili wyniki badań przeczących tej hipotezie. Ich zdaniem w Drodze Mlecznej najzwyczajniej w świecie brakuje egzoplutonów, z których mógłby powstać obiekt taki jak ‘Oumuamua.

Obiekt pozasłoneczny ‘Oumuamua został wykryty w październiku 2017 roku

 

Przypomnijmy, że w marcu 2021 r. Alan Jackson i Steven Desch stwierdzili, iż ‘Oumuamua mogła być fragmentem zamarzniętego azotu wyrzuconego z młodego układu około 400 do 500 milionów lat temu. Naukowcy argumentowali to między innymi podobieństwem albedo ‘Oumuamua do zamarzniętego azotu na powierzchni Trytona i Plutona. Następnie wykazali, iż jego fragmenty mogły powstać w wyniku kolizji obiektów pozasłonecznych przypominających Plutona z tzw. obiektami Pasa Kuipera.

 

Siraj i Loeb, których praca ma zostać opublikowana na łamach „New Astronomy”, postanowili odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy w Drodze Mlecznej istnieje wystarczająco dużo materii, dzięki której mogłyby powstać liczne obiekty takie jak ‘Oumuamua? Okazało się, że nawet przy najbardziej optymistycznych zmiennych, modele związane z azotowymi egzoplutonami, nie dawały spodziewanych wyników. Innymi słowy: obfitość tych obiektów w naszej galaktyce jest na tyle niska, iż jest mało prawdopodobne, by jeden z nich przypadkowo trafił do Układu Słonecznego.

 

    Model azotowy został właśnie odrzucony. Oznacza to, że zagadka ‘Oumuamua pozostaje nierozwiązana, jeszcze bardziej motywując do dalszego badania obiektów takich jak ‘Oumuamua. Taki jest cel Projektu Galileo zajmującego się obiektami międzygwiezdnymi, którym mam zaszczyt kierować – odkryć i scharakteryzować obiekty takie jak ‘Oumuamua, i finalnie zrozumieć ich naturę.

 

Moje 3 grosze

 

Myśl, że 1I/’Oumuamua jest tylko kawałem azotowego lodu jest dość dziwaczna. Azot zamarza w temperaturze -210,01°C a wrze w temperaturze -195,8°C, a więc azot musiałby sublimować w czasie przejścia ‘Oumuamua przez punkt przysłoneczny jego trajektorii, odległy o 0,2553 AU od Słońca – a zatem w perymetrze orbity Merkurego, gdzie temperatura sięga +400°C na przysłonecznej stronie. Musiałby zatem wyglądać jak azotowa kometa i musiałby być zaobserwowany wcześniej. Tymczasem zaobserwowano jedynie coś na kształt szczątkowej komy, dzięki czemu obiekt ten został zakwalifikowany początkowo jako kometa na co wskazują jego prowizoryczne nazwy: A/2017 U1 i finalnie C/2017 U1 (PANSTARRS). Potem nadano mu stałą nazwę 1I/’Oumuamua.

No tak, ale w dalszym ciągu nie wiemy, czym jest ten obiekt i skąd się wziął w Układzie Słonecznym. Przyleciał on ponoć z pobliża gwiazdy Vega w konstelacji Liry czy też Lutni. Odlatuje w kierunku konstelacji Pegaza – jego apeks: RA 21h51m – DEC +24°44’. Kiedyś doleci do kolejnego na swej trasie systemu gwiezdnego i znów ktoś się będzie dziwił, co to takiego. A może po prostu go złapie i umieści w jakimś Muzeum Osobliwości Kosmosu? Kto wie…?


Źródło - https://www.chip.pl/2021/11/oumuamua-pochodzenie-zamarzniety-azot/


sobota, 13 listopada 2021

UFO nad Loring AFB (ME)

 

Loring AFB (ME)

Brent Swancer

 

Od czasu do czasu w specjalistycznej prasie i Internecie pojawiają się artykuły na temat obserwacji i Bliskich Spotkań z UFO czy jak teraz się mówi UAO w amerykańskich bazach lotniczych w których składowana jest broń jądrowa. W moim blogu znajdują się raporty Roberta Duvalla i Roberta Hastingsa na temat takich wydarzeń w takich miejscach jak Minot AFB (ND), Malmstrom AFB (MT) i innych na terytorium USA, a szczególnie na polach startowych i silosach ICBM. Niektóre z nich zostały ujęte w naszej książce na temat katastrof nuklearnych.[1] Znane są przypadki wyłączania i deazktywacji pocisków rakietowych, co czyniło je czasowo niezdatnymi do użytku. Ten artykuł jest kolejnym z cyklu mówiących o interakcjach pomiędzy Obcymi i ziemskimi instalacjami nuklearnymi, a oto ten materiał:

 

Od dawna pojawiają się bardzo niepokojące doniesienia o niezidentyfikowanych fenomenach powietrznych (UAP) zachodzących wokół obiektów jądrowych, w tym elektrowni jądrowych i tych, w których znajdują się rakiety balistyczne, a niektóre z nich są bardziej niepokojące niż inne. W latach 1947-1994 Loring AFB była instalacją Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych – USAF, zlokalizowaną w północno-wschodnim Maine, niedaleko Limestone i Caribou w hrabstwie Aroostook. Przez dziesięciolecia służby była jedną z największych baz Dowództwa Strategicznego Sił Powietrznych USA - SAC, a podczas Zimnej Wojny, która trwała od 1947 do 1991 roku, jej lokalizacja była niezwykle ważna, ponieważ była najbliżej położonym punktem w kontynentalnej części USA do Europy. Z tego powodu stała się w tym czasie niezbędnym elementem krajowego systemu ostrzegania nuklearnego, który był w stanie szybko reagować na nadchodzące zagrożenie ze strony Związku Radzieckiego i odpowiadać za pomocą dwóch eskadr: latających tankowców KC-135 i bombowców B-52H, jak i broni nuklearnej tam zmagazynowanej. W czasach Zimnej Wojny, która trwała większość jej istnienia, była to niezwykle ważna i wrażliwa instalacja o niezwykle dużej wartości strategicznej. Z tego powodu dziwna seria wydarzeń i niezidentyfikowanych obiektów na niebie wokół bazy w najciemniejszych dniach zimnej wojny budziła natychmiastowy i krytyczny niepokój.

 

Nieznany samolot

 

Wieczór 27 października 1975 roku rozpoczął się jak zwykle dla pracowników ochrony w bazie i wszystko przebiegało spokojnie do około godziny 20:00 EST, kiedy to bardzo szybko zrobiło się dość dziwnie. Na północnym obwodzie bazy lotnik patrolujący składowisko broni Loring AFB zauważył na niebie niezidentyfikowany samolot z czerwonym światłem nawigacyjnym i białym światłem stroboskopowym powoli zbliżający się do obwodu bazy na wysokości od 150-300 stóp/~50-100 m. Sam dziwny obiekt nie był wyraźnie widoczny, ale unosił się wokół obwodu w sposób bardzo podobny do helikoptera, podskakując i falując, i wydawał się wykazywać szczególnie intensywne zainteresowanie obszarem przechowywania broni jądrowej, bardzo bezpiecznym i wrażliwym obszarem, w którym niezidentyfikowane statki powietrzne jakiegokolwiek rodzaju absolutnie nie były mile widziane. W odpowiedzi na nagłe wtargnięcie wysłano helikoptery wojskowe w celu zbadania i próby nawiązania kontaktu z intruzem, ale wszelkie próby nawiązania kontaktu radiowego spotykały się z ciszą, a dokładnej natury tajemniczego samolotu nie można było ustalić, jedynie miał bardzo jasny stroboskop i mógł unosić się w powietrzu.

 

Baza została postawiona w stan najwyższej gotowości, a już przestraszony personel wychwycił sygnał radarowy innego podobnego niezidentyfikowanego obiektu około 10-13 mil/16-20,8 km na wschód od ich pozycji. Próbowano nawiązać kontakt z tym samolotem, zarówno na kanałach cywilnych, jak i wojskowych, ale on również nie reagował. Dziwni goście najwyraźniej dziwnie krążyli wokół swoich niezbadanych spraw przez pełne 40 minut, zanim ten w pobliżu bazy odleciał w kierunku Kanady, a drugi nagle zniknął z radaru, pozostawiając bazę w stanie wysokiej gotowości i chaosu. Biorąc pod uwagę, że Loring mieściła się broń nuklearna i samoloty do dostarczania tej broni, a także jej strategiczne znaczenie, uznano to za szokujące i śmiałe wtargnięcie jak uderzenie w twarz, baza tętniła teraz aktywnością jak sprowokowany ul pszczół, a przełożeni zastanawiali się, co dalej. Nawet gdy szukali odpowiedzi i robili wszystko, co w ich mocy, aby zabezpieczyć bazę i nie dopuścić, aby historia trafiła do wiadomości, okazało się, że to nie koniec.

 

Ponowne odwiedziny

 

Następnego wieczoru, 28 października, nad bazą pojawił się inny dziwny obiekt. Po raz pierwszy zaobserwowano to o godz. 19:45 i także unosił się nad terenem, poruszając się nad pasem startowym i w pobliżu magazynu broni jądrowej, na którym wyłączył światła. Po raz kolejny wysłano helikoptery do walki, ale nie były w stanie nawiązać kontaktu ani zidentyfikować, jaki to typ statku. Co jeszcze dziwniejsze, świadkowie na ziemi, którzy widzieli tajemniczy statek, opisali go jako pomarańczowo-czerwony obiekt w kształcie wydłużonej piłki nożnej, bez okien i widocznych drzwi, a także bez widocznych śmigieł lub innego układu napędowego i całkowicie cichy. Co ciekawe, wysłane helikoptery nie mogły wykryć dziwnego intruza i często znikał on z radaru. W tamtym czasie obiekt wydawał się pojawiać i znikać z pola widzenia, zwykle z pewnej odległości i opisywany jako zachowujący się bardzo podobnie do helikoptera, ale jedną z bardziej spektakularnych relacji o obiekcie dokonali dwaj świadkowie na ziemi, którzy widzieli go z bliska i podali relację, która wcale nie przypominała obserwacji helikoptera. Relacja ta jest opowiedziana w książce badaczy UFO Barry’ego Greenwooda i Lawrence’a Fawcetta, zatytułowanej „Clear Intent: The Government Coverup of the UFO Experience”, w której podana jest ta relacja:

Świadkowie: sierż. Steven Eichner, szef załogi bombowca B-52, wraz z sierż. R. Jones i innymi członkami załogi. Jones zauważył czerwono-pomarańczowy obiekt nad runwayem. Wydawało się, że znajduje się po drugiej stronie pasa startowego, gdzie znajdował się magazyn broni. Dla Eichnera i Jonesa obiekt wyglądał jak rozciągnięta piłka nożna. Unosił się w powietrzu, gdy wszyscy członkowie załogi patrzyli z podziwem. Na ich oczach obiekt zgasił światła i zniknął, ale wkrótce pojawił się ponownie nad północnym krańcem pasa startowego, poruszając się nierównymi ruchami. Zatrzymał się i zawisł. Eichner i reszta załogi wskoczyli do ciężarówki i zaczęli jechać w kierunku obiektu. Idąc wzdłuż Oklahoma Avenue (graniczącej z pasem startowym), skręcili w lewo w drogę prowadzącą do magazynu broni. Gdy wykonali skręt, zauważyli obiekt około 300 stóp przed sobą. Wydawało się, że znajduje się około pięciu stóp nad ziemią i unosi się bez ruchu i hałasu. Obiekt miał czerwono-pomarańczowy kolor i miał około czterech długości samochodu. Eichner opisał to, co zobaczył dalej:

„Obiekt wyglądał, jakby wszystkie kolory zlewały się ze sobą, jakbyś patrzył na scenę pustyni. Widzisz fale ciepła unoszące się z dna pustyni. Oto, co widziałem. Były te fale przed obiektem i wszystkie kolory zlewały się ze sobą. Obiekt był solidny i nie słyszeliśmy z niego żadnego hałasu.”

 

Nie widzieli żadnych drzwi ani okien na obiekcie, ani żadnych śmigieł ani silników, które utrzymywałyby obiekt w powietrzu. Nagle baza ożyła. Syreny zaczęły wyć. Eichner widział liczne niebieskie światła na pojazdach żandarmerii jadących z dużą prędkością wzdłuż linii lotu i pasa startowego w kierunku magazynu broni. Jones odwrócił się i powiedział do załogi: Lepiej wynośmy się stąd! Natychmiast to zrobili. MP nie próbowała ich zatrzymać. Interesowali się obiektem nad składowiskiem, a nie ciężarówką, która znajdowała się na obszarze zastrzeżonym. Załoga odwiozła ciężarówkę z powrotem na jej pierwotne miejsce i stamtąd obserwowała. Scena w obszarze przechowywania broni była chaotyczna, z niebieskimi światłami wirującymi wokół, a promienie reflektorów pojazdów świecące we wszystkich kierunkach. Obiekt wyłączył swe światła i zniknął, i tej nocy nie można go było zobaczyć znowu.

 

Obiekt pojawiał się tylko sporadycznie na radarze, gdy okrążał obszar składowiska nuklearnego przez prawie godzinę, zanim odleciał w noc. Wysłano ostrzeżenie, że nieznany samolot spenetrował przestrzeń powietrzną bazy i obszar składowania nuklearnego, ale pełne przeszukanie obszaru nie ujawniło żadnych dowodów na to, czym był lub gdzie się udał. Incydenty te trwały przez kilka następnych nocy i chociaż USAF nalegały, by oficjalnie nazywać je „niezidentyfikowanymi helikopterami”, niektórzy świadkowie nie byli tego tacy pewni. Chociaż niektórzy świadkowie sprawiali wrażenie, jakby wierzyli, że widzieli helikopter, inne opisy wydawały się przeczyć temu wyjaśnieniu. Niektórzy świadkowie opisali świecący obiekt w kształcie cygara, który potrafił wykonywać ostre skręty, nagłe pionowe spadki i wzniesienia, nagłe gwałtowne przyspieszenie i akrobacje w powietrzu przekraczające możliwości helikoptera, a fakt, że bardzo często opisywano go jako całkowicie cichy, nie wydawał się pasować do teorii helikoptera. Stało się również coraz bardziej oczywiste, że prawdopodobnie istnieje więcej niż jedna z tych rzeczy i że zgłoszone różnice w wyglądzie wskazywały, że mogły to być różne rodzaje statków.

 

UFO na radarach

 

Pomimo nalegań rządu, że były to prawdopodobne helikoptery, personel bazy powszechnie nazywał je UFO, a wielu twierdziło, że obiekty te dokonywały na niebie niemożliwych wyczynów. Podczas tych upiornych wizyt operatorzy radarów widzieli obiekty tylko po to, by je ponownie zgubić, a kilka razy startowały myśliwce tylko po to, by przybywać na miejsce i nic nie widzieć, nawet gdy personel naziemny mówił, że są tuż nad nimi. Przez większość czasu wydawało się, że obiektów nie można zaobserwować, aby radar mógł się namierzyć, pozostawiając pilotom polowanie na obiekty w oparciu o słowne wskazówki dotyczące lokalizacji i nigdy niczego nie widząc. Ta pozorna niezdolność pilotów do uzyskania wizualnego potwierdzenia ich istnienia jest naprawdę dziwna, ponieważ wszystkie te misje okazują się być pościgami za niczym, a jeden starszy chorąży Bernard Poulin ze 112. kompanii medycznej Gwardii Narodowej Stanu Maine powiedział o tym tak:

Cóż, w każdym razie polowaliśmy i nic nie widzieliśmy. Znowu dzwonili i mówili, że słyszą to w jakimś miejscu, a my tam pojedziemy, ale nie mogliśmy tego zobaczyć. Następnie zamykaliśmy się i czekaliśmy na następny telefon. I to trwało kilka nocy. To znowu był wczesny wieczór lub wczesny ranek. Pamiętam, że drugiej nocy misji radar coś wykrył, ale okazało się, że był to stratotankowiec KC-135 powracający zza oceanu. Mogliśmy zejść naprawdę nisko tam, gdzie mówili, że jest i włączyć nasze światło poszukiwawcze i omiatać obszar światłem, ale nigdy nie widzieliśmy statku. Po zakończeniu akcji omówiliśmy naszą misję. MP były bardzo zaniepokojone tym, co się dzieje i czy byliśmy w stanie cokolwiek zobaczyć. Utrzymywali się tam przez cały czas, wiesz, to są dość wrażliwe miejsca i muszą wiedzieć, co się do cholery dzieje. Kiedy przybyli do bazy, „czapa” bezpieczeństwa była tak szczelnie nałożona, że ​​obaj piloci mogli zadzwonić do swoich żon tylko raz, aby powiedzieć, że są na misji. Podczas spotkania z Chapmanem Poulin przypomniał dowódcę, mówiąc: Musimy ukrywać fakt, że ktoś był w stanie przeniknąć do składu bomb i wokół niego, a my nie wiemy, co się dzieje. Musimy dowiedzieć się, co się dzieje i zapobiec ponownemu wydarzeniu”.

 

Śledztwo USAF

 

Pojawiają się inne doniesienia o tym trzymaniu w tajemnicy i o rządzie, który chce wszystko ukrywać. Personel zgłaszał się na przesłuchanie po obserwacjach i w sposób jednoznaczny powiedziano im, aby nie rozmawiano z nikim o tym, co widzieli, lub rozpowszechniał historię, że są to helikoptery zza kanadyjskiej granicy, które ich terroryzują. Podjęto wielkie wysiłki, aby wszystko to nie znalazło się w prasie, ale i tak zaczęło to trafiać do wiadomości w wielkim stylu. Przez cały czas USAF upierały się, że to wszystko jest dziełem helikopterów, chociaż niechętnie przyznali, że nie wiedzą na pewno i oficjalnie uznano to za „nieznane”. Pełne śledztwo przeprowadzone przez siły powietrzne nie mogło znaleźć konkretnej przyczyny obserwacji, a kiedy zjawiska nagle ustały 31 października, byli bardziej niż szczęśliwi, mogąc spróbować zamieść to wszystko pod dywan i odwrócić uwagę publiczności od incydentu. Co ciekawe, w tym samym przedziale czasowym kilka innych nuklearnych instalacji wojskowych w Stanach Zjednoczonych doświadczyło podobnych dziwacznych incydentów z udziałem NOL-i nawiedzających ich przestrzeń powietrzną, co pokazuje, że zjawisko to wykraczało poza samą Loring AFB.

Chociaż USAF próbowały zdystansować się od incydentu w Loring i innych podobnych incydentów w innych bazach, nie zapomniały o tym setki świadków, którzy widzieli to zjawisko na własne oczy, oraz liczni badacze UFO, którzy je ścigali. Co tu się działo? Wydaje się oczywiste, że coś nieautoryzowanego robiło wypady do obiektu i wykazywało zainteresowanie miejscem przechowywania broni jądrowej, w tym procesie wstrząsając Siłami Powietrznymi aż do najwyższych poziomów struktury dowodzenia wojsk USA, ale co to było? Czy to były helikoptery, jak wydaje się, że wojsko chce, abyśmy w to wierzyli? Czy był to może jakiś eksperymentalny samolot, albo od rządu USA testującego naszą reakcję na te wtargnięcia, albo od jakiegoś obcego mocarstwa, być może nawet Sowietów? A może było to coś innego, być może goście z innego świata? We wszystkich przypadkach musimy się zastanawiać, czego chcieli, dlaczego zagrozili temu obiektowi i dokąd poszli. Stało się to bardzo dobrze udokumentowanym i opisanym przypadkiem, ale pomimo dokładnych badań nad tym wszystkim, niewiele wiadomo na pewno poza tym, że coś bardzo dziwnego wydarzyło się w Loring AFB w tym tygodniu w 1975 roku.

 

Moje 3 grosze

 

Polecam artykuły poświęcone powyższemu tematowi:

·        https://wszechocean.blogspot.com/2014/03/ufo-nad-nuklearnym-poligonem-na-saharze.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2011/12/sprawa-002h-jeszcze-o-ufo-w-czarnobylu_03.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2011/06/incydent-z-ufo-na-polu-startowym-icbm.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2013/08/ufo-bron-nuklearna-historyczne-badania.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2013/08/ufo-bron-nuklearna-historyczne-badania_12.html

 

Źródło: https://mysteriousuniverse.org/2021/11/a-mysterious-case-of-a-cold-war-ufo-invasion-at-a-nuclear-weapons-facility/?fbclid=IwAR0-f7yHz-KUpZkF6Cscl8bM2jiygV7XwIFbgZlwZRe_rpL80pg1AcL4xSM

Przekład z angielskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] M. Jesenský, St. Bednarz, R. Leśniakiewicz – „Piekielne katastrofy nuklearne”, Jordanów 2021.

poniedziałek, 8 listopada 2021

Migracje i wojna hybrydowa z Eurorajem

Żywe tarcze na polskiej granicy i...

Od kilku tygodni śledzę sytuację na naszej granicy z Białorusią, a od 1989 roku sytuację migracyjną w Europie i na świecie. Wynikało to z moich zainteresowań zawodowych – mam za sobą 25 lat służby na granicy tego kraju, za co ojczyzna podziękowała mi haniebnie zabierając ponad 60% mojej emerytury. Mam nadzieję, że te pieniądze staną kołkiem w gardle funkcjonariuszom Kk i posłom PO, PiS i PSL. Ale nie o tym chciałem napisać.

Żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza a potem funkcjonariusze Straży Granicznej ostrzegali przed nielegalną migracją już w latach 90-tych. Oczywiście jeszcze wcześniej, bo w latach 1983-86 w Polsce Ludowej mieliśmy do czynienia z Palestyńczykami, Turkami i Kurdami, którzy chcieli dostać się do Szwecji. Szwecja przyjmowała ich jak leci i nie było problemu. Problem zaczął się po zamordowaniu premiera Olofa Palmego, kiedy szwedzkie służby zorientowały się o ilości i działalności „migrantów” w Królestwie Trzech Koron, którzy to „migranci” zamiast pracować i integrować się ze Szwedami zaczęli zasilać przestępcze podziemie, i z dnia na dzień zamknęły przed nimi granice. Przyjął ich wtedy Berlin Zachodni, gdzie dostawali azyl.

Rzecz w tym, że nie byli to uchodźcy polityczni ale najgorsze męty i szumowiny, które właśnie po to uciekały ze swych krajów, by nie mieć problemów z prawem, a móc łatwo żyć na Zachodzie, na koszt pracujących na nich frajerów. Dla nich to był i nadal jest Euroraj, do którego chcą się dostać bez względu na cenę i  nie mając wiele do stracenia.

I z taką sytuacją spotykamy się dzisiaj, aliści jest pewna zasadnicza różnica. Dzisiaj na Europę napierają „migranci” z Bliskiego Wschodu i Afryki – a zatem wszędzie tam, gdzie USA doprowadziły do zniszczenia struktur państwowych i wprowadziły totalny chaos polityczny. To oczywiście zostało wykorzystane przez Łukaszenkę, który sprowadza „migrantów” na Białoruś i prowadzi ich na polską granicę.

...mydlenie oczu całemu światu...

Co nam to przypomina? Ni mniej ni więcej tylko … lodołamacza. Nie wierzyłem Wiktorowi Suworowowi, kiedy pisał o „Lodołamaczu Rewolucji”, a teraz widzę jego analogię. „Migranci” mają odegrać rolę lodołamacza, który ma za zadanie rozwalić od środka UE i NATO. Nie armie, nie czołgi, nie rakiety, a spasione, zdrowe bysiory i ich kobiety i dzieci, które mają robić za żywe tarcze. Zdjęcia z granicy mają za zadanie rozmiękczyć mózgi Europejczyków. Na tym polega ich diabelski plan – po co mają tracić swoich ludzi, jak może wykorzystać ogłupionych, sfanatyzowanych i zdesperowanych Irakijczyków, Afganów i innych, którym marzy się Euroraj. Żyć nie umierać, nic nie robić, poza dziećmi, kasa leci a frajerzy z Europy pracują na nich. Oczywiście nie będą się kundlili z giaurami, a kobiety są tylko po to, by swym panom dostarczać rozkoszy. Polska też jest kolejnym kandydatem do powstania następnego kalifatu… Nie ma czegoś takiego jak multi-kulti i być nie może! Nie może, bo oni nie chcą się integrować z nami i nie będą. Bo i po co? My dla nich jesteśmy tylko bydłem roboczym. Reasumując, to nie jest żadna wojna hybrydowa – to jest normalna, bezczelna agresja, wojna bez wypowiedzenia wojny! Kiedy wreszcie ten nasz oczadziały naród to zrozumie? Nie zrozumie, a jak zrozumie, to będzie zasuwał w burkach na grzbiecie i czarczafach na twarzach do roboty. Kobiety – oczywiście, bo mężczyźni zostaną zamienieni w niewolników, a nieprzydatnych się wybije. Najtańszym kosztem – podrzynając gardło czy wieszając.

Polscy pożyteczni idioci nie zdają sobie sprawy z tego...

Wina leży po stronie rządu w Warszawie, który nie potrafił i nie chciał unormować stosunków z Łukaszenką i Putinem – teraz to wyłazi jak słoma z butów waszecia z I RP. Można było tego uniknąć.

Ale oczywiście o tym mówić nie wolno, bo niektórzy pożyteczni idioci z Totalnej Opozycji rzucą się na mnie z zarzutami o brak empatii, o brak serca, itd. itp. Interesuje mnie tylko jedno – zakładam, że zezwolimy „migrantom” na wejście na terytorium Polski – jak łakną tego niektóre bez- i płaskomózgi z PO-KO, czy Lewicy – i co dalej? W dyskusjach na YT zawsze na tym się kończy. Wpuścić ich i nikt nie potrafi powiedzieć nic sensownego o tym, co dalej. Mając doświadczenia z lat 90-tych z rumuńskimi Cyganami – pardon – Romami – wiem, że natychmiast pognaliby na zachodnią granicę do Niemiec. Do tego raju dla wszelkiego rodzaju kolorowych leni, obiboków i leserów. I będzie powtórka z sytuacji na polsko-białoruskiej granicy, tym razem na polsko-niemieckiej. I zabawa będzie trwała, póki nie posypią się trupy z obu stron. A tak swoją drogą, ilu terrorystów z ISIS znajduje się w tym tłumie? 

...mogą być następnymi.

Co robić w tej sytuacji? Nie wiem. Można było złemu zaradzić jeszcze 30 lat temu, ale wtedy urzędasom w Warszawie zabrakło wyobraźni. Teraz jest już za późno. O wiele za późno. I obawiam się, że Oberprezes i jego przydupasy będą uciekały z kraju przez… „Zaleszczyki” pozostawiwszy kraj i Naród Polski na pastwę losu. Bo historia powtarza się tyle razy, ile tylko może – a właściwie tyle razy, na ile jej na to pozwolimy…  

Od Czytelników

 

Jak zwykle z ciekawością przeczytałem Pańskie wywody.

Stwierdzić muszę jednak, że mam mieszane uczucia względem ich. Czemu? Bo... w jakimś sensie i to całkiem niedawno, sam w moim własnym kraju, czułem się wraz z moim ojcem, jak uchodźca.

Jakże to?

2 lutego 2019 roku spłonął nasz dom. Spłonęła matka. Był to budynek kolejowy (matka pracowała na PKP). Jakieś dwa - trzy tygodnie po pożarze, z hotelu w miejskim ośrodku sportu i rekreacji miejscowy MOPS kazał nam się wynosić, argumentując to tym, że... nie mają pieniędzy na utrzymanie nas. W okresie ochronnym! Doświadczenie nauczyło nas, by liczyć na samego siebie zwłaszcza, kiedy i rodzina i ludzie - niby świątobliwi katolicy - nie chcieli nam choć na kilka dni - i to odpłatnie! - zapewnić kąta do czasu znalezienia sobie czegoś. Stąd dwa - trzy tygodnie spania w aucie, w rezultacie czego ojciec wylądował w szpitalu. Gdyby nie interwencja nieistniejących już Faktów i mitów, z którymi współpracowałem, MOPS dłużej by zwlekał z wypłaceniem zasiłku. Z darma racji, o mediach, nie mówi się: czwarta władza.

W jakimś więc sensie, rozumiem tych migrantów. Nie znaczy to jednak, że zgadzam się na bezrefleksyjne przyjmowanie ich Od dawien dawna powtarzam, że cała odpowiedzialność winna spaść na państwa, których przywódcy, zasiadając przy ogromnym stole, wbijała swoje flagi na danym skrawku Afryki, Azji, Bliskiego Wschodu, uzurpując sobie prawa do tych miejsc. Najcwańsi z tego klubu, Brytole, chcieli rzecz jasna, się wymigać. Stąd brexit. Cieszy mnie więc to, że półki sklepowe w Tesco, Asda i innych sklepach na Wyspach świecą pustkami. I cieszy mnie, że Brytania chwieje się w posadach.

Swoją drogą pamiętam, kiedy pracowałem w Anglii. Był to czas referendum w sprawie brexitu. Czegóż ja się pod swoim adresem nie nasłuchałem po ogłoszeniu wyników? A dziś? Na pewno raz otrzymałem ofertę pracy w Anglii. I to z angielskiej agencji. Oświadczam wobec tego, że moja noga na wyspach (celowo z małej litery) nigdy więcej nie postanie!

Niektórzy mogą więc dywagować, czytając niektóre powyższe wywody, że jestem zwolennikiem obecnej władzy... Nic bardziej mylnego. Nienawidzę PiSu, nienawidzę prawicy ani ich akolitów. Cały ichni elektorat uważam za inteligentny inaczej, by nie rzec - odmóżdżony. Nie cierpię również Kościoła katolickiego - ośrodek szczujni jednych na drugich, który - jak pokazuje historia - zawsze potem umywa rączki. Cała odpowiedzialność spada na nieudolność obecnej władzy, której udało się skłócić Polskę ze wszystkimi, nawet z Polakami. A kościółek temu wszystkiemu przyklepuje. Nic nie poradzę na debilizm pisowskiego elektoratu; wszak lwia jego część to ludzie prości, ograniczeni, by nie rzec: tępi. Na takim tępym elektoracie bazuje więc obecna władza (Kościół też, wszak łatwiej manipulować ciemniakiem); takiemu tępemu elektoratowi łatwiej wmówić, że urywki ze szwedzkiego filmu to autentyczne zdjęcia z ulic szwedzkich miast.

Obawiam się, że mały dyktator, niewydarzony minister ds. bezpieczeństwa, który w akcie swego heroizmu, otacza się całym plutonem ochroniarzy, a swój dom otoczył całym kordonem policyjnym, stał się na stare lata nieobliczalnym szaleńcem, gotowym rzucić nas w paszczę wojny. W imię czego? Jakiejś chorej martyrologii? Rojeń starego szaleńca?  Czy po błogosławionym ewangelistach Mateuszu, który kłamie na każdym kroku i po ewangeliście Łukaszu, którego podkrążone oczy to nie wynik bezsenności wynikającej z walki z pandemią, jeno na robieniu dealów z handlarzem bronią, w samym centrum narodowych bohaterów znajdzie się Jarosław - Polskę zbaw (raczej udław)? To się już dzieje.

Choć z drugiej strony... czy nie powinienem mieć tego wszystkiego tam, gdzie słońce nie dochodzi?  W pożarze straciłem matkę. Straciłem dom, w którym spędziłem całe swoje życie. Spłonął świat, który znałem. Pozostały mi zdjęcia, które mi o tym świecie przypominają i uświadamiają, że wszystko po pożarze jest nijakie. Niemniej, żyję dalej. A skoro żyję, to widzę to, co dzieje się wokół mnie. Wiem, że na moje życie wpływ mają decyzje szaleńców, wybranych przez pomyleńców, którym brak elementarnej wiedzy o sprawach nas otaczających. Niestety, poza udziałem w wyborach, nic nie mogę zrobić. Rozmawiać z pisowskim planktonem nawet nie mam zamiaru. I wam nie polecam, bo po co sobie strzępić język? Tym bardziej, wymowna staje się reakcja Radzia Sikorskiego czy Ewuni Kopacz, którzy na moje pytanie, gdzie byli podczas głosowania nad postawieniem Ziobry przed trybunałem stanu... zablokowali mnie na Twitterze...

Tyle ode mnie.

Swoje obawy wyraziłem, choć coś mi mówi, że żadnej wojny nie będzie. Wojenkę domową mamy już od 15 lat. Kraj podzielił się na dwa obozy, uchodźcy zaś stali się orężem w ręku zarówno jednych kretynów opowiadających się za bezkrytycznym przyjmowaniem, nie bacząc na konsekwencje, jak i znajdujących się po drugiej stronie barykady łykających tępą propagandę, sprzedajnych za 500+ przygłupów.

A wszystkiemu temu błogosławi kościół rzymsko - pedofilski, który - jak każda dyktatura - bez wroga istnieć nie może.

PS.

Tak swoją drogą, zastanawiam się nad dwiema kwestiami powiązanymi z moim przydługim wywodem:

1) Ilu z tych świątobliwych katoli słowa Jezusa przekuje na praktykę i puste krzesło przy wigilijnym stole zaoferuje zbłąkanym uchodźcom?

2) Cóż to za pomoc społeczna (raczej bezpieka), która nie skąpi środków leserom, dzieciorobom i menelom spod sklepu, a kogoś, kogo dopadła autentyczna tragedia, wyrzucała z hotelu w okresie ochronnym, bo nie dysponowała już takowymi środkami? Na początku roku?! A gdyby w gminie zdarzyłby się jeszcze jeden pożar, powiedzmy pod koniec roku, co wtedy?! (M.K.)    

 

No niestety tak właśnie jest, jak M.K. pisze w swym komentarzu. Od siebie jeszcze tylko dodam to, że w naszym mieście mieszkają i pracują Hindusi, Ukraińcy, Albańczycy, Rosjanie, Rumuni, Irlandczycy, Anglicy i inni. Mieszkają, pracują założyli rodziny, płacą podatki. Takich ludzi szanuję i daj nam Boże jak najwięcej.

Natomiast nigdy nie będzie mojej zgody na tworzenie jakichś enklaw, gett próżniactwa, przestępczości i wojującego islamu w naszym kraju.

Nie będzie zgody na utrzymywanie z moich podatków bandy wałkoni i nierobów, którzy na dodatek będą stawiać jakieś żądania. Widziałem „migrantów”, którzy stopy w Polsce nie postawili, a już drą mordy z żądaniami w stosunku do Polski i Polaków! Bezczelność? Oczywiście!

Podoba mi się postawa Belgów, którzy zapowiedzieli kolorowym – albo będziecie przestrzegać naszego prawa, albo won! I tak to być powinno! Za przestępstwa pierdel i natychmiastowa deportacja. I pod tym względem będę popierał restrykcyjną politykę w stosunku do „migrantów”. I niestety z każdym dniem granicznego kryzysu przekonuję się, że apartheid miał pewne uzasadnienie – względami bezpieczeństwa przede wszystkim. A Łukaszenko powinien ponieść konsekwencje tego obłędu.

Aliści nasuwa mi się jeszcze przepowiednia zawarta w „Centuriach” Nostradamusa mówiąca o tym, że Polska porzuci Europę i sprzymierzy się z Arabami… Brzmi to dosłownie tak:

Bóg sam będzie prześladował Kościół.

Święte Kościoły zostaną splądrowane.

Dziecko pozostawi matce tylko koszulę.

Wówczas Arabowie sprzymierzą się z Polakami.

Centuria V,73

No i właśnie mamy to, co zostało przewidziane przez wizjonera z Salon. (Platon)   

Z własnych kobiet i dzieci zrobili żywe tarcze...grają nimi .który rodzić robi to co oni narażając potomstwo na niechybną śmierć...urodzi następnych kilka i dziura ️ załatana … po drugie jest trochę polskich pseudo obrońców z sercem dla dzieci i odpierd… cyrki i walczą ze strażą graniczną, a może tak staną polscy obywatele w obronie zbirów którzy chcą pozbawić życia tych którzy są po to żeby obronić granic ojczyzny... zapakować do samolotów i do Niemiec wywieźć.. tam jest dużo miejsca dla nich ..dostaną od rządu dach nad głową wyżywienie ..niech ich utrzymują ...w Polsce trzeba pracować żeby coś mieć.  (Regina)