Powered By Blogger
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka Pd.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka Pd.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 lutego 2021

Inna historia: świat wewnątrz-ziemski Cueva de los Tayos (Ekwador)

 

Tajemnicze inskrypcje na metalowych płytkach znalezionych przez Moricza

Cueva de los Tayos jest geograficznie położona w Republice Ekwadoru, a dokładniej w prowincji Morona Santiago, kantonie Limón Indanza. Uważany ze względu na swoją orografię za nieregularny obszar górski, zwany Cordillera del Cóndor. Cueva de los Tayos znajduje się w dziewiczej dżungli i graniczy w odległości 2 km na południe z rzeką Santiago i 800 metrów w kierunku wschodnim z rzeką Coangos (Kuankus); znajduje się na: S 03°02’46” – W 076°12’19” i jest na wysokości 539 m n.p.m.

Przyczyną tej nazwy są idealne warunki siedliskowe dla nocnych ptaków z rodziny sów, zwanych także tayos (Steatornis caripensis), które zamieszkują tylko kilka jaskiń w Ameryce Łacińskiej. Najbliższe miasta to: Méndez i Santiago.

Jaskinia znajduje się w krainie, która obecnie należy do rdzennych mieszkańców Kuankus Union Center (Coangos) - jaskinie Tayos, stanowiące część niezależnego terytorium Shuar Arutam. Główne wejście do jaskini Los Tayos znajduje się na górzystym i nieregularnym terenie na wysokości około 800 metrów, pośrodku północnej polany Kordyliery del Cóndor. W tym miejscu znajduje się wejście do podziemnego świata jaskini Tayos. Wejście składa się z pionowego tunelu o średnicy 2 m i głębokości 63 m.

 

Trochę historii

 

Można by go podać jako datę jego odkrycia, 21 lipca 1969 r. W nadmorskim mieście Guayaquil jest napisane, że „odkryto cenne obiekty o wielkiej wartości kulturowej i historycznej dla ludzkości”. Wymienione obiekty składają się przede wszystkim z metalowych tabliczek, które prawdopodobnie zawierają podsumowanie historii wymarłej cywilizacji, o której nie mamy najmniejszej wzmianki.

Shuarasowie, dawniej nazywani Jíbaros, mieszkają w pobliżu Cueva de los Tayos w Ekwadorze, co było obraźliwą nazwą ich sztuki w przeszłości redukowania głów. Byli to pierwsi badacze podziemnego systemu, ponieważ każdego kwietnia schodzili do jaskini, aby ukraść pisklęta Tayos, które są znacznie większe niż gołąb. Ale w czasie tej pracy pojawiły się niespodzianki, takie jak ta uderzająca, która niewątpliwie była odkryciem gigantycznych śladów na kamiennych blokach, które sądząc po ich nienaturalnym kształcie, sugerują sztuczne pochodzenie.

Wracając do wspomnianej wyżej kwestii znalezionych obiektów, wyróżniają się METALICZNE ARKUSZE OJCA CRESPI. Ojciec Crespi to jedno z nazwisk związanych z Tayos. Jedno z najbardziej niepokojących wyjaśnień na temat przyczyny powstania tabliczek przypisuje się istnieniu rzekomej metalowej biblioteki, która istnieje i zawsze pod świadectwem Janosa Moricza, postaci, której ten dźwięk jest o i tak nawiasem mówiąc, przez lata Janos zmienił imię na hiszpańskie Juan… cóż, według Juana Moricza, tam znaleźlibyśmy historię ludzkości zapisaną przez ostatnie 250 000 lat.

Te tablice prowadzą nas w linii prostej do dziwnych obiektów, których kiedyś strzegł salezjanin ksiądz Carlo Crespi na dziedzińcu kościoła María Auxiliadora w Cuenca. Przedmioty, które znaleźli tubylcy, w akcie dobroci i wdzięczności oddali je o. Crespiemu.

Wiele z tych przedmiotów, jeśli nie wszystkie, zostało później skradzionych. Hinduski filolog Dileep Kumar miał szczęście przeanalizować symbole na jednej ze złotych płyt, najwyraźniej około 52 cm wysokiej, 14 cm szerokiej i grubej na 4 cm. Hinduski ekspert doszedł do wniosku, że ideogramy należą do klasy pisarstwa Brahmi, używanej w okresie Asokan w historii Indii, około 2300 lat temu.

Cztery lata później dr Barry Fell - profesor biologii na Uniwersytecie Harvarda - zidentyfikował 12 znaków omawianej płytki ze znakami zodiaku. W końcu odkryli artefakty wyryte w skorupie: koraliki naszyjne, kwadratowe i prostokątne płytki, dysk z wizerunkami węży i ​​drugi z kocimi rysami. Uważa się, że wszystkie te przedmioty służą do jakiegoś rytuału. Dekoracje i metalowe formy są związane z kulturą Narrío 1 (Cañar i Azuay), na którą wpłynęła kultura Machalilla. Cały znaleziony materiał został określony na okres od 1500 do 1020 p.n.e.

Wracając do naszego bohatera, węgierski badacz narodowości argentyńskiej, Juan Moricz, dokładnie zbadał jaskinię w 1969 roku, znajdując wiele arkuszy złota, które zawierały archaiczne nacięcia podobne do hieroglifów, starożytne posągi w stylu bliskowschodnim i inne liczne przedmioty ze złota, srebra i brązu: berła, hełmy, dyski i płyty. Węgierski badacz również podjął dziwną próbę oficjalnego ujawnienia swojego odkrycia, rejestrując je w biurze i przed notariuszem w Guayaquil, 21 lipca 1969 r., Ale jego prośba została odrzucona.

 

Deprecjacja, kontrowersje i konspiracja

 

Jak to często bywa w przypadku wielkich znalezisk, które mogą stać się zagrożeniem dla oficjalnej historii opowiadanej ludzkości, pojawiają się sytuacje i inne postacie, które zajmując się osobistymi korzyściami, w końcu sieją wątpliwości u reszty tych, którzy próbują szukać pewników w co jest ukryte i milczące, albo staramy się odczuwać bez intelektualizacji, aby pewność opowieści, które są przynajmniej określane jako ekscentryczne lub czysto science-fiction, wypływa z naszego wnętrza.

W 1972 roku na scenę wkroczył szwajcarski pisarz Erik von Däniken, który korzystając z informacji od Juana Moricza, rozpowszechnił na całym świecie odkrycie węgierskiego badacza w swoim bestsellerze „The Gold of the Gods”, podczas gdy w rzeczywistości Erich von Däniken nigdy nie był w dżungli otaczającej te jaskinie.

Zdumiewające odkrycie Juana Moricza przyciągnęło szwajcarskiego pisarza i badacza do Ekwadoru i Cueva de los Tayos. Spotkał się z Moriczem i przeprowadził z nim wywiad z ojcem Crespim, zebrał wszelkiego rodzaju informacje, które później zapisał w swojej książce „El Oro de los dioses”, wydane w 1974 roku, z którego sprzedano aż 5 i pół miliona egzemplarzy.

Niefortunne we wszystkim, co się wydarzyło, było to, że Moricz jako „odkrywca” nie otrzymał ani jednej grosza za swoją nieocenioną współpracę z von Dänikenem.

 

Skany

 

W chwili, gdy wieść o odkryciu Juana Moricza rozeszła się po świecie, zaczęła się poruszać maszyneria możliwości uczonych, ezoterycznych, ciekawskich itp. a eksploracje w Cueva de los Tayos rozpoczynają się od wypraw finansowanych z prywatnego kapitału. Być może jest to wyprawa prowadzona w 1976 roku przez szkockiego badacza Stanleya Halla, jedną z najbardziej ryzykownych i niebezpiecznych, w tym samym, co ciekawe lub nie tak ciekawe, wziął w niej udział astronauta Neil Armstrong, ten sam, który oficjalnie występuje jako człowiek, który wyszedł na Księżyc w 1969 roku.

Sam Armstrong mówi, że trzy dni, które spędził w jaskini, były równie lub bardziej interesujące niż jego podróż na Księżyc. Współuczestnikiem był argentyński grot baskijski Julio Goyen Aguado, który z kolei był bliskim przyjacielem Juana Moricza. Sam Juan Moricz podał dane, aby móc zlokalizować długo oczekiwane i kontrowersyjne płyty i rzeźbione złote blachy.

Podczas wyprawy, w której Moricz nie brał udziału, to Goyen Aguado pod kierunkiem swojego bliskiego przyjaciela zadbał o wprowadzenie w błąd Stanley’a Halla, aby uniemożliwić Brytyjczykom przywłaszczenie sobie cennych i starożytnych sztuk złota. Wręcz przeciwnie, i aby rozproszyć możliwą prawdę, inne wersje głoszą, że Anglosasi zajęli dużą część tego, co tam odkryto i nielegalnie przetransportowali do Ekwadoru.

Inna historia świadczy o tym, że odkrywcą ogromnych skarbów archeologicznych ukrytych od tysiącleci w Cueva de los Tayos nie był Węgier Moricz, ale salezjanin ksiądz Carlos Crespi (1891-1982). Pierwotny zakonnik z Mediolanu przybył do ekwadorskiej dżungli amazońskiej w odległym 1927 roku, to on miał wskazać drogę i drogę do wejścia do groty, a także ułatwić bezpieczną drogę wewnątrz labiryntu znajdującego się w głębinach jaskini.

Z kolei wiedza Crespiego na temat wszystkiego, co było komentowane, wynikała z wczesnego zdobycia zaufania ludności zamieszkującej obszar znany jako Jíbaro. Nieznany czas, wiele z nich wykonano ze złota lub walcowanych w złocie, w zdecydowanej większości wyrzeźbiono po mistrzowsku starożytne glify, których nikt nie potrafił interpretować do dziś. Po 1960 roku Crespi zwrócił się do Watykanu o zezwolenie mu na otwarcie muzeum w mieście Cuenca, ponieważ w tym miejscu znajdowała się jego misja salezjańska. Po pożarze w 1962 roku część znalezisk zaginęła bezpowrotnie.

Crespi był przekonany, że znalezione i zbadane przez niego złote płyty i płytki jasno wskazywały, że starożytny świat Bliskiego Wschodu przed powszechną powodzią był w kontakcie z cywilizacjami, które rozwinęły się w Nowym Świecie od sześćdziesięciu tysiącleci. Według ojca Crespiego archaiczne wyryte hieroglify nie były ani więcej, ani mniej niż językiem ojczystym ludzkości, językiem używanym przed potopem. Wnioski Crespiego były dziwnie podobne do wniosków innych badaczy z tego samego okresu, takich jak peruwiański ezoteryczny Daniel Ruzo (uczeń Marcahuasi), amerykańskie medium G.H. Williamson, włoski archeolog Constantino Cattoi czy włosko-brazylijski badacz Gabriel d’Annunzio Baraldi (który dokładnie udokumentował Pedra do Ingá).

Pod koniec lat 70. ubiegłego wieku Gabriel D'Annunzio Baraldi często odwiedzał Cuenca, gdzie poznał zarówno Carlo Crespiego, jak i Juana Moricza. Przy tej okazji Carlo Crespi ujawnił Włochowi-Brazylijczykowi, że Cueva de los Tayos nie ma dna i że tysiące podziemnych odgałęzień nie były naturalne, ale zostały zbudowane w przeszłości przez człowieka. Według Crespiego większość znalezisk, które dali mu tubylcy, pochodzi z wielkiej podziemnej piramidy, znajdującej się w sekretnym miejscu. Włoski zakonnik wyznał później Baraldiemu, że ze strachu przed przyszłymi grabieżami nakazał tubylcom całkowite pokrycie piramidy ziemią, tak aby nikt nigdy nie mógł jej znaleźć.

 

Mistrzowie wkraczają do akcji

 

Praca Dänikena została przeczytana przez Stanleya Halla, oficjalnie szkockiego inżyniera, który skontaktował się z Moriczem, aby zaproponować wyprawę do wnętrza Jaskini Tayos. Moricz zgodził się, o ile byłby szefem wyprawy i pod warunkiem, że angielska wyprawa nie zabierze znalezionych znalezisk archeologicznych.

Prawdziwym zainteresowaniem Stanleya Halla było zdobycie informacji z pierwszej ręki od Juana Moricza w 1973 roku. Moricz nie ufał Hallowi i dlatego odrzucił zaproszenie do udziału w wyprawie brytyjskiej. Hall, który nie przyjął warunków Moricza, gdyż jego zamiarem było przejęcie dowództwa nad angielską wyprawą mającą na celu splądrowanie skarbu Ekwadoru i zebranie wszystkich możliwych części.

Inną opcją Halla było porozumienie się z władzami Ekwadoru w celu ostatecznego zorganizowania w lipcu 1976 r. Brytyjsko-ekwadorskiej wyprawy, która w rzeczywistości była brytyjsko-amerykańska, składająca się głównie z personelu naukowego i wojskowego. Argentyński grotołaz hiszpańskiego pochodzenia Julio Goyen Aguado, który został wynajęty do wyprawy, podejrzewał, że Stanley Hall należy do brytyjskich służb specjalnych MI5 (i nie mylił się), i że z kolei był również aktywny w angielskiej loży masońskiej. W rzeczywistości sam Goyen Aguado oświadczył, że brytyjska ekspedycja miała obsesyjny interes w znalezieniu metalowej biblioteki Tayos, oczywiście, aby potajemnie zabrać ją do Anglii.

Neil Armstrong i Stanley Hall byli finansowani w tej wyprawie przez loże masońskie Illuminati wraz z anglo-amerykańskimi tajnymi służbami. Ta wyprawa, o której wspominaliśmy, była w rzeczywistości tajną, bezwstydną i niesławną wyprawą oświeconych masonów, związanych z anglo-amerykańskimi tajnymi służbami, ich elementami i środkami ekonomicznymi, wspieranymi przez konspiracyjną elitę iluminatów na świecie.

Ekspedycja masońska zwróciła się o pomoc do miejscowych przewodników Shuarasów, którzy później oświadczyli, że czują się wykorzystywani i zmuszani. Wyprawa wyszła z nie mniej niż 4 drewnianymi skrzyniami, pełnymi starych kawałków i od tego czasu cisza ciszy zawisła nad tą dziwną wyprawą w 1976 roku. O tej cichej wyprawie nic więcej nie było wiadomo. Neil Armstrong, Stanley Hall ani jakikolwiek członek brytyjskiej ekspedycji z 1976 r. Nigdy nie uczestniczyli w konferencjach prasowych ani wystąpieniach przed mediami lub konferencjami, tylko niektóre wybrane obrazy fotograficzne przekraczały, ale nie wszystkie.

Nie było też wywiadów ani książek pisemnych z wyprawy jej członków. Wszystko było w absolutnej tajemnicy. Zastrzeżona sprawa, sklasyfikowana jako ściśle tajna. Juan Moricz zmarł w dziwnych okolicznościach, nigdy nie wyjaśniono, w 1991 roku, pozostawiając Julio Goyen Aguado jako spadkobiercę całej swojej fortuny skarbów archeologicznych. W 1999 roku Julio Goyen Aguado, obecny na wyprawie z 1976 roku, spadkobierca skarbu Moricza, zginął w wypadku drogowym, kiedy jego ciężarówka przewróciła się o świcie na drodze w pobliżu San Rafael, w pobliżu mostu nad rzeką Diamante, na południe od Mendozy.

 

Śródziemne i pozaziemskie pochodzenie Tayos

 

Juan Moricz NAPRAWDĘ NIE BYŁ ODKRYWCĄ JASKINI, ale wewnątrz-ziemskiej cywilizacji w jaskini Tayos. Mówi się, że jego spuścizna po jego śmierci w dziwnych okolicznościach przeszła w ręce Julio Goyén Aguaso, baskijskiego speleologa żyjącego w Argentynie od 1947 roku, do którego przybył z rodziną w wieku 6 lat. Rewelacje zawarte w dokumentacji zebranej w latach pracy Juana Moricza potwierdzają istnienie wydrążonej ziemi, ziemskiej i pozaziemskiej cywilizacji, gdzie Moricz przebywał w 1969 roku 2 km na południe od rzeki Santiago w Ekwadorze.

W połowie 1991 roku miasto Victoria (Entre Ríos) w Argentynie było sceną wielkiej fali obserwacji UFO. Historie o dziwnych światłach, które przelatują nad nabrzeżem lub nurkują w Laguna del Pescado, podążają za sobą bez przerwy. We wrześniu 1991 roku gazeta „Clarín” zatytułowała: „Technicy NASA badali pojawienie się UFO w Entre Ríos”, niedługo potem udowadniając, że był to wynalazek lokalnego spikera, mimo że co weekend miasto spotykało się na nabrzeżu, gra świateł na niebie.

15 sierpnia 1992 roku o godzinie 8 rano sześciu mężczyzn przybyło do Victorii dwoma samochodami z Buenos Aires, niosąc „dziwne instrumenty” i nadmuchiwaną łódź. Zostali przez trzy dni i nie chcieli z nikim rozmawiać. Na czele grupy stał wysokiej rangi wojskowy, resztą byli naukowcy z różnych specjalności.

W tej grupie cywilów był naukowiec i badacz UFO, obaj z Argentyny, inny z NASA, dwóch wojskowych i amerykańscy naukowcy, którzy przybyli w cywilnych ubraniach. Konkluzją wspólnego dochodzenia było istnienie podziemnej bazy pod wodami, prawdopodobnie połączonej z Tayos przez szereg podziemnych galerii, które biegłyby przez pasmo górskie Andów. Julio Goyén Aguado był, jak wspomniano wcześniej, przewodnikiem wyprawy szkockiego badacza Stanleya Halla w 1976 roku na Tajos.

Hall okazał się w końcu agentem wywiadu pracującym zarówno dla CIA, jak i MI5 (kontrwywiad) i który próbował przejąć to, co znalazł Moricz. Wspólna brytyjsko-amerykańska wyprawa składała się ze 120 członków wojskowych i cywilów, z udziałem astronauty Neila Aldena Armstronga, jako honorowego przewodniczącego wyprawy.

Znając prawdziwe intencje ekspedycji, które polegały na zawłaszczeniu całej wiedzy odkrytej przez Moricza i nawiązaniu kontaktu z mieszkańcami wewnątrz Ziemi w celu uzyskania wiedzy i wskazówek Shuarasów, Juan Moricz prosi Goyéna Aguado, aby wprowadził ich w błąd w jaskini, aby uniemożliwić im spełnianie swojego celu. Po tej sfrustrowanej wyprawie Moricz postanawia zabezpieczyć część tego, co odkryto, chroniąc to w Argentynie. Oto kilka akapitów z książki „Lirico y profundo” z życia Julio Goyén Aguado:

 

Po wydarzeniach związanych z wyprawą brytyjską ´76, o których będzie mowa później, obaj zdecydowali, że Aguado zatrzyma niektóre z tych płyt i innych materiałów w Buenos Aires, co faktycznie zostało zrobione.

Plan strategiczny wycofania się z Ekwadoru, a następnie wprowadzenia wspomnianych materiałów do Argentyny. Wszystko to odbyło się poprzez przygotowanie precyzyjnego i skrupulatnego planu, który obejmował przelot samolotu z Argentyny do Ekwadoru wraz z komercyjnym podstępem argentyńskich biznesmenów.

Shuarasowie byli stróżami jaskini i jej tajemnic na zawsze, ponieważ mieszkańcy wnętrza powierzyli im obowiązek ochrony tajemnicy. Po kilku latach badań i sporadycznym współistnieniu z tubylcami, opowiadają Moriczowi o istnieniu wewnątrz jaskini wejścia do "wewnętrznego świata bogów", który tylko oni znali. Po zdobyciu jego zaufania i szacunku, prowadzą go na spotkanie z „bogami człowieka”, przechodząc godzinami przez głębokie i nieznane galerie, aż dotarł do zagrody strzeżonej przez wielkie posągi. Szuarowie poprzez rytuał słów i ruchów, których nie znam (otwarty sezam tysiąca i jednej nocy), otwierają „portal” w litej skale i wchodzą z Moriczem do idyllicznego świata wewnątrz ziemi,

Wraz z mieszkańcami wnętrza były Istoty, które nie pochodziły z tej ziemi, były to gwiezdni podróżnicy, którzy przejeżdżali lub mieszkali obok nich. Mieszkańcy wnętrza powierzają mu instrumenty lub naczynia (nie wiem, czy były to złote płyty, jak te zgłoszone, czy coś innego), które później przywożą i ukrywają w Argentynie. Kiedy Moricz leci na powierzchnię, Shuaras podają mu lokalizację źródła „płynnego złota” w zamian za jego milczenie i ochronę przed „białym człowiekiem” z jaskini Tayos i jej tajemnicami, które zostaną ujawnione, gdy ludzkość powierzchnia jest przygotowana.

Jakiś czas później Juan Moricz założył firmę wydobywczą złota, której jedynym członkiem jest on sam i staje się niezwykle bogaty. Znaczna część wygenerowanego przez nią bogactwa została przeznaczona altruistycznie na prace dla potrzebujących.

Dlaczego Shuarasowie powierzyli mu tajemnicę i zabrali go na spotkanie bogów, kiedy nie mogli? Nie wiemy tego, ale mieliby ważny powód i na pewno nie była to ich całkowita decyzja, ponieważ byli jedynie stróżami tajemnicy. Być może była to decyzja bogów człowieka, mieszkańców wnętrza ziemi, którzy ich przyjęli.

Julio Goyén Aguado zginął w 1999 roku w wypadku drogowym, który miał miejsce w zeszłą niedzielę o świcie w San Rafael w Mendozie. Ponadto czterech jego współpracowników odniosło poważne obrażenia w wyniku przewrócenia się ciężarówki Kia Besta, którą prowadził Goyén Aguado, który stracił kontrolę w okolicach mostu na rzece Diamante i którym jechali wzdłuż Droga krajowa 146, na wysokości departamentu San Rafael, 240 kilometrów na południe od Mendozy.

Goyén Aguado, pomimo swojego baskijskiego pochodzenia, był bardziej Argentyńczykiem niż wielu. Poświęcił swoje życie służbie narodowi argentyńskiemu, a nie tylko badaniom naukowym, pasji, która doprowadziła go do odkrycia ponad 500 naturalnych jaskiń w Argentynie i na świecie: był także historykiem z San Martín.

Szlachetny, z niewzruszonym słowem, wytrwały aż do zachwytu, przez lata pracował się w założonym przez niego w 1970 roku argentyńskim Centrum Speleologii – to setki młodych ludzi, których przyciągnęła nauka, która w tym czasie ledwie budziła się w naszym kraju.

Wszystko, bez wyjątku, znalazło w Goyén Aguado (oczywiście baskijskim) nie tylko orientację w rodzącym się powołaniu, ale także zakończoną lekcję życia przekazaną w jedyny możliwy sposób, poprzez przykład. I zawsze promiennie trzymający „ikurriñę” (flagę Basków), z jej czerwonymi, białymi i zielonymi kolorami, którymi lśnił na swoim biurku.

Organizował i uczestniczył w setkach wypraw speleologicznych na terenie całego kraju, a także poza naszymi granicami. Prowadził wykłady na temat swojej specjalności w różnych częściach świata. Doradzał w tej sprawie Żandarmerii Narodowej i ONZ.

 

Moje 3 grosze

 

Wszystko to brzmi dość nieprawdopodobnie i w stylu Jamesa Bonda + Indiany Jonesa. Tylko że nie przybliża nas to do rozwiązania tej zagadki – podziemnych tuneli pod Peru.

I jeszcze à propos tuneli pod Ameryką Pd., to pragnę przypomnieć sprawę zaginięcie płk Percy’ego Fawcetta gdzieś w dżunglach Mato Grosso w Brazylii. Otóż tam też występuje system podziemnych tuneli i strzegące je, wrogie białym plemiona. Zob.:

·        https://wszechocean.blogspot.com/2011/11/eldorado-miasto-z-tarapalanda.html

·        https://wszechocean.blogspot.com/2013/07/straszyda-z-podziemnych-labiryntow.html

Jak na razie nikomu nie udało się tam dotrzeć i tajemnice tych terenów są nadal aktualne.   

A teraz przejdziemy do Poloniców, a konkretnie do tajemniczych tuneli w Babiej Górze…

 

Opinie z KKK

 

Wszystko to bardzo ciekawe, chociaż wydaje się na pierwszy rzut oka nieprawdopodobne. Zawsze twierdziłem, że tego typu opowieści nie biorą się z wymysłów, czy fantazji, coś na rzeczy musi być. W każdym razie wątki ukrytych skarbów są bardzo prawdopodobne, nawet powiedziałbym, że prawdziwe. (Avicenna)

Tak czy inaczej, coś jest na rzeczy, bo te wszystkie przekazy zbyt często się powtarzają w różnych stronach świata. (Daniel Laskowski)


Źródło - https://despiertacordoba.wordpress.com/2016/03/07/la-otra-historia-el-mundo-intraterreno-cueva-de-los-tayos-ecuador/

Przekład z hiszpańskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz

piątek, 26 października 2018

Dinozaury, których być nie może!




Valdis Pejpiņš


Nie jest wykluczone, że zaobserwowane w naszych czasach dinozaury okazują się być przybyszami z równoległych światów. Do takiego wniosku doszli badacze z Uniwersytetu Kalifornia i Uniwersytetu Griffitha w Australii.

Przywykliśmy do tego, że informacje o żyjących w naszych czasach dinozaurach zwłaszcza napływają z Afryki. Nieprzypadkowo takie kryptydy z Czarnego Kontynentu jak mokele-mbembe i chiepekwe są doskonale znale miłośnikom Nieznanego. Ale okazuje się, że wieści o pojawieniach się współczesnych dinozaurów czasami mają inny adres, a jest to szczególnie Ameryka Południowa. Przecież tam także jest niemało miejsc, gdzie ogromne gady mogą zamieszkiwać nie obawiając się tego, że je będą niepokoili ludzie, np. basen największej rzeki świata – Amazonki.


Superwielki żółw?


Wieści o pojawieniu się w Ameryce Południowej dinozaurów-kryptyd, pojawiły się jeszcze w XIX wieku. W 1883 roku, w najstarszym amerykańskim czasopiśmie naukowym „Scientific American” został opublikowany niewielki artykuł pt. „Boliwijski jaszczur”. W nim jakiś brazylijski minister przekonywał, że w rejonie boliwijskiej rzeki Rio Bení (1) zostało upolowane dziwne zwierzę o ogromnych rozmiarach. W artykule stało, że:

Brazylijski minister wysłał z La Paz (stolica Boliwii) do Rio de Janeiro ministrowi spraw zagranicznych zdjęcia rysunków wyobrażające zwierzę ustrzelonego nad Rio Bení po oddaniu doń 36 strzałów. Na polecenie prezydenta Boliwii wysuszone ciało zwierzęcia, które znajdowało się w Asunción (Paragwaj), zostało wysłane do La Paz.

Potwór mierzył 12 m od czubka pyska do końca ogona. Jego głowa podobna była do psiej, łapy były krótkie i z pazurami. Na łapach i ogonie było coś w rodzaju bardzo twardej i trwałej skóry, jak pancerz, zaś na grzbiecie było jeszcze bardziej odporne opancerzenie idące od szyi do ogona. Szyja zwierzęcia była długa a łapy takie krótkie, że brzuch dotykał ziemi.

Opisano zgodnie, że przypominało to zwierzę żółwia, ale takie duże żółwie istniały w czasach prehistorycznych i nie sięgały jego rozmiarów. Do opisu pasowałby pradawny jaszczur parejazaur[1], ale on maksymalnie dorastał do 4 m. Nie wiadomo też, gdzie przepadły zdjęcia, rysunki i ciało zwierzęcia…



Strzelanina na Solimõesie


Ciekawą przygodę przeżył niemiecki podróżnik Franz Herman Schmidt, jego pomocnik kpt. Rudolf Pfleng i towarzyszący im indiańscy przewodnicy na rzece Solimões, jak nazywano wtedy odcinek Amazonki od ujścia do niej Ucayali i Marañón do ujścia Rio Negro (2), w październiku 1907 roku. Przybywszy do tego odcinka rzeki, znalazł on tam dziwny gatunek węży wodnych, aligatorów i śladów obecności innych zwierząt. Natomiast w błocie na brzegach pełno było śladów jakiegoś nieznanego grubego zwierza. Indianie na widok tych śladów przerazili się i zaczęli prosić Niemców by opuścili niebezpieczne miejsce, ale ci wbrew temu postanowili tam zanocować.

Nazajutrz rankiem, koło obozowiska znaleziono zupełnie świeże ślady tego ogromnego zwierzęcia. Pfleng oświadczył, że chciałby wiedzieć, dokąd wiodą te tropy. Jednakże już niczego nie zdołał przedsięwziąć, naraz w zaroślach rozwrzeszczały się małpy i ptaki, a potem stamtąd zaczęło się przedzierać przez nie cos wielkiego i ciemnego. Przerażeni Indianie wraz z niemniej przerażonymi Niemcami wskoczyli do łodzi i odbili od brzegu. Szybko oddalili się na 30 m od plaży. Tymczasem w zaroślach buchtowało coś ogromnego, trzeszczała ścioła i łamały się gałęzie, słychać było głośne kroki po wodzie, a krzyczące małpy rozbiegły się w różne strony. Po 10 minutach wszystko się uspokoiło.

I naraz, wśród tej ciszy, z zarośli wyszedł przerażający potwór. Jego głowa kiwała się na wysokości 3 m i rozmiarami przypominała beczkę, ale kształtem przypominała łeb tapira. Oczka były malutkie i ze źrenicami jak u aligatora. Chociaż stwór był upaćkany błotem, to podróżnikom udało się dostrzec grubą szyję przypominającą gadzią, ale łuskowatą jak u krokodyla. Stworzenie to ich nie dostrzegło, chociaż znajdowało się w odległości 40-45 m od nich. Badacze widzieli przednią część ciała, która miała nieco mniej niż 3 m wysokości w kłębie. Zamiast przednich łap stwór miał jakieś płetwy z pazurami (jak foka).

Obejrzawszy sobie potwora, Niemcy postanowili go ustrzelić i otworzyli ogień ze swych strzelb. I chociaż zainkasował on co najmniej siedem kul, zwierz był tylko lekko ranny i z szumem znikł pod wodą. Wydawałoby się, że strzelanina mu nie zaszkodziła, a tylko przestraszyła swoim hałasem. Zanim stwór znikł pod wodą, Schmidt zdążył zobaczyć, że ma on krótki, węzełkowaty ogonek. Długość stworzenia sięgała 10,6 m, z czego 3,6 m przypadało na szyję i łeb. Obaj Niemcy jeszcze dwukrotnie wystrzelili do stworzenia, kiedy wynurzało się, by zaczerpnąć powietrza zanim odpłynęło. Nie widzieli żadnych śladów krwi w wodzie, a sam dinozaur nie wyglądał na rannego.

Trudno powiedzieć, co ci podróżnicy widzieli w Amazonce. Sądząc po rozmiarach i płetwowatych łapach z pazurami, na pewno nie był to diplodok ani brontozaur.[2] Ktoś stwierdził, że był to Spinosaurus, chociaż Niemcy nie widzieli żadnego grzebienia na jego grzbiecie.


Aż do naszych czasów…


Informacje o spotkaniach z dinozaurami napływały z Ameryki Południowej i później, aż do naszych czasów. W dziennikach znanego brytyjskiego podróżnika ppłk. Percivala (Percy) Harrisona Fawcetta znalazły się relacje o tym, że Indianie i miejscowi mieszkańcy górnej Amazonki (3) opowiadali mu o zamieszkujących nieprzebyte bagna ogromnych gadach, sądząc z opisu, zupełnie podobnych do brontozaurów. W 1931 roku badacz Harald Vestin twierdził, że miał szczęście widzieć 6-metrowej długości wężokształtne gady w okolicy Rio Marmoré (4) w Brazylii.

Już po II Wojnie Światowej, badacz Leonard Clark podróżując po Brazylii, słyszał od Indian o wielkich zwierzętach z długimi szyjami, które żywią się roślinami. W 1975 roku pewien szwajcarski biznesmen pływał na Amazonce w towarzystwie miejscowego przewodnika Sebastiana Bastosa. Przewodnik opowiadał Europejczykowi o ogromnych długoszyich zwierzętach, które od dawna są znane Indianom i które kryją się w głębokich odcinkach rzek. Bastos twierdził także, iż kiedyś także spotkał się z takim potworem płynąc łódką i zwierz w gniewie złamał mu łódkę jak zapałkę. I wreszcie w 1995 roku, grupa studentów geologicznego fakultetu zaobserwowała na rzece Rio Paraguaçu (5) w okolicy góry Mt. Sinkura (Brazylia) dwa stworzenia z niezwykle długimi szyjami. Ich długość była nie mniejsza niż 9 m.

Najświeższe obserwacje poczyniono w lipcu 2004 roku, i to nie w dżunglach, ale na słynnej ze swych pejzaży pustyni Atacama w Chile (6). Pewien wojskowy, niejaki Erenan Cuevas wraz z żoną, dwojgiem małych dzieci i swoimi znajomymi jechał samochodem, kiedy naraz zauważył przed sobą dwa dwunożne jaszczury szarego koloru. Nie patrząc na szybko zbliżający się wieczór i zapadające ciemności, Cuevas dokładnie obejrzał sobie tajemnicze stwory. Skóra ich była gładka, bez włosów czy piór, a wzrost przekraczał 2 m.

Chilijski wojskowy opisywał potem te zwierzęta jako dwunożne dinozaury z nadzwyczaj dużymi biodrami. Jaszczury szybko przeszły przez drogę przed hamującym samochodem i skrył je mrok. Wszyscy pasażerowie oniemieli z szoku i zdumienia, potem wyszli z auta i zobaczyli trójpalczaste ślady na ziemi.
W tym samym miejscu, w tym samym rejonie i na tej samej drodze, przybyszów z Mezozoiku zaobserwowała rodzina Abett de la Torre-Diazów.  Oni znów widzieli dwa dwumetrowe jaszczury, podobne do wielkich kangurów. Niezwykłe te stworzenia przeskoczyły ponad ich samochodem, po czym – nie wiadomo skąd – pojawiły się dwa następne jaszczury, które także uciekły. Przerażeni świadkowie zdołali zapamiętać jedynie ich ostre zęby. Potem rodzina Diazów obejrzała książkę o dinozaurach i stwierdziła, że widziane przez nich jaszczury były podobne do dinozaurów z rodziny Dromeozaurów.[3]

Relacje o dinozaurach zainspirowały w 2009 roku wydawców amerykańskiego codziennego programu „Destinantion Truth” (specjalizującego się w problematyce kryptozoologii i mającego bardzo wysoką oglądalność), do wysłania swego polowego dochodzeniowca z grupą rodzinną na Atacamę. Amerykański dochodzeniowiec stwierdził, że dwunogie gady były tam widziane jeszcze przez kilku ludzi i że wśród miejscowych powstała nazwa dla nich – „potwór z Ariki” – a to dlatego, że stworzenia te dziwnie trzymają się drogi pomiędzy miejscowościami Arica i Icice. Wszystkie obserwacje jaszczurów z „głowami jak u psa” rozpoczęły się jeszcze w latach 80-tych i wszystkie poczyniono na tym odcinku drogi.  Ciekawym szczegółem jest i to, że pojawieniu się tych potworów towarzyszy pojawiający się znikąd obłok pyłu.

Na zakończenie powiem, że pustynia Atacama znana jest z wielkiej ilości manifestacji ufozjawisk. Niedawno magazyn „Forbes” opisał ją jako jedno z najlepszych miejsc do „polowania” na UFO. Nie jest wykluczone, że „potwory z Ariki” to są zwierzęta z okresu kredowego, a te gadokształtne istoty są przybyszami z innych planet. I nie wiem, czy mam rację czy nie.


Moje 3 grosze


Temat dinozaury (i nie tylko) a UFO rozpracowywałem w moim trzytomowym opracowaniu pt. „UFO i…”, gdzie zasugerowałem, że wszelkie incydenty z udziałem kryptyd mogą być spowodowane przez … porwane przez UFO będące pojazdami chronomocyjnymi ze swego miejsca i czasu zwierzęta – dinozaury, mamuty i inne. Także np. ludzie pierwotni. Co więcej – być może mamy do czynienia nie tylko z istotami żywymi z Przeszłości, ale także z Przyszłości! Ich opisy Czytelnik znajdzie w książkach kryptozoologów, a także w słynnej powieści sir Arthura Conan-Doyle'a "Świat zaginiony" (1912)...

Dotyczy to nie tylko zwierząt, ale także drobnoustrojów, stąd nagłe i niewytłumaczalne epi- i pandemie czy epi- i panzootie, które od czasu do czasu wybuchały na całym świecie i dziesiątkowały ludność Europy...

Powyższe potwierdzają obserwacje dziwnych „pyłowych obłoków” na Atacama, które mogą być spowodowane obecnością UFO. Te pyłowe obłoki są niczym innym, jak ich maskowaniem taktycznym, i znane są także z innych miejscowości, gdzie obserwowane są NOL-e, więc nie ma w tym niczego dziwnego. Tym właśnie można wyjaśnić fenomeny takie, jak Nessie, bestia z Dewonu czy Chupachabra…


Dziwnym jest także ginięcie dowodów na istnienie kryptyd, jakby komuś bardzo zależało na tym, by nie wpadły one w ręce uczonych. To daje do myślenia!

UFO obserwuje się nie tylko na pustyni, ale także w dżunglach Afryki, o czym pisała swego czasu słynna ufolożka Cynthia Hind z Harare (d. Salisbury) w Zimbabwe (d. Rodezja). Dziwne światła w dżungli, tajemnicze obłoki pojawiające się znikąd i rozpływające w niebyt oraz dziwne zwierzęta obserwowane przez krajowców, to wszystko pasuje idealnie do schematu obcej penetracji naszej planety – nawet jeżeli są to czasoloty z odległej Przyszłości i/albo… Przeszłości! Tak, jak opisał do Daniel Laskowski w opowiadaniach pt. „Berenika i wieloryby” - http://daniel-laskowski.blogspot.com/2018/09/opowiadania-wakacyjne-191.html i dalsze oraz  „Daeghtine” - http://daniel-laskowski.blogspot.com/2018/10/opowiadania-wakacyjne-203.html i dalsze. Tego wykluczyć się nie da, że któraś cywilizacja przed naszą też wpadła na ideę chronomocji i ją wykorzystuje dla własnych celów, których możemy się tylko domyślać…                        


Źródło – „Tajny XX wieka” nr 323/2018, ss. 26-27
Przekład z rosyjskiego - ©R.K.F. Leśniakiewicz



[1] Parejazaury żyły w Środkowym i Późnym Permie – 265-252 mln lat temu i wyginęły w czasie epizodu Wielkiego Wymierania Perm/Trias.
[2] Apatozaur.
[3] Popularnie zwane raptorami.

środa, 6 stycznia 2016

Cuchnący postrach Amazonii

Rekonstrukcja "cuchnącego hominida" - Mapinguary


Wiktor Miednikow


Węgorz elektryczny zamieszkujący Amazonkę razi prądem o napięciu 500 V. Tubylcy zanim złowią tą rybę, zaganiają w rzekę stado krów, aby węgorze rozładowały na nich swój potencjał elektryczny.

Ci, którym udało się ujrzeć czy choćby tylko usłyszeć tego zwierza, uważają siebie za ulubieńców bogów – dlatego, że pozostali wśród żywych. Indiańskie babcie straszą nim swe dzieci. A uczeni przez całe lata błąkają się po lasach i bagnach w nadziei znalezienia go. To jest właśnie mapinguara/mapinguary – postrach Amazonii, którego imię w języku krajowców oznacza „władca lasów”. 

[Wg Wikipedii, mapinguari (lub mapinguara, mapinguary) to południowoamerykański leniwiec kopalny, obiekt badań kryptozoologii (kryptyda). Wzmiankowany w opowieściach Indian i relacjach białych podróżników z Boliwii i Brazylii. W opinii kryptozoologów uchodzi za relikt trzeciorzędowej megafauny - któryś z gatunków olbrzymich leniwców Megatherium, prawdopodobnie Mylodon. Nie przypomina on jednak dzisiejszych znanych nauce leniwców, lecz jest olbrzymim zwierzęciem naziemnym. Ma około 5 m długości i 2 m wysokości, waży kilka ton, a jego potężne łapy uzbrojone są w olbrzymie pazury. Mówi się też, że mapinguari jest odporny na pociski, co jest możliwe, gdyż kopalne leniwce miały na skórze tułowia kostne wyrostki tworzące wytrzymały naturalny pancerz. Ma też wydzielać silny odór. W latach 90. XX w. ornitolog dr. David Oren prowadził poszukiwania mapinguari. Na podstawie opowieści Indian o jego wyglądzie uznał, iż jest to kopalny leniwiec. Mapinguari jest widywany na terenach tropikalnych lasów amazońskich, głównie w stanach Rondônia, Pará i Mato Grosso. Niektóre tubylcze plemiona uważają Mapinguari za istotę humanoidalną, o ciemnobrązowym futrze, jednym oku i dwóch otworach gębowych. Według ich legend był on człowiekiem, jednak został przeklęty za swoją pychę i zmieniony w potwora na zawsze. Rzekomo posiada dwa otwory gębowe: jeden na głowie, drugi na brzuchu. Gdy czuje sie zagrożony, z dolnych ust wydziela silny odór, potrafiący odstraszyć nawet najmężniejszego wojownika. Ten opis Mapinguari był wykorzystywany w pierwszych latach badań nad tym zwierzęciem. Mówiono o nim wtedy 'Brazilian Big Foot - Mapinguary (ang. brazylijska Wielka Stopa - Mapinguary). Niedługo później teoria jakoby był on humanoidem została obalona. Olbrzymi leniwiec kopalny Mylodon w czasie obrony przed drapieżcą potrafił stawać na tylnych łapach wyprostowany, aby wydawać się większym i odstraszyć napastnika. Ta taktyka defensywna jest często widywana w świecie zwierząt. W takiej pozycji przez krótki czas mógł się przemieszczać. Właśnie tak mógł zostać zauważony przez tubylców. Jedna z ekspedycji badających przypadek mapinguari natrafiła na łajno w jednej z jaskiń na terenie centralnej Rondônii. Ustalono, że należało ono do tapira anta. Inna grupa badaczy obaliła tę teorię występowaniem tapira. Zamieszkuje on głównie tereny Wenezueli, a łajno znaleziono w środkowej Rondônii - tapir musiałby przebyć dystans ok. 250 km, co jest dla niego wyczynem trudnym. Relacje spotkań z Mapinguari drastycznie zmalały w ostatnich latach – przyp. tłum.]


Ognisko João


Bardzo dawno temu, w indiańskiej wiosce na brzegu rzeki Tapajós [prawy (południowy) dopływ Amazonki przyp. aut.]  mieszkał młody myśliwy o imieniu João. Jego chatka znajdowała się na samym skraju wsi, zaraz przy lesie. Pewnego jasnego, wiosennego poranka, João siedział na progu swego domu, spokojnie palił fajkę, napawając się urodą swej żony szykującej śniadanie przy palenisku zbudowanego z kamieni na podwórku. Naraz z leśnej gęstwiny rozległ się przeraźliwy krzyk, jakby człowieka krzyczącego z bólu czy strachu. Zaraz za tym rozległ się ogłuszający ryk, zatrzeszczały gałęzie i na polane wyszedł straszny potwór. Przypominał on gigantyczną rudą małpę, przemieszczającą się na tylnych łapach. João tchórzem nie był, ale stanąwszy oko w oko z potworem skamieniał ze strachu. Ale jeszcze bardziej obezwładnił go bijący od potwora odór fekaliów i zgniłego mięsa. Tymczasem potworne stworzenie podeszło do żony, złapało ją łapami z ogromnymi pazurami, zarzuciło sobie na plecy i momentalnie skryło się wraz ze zdobyczą w leśnej gęstwinie.

Kiedy tylko João wrócił do siebie, natychmiast wskoczył do domu, złapał strzelbę i rzucił się w pogoń za porywaczem. Biegł w lesie wypatrując śladów potwora. A ślady były bardzo dziwne: jakby monstrum szło tyłem do przodu. Pogoń trwała cały dzień. Kilka razy młody myśliwy już doganiał potwora, widział nawet ryże plecy przemykające wśród drzew. Ale przez cały czas przeszkadzał mu straszliwy smród bijący od tego stworzenia. Od tego dostał bólu głowy, tak że João omal nie postradał zmysłów.

Pod wieczór myśliwy wreszcie dopadł porywacza. I tutaj monstrum, którego zmęczyła ta pogoń, wydał z siebie straszliwy ryk, rzucił zdobycz na ziemię i błyskawicznie znikł w lesie.

Podskoczywszy do żony João ujrzał jej bezwładne zwłoki.

Przybity bólem João po pogrzebie żony poszedł do lasu poprzysięgając, że póty nie wróci do ludzi, póki nie zabije swego wroga i zedrze jego skalp. Przez wiele lat krążył on w lasach o na bagnach tropiąc potwora, ale nie mógł go znaleźć. Zemsta pozostała niespełnioną, przysięga – niewykonaną. I dlatego właśnie, po śmierci  João, polowanie dalej prowadzi jego duch. Od czasu do czasu Indianie widzą w leśnej gęstwinie płonące ognisko, rozpalone przez ducha myśliwego. Dlatego też oni spieszą z powrotem do wsi, aby złożyć ofiarę swoim bogom i przeprowadzić obrzęd oczyszczenia.

Odkryte kości łapy ogromnego leniwca

On „rozmawiał” z mapinguari


To tylko jedna z całego mnóstwa indiańskich legend o mapinguary, które zostały zapisane przez znanego badacza dr Davida Orena, absolwenta Harvardu, który zorganizował u końca XX wieku kilka ekspedycji do lasów Amazonii w poszukiwaniach tego fantastycznego, na wpół mitycznego stworzenia.
- Rozmawiałem z siedmioma myśliwymi, którzy twierdzą, że strzelali do mapinguary, a 80 innych ludzi spotkało się z nim – opowiada uczony. – Co oni opisują? Stworzenie o wzroście około 2 m, przemieszczające się w postawie pionowej, z bardzo silnym, obrzydliwym zapachem, mające bardzo silną i masywna budowę ciała, pod którym gną się grube korzenie drzew. Najbardziej wiarygodna jest jego obrona przed wrogami – smród opisany przez wielu świadków.

[To akurat wcale nie jest takie dziwne, zważając fakt, iż niektóre zwierzęta bronią się przy pomocy wydzielanego przez nie smrodu, jak np. północnoamerykański skunks - przyp. tłum.]

Stworzenie to ma długie, grube futro, cztery wielkie zęby i chodzi zarówno na czterech jak i dwóch łapach. Dobiega odeń odrażający fetor fekaliów i gnijącego mięsa. Być może ta ohydna woń pomaga mu paraliżować swe ofiary. Mapinguary wydaje z siebie nieprawdopodobnie silny krzyk, przypominający ludzki, stopniowo przechodzący w ryk. Jego siła jest tak wielka, że może odrywać głowy nawet dużym zwierzętom.

Dr Oren wspominał, że w czasie swoich ekspedycji nawoływał on w ciemnościach i mapinguary odpowiadał mu.


Myśliwi kontra monstrum

  
Do tego dr Oren – wcale nie jako pierwszy – zainteresował się „władcą lasu”. Pierwsze kości tego zwierzęcia zostały znalezione w 1789 roku, w przybrzeżnych toniach rzeki Rio Lujan w okolicach Buenos Aires, Argentyna. Krajowcy orzekli, że to gigantyczny kret wyrwał się na powierzchnię  i zginał od słonecznych promieni. Tym niemniej kości te zebrali i przesłali królowi Carlosowi IV, który z kolei przesłał je do Madryckiego Królewskiego Muzeum. Uczony Jose Corriga złożył szkielet i dokładnie opisał go. Także pewien francuski dyplomata odwiedził uczonego i sporządził kilka grawiur z wyglądem szkieletu dla Paryskiego Muzeum Historii Naturalnej.

W latach 90. XIX wieku, sensacja stał się artykuł argentyńskiego paleontologa Florentiono Amegino. On napisał o tym, jak Ramon Lista – argentyński badacz, geograf i poszukiwacz przygód – polował w Patagonii. Naraz ogromne, nieznane zwierzę, pokryte długimi włosami, mignęło mu w krzakach. Ono było podobne do gigantycznego pancernika. Lista strzelił do zwierzęcia, ale kule zrykoszetowały na nim, tylko lekko go zadrasnąwszy. Amegino postanowił sprawdzić, czy to nie był przypadkiem mapinguari i udał się do lasu. Tam znalazł on wielu świadków wśród Indian, którzy widzieli to stworzenie. Zwierzę to – według nich – wychodziło nocą, a w dzień ukrywało się w norze wyrytej ogromnymi pazurami. Krajowcy opowiadali, że sporządzić strzałę, która by przebiła grubą skórę tego zwierzęcia było zrobić bardzo trudno.

Jeden z awanturników Juan Battista Acevedo zobaczył mapinguarę 20 lat temu w czasie 45-dniowej wyprawy na canoe.
- Pracowałem przy rzece, kiedy usłyszałem krzyk, straszliwy krzyk  – opowiedział on korespondentowi agencji Reuters. – Naraz coś przypominającego człowieka, całkiem pokrytego sierścią wyszło z lasu. Stworzenie szło na dwóch nogach i – chwała Bogu! – nie podeszło do nas. Nigdy nie zapomnę tego dnia.

Indianie uważają, że zabić tego potwora jest bardzo trudno, kule się go nie imają: skóra tego zwierzęcia jest pokryta kościanymi płytkami, jak zbroja. Znane jest zdarzenie, kiedy to zbieracz kauczuku polował w lesie. Naraz usłyszał jakiś dźwięk za sobą, odwrócił się i… zamarł z przerażenia. Tubylec nie zastanawiał się i wypalił do zwierzęcia. W tej chwili powietrze wypełnił taki ohydny odór, że myśliwy uciekł. Pochodziwszy parę godzin w lesie, myśliwy wrócił do ustrzelonego potwora i uciął mu przednią łapę. Ale trofeum tak przeraźliwie śmierdziało, że trzeba było wyrzucić je w krzaki.


Amazonia to labirynt rzek i starorzeczy porosły lasem deszczowym, w którym mogłyby żyć nawet dinozaury...


Relikt z Pleistocenu?


Zgodnie z hipotezą dr Orena – mapinguari to przetrwałe do naszych dni Megaterium, które dawniej zamieszkiwały Centralną i Południową Amerykę.
Gigantyczny naziemny leniwiec był jednym z tych stworzeń, które panowały na naszej planecie w czasach Epoki Lodowej. Nieco podobny do ogromnego chomika żywił się liśćmi, które zrywał z górnych pędów drzew i krzewów. Sam bytował na ziemi, w przeciwieństwie do dzisiejszych leniwców, które większą część życia spędzają na drzewach. Amerykę zamieszkiwały cztery gatunki tych gigantów. Największym z nich był leniwiec naziemny JeffersonaMegalonyx jeffersoni, który był większy od dzisiejszego słonia i mierzył 5 m wysokości. Wszystkie leniwce miały ogromne pazury, jednakże preferowały dietę wegetariańską (tak więc indiańskie opowieści o tym, jakoby mapinguary urywały swym ofiarom głowy i wysysa mózgi należy włożyć między bajki). Ale jak się uważa, wymarły one w końcu Pleistocenu – 12.000 lat temu.

Tak uważa nawet główny oponent dr Orena – prof. dr geologii Uniwersytetu Arizona Paul Martin:
- Myślę, że gigantyczny leniwiec wyginął całkiem dawno. 13.000 lat temu, znaczący okres czasu. Jednakże jest możliwe, że uchodźca z Dawnego Świata może jeszcze istnieć w Amazonii dlatego, że w tym rejonie świata istnieją jeszcze nie tknięte cywilizacją masywy leśne, pozwalające na przeżycie kryptydom dzięki izolacji. Nie zapominajmy, że lasy Amazonii zajmują powierzchnię większą od Zachodniej Europy i żyje w nich co najmniej 30% wszystkich istot żywych naszej planety. Gigantyczny leniwiec zamieszkiwał lasy na terytoriach obu Ameryk i jego pozostałości bywają znajdywane od Patagonii do Północnego-Zachodu USA. Zwierzęta te mogły przenieść się do Amazonii po to, by uniknąć konfrontacji z myśliwymi czy wtargnięcia cywilizacji w jego naturalne środowisko.

Ale potwierdzić hipotezy dr Orena musi coś bardziej materialnego, niż legendy i podania Indian czy opowieści myśliwych. Póki co jedynymi materialnymi rezultatami jego ekspedycji – ślady ogromnych pazurów na korze drzew, kępki ryżej sierści i kilka kilogramów śmieci niejasnego pochodzenia. No, ale jak dr Oren czy ktokolwiek inny znajdzie mapinguary, to będzie to przewrót w nauce.


Tekst i ilustracje – „Tajny XX wieka” nr 23/2015, ss. 30-31

Przekład z j. rosyjskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©                

wtorek, 5 maja 2015

Jeszcze jedna tajemnica Amazonii…?



Nowe studium opublikowane w dzienniku „Proceedings of the National Academy of Sciences” ukazuje serię tajemniczych linii i kształtów geometrycznych wyrytych w krajobrazie Amazonii, które zostały stworzone tysiące lat temu, zanim wyrósł tam las deszczowy – zgodnie z raportem z „Discovery News”. Cele istnienia tych ogromnych prac ziemnych i ich twórców pozostają nieznane, a uczeni zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, jak wiele musimy się nauczyć o prehistorycznych kulturach Amazonii i życiu przed przybyciem tam Europejczyków.

Te niezwykłe prace ziemne, które zawierają kwadraty, proste i koliste rowy, zostały po raz pierwszy odkryte w 1999 roku, kiedy to wycięto ogromne połacie lasów deszczowych w celu stworzenia pastwisk dla bydła. Od tego czasu, setki takich gruntowych konstrukcji zostało odkrytych w regionie o średnicy ponad 150 mi/240 km w północnej Boliwii i brazylijskim stanie Amazonas.

Rowy te zostały wykonane w bogatej w glinę glebie Amazonki i mają typowe wymiary ok. 30 ft/~10 m szerokości i 10 ft/~3 m głębokości oraz wysokie na 3 ft/~1 m ściany. Jednakże znaleziono największy krąg zrobiony z rowów, który miał 1000 ft/~330 m średnicy! Cel wykonania tych rowów jest kompletną tajemnicą. Fakt, że wiele z nich zostało zgrupowanych na wysokim na 200 m plateau sugeruje, że być może była to konstrukcja obronna, jednakowoż inni sugerują, że służyły one do drenażu i skanalizowania wody, bowiem wiele z nich znajduje się nieopodal jej źródeł. Ekipa uczonych, która opublikowała list w magazynie „Antiquity” w 2010 roku argumentowała, że sam układ rowów jest wysoce symboliczny i sugeruje jego ceremonialną i religijną funkcję.

Od tego czasu, wierzyło się w to, że te prace ziemne można datować na rok 200 n.e. Jednakże najnowsze badania odkrywają to, że w rzeczy samej jest on o wiele starszy. Autor studium dr John Francis Carson naukowiec z Uniwersytetu Readinga w Zjednoczonym Królestwie wyjaśnił, że rdzenie osadowe zostały wzięte z dwóch jezior z okolicy głównego miejsca występowania tej konstrukcji. W tych rdzeniach znajdują się dawne pyłki roślinne i węgielki z pożarów, które mogą udzielić nam informacji o klimacie i ekosystemie, który istniał, kiedy odkładały się te sedymenty jakieś 6000 lat temu.

Wyniki wskazały na to, że najstarsze osady w ogóle nie pochodziły z ekosystemu lasów deszczowych. Co więcej, one ukazują, że krajobraz 2000 – 3000 lat temu przypominał krajobraz afrykańskiej sawanny, niż dzisiejszego lasu deszczowego.
- Te prace ziemne poprzedzały przejście z sawanny do lasu deszczowego, co oznacza, że ich twórcy wykopali je zanim otoczył ich las deszczowy. Oni nadal zamieszkiwali ten teren zanim stał się lesisty, prawdopodobnie utrzymując niezalesiony teren wokół tych struktur – powiedział Carson.

Odkrycie i datowanie tych rowów rzuca nowe światło na Amazonię sprzed tysięcy lat. Poprzednie badania dowodziły, że teren ten był w stanie utrzymać małą, tymczasową wioskę. I okazuje się, że Amazonia miała swoją bogatą kulturę, która była w stanie stworzyć masywne konstrukcje budowlane, które wymagały wielkiego i skoordynowanego wysiłku.

Pozostają pytania o to, ile takich podobnych konstrukcji może istnieć pod zasłona lasu deszczowego i czym te konstrukcje były naprawdę.


Moje 3 grosze


To, co zdumiewa uczonych zajmujących się Amazonią, nie zdumiewa ludzi zajmujących się zagadkami naszej Przeszłości. Wszak to właśnie w Amazonii ma znajdować się tajemnicze Miasto Z, równie tajemnicze i bogate Eldorado, nie mówiąc już o tajemniczej sieci jaskiń, pieczar i tuneli Mato Grosso, których szukali najsłynniejsi awanturnicy i odkrywcy. I z których nie powrócili. (Zob. - http://wszechocean.blogspot.com/2011/11/eldorado-miasto-z-tarapalanda.html) Dlatego wcale się nie zdziwię, kiedy ktoś kiedyś ogłosi, że znaleziono ruiny tajemniczych miast na terenie Amazonii. Byłoby dziwne, gdyby ich tam nie było…    


Komentarz z KKK


Aga Draco:
Pofatygowałam się trochę i poszukałam na GoogleEarth tych ziemnych struktur w Amazonii.
Trochę mi to zajęło czasu, ale co tam, miło się szukało.
Wybrałam te co ciekawsze. Poza nimi jest jeszcze dużo innych, pojedynczych mniejszych kółek i kwadratów.
Niektóre są zgrupowane w obrębie niewielkiego obszaru, a inne są pojedyncze i sporo oddalone od siebie.
Oczywiście są widoczne tylko na obszarach odlesionych.











Wiele na pewno jeszcze pozostało na niewyraźnych fotograficznie pasach terenów na GE. Trzeba poczekać aż pojawią się bardziej wyraziste zdjęcia.
Wszystkie te struktury skrywają lasy deszczowe, które, co widać na GE, są bez opamiętania wycinane.
Aż przykro to oglądać "z powietrza". Na zdjęciu nr 44 uchwycony jest nawet moment wypalania traw/łąk (?)

















































Widać, że wszystkie te struktury musiały być czymś istotnym dla ludzi którzy je tworzyli. Spory wysiłek trzeba włożyć żeby wydrążyć w ziemi tak głębokie rowy. Może spełniały funkcję kultową? Może były ważnym miejscem spotkań dla lokalnej społeczności? Może odbywały się tam jakieś obrzędy lub narady, na których rozstrzygano ważne dla lokalnej społeczności problemy, spory i wydarzenia?           


Przekład z j. angielskiego – Robert K. Leśniakiewicz ©